TOMASZ ŁUKASZEWICZ

<< Na tegorocznych XXII Zimowych Igrzyskach Olimpijskich w Soczi słoweńscy sportowcy prezentowali się w strojach z elementami koloru zielonego. Podobnie było 2 lata wcześniej podczas letniej olimpiady w Londynie. I mimo iż nie ma tej zieleni na fladze Słowenii, każdy, kto choć raz zawitał w jej gościnne progi, wie, co zainspirowało projektantów… >>

 

I feel sLOVEnia to oficjalne hasło promocyjne tego malutkiego kraju wciśniętego między Włochy, Austrię, Węgry i Chorwację. Niemal 66 proc. jego powierzchni zajmują lasy, a 37 proc. jego obszaru (354 jednostki, w tym jeden park narodowy) znajduje się pod ochroną w ramach programu Natura 2000. Słoweńcy cenią sobie bardzo aktywny styl życia, do którego zachęcają odwiedzających ich turystów. Warunki w Słowenii zdecydowanie sprzyjają tego rodzaju odpoczynkowi, a to ze względu na ok. 10 tys. km szlaków turystycznych, ponad 80 stoków narciarskich, rzeki dostarczające wspaniałych wrażeń, źródła termalne i morze. Wszystko to w państwie, którego terytorium (ok. 20 tys. km²) można porównać do średniej wielkości polskiego województwa. Przejazd samochodem od podnóży Alp nad wybrzeże adriatyckie nie zajmie więcej niż 2–3 godz. Po drodze spotkamy wiele pięknych i zabytkowych miast i miasteczek, z niepowtarzalną Lublaną na czele. Polacy niesłusznie postrzegają ten kraj jako tranzytowy w trakcie podróży na południe, na plaże Dalmacji. Warto zatrzymać się w nim na dłużej, bo ma mnóstwo do zaoferowania. – Słowenia jest dla mnie kwintesencją Europy Środkowej. Jest w niej wszystko, co w Europie Środkowej kocham, czyli krajobrazy całkowicie madziarskie, płaska puszta, pusta – mówiąc poprawnie po węgiersku, wspaniałe góry, krajobrazy alpejskie, Śródziemnomorze. To jest właśnie wszystko to, co kocha Claudio Magris, a za nim ja – powiedział przed kilku laty Robert Makłowicz podczas promocji słoweńskiej kuchni w Gdańsku. Nic dodać, nic ująć.
Od wieków krzyżowały się w tym miejscu szlaki wiodące z zachodu na wschód oraz z północy na południe. Mieszankę wpływów włoskich, niemieckich (Habsburgowie), węgierskich i południowosłowiańskich zaobserwujemy dziś w lokalnej architekturze i kulturze oraz kulinariach i obyczajowości Słoweńców. Chociaż funkcję języka urzędowego pełni w państwie słoweński, wyróżnia się w nim też obszary dwujęzyczne: Primorska (z drugim językiem urzędowym – włoskim) oraz Prekmurje (z drugim językiem urzędowym – węgierskim). W Styrii i Karyntii można poczuć się niemal jak w Austrii, na południu zaś usłyszymy dialekty przypominające chorwacki. W samym centrum Słowenii leży jej stolica – Lublana (z populacją ponad 280 tys. mieszkańców), świętująca w tym roku 2000 urodziny rzymskiej osady Emony, na której powstała. Oprócz niej na zainteresowanie zasługują również m.in. Maribor – Europejska Stolica Kultury 2012 (wraz z portugalskim Guimarães), Koper – największy słoweński port, Piran – adriatycka perła kraju, Postojna – szczycąca się pobliskim słynnym średniowiecznym zamkiem wmurowanym w skały (Predjamski grad) oraz potężną jaskinią (Postojnska jama), Bled (Blejsko jezero) i Bohinj (Bohinjsko jezero) – niezmiernie malownicze górskie miejscowości z uroczymi jeziorami, Planica – goszcząca co roku finał Pucharu Świata w skokach narciarskich, a także zabytkowe Kranj i Celje. Warto zaznaczyć, że drugie co do wielkości miasto Słowenii, Maribor, zamieszkuje jedynie 95 tys. ludzi. Jednak to właśnie specyficzna tutejsza skala stanowi o uroku tej pięknej krainy.

 

LUBLANA – „MAŁY WIEDEŃ”
Słoweńska stolica ze względu na swoją architekturę, parki i atmosferę w niej panującą nazywana bywa „małym Wiedniem”. Ten niepowtarzalny klimat odczujemy zwłaszcza na nabrzeżach rzeki Lublanicy, które spinają urokliwe mosty: główny tzw. Potrójny Most – Tromostovje, łączący plac France Prešerena – Prešernov trg (upamiętniający słoweńskiego poetę romantycznego, autora hymnu państwowego Zdravljica) z rynkiem, Smoczy – Zmajski, strzeżony przez rzeźby zielonych smoków – symbol Lublany, czy też najmłodszy Rzeźników – Mesarski, na którym stoją brązowe statuy postaci z mitologii greckiej i judeochrześcijańskiej.

FOT. SLOVENIA.INFO/TOMO JESENIČNIK

Stolica Słowenii leży u stóp średniowiecznego Zamku Lublańskiego

 

Tutejsze kawiarenki, bary i restauracje tętnią życiem do późnej nocy. Nad wszystkim góruje Ljubljanski grad (Zamek Lublański). Na jego dziedzińcu odbywają się koncerty muzyki kameralnej, plenerowe pokazy filmowe, wystawy i kongresy. To jeden z najlepszych punktów widokowych do podziwiania wspaniałej panoramy miasta. Drugim jest niegdyś najwyższy lublański budynek, 70-metrowy Nebotičnik („Drapacz Chmur”). Z kawiarni na jego tarasie dostrzeżemy nawet szczyty Alp. W samym centrum stolicy znajduje się ogromna przestrzeń rekreacyjna – Park Tivoli z alejkami, fontannami i zamkiem (Grad Tivoli). Wielbiciele architektury z przyjemnością wybiorą się natomiast na spacer śladami dzieł architekta Jože Plečnika (1872–1957), który zaprojektował wiele tutejszych budowli wzniesionych na początku XX w. w stylu wiedeńskiej secesji. Do obiektów jego autorstwa należą wspomniany już Potrójny Most, a także m.in. gmach Biblioteki Narodowej i Uniwersyteckiej, Scena Letnia Križanke, Centralny Cmentarz Žale czy zabudowania rynku. Warto wspomnieć, że Plečnik tworzył też w Wiedniu, Belgradzie oraz Pradze (Hradczany).
Odwiedzający miasto mogą wziąć udział w licznych cyklicznych wydarzeniach organizowanych w plenerze, takich jak Junij v Ljubljani („Czerwiec w Lublanie”), Międzynarodowy Festiwal Teatrów Ulicznych Ana Desetnica, Międzynarodowy Letni Festiwal Trnfest, Emonska promenada („Promenada Emony”), Srednjeveški dnevi („Dni Średniowiecza”), Lublański Międzynarodowy Festiwal Filmowy LIFFe lub Noči v Stari Ljubljani („Noce na Lublańskim Starym Mieście”). W grudniu odbywa się tutaj coroczny jarmark świąteczny oraz seria imprez pod nazwą „Grudzień w Lublanie”. Scena Letnia Križanke każdego roku gości Lublański Festiwal Jazzowy. Wielbicielom muzyki alternatywnej z pewnością spodoba się Avtonomni kulturni center Metelkova mesto, czyli Autonomiczne centrum kultury Metelkova (założone w poaustriackich koszarach), z pubami i klubami otwartymi do późnej nocy. Także w tym rejonie w dawnym budynku wojskowego więzienia działa Hostel Celica z kratami zamiast drzwi. Nocleg w celi to nie lada przeżycie! Ogromną zaletę stolicy stanowi również jej położenie w samym sercu Słowenii, dzięki któremu doskonale nadaje się na bazę wypadową do wycieczek do pozostałych zakątków kraju.

 

MARIBOR – STOLICA KULTURY
Największy ośrodek słoweńskiej Styrii (Štajerska) upodobali sobie szczególnie studenci. Maribor konkuruje z Lublaną w różnych dziedzinach, także na polu kultury. To właśnie on miał zaszczyt nosić tytuł Europejskiej Stolicy Kultury w 2012 r. Co roku na przełomie czerwca i lipca organizuje się tu największą muzyczną imprezę pod gołym niebem w Słowenii – Festival Lent. Amatorzy sportów zimowych i aktywnego wypoczynku chętnie wybiorą się na pewno w okolice pobliskiego łańcucha górskiego Pohorje, gdzie rozgrywają się zawody Pucharu Świata w narciarstwie alpejskim kobiet w slalomie i slalomie gigancie zwane Zlata lisica (Złoty lis). Za ciekawostkę turystyczną uchodzi też najstarsza winorośl na świecie, licząca ok. 440 lat Stara trta rosnąca przy domu na ulicy Vojašniškiej. Wśród mariborskich zabytków wzrok przyciągają zwłaszcza franciszkańska Bazylika Matki Boskiej Miłosiernej, Katedra św. Jana Chrzciciela czy budynek Uniwersytetu, a także Lent – historyczna dzielnica położona nad rzeką Drawą wraz ze zbudowanym na początku XX w. Starym Mostem. Podczas pobytu w mieście warto wspiąć się na wzgórze Kalvarija (375 m n.p.m.), skąd rozpościera się rozległy widok ze Stadionem Ljudski vrt na pierwszym planie.
30 km od Mariboru znajduje się urokliwy Ptuj. Co roku odbywa się w nim ludowy pochód karnawałowy Kurentovanje, w trakcie którego Kurent – stwór o owczym futrze, przepasany dzwonkami i ozdobiony kolorowymi wstążkami, odpędza zimę. Kto trafi tu poza karnawałem, też z pewnością będzie zadowolony. Zabytkowe centrum historyczne wręcz zaprasza do tego, aby odpocząć w jego leniwej atmosferze starego miasteczka, a ptujski zamek (Grad Ptuj) to świetne miejsce do podziwiania przepięknej okolicy z góry.

 

NAD ADRIATYKIEM
Słoweńskie wybrzeże liczy nieco ponad 46 km długości. Choć wydaje się to niewiele w porównaniu z adriatyckimi brzegami Chorwacji, ta część półwyspu Istria posiada wszelkie cechy regionu idealnego do wakacyjnego wypoczynku. Na tym dwujęzycznym obszarze znaczącą mniejszością są Włosi. Rolę stolicy odgrywa portowy ośrodek Koper (wł. Capodistria) z zabytkowym Starym Miastem i wieżą widokową. Jednak za prawdziwą perłę tej części Słowenii uważa się miasteczko Piran. Swoją zabudową przypomina nieco Wenecję. Na centralnym pirańskim placu Giuseppe Tartiniego (Tartinijev trg), wyłożonym wypolerowanymi marmurowymi płytami, stoi pomnik tego XVIII-wiecznego włoskiego kompozytora i skrzypka. Podczas długich letnich wieczorów miejscowa młodzież ugania się tutaj za piłką, a turyści wypoczywają na ławeczkach po trudach upalnego dnia. Nad miejscowością góruje Kościół św. Jerzego z charakterystyczną wieżą. Najdalej wysunięty na zachód punkt Piranu stanowi latarnia morska, zbudowana na cyplu, gdzie starożytni palili ogniska, aby wskazać drogę statkom płynącym w kierunku Triestu. Do najciekawszych obiektów należy XV-wieczny dom Benečanka – Wenecjanka, doskonały przykład architektury wenecko-gotyckiej. Na parterze mieści się mały sklepik Piranske Soline, w którym kupimy m.in. czekoladę nadziewaną… solą morską. Z portu wyruszają statki na wycieczki po Zatoce Pirańskiej (można dopłynąć do pobliskiej osady Sečovlje i zwiedzić muzeum saliny). Poza tym w Piranie działają też centra nurkowe. Usatysfakcjonowani powinni poczuć się w tym miasteczku także miłośnicy kuchni śródziemnomorskiej. Grillowane kalmary z oliwą i czosnkiem, podane ze świeżym pieczywem i popite szprycerem (białe wino z wodą gazowaną), smakują nad Adriatykiem niepowtarzalnie. Na deser koniecznie trzeba skusić się na lody, polecam te u Albańczyków na Prešernovym nabrežju. Kilka kilometrów na południe od Piranu leży Portorož, „słoweński Sopot”, pełen luksusowych hoteli, kasyn, dyskotek, wyśmienitych kawiarni i restauracji oraz centrów spa & wellness, w połowie drogi do Kopru zaś – Izola, której uliczki bywają tak wąskie, że przeciwległe domy dzieli odległość rozpiętości ludzkich ramion.

Portowe miasto Koper na półwyspie Istria nad Adriatykiem


Jadąc na wybrzeże z Lublany, obowiązkowo musimy zajrzeć na dłużej do kilku miejscowości. Pierwszą z nich jest Postojna. Jedna z jej niepowtarzalnych atrakcji to Predjamski grad (Zamek Predjamski) w pobliskiej wsi Predjama, częściowo wykuty w skale. Jego historia sięga czasów średniowiecza. W XV w. mieszkał w nim legendarny rycerz rozbójnik Erazm Lueger (Luegger), słoweński Janosik lub Robin Hood, który poparł króla Węgier Macieja Korwina w jego konflikcie z cesarzem Fryderykiem III Habsburgiem, czym ściągnął sobie na głowę wojska cesarskie. Zamek długo opierał się oblężeniu, ponieważ wydrążonymi wewnątrz góry przejściami dostarczano załodze żywność i wodę. Dzielny obrońca został – niestety – zdradzony przez sługę i zginął od kuli armatniej w chwili, gdy przebywał w wychodku. 10 km od skalnej twierdzy znajduje się słynna Postojnska jama (Jaskinia Postojna) z siecią podziemnych korytarzy i sal liczącą ponad 20 km. Otwarto ją dla zwiedzających na początku XIX w. Znaczną część udostępnionej ok. 5,5-kilometrowej trasy pokonuje się kolejką elektryczną. W grocie żyje endemiczny gatunek ślepego płaza ogoniastego – odmieniec jaskiniowy (Proteus anguinus), zwany „ludzką rybką”.
Niedaleko stąd można też odwiedzić Škocjanske jame (Jaskinie Szkocjańskie) – kompleks pieczar krasowych wpisany w 1986 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Przepływa przez nie rzeka Reka, a pod wpływem erozji uformowały się w nich naturalne mosty, stopnie wodospadów i jedna z największych w Europie podziemnych hal. Na terenie Słowenii na płaskowyżu Kras odkryto dotychczas ponad 8 tys. jaskiń.

FOT. SLOVENIA.INFO/B. KLADNIK

Niezwykłe Jaskinie Szkocjańskie na terenie słoweńskiego Krasu


Organizacja UNESCO swoją ochroną objęła jeszcze 2 słoweńskie skarby. Pierwszym z nich są pozostałości prehistorycznych domów na palach na terenie regionu Ljubljansko barje (Lublańskie Bagno) – część ze 111 małych osad rozrzuconych po 6 krajach alpejskich. Archeologowie odnaleźli w tym rejonie najstarsze koło z osią. Jego wiek szacuje się na mniej więcej 5150 lat. Drugi obiekt z prestiżowej listy stanowi dawna kopalnia rud rtęci w Idriji. Żywe srebro wydobywano w niej od końca XV w. do lat 90. ubiegłego stulecia.
W pobliżu Jaskiń Szkocjańskich w Lipicy od 1580 r. hoduje się niewielkie, masywne białe konie lipicańskie. W tutejszej stadninie skorzystamy z lekcji jazdy konnej, odbędziemy przejażdżkę zaprzęgiem  i zwiedzimy przylegające do niej muzeum. We wsi powstało również pole golfowe. Lipicański koń – jeden z symboli państwa – widnieje na słoweńskiej monecie 20-centowej.

 

JEZIORA I ALPY
U wrót Triglavskiego Parku Narodowego, 50 km od Lublany, znajdziemy popularny ośrodek turystyczny Słowenii Bled, położony nad polodowcowym jeziorem (Blejsko jezero), usytuowanym na wysokości 475 m n.p.m. Od czasów międzywojnia, kiedy to powstało w nim wiele ekskluzywnych hoteli, malownicze miasteczko przyciągało znamienitych gości, m.in. jugosłowiańską rodzinę królewską czy przywódcę Socjalistycznej Federacyjnej Republiki Jugosławii Josipa Broza Tito. W lustrzaną taflę akwenu z monumentalnej skały spogląda Blejski grad (Zamek Bledski). W błękitnej toni odbija się także sylwetka samotnego barokowego kościółka z małej wysepki (Blejski otok), na którą dostaniemy się łódką. Z Bledu wyruszymy na wspinaczki górskie oraz spływy kajakowe i rafting na szmaragdowej rzece Soczy.
Nieco wyżej, bo 526 m n.p.m., u podnóży najwyższego szczytu Słowenii Triglavu (2864 m n.p.m.) w Alpach Julijskich, leży największe naturalne jezioro w kraju (3,3 km²) – Bohinjsko jezero z wodospadem Savica. Latem można zażywać w nim kąpieli i łowić ryby, pływać kajakiem, żeglować lub surfować, zimą zaś – pojeździć na łyżwach na jego zamarzniętych wodach. Warto wybrać się stąd na wycieczkę do malowniczej Doliny Triglavskich Jezior i… na wyprawę na sam Triglav. Wśród Słoweńców panuje przekonanie, że każdy z nich choć raz w życiu powinien zdobyć tę górę. Dlaczego więc nie miałby tego dokonać odwiedzający ich ojczyznę turysta?

FOT. SLOVENIA.INFO/FRANCI FERJAN

Jezioro Bled i wysepka z barokowym Kościołem Wniebowzięcia NMP


W tej okolicy działają takie centra narciarskie jak Senožeta, Športni Center Triglav Pokljuka czy TC Soriška planina. W całych słoweńskich Alpach w zimowych miesiącach królują zresztą narty. Trudno się jednak temu dziwić, ponieważ panują tu warunki bardzo podobne do tych w pobliskich Włoszech czy Austrii. Zdaniem ekspertów 7 najlepszych ośrodków w Słowenii dla miłośników białego szaleństwa to: RTC Žičnice Kranjska Gora, Bovec Kanin, Vogel Ski Center, Smučarski Center Cerkno, RTC Krvavec, Rogla i Smučišče Mariborsko Pohorje. Wszystkie oferują doskonale przygotowane trasy zjazdowe zarówno dla początkujących, jak i zaawansowanych narciarzy.
Tuż pod granicą z Austrią, niedaleko Kranjskiej Gory, w uroczej dolinie górskiej Planica, wznosi się Letalnica (Velikanka), jedna z największych skoczni narciarskich na świecie. Obecnie jest ona w przebudowie. Od przyszłego sezonu jej wymiary zwiększą się z 215 do 225 m, co pozwoli na oddawanie skoków w granicach 260 m. To na niej co roku zawodnicy kończą zmagania w Pucharze Świata.


SŁOWEŃSKIE ZAMKI
Niemal każde miasto i miasteczko w Słowenii posiada zabytkowy zamek. Obok tych w Lublanie, Predjamie koło Postojny i Bledzie, warto wymienić jeszcze choćby Grad Otočec nieopodal miejscowości Novo Mesto znajdującej się na południowy wschód od stolicy. To jedyny tego typu obiekt na wodzie w całym kraju – zbudowano go na wyspie na rzece Krka. Uchodzi za zabytek kulturalny i został udostępniony zwiedzającym. Możemy tu również przenocować w 5-gwiazdkowym hotelu, odrestaurowanym w stylu gotycko-renesansowym. W Otočcu co roku odbywa się festiwal muzyczny Rock Otočec, którego początki sięgają 1976 r.
Inną godną polecenia historyczną budowlę, a w zasadzie jej ruiny, stanowi siedziba hrabiów cylejskich. Zamek w Celje, zwany Zamkiem Wysokim lub Starym Zamkiem, był w średniowieczu największą twierdzą na terenie Słowenii. Mieszkała w nim niegdyś córka polskiego króla Kazimierza III Wielkiego, Anna Kazimierzówna, zaślubiona z hrabią Wilhelmem von Cilli.

 

WINO I INNE SPECJAŁY    
Na koniec wypada jeszcze dodać parę słów o słoweńskich winach. Według zawartości cukru dzielimy je na słodkie, półsłodkie, półwytrawne, wytrawne oraz bardzo wytrawne (odpowiednio: sladko, polsladko, polsuho, suho oraz zelo suho). Pod względem jakości wyróżniamy: stołowe (namizno), wysokiej jakości (kakovostno) oraz najwyższej jakości (vrhunsko). Prawie 70 proc. krajowych szlachetnych trunków spełnia kryteria pozwalające je zaliczyć do dwóch ostatnich kategorii. Kosztują one zazwyczaj mniej niż jakościowo słabsze wyroby sprzedawane w Polsce. Oprócz win czerwonych, białych i różowych spotkamy tu mieszankę gron białych i czerwonych, której nazwa i metoda produkcji podlegają ochronie prawnej. Cviček, bo o nim mowa, ma dość niską zawartość alkoholu (od 8,5 do 10 proc.), lekko kwaskowy smak i podobno szczególne właściwości zdrowotne. Podczas wizyty w tych stronach warto spróbować takich gatunków jak Kraški teran, malvazija bądź refošk. Osobną grupę tworzą wina domowe (domača vina) – chyba najpopularniejsze wśród Słoweńców, dlatego jeśli tylko nadarzy się okazja, musimy koniecznie ich skosztować. Winorośl uprawia się w tym kraju w 3 regionach: Podravje, Posavje i Primorska.
Tradycja winiarstwa na terenach Słowenii sięga czasów antycznych. Dziś okazję do degustacji tego trunku i radosnej zabawy stanowią np. sierpniowe Dnevi poezije in vina (Dni Poezji i Wina), 11 listopada, czyli dzień św. Marcina – patrona właścicieli winnic, lub też każde winobranie, nazywane trgatev. Do tego tak ważnego dla Słoweńców elementu ich kultury nawiązuje w końcu sam tytuł słoweńskiego hymnu Zdravljica („Toast”).
Położenie kraju na granicy ścierania się wpływów wielu narodów odbiło się również w lokalnej kuchni – mieszance śródziemnomorskiej, alpejskiej, panońskiej i bałkańskiej sztuki kulinarnej. Do najcharakterystyczniejszych specjałów tej części Europy zalicza się prekmurską gibanicę (rodzaj wielowarstwowego ciasta), kiełbasę kranjską, kraški pršut (suszoną słoną szynkę), kremne rezine (bledzkie kremówki) i bučno olje (olej z pestek dyni, wytwarzany na naszym kontynencie jedynie w słoweńskiej i austriackiej Styrii). Wielbiciele bałkańskich smaków znajdą też tutaj to, z czego słyną sąsiednie kraje z półwyspu: čevapčići, burek oraz pljeskavicę.
Jeśli ktoś wciąż waha się, czy powinien odwiedzić czarującą zieloną Słowenię, niech przekona go opis z książki Andrzeja Stasiuka Jadąc do Babadag: „The green piece of Europe” musiał się podobać już na pierwszy rzut oka. Nie było w nim nic zbędnego. Spokojne wsie leżały na dnie dolin. Białe kościoły na wzgórzach czuwały nad ich pomyślnością. W miasteczkach habsburski barok kreślił na tle ciemnego nieba wyrafinowane kształty.

Artykuły wybrane losowo

Boska Brazylia

MAGDALENA WALCZUK

Fundacja Terra Brasilis

                                                                                                             FOT. FOZDOIGUACUDESTINODOMUNDO.COM.BR

<< „Deus é brasileiro”, czyli „Bóg jest Brazylijczykiem” – stwierdzenie to słyszałam z ust wielu mieszkańców Brazylii. Większość z osób, które kiedykolwiek miały okazję postawić stopę na brazylijskiej ziemi, zgodzi się z nim bez wahania. Bez wątpienia kraj ten został hojnie obdarzony przez Stwórcę: zachwyca bogactwem i niezwykłością przyrody, odurza tropikalnymi smakami i zapachami, urzeka niesamowitą różnorodnością, wybuchową mieszanką kultur, intryguje kontrastami i niejednoznacznością. Naprawdę nietrudno zakochać się w Brazylii. Jak prawdziwa kobieta, powoli odsłania przed nami swoje tajemnice i nie przestaje kusić tym, co jeszcze pozostało do odkrycia. Niechętnie poddaje się prostym definicjom. Nie wierzcie temu, kto twierdzi, że zdołał ją zrozumieć i poznać jej wszystkie sekrety. >>

Więcej…

Indonezja – wakacje w tysiącach odcieni

Jerzy Pawleta

www.jerzypawleta.pl

Posągi na terenie świątyni Pura Nunggu
99


Indonezja leży wzdłuż równika. W jej granicach znajduje się 17 508 wysp Archipelagu Malajskiego, z których tylko mniej więcej jedna trzecia – ok. 6 tys. – jest zamieszkała. Tworzą one niezwykłą mozaikę kultur, krajobrazów, zwyczajów, architektury, kuchni i religii. Wciąż można w tym kraju znaleźć wiele jeszcze nieodkrytych miejsc. Czeka w nim na nas z jednej strony błogi wypoczynek w niezmiernie komfortowych warunkach, a z drugiej – fascynująca przygoda. To prawdziwy wakacyjny i podróżniczy raj. 

Więcej…

Tajlandia zmysłowa

 

 

temple_of_the_emerald_buddha.jpg

Bangkocka Świątynia Szmaragdowego Buddy

©TOURISM AUTHORITY OF THAILAND

Katarzyna Byrtek

 

Prawdopodobnie większość Europejczyków słyszała o tajskich niebiańskich plażach, białym piasku i lazurowej wodzie. Jednak Tajlandia to nie tylko rajska kraina uśmiechów, idealna na wakacyjny leniwy wypoczynek, lecz także kraj dostarczający różnorodnych i mocnych wrażeń. Zapewnią nam je m.in. degustacje najlepszej kuchni świata, oglądanie emocjonujących walk boksu syjamskiego („muay thai”) na ringu i zwiedzanie niezmiernie kolorowego podwodnego królestwa zamieszkanego przez wyjątkowe stworzenia. 

Z klimatyzowanego samolotu przez klimatyzowany terminal docieram aż do metra prowadzącego do centrum Bangkoku. Wagon pociągu jest tak wychłodzony, że nie zdejmuję i nie chowam swojego europejskiego swetra. Wkrótce dojeżdżamy jednak do stacji końcowej i wysiadam w bangkocką noc – parną, duszną, gorącą tak, że fala ciepła zatrzymuje mnie na peronie na ułamek sekundy. Moje ciało ciągle pamięta środek warszawskiej zimy. Jak ja tu będę żyć przez dwa miesiące – myślę. W Tajlandii w najchłodniejszym okresie temperatura sięga 30°C, a woda w morzu nagrzewa się do 26°C. W trakcie naszej jesieni i zimy trwa w tym rejonie pora sucha, a powietrze jest przyjemniejsze i mniej wilgotne niż np. w lecie, kiedy część kraju dręczą uparte monsuny i deszcze. Wytchnienie dają klimatyzowane pomieszczenia. Zresztą mieszkańcy całej Azji Południowo-Wschodniej mają niemal obsesję na punkcie chłodzenia się. Klimatyzacja zwykle bywa nastawiona nie na komfortowe dla Europejczyka 20–22°C, ale na temperaturę znacznie niższą. Dlatego do kina zawsze trzeba się ciepło ubrać, przed podróżą nocnym autobusem wyjąć bluzę i szal, a nawet narzucić coś na siebie przy każdej przejażdżce metrem.

Tajlandia cieszy się dużą popularnością wśród turystów z całego świata głównie ze względu na przepiękne plaże i lazurowe morze. Warto jednak wyjść nieco poza ten schemat, zrezygnować z błogiego wylegiwania się na złotym piasku choć na kilka dni i przeżyć o wiele więcej. To idealny cel wyjazdów dosłownie dla wszystkich – rodzin z dziećmi, backpackerów, którzy muszą nieraz zaciskać pasa, miłośników sportów i wielbicieli leniuchowania, samodzielnych podróżników czy królów imprez.

Raj dla kubków smakowych

Jedzenie stanowi wielką atrakcję w czasie wizyty w Tajlandii. Nie bez powodu kuchnia tajska uważana jest za najciekawszą i najlepszą na świecie. Niespróbowanie miejscowych przysmaków byłoby prawdziwym grzechem. Trzeba jednak pamiętać, że tosty zapiekane z szynką sprzedawane w popularnej sieci sklepów 7-Eleven wcinają tylko przyjezdni, a tutejsze śniadanie, obiad i kolacja niespecjalnie się od siebie różnią – rano można spokojnie zajadać się grillowaną wieprzowiną, kurczakiem czy dużą miską wywaru mięsnego z makaronem ryżowym.

Jeśli do obiadu nie dostaliście pałeczek, lecz sztućce, nie martwcie się, nikt nie zwątpił w wasze umiejętności posługiwania się nimi. W Tajlandii większość dań je się po prostu łyżką i widelcem (noże to rzadkość). Pałeczki, razem z łyżką, podawane są najczęściej do zupy z makaronem ryżowym.

W kuchni tajskiej wszystko kręci się wokół ryżu (zamówić go można nawet w miejscowym KFC), intensywnych przypraw i różnych rodzajów mięsa. Najsłynniejsze jest boskie pad thai, czyli smażony makaron ryżowy m.in. z jajkiem, sosem rybnym, orzeszkami, krewetkami, serwowany z połówką limonki i kiełkami. Nie wolno nie spróbować chociaż jednej z wersji curry (mieszanki przypraw rozprowadzanej w mleku kokosowym podawanej z mięsem, warzywami i ryżem) – do wyboru czerwone, zielone, żółte bądź łagodniejsze phanaeng curry (panang curry lub penang curry). Z kolei tom yam (tom yum) to intensywna kwaśno-pikantna zupa na mleku kokosowym. Ciekawą propozycję na lunch stanowi też sałatka z papai. Na deser często zamawia się lepki ryż khao niaw z bananem, mlekiem kokosowym czy jajkiem.

Przed wyruszeniem na wędrówkę w poszukiwaniu tajskich specjałów trzeba również odrzucić restrykcyjne zasady polskiego sanepidu, aby móc beztrosko zapuścić się w uliczki, gdzie na każdym kroku spotkać można dymiące wózki pełne świeżo przygotowanych smakołyków (wspomnianej zupy albo np. nadzianego na patyki mięsa). Wokół nich chaotycznie poustawiane są małe stoliki z niskimi plastikowymi krzesłami – nie ma na nich serwetek i sztućców, ale atmosfera jedzenia na ulicy jest niepowtarzalna. We wszystkich miastach i punktach, gdzie zatrzymują się autobusy dalekobieżne, znajduje się przynajmniej kilka niewielkich targów, na których oprócz świeżych owoców czy ryb sprzedaje się przeróżne mieszanki mięsa z lokalnymi warzywami przyprawione prawdziwie po tajsku. Posiłki na wynos pakuje się do zawiązywanych woreczków. Duża część lokali typowo restauracyjnych powstała dla turystów, dlatego ceny bywają w nich nawet kilkakrotnie większe, a dania – nie zawsze oryginalne.

W słynnej nadmorskiej miejscowości wypoczynkowej Pattaya,uchodzącej za jedno z centrów seksbiznesu,koniecznie należy odwiedzić chińsko-tajskie restauracje z rodzaju all you can eat (pol. jesz, ile chcesz). Pośrodku stołu znajduje się w nich wielki rozgrzany gar, w którym goście samodzielnie gotują lub przysmażają jedzenie. W formie szwedzkiego stołu wystawione są przeróżne warzywa, owoce, mięsa i najrozmaitsze owoce morza. Większe porcje tych dwóch ostatnich składników można wybrać samemu i oddać w ręce obsługi, która przygotuje je na grillu.

Moje własne curry

W Tajlandii przyrządzimy też miejscowe przysmaki samodzielnie pod okiem doświadczonego szefa kuchni w czasie kursu gotowania. Nawet największym obżartuchom powinien wystarczyć półdniowy wariant takiego szkolenia, w trakcie którego przygotowuje się kilka dań, a potem je konsumuje. W menu pojawiają się doskonała zupa kokosowa tom kha czy wspomniana już tom yam, makaronowe pad thai, jeden z rodzajów sajgonek i deser. W moździerzu uciera się również proszek curry, którego później dodaje się do potrawy z ryżem. Takie własnoręcznie przyrządzone specjały to prawdziwe niebo w gębie.

Największy wybór godnych polecenia kursów gotowania znajdziemy w mieście Chiang Mai, położonym w północnej części kraju. To jeden ze standardowych przystanków wszystkich turystów w Tajlandii, dlatego zaplecze usługowe jest w nim na tyle rozwinięte, że przyjezdni mogą siedzieć tu ponad tydzień i nigdy się nie nudzić.

Dzień najlepiej zacząć na lokalnym targu. Niektóre sprzedawane na nim produkty są tak niezwykłe, że człowiek z Europy Środkowej nie tylko dziwi się, że Tajowie je jedzą, ale też zastanawia, jak to robią. Do najsłynniejszych tego typu osobliwości należy zielonkawy durian z grubą skórką przypominającą nieco kolce. Ciągnie się za nim opinia najbardziej śmierdzącego owocu świata. Kiedy w pokoju w hostelu czuć zapach starych skarpetek, niekoniecznie winę za to musi ponosić niechlujny współlokator. Może ktoś nielegalnie (większość obiektów noclegowych wywiesza kartki z rysunkiem przekreślonego duriana) przemycił cuchnący smakołyk. Podobno nie wolno spożywać go także z alkoholem lub kawą.

Ciało do ciała

Po spacerze z orzeźwiającym świeżo zmiksowanym sokiem z owoców egzotycznych w ręce przychodzi czas na relaks. Wbrew obiegowej opinii większość tajskich masaży wcale nie kończy się zaspokojeniem seksualnym. Zabieg ten ma długą historię, a za jego legendarnego twórcę uchodzi sam lekarz Buddy – Shivago Komarpaj (Jīvaka Komarabhācca), żyjący ok. VI w. p.n.e. W rzeczywistości rozwój tej techniki masowania był bardziej złożony, bo czerpie ona z tradycji Chin, Indii i innych południowoazjatyckich krajów.

Wizyta w miejscowym salonie bywa niełatwym przeżyciem dla osób nieśmiałych i kruchych – taki masaż jest wyjątkowo kontaktowy i intensywny. Przed nim rozbieramy się do majtek albo zakładamy coś w rodzaju luźnego szlafroka i kładziemy się na materacu lub specjalnej leżance. W trakcie zabiegu masażystka używa różnych części ciała: łokci, stóp, kciuków bądź przedramion, może na nas siadać, trzymać za rękę, przyciskać nasze ciało do swojego. W przypadku tej techniki nie chodzi tyle o delikatne ugniatanie mięśni i skóry, co o naciskanie odpowiednich punktów i rozciąganie. Tajski masaż łączy elementy akupresury, pasywnej jogi i refleksologii. Czasem wywołuje chwilowy ból, ale po wszystkim człowiekowi wydaje się, że jest na tyle rozciągnięty, iż urósł kilka centymetrów. Taka sesja niesamowicie odpręża, dlatego zaleca się korzystanie z jej dobrodziejstw przynajmniej raz w tygodniu, nie tylko na urlopie. Osoby krępujące się tak bliskiego kontaktu z obcym człowiekiem mogą skusić się na wymasowanie stóp czy karku i głowy. Salony masażu znajdziemy tutaj dosłownie wszędzie, m.in. na południowych wyspach, w Bangkoku lub północnym Chiang Mai (gdzie działa zresztą najbardziej renomowana szkoła masażu).

Wielki błękit

scuba_diving_andaman_sea.jpg

W wodach Morza Andamańskiego nurkowie spotkają m.in. rekiny brodate

©THAITRAVELMART.COM



Ciepłe przejrzyste morze, bogactwo kolorowych ryb i zapierające dech w piersiach rafy koralowe przyciągają co roku do południowej Tajlandii tysiące turystów, a podwodny świat tego regionu od zawsze trafia do pierwszych dziesiątek rankingów najciekawszych nurkowisk na ziemi. Jeśli ktoś nie wie nic o nurkowaniu, to nic nie szkodzi. Może kupić albo wypożyczyć maskę, rurkę oraz płetwy i wybrać się na eksplorację dna morskiego na własną rękę na płytkie wody blisko brzegu. Dobrze dopytać się o lokalne warunki – w niektórych miejscach występują silne prądy lub fale, które wyrzucają na skały czy rafy. Najlepsze do snorkelingu są okolice wysp Koh Lipe, Koh Chang i Koh Samui.

Warto jednak zarezerwować sobie kilka dni bądź tydzień i wykupić podstawowy kurs nurkowy ze sprzętem – tutejsze ceny należą do najkorzystniejszych na świecie, a to, co zobaczymy pod powierzchnią morza w Tajlandii, jest zdecydowanie atrakcyjniejsze niż widoki podczas szkoleń prowadzonych na basenie i jeziorach w Polsce. Co więcej, sprzyjające warunki panują tu cały rok (z małymi wyjątkami), temperatura wody w zasadzie nie spada poniżej 26°C, a najlepszy okres do nurkowania to styczeń–marzec, czyli szczyt tajskiego sezonu. Zwykle nie ma konieczności zapisywania się na lekcje z wyprzedzeniem. Nawet na mniejszych turystycznych wyspach działa po kilka firm, bez problemu już na miejscu sprawdzimy ceny, dostępność i terminy kursów. Dobrze też zainteresować się, jakie certyfikaty posiada instruktor, czy dogadamy się z nim w jakimś języku, którym władamy, i co dokładnie zawiera dana oferta.

Cisza pod wodą, otaczające człowieka rozległe przestrzenie czy uczucie latania to dodatkowe argumenty przemawiające za spróbowaniem nurkowania. Niemal 75 proc. wszystkich gatunków fauny morskiej i koralowców na świecie występuje właśnie w Azji Południowo-Wschodniej – od malutkich koników morskich, przez płaszczki, ośmiornice, węże wodne, po kilku- lub kilkunastometrowe ryby. Spotkania z tymi stworzeniami nigdy się nie zapomina. Zachwycają również podwodne jaskinie, bloki skalne i wraki łodzi. Tajlandię można podzielić na trzy rejony idealne dla nurków. Pierwszy z nich stanowi zachodnie wybrzeże ze słynną wyspą Phuket oraz archipelagiem Phi Phi, leżący na północ od niego obszar, na który składają się wyspy Similan, Koh Bon, Koh Tachai i Skała Richelieu (Richelieu Rock), a także region południowy, czyli Koh Haa, Hin Daeng, Hin Muang i Koh Lipe. Z kolei w północnej części Zatoki Tajlandzkiej warto odwiedzić Pattayę i Koh Chang. Natomiast na jej południowym terenie miłośników podwodnych przygód przyciągają Koh Tao i Koh Samui.

Na siedzeniu tuk-tuka

phi-ph-island-1.jpg

Koh Phi Phi Don jest największą wyspą w archipelagu Phi Phi

©TOURISM AUTHORITY OF THAILAND



Istnieje wiele sposobów podróżowania po kraju Tajów. Wielką frajdą będzie na pewno zwiedzanie wybranej wyspy na własną rękę wypożyczonym na jeden lub kilka dni skuterem. Samodzielne prowadzenie środka transportu (wynajęcie samochodu bywa znacznie droższe) daje dużą niezależność. Nie tylko nie jesteśmy wówczas uzależnieni od rozkładów jazdy, lecz także bez problemu możemy zatrzymać się przy opuszczonej rajskiej plaży i wskoczyć wprost do orzeźwiającej wody.

W dużym mieście warto choć raz przejechać się tuk-tukiem, czyli autorikszą pełniącą funkcję taksówki. Taki trzykołowy pojazd wygląda jak motor z dobudowanym z tyłu wózkiem, który pomieści kilka osób. Jazda zatłoczonymi ulicami Bangkoku podniesie ciśnienie krwi niejednemu Europejczykowi. Jeśli ktoś podróżuje samodzielnie, może skorzystać z taksówek motorowych i skuterowych. Pasażer plecak wkłada pod kierownicę i wskakuje na siedzenie za kierowcą, który pędzi, przeciskając się między samochodami i ignorując większość znaków drogowych. Trudno powiedzieć, czy to aby na pewno bezpieczne, ale przeżycia z takiej przejażdżki są z pewnością niezapomniane.

Tajlandia to wręcz wymarzone miejsce dla miłośników morza i wysp, a co za tym idzie, zapalonych żeglarzy. Wystarczy zebrać grupę znajomych i wypożyczyć jacht albo katamaran, aby przemierzać bezkresną Zatokę Tajlandzką, a podczas rejsu zatrzymywać się w każdej chwili przy opuszczonych lądach, opalać bez towarzystwa tłumu turystów i nurkować z maską wśród bajecznych raf koralowych.

W świetle księżyca

shopping_at_khao_san_road1.jpg

Ulicę Khao San w centrum Bangkoku odwiedzają tłumy turystó

©THAITRAVELMART.COM



Wieczorem siadamy w jednym z barów. Noc jest gorąca, w środku stoją plastikowe krzesła i stół bilardowy, gra głośna muzyka. Podają tutaj tajskie piwa Chang i Singha bądź popularnego Tigera z Singapuru, czasem z lodem. Dla niektórych wakacje to moment, kiedy wreszcie mogą beztrosko imprezować i nie martwić się wczesnym wstawaniem. Do najlepszych do tego miejsc należy Bangkok – znajdziemy w nim słynną ulicę dla backpackerów Khao San, luksusowe bary na dachach wieżowców (rooftop bars) czy dzielnicę czerwonych latarni Patpong odwiedzaną przez licznych zagranicznych przybyszów. Wiele osób przyciągają kolorowe nocne światła położonego na wybrzeżu miasta Pattaya, centrum tajskiego seksbiznesu, w którym przy głównej ulicy działają kluby dla gejów oraz lokale oferujące pokazy erotyczne lub występy kathoey, czyli tzw. ladyboys (osób, które przyswoiły sobie cechy przeciwnej płci, uważanych w buddyzmie za trzecią płeć). Dzikie noce w ociekającej alkoholem i seksem Pattayi niezbyt przypadną do gustu osobom ceniącym zwykłego typu rozrywki czy rodzinom z dziećmi. Trzeba też zdawać sobie sprawę z tego, że seksturystyka to nie tylko niewinna wakacyjna zabawa, lecz także branża kontrolowana przez mafie i związana z wykorzystywaniem kobiet oraz zmuszaniem nieletnich do prostytucji.


Bawić można się wszędzie, ale dobre towarzystwo i odpowiedni termin to czasem podstawa. Tajlandia słynie na świecie z full moon party, czyli całonocnych imprez nad brzegiem morza organizowanych na południu kraju w dzień przed pełnią księżyca, w jej trakcie albo dzień po niej. Zwyczaj ten zainicjowano na plaży Haad Rin na wyspie Phangan w południowo-wschodniej części Zatoki Tajlandzkiej. W 1985 r. odbyło się pierwsze takie wydarzenie dla kilkudziesięciu osób. Wkrótce zyskało sławę i dziś przyciąga przynajmniej kilka tysięcy uczestników, w większości turystów, a jego odpowiedniki spotkamy również na innych wyspach. Na full moon party usłyszymy muzykę reggae, trance, rhythm and blues, techno, house czy drum and bass. Alkohol leje się strumieniami, nierzadko pojawiają się też inne środki odurzające. Trzeba jednak wiedzieć, że kary za posiadanie i sprzedawanie narkotyków w Tajlandii są wyjątkowo surowe.

Emocje na ringu

Wielbiciele widowisk podnoszących poziom adrenaliny we krwi także nie będą się w tym kraju nudzić. Muay thai, czyli boks tajski (boks syjamski), to bardzo popularna sztuka walki, szczycąca się niemal statusem sportu narodowego i przyciągająca tysiące żądnych wrażeń Tajów i zagranicznych turystów. Zwykle podoba się nawet osobom, które nie są fanami bijatyk na ringu. Ma wielowiekową tradycję, a wiele ze starych elementów przetrwało do dzisiaj – pojedynek zaczyna się od rytualnego tańca wojownika wai khru. Kiedyś w jego trakcie prezentowano region, z którego pochodził zawodnik. Ta część stanowi jednocześnie rozgrzewkę. Cała walka odbywa się na stojąco, przeciwnicy używają niskich kopnięć okrężnych, uderzeń łokciami i kolanami oraz tzw. klinczu, czyli chwytu klamrowego rękami. Niesamowitą atmosferę na widowni tworzy rozemocjonowana publiczność zawsze reagująca na silniejszy cios, przekrzykująca się, obstawiająca wynik w każdym momencie spotkania. Walczą w większości Tajowie, ale zdarzają się też zawodnicy z innych krajów. Niektórzy z nich są bardzo młodzi – trafiają się nawet 15-latkowie. Za najlepsze areny bokserskie uchodzą Lumpinee Boxing Stadium i Rajadamnern Stadium w Bangkoku oraz te na Phuket i Koh Samui czy w Chiang Mai.

Noc w dżungli

Liczne parki narodowe, dziewicza przyroda i zielona dżungla, w głąb której urządza się kilkudniowe wędrówki, czekają na wszystkich mających odwagę zejść nieco ze standardowego szlaku pełnego piaszczystych plaż i taniego piwa Chang. Leśnych ścieżek i zorganizowanych wycieczek szukać można w różnych częściach kraju, zarówno na popularnej północy, jak i w regionie wschodnim, często omijanym przez turystów. Dużo wypraw trekkingowych organizuje się w prowincjach Chiang Mai i Chiang Rai, Mae Hong Son, Kanchanaburi, Krabi, dystrykcie Mae Sot czy Parku Narodowym Khao Yai. Jeśli musimy wybrać jedno miejsce, warto zaufać ekspertom z UNESCO i odwiedzić Kompleks Leśny Dong Phayayen-Khao Yai, leżący w środkowej Tajlandii, stosunkowo niedaleko od stolicy. Podczas planowania wędrówek należy brać pod uwagę porę roku. Inaczej niż na wybrzeżu w okresie zimowym temperatura powietrza na terenach wyżej położonych bywa znacznie niższa od tej panującej w pozostałych miesiącach.

Światło i dym

Tajlandia to kraj o długiej historii i bogatej tradycji, dobrze więc poświęcić trochę czasu na zapoznanie się z jej najważniejszymi zabytkami i dowiedzenie się czegoś więcej o dominującym tutaj buddyzmie. Do obowiązkowych miejsc do zwiedzenia w Bangkoku zaliczają się przepiękny Wielki Pałac Królewski z Wat Phra Kaew (Świątynią Szmaragdowego Buddy), jedna z najstarszych tajskich budowli sakralnych Wat Pho (Świątynia Leżącego Buddy) oraz Wat Suthat z 28 chińskimi pagodami symbolizującymi 28 postaci Buddy. Na prestiżowej Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO znajdują się m.in. stanowisko archeologiczne Ban Chiang, dawna stolica Syjamu Ayutthaya, ruiny miasta Sukhothai czy rezerwaty dzikiej przyrody rozciągające się wzdłuż granicy z Birmą występujące pod wspólną nazwą Thung Yai-Huai Kha Khaeng.

Choć flaga Tajlandii jest niebiesko-biało-czerwona, to zdecydowanie dominują tu kolory pomarańczowy, złoty i biały. Można się o tym przekonać w trakcie jednego z buddyjskich świąt. W jakimkolwiek mieście wtedy będziemy, udajmy się do najbliższej świątyni i przeżyjmy je razem z Tajami. W czasie pełni księżyca obchodzi się Makha Bucha (Magha Puja), kiedy to rozbłyskają setki świateł, a w powietrzu unosi się dym. Pochód ze świeczkami i kwiatami prowadzony przez ubranych na pomarańczowo mnichów okrąża kilkakrotnie kompleks świątynny. Z kolei Songkran to tradycyjny tajski Nowy Rok (wypada na połowę kwietnia). Na ogół spędza się go w gronie rodziny, a do jego zwyczajów należy obmywanie posągów Buddy w świątyniach lub w czasie procesji (przewozi się je na bagażnikach samochodów). Przez kilka dni ulice pełne są roześmianych ludzi, którzy malują się białą kredą i oblewają wodą. Przypomina to trochę nasz śmigus-dyngus.

Tajskie niezwykłości

W Tajlandii zaskoczy nas wiele rzeczy. Na śniadanie dostaniemy ryż z mięsem lub zupę z makaronem ryżowym, a niedojrzałe mango serwuje się tu z sosem rybnym albo chilli. Do większości potraw otrzymamy łyżkę i widelec. Piwo z kolei często podaje się z lodem.

Do zwykłych widoków należą w tym kraju mnich bawiący się telefonem komórkowym czy słonie spacerujące po ulicach. Na drogach trzeba zachować ostrożność, bo przepisy dla uczestników ruchu traktuje się raczej jako wskazówki niż nakazy i zakazy.

Niemal wszystkie kremy dostępne w sklepach przeznaczone są do rozjaśniania skóry. Klimatyzacja w środkach komunikacji i pomieszczeniach ustawiona jest na dość niską temperaturę – sweter w autobusie to konieczność. Hymn państwowy rozbrzmiewa z głośników dwa razy dziennie, dodatkowo również przed każdym seansem w kinie.