PAWEŁ PAKIEŁA

 

Belgia kojarzy się nam przede wszystkim z centrum Unii Europejskiej. Podróż po tym zróżnicowanym etnicznie, językowo i kulturalnie kraju turyści często zaczynają od jego stolicy – Brukseli, stanowiącej jeden z trzech regionów państwa według podziału dokonanego w 1963 r. Na południe od niej rozciąga się francuskojęzyczna Walonia, z mnóstwem wartych zobaczenia miejsc, takich jak Durbuy, Tournai, Namur, Dinant, Bastogne, Liège czy Mons. Przemieszczając się z belgijskiej metropolii na północ, znajdziemy się w niderlandzkiej strefie językowej, Regionie Flamandzkim, gdzie do miejsc najczęściej odwiedzanych należą Brugia i Antwerpia. Historyczna kraina Flandria rozciąga się też dalej na zachód wzdłuż wybrzeża Morza Północnego i wchodzi m.in. w skład kolejnego z państw Beneluksu – Holandii. Zwiedzając ten kraj, oprócz słynnych atrakcji Rotterdamu, Hagi czy Amsterdamu, nie wolno zapomnieć o farmach serowarskich. Kończąc naszą podróż w Wielkim Księstwie Luksemburga, powinniśmy w naszych planach uwzględnić jego stolicę – miasto Luksemburg, malowniczą miejscowość Vianden czy dolinę rzeki Mozeli oraz zielone Ardeny.  

Skrót Benelux tworzą pierwsze litery nazw trzech sąsiadujących ze sobą monarchii: Belgii, Holandii i Luksemburga (w języku niderlandzkim: België, Nederland i Luxemburg). Jego etymologię można by uzasadnić w jeszcze inny sposób: BENEfit i LUKSus, czyli zyski luksemburskich banków oraz luksusowe belgijskie czekolady i niekończące się pola holenderskich tulipanów w Keukenhof. Wspólna nazwa określająca te trzy kraje istnieje już od ponad pół wieku. Dużo wcześniej, związane unią monetarną i gospodarczą od 1921 r., Belgia i Luksemburg korzystały z tej samej waluty (franka). Na mocy umowy celnej w 1944 r. dołączyła do nich Holandia. W 1960 r. istniejące porozumienie zastąpiono unią ekonomiczną. Dalszy rozwój tej organizacji doprowadził w późniejszym czasie do utworzenia Unii Europejskiej, której założycielami były właśnie kraje Beneluksu wraz z RFN, Francją i Włochami. Dzisiaj, podróżując po Belgii, Holandii i Luksemburgu, wszędzie napotykamy skrót Benelux, np. w nazwie Beneluxtunnel w Rotterdamie.

Zwiedzanie tych trzech monarchii można zacząć w dowolny sposób. Jedną z najpopularniejszych opcji stanowi podążanie zgodnie z układem zawartym w samym skrócie. Dlatego też chciałbym przedstawić wybrane atrakcje Belgii, Holandii i Luksemburga właśnie w tej kolejności.

 

GRANICA EUROPY POŁUDNIOWEJ

Gęsto zalesione pasmo górskie Ardenów jest urokliwym miejscem w południowo-wschodniej Belgii. Wraz z pozostałym obszarem nieskażonych cywilizacją krajobrazów, zajmującym ok. 17 tys. km², tworzy gościnną przestrzeń Walonii. Zjeżdżając z jednej z tutejszych licznych tras szybkiego ruchu, doskonale zrozumiemy, na czym polegają trudności rozgrywanego do dziś najstarszego jednodniowego wyścigu kolarskiego (tzw. klasyku) – Liège-Bastogne-Liège (istniejącego od 1892 r.).

Walonia leży na południu Belgii i tu niewątpliwie zaczyna się Europa Południowa, której mieszkańcy charakteryzują się typowym dla siebie sposobem bycia i zachowaniem. Walonowie uwielbiają rozmawiać, spędzać godziny przy posiłkach w towarzystwie przyjaciół. W tym francuskojęzycznym regionie mówi się często, że jeśli masz alergię na nicnierobienie i śródziemnomorski styl życia, to miejsce nie jest dla Ciebie. Tematy kulinarne stanowią prawdziwą obsesję mieszkańców Walonii. O kuchni rozmawia się tu częściej niż w Wielkiej Brytanii o piłce nożnej czy krykiecie! Nic więc dziwnego, że Walonowie potrafią wyśmienicie gotować.     

 

NASTROJOWE MIASTECZKA WALONII

Walonia zaskakuje różnorodnością krajobrazu, na którą wpłynęła bogata historia tego regionu, oraz dużym przywiązaniem mieszkańców do dawnych tradycji i obyczajów. Podróż po tej uroczej części Belgii można zacząć od Namur – jej malowniczej stolicy, położonej ok. 60 km na południe od Brukseli, u ujścia Sambry do Mozy. Niewątpliwie największą atrakcją jest tu stojąca na wzgórzu XVII-wieczna Cytadela. Kilka miejscowych muzeów posiada ciekawe ekspozycje nawiązujące do czasów gotyku, XVIII-wieczne malowidła, jak również… obrazy erotyczne z XIX w. Miłośnicy saksofonu z pewnością zainteresowani będą odwiedzeniem pobliskiego bajkowego miasteczka Dinant, w którym przyszedł na świat Adolphe Sax, wynalazca tego instrumentu. Znajdująca się na wzgórzu Cytadela stanowi pozostałość napoleońskiego systemu fortyfikacji rozłożonych wzdłuż Mozy.

Jadąc w kierunku Spa, natkniemy się na uważane za najmniejsze w Belgii miasto – 11-tysięczne Durbuy. W jego okolicy panują znakomite warunki do uprawianie kolarstwa, wspinaczki czy kajakarstwa na rzece Ourthe. Na amatorów mniej sportowych rozrywek czekają tutaj urocze małe restauracje, kawiarnie, bary czy minibrowary.

Na wschód od Brukseli znajduje się natomiast trzecia co do wielkości aglomeracja miejska Belgii – Liège. Historycy uważają, że to właśnie stąd pochodził pierwszy biskup Polski Jordan, który prawdopodobnie ochrzcił księcia Mieszka I w 966 r. Zwiedzanie tego zabytkowego miasta można rozpocząć od wzgórza Montagne de Bueren, skąd rozpościera się wspaniała panorama. W Liège urodził się pisarz kryminałów Georges Simenon, który zyskał popularność dzięki cyklowi powieści o śledztwach komisarza Maigreta. Warto tu zajrzeć m.in. do Musée de la Vie Wallonne (Muzeum Życia Walońskiego), gdzie obejrzymy rekonstrukcje dawnych warsztatów rzemieślniczych, np. punktów wyrabiania koszy czy świec.

Kolejnym interesującym punktem na mapie Walonii jest Spa, którego nazwa kojarzy się przede wszystkim z leczeniem wodą, hydroterapią. Chociaż historia akwaterapii sięga czasów antycznych, na dobre rozpowszechniła się ona dopiero w XIV w. dzięki tzw. wyjazdom do wód. Wtedy też miasto stało się popularne ze względu na tutejsze gorące źródła. Poza tym wiążą się z nim i inne ciekawostki. To tu, w 1763 r., powstało pierwsze w Europie kasyno, a także założono Grande Symphonie de Spa, w której grał Georges Alexandre Krins, późniejszy wiolonczelista z orkiestry na słynnym liniowcu Titanic. Częstym gościem tego walońskiego kurortu była angielska pisarka Agatha Christie. Detektyw Hercules Poirot, stworzona przez nią postać literacka, pochodził właśnie ze Spa. Cesarz Józef II Habsburg po swojej wizycie w 1781 r. nazwał to miasto „kawiarnią Europy”, podkreślając w ten sposób jego ówczesny kosmopolityczny charakter. Obecnie miłośnicy Formuły 1 znają je natomiast z malowniczego toru wyścigowego Spa-Francorchamps. 

Nie wolno nam również zapomnieć, że w pierwszej połowie XIX w. Walonia była świadkiem zdarzenia, które odmieniło losy Europy. 18 czerwca 1815 r. pod Waterloo koło Brukseli Napoleon Bonaparte stoczył swoją ostatnią bitwę, przegrywając z armią brytyjską Wellingtona i pruską Blüchera. 

 

FLANDRIA – POMOST DO HISTORII                                                                                    

Współcześnie fragment historycznej krainy Flandrii stanowi jeden z trzech regionów federalnych Belgii. Leży w północnej części kraju i zamieszkany jest przede wszystkim przez ludność posługującą się językiem niderlandzkim. Główne miejskie ośrodki flamandzkie z czasów średniowiecza (Brugia, Bruksela, Gandawa, Antwerpia, Mechelen i Leuven) także i dzisiaj odgrywają znaczącą rolę. Stare miasta Flandrii wciąż tętnią życiem i przyciągają tłumy turystów. Niewielkie odległości powodują, że do każdego z tych miejsc możemy wygodnie dotrzeć koleją w ciągu maksymalnie 90 minut.                                  

Antwerpia jest jednym z największych europejskich ośrodków przemysłowych i centrum międzynarodowego handlu diamentami. Na przełomie XV i XVI w. należała do najbogatszych miast w Europie. Jej serce stanowi Grote Markt (Wielki Rynek), skąd pieszo dostaniemy się do większości zabytkowych obiektów. Odwiedzając historyczne centrum, możemy podziwiać interesującą renesansową fasadę Stadhuis (Ratusza) zbudowanego w latach 1561–1565. Za najwyższą budowlę Antwerpii (i jedną z najwyższych świątyń na świecie) uchodzi gotycka Katedra Najświętszej Marii Panny, której północna wieża ma 123 m wysokości. We wnętrzach znajdziemy m.in. malowidła Petera Paula Rubensa, najsłynniejszego obywatela tego flamandzkiego miasta. Niezmiernie popularna wśród turystów Brugia w dużej części oparła się nowoczesności. W jej zabytkowym centrum próżno szukać billboardów i strzelistych wieżowców, a ruch samochodowy został ograniczony do niezbędnego minimum. W ten sposób czas jakby zatrzymał się tu w XIII w., w okresie świetności miasta, które było wtedy międzynarodowym ośrodkiem handlu suknem. Z tego stulecia pochodzi najbardziej charakterystyczna budowla Brugii – Belfort (Beffroi), ośmioboczna 83-metrowa dzwonnica. Stanowiła ona symbol wolności i bogactwa. Wznosi się przy głównym rynku (Grote Markt), otoczonym XVII-wiecznymi kamieniczkami. Brugię uważa się za kolebkę malarstwa flamandzkiego. Otwarte w 1930 r. Muzeum Groeninge (Groeningemuseum) posiada wspaniałą kolekcję malowideł takich artystów, jak Rogier van der Weyden, Jan van Eyck i Hans Memling.                                                                                                                                                                                                                                                                                      

BRUSSELICIOUS 2012

Taką humorystyczną i apetyczną nazwę nadano trwającemu przez cały obecny rok w Brukseli festiwalowi kulinarnemu, gourmet. Z tej okazji przygotowano specjalne, niezmiernie oryginalne gastronomiczne wydarzenia. W czerwcu będzie można zjeść obiad i kolację w zawieszonej nad miastem przy pomocy żurawia 22-miejscowej restauracji. Każdego tygodnia zawiśnie nad innymi emblematycznymi miejscami Brukseli: Placem Pałacu Królewskiego (Place des Palais), Atomium oraz dwoma malowniczymi parkami – du Cinquantenaire i Bois de la Cambre. Za podniebną restaurację, wiszącą 40 metrów nad ziemią, trzeba będzie zapłacić dość wysoką cenę, prawdopodobnie ok. 150 euro. Chętni powinni jednak się śpieszyć i dokonać rezerwacji z dużym wyprzedzeniem, gdyż nie brakuje zainteresowanych. Od wtorku do niedzieli, od marca do końca roku, krąży po centrum belgijskiej metropolii gastronomiczny, futurystyczny tramwaj oferujący 2-godzinną kulinarno-krajoznawczą przygodę za 75 euro od osoby (w wersji all inclusive). Dania przygotowują szefowie kuchni najlepszych w mieście restauracji. Jak przystało na ekscentryczną Brukselę, na okres od kwietnia do 21 września zaplanowano surrealistyczną ekspozycję 35 gigantycznych rzeźb ulubionych przez Belgów smakołyków. Artyści otrzymali pełną swobodę w kwestii wykonania olbrzymich tabliczek czekolady, brukselek, małży, kufli piwa czy ogromnych stożków frytek. Wymienione belgijskie smakołyki można skosztować w wielu miejscach specjalnie przygotowanych z okazji Brusselicious 2012.    

 

MODELOWE ATRAKCJE – MINI-EUROPE I PARLAMENTARIUM

Na zdjęciach i pocztówkach z Brukseli jednym z dominujących motywów, obok Grand-Place (Wielkiego Placu), futurystycznego Atomium i figurki siusiającego chłopca – Manneken Pis, jest sympatyczny park Mini-Europe. Zwiedza go rocznie ponad 300 tys. turystów z całego świata. Możemy w nim podziwiać miniatury najważniejszych budynków (wykonane w skali 1:25) ze wszystkich 27 państw członkowskich Unii Europejskiej. W tym doskonałym na rozrywkę dla całych rodzin miejscu znajdziemy wspaniałe modele, m.in. 13-metrową paryską Wieżę Eiffla, 4-metrowego londyńskiego Big Bena, gondole przed weneckim Pałacem Dożów, brukselski Grand-Place, ateński Akropol, budapeszteńskie kąpielisko Szechenyi, a także znane budowle z naszego kraju – Dwór Artusa, fontannę Neptuna i Pomnik Poległych Stoczniowców z Gdańska. Przygotowano je z niezwykłą starannością i dbałością o detale. Nic więc dziwnego, że Mini-Europe uważa się za najlepszy park miniatur w Europie.      

W październiku 2011 r. Brukseli przybyła kolejna wielka atrakcja turystyczna – Parlamentarium. Jest to największe centrum parlamentarne udostępnione zwiedzającym w Europie i pierwsza w historii wystawa dostępna w całości aż w 23 językach. Dzięki zastosowaniu szerokiej gamy interaktywnych narzędzi multimedialnych wizyta w nowoczesnym Parlamentarium daje jedyną w swoim rodzaju możliwość poszerzenia wiedzy o instytucjach europejskich, a w szczególności o Parlamencie Europejskim.

 

HOLANDIA – KRAJ SERÓW, TULIPANÓW I WIATRAKÓW                                                                                                                                                                                   Gdy nasycimy się już różnorodnymi pejzażami Walonii, możemy przenieść się do kraju wybitnie nizinnego, którego 25 proc. powierzchni znajduje się poniżej poziomu morza. Oficjalna nazwa Holandii brzmi Królestwo Niderlandów. Ten kraj, znany jako najbardziej liberalny na świecie, zaskakuje swoją gościnnością, dobrym smakiem i niezliczoną liczbą atrakcji turystycznych oraz… mostów! Tych ostatnich w samym tylko Amsterdamie jest aż 1281. Północno-zachodnie tereny państwa pokrywały kiedyś wielkie lasy i dlatego miejscowi nazwali ten region Holtland, co w języku niderlandzkim oznacza „Krainę Lasów”. Za symbol Holandii, słynącej z przepięknych tulipanów, można śmiało uznać ogród Keukenhof (niedaleko Lisse). Jest to jedna z największych atrakcji Królestwa Niderlandów – odwiedziło ją w ostatnich 60 latach ponad 44 miliony turystów. Kolorowe, naturalne dywany z milionów tulipanów, hiacyntów, żonkili i narcyzów zaplanowane zostały przez najlepszych projektantów ogrodów i terenów zielonych. Mało kto w Polsce wie, że Keukenhof uważa się za najczęściej fotografowane miejsce na świecie. Rozciągający się na obszarze 32 hektarów park ma doskonałe położenie – między Amsterdamem a Hagą. Od kilku lat każdego roku przyjmuje się tu inny temat przewodni. Obecnie jest nim „Polska – Serce Europy”. Oficjalnego otwarcia wystawy kwiatowej dokonała 21 marca 2012 r. Anna Komorowska, żona naszego prezydenta Bronisława Komorowskiego. Wśród wielu ekspozycji nawiązujących do polskiej kultury i nauki zachwyca ułożony z 50 tys. cebulek kolorowy portret Fryderyka Chopina o wymiarze 12 na 20 m. Bramy Keukenhof będą otwarte dla turystów do 20 maja br.   

 

ROWEREM PRZEZ AMSTERDAM

W stolicy konstytucyjnej Holandii warto przesiąść się na rower, który stanowi tutaj najpopularniejszy środek transportu. Poszatkowany kanałami, pielęgnujący swoje bogate tradycje kulturalne i architektoniczne Amsterdam uchodzi za jedno z najromantyczniejszych i najpiękniejszych miast na świecie. Z jednej strony zachowuje charakter nowoczesnej metropolii, tętniącej życiem nocnym, pełnej kosmopolitycznych restauracji, z drugiej zaś – dzięki rozbudowanej sieci kanałów i ograniczonemu ruchowi samochodowemu – sprawia wrażenie cichej i spokojnej miejscowości. Największymi atrakcjami Amsterdamu są niewątpliwie jego wspaniałe placówki muzealne, których liczba dochodzi do 50. Do najsłynniejszych z nich należą Rijksmuseum (Muzeum Państwowe), Van Gogh Museum czy Stedelijk Museum (Muzeum Miejskie). Zmęczeni zwiedzaniem i wieloma wrażeniami możemy zrelaksować się i zregenerować swoje siły, biorąc lekcje… jogi – oferuje je turystom wiele miejscowych centrów (oczywiście, w języku angielskim).                                                                                                                

 

KRÓLEWSKA HAGA

Chociaż Amsterdam pełni funkcję stolicy konstytucyjnej, siedziba rządu, parlamentu i rodziny królewskiej znajduje się w Hadze. W odróżnieniu od innych holenderskich miast z rozplanowanymi ciasno uliczkami i gęstym systemem kanałów, haska zabudowa pozwala zwiedzającym odetchnąć pełną piersią. Klasyczne fasady rządowych budowli otoczone zieloną, otwartą przestrzenią stwarzają atmosferę daleką od pulsującego życiem Amsterdamu, Rotterdamu czy Utrechtu. Walorem Hagi jest także jej nowoczesna architektura. W dzielnicach Scheveningen i Kijkduin rozciągają się zaś jedne z piękniejszych plaż nad Morzem Północnym.

Podsumowaniem naszej podróży po Królestwie Niderlandów może być wizyta w haskim parku Madurodam, nazywanym „Holandią w pigułce”. Znajduje się tu m.in. najdłuższa na świecie miniaturowa kolej elektryczna, która przemierza cały kraj i zatrzymuje się na dworcach w Amsterdamie, Hadze i Bredzie. W Madurodam wzniesiono ponad 700 miniatur najbardziej charakterystycznych obiektów Holandii, wszystkie w skali 1:25. Ta wielka atrakcja turystyczna przeszła ostatnio gruntowną renowację i czeka ponownie na gości z całego świata.    

 

NAPRAWDĘ WIELKIE KSIĘSTWO LUKSEMBURGA                                                                                  

To najbogatsze państwo Europy stanowi enklawę na mapie Starego Kontynentu i jednocześnie jego centrum finansowe. Turystyka jest tu również bardzo dobrze rozwinięta. Co roku tę monarchię odwiedza prawie dwa razy więcej zagranicznych gości niż liczy jej populacja (w sumie ponad 500 tys. mieszkańców).  

Luksemburg – stolicę państwa, można zwiedzać na kilka sposobów. Jednym z nich jest podróż autokarem wycieczkowym „Hop On-Hop Off”, która pozwala na wsiadanie i wysiadanie w dogodnych punktach miasta, w zależności od tego, co nas zainteresuje w danym momencie. Inny ciekawy pomysł to spacer po najstarszych dzielnicach. Jego trasę opracowano w specjalnym projekcie Wenzel Walk – „1000 lat w 100 minut”, nazwanym tak na cześć księcia Wacława I Luksemburskiego (1337–1383), który ufortyfikował Luksemburg. Wśród wielu tutejszych fascynujących atrakcji warto wymienić wzniesienie Bock i Casemates du Bock – kazamaty, tunele, pasaże i komnaty, drążone nawet do 46 m pod powierzchnią ziemi, którym towarzyszyły podziemne stajnie, zakłady rzemieślnicze, kuchnie, piekarnie, lazarety, magazyny itp. Poza tym nie wolno zapomnieć o Pont du château, zbudowanym z czerwonego piaskowca moście z 1735 r. Łączy on fortyfikacje Bock z historycznym centrum miasta. Jedną z najważniejszych budowli stolicy jest również Katedra Notre-Dame, będąca wspaniałym przykładem architektury późnogotyckiej z elementami renesansowymi. Główny punkt wycieczek stanowi jednak Pałac Wielkiego Księcia (Palais grand-ducal), wybudowany w 1572 r. i pełniący na początku funkcję ratusza. W 1817 r. stał się on siedzibą rządu, a w 1890 r. został przekazany do dyspozycji Adolfa I (1817–1905), trzeciego i ostatniego księcia z niemieckiej dynastii Nassau i czwartego wielkiego księcia Luksemburga. Za najsłynniejszy luksemburski zamek uchodzi bajeczny, romańsko-gotycki Château de Vianden. Położony jest malowniczo na wzgórzu, a u jego stóp rozciąga się urocza średniowieczna miejscowość Vianden, którą zamieszkuje obecnie ok. 2 tys. osób. Ta potężna budowla zachowała wygląd z czasów swojej największej świetności. W okolicy turystów przyciągają także letnie koncerty grane na tle pięknego jeziora Echternach w samym sercu luksemburskiego regionu nazywanego Małą Szwajcarią (Petite Suisse luxembourgeoise).

Kraje Beneluksu mogą zaoferować nam mnóstwo atrakcji – zarówno aktywny wypoczynek w malowniczej scenerii, jak i wyprawę szlakiem wspaniałych zabytków architektury. Warto odkryć je dla siebie i poczuć z bliska atmosferę dobrobytu, która skłoniła te trzy monarchie do ścisłej współpracy i wspierania się w rozwoju.                                                                                                                                                                                     


                               

Artykuły wybrane losowo

„Mzungu” w Zambii

KRZYSZTOF RURAŃSKI

 

<< Wciąż mało znana wśród naszych rodaków Zambia to państwo o terytorium ponad dwukrotnie większym od powierzchni Polski – zajmuje obszar ok. 750 tys. km². Na jej terenie występuje klimat podrównikowy suchy. Pora deszczowa, która trwa od listopada do kwietnia, charakteryzuje się wysokimi temperaturami oraz gwałtownymi burzami. Ten południowoafrykański kraj jest bezpieczny i przyjazny podróżnikom, również tym dysponującym skromniejszym budżetem. Sąsiaduje z ośmioma państwami. Najdłuższą granicę – 1930 km – współdzieli z Demokratyczną Republiką Konga, a najkrótszą – poniżej 1 km – z Botswaną. Na tym małym odcinku na rzece Zambezi znajduje się przejście graniczne i działa przeprawa promowa. >>

Więcej…

Kolumbia – kraj nierzeczywisty

Cartagena de Indias  Cortesia ProColombia

Kolonialna Cartagena de Indias – wieża Katedry św. Katarzyny Aleksandryjskiej

© PROCOLOMBIA

 

MARIA HAWRANEK, SZYMON OPRYSZEK

www.intoamericas.com

 

To niewiarygodne, że Kolumbia istnieje naprawdę. Znajdziemy w niej wszystko: od karaibskich plaż przez tropikalne lasy po andyjskie szczyty. Na dodatek żyją tu najmilsi ludzie na kontynencie, a atmosfera w tym kraju pełna jest magii. Nic dziwnego, że to tutaj urodził się jeden z najważniejszych przedstawicieli realizmu magicznego – Gabriel García Márquez.

 

To czwarte pod względem powierzchni państwo Ameryki Południowej może poszczycić się wyjątkowym położeniem. Ma wybrzeże zarówno nad Pacyfikiem, jak i Atlantykiem (a dokładniej Morzem Karaibskim). Jego stolica, Bogota, leży na średniej wysokości 2640 m n.p.m. Najbardziej na południe wysunięty odcinek granicy przebiega wzdłuż Amazonki.

 

Do jakiego kraju byście wrócili? Dokąd w Ameryce Południowej warto pojechać? – pytają nas często słuchacze podczas prelekcji podróżniczych. Niezmiennie wśród naszych trzech ukochanych miejsc wymieniamy właśnie Kolumbię, której w Polsce wciąż przypina się nieaktualną już od dawna łatkę niebezpiecznej krainy koki. Warto odrzucić stereotypy i odkryć skarby tego naprawdę magicznego zakątka świata.

 

UKOCHANA ZIEMIA

 

Cali to miasto najszybszej salsy na świecie, w którym niemal na każdym kroku wyrasta szkoła tańca, a w klubach tancerze wykonują akrobacje. Oczami wyobraźni już widzieliśmy, jak pocimy się na parkiecie. Ale w dniu wylotu do Cali z Brazylii dostaliśmy maila z propozycją pracy na wolontariacie w prowincjonalnej szkole położonej 40 km od Bogoty, gdzie pilnie potrzebowali nauczycieli angielskiego.

 

Dlatego w czasie przesiadki na lotnisku w kolumbijskiej stolicy, zamiast kontynuować podróż – szukamy autobusu do miasta Zipaquirá. Przyjeżdżamy na rekonesans we wtorek wieczorem, a już w środę rano o godz. 7.00 stoimy pod tablicą. Przez najbliższe trzy miesiące będziemy prowadzić lekcje w miejscowości Cogua, gdzie na przerwach słychać muczenie krów. Alejandro Clavijo, koordynator programu, tłumaczy nam, że zaprasza obcokrajowców do swojej szkoły z dwóch powodów. Po pierwsze, żeby nasi uczniowie w końcu nauczyli się angielskiego. Na naszym hiszpańskojęzycznym kontynencie ze zrozumiałych powodów nie jest popularny, ale kiedy tylko chcemy wyjechać, w mig rozumiemy, jak bardzo się przydaje. A po drugie, abyście zobaczyli, że Kolumbia to już dawno nie jest kraj białego proszku, „narcos” i FARC-u (Fuerzas Armadas Revolucionarias de Colombia – Rewolucyjnych Sił Zbrojnych Kolumbii). Zresztą nigdy w pełni nim nie była, tylko świat przyzwyczaił się tak o nas myśleć.

 

Po wielu tygodniach spędzonych w Kolumbii mamy poczucie głębokiej niesprawiedliwości, że za tą perłą Ameryki Południowej ciągnie się taka krzywdząca opinia. Przepiękne, wściekle zielone pagórki regionu Zona Cafetera, gdzie uprawia się kawę, zjawiskowe, karaibskie plaże, tropikalne lasy – czego jeszcze można chcieć?

 

Każdy dzień na wolontariacie zaczynamy od pobudki o chłodnym poranku na wysokości mniej więcej Kasprowego Wierchu i przytulania się z uczniami na dzień dobry (z przyjemnością odkrywamy, że łączy ich z nauczycielami prawdziwa, oparta na zaufaniu i bliskości więź). Przed przyjazdem do Kolumbii słyszeliśmy, że jest w niej wspaniale, bo Kolumbijczycy to najmilsi ludzie na kontynencie. Nauczeni doświadczeniem, aby na takie slogany patrzeć przez palce, nie dowierzaliśmy im – przecież wszyscy Latynosi są otwarci i sympatyczni. A jednak – ten kraj stał się naszym miejscem na świecie właśnie dzięki jego mieszkańcom. Gdzie indziej klientka w sklepie mięsnym zapyta ekspedientkę: czy podaruje mi pani kurze udko?. Gdzie dwudziestolatek, który odchodzi od grupy znajomych przy piwie, żeby się wysikać, powie: za pozwoleniem? Kolumbijczycy śpiewają o swojej ojczyźnie w najsłynniejszej cumbii: Colombia tierra querida („Kolumbia ukochana ziemia”). Podzielamy ich uczucia.

 

MIASTO POTWÓR

 

Większość stolic Ameryki Południowej to przerośnięte i przytłaczające aglomeracje, w których dojazdy z jednego punktu do drugiego zajmują zbyt dużo czasu w zbyt wielkim ścisku. Kolumbijska Bogota niestety nie jest wyjątkiem – mieszka tu ponad 8 mln ludzi, długie przegubowe autobusy pędzą ulicami wypełnione po brzegi. To zdecydowanie najmniej przyjazne miasto w Kolumbii, więc najlepiej uciec z niego jak najszybciej. Poza małą, urokliwą La Candelarią, którą można obejść w trakcie nie wymagającego wysiłku spaceru i gdzie warto udać się na smaczną kolację, żadna dzielnica nie zachwyca. Wieczorami wiele ulic, nawet tych w centrum, nie jest oświetlonych – nieoswojeni z miastem turyści mogą się przez to czuć niekomfortowo.

 

Dla tych, którzy muszą zakosztować stolicy, mamy jednak trzy propozycje. Po pierwsze, wizytę w spektakularnym Muzeum Złota (Museo del Oro), gdzie znajduje się ogromna kolekcja eksponatów sztuki złotniczej kultur prekolumbijskich (niemal 60 tys. przedmiotów). Po drugie, polecamy zajrzeć do Muzeum Botero (Museo Botero) z dziełami najważniejszego współczesnego kolumbijskiego malarza, rzeźbiarza i rysownika, rozpoznawalnego na całym świecie Fernanda Botera. Grubaśne postaci przedstawione na jego obrazach są charakterystyczne dla stylu twórcy – trochę zabawne, czasem smutne, na swój sposób piękne. Poza tym muzeum mieści się w starym budynku z urokliwym patio – to kolejny powód, aby je odwiedzić. Po trzecie, warto spędzić noc przy rytmach salsy, cumbii i vallenato. Najlepiej skorzystać z usług jednej z kilku agencji turystycznych. Oferują one udział w pokazach i lekcjach z profesjonalnymi tancerzami, ale też zabierają do najlepszych miejscówek w mieście, do których trudno trafić samemu.

 

KATEDRA Z SOLI

 

Kiedy rozpoczynaliśmy wolontariat w kolumbijskiej szkole, nie mieliśmy pojęcia, że miasto Zipaquirá, w którym zamieszkaliśmy, słynie z Katedry Solnej (Catedral de Sal) i że Kolumbijczycy byli kilka lat temu w polskiej kopalni w Wieliczce na wizycie studyjnej, żeby podpatrzyć nowe pomysły na turystykę.

 

Obecny podziemny kościół powstał w latach 90. XX w. Pierwszą kapliczkę, w której górnicy modlili się przed rozpoczęciem pracy, założono w kopalni na początku XX stulecia, ale nie został po niej żaden ślad. W latach 50. na jej miejscu pod ziemią wyrosła katedra. Jednak 40 lat później, po serii podmyć i tąpnięć, ze względów bezpieczeństwa trzeba było ją zamknąć. Mniej więcej 60 m pod nią zbudowano Nową Katedrę (Nueva Catedral).

 

Podobno co niedzielę odbywa się tu msza, ale odnieśliśmy wrażenie, że ten przybytek ma bardziej komercyjny niż duchowy charakter. W katedrze jest mrocznie, ale nie mistycznie. Stacje gigantycznej drogi krzyżowej (Viacrusis) są praktycznie nie do odróżnienia. Wnętrze tworzą trzy nawy. W porównaniu z wielicką Kaplicą św. Kingi świątynia w Zipaquirze wygląda monumentalnie – jest prawie trzy razy dłuższa (ma 80 m) i o połowę wyższa (mierzy ponad 16 m) – ale świeci pustkami. Chociaż opisuje się ją jako „osiągnięcie współczesnej architektury”, na nas nie robi wielkiego wrażenia.

 

O wiele bardziej ucieszyło nas odkrycie, że w mieście przez cztery lata mieszkał w internacie i chodził do liceum Gabriel García Márquez, kolumbijski noblista, którego śladami mieliśmy w planie wyruszyć (w jego dawnym liceum działa dziś Centro Cultural Casa del Nobel Gabriel García Márquez). Zresztą w Kolumbii znajduje się mnóstwo zdecydowanie piękniejszych i ciekawszych miejsc niż solny kościół, jak chociażby pobliska Villa de Leyva.

 

TAM, GDZIE CZAS SIĘ ZATRZYMAŁ

 

Villa de Leyva wygląda jak wyobrażenie o czasach kolonialnych w Ameryce Łacińskiej. Położona ok. 170 km od Bogoty na średniej wysokości 2149 m n.p.m., zalicza się do najbardziej fotogenicznych (obok Guatapé) kolumbijskich miasteczek. W 1954 r. uznano ją za skarb narodowy. Powstała w 1572 r. jako miejscowość wypoczynkowa dla sędziwych konkwistadorów, kleru i szlachty. Od tamtej pory niewiele sięzmieniło. Najlepiej przyjechać do miasteczka w tygodniu – wtedy będziemy mieć szansę na spokojne poznanie tego miejsca. W weekendy wąskie uliczki pękają w szwach, ściągają tu amatorzy butikowych hoteli i ekskluzywnych restauracji – mieszkańcy stolicy chętnie wpadają do Villi de Leyva na dwudniowy odpoczynek.

 

Centrum miejscowości stanowi oczywiście Plaza Mayor (Plaza Principal), według niektórych największy brukowany plac w Ameryce Południowej (ma 14 tys. m2 powierzchni). Obowiązkowym miejscem do zwiedzenia dla Kolumbijczyków jest również Dom Muzeum Kapitana Antonia Ricaurtego (Casa Museo Capitán Antonio Ricaurte). Walczył on o niepodległość u boku największego bohatera narodowego Kolumbii i wyzwoliciela wielu krajów kontynentu – Simóna Bolívara (1783–1830). Villę de Leyva otacza malownicza półpustynia. Dzięki temu i położeniu wysoko w górach miasteczko zachowało swój niezmieniony kształt.

 

KRAJ KAWY

 

Choć Kolumbia jest trzecim największym po Brazylii i Wietnamie producentem kawy na świecie, ze zdziwieniem odkryliśmy, że niełatwo się tu napić czegoś w stylu espresso – mocnego, aromatycznego i gorzkiego. Od rana na ulicach stoją mężczyźni z wózkami (często są podprowadzone z supermarketu) wypełnionymi termosami z tinto. To słodka, dosyć słaba kawa, podawana w plastikowych kubeczkach (na początku mieliśmy kłopot z zapamiętaniem tej nazwy, ponieważ w innych hiszpańskojęzycznych krajach oznacza czerwone wino). Byliśmy w Kolumbii, kiedy Starbucks, który zaopatruje się tutaj w kawę, otwierał swoją pierwszą kawiarnię w Bogocie (Parque 93). Z rozbawieniem obserwowaliśmy, jak lokalni hipsterzy od świtu stali w kolejce, aby kupić amerykański napój z rodzimych ziaren. W dłoniach trzymali słodkie tinto.

 

Jednak jedno jest pewne – miejsca, w których uprawia się kawowce, są zjawiskowe. Położona na zachód od Bogoty w kawowym trójkącie – departamentach Caldas, Risaralda i Quindío – Zona Cafetera (Eje Cafetero) od kilku lat znajduje się na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Na soczyście zielonych pagórkach leżą posiadłości z plantacjami (fincas), a w dolinach rosną najwyższe palmy na świecie – palmy woskowe. Zakochaliśmy się w tym rejonie od pierwszego wejrzenia.

 

Zwiedzanie kawowego regionu zwykle zaczyna się w Salento (tu również najlepiej zawitać poza weekendem). W miasteczku jest dużo gringos, ale warto zatrzymać się w nim na noc i spróbować lokalnego specjału – pstrąga ze smażonymi plackami z platana (patacones). Tę odmianę banana pod różnymi postaciami podaje się w Kolumbii do większości posiłków (nam najbardziej smakował pieczony). Poza tym trzeba zagrać w tejo, narodową kolumbijską grę (najlepiej w barze „Los Amigos”). Polega ona na rzucaniu ciężkich metalowych dysków do celu. Jeśli trafi się w fajerwerk ukryty pod piaskiem, następuje wybuch.

 

Prawdziwe skarby znajdują się jednak w okolicy miasteczka. Na piechotę można dojść do plantacji rodziny Eliasów (Finca Las Brisas, Café Don Elias), biznesu prowadzonego od lat na niewielką skalę. Kolejnego dnia warto pojechać jeepami (odjeżdżają z głównego placu) do Valle de Cócora, spektakularnej doliny z wysmukłymi palmami woskowymi. Samochody dowożą nas do początkowego punktu czterogodzinnej trasy pieszej. Po drodze pokonujemy łąki, pagórki i linowe mosty rozwieszone nad strumieniami, aż w końcu dochodzimy do sanktuarium kolibrów Acaime. Starsza para, która je prowadzi, częstuje gorącą czekoladą lub kawą i kawałkiem sera (za symboliczną opłatą). Z filiżanką w dłoni obserwujemy, jak do rozwieszonych wszędzie poidełek podlatują kolejne kolibry. W Kolumbii występuje aż ok. 165 gatunków tego małego ptaka! W drodze powrotnej zaglądamy do jednej z licznych fincas. Do tego regionu najlepiej przyjeżdżać w okresie od stycznia do lutego, kiedy trwają zbiory kawy i dużo się dzieje.

 

KOLUMBIJSKI TYGRYS

 

Paisaje Cultural Cafetero

Departament Quindío to unikatowy przykład urodzajnego krajobrazu kulturowego

© PROCOLOMBIA

 

Od kiedy masową wyobraźnią zawładnęły obrazy z serialu Narcos, miasto Medellín znowu kojarzy się z kokainą, przestępstwami i Pablem Escobarem. Skojarzenia te są częściowo słuszne, ale od ok. 25 lat nieaktualne i stygmatyzujące. Owszem, Medellín było stolicą biznesu narkotykowego w latach 80. XX w., jednak gdy zabito Pabla Escobara w 1993 r. i rozprawiono się z innymi baronami, postawiło na zmianę i rozwój. W tej chwili to najbardziej dynamiczne i nowoczesne miasto w Kolumbii. Kwitnie tu biznes i nowe technologie (zainwestowano m.in. w sieć kolejek gondolowych i największe słodkowodne akwarium w Ameryce Południowej – do obejrzenia w interaktywnym centrum naukowo-technologicznym Parque Explora). Ze względu na swoje położenie w andyjskiej dolinie zwanej Valle de Aburrá, w otoczeniu zielonych wzgórz, i panujący w niej klimat słynie jako miasto wiecznej wiosny (la ciudad de la eterna primavera).

 

Zwiedzanie Medellín zaczynamy od placu imienia wspomnianego artysty Fernanda Botera, pełnego opasłych rzeźb jego autorstwa. Jeśli ktoś nie był w jego muzeum w Bogocie, koniecznie musi zajrzeć do Muzeum Antioquii (Museo de Antioquia) i obejrzeć kolekcję dzieł tego twórcy. Wieczory spędzamy w Parku Lleras (Parque Lleras) – w nim mieszkańcy miasta zbierają się wieczorem na szklaneczkę aguardiente przed imprezą i tańce do rana. Na ciekawe popołudnie wybieramy się do Comuny 13 (San Javier), dawniej niebezpiecznej dzielnicy, gdzie wałęsali się partyzanci z FARC-u i gangsterzy. Dziś wypełniają ją kolorowe domy, galerie sztuki i murale, przeprowadza się w niej ekologiczne i artystyczne projekty (ale wciąż lepiej nie kusić losu nocnymi spacerami). Amatorzy jazdy kolejką gondolową na pewno chętnie skorzystają z jednej z czterech linii (J, K, L i H), które łączą położone na wzgórzach dzielnice Medellín (zanim powstały kolejki, mieszkańcy tych rejonów spędzali na dojeździe do pracy nawet po 2–3 godz. dziennie!). Jeśli kogoś goni czas, naszym zdaniem lepiej jednak zajrzeć na Mercado Minoristai na tym targu urządzić sobie degustację świeżych tropikalnych owoców – niektóre występują tylko w Kolumbii! My po zakosztowaniu soku z lulo nie mogliśmy odżałować, że w żadnym sąsiednim kraju go nie spotkaliśmy. Na stoiskach sprzedaje się też mangostany, pitaje, guanábany czy tamarillo (tomates de árbol, pomidory drzewiaste).

 

Z Medellín można wybrać się na jednodniową wycieczkę do odległego o ok. 80 km miasteczka uchodzącego za najbardziej kolorowe w Kolumbii – Guatapé. To idealne miejsce dla miłośników fotografii i wolno płynącego czasu. Oprócz szukania odpowiednich ujęć, zajadania przysmaków z ulicznych stoisk i popijania tinto nie ma tu nic do roboty. W drodze powrotnej można wysiąść w miejscowości Santa Elena słynącej z pięknych kwiatów, które co roku dostarcza na sierpniowy festiwal Feria de las Flores w Medellín – powstają z nich niesamowite barwne konstrukcje. W tej okolicy ze względu na doskonałe warunki – żyzne ziemie, odpowiednią wysokość bezwzględną i temperaturę – kwiaty rosną jak szalone. Turyści zwykle wybierają się na zachód słońca do położonego nieopodal malowniczego Parku Arví (Parque Arví), gdzie czekają na nich lasy, jeziora, ptaki (ponad 100 gatunków) i owady (powyżej 160 gatunków).

 

KARAIBSKA PERŁA KOLUMBII

 

Cartagena de Indias to obowiązkowy przystanek dla turystów podróżujących po Kolumbii. Pewnie dlatego, że ten dawniej jeden z najważniejszych karaibskich portów, założony w 1533 r., zachował swój kolonialny urok. Po rozległym starym mieście jeżdżą trochę kiczowate bryczki (podobne do tych w Krakowie), ale można też znaleźć mniej turystyczne zakątki. Dlatego oprócz zwiedzania najważniejszych zabytków, takich jak plac św. Dominika (Plaza de Santo Domingo), Zamek św. Filipa (Castillo de San Felipe de Barajas), Katedra św. Katarzyny Aleksandryjskiej (Catedral de Santa Catalina de Alejandría), kościoły: św. Piotra Klawera (Iglesia de San Pedro Claver), św. Trójcy (Iglesia de la Santísima Trinidad) i św. Turybiusza de Mogrovejo (Iglesia de Santo Toribio de Mogrovejo) czy Pałac Inkwizycji (Palacio de la Inquisición), wybieramy się również w inne strony. Wchodzimy na potężne mury, gdzie próbujemy wyobrazić sobie, jak musieli się czuć konkwistadorzy, gdy przybijali do tych karaibskich brzegów, zanurzamy się w dzielnicę Getsemaní, pełną stylowej sztuki ulicznej, tworzonej przez znanych lokalnych i międzynarodowych artystów. To tutaj znajdujemy tętniące życiem bary, do których trafiają tylko zdeterminowani gringos.

 

Dla wielu osób Cartagena de Indias jest bazą wypadową na koralowe Wyspy Różańcowe (Islas del Rosario), gdzie można podziwiać akwarium na otwartym morzu i kąpać się przy bielutkich plażach. Niestety ta część parku narodowego (Parque Nacional Natural Corales del Rosario y de San Bernardo) to jedno z najczęściej odwiedzanych miejsc w kraju – w sezonie przeżywa prawdziwe oblężenie, co nie pozwala na swobodne rozkoszowanie się naturą. Dlatego dla nas Cartagena de Indias stała się bazą do wyprawy na niezwykły, ledwie nadgryziony przez turystów i zupełnie nieznany w Polsce archipelag San Bernardo. Po 2 godz. rejsu motorówką lądujemy w raju na wyspie Múcura, gdzie funkcjonują tylko dwa hotele, a jeden z nich – ekskluzywny Punta Faro – to ziszczenie marzeń o relaksie. Czeka nas nurkowanie lub snorkeling w przejrzystej wodzie pełnej egzotycznych ryb, płaszczek i homarów, samotne kąpiele przy pustych plażach i wycieczki kajakami wzdłuż wybrzeża.

 

Kilka minut rejsu łódką od Múcury leży zupełnie inna wyspa, Santa Cruz del Islote, do której brzegów przybiliśmy, żeby pod pretekstem nauki angielskiego poznać jej społeczność, a potem, za jej zgodą, napisać reportaż do naszej książki Tańczymy już tylko w Zaduszki. Santa Cruz del Islote uchodzi za najgęściej zaludnioną wyspę świata – zajmuje niecały hektar powierzchni, a na co dzień mieszka na niej niemal 800 osób. Kiedy dzieci wracają do domu na wakacje z kontynentalnej Kolumbii, gdzie chodzą do szkoły z internatem, ta liczba zwiększa się nawet do 1,2 tys. Wyspa wygląda jak kawałek betonowego osiedla wrzucony w morze – nie ma tu plaż ani palm. Mieszkańcy nieustannie rozbudowują Santa Cruz de Islote. W miejscach, gdzie jest wystarczająco płytko, wykładają mieliznę muszlami ślimaków morskich (będących składnikiem codziennej diety), wielkogabarytowymi śmieciami i betonem. Żeby zagrać w piłkę, płyną na przestronną i zieloną Múcurę. Aby pochować zmarłego, udają się na cmentarz na sąsiednią Tintipán. Warto ich odwiedzić, ale najlepiej zrobić to na własną rękę, wynajętą łódką, a nie z chmarą turystów, którzy chodzą po wyspie w kapokach i pokazują sobie wyspiarzy palcami.

 

Isla Mucura Cortesia ProColombia

 

SIELSKI ZAKĄTEK

 

Jeden z najpopularniejszych parków narodowych w Kolumbii to Naturalny Park Narodowy Tayrona (Parque Nacional Natural Tayrona). W sezonie trzeba liczyć się w nim z dużą liczbą turystów. Nic w tym dziwnego, w końcu karaibskie wybrzeże spotyka się tutaj z tropikalnym lasem. Kiedy staniemy w jednej z licznych zatoczek zwróceni twarzą w stronę morza, nad głową ujrzymy wysmukłe palmy, a za plecami będziemy mieli bujną leśną roślinność i pasmo Sierra Nevada de Santa Marta.

 

W Parku Tayrona koniecznie należy wybrać się na pocztówkowy przylądek – Cabo San Juan de Guía. Przy odrobinie szczęścia po drodze można spotkać papugi, legwany (to akurat pewne), a nawet małpy! Ten zjawiskowy rejon kryje też w swoich lasach niewielkie ruiny osady Taironów (El Pueblito) i pozostałości ich kultury (kamienny krąg Nueve Piedras). Przede wszystkim znajdują się tu jednak niesamowite plaże, jak La Piscina czy Arrecifes.

 

Miasto Santa Marta, które mijamy po drodze z Cartageny de Indias, jest malownicze, ale naszym zdaniem na wybrzeżu o wiele lepiej spędzać czas w otoczeniu natury niż wśród murów. Wielbiciele plaż mogą zatracić się w Parku Tayrona, ale mamy jeszcze jedną propozycję: wycieczkę do położonej o ok. 15 km od Santa Marty wioski Minca otulonej tropikalną zielenią. Od rana rozbrzmiewa tu głośny śpiew ptaków (w tym rejonie występuje ponad 360 gatunków, a lokalne agencje organizują spacery ornitologiczne). Poza tym roztacza się stąd cudowny widok na wybrzeże i okolicę, bo miejscowość leży na wysokości 650 m n.p.m. Warto pójść na spacer do punktu widokowego Los Pinos albo do dwóch małych jezior Pozo Azul, żeby zanurzyć się w chłodnej kąpieli. A jeśli jeszcze uda się komuś zarezerwować nocleg w wyjątkowym kameralnym hostelu Casa Loma, który wygląda jak domek na drzewie, wizyta w Mince będzie niezapomniana.

 

W Santa Marcie można też spełnić marzenie niejednego odkrywcy – zapisać się na niezwykły kilkudniowy trekking przez tropikalny las do zaginionego miasta, czyli Ciudad Perdida (Teyuna). Odkryli je lokalni poszukiwacze skarbów w 1972 r. Kiedy złote figury i biżuteria oraz starodawne naczynia zaczęły pojawiać się na targach, w głąb lasu ruszyli archeolodzy. Ustalili, że miasto pochodzi prawdopodobnie z ok. 800 r. (czyli założono je jakieś 650 lat przed słynnym Machu Picchu), a zostało opuszczone w trakcie hiszpańskiej konkwisty. Rdzenne lokalne społeczności, m.in. Arhuaco, Kogi (Kagaba) i Wiwa, odwiedzały to miejsce od zawsze, ale nie dzieliły się nim ze światem. Przez wiele lat, kiedy na tym terenie operował FARC, wycieczka do Ciudad Perdida była ryzykowna, ale od 2005 r. na szlaku działają agencje turystyczne i taka wyprawa jest bardzo bezpieczna (nie należy jednak wędrować samotnie, bo nietrudno się zgubić, poza tym spacer po tropikalnym lesie wymaga merytorycznego przygotowania). Kto zdecyduje się na trekking, musi wiedzieć, że do pokonania ma ok. 46 km przy dużej wilgotności powietrza.

 

W drodze powrotnej z Parku Tayrona można wysiąść w mieście Barranquilla, a jeśli trwa karnawał, to nawet trzeba! Tu odbywa się najsłynniejsza zabawa karnawałowa w całym kraju, na którą przybywa ponad milion gości. Jej korzenie sięgają XIX w. W Barranquilli mieszają się ze sobą różne kultury z wybrzeża karaibskiego – ich wpływy widać przede wszystkim w muzyce, tańcach i przebraniach. Poza tym miasto ma jeszcze jeden powód do dumy: w 1977 r. urodziła się tu najsłynniejsza współczesna kolumbijska piosenkarka – Shakira (jako ciemna brunetka).

 

KOLEBKA REALIZMU MAGICZNEGO

 

Casa Museo Gabriel Garcia Marquez Aracataca 1

Muzeum Gabriela Garcíi Márqueza w mieście Aracataca otworzono w 2010 r.

© PROCOLOMBIA

 

Jest takie miasto w Kolumbii, do którego nie zajrzy nikt, kto nie zaczytał się choć raz w prozie Gabriela Garcíi Márqueza. To Aracataca. Dla fanów realizmu magicznego wizyta w niej będzie niewielkim nadłożeniem drogi – leży ona zaledwie 80 km od Santa Marty.

 

Aracataca – ta nazwa wybija rytm jak koła pociągu, który przejeżdżał przez miasto wyładowany owocami w okresie boomu bananowego podsycanego przez United Fruit Company. Na te czasy przypadło dzieciństwo pisarza – Gabo, jak pieszczotliwie mówią na niego Latynosi, spędził tu pierwszych osiem lat życia. Aracataca stanowi pierwowzór mitycznego Macondo z powieści Sto lat samotności (1967 r.). Musieliśmy do niej przyjechać, żeby spróbować zrozumieć, jak to się stało, że w opowieściach Márqueza rzeczywistość tak płynnie przechodzi w fantazję, że trudno stwierdzić, co jest bardziej autentyczne – to, co prawdopodobne, czy też to, co wydaje się wytworem wyobraźni.

 

W tym sennym, trochę zapomnianym mieście wszystko dzieje się powoli i nie wiadomo, czy wydarza się naprawdę. Nad murami i chodnikami latają żółte motyle (te owady wciąż towarzyszyły Mauriciowi Babilonii, jednej z postaci Stu lat samotności). Odwiedzamy muzeum, dawny dom pisarza, ale sąsiadka tłumaczy nam, że nie ma on wiele wspólnego z autentycznym, który był dużo skromniejszy. To po prostu replika zbudowana na wzór posiadłości ze słynnej powieści Márqueza, z pokojami ciotek i warsztatem dziadka.

 

Inny sąsiad, Hannibal Caí (dziś dobiega już setki), rozsiada się w bujanym fotelu i opowiada o tym, jak jedna z ciotek Gabo, Francisca, podpaliła kiedyś ich dom. Zajmowała się świętymi w naszym kościele, przystrajała ich ołtarze kwiatami, zapalała świeczki. W domu też miała ołtarzyk. Zapaliła świeczkę i buch, cały dom po chwili stanął w płomieniach. Pomagałem gasić – śmieje się do wspomnień.

 

Próbujemy ustalić, czy jest w miasteczku jakiś pomnik Márqueza. Nie ma i nigdy nie było – twierdzi część mieszkańców. Nie ma, ale był – mówią pozostali. Jaki? Poznajemy trzy różne wersje. Najbardziej podoba nam się ta: ktoś postawił pomnik nagiego Gabita, ale ten przyjechał, obejrzał dzieło i zdecydował, że trzeba je zburzyć – przecież on nie ma takiego małego przyrodzenia!

 

W ciepłym toskańskim słońcu

BEATA GARNCARSKA

<< Dzisiejsza Toskania – jedno z najpiękniejszych krajobrazowo miejsc we Włoszech, gdzie zagęszczenie zabytków na 1 km² przekracza wszelkie normy światowe, nazywana była niegdyś Etrurią bądź Tuscią. Od północy graniczy ona z Ligurią i Emilią-Romanią, od wschodu – z zieloną Umbrią i Marche, na południu – z majestatycznym Lacjum z Rzymem, a zachodnie jej krańce oblewają wody Morza Tyrreńskiego. Poza tym należą do niej także Wyspy Toskańskie, m.in. Elba, Giglio, Capraia, Montecristo czy Gorgona. >>

Więcej…