PAWEŁ PAKIEŁA

 

Belgia kojarzy się nam przede wszystkim z centrum Unii Europejskiej. Podróż po tym zróżnicowanym etnicznie, językowo i kulturalnie kraju turyści często zaczynają od jego stolicy – Brukseli, stanowiącej jeden z trzech regionów państwa według podziału dokonanego w 1963 r. Na południe od niej rozciąga się francuskojęzyczna Walonia, z mnóstwem wartych zobaczenia miejsc, takich jak Durbuy, Tournai, Namur, Dinant, Bastogne, Liège czy Mons. Przemieszczając się z belgijskiej metropolii na północ, znajdziemy się w niderlandzkiej strefie językowej, Regionie Flamandzkim, gdzie do miejsc najczęściej odwiedzanych należą Brugia i Antwerpia. Historyczna kraina Flandria rozciąga się też dalej na zachód wzdłuż wybrzeża Morza Północnego i wchodzi m.in. w skład kolejnego z państw Beneluksu – Holandii. Zwiedzając ten kraj, oprócz słynnych atrakcji Rotterdamu, Hagi czy Amsterdamu, nie wolno zapomnieć o farmach serowarskich. Kończąc naszą podróż w Wielkim Księstwie Luksemburga, powinniśmy w naszych planach uwzględnić jego stolicę – miasto Luksemburg, malowniczą miejscowość Vianden czy dolinę rzeki Mozeli oraz zielone Ardeny.  

Skrót Benelux tworzą pierwsze litery nazw trzech sąsiadujących ze sobą monarchii: Belgii, Holandii i Luksemburga (w języku niderlandzkim: België, Nederland i Luxemburg). Jego etymologię można by uzasadnić w jeszcze inny sposób: BENEfit i LUKSus, czyli zyski luksemburskich banków oraz luksusowe belgijskie czekolady i niekończące się pola holenderskich tulipanów w Keukenhof. Wspólna nazwa określająca te trzy kraje istnieje już od ponad pół wieku. Dużo wcześniej, związane unią monetarną i gospodarczą od 1921 r., Belgia i Luksemburg korzystały z tej samej waluty (franka). Na mocy umowy celnej w 1944 r. dołączyła do nich Holandia. W 1960 r. istniejące porozumienie zastąpiono unią ekonomiczną. Dalszy rozwój tej organizacji doprowadził w późniejszym czasie do utworzenia Unii Europejskiej, której założycielami były właśnie kraje Beneluksu wraz z RFN, Francją i Włochami. Dzisiaj, podróżując po Belgii, Holandii i Luksemburgu, wszędzie napotykamy skrót Benelux, np. w nazwie Beneluxtunnel w Rotterdamie.

Zwiedzanie tych trzech monarchii można zacząć w dowolny sposób. Jedną z najpopularniejszych opcji stanowi podążanie zgodnie z układem zawartym w samym skrócie. Dlatego też chciałbym przedstawić wybrane atrakcje Belgii, Holandii i Luksemburga właśnie w tej kolejności.

 

GRANICA EUROPY POŁUDNIOWEJ

Gęsto zalesione pasmo górskie Ardenów jest urokliwym miejscem w południowo-wschodniej Belgii. Wraz z pozostałym obszarem nieskażonych cywilizacją krajobrazów, zajmującym ok. 17 tys. km², tworzy gościnną przestrzeń Walonii. Zjeżdżając z jednej z tutejszych licznych tras szybkiego ruchu, doskonale zrozumiemy, na czym polegają trudności rozgrywanego do dziś najstarszego jednodniowego wyścigu kolarskiego (tzw. klasyku) – Liège-Bastogne-Liège (istniejącego od 1892 r.).

Walonia leży na południu Belgii i tu niewątpliwie zaczyna się Europa Południowa, której mieszkańcy charakteryzują się typowym dla siebie sposobem bycia i zachowaniem. Walonowie uwielbiają rozmawiać, spędzać godziny przy posiłkach w towarzystwie przyjaciół. W tym francuskojęzycznym regionie mówi się często, że jeśli masz alergię na nicnierobienie i śródziemnomorski styl życia, to miejsce nie jest dla Ciebie. Tematy kulinarne stanowią prawdziwą obsesję mieszkańców Walonii. O kuchni rozmawia się tu częściej niż w Wielkiej Brytanii o piłce nożnej czy krykiecie! Nic więc dziwnego, że Walonowie potrafią wyśmienicie gotować.     

 

NASTROJOWE MIASTECZKA WALONII

Walonia zaskakuje różnorodnością krajobrazu, na którą wpłynęła bogata historia tego regionu, oraz dużym przywiązaniem mieszkańców do dawnych tradycji i obyczajów. Podróż po tej uroczej części Belgii można zacząć od Namur – jej malowniczej stolicy, położonej ok. 60 km na południe od Brukseli, u ujścia Sambry do Mozy. Niewątpliwie największą atrakcją jest tu stojąca na wzgórzu XVII-wieczna Cytadela. Kilka miejscowych muzeów posiada ciekawe ekspozycje nawiązujące do czasów gotyku, XVIII-wieczne malowidła, jak również… obrazy erotyczne z XIX w. Miłośnicy saksofonu z pewnością zainteresowani będą odwiedzeniem pobliskiego bajkowego miasteczka Dinant, w którym przyszedł na świat Adolphe Sax, wynalazca tego instrumentu. Znajdująca się na wzgórzu Cytadela stanowi pozostałość napoleońskiego systemu fortyfikacji rozłożonych wzdłuż Mozy.

Jadąc w kierunku Spa, natkniemy się na uważane za najmniejsze w Belgii miasto – 11-tysięczne Durbuy. W jego okolicy panują znakomite warunki do uprawianie kolarstwa, wspinaczki czy kajakarstwa na rzece Ourthe. Na amatorów mniej sportowych rozrywek czekają tutaj urocze małe restauracje, kawiarnie, bary czy minibrowary.

Na wschód od Brukseli znajduje się natomiast trzecia co do wielkości aglomeracja miejska Belgii – Liège. Historycy uważają, że to właśnie stąd pochodził pierwszy biskup Polski Jordan, który prawdopodobnie ochrzcił księcia Mieszka I w 966 r. Zwiedzanie tego zabytkowego miasta można rozpocząć od wzgórza Montagne de Bueren, skąd rozpościera się wspaniała panorama. W Liège urodził się pisarz kryminałów Georges Simenon, który zyskał popularność dzięki cyklowi powieści o śledztwach komisarza Maigreta. Warto tu zajrzeć m.in. do Musée de la Vie Wallonne (Muzeum Życia Walońskiego), gdzie obejrzymy rekonstrukcje dawnych warsztatów rzemieślniczych, np. punktów wyrabiania koszy czy świec.

Kolejnym interesującym punktem na mapie Walonii jest Spa, którego nazwa kojarzy się przede wszystkim z leczeniem wodą, hydroterapią. Chociaż historia akwaterapii sięga czasów antycznych, na dobre rozpowszechniła się ona dopiero w XIV w. dzięki tzw. wyjazdom do wód. Wtedy też miasto stało się popularne ze względu na tutejsze gorące źródła. Poza tym wiążą się z nim i inne ciekawostki. To tu, w 1763 r., powstało pierwsze w Europie kasyno, a także założono Grande Symphonie de Spa, w której grał Georges Alexandre Krins, późniejszy wiolonczelista z orkiestry na słynnym liniowcu Titanic. Częstym gościem tego walońskiego kurortu była angielska pisarka Agatha Christie. Detektyw Hercules Poirot, stworzona przez nią postać literacka, pochodził właśnie ze Spa. Cesarz Józef II Habsburg po swojej wizycie w 1781 r. nazwał to miasto „kawiarnią Europy”, podkreślając w ten sposób jego ówczesny kosmopolityczny charakter. Obecnie miłośnicy Formuły 1 znają je natomiast z malowniczego toru wyścigowego Spa-Francorchamps. 

Nie wolno nam również zapomnieć, że w pierwszej połowie XIX w. Walonia była świadkiem zdarzenia, które odmieniło losy Europy. 18 czerwca 1815 r. pod Waterloo koło Brukseli Napoleon Bonaparte stoczył swoją ostatnią bitwę, przegrywając z armią brytyjską Wellingtona i pruską Blüchera. 

 

FLANDRIA – POMOST DO HISTORII                                                                                    

Współcześnie fragment historycznej krainy Flandrii stanowi jeden z trzech regionów federalnych Belgii. Leży w północnej części kraju i zamieszkany jest przede wszystkim przez ludność posługującą się językiem niderlandzkim. Główne miejskie ośrodki flamandzkie z czasów średniowiecza (Brugia, Bruksela, Gandawa, Antwerpia, Mechelen i Leuven) także i dzisiaj odgrywają znaczącą rolę. Stare miasta Flandrii wciąż tętnią życiem i przyciągają tłumy turystów. Niewielkie odległości powodują, że do każdego z tych miejsc możemy wygodnie dotrzeć koleją w ciągu maksymalnie 90 minut.                                  

Antwerpia jest jednym z największych europejskich ośrodków przemysłowych i centrum międzynarodowego handlu diamentami. Na przełomie XV i XVI w. należała do najbogatszych miast w Europie. Jej serce stanowi Grote Markt (Wielki Rynek), skąd pieszo dostaniemy się do większości zabytkowych obiektów. Odwiedzając historyczne centrum, możemy podziwiać interesującą renesansową fasadę Stadhuis (Ratusza) zbudowanego w latach 1561–1565. Za najwyższą budowlę Antwerpii (i jedną z najwyższych świątyń na świecie) uchodzi gotycka Katedra Najświętszej Marii Panny, której północna wieża ma 123 m wysokości. We wnętrzach znajdziemy m.in. malowidła Petera Paula Rubensa, najsłynniejszego obywatela tego flamandzkiego miasta. Niezmiernie popularna wśród turystów Brugia w dużej części oparła się nowoczesności. W jej zabytkowym centrum próżno szukać billboardów i strzelistych wieżowców, a ruch samochodowy został ograniczony do niezbędnego minimum. W ten sposób czas jakby zatrzymał się tu w XIII w., w okresie świetności miasta, które było wtedy międzynarodowym ośrodkiem handlu suknem. Z tego stulecia pochodzi najbardziej charakterystyczna budowla Brugii – Belfort (Beffroi), ośmioboczna 83-metrowa dzwonnica. Stanowiła ona symbol wolności i bogactwa. Wznosi się przy głównym rynku (Grote Markt), otoczonym XVII-wiecznymi kamieniczkami. Brugię uważa się za kolebkę malarstwa flamandzkiego. Otwarte w 1930 r. Muzeum Groeninge (Groeningemuseum) posiada wspaniałą kolekcję malowideł takich artystów, jak Rogier van der Weyden, Jan van Eyck i Hans Memling.                                                                                                                                                                                                                                                                                      

BRUSSELICIOUS 2012

Taką humorystyczną i apetyczną nazwę nadano trwającemu przez cały obecny rok w Brukseli festiwalowi kulinarnemu, gourmet. Z tej okazji przygotowano specjalne, niezmiernie oryginalne gastronomiczne wydarzenia. W czerwcu będzie można zjeść obiad i kolację w zawieszonej nad miastem przy pomocy żurawia 22-miejscowej restauracji. Każdego tygodnia zawiśnie nad innymi emblematycznymi miejscami Brukseli: Placem Pałacu Królewskiego (Place des Palais), Atomium oraz dwoma malowniczymi parkami – du Cinquantenaire i Bois de la Cambre. Za podniebną restaurację, wiszącą 40 metrów nad ziemią, trzeba będzie zapłacić dość wysoką cenę, prawdopodobnie ok. 150 euro. Chętni powinni jednak się śpieszyć i dokonać rezerwacji z dużym wyprzedzeniem, gdyż nie brakuje zainteresowanych. Od wtorku do niedzieli, od marca do końca roku, krąży po centrum belgijskiej metropolii gastronomiczny, futurystyczny tramwaj oferujący 2-godzinną kulinarno-krajoznawczą przygodę za 75 euro od osoby (w wersji all inclusive). Dania przygotowują szefowie kuchni najlepszych w mieście restauracji. Jak przystało na ekscentryczną Brukselę, na okres od kwietnia do 21 września zaplanowano surrealistyczną ekspozycję 35 gigantycznych rzeźb ulubionych przez Belgów smakołyków. Artyści otrzymali pełną swobodę w kwestii wykonania olbrzymich tabliczek czekolady, brukselek, małży, kufli piwa czy ogromnych stożków frytek. Wymienione belgijskie smakołyki można skosztować w wielu miejscach specjalnie przygotowanych z okazji Brusselicious 2012.    

 

MODELOWE ATRAKCJE – MINI-EUROPE I PARLAMENTARIUM

Na zdjęciach i pocztówkach z Brukseli jednym z dominujących motywów, obok Grand-Place (Wielkiego Placu), futurystycznego Atomium i figurki siusiającego chłopca – Manneken Pis, jest sympatyczny park Mini-Europe. Zwiedza go rocznie ponad 300 tys. turystów z całego świata. Możemy w nim podziwiać miniatury najważniejszych budynków (wykonane w skali 1:25) ze wszystkich 27 państw członkowskich Unii Europejskiej. W tym doskonałym na rozrywkę dla całych rodzin miejscu znajdziemy wspaniałe modele, m.in. 13-metrową paryską Wieżę Eiffla, 4-metrowego londyńskiego Big Bena, gondole przed weneckim Pałacem Dożów, brukselski Grand-Place, ateński Akropol, budapeszteńskie kąpielisko Szechenyi, a także znane budowle z naszego kraju – Dwór Artusa, fontannę Neptuna i Pomnik Poległych Stoczniowców z Gdańska. Przygotowano je z niezwykłą starannością i dbałością o detale. Nic więc dziwnego, że Mini-Europe uważa się za najlepszy park miniatur w Europie.      

W październiku 2011 r. Brukseli przybyła kolejna wielka atrakcja turystyczna – Parlamentarium. Jest to największe centrum parlamentarne udostępnione zwiedzającym w Europie i pierwsza w historii wystawa dostępna w całości aż w 23 językach. Dzięki zastosowaniu szerokiej gamy interaktywnych narzędzi multimedialnych wizyta w nowoczesnym Parlamentarium daje jedyną w swoim rodzaju możliwość poszerzenia wiedzy o instytucjach europejskich, a w szczególności o Parlamencie Europejskim.

 

HOLANDIA – KRAJ SERÓW, TULIPANÓW I WIATRAKÓW                                                                                                                                                                                   Gdy nasycimy się już różnorodnymi pejzażami Walonii, możemy przenieść się do kraju wybitnie nizinnego, którego 25 proc. powierzchni znajduje się poniżej poziomu morza. Oficjalna nazwa Holandii brzmi Królestwo Niderlandów. Ten kraj, znany jako najbardziej liberalny na świecie, zaskakuje swoją gościnnością, dobrym smakiem i niezliczoną liczbą atrakcji turystycznych oraz… mostów! Tych ostatnich w samym tylko Amsterdamie jest aż 1281. Północno-zachodnie tereny państwa pokrywały kiedyś wielkie lasy i dlatego miejscowi nazwali ten region Holtland, co w języku niderlandzkim oznacza „Krainę Lasów”. Za symbol Holandii, słynącej z przepięknych tulipanów, można śmiało uznać ogród Keukenhof (niedaleko Lisse). Jest to jedna z największych atrakcji Królestwa Niderlandów – odwiedziło ją w ostatnich 60 latach ponad 44 miliony turystów. Kolorowe, naturalne dywany z milionów tulipanów, hiacyntów, żonkili i narcyzów zaplanowane zostały przez najlepszych projektantów ogrodów i terenów zielonych. Mało kto w Polsce wie, że Keukenhof uważa się za najczęściej fotografowane miejsce na świecie. Rozciągający się na obszarze 32 hektarów park ma doskonałe położenie – między Amsterdamem a Hagą. Od kilku lat każdego roku przyjmuje się tu inny temat przewodni. Obecnie jest nim „Polska – Serce Europy”. Oficjalnego otwarcia wystawy kwiatowej dokonała 21 marca 2012 r. Anna Komorowska, żona naszego prezydenta Bronisława Komorowskiego. Wśród wielu ekspozycji nawiązujących do polskiej kultury i nauki zachwyca ułożony z 50 tys. cebulek kolorowy portret Fryderyka Chopina o wymiarze 12 na 20 m. Bramy Keukenhof będą otwarte dla turystów do 20 maja br.   

 

ROWEREM PRZEZ AMSTERDAM

W stolicy konstytucyjnej Holandii warto przesiąść się na rower, który stanowi tutaj najpopularniejszy środek transportu. Poszatkowany kanałami, pielęgnujący swoje bogate tradycje kulturalne i architektoniczne Amsterdam uchodzi za jedno z najromantyczniejszych i najpiękniejszych miast na świecie. Z jednej strony zachowuje charakter nowoczesnej metropolii, tętniącej życiem nocnym, pełnej kosmopolitycznych restauracji, z drugiej zaś – dzięki rozbudowanej sieci kanałów i ograniczonemu ruchowi samochodowemu – sprawia wrażenie cichej i spokojnej miejscowości. Największymi atrakcjami Amsterdamu są niewątpliwie jego wspaniałe placówki muzealne, których liczba dochodzi do 50. Do najsłynniejszych z nich należą Rijksmuseum (Muzeum Państwowe), Van Gogh Museum czy Stedelijk Museum (Muzeum Miejskie). Zmęczeni zwiedzaniem i wieloma wrażeniami możemy zrelaksować się i zregenerować swoje siły, biorąc lekcje… jogi – oferuje je turystom wiele miejscowych centrów (oczywiście, w języku angielskim).                                                                                                                

 

KRÓLEWSKA HAGA

Chociaż Amsterdam pełni funkcję stolicy konstytucyjnej, siedziba rządu, parlamentu i rodziny królewskiej znajduje się w Hadze. W odróżnieniu od innych holenderskich miast z rozplanowanymi ciasno uliczkami i gęstym systemem kanałów, haska zabudowa pozwala zwiedzającym odetchnąć pełną piersią. Klasyczne fasady rządowych budowli otoczone zieloną, otwartą przestrzenią stwarzają atmosferę daleką od pulsującego życiem Amsterdamu, Rotterdamu czy Utrechtu. Walorem Hagi jest także jej nowoczesna architektura. W dzielnicach Scheveningen i Kijkduin rozciągają się zaś jedne z piękniejszych plaż nad Morzem Północnym.

Podsumowaniem naszej podróży po Królestwie Niderlandów może być wizyta w haskim parku Madurodam, nazywanym „Holandią w pigułce”. Znajduje się tu m.in. najdłuższa na świecie miniaturowa kolej elektryczna, która przemierza cały kraj i zatrzymuje się na dworcach w Amsterdamie, Hadze i Bredzie. W Madurodam wzniesiono ponad 700 miniatur najbardziej charakterystycznych obiektów Holandii, wszystkie w skali 1:25. Ta wielka atrakcja turystyczna przeszła ostatnio gruntowną renowację i czeka ponownie na gości z całego świata.    

 

NAPRAWDĘ WIELKIE KSIĘSTWO LUKSEMBURGA                                                                                  

To najbogatsze państwo Europy stanowi enklawę na mapie Starego Kontynentu i jednocześnie jego centrum finansowe. Turystyka jest tu również bardzo dobrze rozwinięta. Co roku tę monarchię odwiedza prawie dwa razy więcej zagranicznych gości niż liczy jej populacja (w sumie ponad 500 tys. mieszkańców).  

Luksemburg – stolicę państwa, można zwiedzać na kilka sposobów. Jednym z nich jest podróż autokarem wycieczkowym „Hop On-Hop Off”, która pozwala na wsiadanie i wysiadanie w dogodnych punktach miasta, w zależności od tego, co nas zainteresuje w danym momencie. Inny ciekawy pomysł to spacer po najstarszych dzielnicach. Jego trasę opracowano w specjalnym projekcie Wenzel Walk – „1000 lat w 100 minut”, nazwanym tak na cześć księcia Wacława I Luksemburskiego (1337–1383), który ufortyfikował Luksemburg. Wśród wielu tutejszych fascynujących atrakcji warto wymienić wzniesienie Bock i Casemates du Bock – kazamaty, tunele, pasaże i komnaty, drążone nawet do 46 m pod powierzchnią ziemi, którym towarzyszyły podziemne stajnie, zakłady rzemieślnicze, kuchnie, piekarnie, lazarety, magazyny itp. Poza tym nie wolno zapomnieć o Pont du château, zbudowanym z czerwonego piaskowca moście z 1735 r. Łączy on fortyfikacje Bock z historycznym centrum miasta. Jedną z najważniejszych budowli stolicy jest również Katedra Notre-Dame, będąca wspaniałym przykładem architektury późnogotyckiej z elementami renesansowymi. Główny punkt wycieczek stanowi jednak Pałac Wielkiego Księcia (Palais grand-ducal), wybudowany w 1572 r. i pełniący na początku funkcję ratusza. W 1817 r. stał się on siedzibą rządu, a w 1890 r. został przekazany do dyspozycji Adolfa I (1817–1905), trzeciego i ostatniego księcia z niemieckiej dynastii Nassau i czwartego wielkiego księcia Luksemburga. Za najsłynniejszy luksemburski zamek uchodzi bajeczny, romańsko-gotycki Château de Vianden. Położony jest malowniczo na wzgórzu, a u jego stóp rozciąga się urocza średniowieczna miejscowość Vianden, którą zamieszkuje obecnie ok. 2 tys. osób. Ta potężna budowla zachowała wygląd z czasów swojej największej świetności. W okolicy turystów przyciągają także letnie koncerty grane na tle pięknego jeziora Echternach w samym sercu luksemburskiego regionu nazywanego Małą Szwajcarią (Petite Suisse luxembourgeoise).

Kraje Beneluksu mogą zaoferować nam mnóstwo atrakcji – zarówno aktywny wypoczynek w malowniczej scenerii, jak i wyprawę szlakiem wspaniałych zabytków architektury. Warto odkryć je dla siebie i poczuć z bliska atmosferę dobrobytu, która skłoniła te trzy monarchie do ścisłej współpracy i wspierania się w rozwoju.                                                                                                                                                                                     


                               

Artykuły wybrane losowo

Niezwykłe piękno Panamy

 

Filip Werstler

 

Sielski archipelag Bocas del Toro położony na Morzu Karaibskim

14991055 1200368353389294 7969613924783795900 o

© AZULPARADISE.COM/BOCASDELTORO.COM

 

Od zawsze chciałem odwiedzić Amerykę Środkową, a najbardziej Karaiby. Taka podróż z Polski to wciąż niezbyt łatwa wyprawa. Dlatego gdy pojawiła się korzystna oferta lotów do Panamy, nie wahałem się długo. Ten kraj już w trakcie przeglądania relacji internetowych wystarczająco mnie zainteresował. Miałem ochotę na własne oczy zobaczyć wielkie drapacze chmur jego stolicy i piękne bezludne wyspy na Morzu Karaibskim. Jednak to, co ujrzałem i przeżyłem, przerosło moje najśmielsze oczekiwania.

 

Panama jest obecnie jednym z najszybciej rozwijających się państw Ameryki Łacińskiej. W ciągu ostatnich 16 lat zmieniła się nie do poznania, głównie dzięki dochodom płynącym z administrowania Kanału Panamskiego (od 31 grudnia 1999 r.), wpływom ze Strefy Wolnego Handlu Colón (Zona Libre de Colón – druga największa strefa wolnocłowa na naszym globie po Hongkongu) i funkcjonowania stołecznego międzynarodowego centrum bankowego (uważanego również za drugie w skali światowej pod względem wielkości, zaraz po Zurychu). Ma to swoje odbicie także w turystyce, która z roku na rok staje się coraz ważniejszym elementem gospodarki tego niewielkiego kraju (o powierzchni ponad 74 tys. km²) leżącego między Kostaryką a Kolumbią.

 

Ameryka Południowa i Środkowa to – z wyjątkiem niektórych państw wyspiarskich położonych na Morzu Karaibskim, jak Jamajka, Kuba czy Republika Dominikańska, do których latają bezpośrednio samoloty czarterowe z Polski – rejony wciąż nie tak łatwo dostępne dla turystów znad Wisły. Panama, ale też Nikaragua, Kostaryka, Gwatemala, Honduras, Salwador czy inne kraje tej części globu nadal stanowią dla większości Polaków pewną zagadkę. W te strony najczęściej dolecimy z przesiadką w Madrycie (liniami Iberia) lub USA. O ile w tym pierwszym przypadku nie musimy starać się o żadne dodatkowe dokumenty, o tyle zmienianie samolotu na lotnisku w Stanach Zjednoczonych wymaga już posiadania ważnej wizy tranzytowej, co jest niejakim utrudnieniem. Na ogół polskim podróżnikom najłatwiej wyprawić się do kontynentalnej części Ameryki Środkowej z Hiszpanii, skąd dotrą bez żadnych przesiadek do Gwatemali, Salwadoru oraz Kostaryki i Panamy. Te dwa ostatnie państwa są zresztą zdecydowanie najlepiej połączone z Europą. Do kostarykańskiej stolicy dostaniemy się przez cały rok nie tylko z Madrytu, ale także z Frankfurtu nad Menem (Condor) czy Londynu (British Airways). Jeszcze większy wybór mamy obecnie w przypadku panamskiej metropolii. Dolecimy do niej bezpośrednio właśnie z Madrytu oraz Frankfurtu nad Menem (Lufthansa), Paryża (Air France), Amsterdamu (KLM) i Stambułu (Turkish Airlines).

 

Jeżeli chodzi o mnie, to kupiłem bilet do Panamy z Barcelony z międzylądowaniem w hiszpańskiej stolicy. W sumie przesiadałem się dwa razy, bo na Półwysep Iberyjski dotarłem samolotem tanich linii Ryanair z Portu Lotniczego Warszawa-Modlin w Nowym Dworze Mazowieckim. Lot z Madrytu nie najnowszym airbusem trwał ok. 11 godz. i nie należał do ciężkich. Podstawowe udogodnienia w klasie ekonomicznej pozwoliły nam przetrwać podróż w znośnych warunkach. Po wylądowaniu i dopełnieniu formalności administracyjnych udaliśmy się na postój taksówek przy Międzynarodowym Lotnisku Tocumen usytuowanym ok. 25 km od panamskiej metropolii.

 

Casco Antiguo (Casco Viejo) – historyczna dzielnica panamskiej stolicy

Casco Antiguo 2

© AUTORIDAD DE TURISMO DE PANAMÁ (ATP)

 

 

Latynoski Nowy Jork

 

 Stolica kraju – Panama (Ciudad de Panamá) – zachwyciła nas od samego początku naszej wizyty. Dzielnica finansowa (distrito financiero) imponuje wysokimi wieżowcami, których są tu dziesiątki. Potężne galerie handlowe, drapacze chmur i ekskluzywne samochody wypełniają miasto ludzi z latynoskim temperamentem. Ważnym miejscem w tym rejonie jest Cinta Costera, ok. 7-kilometrowa promenada biegnąca wzdłuż wybrzeża. Można na niej spotkać panamczyków, którzy biegają lub ćwiczą w siłowniach pod gołym niebem. Jogging stanowi tutaj jedną z najpopularniejszych aktywności, uprawia go naprawdę wiele osób.

 

Z tej chętnie odwiedzanej promenady szybko dotrzemy do historycznego centrum stolicy – Casco Viejo (Casco Antiguo). Należy pamiętać, żeby raczej nie zwiedzać jego zaułków po zmroku, jeśli nie towarzyszą nam miejscowi. Ta część miasta bardziej przypomina Kubę niż Stany Zjednoczone. Wśród kolorowych, choć dość często odrapanych, kamienic i małych sklepików stojących przy wąskich uliczkach unosi się atmosfera latynoskiego świata. Mimo iż coraz więcej budynków zostało świeżo odnowionych, Casco Viejo nie straciło swojego klimatu. Możemy tu spróbować innych przysmaków niż w modnych restauracjach i poznać bliżej codzienną twarz Panamy, odmienną od jej biznesowego oblicza. Nie znajdziemy w tym rejonie zbyt wielu punktów informacji turystycznej (przyznaję, że nawet ich nie szukałem), ale nie jest on duży i zwiedzimy go w ciągu 2–3 godz. Wystarczy, że ruszymy przed siebie.

 

Kolejne miejsce warte odwiedzenia stanowi Calzada de Amador. Wzdłuż tej drogi łączącej ze stałym lądem mały archipelag czterech wysp na Pacyfiku (Naos, Perico, Culebra i Flamenco) biegnie krótka, bo ledwie kilkukilometrowa, trasa rowerowa, z której rozpościerają się wspaniałe widoki zarówno na nową część Panamy, jak i południowe wejście do Kanału Panamskiego oraz oczekujące na przeprawę różnej wielkości statki. Wypożyczenie roweru kosztuje kilka dolarów amerykańskich (USD), a sama wycieczka razem z postojem na robienie zdjęć i podziwianie okolicy zajmuje ok. 1,5–2 godz.

 

 

Dzieło inżynierii wodnej

 

Podczas 6-dniowego pobytu w stolicy wybrałem się również – oczywiście – nad Kanał Panamski. Obok Kanału Sueskiego to jedna z najważniejszych dróg wodnych na świecie. Dzięki tej ogromnej inwestycji znacząco skróciły się trasy rejsów statków pływających między Atlantykiem (Morzem Karaibskim) a Pacyfikiem. Wpływy z obsługi przeprawy stanowią główną siłę napędową gospodarki kraju. Jednak ten wyjątkowy wytwór inżynierii wodnej warto zobaczyć też z innych powodów.

 

Na miejsce dojedziemy transportem publicznym (za 1 dolara) lub taksówką (ok. 10–20 dolarów). My wybraliśmy tę pierwszą możliwość. Zapłaciliśmy przy wysiadaniu i prowadzeni przez drogowskazy skierowaliśmy się do wejścia na teren centrum dla odwiedzających (Centro de Visitantes de Miraflores). Po drodze dostrzegliśmy znak ostrzegający nas o pojawiających się w okolicy krokodylach, więc postanowiliśmy przyspieszyć kroku.

 

Po kupieniu biletów (15 dolarów od osoby dorosłej) i wejściu do budynku udaliśmy się po schodach na pierwsze piętro, gdzie niczym na stadionie znajdują się trybuny, a spiker na bieżąco komentuje to, co się dzieje. Wielkie tankowce i kontenerowce czekały w oddali. Kolejne wpływały do śluz Miraflores (las esclusas de Miraflores). Choć cała procedura trwa nieco ponad 30 min. (tak przynajmniej było przed powiększeniem Kanału Panamskiego, które zakończono oficjalnie 26 czerwca 2016 r.), jej przebieg wygląda imponująco. Cztery silniki, każdy wielkości ciężarówki, przesuwają się po specjalnych szynach. Do nich przyczepione są liny zamocowane do kadłuba statku. Dopiero po odpowiednim naprężeniu tych lin jednostka może zostać przeprowadzona. Minimalna odległość między burtą a krawędzią śluzy wynosi… ok. 60 cm. Niesamowity wydaje się fakt, że ta technologia ma więcej niż 100 lat (oddano ją do użytku 15 sierpnia 1914 r.). Przez ponad półtorej godziny oglądaliśmy kolejne statki pokonujące kanał, napełnianie i opróżnianie śluz. Ogromne wrażenie zrobiła na mnie sprawność całego procesu. Przeprowadzenie przez nie tak znów szeroki korytarz z wodą (o odległości między brzegami wynoszącej 33,53 m, a po poszerzeniu w 2016 r. – 54,86 m) długich stalowych kolosów wyglądało na najprostszą rzecz na świecie. Takiego doświadczenia się nie zapomina.

 

Po tym spektaklu odwiedziliśmy pozostałe piętra budynku prezentującego w ciekawy sposób rozwiązania techniczne i dzieje panamskiej przeprawy. Można tutaj zapoznać się z informacjami na temat powstawania i modernizacji kanału oraz tego, kto przy nim pracował, a także jakie zwierzęta żyją w jego rejonie. W gablotach obejrzymy mnóstwo okazów owadów różnych gatunków. W centrum dla odwiedzających jest również coś dla młodszych turystów – symulator 3D pokonywania przeprawy. Użytkownik urządzenia wciela się w rolę kapitana masowca o maksymalnych dopuszczalnych dla kanału wymiarach. Panamax może mieć do 294,1 m długości, 32,3 m szerokości i 12 m zanurzenia, a tzw. Neo Panamax (od 26 czerwca 2016 r.) odpowiednio: 366, 49 i 15,2 m. Na ostatnim poziomie znajduje się taras widokowy, z którego jeszcze lepiej widać przepływające statki, choć nie usłyszymy na nim komentatora i nie skorzystamy z miejsc siedzących. Wizytę w Centro de Visitantes de Miraflores z czystym sumieniem mogę polecić każdemu, ponieważ spodoba się tu zarówno dorosłym, jak i dzieciom.

 

Wodospad El Macho skryty wśród bujnej tropikalnej roślinności

El Chorro del Macho

© AUTORIDAD DE TURISMO DE PANAMÁ (ATP)

 

Górskie wędrówki

 

Po opuszczeniu Panamy odwiedziłem najpierw El Valle de Antón – małą miejscowość położoną ok. 125 km na południowy zachód od stolicy, w odległości 2 godz. jazdy busem. Dociera się do niej początkowo Autostradą Panamerykańską (Carretera Panamericana), a następnie drogami wiodącymi przez góry i doliny prowincji Coclé. Po szybkiej konsultacji w punkcie informacji turystycznej wybrałem się obejrzeć mniej więcej 35-metrowy wodospad El Macho (Chorro El Macho). Leży w prywatnym rezerwacie o tej samej nazwie (Refugio Ecológico del Chorro Macho). Wejście kosztuje 5 dolarów, a w granicach obszaru chronionego oprócz podziwiania malowniczej kaskady można obserwować kolibry i przyjrzeć się dokładniej bogatej florze tego specyficznego miejsca. W pobliżu znajduje się poza tym naturalny basen termalny, w którym wolno się kąpać. Bardzo polecam skorzystanie z tej okazji wszystkim oglądającym wodospad.

 

Dłuższą i wymagającą więcej wysiłku wyprawę stanowi zdobycie góry La India Dormida (Śpiąca Indianka – ok. 800–900 m n.p.m.). To jeden z najbardziej wyróżniających się punktów w okolicy. Jej nazwa pochodzi od charakterystycznego kształtu śpiącej Indianki, jaki tworzy linia grzbietu. Wejście na teren Pomnika Przyrody Wzgórze Gaital (Monumento Natural Cerro Gaital), na którym wznosi się ten szczyt, kosztowało mnie 3,5 dolara. Proponuję jednak wynająć lokalnego przewodnika lub skorzystać z tego typu usługi oferowanej przez miejscowych. Ja tego nie zrobiłem, co spowodowało, że dwa razy się zgubiłem i straciłem mniej więcej godzinę na błądzenie po lesie tropikalnym, choć mogło skończyć się o wiele gorzej.

 

Podejście pod górę jest bardzo strome i jeśli mamy dobrą kondycję, na szczycie będziemy już po 50 min. ciągłego marszu. Szlak prowadzi po zboczu porośniętym bujną roślinnością, w trakcie wędrówki mija się też strumień. Towarzyszą nam odgłosy ptaków. Obok wodospadu położonego przy ścieżce warto zrobić sobie przerwę na odpoczynek i podziwianie zarówno wstęgi spienionej wody malowniczo omywającej skały, jak i wąwozu. Podczas mojej wyprawy oglądałem piękne widoki i kolorowe kwiaty oraz spotykałem ciekawe zwierzęta. Natknąłem się także na tutejszych Indian. Jak wspomniałem, nie miałem przewodnika, a przecież poruszałem się po obcym terenie. W takiej sytuacji w Panamie przydaje się znajomość języka hiszpańskiego. Na szczęście, miejscowi pomogli mi i wyprowadzili mnie na szczyt.

 

Zdobycie góry La India Dormida było warte każdych pieniędzy, a moje wspomnienia zostaną ze mną na zawsze. Widok na Dolinę Antoniego (Valle de Antón) zapierał dech w piersiach. Malownicze zielone wzgórza zatrzymywały masy chmur, a słońce oświetlało wąwóz z przeciwnej strony. To jedno z najcudowniejszych miejsc, jakie kiedykolwiek widziałem. W dodatku moja wyprawa nie obyła się bez przygód, więc z pewnością jej nie zapomnę.

 

Wizyta nad pacyfikiem

 

W drodze na północny zachód kraju skręciłem nieco na południe i zatrzymałem się w jednej z miejscowości położonych na wybrzeżu Pacyfiku w prowincji Veraguas. Santa Catalina znajduje się w środku lasu tropikalnego. Dotarcie do niej ze stolicy zajęło mi niemal cały dzień drogi i wymagało dwóch przesiadek (w miastach Santiago de Veraguas i Soná). Podróż kosztowała mnie w sumie ok. 12 dolarów. Późnym popołudniem dojechałem w końcu do miejsca, w którym przyszło mi spędzić kolejne 3 dni.

 

Miejscowość zasługuje na zainteresowanie ze względu na panujące w jej okolicy świetne warunki do uprawiania sportów wodnych. Do pobliskiego Parku Narodowego Coiba (Parque Nacional Coiba) można wybrać się na nurkowanie. Spotyka się tu niezmiernie dużo gatunków zwierząt, w tym manty (diabły morskie), koryfeny (złote makrele), tuńczyki żółtopłetwe, rekiny wielorybie, żarłacze tygrysie czy nawet humbaki, orki, delfinki wysmukłe i butlonosy zwyczajne. Poza tym na malownicze wybrzeże w tym rejonie ściągają liczni surferzy, zarówno osoby początkujące, jak i zaawansowane. Jak to zwykle bywa w takich przypadkach, w niewielkiej Santa Catalinie znaczną grupę stanowią przybysze z całego świata. Według mnie to miejsce jedyne w swoim rodzaju.

 

Pierwszego dnia wybrałem się na surfing. Za wypożyczenie deski musiałem zapłacić 10 dolarów, a za godzinę opieki instruktora w 3-osobowej grupie – 15 dolarów. Warunki były bardzo dobre i po chwili mogłem już cieszyć się ze swoich postępów. Wody Pacyfiku oblewają tutaj pustą plażę pokrytą czarnym piaskiem i ocienioną wysmukłymi palmami. Miłośnikom surfowania z pewnością to miejsce przypadnie do gustu. Po całym dniu spędzonym na falach warto obejrzeć zachód słońca. Przed godziną 18.00 udałem się na brzeg. Widok, jaki ujrzałem, wywarł na mnie ogromne wrażenie. Złocista kula powoli chowała się za horyzontem i odbijała w lekko falującej powierzchni Oceanu Spokojnego. Był to najpiękniejszy zachód słońca, jaki widziałem w życiu. Po dniu pełnym fantastycznych przeżyć szybko poszedłem spać. Nazajutrz planowałem wziąć udział w nurkowaniu.

 

Wyprawę rozpoczęliśmy od zbiórki w bazie i omówienia trasy oraz innych szczegółów. Na pokładzie łodzi poza dwoma osobami z załogi i instruktorem znalazłem się ja, para ze Szwecji i jeden Niemiec. W takim składzie wypłynęliśmy w godzinny rejs na wyspę Coiba (ok. 500 km² powierzchni), będącą częścią wspomnianego parku narodowego.

 

Już na miejscu miał odbyć się trening przypominający podstawowe zasady nurkowania. W moim przypadku okazało się to bardzo przydatne. Sama wyspa i jej okolica wyglądały naprawdę urokliwie. Po kilkudziesięciu minutach przygotowań ruszyliśmy w stronę wyznaczonego punktu. W wodzie mogliśmy obserwować wiele ciekawych zwierząt, m.in. mureny czy manty. Nie był to natomiast dobry sezon na wytropienie rekinów wielorybich czy żarłaczy tygrysich. Po ponad 20 min. od zejścia na dno całkowicie zużyłem swój tlen i musiałem wracać na górę. Czułem pewien niedosyt, bo chciałem jednak zobaczyć więcej.

 

Powrót uprzyjemniła nam niezapowiedziana atrakcja. W pewnym momencie para ze Szwecji zauważyła, że asystują nam 3 delfiny! Co chwilę wyskakiwały z wody w odległości ok. 1 metra od łodzi. Widok był fantastyczny. Pierwszy raz widziałem te sympatyczne ssaki na wolności w ich naturalnym środowisku i nigdy tego nie zapomnę, nawet mimo utraty filmu wideo, który udało mi się wówczas nagrać. Niespodziewana przygoda stała się tematem naszych rozmów już do końca dnia. Po powrocie zjedliśmy kurczaka w sosie kokosowym i poszliśmy spać. Następnego dnia wyruszyłem w kierunku północno-zachodniego wybrzeża Panamy.

 

Nurkowanie w towarzystwie żółwi

 visitpanama 6252876118

© AUTORIDAD DE TURISMO DE PANAMÁ (ATP)

 

Raj odnaleziony

 

Cel mojej kolejnej wyprawy stanowił archipelag Bocas del Toro. Tworzy go kilkanaście większych wysp i ok. 250 wysepek, z których kilka pozostaje zamieszkanych. Najważniejszą wśród nich jest Isla Colón, czyli Wyspa Kolumba (o powierzchni ponad 61 km²), ze stolicą tutejszej prowincji Bocas del Toro noszącą tę samą nazwę, co cały region administracyjny. Miasto liczy w przybliżeniu 8 tys. mieszkańców. Aby dostać się na archipelag, najpierw musimy dojechać do miejscowości Almirante, gdzie należy skorzystać z taksówki wodnej, zabierającej średnio 7–9 osób (za taki kurs zapłacimy 7 dolarów od osoby w jedną stronę, podróż trwa mniej więcej 45 min.). Możemy tu też dolecieć w godzinę samolotem linii Air Panamá z lotniska Albrook w Ciudad de Panamá (koszt biletu powrotnego to ok. 250 dolarów).

 

Na północno-zachodnim brzegu Isla Colón leży Boca del Drago. Ta niewielka osada (a właściwie skupisko kilku domów) przypomina prawdziwy raj. Wśród kołyszących się przy uroczej plaży palm panuje błoga cisza. Nie ma tutaj sklepów, chińskich zabawek i przepełnionych koszów na śmieci. Jest za to dużo hamaków zamocowanych między drzewami. Po prostu wiszą i czekają na chętnych, dostępne bez żadnej opłaty. Nikt nie kładzie na nich swojego ręcznika z samego rana, żeby je zająć. Hamaków wystarczy dla wszystkich. Przystanek autobusowy stanowi palma. Wokół niej zakręca bus, który nas przywiózł. W osadzie znajdują się tylko dwa hostele oraz klimatyczne chatki do wynajęcia (cabañas), a także działają restauracje z wyśmienitymi daniami, typowymi dla kuchni karaibskiej. Wciąż mało kto wie o tym miejscu i chyba lepiej, aby tak zostało.

 

W pobliżu położona jest jedna z największych atrakcji wyspy – Playa de las Estrellas (Playa Estrella),czyli plaża, przy której możemy spotkać cudowne rozgwiazdy. Turyści zazwyczaj wolą nocować w Bocas del Toro, a w tę okolicę wybierają się z wycieczką zorganizowaną, co kosztuje ok. 20–30 dolarów. Za przejazd busem zapłacimy 5 dolarów. Przechadzki przepiękną plażą prowadzącą do Playa de las Estrellas nie da się wycenić. Uważam, że to przeżycie wyjątkowo wartościowe.

 

W Boca del Drago spędziłem 3 dni, w tym Wigilię i pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia. Codziennie szedłem na plażę i ładowałem baterie, leżałem na hamaku i czytałem. W okolicy jedynym miejscem przystosowanym do ruchu turystycznego jest Playa de las Estrellas, ale i ona nie utraciła z tego powodu swojego dziewiczego uroku. Owszem, można tu znaleźć białe plastikowe leżaki, drogie restauracje (zazwyczaj zbudowane z drewna) i reklamy popularnych napojów, a z głośników rozbrzmiewa radosna muzyka reggae. Ja traktowałem jednak to zestawienie jako swoisty klimat tego zakątka. Boca del Drago stanowi prawdziwą oazę spokoju, zachwyci osoby chcące zrelaksować się przez kilka dni w ciszy i z dala od tłumów. Odcięciu od świata sprzyjają nawet przerwy w dostawach energii elektrycznej – z prądu korzysta się tylko przez mniej więcej 5 godz. dziennie, między 18.00 a 23.00, przynajmniej w hostelach, w których nocowałem. A jeśli zatęsknimy za widokiem ludzi, wystarczy, że wybierzemy się wraz z innymi na plażę na podziwianie rozgwiazd.

 

Atrakcje archipelagu

 

Na Isla Colón warto odwiedzić również wspomnianą stolicę prowincji. W Bocas del Toro możemy dobrze zjeść w ciągu dnia i poimprezować w nocy. Tutejsze bary, puby i dyskoteki są otwarte do białego rana. Nie musimy się w nich obawiać o swoje bezpieczeństwo. Oprócz tego jeśli nie będziemy zapuszczać się poza główne ulice i spacerować samotnie, z pewnością nic się nam nie stanie. Po zapadnięciu zmierzchu turyści często wyruszają na pobliską długą i zalesioną wysepkę Carenero (Isla Carenero, 0,94 km² powierzchni). Krótki rejs łodzią, która kursuje bez przerwy, kosztuje 1 dolara. Tu także czeka na nas dobra zabawa. W lokalach gra się lokalną muzykę lub hity popularne w Europie czy Stanach Zjednoczonych.

 

Po nocnych szaleństwach warto udać się na 7-kilometrową plażę Bluff (Playa Bluff). W jednej z tutejszych restauracji zamiast stolików natknęliśmy się na łóżka ustawione przy brzegu morza. Uznaliśmy to za wspaniały pomysł. Jeśli pójdziemy dalej wzdłuż plaży, trafimy na miejsce oblegane przez surferów ze względu na niesamowite fale, wysokie na 2–4 m.

 

Na wyspie polecam zajrzeć też do prywatnego Ogrodu Botanicznego Finca Los Monos. Dzięki takiej wizycie poznamy bogatą florę i faunę tego regionu. Osoby spacerujące alejkami otacza prawdziwa feeria barw i niezliczone ilości egzotycznych kwiatów, a nad ich głowami lata mnóstwo małych kolibrów.

 

Na północ od Isla Colón znajduje się Isla Pájaros – Wyspa Ptaków. To raczej grupa połączonych skał wystających z Morza Karaibskiego pokrytych bujną roślinnością. Prezentuje się jednak niezmiernie malowniczo. Ten cud natury cieszy się dość dużym zainteresowaniem wśród turystów. Zdecydowanie warto go zobaczyć na własne oczy.

 

Innym popularnym miejscem są bezludne Cayos Zapatilla – dwie małe wysepki (0,48 km² powierzchni) oddalone o ok. 50 min. rejsu łodzią od stolicy prowincji. Na wyprawę na nie należy zarezerwować sobie co najmniej pół dnia. Za taką wycieczkę bezpośrednio u właściciela łodzi zapłaciliśmy 10 dolarów za osobę, podczas gdy lokalne agencje turystyczne oferowały ją za 30–40 dolarów. Abyśmy mogli odbić od brzegu, musi zebrać się odpowiedniej wielkości grupa chętnych (przynajmniej 8–9 osób). W drodze powrotnej warto zatrzymać się w Morskim Parku Narodowym Wyspy Bastimentos (Parque Nacional Marino Isla Bastimentos), gdzie w trakcie snorkelingu przyjrzymy się licznym mieszkańcom podwodnego świata. Tego rodzaju rejs zazwyczaj zapewnia każdy właściciel łodzi, a w opłatę wliczony jest również sprzęt do nurkowania powierzchniowego.

 

Podróże po kraju

 

Na koniec chciałbym jeszcze krótko opisać sposoby przemieszczania się między różnymi punktami na mapie kraju. Samoloty z Europy (Frankfurtu nad Menem, Madrytu, Paryża, Amsterdamu i Stambułu) lądują na Międzynarodowym Lotnisku Tocumen (Aeropuerto Internacional de Tocumen), skąd do centrum panamskiej stolicy można dojechać taksówką, zwykły autobusem albo kolorowym chicken busem. Oczywiście, w tym pierwszym przypadku należy negocjować cenę. Po Panamie najlepiej podróżować samochodem bądź środkami autobusowego transportu zbiorowego. W kraju działa także kolej (Ferrocarril de Panamá), łącząca Atlantyk z Pacyfikiem, ale z niej nie korzystałem, bo nie było takiej potrzeby. W stolicy poruszałem się taksówkami lub komunikacją miejską, która funkcjonuje bardzo dobrze, zwłaszcza w części biznesowej i turystycznej. Cały system transportu publicznego jest zintegrowany. Podobnie jak w wielu dużych miastach na świecie, musimy kupić plastikową kartę i wpłacić na nią określoną sumę pieniędzy, które później wydajemy na przejazdy autobusami i metrem (odczytu dokonuje się przy wejściu). Główny stołeczny terminal autobusowy znajduje się przy modnym centrum handlowym Albrook Mall – Gran Terminal Nacional de Transporte de Panamá. Stąd dojedziemy do niemal każdego zakątka w Panamie, włącznie z Bocas del Toro. Oczywiście, po drodze czasem będą konieczne przesiadki (np. do Santa Catalina).

 

Do części rejonów można również dolecieć. Samolotem dostaniemy się np. do Bocas del Toro, choć ten środek transportu wybierają jednak nieliczni z uwagi na dość duży koszt biletu. Krajowe linie lotnicze Air Panamá oferują obecnie połączenia do siedemnastu miejsc leżących w panamskich granicach oraz do San José (stolicy Kostaryki) i dwóch miast w Kolumbii (Armenii i Medellín). Trzeba pamiętać, że niektóre loty są sezonowe. Jeśli nasz budżet na tym zbytnio nie ucierpi, warto skorzystać z usług tego przewoźnika, bo podróżowanie samolotem to z pewnością najwygodniejszy i najszybszy sposób poruszania się po Panamie. Połączeń oferowanych ze stolicy przez Air Panamá nie obsługuje jednak Międzynarodowe Lotnisko Tocumen, ale Międzynarodowy Port Lotniczy Marcosa A. Gelaberta (Aeropuerto Internacional Marcos A. Gelabert) położony przy Albrook Mall.

 

Ta część Ameryki Centralnej wciąż pozostaje dla Polaków ziemią nieznaną. Większość z nich niewiele wie o jej historii i mieszkańcach. Dlatego wyprawa do Panamy ma w sobie coś z odkrywania Nowego Świata. Ten kraj potrafi zachwycić swoim pięknem i nadal można w nim znaleźć prawdziwie rajskie zakątki. Kto zdecyduje się go odwiedzić, przeżyje fascynującą przygodę, której nigdy nie zapomni.

 

Etiopia – ginący świat

KATARZYNA DUDEK

 

                                                                                                                 FOT. MAJKA SZURA/WWW.POLKATRAVEL.PL 

<< Etiopia to kraj, który pozostaje w sercu na zawsze, a podróżowanie po nim jest łatwiejsze niż myślimy. Powinni się o tym przekonać szczególnie ci, którzy nie odwiedzili jeszcze tzw. Rogu Afryki. Z pewnością będą zachwyceni bezcennymi skarbami dawnej Abisynii. >>

Podróżującym po Etiopii polecam wybór kompletnej trasy, tzn. zwiedzenie terenów północnych (do Aksum) połączone z wyprawą na południe (aż do granic słonego Jeziora Turkana, dawniej Jeziora Rudolfa). Ten program można wzbogacić o wycieczkę do położonego na wschodzie muzułmańskiego miasta Harar (Harer) oraz na plantacje kawy na zachodzie lub wymagający idealnego zdrowia wyjazd do Kotliny Danakilskiej (Afaru) – depresji w zapadlisku tektonicznym wchodzącym w skład Wielkich Rowów Afrykańskich. Dlaczego warto przemierzyć ten kraj wzdłuż i wszerz, żeby zobaczyć jak najwięcej miejsc? Otóż tempo zachodzących tu zmian jest tak duże, że trzeba się śpieszyć, aby zdążyć poznać prawdziwą afrykańską Etiopię. 

Więcej…

Boska Brazylia

MAGDALENA WALCZUK

Fundacja Terra Brasilis

                                                                                                             FOT. FOZDOIGUACUDESTINODOMUNDO.COM.BR

<< „Deus é brasileiro”, czyli „Bóg jest Brazylijczykiem” – stwierdzenie to słyszałam z ust wielu mieszkańców Brazylii. Większość z osób, które kiedykolwiek miały okazję postawić stopę na brazylijskiej ziemi, zgodzi się z nim bez wahania. Bez wątpienia kraj ten został hojnie obdarzony przez Stwórcę: zachwyca bogactwem i niezwykłością przyrody, odurza tropikalnymi smakami i zapachami, urzeka niesamowitą różnorodnością, wybuchową mieszanką kultur, intryguje kontrastami i niejednoznacznością. Naprawdę nietrudno zakochać się w Brazylii. Jak prawdziwa kobieta, powoli odsłania przed nami swoje tajemnice i nie przestaje kusić tym, co jeszcze pozostało do odkrycia. Niechętnie poddaje się prostym definicjom. Nie wierzcie temu, kto twierdzi, że zdołał ją zrozumieć i poznać jej wszystkie sekrety. >>

Więcej…