MARCIN „HUMBAK” JĘDRZEJCZAK

 

Leżąca na Morzu Śródziemnym, mniej więcej pośrodku między Gibraltarem a Izraelem, a także Sycylią i Tunezją, Malta jest dosyć dobrze rozwiniętym gospodarczo państwem, tysiąc razy mniejszym od Polski (316 km2 powierzchni). Nie uprawia się w nim ani warzyw, ani owoców, wycięto wszystkie oliwne drzewka, a jedyne, co pozostało, to winnice. Brak tu rzek czy jezior, deszcz pada rzadko i praktycznie nie ma słodkiej wody, znajdziemy za to mnóstwo zabytków. Dlatego kraj ten nazywa się często muzeum pod gołym niebem.

Wodę w miejscowym hotelu po przegotowaniu można śmiało wypić. Jej smak nie jest jednak źródlany, bowiem Maltańczycy pozyskują ją odsalając tę, której mają pod dostatkiem w morzu. Nad umywalką umieszczone są dwa krany – z jednego płynie gorąca, a z drugiego zimna woda. To jedna z pozostałości po Brytyjczykach, poprzednich władcach archipelagu.

 

Malta odziedziczyła po nich również ruch lewostronny, a także steki, szarlotkę i smażoną rybę z frytkami oraz język angielski.

Ten wyspiarski kraj słynie ze swoich szkół językowych, do których każdego roku tłumnie przybywają studenci z Europy i całego świata. Przyjeżdżają tu także tysiące turystów z Wielkiej Brytanii, szukających słonecznej odmiany od pochmurnej pogody w Londynie czy Manchesterze. Malta stanowi mieszankę brytyjskiej flegmy, włoskiej namiętności, arabskiej słodyczy i afrykańskiej swobody. Jest to efekt jej niezmiernie burzliwych dziejów.

 

Wielka historia małej wyspy

Strategicznie położony archipelag, w skład którego wchodzą Malta, Gozo, Comino, Cominotto, Wyspy św. Pawła i maleńka Filfla, często przechodził z rąk do rąk. Maltańczycy śmieją się, że swoją bogatą historią mogliby obdarować kilka średniej wielkości państw. W Ġgantija na sennej wyspie Gozo znajdują się np. dwie megalityczne świątynie, które mają ok. 5600 lat i pamiętają początki cywilizacji na archipelagu.

W starożytności osiedlili się tu Fenicjanie, ok. 700 r. p.n.e. pojawili się Grecy, a w 218 r. p.n.e. rozpoczęło się panowanie Imperium Rzymskiego. W 60 r. n.e. na Maltę trafił św. Paweł, więziony na statku, który rozbił się u jej brzegów. Podczas swojego pobytu apostoł nawracał miejscową ludność na chrześcijaństwo. Z powodu podziału Imperium Rzymskiego terytorium to znalazło się w 395 r. w granicach Cesarstwa Bizantyńskiego. Od 870 r. przeszło we władanie Arabów, a pod koniec XI w. Normanowie przyłączyli je do Królestwa Sycylii.

 

Kawalerowie i dżentelmeni

W 1530 r. za pozwoleniem cesarza Karola V Habsburga osiedlili się na Malcie Kawalerowie Rodyjscy, zmuszeni do opuszczenia Rodos przez Turków Osmańskich. Wtedy też przemianowali się na Kawalerów Maltańskich. Zakon ten został założony ok. 1130 r. w Jerozolimie i powstał z bractwa działającego przy szpitalu św. Jana Chrzciciela. Pełna nazwa tego zgromadzenia brzmi Zakon Rycerzy Szpitala Jerozolimskiego św. Jana Chrzciciela (po łacinie Ordo Militiae Sancti Johannis Baptistae Hospitalis Hierosolimitani), jednak jest on lepiej znany jako joannici.

Kawalerowie Maltańscy zadomowili się na Malcie, zbudowali tu zamek nad zatoką Grand Harbour (Wielki Port), a także dwie twierdze: Fort św. Elma i Fort św. Michała, z których przypuszczali ataki na osmańskie statki. Niemal 300-letnia obecność tego zakonu rycerskiego odcisnęła swoje piętno na wyspach. Symbolem Malty do dzisiaj jest biały ośmioramienny krzyż zakonników (tzw. krzyż maltański).

W maju 1565 r. Imperium Osmańskie wysłało przeciwko joannitom ok. 200 statków i 40 tys. żołnierzy. Tak zaczęło się Wielkie Oblężenie Malty. Wyspy broniło kilkuset rycerzy zakonnych, 2 tys. żołnierzy hiszpańskich i kilka tysięcy ludności cywilnej. Po czterech miesiącach walk armia Sulejmana Wspaniałego wycofała się. Oddalenie tureckiego niebezpieczeństwa skłoniło w 1566 r. wielkiego mistrza Jeana de la Valette do rozpoczęcia budowy miasta, które na jego cześć nazwano Vallettą. Dziś pełni ono funkcję stolicy kraju.

W 1798 r. wraz ze swoim wojskiem przybił do wybrzeży wyspy Napoleon Bonaparte, który zajął ją i nakazał zakonnikom opuścić Maltę. Jednak Maltańczycy, korzystając z pomocy Brytyjczyków, wyzwolili się spod panowania Francuzów dwa lata później, a od czasu Kongresu Wiedeńskiego w 1815 r. ich archipelag stał się kolonią brytyjską.

W czasie II wojny światowej ze względu na swoje strategiczne położenie wyspa stała się celem licznych ataków lotnictwa i marynarki III Rzeszy i Włoch. Jej mieszkańcy przeżyli w sumie ponad 3 tys. nalotów i w kwietniu 1942 r. otrzymali z rąk króla Jerzego VI najwyższe brytyjskie odznaczenie państwowe – Krzyż Jerzego (za odwagę, heroizm i poświęcenie).

Na uzyskanie całkowitej niepodległości Maltańczycy musieli czekać do 1964 r., jednak dopiero dziesięć lat później proklamowano dzisiejszą Republikę Malty. 1 maja 2004 r., podobnie jak Polska, to wyspiarskie państwo zostało członkiem Unii Europejskiej.

 

Kuchnia fusion

Historia Malty miała ogromny wpływ na tutejszą sztukę kulinarną. W maltańskich potrawach mieszają się wpływy kuchni włoskiej i brytyjskiej, a także tureckiej, tunezyjskiej czy nawet hiszpańskiej. Popularnością cieszą się np. pastizzi, niewielkie ciasteczka z twarogowym lub grochowym nadzieniem w półfrancuskim cieście. W popularnych pastizzeriach znajdziemy różnego rodzaju zapiekanki z makaronem, ryżem lub na półkruchym cieście.

Maltańczycy stołują się przeważnie w domu. Restauracje zakładane są głównie dla przybyszów. Jednym z tutejszych znanych restauratorów jest Francesco Cachia. Ten Maltańczyk z urodzenia spędził wiele lat, pracując za granicą, głównie w Libii. Po powrocie otworzył własny lokal. W Sharma Ethnic Cuisines znajdziemy eklektyczne połączenie tradycyjnej kuchni indyjskiej, północnoafrykańskiej i śródziemnomorskiej. Restauracja leży w urokliwym zakamarku „Miasta Ciszy”, jak nazywana jest Mdina, dawna stolica wyspy. – Średniowieczne spokojne i wąskie uliczki pokrywają miejscowe wzgórze, skąd roztacza się wspaniały widok na wyspę – wyjaśnia Francesco, który woli, aby mówić na niego Frank. Na gotowaniu zna się jak mało kto i może śmiało służyć za kulinarnego przewodnika. – Maltańską odpowiedzią na spaghetti po bolońsku jest często serwowana zapiekanka na bazie makaronu, mięsa mielonego, pomidorów, sera oraz jaj i delikatnego kruchego ciasta. Danie to nazywa się „timpana” – tłumaczy Frank. Bakłażany czy karczochy zapieka się z rozmaitymi farszami, najczęściej mięsnym, z dodatkiem mielonego pieczywa i pietruszki. Warzywa stanowią także doskonały dodatek do zup, czego przykładem jest ministra – odpowiednik włoskiej minestrone. Soppa ta‘l-armla, czyli „zupę wdowy”, przyrządza się z różnych składników, ale zazwyczaj jednym z nich bywa ser ricotta (lub kozi) i kiełbasa maltańska (na ostro, z nasionami kolendry). Nazwa ta pochodzi od obyczaju, który polega na tym, iż po śmierci męża sąsiedzi przynoszą jego żonie różne produkty spożywcze, a ona przygotowuje następnie obfitą zupę.

Słynną i smaczną przekąską jest kanapka nasączona oliwą, z pomidorami i tuńczykiem, którą nazywamy „ftira" – mówi nasz restaurator. Narodową dumą są potrawy z mięsa królika. Przyrządza się je na wiele sposobów – piecze, smaży, dusi (zazwyczaj w czerwonym winie ogólnie dostępnym na Malcie). Najbardziej znane tego typu danie stanowi fenek biz-Zalza, czyli potrawka z królika z cebulą, ziołami i winem.

Po obfitych i smacznych posiłkach warto zostawić miejsce na maltańskie słodycze, które łączą w sobie wpływy włoskie i arabskie. Najpopularniejszymi ciasteczkami są słodkie mqaret z farszem z daktyli, a także cannoli – w kształcie cygara, nadziewane wiśniami, serem ricotta i migdałami.

Nie sposób nie wspomnieć w tym miejscu również o Kinnie – bardzo charakterystycznym i prawdziwie maltańskim napoju gazowanym. Kolorem przypomina nieco colę, a smakiem – tonik o nucie gorzkiej pomarańczy z dodatkiem kompozycji aromatycznych ziół. Doskonale chłodzi, orzeźwia i gasi pragnienie w gorące dni. – Podobnie jak nasze rodzime piwo Cisk – dodaje Frank.

 

Świętsi od papieża…

Maltę łączy z Polską kilka rzeczy: katolicyzm, biało-czerwone barwy narodowe oraz… jezioro w Poznaniu, nad którym swoją komandorię mieli dawniej Kawalerowie Maltańscy. Maltańczycy żartują, że są bardziej katoliccy od papieża, a na Malcie jest więcej kościołów niż mieszkańców. Choć zdecydowanie z tym przesadzają, to dziś wyspa posiada tyle świątyń katolickich, ile dni w roku. I chyba tylko tutaj można wysłuchać mszy po... arabsku! Oczywiście, z lekkim uproszczeniem, bowiem język maltański należy do grupy semickiej. Składa się w ok. 60 proc. z arabskiego – reszta to mieszanina włoskiego, angielskiego i francuskiego.

Maltańczycy, jako zagorzali katolicy, mają w zanadrzu wiele sposobów, żeby zapewnić sobie przychylność świętych. Uczniowie zdający pisemne egzaminy umieszczają w lewym górnym rogu kartki litery JMJ (Jezus – Maria – Józef). Studenci modlą się do św. Judy, a po pomyślnie zdanej sesji zamieszczają w lokalnych gazetach anonimowe podziękowania dla swojego patrona. W najważniejszym sanktuarium – Ta' Pinu na Gozo, które słynie z cudownych uzdrowień – umieszczono w podzięce wizerunki uratowanych rozbitków oraz rozmaite wota, np. kamienie nerkowe w słoikach, kule, a nawet przepukliny. W miejscowych autobusach często widzi się figurki świętych. Starsi ludzie przed podróżą żegnają się znakiem krzyża. Robią to także wtedy, gdy mijają kościół lub przydrożną figurę. Na kościelnych wieżach znajdują się dwa zegary – prawdziwy i namalowany. Dzięki temu diabłu mylą się godziny i przez to nie ma szans porywać odchodzących z tego świata dusz.

 

…i pełni przesądów

Na wyspie wciąż jednak żywe pozostają też dawne wierzenia pogańskie. Aby odwrócić złe spojrzenie lub sprowadzić na kogoś nieszczęście, Maltańczycy tworzą ze wskazującego i małego palca znak rogów, czyli qrun. Na wsiach nierzadko można zobaczyć baranie rogi przyczepione do dachu lub przybite nad drzwiami – mają one chronić domowników przed niebezpieczeństwami. Rybaków strzegą natomiast niebieskie oczy Horusa lub Ozyrysa, które umieszcza się na tradycyjnych łodziach luzzu po obu stronach dziobu. Miejscowi wierzą, że najlepsze miesiące na zawarcie związku małżeńskiego to styczeń, kwiecień i sierpień, bowiem są najbardziej płodne. Zajście w ciążę ma ułatwiać również czarna bielizna (biała – wręcz przeciwnie!). Kiedy dziecko przychodzi na świat, z okazji jego pierwszych urodzin rodzina urządza uroczystość o nazwie quecija: na tacy kładzie się różne przedmioty (inne dla chłopców i dziewczynek), np. naparstek, pióro, różaniec, jajko, pieniądze, a następnie podsuwa się je maleństwu. Przedmiot, który wybierze, wróży jego przyszły zawód (np. krawiec, urzędnik, ksiądz). Na progu domu, w którym ktoś umarł, Maltańczycy stawiają szklankę wody i spodeczek z solą. Według nich spragniona dusza lub nie mogąca posolić jedzenia nie opuści domu.

 

Zabawa po maltańsku

Maltańczycy kochają się bawić i świętować. W ciągu roku obchodzą czternaście świąt państwowych. Jednak niemal co tydzień organizowane są jakieś lokalne uroczystości. Do święta patrona danej miejscowości mieszkańcy przygotowują się przez wiele dni, zdobią ulice kolorowymi girlandami oraz setkami żarówek. Podczas niego urządza się procesje z posągiem lub obrazem przedstawiającym opiekuna, a wieczorem rozpoczyna się całonocna zabawa zwieńczona pokazem sztucznych ogni.

Maltański karnawał trwa 5 dni i odbywa się tuż przed Wielkim Postem. Na niezmiernie kolorowych ulicach ludzie bawią się wówczas przy dźwiękach muzyki, a często biorą też udział w paradach przebierańców. Warto wspomnieć także o karnawałowej atrakcji, jaką jest Il-Kukkanja – tradycyjna zabawa organizowana od 1721 r. na głównym placu w Valletcie. Podczas niej śmiałkowie wspinają się po drabinkach wykonanych ze sznurka na wieżę strażniczą, na której znajduje się duża kula z wikliny. Nagrodą dla zwycięzcy są kosze z jedzeniem, zdobyte w drodze na szczyt, oraz spora suma pieniędzy.

Następujący później Wielki Tydzień charakteryzuje się zupełnie odmienną atmosferą. Po tak wesołych niedawno ulicach idą ciche procesje z figurą Maryi, a w każdej miejscowości odgrywa się sceny z Ostatniej Wieczerzy. Kulminację tego żałobnego nastroju stanowi Wielki Piątek, kiedy milkną nawet dzwony kościołów. Wtedy też nie działają instytucje publiczne, kina, teatry  czy muzea. Wszystko zmienia się w Niedzielę Wielkanocną, gdy radość i muzyka znów powracają do miast i miasteczek. Tradycyjnym dniem spotkań dla rodziny i przyjaciół jest natomiast Poniedziałek Wielkanocny. Maltańczycy wręczają sobie wówczas prezenty i wypoczywają na łonie natury. Co ciekawe, z maltańską Wielkanocą najsilniej kojarzą się nie jajka, a słodkie pieczywo z migdałami.

To malutkie państwo europejskie, które śmiało można uznać za granicę kontynentu, posiada niezmiernie bogatą historię i jedyną w swoim rodzaju kulturę. Dlatego też koniecznie powinno się znaleźć na liście miejsc wartych odwiedzenia przez każdego prawdziwego podróżnika.

 


 

Artykuły wybrane losowo

Pełna tajemnic Malta

DANUTA SZNAJDER
<< Malta, najdalej wysunięte na południe państwo europejskie, leży niespełna 300 km od wybrzeży Afryki. O ten tajemniczy skrawek lądu walczyło wiele narodów. Liczne ślady jego burzliwej historii zachowały się do naszych czasów. To właśnie w tym kraju odnaleziono jedne z najstarszych budowli na świecie – kamienne świątynie, które zachwycają rozmachem i intrygują zarówno turystów, jak i badaczy, wciąż nieznających ich przeznaczenia. >>

Więcej…

Jamajka, czyli nie tylko rum, reggae i all inclusive

HQ_Sandals_Montego_Bay_Pool_Bar_Aerial.jpg

Strefa z basenami w resorcie Sandals Royal Caribbean w Montego Bay

©UNIQUE VACATIONS (UK) LTD. IMAGE BANK

 

Jerzy Pawleta


Gdy zamkniemy oczy i wyobrazimy sobie Jamajkę, zobaczymy słońce, białe plaże, krystalicznie czystą błękitną wodę Morza Karaibskiego, palmy i rozbawionych ludzi. Oprócz tego przyjdą nam na myśl muzyka reggae, Bob Marley, rum i egzotyczne drinki. Niektórzy z nas na pewno też przypomną sobie historię jamajskich bobsleistów startujących na XV Zimowych Igrzyskach Olimpijskich w Calgary w 1988 r. czy sześciokrotnego mistrza olimpijskiego Usaina Bolta. To jednak nie wszystko, z czego słynie ta piękna wyspa.

Więcej…

Słoneczna Tajlandia pachnąca przyprawami

MS Borsang s umbrellas-Chiang Mai-036BB

Tajki malujące wzory kwiatowe na parasolkach w wiosce Bo Sang pod Chiang Mai

© TOURISM AUTHORITY OF THAILAND

 

MAGDALENA PINKWART

www.turystyka24.tv

 

Głośna Tajlandia z powietrzem przepełnionym egzotycznymi zapachami ma ponad 3,2 tys. km linii brzegowej. Plaże są tu zwykle usłane białym piaskiem i otoczone wysokimi palmami. Ten obraz rajskiej krainy dopełniają setki malowniczych wysepek, tysiące błyszczących złotem buddyjskich świątyń i dziko żyjące zwierzęta.

 

Wody w zatokach Tajlandii czasem przybierają kolor lazurowy, innym razem bardziej przypominają opalizujący w promieniach słonecznych szafir. Wszystko zależy od tego, czy patrzymy na nie rankiem czy o zachodzie słońca, z wysypanej drobnym piaskiem plaży czy pokładu jachtu, i – oczywiście – od pory roku. Tylko jedno się nie zmienia. Oblewające tajlandzkie wybrzeże wody są zawsze czyste i rozkosznie ciepłe, a kąpiel w nich jest jak seans w luksusowym gabinecie odnowy biologicznej.

 

Podróż po Tajlandii warto rozpocząć właśnie od wizyty w spa. Słynne na cały świat tajskie masaże relaksują jak nic innego. Wystarczy godzina czy dwie terapeutycznego dotyku doświadczonej masażystki, która ugniata skórę rękami albo delikatnie wciera w nią ciepłe, aromatyczne olejki, aby ciało stało się rozluźnione i wypoczęte, a dusza – lekka. Salony oferujące takie usługi znajdziemy tu niemal przy każdej ulicy, w eleganckich willach, ale także na licznych bazarach. Dla turysty z Europy tajskie masaże nie są zbyt dużym wydatkiem. Tutejsi masażyści stosujący wiedzę opartą na wielowiekowej tradycji potrafią zdziałać cuda.

 

RĘCE, KTÓRE LECZĄ

 

Takie właśnie cuda z pewnością będą nam potrzebne po długiej podróży. Jak każda droga do raju wyprawa do Tajlandii nie należy do najłatwiejszych. Ten kraj dzieli od Polski ponad 8 tys. km. Na razie nie ma regularnych bezpośrednich połączeń tradycyjnych linii lotniczych z żadnego polskiego miasta do Bangkoku, choć biura podróży organizują – oczywiście – loty czarterowe: Rainbow do tajskiej metropolii, a Itaka do miasta Krabi (ich ceny zaczynają się od ok. 2800 zł za jedną osobę w obie strony). Polacy muszą zatem na ogół lecieć z przesiadką np. w Zjednoczonych Emiratach Arabskich – Dubaju (Emirates), Katarze (Qatar Airways), Niemczech (Lufthansa), Francji (Air France), Szwajcarii (SWISS), Holandii (KLM), Austrii (Austrian Airlines z Wiednia) czy Rosji (Aeroflot). Ta sytuacja może się wprawdzie niedługo zmienić, bo tajlandzki tani przewoźnik Thai AirAsia X planuje wprowadzić bezpośrednie kursy do Warszawy z lotniska Bangkok-Don Mueang, ale póki co trzeba się pogodzić z tym, że podróż z naszego kraju do tej części Azji trwa zazwyczaj kilkanaście godzin. Do tego dochodzi zmiana strefy czasowej. Pomiędzy Polską a Tajlandią różnica czasu wynosi 5 godz. w okresie letnim i 6 godz. w okresie zimowym. Pierwszego dnia będziemy więc musieli przestawić swoje zegarki do przodu i zmierzyć się z przykrymi objawami jet lagu. Na takie dolegliwości nie ma na nic lepszego niż właśnie relaksujący tajski masaż i filiżanka rozgrzewającej zielonej herbaty z dodatkiem imbiru i mieszanki miejscowych ziół. Potem z nowymi siłami można rozpocząć zwiedzanie, a zdecydowanie jest tu co oglądać. Tajlandia to duży kraj (o powierzchni ponad 510 tys. km²) z wieloma zabytkami i bogatą kulturą. Poza tym znajdują się w nim również rajskie plaże, na których chciałoby się odpoczywać bez końca. Już sam gigantyczny wielopoziomowy Port Lotniczy Bangkok-Suvarnabhumi stanowi przedsmak głośnego, kolorowego, egzotycznego świata, w jakim mamy się zanurzyć. Co chwilę odlatują stąd samoloty do najciekawszych miast i regionów Tajlandii: Chiang Mai, Chiang Rai, Hat Yai, prowincji Krabi czy na wyspę Phuket. Zanim wybierzemy się do jednego z tych wakacyjnych rajów, warto poświęcić trochę czasu, żeby poznać tętniącą życiem stolicę kraju.

 

AZJATYCKIE MIASTO ANIOŁÓW

 

Bangkok to najgorętsza stolica świata, a zarazem obecnie najchętniej odwiedzane miasto na ziemi (przed Londynem i Paryżem). Jego pełna nazwa w języku tajskim brzmi Krung Thep Mahanakhon Amon Rattanakosin Mahinthara Ayuthaya Mahadilok Phop Noppharat Ratchathani Burirom Udomratchaniwet Mahasathan Amon Piman Awatan Sathit Sakkathattiya Witsanukam Prasit, w skrócie Krung Thep, czyli Miasto Aniołów. Żyje tu niemal 9 mln ludzi. Metropolia wystrzela w niebo setkami szklanych wieżowców, które mieszczą klimatyzowane biura i luksusowe hotele. Nad głowami przechodniów śmigają nowoczesne pociągi naziemnej kolei zwanej Skytrain. Tylko one i łodzie na rzece Menam (Chao Phraya) są w stanie uniknąć ciągłych korków. Warto pamiętać o tym, że Bangkok jest także drugim najbardziej zakorkowanym miastem świata (zaraz po stolicy Meksyku). Po plątaninie ulic w gigantycznych zatorach wolno przesuwają się tysiące samochodów. Pomiędzy nimi na pełnym gazie bohatersko przeciskają się setki skuterów i tuk-tuków. Jako kierowca zjeździłam wiele krajów, ale trzy razy zastanowiłabym się, zanim wyruszyłabym na przejażdżkę po tajlandzkiej metropolii. Poruszanie się po Bangkoku wymaga nie tylko niezwykłej sprawności i znajomości topografii miasta, ale też straceńczej odwagi. Z pewnością nie brakuje jej właścicielom tuk-tuków – małych, kolorowych trójkołowych pojazdów z pasażerską przyczepką. Choć niektórzy uważają jazdę pędzącą zmotoryzowaną rikszą bez pasów bezpieczeństwa za czyste szaleństwo, to zdecydowanie obowiązkowa atrakcja podczas każdej wycieczki do Tajlandii, zwłaszcza jeśli podróżujemy większą grupą. Gdy wyruszymy w trasę kilkoma tuk-tukami, ich kierowcy z dziką radością będą się ścigać, wyprzedzać i pogłaśniać azjatycką muzykę rozbrzmiewającą z małych radyjek. To przeżycie jedyne w swoim rodzaju, a koszt przejazdu jest niewygórowany. Trzeba jednak pamiętać, aby ostro negocjować cenę jeszcze przed zajęciem miejsca na siedzeniu pasażera, szczególnie w popularnych wśród turystów rejonach. Kierowców tuk-tuków ponosi nie tylko na drodze, ale także przy podawaniu początkowej kwoty opłaty za swoją usługę.

 

ULUBIENIEC NARODU

 

Pierwsze kroki kierujemy do największej atrakcji turystycznej miasta. Wielki Pałac Królewski jest sercem Bangkoku i stanowi obowiązkowy punkt wycieczki do stolicy. Zdobiony złotymi dachami, okazały kompleks był oficjalną rezydencją królów Tajlandii w latach 1782–1925. Leży w zakolu rzeki Menam, w samym centrum starej części miasta. Warto wybrać się tutaj do Wat Phra Kaew, aby zobaczyć słynnego Szmaragdowego Buddę wykonanego z zielonego jadeitu. Komnata, w której się znajduje, to najświętsze miejsce w kraju, a sama figura – choć niewielka (66-centymetrowa) – robi duże wrażenie. W tym rejonie Bangkoku pełno jest zabytkowych budowli i świątyń. Obok tłumnie odwiedzanych przez turystów obiektów wznoszą się zatopione w zieleni budynki rządowe i rezydencja króla Tajlandii (Amphorn Sathan Residential Hall).

 

Warto pamiętać, że w 2016 r. w wieku 88 lat zmarł ukochany władca narodu. W październiku, w rok po jego śmierci, odbędą się państwowe uroczystości pogrzebowe. Bhumibol Adulyadej, król Rama IX, rządził przez 70 lat, był wielkim reformatorem i dobroczyńcą swoich poddanych. Traktowano go tu jak dobrego ojca, a jego wspomnienie wywołuje u Tajów szczere łzy smutku. Od roku w całym kraju trwa żałoba narodowa, na ulicach rozstawione są zdjęcia władcy przepasane żałobnym kirem, a miejscowi noszą przypięte na piersi czarne wstążeczki. W samolotach tajskich przewoźników puszczane przed lotem komunikaty dotyczące bezpieczeństwa poprzedza informacja o pogrążonym w smutku narodzie. Turyści bywają zaskoczeni tym, że czasem nawet niewinna rozmowa na temat zmarłego króla może doprowadzić rozmówcę do płaczu. Dlatego w trakcie wizyty w Tajlandii należy okazywać szacunek zarówno samemu władcy, jak i wszystkim członkom rodziny panującej.

 

CHRUPIĄCE TARANTULE

 

Choć zajmujący ogromną powierzchnię Bangkok (niemal 1,6 tys. km², czyli mniej więcej trzy razy tyle co Warszawa) nie ma jednego wyraźnego centrum, wszystkie drogi prowadzą turystów odwiedzających miasto na Khao San. Ta głośna, zatłoczona ulica tętni życiem o każdej porze dnia i nocy. Można tu kupić pamiątki, ubrania i biżuterię, pyszne i bardzo tanie jedzenie przyrządzane na miejscu, owoce i świeże soki. Dla śmiałków znajdą się stragany ze smażonymi w głębokim tłuszczu larwami, skorpionami, szarańczami, chrupiącymi świerszczami i olbrzymimi tarantulami. Ci, którzy chcą poczuć dreszcz emocji, ale nie są gotowi na spróbowanie wielkiego pająka, mogą podjąć podobne kulinarne wyzwanie na targu owoców. Sprzedaje się na nim inną ciekawą osobliwość z tej części świata – kolczastego duriana. Ten nazywany królem owoców specjał wydziela mieszaninę woni z publicznej toalety i męskiej szatni pełnej graczy po wyczerpującym meczu. Nieprzyjemny zapach czuć już przez twardą skórę, dlatego sprzedawcy pracujący przy stoisku z durianami zakładają maseczki i rękawiczki, a dojrzałość towaru sprawdzają, tłukąc w niego kijem. Linie lotnicze zakazują przewożenia tego owocu w bagażu podręcznym. Hotelarze twierdzą, że jeśli ktoś zje go w pokoju, to pomieszczenie przez tydzień jest nie do użytku. Mimo tych przykrych doznań zapachowych durian uchodzi za wyjątkowo smaczny specjał wart wszelkich poświęceń… Według mnie przyjemność z jego jedzenia przypomina doznania przy delektowaniu się budyniem waniliowym z czosnkiem, ale najlepiej spróbować owocu samemu i wyrobić sobie własne zdanie.

 

AMERYKAŃSCY ŻOŁNIERZE I ŁAGODNE TAJKI

 

Bangkok- Chakri Maha Prasat Throne Hall

Kompleks Wielkiego Pałacu Królewskiego w Bangkoku

© TOURISM AUTHORITY OF THAILAND

 

Kiedy już nacieszymy się atmosferą Bangkoku, możemy ruszać na spotkanie z największymi atrakcjami kraju. Turyści lubiący plażowanie i luksusowy wypoczynek powinni wybrać się do pobliskiego miasta Pattaya położonego nad Zatoką Tajlandzką. Dziś to nowoczesny kurort z setkami hoteli na wybrzeżu, ale jeszcze w latach 60. XX w. był jedynie skromną wioską rybacką. Potem zaczęli tu przyjeżdżać amerykańscy żołnierze zwolnieni ze służby po walkach w Wietnamie. Chętnie zostawali na długie miesiące skuszeni ciepłymi wodami, świecącym przez cały rok słońcem, ciągnącą się wzdłuż miejscowości plażą w kształcie księżyca, pokrytą drobnym, białym piaskiem, i – oczywiście – niezwykłą urodą i łagodnym charakterem Tajek. Z czasem miejsce przekształciło się w popularny ośrodek turystyczny. W okolicy można nurkować, surfować, pływać na nartach wodnych, żeglować, wędkować, a także wybrać się łodzią na wycieczkę na pobliskie wyspy. Kilkugodzinne rejsy organizują touroperatorzy z Ocean Marina Yacht Club, jednej z najlepszych przystani w całej Azji. Wyprawy luksusowymi jachtami są tutaj znacznie tańsze niż w Europie. Katamaran kołysze się na falach i zawija do cichych zatoczek, gdzie można zeskoczyć do wody i poczuć na własnej skórze jej przyjemne ciepło. Jeśli podpłyniemy bliżej do jednej z zielonych wysepek, spotkamy dziko żyjące małpy, które z wdzięcznością przyjmą od nas podarki w postaci świeżych owoców serwowanych na pokładzie.

 

W Pattai koniecznie trzeba odwiedzić uważany za największy na świecie targ wodny (floating market). Na targowisko składają się łodzie wypełnione po burty owocami i drewniane budynki, w których można spróbować specjałów tajskiej kuchni. Kupimy tu też pamiątki wykonane ręcznie zgodnie z miejscową tradycją. Jeśli zechcemy nieco odetchnąć od upałów, powinniśmy odwiedzić miasteczko FROST Magical Ice of Siam. Pospacerujemy w nim wśród misternych rzeźb z lodu, a przy lodowym barze napijemy się drinków w lodowych szklankach, które możemy potem stłuc o lodową ścianę. Ta atrakcja nie będzie pewnie zbyt zaskakująca dla większości Europejczyków, ale przyjemnie jest popatrzeć na rozemocjonowanych Tajów po raz pierwszy widzących lód nie w szklance z whisky.

 

Chon Buri-Pattaya Beach

Oblegany przez turystów kurort Pattaya nad Zatoką Tajlandzką

© TOURISM AUTHORITY OF THAILAND

 

OŚWIECENIE I WINO

 

Jedną z wizytówek Pattai stanowi bogate życie nocne. Nieopodal centrum miasta rozciąga się ponad 3-kilometrowa plaża (Pattaya Beach). To zagłębie rozrywki z hotelami, restauracjami i galeriami handlowymi. W okolicy leży dzielnica Walking Street z setkami barów i dyskotek, słynąca również z usług erotycznych. Wbrew pozorom w Pattai znajdziemy coś nie tylko dla ciała, ale i dla ducha. Koniecznie trzeba odwiedzić ogromne ekumeniczne Sanktuarium Prawdy, poświęcone różnym odmianom buddyzmu i hinduizmu. Tę bogato zdobioną tysiącami rzeźb budowlę w całości wykonano z drewna, bez użycia gwoździ. Obiekt budowany jest od lat 80. XX w., wciąż jednak nie został ukończony. Zwiedzający muszą zakładać kaski, żeby wejść do środka, a przed sanktuarium mogą z pomocą pracujących tu cieśli wyrzeźbić dłutem własny wzór i pozostawić swój ślad w tym miejscu.

 

Pattaya potrafi także zaskoczyć atrakcjami unikatowymi w skali kraju. Tajlandia nie słynie wszak z regionów winiarskich, nic więc dziwnego, że większość turystów z lokalnych trunków zna jedynie whisky Mekhong (w rzeczywistości bliższą rumowi) czy orzeźwiające piwo Chang. Jednak od kilku lat rozwija się tu produkcja wina, a prawdziwym klejnotem w tym rejonie jest winnica znajdująca się niedaleko Pattai, czyli Silverlake Vineyard. Leży ona w dolinie w cieniu Khao Chi Chan (Góry Buddy) – olbrzymiej skały ze złotym wizerunkiem Buddy. W jej centrum stoi tonąca w kwiatach willa w stylu toskańskim. W tutejszej restauracji serwowane są dania kuchni tajskiej i europejskiej, do których podaje się świetne lokalne wina. Gospodynią winnicy jest znana tajska aktorka Supansa Nuangpirom, a oprócz degustacji urządza się tu wspaniałe imprezy muzyczne. Tuż obok znajduje się otwarty w maju 2016 r. park wodny – Ramayana Water Park, niezwykły kompleks ze zjeżdżalniami, sztucznymi falami, malowniczymi kanałami i wymyślnymi konstrukcjami. Można w nim spędzić relaksujące rodzinne popołudnie.

 

Ko Phi Phi

Widok na niewielką malowniczą zatokę Ton Sai na Ko Phi Phi Don

© TOURISM AUTHORITY OF THAILAND

 

WYSPY ROZKOSZY

 

Zupełnie inna atmosfera panuje w wyspiarskiej części kraju. Do Tajlandii należy kilkaset wysp i wysepek. Są one bardzo zróżnicowane, przyciągają więc rozmaitych turystów. Znajdą tutaj coś dla siebie wielbiciele luksusu, wytrawni backpackerzy, rodziny z dziećmi, osoby spragnione duchowych przeżyć i chcące wypocząć w spokoju w otoczeniu dziewiczej przyrody, a także imprezowicze. Jedną z najsłynniejszych wysp jest Ko Phi Phi Le położona w cieśninie Malakka, łączącej Morze Andamańskie z Południowochińskim. W 1999 r. kręcono na niej sceny do hollywoodzkiej produkcji Niebiańska plaża z Leonardem DiCaprio w roli głównej. Zachęcone tym filmem rzesze turystów zaczęły tu przyjeżdżać w poszukiwaniu raju na ziemi. Tym, którzy preferują gwarną wakacyjną atmosferę, spodoba się pobliska Ko Phi Phi Don, która składa się z dwóch grup wapiennych skał wyrastających z morza, połączonych ze sobą wąskim piaszczystym przesmykiem. Działa na niej mnóstwo hoteli, restauracji, barów, szkół sportów wodnych i dyskotek. Dla osób lubiących ciszę i kontakt z naturą idealna będzie Ko Muk, której nazwa w tłumaczeniu brzmi Wyspa Perłowa. Nie dotarła na nią jeszcze masowa turystyka. Znajdują się tutaj śnieżnobiałe plaże, skały porośnięte dziką roślinnością, plantacje kauczukowców i podwodne jaskinie, do których można dostać się łodzią. Na wyspie leży wioska rybacka, a świeże ryby i owoce morza są na niej znacznie tańsze niż w bardziej zatłoczonych rejonach popularnych wśród turystów.

 

TANIEC W ŚWIETLE KSIĘŻYCA

 

Miłośnicy dzikiej przyrody powinni odwiedzić Ko Phra Thong. Nie ma na niej utwardzonych dróg ani samochodów, a mieszkańcy żyją w tradycyjnych domach wtopionych w naturalne otoczenie. Brak rozwiniętej infrastruktury turystycznej wynagrodzi nam bogactwo fauny i flory. W Parku Narodowym Mu Ko Ra – Ko Phra Thong spotkamy żółwie morskie i makaki, zobaczymy lasy namorzynowe i zanurkujemy w lagunie kryjącej nietkniętą przez cywilizację rafę koralową. Osobom planującym wakacje z dziećmi przypadnie do gustu Ko Lanta. W tej okolicy nie ma głośnych barów i dyskotek, jest za to mnóstwo miejsc, które zachwycą najmłodszych – należą do nich wodospady, jaskinie czy gaje bananowe. Można też przejechać się na słoniu albo odwiedzić bajecznie kolorową farmę motyli.

 

Dla odmiany na Ko Pha Ngan, piątej co do wielkości wyspie Tajlandii (o powierzchni 125 km²), nie spotkamy raczej rodzin z dziećmi, ale natkniemy się na rzesze imprezowiczów. Raz w miesiącu odbywa się na niej największa na świecie i słynna w całej Azji impreza przy pełni księżyca (Full Moon Party). Młodzi ludzie przybywają wówczas z najbliższej okolicy i odległych rejonów kraju, a nawet naszego globu, żeby wziąć udział w tym niezwykłym święcie radości, tańca i muzyki. Nieco skromniejsze imprezy organizuje się na tutejszych plażach każdego dnia.

 

Królową tajlandzkich wysp jest z pewnością najsłynniejsza z nich, czyli Phuket. Jej największe miasto noszące tę samą nazwę (leżące w dystrykcie Mueang Phuket) to najpopularniejszy i chyba najbardziej zatłoczony kurort w Tajlandii. Pełno w nim eleganckich hoteli, klubów, restauracji i... domów uciech. Jednak nawet w tym królestwie cielesności Tajowie nie zapominają o sprawach duchowych. Nad miastem góruje Wat Khao Rang, świątynia z potężną, wysoką na 9 m złotą statuą siedzącego Buddy groźnie spoglądającego na położone w dole zabudowania. Na wyspie Phuket warto również zobaczyć Sanktuarium Dzikiej Przyrody Khao Phra Thaeo, chroniące dziewiczy las deszczowy. Można się tu zagubić w labiryncie egzotycznej roślinności pod koronami drzew sięgających nawet 50 m wysokości. Teren ten zamieszkują m.in. makaki, lamparty czy warany.

 

JEDWAB I SŁONIE

 

Jednak Tajlandia to nie tylko plaże i rajskie wysepki. Aby poznać zupełnie inne jej oblicze, warto wybrać się na północ do Chiang Mai. To jedno z największych miast w kraju (200-tysięczne) różni się zdecydowanie od Bangkoku – czas płynie w nim wolniej, a ludzie żyją znacznie spokojniej. Jego zabudowa w niczym nie przypomina lasu wieżowców typowych dla stolicy. W Chiang Mai większość mieszkańców nadal utrzymuje się z rolnictwa i rzemiosła. Na obrzeżach miasta znajdziemy zakłady, w których ręcznie wytwarza się papierowe parasolki i wachlarze malowane w misterne wzory. Natkniemy się tu także na fabryki słynnego tajskiego jedwabiu, gdzie na własne oczy zobaczymy, jak wygląda proces jego produkcji: od karmienia liśćmi morwy larw, poprzez gotowanie kokonów, aż po ręczne tkanie materiału na drewnianych krosnach. Historyczną część Chiang Mai otaczają pozostałości murów obronnych z bramami skierowanymi w różne strony świata. Nad miastem góruje ukryta wśród tropikalnej roślinności świątynia – Wat Phra That Doi Suthep. To prawdziwe cudo architektury, pełne przepychu, złota i misternych ozdób, a zarazem ważny ośrodek pielgrzymkowy. Z tutejszego tarasu rozciąga się szeroki widok na otoczoną górami równinę, na której leży Chiang Mai, a pomiędzy budynkami przechadzają się mnisi w ceglastoczerwonych szatach. W Tajlandii tradycja nakazuje, aby każdy mężczyzna przynajmniej raz w życiu wstąpił do klasztoru i został wyświęcony na mnicha. W klasztornych murach może spędzić całe życie albo tylko kilka miesięcy. Dopiero po tym doświadczeniu uznaje się go za dojrzałego i zdolnego do zawarcia związku małżeńskiego. Tradycji tej wierni są też tajlandzcy królowie. Mnisi żyją w ascezie, korzystają z darów dostarczanych im przez wiernych.

 

Ponad godzinę drogi od Chiang Mai znajduje się sanktuarium słoni. Elephant Nature Park zajmuje duży teren otoczony zalesionymi wzgórzami, po którym przechadzają się te majestatyczne zwierzęta. Żyją tu na wolności i to one są gospodarzami. Pod okiem opiekunów można karmić słonie świeżymi owocami albo brać udział w ich kąpieli w rzece. W parku dowiemy się także wiele o zwyczajach jego dostojnych mieszkańców. Sanktuarium działa charytatywnie na rzecz ratowania tych pięknych ssaków i dzikiej przyrody.

 

PIEKIELNIE SMACZNE

 

Na koniec kilka słów o tajskiej kuchni, która nie ma sobie równych na świecie i jest jedną z najlepszych i najzdrowszych na naszym globie. Jej podstawą są świeże przyprawy, zioła i warzywa. Niemal w każdym przepisie ważny składnik stanowią mleczko kokosowe, trawa cytrynowa, chili, liście limonki, imbir i kolendra. Naulicznych straganach wszystkie te cuda można kupić za grosze. W upalne dni zamiast niezdrowych przekąsek Tajowie (i odwiedzający Tajlandię turyści) raczą się soczystymi przysmakami wprost z drzewa. Spotkamy tu dziesiątki gatunków dziwnych, egzotycznych owoców, a niektóre nazwy trudno nawet wymówić. Na targach sprzedaje się kolczaste duriany, różowo-zielone pitaje, słodko-kwaśne longany, soczyste mangostany, orzeźwiające rambutany, ciężkie od mleka kokosy, delikatne pomelo i chyba najlepsze na świecie mango. Z tych ostatnich Tajowie robią rewelacyjny deser, niezwykle słodki, choć bez dodatku cukru. Pokrojone w kostkę mango podają z klejącym się ryżem zatopionym w mleczku kokosowym. Zresztą wszystko, co serwuje się w Tajlandii, zarówno na ulicznych straganach, jak i w wykwintnych restauracjach, jest po prostu obłędnie smaczne, czy to piekielnie pikantna zupa tom yum, smakowity makaron pad thai podawany ze słodkawymi orzeszkami, czy różne rodzaje ostrych curry lub dopiero co złowione i szybko przyrządzone owoce morza. Dzięki świeżym składnikom i lokalnym aromatycznym przyprawom potrawy tajskiej kuchni na długo zapadają w pamięć. Dla wielu osób są później jednym z ważnych powodów, aby odwiedzić ten azjatycki kraj ponownie...