MARCIN „HUMBAK” JĘDRZEJCZAK

 

Leżąca na Morzu Śródziemnym, mniej więcej pośrodku między Gibraltarem a Izraelem, a także Sycylią i Tunezją, Malta jest dosyć dobrze rozwiniętym gospodarczo państwem, tysiąc razy mniejszym od Polski (316 km2 powierzchni). Nie uprawia się w nim ani warzyw, ani owoców, wycięto wszystkie oliwne drzewka, a jedyne, co pozostało, to winnice. Brak tu rzek czy jezior, deszcz pada rzadko i praktycznie nie ma słodkiej wody, znajdziemy za to mnóstwo zabytków. Dlatego kraj ten nazywa się często muzeum pod gołym niebem.

Wodę w miejscowym hotelu po przegotowaniu można śmiało wypić. Jej smak nie jest jednak źródlany, bowiem Maltańczycy pozyskują ją odsalając tę, której mają pod dostatkiem w morzu. Nad umywalką umieszczone są dwa krany – z jednego płynie gorąca, a z drugiego zimna woda. To jedna z pozostałości po Brytyjczykach, poprzednich władcach archipelagu.

 

Malta odziedziczyła po nich również ruch lewostronny, a także steki, szarlotkę i smażoną rybę z frytkami oraz język angielski.

Ten wyspiarski kraj słynie ze swoich szkół językowych, do których każdego roku tłumnie przybywają studenci z Europy i całego świata. Przyjeżdżają tu także tysiące turystów z Wielkiej Brytanii, szukających słonecznej odmiany od pochmurnej pogody w Londynie czy Manchesterze. Malta stanowi mieszankę brytyjskiej flegmy, włoskiej namiętności, arabskiej słodyczy i afrykańskiej swobody. Jest to efekt jej niezmiernie burzliwych dziejów.

 

Wielka historia małej wyspy

Strategicznie położony archipelag, w skład którego wchodzą Malta, Gozo, Comino, Cominotto, Wyspy św. Pawła i maleńka Filfla, często przechodził z rąk do rąk. Maltańczycy śmieją się, że swoją bogatą historią mogliby obdarować kilka średniej wielkości państw. W Ġgantija na sennej wyspie Gozo znajdują się np. dwie megalityczne świątynie, które mają ok. 5600 lat i pamiętają początki cywilizacji na archipelagu.

W starożytności osiedlili się tu Fenicjanie, ok. 700 r. p.n.e. pojawili się Grecy, a w 218 r. p.n.e. rozpoczęło się panowanie Imperium Rzymskiego. W 60 r. n.e. na Maltę trafił św. Paweł, więziony na statku, który rozbił się u jej brzegów. Podczas swojego pobytu apostoł nawracał miejscową ludność na chrześcijaństwo. Z powodu podziału Imperium Rzymskiego terytorium to znalazło się w 395 r. w granicach Cesarstwa Bizantyńskiego. Od 870 r. przeszło we władanie Arabów, a pod koniec XI w. Normanowie przyłączyli je do Królestwa Sycylii.

 

Kawalerowie i dżentelmeni

W 1530 r. za pozwoleniem cesarza Karola V Habsburga osiedlili się na Malcie Kawalerowie Rodyjscy, zmuszeni do opuszczenia Rodos przez Turków Osmańskich. Wtedy też przemianowali się na Kawalerów Maltańskich. Zakon ten został założony ok. 1130 r. w Jerozolimie i powstał z bractwa działającego przy szpitalu św. Jana Chrzciciela. Pełna nazwa tego zgromadzenia brzmi Zakon Rycerzy Szpitala Jerozolimskiego św. Jana Chrzciciela (po łacinie Ordo Militiae Sancti Johannis Baptistae Hospitalis Hierosolimitani), jednak jest on lepiej znany jako joannici.

Kawalerowie Maltańscy zadomowili się na Malcie, zbudowali tu zamek nad zatoką Grand Harbour (Wielki Port), a także dwie twierdze: Fort św. Elma i Fort św. Michała, z których przypuszczali ataki na osmańskie statki. Niemal 300-letnia obecność tego zakonu rycerskiego odcisnęła swoje piętno na wyspach. Symbolem Malty do dzisiaj jest biały ośmioramienny krzyż zakonników (tzw. krzyż maltański).

W maju 1565 r. Imperium Osmańskie wysłało przeciwko joannitom ok. 200 statków i 40 tys. żołnierzy. Tak zaczęło się Wielkie Oblężenie Malty. Wyspy broniło kilkuset rycerzy zakonnych, 2 tys. żołnierzy hiszpańskich i kilka tysięcy ludności cywilnej. Po czterech miesiącach walk armia Sulejmana Wspaniałego wycofała się. Oddalenie tureckiego niebezpieczeństwa skłoniło w 1566 r. wielkiego mistrza Jeana de la Valette do rozpoczęcia budowy miasta, które na jego cześć nazwano Vallettą. Dziś pełni ono funkcję stolicy kraju.

W 1798 r. wraz ze swoim wojskiem przybił do wybrzeży wyspy Napoleon Bonaparte, który zajął ją i nakazał zakonnikom opuścić Maltę. Jednak Maltańczycy, korzystając z pomocy Brytyjczyków, wyzwolili się spod panowania Francuzów dwa lata później, a od czasu Kongresu Wiedeńskiego w 1815 r. ich archipelag stał się kolonią brytyjską.

W czasie II wojny światowej ze względu na swoje strategiczne położenie wyspa stała się celem licznych ataków lotnictwa i marynarki III Rzeszy i Włoch. Jej mieszkańcy przeżyli w sumie ponad 3 tys. nalotów i w kwietniu 1942 r. otrzymali z rąk króla Jerzego VI najwyższe brytyjskie odznaczenie państwowe – Krzyż Jerzego (za odwagę, heroizm i poświęcenie).

Na uzyskanie całkowitej niepodległości Maltańczycy musieli czekać do 1964 r., jednak dopiero dziesięć lat później proklamowano dzisiejszą Republikę Malty. 1 maja 2004 r., podobnie jak Polska, to wyspiarskie państwo zostało członkiem Unii Europejskiej.

 

Kuchnia fusion

Historia Malty miała ogromny wpływ na tutejszą sztukę kulinarną. W maltańskich potrawach mieszają się wpływy kuchni włoskiej i brytyjskiej, a także tureckiej, tunezyjskiej czy nawet hiszpańskiej. Popularnością cieszą się np. pastizzi, niewielkie ciasteczka z twarogowym lub grochowym nadzieniem w półfrancuskim cieście. W popularnych pastizzeriach znajdziemy różnego rodzaju zapiekanki z makaronem, ryżem lub na półkruchym cieście.

Maltańczycy stołują się przeważnie w domu. Restauracje zakładane są głównie dla przybyszów. Jednym z tutejszych znanych restauratorów jest Francesco Cachia. Ten Maltańczyk z urodzenia spędził wiele lat, pracując za granicą, głównie w Libii. Po powrocie otworzył własny lokal. W Sharma Ethnic Cuisines znajdziemy eklektyczne połączenie tradycyjnej kuchni indyjskiej, północnoafrykańskiej i śródziemnomorskiej. Restauracja leży w urokliwym zakamarku „Miasta Ciszy”, jak nazywana jest Mdina, dawna stolica wyspy. – Średniowieczne spokojne i wąskie uliczki pokrywają miejscowe wzgórze, skąd roztacza się wspaniały widok na wyspę – wyjaśnia Francesco, który woli, aby mówić na niego Frank. Na gotowaniu zna się jak mało kto i może śmiało służyć za kulinarnego przewodnika. – Maltańską odpowiedzią na spaghetti po bolońsku jest często serwowana zapiekanka na bazie makaronu, mięsa mielonego, pomidorów, sera oraz jaj i delikatnego kruchego ciasta. Danie to nazywa się „timpana” – tłumaczy Frank. Bakłażany czy karczochy zapieka się z rozmaitymi farszami, najczęściej mięsnym, z dodatkiem mielonego pieczywa i pietruszki. Warzywa stanowią także doskonały dodatek do zup, czego przykładem jest ministra – odpowiednik włoskiej minestrone. Soppa ta‘l-armla, czyli „zupę wdowy”, przyrządza się z różnych składników, ale zazwyczaj jednym z nich bywa ser ricotta (lub kozi) i kiełbasa maltańska (na ostro, z nasionami kolendry). Nazwa ta pochodzi od obyczaju, który polega na tym, iż po śmierci męża sąsiedzi przynoszą jego żonie różne produkty spożywcze, a ona przygotowuje następnie obfitą zupę.

Słynną i smaczną przekąską jest kanapka nasączona oliwą, z pomidorami i tuńczykiem, którą nazywamy „ftira" – mówi nasz restaurator. Narodową dumą są potrawy z mięsa królika. Przyrządza się je na wiele sposobów – piecze, smaży, dusi (zazwyczaj w czerwonym winie ogólnie dostępnym na Malcie). Najbardziej znane tego typu danie stanowi fenek biz-Zalza, czyli potrawka z królika z cebulą, ziołami i winem.

Po obfitych i smacznych posiłkach warto zostawić miejsce na maltańskie słodycze, które łączą w sobie wpływy włoskie i arabskie. Najpopularniejszymi ciasteczkami są słodkie mqaret z farszem z daktyli, a także cannoli – w kształcie cygara, nadziewane wiśniami, serem ricotta i migdałami.

Nie sposób nie wspomnieć w tym miejscu również o Kinnie – bardzo charakterystycznym i prawdziwie maltańskim napoju gazowanym. Kolorem przypomina nieco colę, a smakiem – tonik o nucie gorzkiej pomarańczy z dodatkiem kompozycji aromatycznych ziół. Doskonale chłodzi, orzeźwia i gasi pragnienie w gorące dni. – Podobnie jak nasze rodzime piwo Cisk – dodaje Frank.

 

Świętsi od papieża…

Maltę łączy z Polską kilka rzeczy: katolicyzm, biało-czerwone barwy narodowe oraz… jezioro w Poznaniu, nad którym swoją komandorię mieli dawniej Kawalerowie Maltańscy. Maltańczycy żartują, że są bardziej katoliccy od papieża, a na Malcie jest więcej kościołów niż mieszkańców. Choć zdecydowanie z tym przesadzają, to dziś wyspa posiada tyle świątyń katolickich, ile dni w roku. I chyba tylko tutaj można wysłuchać mszy po... arabsku! Oczywiście, z lekkim uproszczeniem, bowiem język maltański należy do grupy semickiej. Składa się w ok. 60 proc. z arabskiego – reszta to mieszanina włoskiego, angielskiego i francuskiego.

Maltańczycy, jako zagorzali katolicy, mają w zanadrzu wiele sposobów, żeby zapewnić sobie przychylność świętych. Uczniowie zdający pisemne egzaminy umieszczają w lewym górnym rogu kartki litery JMJ (Jezus – Maria – Józef). Studenci modlą się do św. Judy, a po pomyślnie zdanej sesji zamieszczają w lokalnych gazetach anonimowe podziękowania dla swojego patrona. W najważniejszym sanktuarium – Ta' Pinu na Gozo, które słynie z cudownych uzdrowień – umieszczono w podzięce wizerunki uratowanych rozbitków oraz rozmaite wota, np. kamienie nerkowe w słoikach, kule, a nawet przepukliny. W miejscowych autobusach często widzi się figurki świętych. Starsi ludzie przed podróżą żegnają się znakiem krzyża. Robią to także wtedy, gdy mijają kościół lub przydrożną figurę. Na kościelnych wieżach znajdują się dwa zegary – prawdziwy i namalowany. Dzięki temu diabłu mylą się godziny i przez to nie ma szans porywać odchodzących z tego świata dusz.

 

…i pełni przesądów

Na wyspie wciąż jednak żywe pozostają też dawne wierzenia pogańskie. Aby odwrócić złe spojrzenie lub sprowadzić na kogoś nieszczęście, Maltańczycy tworzą ze wskazującego i małego palca znak rogów, czyli qrun. Na wsiach nierzadko można zobaczyć baranie rogi przyczepione do dachu lub przybite nad drzwiami – mają one chronić domowników przed niebezpieczeństwami. Rybaków strzegą natomiast niebieskie oczy Horusa lub Ozyrysa, które umieszcza się na tradycyjnych łodziach luzzu po obu stronach dziobu. Miejscowi wierzą, że najlepsze miesiące na zawarcie związku małżeńskiego to styczeń, kwiecień i sierpień, bowiem są najbardziej płodne. Zajście w ciążę ma ułatwiać również czarna bielizna (biała – wręcz przeciwnie!). Kiedy dziecko przychodzi na świat, z okazji jego pierwszych urodzin rodzina urządza uroczystość o nazwie quecija: na tacy kładzie się różne przedmioty (inne dla chłopców i dziewczynek), np. naparstek, pióro, różaniec, jajko, pieniądze, a następnie podsuwa się je maleństwu. Przedmiot, który wybierze, wróży jego przyszły zawód (np. krawiec, urzędnik, ksiądz). Na progu domu, w którym ktoś umarł, Maltańczycy stawiają szklankę wody i spodeczek z solą. Według nich spragniona dusza lub nie mogąca posolić jedzenia nie opuści domu.

 

Zabawa po maltańsku

Maltańczycy kochają się bawić i świętować. W ciągu roku obchodzą czternaście świąt państwowych. Jednak niemal co tydzień organizowane są jakieś lokalne uroczystości. Do święta patrona danej miejscowości mieszkańcy przygotowują się przez wiele dni, zdobią ulice kolorowymi girlandami oraz setkami żarówek. Podczas niego urządza się procesje z posągiem lub obrazem przedstawiającym opiekuna, a wieczorem rozpoczyna się całonocna zabawa zwieńczona pokazem sztucznych ogni.

Maltański karnawał trwa 5 dni i odbywa się tuż przed Wielkim Postem. Na niezmiernie kolorowych ulicach ludzie bawią się wówczas przy dźwiękach muzyki, a często biorą też udział w paradach przebierańców. Warto wspomnieć także o karnawałowej atrakcji, jaką jest Il-Kukkanja – tradycyjna zabawa organizowana od 1721 r. na głównym placu w Valletcie. Podczas niej śmiałkowie wspinają się po drabinkach wykonanych ze sznurka na wieżę strażniczą, na której znajduje się duża kula z wikliny. Nagrodą dla zwycięzcy są kosze z jedzeniem, zdobyte w drodze na szczyt, oraz spora suma pieniędzy.

Następujący później Wielki Tydzień charakteryzuje się zupełnie odmienną atmosferą. Po tak wesołych niedawno ulicach idą ciche procesje z figurą Maryi, a w każdej miejscowości odgrywa się sceny z Ostatniej Wieczerzy. Kulminację tego żałobnego nastroju stanowi Wielki Piątek, kiedy milkną nawet dzwony kościołów. Wtedy też nie działają instytucje publiczne, kina, teatry  czy muzea. Wszystko zmienia się w Niedzielę Wielkanocną, gdy radość i muzyka znów powracają do miast i miasteczek. Tradycyjnym dniem spotkań dla rodziny i przyjaciół jest natomiast Poniedziałek Wielkanocny. Maltańczycy wręczają sobie wówczas prezenty i wypoczywają na łonie natury. Co ciekawe, z maltańską Wielkanocą najsilniej kojarzą się nie jajka, a słodkie pieczywo z migdałami.

To malutkie państwo europejskie, które śmiało można uznać za granicę kontynentu, posiada niezmiernie bogatą historię i jedyną w swoim rodzaju kulturę. Dlatego też koniecznie powinno się znaleźć na liście miejsc wartych odwiedzenia przez każdego prawdziwego podróżnika.

 


 

Artykuły wybrane losowo

Andaluzja w kwiatach pomarańczy i jaśminu

DARIA SANETRA

<< Andaluzja to wyjątkowa kraina położona na południu Półwyspu Iberyjskiego. Ta najludniejsza wspólnota autonomiczna Hiszpanii, zamieszkana przez ok. 8,5 mln ludzi, została podzielona na osiem prowincji: Huelvę, Sewillę, Kadyks, Kordobę, Malagę, Grenadę, Jaén i Almeríę. Jej stolicą jest Sewilla. NazwęAndalucía” wywodzi się od arabskiego określenia „Al-Ándalus”, pochodzącego z czasów średniowiecza, kiedy te tereny znajdowały się pod panowaniem muzułmanów. >>

 

Alcazaba – dawna muzułmańska twierdza na zboczach góry Gibralfaro w Maladze

©© EXTENDA, AGENCJA PROMOCJI REGIONU ANDALUZJI

 

 

Andaluzja to jedyny region europejski z wybrzeżem leżącym nad Morzem Śródziemnym i Atlantykiem. W rejonie Cieśniny Gibraltarskiej wydzielono tu brytyjskie terytorium zamorskie Gibraltar (zajmujące powierzchnię ok. 6,8 km²). Kulturę tego obszaru tworzyli Iberowie, Fenicjanie, Kartagińczycy, Grecy, Rzymianie, Wandalowie, Wizygoci, Bizantyjczycy, Żydzi, Romowie, Maurowie czy Kastylijczycy, którzy osiedlali się w tej części współczesnej Hiszpanii w ciągu setek lat. Dziś Andaluzja fascynuje swoimi bogatymi tradycjami. Każde miasto, miasteczko i wioska mają własne kolorowe fiesty i święta.

 

Przy planowaniu wyjazdu do tego fascynującego regionu warto pamiętać, że praktykuje się tu zwyczaj sjesty. Sklepy są zamknięte od godz. 14.00 do 17.00. W miesiącach letnich zdarza się, że nie bywają otwierane ponownie po obiedzie lub wcale nie pracują. W Andaluzji zdecydowanie celebruje się życie i czas spędzany z rodziną i przyjaciółmi – te wartości ceni się o wiele bardziej niż pracę.

 

NA POCZĄTEK

Odkrywanie regionu najlepiej zacząć od zjedzenia pysznych tapas (niewielkich przekąsek) i wypicia orzeźwiającej sangrii. Potem można wyruszyć na zwiedzanie kolejnych miejsc wybranych w zależności od indywidualnych upodobań i zainteresowań. Trzy najsłynniejsze historyczne miasta Andaluzji to Sewilla, Grenada (Granada) i Kordoba. Z pewnością zachwycą one każdego. Grenada kojarzy się z zapierającym dech w piersiach warownym kompleksem pałacowym Alhambra, niezmiernie klimatyczną dawną arabską dzielnicą Albaicín i wszechobecnym dźwiękiem gitar. Sewilla przyciąga wspaniałym placem Hiszpanii (Plaza de España de Sevilla) i królewską cytadelą Alkazar (Real Alcázar de Sevilla). W Kordobie trzeba zobaczyć Mezquitę – historyczny wielki meczet z VIII w. uchodzący za jedno z najbardziej spektakularnych dzieł architektury mauretańskiej. Oprócz tych trzech miast według mnie na uwagę zasługują również Jerez de la Frontera (znane z produkcji sherry i stadnin koni), Malaga (modne kąpielisko na Costa del Sol i miejsce narodzin takich osobistości jak Pablo Picasso i Antonio Banderas) czy zjawiskowy Kadyks (najstarszy stale zamieszkany ośrodek miejski w całej Europie Zachodniej). Warto je odwiedzić, zwłaszcza wtedy, kiedy planuje się zawitać do Andaluzji tylko raz w życiu. Każde z tych miejsc pozostaje w pamięci na zawsze.

Jest luty, środek zimy. Siedzę pod drzewem pomarańczowym w kawiarnianym ogródku w magicznej Esteponie w zachodniej części Costa del Sol (Wybrzeża Słońca). Wśród zielonych liści wiszą okrągłe pomarańcze. Wygrzewam się na słońcu i piję świeżo wyciśnięty sok z tych owoców. Takie właśnie przyjemności sprawiają, że ten region urzeka przyjezdnych. Po raz pierwszy oczarował mnie w 2006 r. Dziesięć lat później nie udało mi się oprzeć temu czarowi i zatrzymałam się tu na dłużej. Andaluzja to dla mnie kraina autentyczności, cierpliwości, uśmiechu i serdeczności, gdzie przechodnie spontanicznie pozdrawiają się zwyczajnym Hola! („Cześć!”), bo tak jest po prostu przyjemnie.

 

SŁONECZNA ZIMA

Grudzień smakuje tutaj pierwszymi pomarańczami i soczystymi granatami. To najlepszy czas na wygrzewanie się na pustej plaży z widokiem na piękne góry i przyglądanie się zielonym, ujmująco skrzeczącym papugom (mnichom) fruwającym z palmy na palmę. Warto wybrać się też wtedy na narty na stoki pasma Sierra Nevada, znajdującego się tuż koło Grenady, niecałe dwie godziny drogi samochodem od przepięknej Estepony czy Marbelli. W Andaluzji jednego dnia można najpierw opalać się na piaszczystym brzegu, a potem stąpać po śniegu, a wszystko to w rejonie Tropikalnego Wybrzeża (Costa Tropical), którego stolicą jest urokliwe miasto Motril. Słoneczne lato i biała zima zaklęte są tu w jednym miejscu.

W grudniu Andaluzyjczycy żyją dla rodziny. Liczą się święta Bożego Narodzenia (Navidad), praca schodzi na dalszy plan i wszyscy nastawiają się na odpoczynek. Miejscowi wychodzą na ulice, aby cieszyć się życiem. Wokół oczy radują świąteczne oświetlenie i dekoracje oraz szopki. Bardzo uroczyście obchodzi się także Święto Trzech Króli (los Reyes Magos) przypadające na 6 stycznia. Dzień wcześniej odbywają się uliczne parady, na których czele podążają mędrcy ze Wschodu z palmami i wielbłądami. Na wielkich wozach jadą dorośli i maluchy, wszyscy poprzebierani za postacie z bajek, i obsypują zebranych słodyczami. Choć zima jest w pełni, w Andaluzji trwa sezon na cytryny i pomarańcze, ale również kremowe awokado, które wybornie smakuje z odrobiną świeżego soku cytrynowego, szczyptą soli i garścią szczypiorku. To prosta przekąska będąca jednocześnie nadzwyczajnym daniem.

Szybkim krokiem nadchodzą też zbiory dzikich szparagów i słynnych tagarninas – roślinnych ostryg. Na niedzielnych targach można zaopatrzyć się w te sezonowe specjały u lokalnych rolników. W lutym pojawiają się już pierwsze truskawki, a drzewa cytrusowe zaczynają na nowo rozkwitać i niedługo będą rozsiewać swoje boskie zapachy w andaluzyjskich miastach i miasteczkach, na plażach i w ogrodach. 

 

ZAPACH WIOSNY

Na zwiedzanie Andaluzji warto wybrać się o każdej porze roku, ale to właśnie wiosną panują najprzyjemniejsze temperatury, idealne do spacerów wśród licznych zabytków i w otoczeniu przyrody. Marzec będzie dobrym okresem na podróż dla osób stroniących od tłumów. Wieczory są wtedy co prawda jeszcze chłodne, ale w dzień jest słonecznie i ciepło. W powietrzu unosi się słodki zapach kwiatów pomarańczy zaczynających się otwierać pod koniec miesiąca. Początek marca to świetny czas na przechadzkę wśród migdałowców i podziwianie widoków, których nie da się zapomnieć. Pola w prowincji Malaga pokrywa wtedy biały płaszcz. Różowe i białe kwiaty migdałowców zmieniają krajobraz wokół miejscowości Almogía, Álora, Cártama i Pizarra. Znakomity rejon do podziwiania tego cudu natury stanowi żyzna dolina rzeki Guadalhorce (między wioskami Almogía i Cártama).

 

Najmodniejsze plaże Torremolinos na Costa del Sol to Playamar i El Bajondillo

©© TOURIST OFFICE TORREMOLINOS

 

SEZON NA ŚWIĘTOWANIE

W Andaluzji interesujące wydarzenia kulturalne odbywają się przez okrągły rok. Sezon fiest rozpoczyna w kwietniu widowiskowa Feria de Abril w Sewilli, stolicy słynnego hiszpańskiego flamenco. W tym mieście mieszka także moja sąsiadka dr Emilia Dowgiało, wybitnie utalentowana polska tancerka i badaczka tego zjawiska kulturowego, na które składa się muzyka, śpiew, taniec i strój. Przy okazji pobytu w magicznej Sewilli warto wybrać się na występ flamenco. Przed kwietniową fiestą w stolicy regionu bardzo uroczyście obchodzi się Wielki Tydzień (Semana Santa). Ulice rozkwitają kolorami, a wiosenne powietrze pachnie kwiatami pomarańczy i jaśminu.

Kwiecień w Andaluzji to też czas Ferias de Primavera. Fiesty celebrujące nadejście wiosny odbywają się w różnych miastach, miasteczkach i wioskach, można więc wyruszyć ich śladem na zwiedzanie regionu. Andaluzyjczycy uwielbiają świętować i potrafią zarazić swoim entuzjazmem turystów.

W kwietniu i maju koniecznie trzeba odwiedzić Kordobę. W ostatnią niedzielę tego pierwszego miesiąca organizuje się w niej paradę zwaną Bitwą Kwiatów (Batalla de las Flores; w 2018 r. wypada 29 kwietnia) i można podziwiać najpiękniejsze patia. Ze względu na gorący, suchy klimat już w czasach Rzymian zaczęto tu stawiać domy z wewnętrznym dziedzińcem. Ten zwyczaj przejęli później Maurowie. Patio dekorowano roślinami, umieszczano na nim również małe zbiorniki wodne. Dzięki temu temperatura powietrza w jego obrębie obniżała się. Tutaj domownicy mogli ukryć się przed upałami. Jednak patia oprócz odgrywania tej praktycznej roli szybko zaczęły spełniać także funkcję dekoracyjną. Mieszkańcy Kordoby wpadli więc na pomysł, żeby raz do roku prezentować wspaniałe wewnętrzne dziedzińce, na co dzień zasłonięte murami, szerszej publiczności. W ten sposób chcieli też zachęcić właścicieli domów do kultywowania tradycji dbania o te osobliwe ogrody. Dziś w maju (w 2018 r. od 1 do 13 maja) można wybrać się na oglądanie ukrytych oaz Kordoby z okazji specjalnego festiwalu (Fiesta de los Patios). Prezentacji dziedzińców towarzyszą poczęstunki czy koncerty flamenco. Poza tym patia biorą również udział w konkursie. Z myślą o zwiedzających na stronie internetowej patios.cordoba.es umieszczono interaktywną mapę. 

 

LETNIE FIESTY

W sezonie letnim w Andaluzji także nie brakuje fiest. Zwykle zaczynają się one w środku tygodnia i kończą w niedzielę wieczorem. W większych miastach rozpoczynają się w sobotę o północy lub niedzielę wieczorem i trwają przez tydzień. Poniedziałek po fieście jest często lokalnym świętem przeznaczonym na odpoczynek.

W czerwcu można wybrać się na coroczny Dzień Czereśni (Día de la Cereza) do Alfarnate. Miejscowość ta leży na wschód od Antequery, nazywanej sercem Andaluzji (el corazón de Andalucía). Oprócz pysznych czereśni spróbujemy wówczas regionalnych dań i napojów.

W Hiszpanii celebruje się też wigilię św. Jana (23 czerwca). Fiestę de San Juan spędza się zwykle w gronie przyjaciół i rodziny na plażach. Andaluzyjczycy organizują prywatne spotkania przy grillu, ale lokalne władze włączają się w świętowanie – zapewniają oprawę muzyczną i przygotowują ogromne ognisko. Poza tym pojawiają się również stoiska z rękodziełem artystycznym czy jedzeniem. Podczas magicznej nocy św. Jana ogień łączy się z wodą. Tego wydarzenia nie wolno przegapić, a najlepiej wziąć w nim udział w Maladze. To miasto zachwyca swoim klimatem, mnie nawet bardziej niż Barcelona. Warto w nim się wybrać do znanej bodegi i baru „El Pipmi” i skosztować słynnego lokalnego, malagijskiego wina. Współwłaścicielem tego modnego lokalu został ostatnio Antonio Banderas. 

 

URLOP NA PLAŻY

Linia brzegowa Andaluzji ma długość ponad 1,1 tys. km i ciągnie się od Pulpí w prowincji Almería do miasta Isla Cristina (Huelva), które leży ok. 7 km od granicy z Portugalią. Wybrzeże jest tu w większości pokryte miękkim, złotym piaskiem. Nic więc dziwnego, że zarówno turyści, jak i miejscowi lubią spędzać czas wolny na plaży. Sezon na plażowanie trwa od Wielkanocy lub połowy maja do końca września – wtedy otwarte są chiringuitos (małe bary na plaży) z leżakami ustawionymi rzędami obok parasoli oraz wypożyczalnie sprzętu do uprawiania sportów wodnych. Dostęp do brzegu od strony morza dla łodzi motorowych oznacza się żółtymi bojami. Wybrzeże oblegane jest zwłaszcza podczas wakacji szkolnych, a szczyt sezonu przypada na lipiec i sierpień, kiedy wielu mieszkańców Madrytu, Kordoby, Grenady, Sewilli i innych miast w Hiszpanii przybywa tu na coroczny urlop. W tym okresie będziemy mieć trudności z zaparkowaniem samochodu w okolicy.

Najpopularniejszy i najlepiej pod względem turystycznym rozwinięty rejon stanowi Costa del Sol. Znajdują się tutaj takie znane kąpieliska, jak np. Estepona, Marbella, Torremolinos, Benalmádena, Fuengirola, Málaga, Rincón de la Victoria, Nerja czy Manilva. Wody Morza Śródziemnego są ciepłe i czyste. W wielu nadmorskich miejscowościach wzdłuż plaż ciągną się zadbane spacerowe deptaki. 

 

Patio de las Doncellas (Dziedziniec Panien) w Real Alcázar de Sevilla

©© TURISMO DE SEVILLA

 

SMACZNA KUCHNIA

Wśród potraw andaluzyjskiej kuchni każdy na pewno znajdzie coś dla siebie. Słynna na całym świecie dieta śródziemnomorska jest bogata w naturalne produkty. W Andaluzji używa się oliwek i oliwy oraz sezonowych warzyw. Popularne są też ryby, owoce morza i różne mięsa, a także surowa szynka zwana jamón serrano (znawcy twierdzą, że najlepsza pochodzi z Trevélez, Jabugo lub Serón). Wsród lokalnych dań warto wymienić gambas pil pil (słodko-pikantne, soczyste krewetki w czosnkowym oleju z chili), paellę czy salmorejo, czyli kremowy chłodnik z pomidorów, czosnku, chleba i oliwy, pochodzący z Kordoby. Klasyczną potrawę stanowi hiszpańska tortilla (tortilla española) z ziemniakami. Do moich ulubionych specjałów należą bakłażany w melasie trzcinowej (berenjenas con miel de caña) i pimientas fritas – paprykowe frytki (zawsze proszę o te w wersji grillowanej). Na deser w Andaluzji je się churros i popija się gorącą czekoladę. Osobom, które dbają o linię, polecam owoce flaszowca peruwiańskiego (cherimoyas, chirimoyas).

W tym regionie Hiszpanii spodoba się także miłośnikom wina. Podczas wizyty w spektakularnie położonym mieście Ronda warto wybrać się do rejonu Serranía de Ronda na zwiedzanie winnic i winiarni połączone z degustacją. Znana mi Bodega Gonzalo Beltrán produkuje czerwone wino Perezoso z ekologicznie uprawianego szczepu syrah (shiraz). Znajduje się ona w charakterystycznym punkcie, w okolicy głębokiego wąwozu El Tajo. Polecam odwiedzić również usytuowaną na północ od Rondy Bodegę Joaquín Fernández, w której wytwarza się organiczne wina.

W Maladze można udać się do otwartego w 2008 r. muzeum prezentującego historię tradycji winiarskich w prowincji Malaga (Museo del Vino Málaga). Okolica ta od dawna słynie ze słodkich win wzmacnianych, produkowanych z odmian winogron moscatel (muscat) i Pedro Ximénez. Właśnie moscatel jest prawdopodobnie drugim najbardziej znanym gatunkiem wina w Andaluzji.

Najpopularniejszy andaluzyjski szlachetny trunek stanowi niewątpliwie jerez (sherry). To oryginalne wytwarza się na obszarze leżącym w prowincji Kadyks między miastami Jerez de la Frontera, El Puerto de Santa María i Sanlúcar de Barrameda. Są one wierzchołkami tzw. trójkąta sherry. W tym pierwszym warto wybrać się na degustację do centrum Consejo Regulador de los Vinos de Jerez y Manzanilla, gdzie można poznać historię i sposób produkcji tego słynnego wina. Według mnie na zainteresowanie zasługują szczególnie takie odmiany sherry jak Palo Cortado i seria VORS marki Lustau.

 

UROKI JESIENI

Po wakacjach, we wrześniu Andaluzję powoli zaczynają opuszczać turyści, choć gorące lato trwa do końca miesiąca. Nawet październik rozpieszcza ciepłem i promieniami słonecznymi. Słońce świeci już nieco niżej, jego światło jest delikatniejsze. Kolory wydają się głębsze, cienie są dłuższe, a kontrasty większe. Region zachęca do rozkoszowania się pięknem przyrody. Jesienna Andaluzja kojarzy się z kasztanami, grzybami i feerią barw. Lasy kasztanowe stanowią jeden z najbardziej charakterystycznych elementów w rejonie łańcuchów górskich Sierra de Aracena i Sierra de las Nieves. Kolorowe liście drzew kontrastują z kolczastymi owocami. Po deszczu pojawiają się liczne grzyby, od borowików przez kurki do trufli. W ich poszukiwaniu należy kierować się na El Andévalo (w prowincji Huelva). Na wzgórzach jesienią dojrzewają winogrona. Winnice w Andaluzji ciągną się nieraz aż po horyzont. Na amatorów świeżych owoców czekają słodkie figi i soczyste cherimoyas (chirimoyas).

 

WEEKEND Z GOLFEM

Ze względu na dużą liczbę słonecznych dni w roku (ponad 300!) ten region Hiszpanii stał się rajem dla golfistów. Ze spektakularnie położonych profesjonalnych pól golfowych (aż ok. 120) rozpościerają się wspaniałe widoki na morze lub góry. Andaluzja jest jednym z najważniejszych miejsc w Europie dla miłośników tego sportu. Do najlepszych ośrodków na Wybrzeżu Słońca (Costa del Sol), nazywanym też Costa del Golf, należy klub Santa Clara Golf Marbella znajdujący się niedaleko centrum modnego kurortu Marbella. Pole golfowe zostało tu stworzone w 2001 r. z poszanowaniem środowiska naturalnego i wykorzystaniem miejscowej roślinności. Golfiści bardzo chętnie odwiedzają prowincje Malaga i Kadyks, szczycące się długimi liniami brzegowymi i spektakularną zielenią. Przyciągają ich w te malownicze okolice tak znane i cenione ośrodki jak choćby Real Club Valderrama w Sotogrande, La Reserva Sotogrande, Real Club de Golf de Sotogrande, Río Real Golf & Hotel Marbella, Los Naranjos Golf Club w tzw. Dolinie Golfowej Marbelli (Valle del Golf de Marbella), usytuowany zaledwie kilka minut od luksusowego Puerto Banús, a także Golf Torrequebrada koło Benalmádeny, Montenmedio Golf & Country Club w Vejer de la Frontera czy Alcaidesa Links Golf Resort. W Almeríi można z kolei pograć w golfa na pustyni (w Desert Springs Golf Club w gminie Cuevas del Almanzora).

 

Białe miasteczko Olvera z pozostałościami arabskiego zamku z końca XII w.

©© WWW.CADIZTURISMO.COM

 

NA DWÓCH KÓŁKACH

Świetnym pomysłem na zwiedzanie Andaluzji jest również wyprawa rowerowa. Spodoba się ona szczególnie osobom lubiącym spędzać urlop aktywnie. Taką wycieczkę można połączyć z podziwianiem wyjątkowych pueblos blancos – białych miasteczek, które leżą w prowincjach Kadyks i Malaga. Jazda na rowerze cieszy się popularnością w tej części Hiszpanii i często zdarza się, że grupy rowerzystów spędzają razem weekend, podróżując po okolicy. Zawsze podziwiam ludzi przemierzających na dwóch kółkach tutejsze górzyste tereny, ale dla takich zapierających dech w piersiach widoków zdecydowanie warto zdobyć się na ten wysiłek. Do najsłynniejszych miast na trasie (Ruta de los Pueblos Blancos) należą m.in. Arcos de la Frontera, Olvera, Ubrique czy niesamowita Ronda wzniesiona po obu stronach głębokiego wąwozu rzeki Guadalevín (tzw. Tajo de Ronda). Vejer de la Frontera ma mauretański charakter – przy wąskich, krętych uliczkach stoją tu dawne arabskie domy. Miejscowość znajduje się zaledwie 8 km od morza i z wielu jej punktów rozpościerają się cudowne panoramiczne widoki na wybrzeże. Amatorom słonecznych plaż polecam szczególnie te w miasteczku Salobreña na Costa Tropical koło Grenady.

Na zainteresowanie zasługuje poza tym jedyna w Andaluzji niebieska wioska Júzcar w prowincji Malaga. Wizyta w niej spodoba się zwłaszcza dzieciom. W czerwcu 2011 r. w związku z premierą filmu Smerfy amerykański producent Sony Pictures zaproponował przekształcenie miejscowości w pierwszą na świecie osadę smerfów i pomalował jej budynki na niebiesko. Dziś naprawdę można się tutaj poczuć jak w bajkowej krainie.

 

SZLACHETNE RUMAKI

Nierozerwalnie związane z andaluzyjską kulturą są też konie. Te dostojne stworzenia z imponującymi długimi grzywami pojawiają się na wielu miejscowych festiwalach. Do największych zawodów jeździeckich w Europie należą te organizowane w Vejer de la Frontera, zwane Circuito Hípico del Sol (Sunshine Tour). W lutym i marcu jeźdźcy z całego świata (przez pięć tygodni) rywalizują tu w skokach i ujeżdżaniu. Wydarzenie jest otwarte dla publiczności, odbywa się na specjalnym terenie kompleksu Montenmedio. Co roku przeprowadzane są także niezmiernie widowiskowe sierpniowe wyścigi konne na plaży w Sanlúcar de Barrameda w prowincji Kadyks.

W Andaluzji można zobaczyć wspaniałe pokazy jeździeckie. Te najsłynniejsze organizuje Królewska Andaluzyjska Szkoła Sztuki Jeździeckiej (Real Escuela Andaluza del Arte Ecuestre) mieszcząca się w Jerez de la Frontera. Występy robią ogromne wrażenie na widzach. Do Jerez najlepiej zawitać wiosną, w maju, kiedy to odbywa się Feria del Caballo – festiwal koni mający ponad 750-letnią tradycję. Podczas niego nie tylko obejrzymy wspaniałe rumaki i będziemy mogli podziwiać ich niezwykłą grację. Spróbujemy też pysznych tapas czy lokalnego sherry. Wydarzeniu towarzyszą również występy muzyczne i pokazy flamenco. Najbliższą Ferię del Caballo będzie się świętować w Jerez de la Frontera od 5 do 12 maja 2018 r.

 

WAKACJE NA SPORTOWO

Do Andaluzji ściągają co roku liczni amatorzy sportów wodnych. Nie ma w tym nic dziwnego – temperatury powietrza i wody są wysokie, słońce świeci bardzo często, a widoki zapierają dech w piersiach. W ostatnich czasach dużą popularnością cieszy się w tym regionie tzw. dzikie pływanie (natación en plena naturaleza). Uprawia się je w miejscach nieprzystosowanych do ruchu turystycznego (rzekach, jeziorach, zatoczkach, zbiornikach wodnych przy wodospadach), gdzie nie znajdziemy żadnych udogodnień ani infrastruktury w postaci toalet, przebieralni czy barów. W takich okolicach nie ma też tłumów ludzi i to właśnie ogromna zaleta tej aktywności. Wokół panuje błoga cisza i spokój. Często trzeba przejść przez las lub wzgórza, aby dotrzeć do idealnego miejsca do popływania tylko w otoczeniu natury.

Wybrzeże w pobliżu białego miasteczka Salobreña pokrywają długie plaże. Ze względu na ciepły klimat w okolicy uprawia się tropikalne owoce i trzcinę cukrową. Dania ze świeżych ryb i owoców morza smakują tu doskonale. Położona wśród malowniczych krajobrazów Salobreña jest doskonałym miejscem dla turystów, którzy lubią spędzać czas na świeżym powietrzu i uprawiać sporty wodne.

Leżąca na przepięknym Wybrzeżu Światła (Costa de la Luz) Tarifa nazywana bywa pełną przygód stolicą Europy. Ściągają do niej głównie wind- i kitesurferzy, którzy okupują plaże w okolicy. Z pobytu w tym mieście z pewnością zapamiętamy świetne jedzenie, wyśmienite wino, przyjaznych mieszkańców i cudowną rodzinną atmosferę. Ja uwielbiam Tarifę nie tylko dlatego, że stanowi znakomite miejsce na wypoczynek, ale również ze względu na fakt, że wypływają stąd statki do nieodległego Maroka. Jedynie krótki rejs dzieli nas więc od kolorowych medin i gwarnych targów Maghrebu.

 

IDEALNE MIEJSCE

Osoby planujące wyjazd do słonecznej Andaluzji mają ogromny wybór miejsc zakwaterowania i to na każdą kieszeń. Do wynajęcia są tutaj urocze, zaciszne wille z basenem, luksusowe rezydencje, sielskie domki letniskowe i apartamenty w malowniczych białych miasteczkach położonych na uboczu. Możemy zatrzymać się w środku miasta, małej, spokojnej miejscowości, nadmorskim kurorcie lub odludnej okolicy. Na gości czekają także pensjonaty B&B o rozmaitych profilach oraz tradycyjne hotele w różnym standardzie usług. Odpowiednie miejsce na pobyt znajdziemy również za pośrednictwem internetu, np. serwisy letsmalaga.com, mymalaga.pl czy pisanewsewilli.com, udostępnione w języku polskim, podpowiadają, gdzie warto zatrzymać się w Maladze, Sewilli i ich rejonach, na jakie atrakcje i wydarzenia zwrócić uwagę. Proponuję zastanowić się też, czy nie połączyć wycieczki do Andaluzji z nauką języka hiszpańskiego.

Nic tak nie ekscytuje, nie dodaje rumieńców życiu i nie otwiera nas na inność jak podróże. Choć wydajemy na nie pieniądze, to dzięki nim stajemy się bogatsi. Andaluzja jest regionem, który potrafi zafascynować już podczas pierwszej wizyty w jej gościnnych progach. Sama się o tym kiedyś przekonałam.

 

Wydanie Wiosna 2018

 

 

 

Na szlakach Brandenburgii

JOANNA CZUPRYNA

<< Można by pomyśleć, że lasy, jeziora, pagórki, ruiny budowli z cegły, kościelne wieże i wiejskie zagrody tworzą krajobraz, jakich wiele. Po przejechaniu granicy w Świecku kierowców wita tablica kraju związkowego Niemiec i… monotonia za oknem. „Zielone pustkowie” – zanotował w drugiej połowie XIX w. Theodor Fontane (1819–1898), najsłynniejszy pisarz regionu, który przez kilkanaście lat niestrudzenie podróżował po swojej małej ojczyźnie, aby na końcu stwierdzić – „Przemierzyłem Brandenburgię, uznając ją za bogatszą, aniżeli śmiałem przypuszczać”. Pięć tomów „Wędrówek po Marchii Brandenburskiej” jest dobrym przykładem na to, że pierwsze, często pobieżne wrażenia mogą mylić i pozbawić nas szansy na przeżycie czegoś wspaniałego. Dlatego proponuję zwolnić, zjechać z autostrady i pomknąć w głąb krainy, która ma znacznie więcej do zaoferowania niż pozornie niczym się nie wyróżniające widoki. >>

Więcej…

Kazachstan – kraina różnorodności

 

Agnieszka Szwed

www.szwedacz.com

 

Nowoczesna Astana – widok na miasto z wieżą Bäjterek w oddali

astana  10

© ARCHIWUM AMBASADY KAZACHSTANU W POLSCE

 

Tereny obecnego Kazachstanu zwane były niegdyś skrzyżowaniem Europy i Azji. To miejsce, w którym wpływy Zachodu od wieków ścierały się z kulturą orientalną i tak pozostało do dziś. Historia tego regionu to tysiąclecia migracji, a także najazdów ludów ze wszystkich stron świata. Obszar ten należał m.in. do kaganatu tureckiego, Złotej Ordy, Rosji czy ZSRR. Potężni władcy zabiegali, żeby kazachskie ziemie znalazły się w granicach ich imperiów. Działo się tak nie bez powodu.

 

Ze względu na swoją ogromną powierzchnię (ponad 2,7 mln km2)Kazachstan zalicza się do pierwszej dziesiątki największych państw świata. Mimo iż zdecydowana większość jego terytorium leży w Azji Środkowej, przez co uznawany jest za kraj azjatycki, ok. 13 proc. obszaru pozostaje w granicach Europy (tereny nad Morzem Kaspijskim, na zachód od rzeki Emba). To kraina równin i ciągnących się po horyzont stepów, piaszczystych pustyń i malowniczych pasm górskich. Nieograniczona przestrzeń od wieków przyciąga ludy pasterskie i koczownicze. Nazwa państwa pochodzi z języków starotureckiego i perskiego i odzwierciedla właśnie tę nomadyczną kulturę. „Kazachstan” oznacza „krainę wędrowców”. To terytorium niejednorodne pod względem etnicznym. Tu Wschód spotyka się z Zachodem, a wpływy głównej religii w kraju, islamu, mieszają się ze spuścizną komunistyczną z czasów Związku Radzieckiego (ZSRR), którego republiką było to państwo aż do uzyskania niepodległości 16 grudnia 1991 r.

 

Do Kazachstanu nie docierają masy morskiego powietrza, a jego wybitnie kontynentalny klimat cechują skrajności. Zimy są tutaj niezmiernie mroźne, natomiast lata – suche i upalne. Dość trudne warunki pogodowe i surowość krajobrazu mogą skłaniać do postrzegania tego kraju jako monotonnego i nieprzystępnego. I o ile podróżowanie po nim nie zawsze bywa łatwe, warto odkryć ukrytą w nim różnorodność.

 

Majestatyczny Kanion Szaryński w promieniach zachodzącego słońca

Kazachstan Szaryn1 Szwed

© AGNIESZKA SZWED/WWW.SZWEDACZ.COM

 

Kraj niesamowitych jezior

 

Kazachstan jest największym państwem na świecie pozbawionym dostępu do morza. Nie przeszkadza mu to jednak w posiadaniu własnej floty. Brak ten rekompensują inne akweny, odznaczające się niezwykłą urodą, a także wyjątkowością w skali świata.

 

Zachodnia granica kraju przebiega m.in. wzdłuż brzegów największego na świecie jeziora – Morza Kaspijskiego (371 tys. km² powierzchni). Długość wybrzeża wynosi niemal 1,9 tys. km. W drodze na wschód dotrzemy do leżącego na kazachsko-uzbeckim pograniczu Jeziora Aralskiego (nazywanego przez miejscowych Morzem Aralskim), a raczej tego, co z niego zostało. W wyniku radzieckiego programu wykorzystującego wody Syr-darii i Amu-darii do nawadniania olbrzymich plantacji bawełny, akwen zaczął wysychać i stracił ostatecznie aż ok. 90 proc. swojej pierwotnej powierzchni. Dziś znaczną część jego dawnego obszaru zajmują połacie piachu i uwięzione w nich wraki statków, przemierzających niegdyś wzdłuż i wszerz wielkie Morze Aralskie. Miejsce to znajduje się w niechlubnej czołówce ekologicznych katastrof świata i przykładów destrukcyjnego wpływu człowieka na środowisko. Obecnie organizacje i instytucje międzynarodowe (m.in. Bank Światowy) podejmują działania mające na celu uratowanie zbiornika i osiągają nawet niewielkie sukcesy. Odwrócenie tak ogromnych zniszczeń będzie jednak niezmiernie trudne, a przyszłość dawnej chluby regionu jest niepewna.

 

Wyjątkowy obszar wodny skrywa również rozległa Kotlina Bałchasko-Ałakolska. Mowa o bezodpływowym jeziorze Bałchasz (16,4 tys. km² powierzchni), które wymyka się standardowemu podziałowi zbiorników na słono- i słodkowodne. Wąski przesmyk dzielący akwen nie pozwala na całkowitą wymianę wód. Jedna z jego części pozostaje więc zasolona. Do drugiej natomiast wpływa rzeka Ili. Niesie ona ze sobą masy słodkiej wody pochodzącej z topniejących górskich śniegów.

 

Wśród miejsc, które odwiedziłam w trakcie podróży, niewątpliwie wyróżnia się Kaindy (Kajyngdy). To akwen położony w południowo-wschodniej części kraju, w jednym z pasm gór Tien-szan – Küngej Ałatau. Turkusowy odcień wody i sąsiedztwo zielonych szczytów upodabnia go do innych urokliwych jezior górskich. Jednak Kaindy jest niezmiernie osobliwe. Jego wody skrywają zatopiony las, a widok kikutów świerków wystających na powierzchnię zapada w pamięć na długo. W języku kazachskim „Kaindy” oznacza „brzozowy”, „pełen brzóz”. To niezwykłe jezioro powstało stosunkowo niedawno, w styczniu 1911 r., w wyniku trzęsienia ziemi w dolinie rzeki Czongkemin. Spadające wapienne skały stworzyły naturalną zaporę, a dno wąwozu i rosnący w nim las zostały zalane. Podziwianie zatopionych konarów utrudnia nieco temperatura wody, która nigdy nie wzrasta powyżej 6°C. Jednak widoczne z brzegu drzewa znaczące gładką taflę i tak prezentują się bardzo malowniczo. Mimo iż woda jest lodowata, ze względu na jej przejrzystość ściąga tu wielu nurków chcących podziwiać niesamowitą podwodną scenerię.

 

Podczas wyprawy nad jezioro towarzyszyły nam wspaniałe widoki, ale te w Kazachstanie mogliśmy oglądać niezmiernie często. Dość łatwo dojechaliśmy do wioski Saty, aby po kilku kilometrach minąć cmentarz, przy którym należy skręcić w drogę prowadzącą do zatopionego lasu. I tutaj zaczęły się problemy. Wypożyczony przez nas samochód nie był porządnym autem terenowym, więc wydawało nam się, że to jedna z najgorszych tras, jaką kiedykolwiek przyszło nam pokonać. Prędkość jazdy spadła do 10 km na godzinę, a każda dziura poważnie zagrażała i tak już nadwyrężonemu podwoziu. Niestety, większość wiejskich dróg w Kazachstanie wygląda w ten sposób, dlatego przy planowaniu podróży trzeba wziąć pod uwagę, że dojazd nawet do pozornie blisko położonych miejsc zajmie znacznie więcej czasu, niż można by się spodziewać. Gdy dotarliśmy do przecinającej naszą trasę płytkiej rzeki, wiedzieliśmy, że wyprawa samochodem dobiegła końca. Jakby tego było mało, widoczne na horyzoncie ciemne chmury nad wyraz szybko zaczęły nadciągać w kierunku auta. I choć uwielbiam taką pogodę, to niekoniecznie potrafię się nią cieszyć, kiedy akurat muszę rozkładać namiot. Obawialiśmy się też znacznego pogorszenia warunków na szlaku, który następnego dnia mieliśmy pokonać pieszo. Napływ zwrotnikowych mas powietrza i niewielka ilość chmur sprawiają, że powietrze jest tu latem gorące i bardzo suche. Góry rządzą się jednak własnymi prawami i jak wszędzie mogą zaskoczyć zmianami pogody.

 

Noc upłynęła nam w strugach deszczu, ale poranek zachęcał do ruszenia w drogę. Do celu zostało nam 7 km. Na tym odcinku przekonaliśmy się, że trekking nie należy najwyraźniej do ulubionych zajęć Kazachów. Nikt, dosłownie żaden z miejscowych, nie szedł pieszo, mimo iż okolica wydawała się do tego stworzona. Owszem, ostatni fragment trasy niektórzy przemierzali o własnych siłach, ponieważ nie dało się tu wjechać żadnym pojazdem. Jednak i w tym przypadku sporo osób wybierało przejażdżkę na grzbiecie konia. Piesza wycieczka wydawała się ostatecznością, choć nie wymagała zbytniego wysiłku. Na szlaku napotkaliśmy skupiska jurt i straganów, przy których można było posilić się czy napić herbaty, z czego chętnie skorzystaliśmy.

 

Kaindy nie da się okrążyć, wędrując przy linii wody. Do fragmentów brzegu prowadzą leśne ścieżki. Warto przejść kilkoma z nich, żeby zobaczyć jezioro z różnych stron, gdyż z każdej prezentuje się nieco inaczej. W drodze powrotnej część trasy pokonaliśmy autostopem, ponieważ niezbyt dobrze wyliczyliśmy zapas czasu. Z Kaindy po prostu niełatwo się rozstać.

 

Żyjąca pustynia

 

Wycieczka konna w okolicy Kaindy

Kazachstan Kaindy3 Szwed

© AGNIESZKA SZWED/WWW.SZWEDACZ.COM

 

Ok. 150 km na północny wschód od miasta Ałmaty rozpoczyna się rozległa kraina pretendująca do znalezienia się na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. To Park Narodowy „Ałtyn-Jemiel”, którego pustynno-stepowy obszar niemal z każdej strony otaczają góry. Latem temperatura bywa tutaj trudna do zniesienia nawet dla osób lubiących upały.

 

Nazwa parku związana jest z historią Mongolii. Użycie po raz pierwszy określenia, które stosuje się do dziś, przypisuje się słynnemu Czyngis-chanowi (urodzonemu między 1155 a 1162 r. i zmarłemu w 1227 r.). Według legendy, gdy w 1219 r. przemierzał te ziemie ze swoją armią i ujrzał na horyzoncie wzgórza skąpane w promieniach słońca, nazwał je „złotym siodłem”, co właśnie znaczy „Ałtyn-Jemiel”. Kiedy zatrzymał się przed wielką równiną, którą chciał wcielić do swojego imperium, użył tego wyrażenia ponownie.

 

Park zajmuje powierzchnię ponad 5,2 tys. km2, dlatego warto przeznaczyć na jego zwiedzanie więcej niż jeden dzień. Zwłaszcza że największe atrakcje, czyli tzw. Śpiewającą Wydmę, góry Aktau i Katutau dzielą od siebie znaczne odległości. Do spędzenia nocy na tym obszarze świetnie nadaje się baza strażników parkowych, będąca zieloną oazą pośrodku pustyni. Można rozstawić tutaj namiot, skorzystać z wody, a nawet z bani, sprawiającej jednak wrażenie używanej dawno temu.

 

Śpiewająca Wydma wznosi się nad płaskim, pustynnym terenem, co sprawia, że góruje nad okolicą. Przy odpowiednim wietrze rozbrzmiewa charakterystycznym dudniącym dźwiękiem. Legendy mówią, że to głosy dusz wojowników pochowanych niegdyś w tym miejscu. Latem „Ałtyn-Jemiel” staje się niemal patelnią. Temperatura sięga 40–50°C i próżno szukać tu przynoszącego ulgę cienia. Dlatego wspinaczka na wysoką na 150 m wydmę w godzinach popołudniowych okazała się zadaniem karkołomnym i zakończyła się dla nas szybciej, niż zakładały plany. Mogliśmy za to chodzić po niej w całkowitej samotności. Wszystkim wybierającym się do parku w okresie letnim polecam jednak przybycie wczesnym rankiem, gdy upał nie daje jeszcze mocno o sobie znać. W tym regionie znajduje się także pięć kamiennych kurhanów Besszatyr, będących cmentarzem i miejscem kultu starożytnych plemion zwanych Sakami (spokrewnionych ze Scytami i Sarmatami), zamieszkujących te ziemie w I tysiącleciu p.n.e. „Ałtyn-Jemiel” sprawia wrażenie rejonu nienadającego się do życia, ale to tylko pozory, gdyż zamieszkują go rozmaite stworzenia. Poza licznymi owadami występuje w tych stronach kilkaset gatunków zwierząt. Zależnie od pory roku można tu spotkać m.in. wilki szare, lisy rude, gazele czarnoogonowe, pieszczanki wielkie, koziorożce syberyjskie, osły azjatyckie (onagery), węże i jaszczurki, a nawet pantery śnieżne (irbisy śnieżne)!

 

Park wolno zwiedzać jedynie od kwietnia do października. Do wstępu na jego teren upoważniają bilety, które kupuje się w biurze w wiosce Basszi. Jeśli nie nabędziemy wejściówek, szlabany ustawione na drodze na granicy obszaru chronionego okażą się najprawdopodobniej przeszkodą nie do przebycia. Basszi to również ostatnie miejsce, w którym możemy zaopatrzyć się w zapasy wody i żywności, jeżeli nie zrobiliśmy tego wcześniej. Ich uzupełnienie w parku jest niemożliwe.

 

Kazachskie jurty charakteryzują się drzwiami zwróconymi na wschód

Kazachstan jurty Szwed

© AGNIESZKA SZWED/WWW.SZWEDACZ.COM

 

Na dnie kanionu

 

W południowo-wschodnim Kazachstanie, tuż przy granicy z Chinami, warto odwiedzić też region nietypowy dla azjatyckiego krajobrazu. W rejonie rzeki Szaryn wiatr owiewa wyłonione z morza skały już od 12 mln lat. Kanion Szaryński określany jest mianem młodszego brata słynnego Wielkiego Kanionu Kolorado w stanie Arizona w USA. Wspominając widoki na amerykański cud natury, zastanawiałam się, czy jego kazachski odpowiednik będzie mu w stanie dorównać. Nie zawiodłam się.

 

Czas naszej podróży okazał się nieco niefortunny, gdyż władze kraju wprowadziły akurat ograniczenia w poruszaniu się w strefie przygranicznej. Do odwiedzania miejsc takich jak Kanion Szaryński czy Wielkie Jezioro Ałmaty wymagane były dodatkowe pozwolenia, których wyrobienie trwałoby zbyt długo. Liczyliśmy się z tym, że możemy zostać zawróceni przed samym osiągnięciem celu. Tak się na szczęście nie stało i po wykupieniu biletów w budce strażniczej niezatrzymywani przez nikogo ruszyliśmy przed siebie. Nad krawędź kanionu przybyliśmy w idealnym momencie. Zachodzące słońce oświetlało skały w głębi, wydobywając ich barwę i fakturę. Patrzyliśmy na ten spektakl natury aż do chwili, gdy światło zgasło. Zostawiliśmy samochód na górze, a sami przypominającą serpentynę ścieżką podążyliśmy w dół wąwozu, żeby zanocować w jego wnętrzu. Do celu dotarliśmy po zmroku. Nie byliśmy w stanie ocenić miejsca, w którym rozbijaliśmy namiot. Słyszeliśmy szum przepływającej obok rzeki i wiedzieliśmy, że otaczają nas strome skalne ściany. Wygląd okolicy do rana pozostał tajemnicą.

 

Podczas schodzenia na dno kanionu spotkaliśmy strażnika, u którego wcześniej kupowaliśmy bilety. Pokazał nam, gdzie możemy się rozbić, i zaproponował, żebyśmy po rozstawieniu namiotów podeszli do pobliskiego baru. Nie spodziewałam się niczego więcej niż niewielkiej budki, w której sprzedaje się przekąski i napoje. Nie doceniłam jednak kazachskiej kreatywności. Wspomniany bar był większy, niż myślałam, a dobiegająca z niego muzyka grała znacznie głośniej, niż można by przypuszczać. Przy stołach siedziały grupki miejscowych raczących się piwem i sziszą. Również na niewielkim drewnianym parkiecie robiło się coraz gęściej. Impreza trwała w najlepsze. Okazało się, że bawią się tu głównie ludzie związani z kanionem, m.in. strażnicy czy pracownicy zaplecza turystycznego. Przyjezdnych było jak na lekarstwo. Gospodarze nie pozwolili, abyśmy siedzieli z boku. Po chwili szisza krążyła już wśród nas, zadbano także, żebyśmy zbyt często nie schodzili z parkietu. Wyobrażałam sobie, że noc upłynie nam na toczonych przed namiotem rozmowach i wsłuchiwaniu się w szum Szarynu. W ogóle nie przyszło mi do głowy, iż w takim miejscu będę uczestniczyć w dość hucznej imprezie. Prawdę mówiąc, chociaż świetnie się bawiłam, nie popieram tworzenia tego typu lokali rozrywkowych w regionach o znacznych walorach przyrodniczych. Zwłaszcza że w tej okolicy planuje się ponoć rozbudowanie infrastruktury turystycznej, a nawet postawienie centrum spa. Raczej nie kibicuję temu przedsięwzięciu, bo sam kanion jest naprawdę wystarczającą atrakcją, a im bardziej dziki i naturalny pozostaje, tym lepiej. To – oczywiście – moje zdanie i zdaję sobie sprawę, że niektórym takie udogodnienia mogą odpowiadać.

 

Kazachscy Ujgurzy

 

Wieczór upłynął nam nie tylko na zabawie, ale i na interesujących rozmowach z miejscowymi. Jak się okazało, byli wśród nich Ujgurzy. Są oni grupą etniczną pochodzenia tureckiego. Dawne ujgurskie imperium (kaganat ujgurski, chanat ujgurski), istniejące mniej więcej w latach 744–840, sięgało niemal od Morza Kaspijskiego po Mandżurię, zostało jednak podbite, a jego mieszkańcy w ciągu następnych wieków przenosili się m.in. na tereny podlegające Czyngis-chanowi i kolejnym mongolskim władcom. Ostatecznie Ujgurzy trafili pod panowanie Chińczyków. Obecnie zdecydowana większość ponad 15-milionowej populacji tej ludności zamieszkuje rozległy Region Autonomiczny Sinciang-Ujgur w północno-zachodnich Chinach. W Kazachstanie żyje ich powyżej 250 tys., osiedlili się głównie na południu, np. w okolicach miasta Ałmaty. Mimo burzliwej przeszłości i braku własnego państwa, Ujgurzy nigdy nie zatracili tożsamości i nie porzucili marzeń o własnym kraju. Świadczą o tym liczne zrywy wolnościowe i powstania, którymi naznaczona jest ich historia. Również i dziś, zmuszani do używania głównie języka mandaryńskiego (standardowego chińskiego, putonghua) i asymilowania chińskiej kultury, nadal walczą o niepodległość. Chociaż uciekają się niekiedy nawet do aktów terroryzmu, większość świata nie wie o ich istnieniu. Ujgurzy opowiadali nam m.in. o swoim pochodzeniu i o tym, czym różni się język ujgurski od kazachskiego. Podkreślanie tych różnic było dla nich bardzo ważne i wiązało się zapewne właśnie z potrzebą zachowania odrębności kulturowej.

 

Spać położyliśmy się dużo później, niż planowaliśmy. Po raz pierwszy przebudziliśmy się o wschodzie słońca. Choć widziany z dna kanionu nie wydawał się zbyt spektakularny, światło pięknie wyeksponowało rozżarzone szczyty otaczających nas skał. Wtedy też zobaczyliśmy, w jak urokliwym miejscu spędziliśmy noc. Na dobre obudziliśmy się kilka godzin później. Zebraliśmy obozowisko i ruszyliśmy na dalsze odkrywanie Kanionu Szaryńskiego. Wracaliśmy tą samą drogą, którą przyszliśmy. Za dnia mogliśmy podziwiać wspaniałe formacje skalne w pełnej okazałości.

 

Na koniec warto wspomnieć, że z mniejszością ujgurską związana jest jedna z bardziej oryginalnych budowli znajdujących się na terenie Kazachstanu. Otóż w mieście Żarkent, zaledwie 30 km od granicy z Chinami, wybudowano niezwykły meczet przypominający chińską pagodę. Co ciekawe, wzniesiono go z drewna, bez użycia ani jednego gwoździa. W czasach ZSRR obiekt wykorzystywany był jako wartownia dla pograniczników lub pijalnia herbaty. Od końca lat 60. XX w. uchodzi za zabytek, a władze państwowe przekształciły go w muzeum.

 

Nie tylko przyroda

 

Kazachstan jest nie tylko największym, ale i najbogatszym stabilnie rozwijającym się krajem Azji Środkowej. Widać to zwłaszcza w dużych miastach takich jak Astana czy Ałmaty. To nowoczesne ośrodki, które bez problemu mogą konkurować z zachodnimi metropoliami. Architekci i planiści pragną, żeby ten pierwszy, pełniący od grudnia 1997 r. funkcję stolicy, stał się Berlinem w euroazjatyckim stylu. Jego centrum zaprojektowano z wielkim rozmachem, a futurystyczne budowle i monumentalizm architektury wprawiają w osłupienie. Miasto stanowi zrealizowaną wizję prezydenta Nursułtana Nazarbajewa, sprawującego swój urząd od początku istnienia współczesnego niepodległego państwa. Zarówno Astana, jak i Ałmaty są ośrodkami przemysłowymi, kulturalno-naukowymi i handlowo-usługowymi. Znajdziemy w nich wiele udogodnień nie tylko dla mieszkańców, ale i turystów. Część miejskiej ludności szybko się bogaci, o czym świadczą liczne drogie samochody przemierzające tutejsze ulice.

 

Symbolem inwestycyjnego rozmachu, tym razem jednak jeszcze z czasów radzieckich, jest kosmodrom Bajkonur. Ten obiekt, wybudowany w 1955 r. ok. 200 km na wschód od Jeziora Aralskiego, to najstarszy i do tej pory nadal największy ośrodek wysyłający statki i promy kosmiczne poza orbitę Ziemi.

 

Mimo iż Kazachstan w porównaniu ze swoimi sąsiadami osiągnął względny sukces gospodarczy związany z wydobyciem surowców naturalnych, dostrzega się tu wyraźnie rozwarstwienie społeczne wynikające z różnic w dochodach, a duże obszary biedy poza wielkimi miastami stanowią wyzwanie dla władz stawiających na ciągły rozwój. Większość społeczeństwa wciąż żyje bardzo skromnie, a o problemach z dostępem do wody w mniejszych miejscowościach mieliśmy okazję przekonać się na własnej skórze.

 

Rządzący krajem marzą jednak o zwiększeniu znaczenia Kazachstanu w świecie. To właśnie Astana została gospodarzem Expo 2017, cyklicznej prestiżowej wystawy prezentującej kulturowy, naukowy i techniczny dorobek państw i narodów z całego globu. Impreza rozpocznie się 10 czerwca i potrwa 3 miesiące, a jej temat stanowi energia przyszłości. Jednym z głównych wyzwań będzie uzyskanie odpowiedzi na pytanie, w jaki sposób zapewnić bezpieczny i trwały dostęp do energii przy jednoczesnej redukcji emisji dwutlenku węgla.

 

Warto wspomnieć, że w sierpniu 2016 r. pierwszy raz po 14 latach odbyła się oficjalna wizyta prezydenta Kazachstanu Nursułtana Nazarbajewa w Polsce. To spotkanie ma być początkiem zacieśnienia stosunków między oboma państwami. Zapewne przełoży się więc na nasze częstsze kontakty z Kazachami tak w sferze gospodarki, jak i turystyki. Nie bez zasług w dziedzinie budowania wzajemnych relacji pozostaje również działalność kazachskiej ambasady i kierującego nią Ałtaja Abibułłajewa, który doskonale mówi po polsku, co pozwala mu wspaniale promować swoją ojczyznę w Polsce.

 

W 2017 r. Polacy dostaną się do Kazachstanu szybciej i łatwiej. Już od 8 maja Polskie Linie Lotnicze LOT wprowadzają do swojej oferty połączenia z Warszawy do Astany. Będą to pierwsze bezpośrednie loty naszego przewoźnika do Azji Środkowej. W jego rozkładzie znalazły się cztery rejsy w tygodniu (w poniedziałek, środę, czwartek i piątek) samolotami Boeing 737-800 Next Generation. Oprócz tego od 1 stycznia br. polscy obywatele mogą przekraczać kazachską granicę bez wizy, wystarczy jedynie okazanie ważnego paszportu (dotyczy to pobytu do 30 dni). Podróż z Polski do Kazachstanu nigdy jeszcze nie była tak prosta. Warto skorzystać z tej okazji i odkryć ten różnorodny i niezmiernie interesujący kraj.