Adam Stępień

 

                                                                                                             FOT. VISIT FINLAND AND MEDIA BANK

<< Prawdziwa zima już za pasem. Niektórzy zastanawiają się, jak się przed nią schować, ale tym, którym śnieg i mróz niestraszne, proponuję ucieczkę przed pluchą i szarością środkowoeuropejskiej aury, czyli wyprawę do Finlandii, a przede wszystkim fińskiej Laponii. Jeziora i rzeki skute lodem, zaśnieżone wzgórza i sauny opalane drewnem powinny skusić niejednego podróżnika, szczególnie że przy okazji można odwiedzić Świętego Mikołaja, pojeździć na biegówkach, zjeść stek z renifera, zapoznać się z najnowszymi trendami wzornictwa przemysłowego czy poczytać opowieści o Muminkach… >>

Republika Finlandii to państwo stosunkowo nowe na mapie Europy (istnieje od grudnia 1917 r.), choć sami Finowie żyli na tych terenach przez wieki, najpierw pod panowaniem szwedzkim, a później – rosyjskim. Mimo dość dużej powierzchni – 338 tys. km², kraj ten zalicza się do najsłabiej zaludnionych na kontynencie (ok. 18 osób na 1 km²). Każdego roku staje się jednak coraz bardziej popularnym kierunkiem podróży, w tym także Polaków.

 

Dla gościa z Polski pierwszym zetknięciem z Finlandią jest zazwyczaj wizyta w stołecznych Helsinkach, Tampere albo Turku. W drodze na północ kraju na pewno warto spędzić w jednym z tych miast choć kilka chwil, aby oswoić się z chłodniejszym klimatem i osobliwie brzmiącym językiem spoza rodziny indoeuropejskiej.

 

Na początek trzy miasta

Dla tych osób, które szukają spokoju i pięknych zimowych krajobrazów, Helsinki mogą okazać się niezbyt atrakcyjnym przystankiem. Stolica Finlandii ma jednak wiele do zaoferowania. Do jej głównych atrakcji turystycznych należą m.in. Fińskie Muzeum Narodowe (Suomen kansallismuseo), luterańska Katedra (Helsingin tuomiokirkko) czy Skalny Kościół (Temppeliaukion kirkko). Według mnie znacznie przyjemniejszym zajęciem od ich zwiedzania będzie spacer wokół Esplanadi (dwóch ulic Pohjoiesplanadi i Eteläesplanadi oraz rozciągającego się pomiędzy nimi parku) i Placu Senackiego (Senaatintori) czy przeprawienie się promem do słynnej twierdzy Suomenlinna zbudowanej na sześciu wyspach (raczej dla malowniczych widoków niż znajdujących się na nich licznych muzeów).

FOT. CITY OF HELISINKITOURIST AND CONVENTION BEREAU

Symbol Helsinek - luterańska, XIX-wieczna Katedra na Placu Senackim

 

Finlandia to ojczyzna wielu wybitnych projektantów, chociażby Alvara Aalto (1898–1976) i Eero Aarnio (ur. 1932), oraz cenionych marek wzornictwa przemysłowego – Marimekko, Pentik, Iittala i Arabia to tylko sztandarowe przykłady. W 2012 r. Helsinki nosiły zaszczytny tytuł Światowej Stolicy Wzornictwa (World Design Capital), więc czas na poznanie fińskiej sztuki użytkowej jest teraz idealny. Koniecznie trzeba odwiedzić Muzeum Wzornictwa (Designmuseo) albo Wybrzeże Arabii (Arabianranta), gdzie znajdują się zakłady ceramiczne Arabii i przyfabryczna galeria. Warto też zajrzeć do wyśmienitego Muzeum Sztuki Współczesnej Kiasma (Nykytaiteen museo Kiasma) lub wybrać się na koncert do nowo powstałego Domu Muzyki (Musiikkitalo). Wieczorne uroki fińskiej metropolii najlepiej odkrywać w studencko-artystycznej dzielnicy Kallio, której charakter z roku na rok staje się – niestety – coraz bardziej pretensjonalny. 

Turku jest stolicą szwedzkiej Finlandii sprzed 1809 r., kiedy to kraj został zajęty przez Rosję (oficjalnie pełniło tę rolę do 1812 r.). O ile zatem w Helsinkach skupiamy się przede wszystkim na współczesności, to tutaj od historii nie uciekniemy. Najstarsza część miasta leży wokół Katedry (Turun tuomiokirkko), ale zwiedzanie wypada zacząć od średniowiecznego Zamku (Turun linna), w którym mieszkali m.in. rodzice Zygmunta Wazy (1566–1632), późniejszego króla Polski (1587–1632). Nie przegapmy też Muzeum Sibeliusa (Sibelius-museo), najsłynniejszego fińskiego kompozytora. Poza życiorysem tego wielkiego artysty prezentowana jest w nim kolekcja instrumentów muzycznych. Zobaczymy tu np. słynne kantele, według legendy wynalezione przez samego Väinämöinena, herosa z Kalevali – narodowego eposu Finów.

Nieopodal Turku znajdziemy piękną miejscowość Naantali, znaną ze ŚwiataMuminków (Muumimaailma) – parku rozrywki uroczych trolli rodem z książek Tove Jansson (1914–2001). Można w nim gawędzić z Włóczykijem albo uciekać przed Buką, ale – niestety – tylko latem. Zimą na pocieszenie zostają nam liczne muminkowe pamiątki.

Turyści często omijają natomiast Tampere, co wydaje się o tyle zaskakujące, że wiele osób uważa je za najprzyjemniejsze fińskie miasto. W porównaniu z wielowiekowymi Turku i Helsinkami, to dość młody ośrodek, który rozwinął się podczas rewolucji przemysłowej (otrzymał prawa miejskie w 1779 r.). Niektóre fabryki położone w jego centralnej części nadal działają, jednak większość z nich zamieniła się w centra handlowe, teatry, kina i lofty. Wypada tu zobaczyć m.in. zakłady Finlaysona, Katedrę w stylu romantyzmu narodowego (Tampereen tuomiokirkko), okolice Placu Centralnego (Keskustori) i Muzeum Lenina (Lenin-museo – swego czasu gościł w tych stronach przywódca rewolucji październikowej). Koniecznie należy także przejść się na spacer w stronę czarującej dzielnicy Pispala. Po drodze miniemy wieżę widokową w Pyynikki (Pyynikin näkötorni), z której rozciąga się wspaniała panorama miasta położonego nad dwoma imponującymi jeziorami – Näsijärvi i Pyhäjärvi. W obiekcie znajduje się kawiarnia serwująca znane na cały kraj przepyszne pączki z kardamonem. Tampere słynie też z publicznych saun. Można wybrać tradycyjną Rajaportti (Rajaportin sauna) w Pispali albo leżącą nad brzegiem jeziora Näsijärvi Rauhaniemi (Rauhaniemen kansankylpylä). Obowiązkowo trzeba zanurzyć się w przerębli! I pamiętajmy o tym, że w przypadku saun niekoedukacyjnych ze względów higienicznych, jak i kulturowych, kostiumy kąpielowe zostawiamy w przebieralni.

 

Potem lapońskie Rovaniemi

Drogę w kierunku północnym możemy odbyć bezpośrednim nocnym pociągiem, ale warto również rozważyć ciekawsze trasy – wzdłuż Zatoki Botnickiej (Pohjanlahti) albo przez Pojezierze Fińskie (Järvi-Suomi). Na wybrzeżu zobaczymy dziesiątki uroczych miasteczek. W niektórych z nich zamiast fińskiego Hei! powita nas raźne szwedzkie Hejsan!. Nie powinniśmy się temu dziwić, bowiem Finlandia jest dwujęzycznym państwem. Szwedzki, który stanowi język ojczysty dla 5,5 proc. z ok. 5,4-milionowej populacji kraju, ma status języka oficjalnego. Zmusza to tysiące fińskich dzieci do obowiązkowej nauki tego przedmiotu w szkole, co wiele z nich uważa za prawdziwą katorgę. Mimo to ta dwujęzyczność pozostaje silnie zakorzeniona w tożsamości mieszkańców. Wielu znanych Finów było szwedzkojęzycznych, chociażby wspomniani już Jean Sibelius (1865–1957), Tove Jansson czy poeta Johan Ludvig Runeberg (1804–1877), autor słów hymnu narodowego (w oryginale, rzecz jasna, napisanego po szwedzku).

Po przebyciu 800–900 km pociągiem z Helsinek lub Turku (Finlandia to jednak rozległy kraj) docieramy do Rovaniemi. Lapońska stolica, usytuowana nad dwiema dużymi rzekami – Ounasjoki i Kemijoki, w rzeczywistości znajduje się na południe od właściwej Laponii. Właśnie tutaj mieści się fińska siedziba św. Mikołaja (Joulupukki). Trudno o tym zapomnieć, bowiem wielu turystów przylatuje na oficjalne lotnisko św. Mikołaja, na miejscową stację kolejową dowozi ich Santa Claus Express, a na basen idą do Santasport… Zainteresowani mogą również otworzyć własną firmę informatyczną w Parku Technologicznym Świętego Mikołaja (Santa’s Technology Park)! Brzmi to wszystko być może nieco zbyt przesadnie, ale tak naprawdę mieszkańcy Rovaniemi starają się skutecznie unikać przesytu. Dla równowagi główny plac miasta przemianowano więc na Lordin aukio na cześć zespołu Lordi – zwycięzcy 51. Konkursu Piosenki Eurowizji z 2006 r. Lider tej grupy o dość demonicznej stylizacji pochodzi właśnie z tych stron.

FOT. VISIT FINLAND AND MEDIA BANK

Biuro św. Mikołaja w magicznej Wiosce św. Mikołaja w stolicy fińskiej Laponii

 

Grudniową porą, kiedy dzień trwa niespełna godzinę, a noc rozświetla zorza polarna (przy sporej aktywności słońca, szczególnie obiecującej tej zimy, oraz przy niewielkim zachmurzeniu) świąteczne szaleństwo w Rovaniemi może być jednak całkiem przyjemne. Wioska św. Mikołaja (Joulupukin Pajakylä) leży za miastem, teoretycznie dokładnie na kole podbiegunowym (napapiiri). Spotkanie z Joulupukki jest bezpłatne, ale zdjęcie już sporo kosztuje. Biuro św. Mikołaja (Joulupukin Kammari) otacza nieco rozczarowujące pamiątkarskie centrum handlowe, ale także Główna Poczta św. Mikołaja (Joulupukin Pääposti) – zdecydowanie najbardziej urokliwa część całego kompleksu. Na koniec wizyty każdy turysta musi sfotografować się w miejscu, gdzie przebiega biała linia koła podbiegunowego. Mimo iż ta prawdziwa znajduje się kilka kilometrów dalej na północ, to małe oszustwo można jednak Finom wybaczyć… Położenie koła i tak z roku na rok się zmienia, a obecna lokalizacja wioski, przeniesionej bliżej miasta, jest dogodniejsza.

FOT. VISIT FINLAND AND MEDIA BANK

Zorza polarna (Aurora borealis) w fińskiej Laponii

 

Podróżnikom starającym się uniknąć mikołajowego szaleństwa Rovaniemi oferuje sporo alternatyw. Główną atrakcję stanowi tutaj Arktikum. Wystawy miejscowego Centrum Arktycznego (Arktisen keskus) i Muzeum Regionalnego Laponii (Lapin maakuntamuseo) zabiorą nas do tundry i na Ocean Arktyczny oraz przedstawią życie Samów (rdzennej ludności północnej Fennoskandii) czy Inuitów. Poznamy też skalę zniszczeń z czasów wojny lapońskiej (1944–1945), po której ostało się tu zaledwie 14 budynków niespalonych przez wojsko niemieckie.

Warto także wybrać się na koncert muzyki klasycznej do Domu Kultury Korundi (Kulttuuritalo Korundi) – siedziby Lapońskiej Orkiestry Kameralnej (Lapin kamariorkesteri), gdzie mieści się również Muzeum Sztuki (Rovaniemen taidemuseo). Nieopodal wznoszą się budynki zaprojektowane po wojnie przez samego Alvara Aalto.

Rovaniemi jest też miastem studenckim, co można wywnioskować po zaskakująco dużej liczbie działających tutaj pubów. Obowiązkowo należy zajrzeć np. do słynnej klubokawiarni Kauppayhtiö, szczególnie że zaraz obok niej istnieje interesujący pchli targ. Tego rodzaju bazary uważane są zresztą za instytucję prawdziwie fińską. Bez odwiedzenia chociaż jednego z nich relacja z podróży po Finlandii brzmi mało przekonywująco.

 

Na koniec prawdziwa Północ

Po opuszczeniu Rovaniemi kierujemy się jeszcze dalej na północ. Czekają na nas łagodne wzgórza, samska kultura, zamarznięte jeziora i bagna, a nawet niezapomniane przejażdżki reniferowymi lub psimi zaprzęgami czy wycieczki na skuterach i rakietach śnieżnych. Znajdą się i stoki narciarskie, chociaż zbyt długich i ciekawych tras zjazdowych spodziewać się tu nie można. Miłośnikom białego szaleństwa szczególnie polecam ośrodki w Pyhä i Luosto, Ruka i Kuusamo, Saariselkä, Suomu czy Ylläs. Levi, najpopularniejszy resort narciarski, powoli zamienia się – niestety – w centrum handlowe, więc raczej warto go unikać, jeśli poszukujemy ciszy i spokoju.

Laponia jest prawdziwym rajem dla osób kochających narty biegowe. Można tu wynająć chatę w którymś z centrów turystycznych i rozkoszować się setkami kilometrów wyśmienicie przygotowanych szlaków, również w samym stołecznym Rovaniemi. Jeszcze przyjemniejszym doświadczeniem będzie zabranie plecaka albo tobogana (sań o szerokim dnie) i wyruszenie na kilkudniową wycieczkę po jednej z klasycznych zimowych tras, np. Hetta-Pallas-Olos-Ylläs, Pyhä-Luosto czy Sevettijärvi-Nuorgam, oraz po przepięknych okolicach Suomu, Kiilopää i Saariselkä. Wytyczone szlaki – zarówno dla stylu łyżwowego, jak i klasycznego – ciągną się setki kilometrów przez bagna, lasy i po zboczach wzgórz, z których rozciąga się malowniczy widok na rozległe krajobrazy, gdzie nie dostrzeżemy śladu ludzkiej aktywności. Wiele razy znajdziemy otwarte dla turystów chaty i szałasy, nieodpłatne i nieźle wyposażone. Pamiętajmy jednak o tym, żeby każde miejsce zostawić w lepszym stanie, niż się je zastało, i narąbać tyle drewna, aby następny gość mógł w mroźny dzień szybko napalić w piecu czy palenisku.

FOT. VISIT FINLAND AND MEDIA BANK

Laponia - rakiety śnieżne (lumikenka)

 

W lasach i tundrze, obok majestatycznych puszczyków albo nieśmiałych głuszców i pardw, być może zobaczymy łosia i na pewno natkniemy się na stada reniferów. Te ostatnie spotkamy zresztą w Laponii prawie na każdym kroku. Uwielbiają one wyskakiwać z radością prosto przed maski samochodów. Warto pamiętać, że renifery właściwie nie są dzikimi zwierzętami – każdy osobnik należy do jednego z tutejszych hodowców, a znacząca większość z nich kończy na talerzu… Mięso reniferowe smakuje wyśmienicie, a najlepiej komponuje się z borówkami i razowym chlebem.  

Podczas wizyty w Laponii nie wolno przegapić okazji do poznania kultury Samów. W Finlandii za najlepsze do tego miejsce uważa się miejscowość Inari. Znajdziemy w niej samskie Muzeum Siida z małym skansenem i Samskie Centrum Kulturalne Sajos (Saamelaiskulttuurikeskus Sajos), które mieści także Parlament Samski (Saamelaiskäräjät – Sámediggi) – oficjalną instytucję reprezentującą fińskich Samów. Przy odrobinie szczęścia trafimy też na jeden z licznych festiwali. Na przełomie stycznia i lutego 2013 r. odbędzie się tu chociażby interesujący, międzynarodowy Festiwal Filmowy Ludów RdzennychSkábmagovat. Wieczorne seanse na śnieżnym ekranie z zorzą polarną nad głowami zapewniają jedyne w swoim rodzaju wrażenia! 

Magia Laponii potrafi urzec i pozostawić w sercu podróżnika ślad na całe życie. Warto także pamiętać o tym, że odkrywania tego czarującego regionu nie musimy kończyć na fińskiej granicy. Piękne góry szwedzkiej części lapońskich ziem, tundra Finnmarku i fiordy norweskiego wybrzeża czekają na tych, którzy nie boją się prawdziwej Północy...  


                                                                                                                                 

Artykuły wybrane losowo

Niezwykłe piękno Panamy

 

Filip Werstler

 

Sielski archipelag Bocas del Toro położony na Morzu Karaibskim

14991055 1200368353389294 7969613924783795900 o

© AZULPARADISE.COM/BOCASDELTORO.COM

 

Od zawsze chciałem odwiedzić Amerykę Środkową, a najbardziej Karaiby. Taka podróż z Polski to wciąż niezbyt łatwa wyprawa. Dlatego gdy pojawiła się korzystna oferta lotów do Panamy, nie wahałem się długo. Ten kraj już w trakcie przeglądania relacji internetowych wystarczająco mnie zainteresował. Miałem ochotę na własne oczy zobaczyć wielkie drapacze chmur jego stolicy i piękne bezludne wyspy na Morzu Karaibskim. Jednak to, co ujrzałem i przeżyłem, przerosło moje najśmielsze oczekiwania.

 

Panama jest obecnie jednym z najszybciej rozwijających się państw Ameryki Łacińskiej. W ciągu ostatnich 16 lat zmieniła się nie do poznania, głównie dzięki dochodom płynącym z administrowania Kanału Panamskiego (od 31 grudnia 1999 r.), wpływom ze Strefy Wolnego Handlu Colón (Zona Libre de Colón – druga największa strefa wolnocłowa na naszym globie po Hongkongu) i funkcjonowania stołecznego międzynarodowego centrum bankowego (uważanego również za drugie w skali światowej pod względem wielkości, zaraz po Zurychu). Ma to swoje odbicie także w turystyce, która z roku na rok staje się coraz ważniejszym elementem gospodarki tego niewielkiego kraju (o powierzchni ponad 74 tys. km²) leżącego między Kostaryką a Kolumbią.

 

Ameryka Południowa i Środkowa to – z wyjątkiem niektórych państw wyspiarskich położonych na Morzu Karaibskim, jak Jamajka, Kuba czy Republika Dominikańska, do których latają bezpośrednio samoloty czarterowe z Polski – rejony wciąż nie tak łatwo dostępne dla turystów znad Wisły. Panama, ale też Nikaragua, Kostaryka, Gwatemala, Honduras, Salwador czy inne kraje tej części globu nadal stanowią dla większości Polaków pewną zagadkę. W te strony najczęściej dolecimy z przesiadką w Madrycie (liniami Iberia) lub USA. O ile w tym pierwszym przypadku nie musimy starać się o żadne dodatkowe dokumenty, o tyle zmienianie samolotu na lotnisku w Stanach Zjednoczonych wymaga już posiadania ważnej wizy tranzytowej, co jest niejakim utrudnieniem. Na ogół polskim podróżnikom najłatwiej wyprawić się do kontynentalnej części Ameryki Środkowej z Hiszpanii, skąd dotrą bez żadnych przesiadek do Gwatemali, Salwadoru oraz Kostaryki i Panamy. Te dwa ostatnie państwa są zresztą zdecydowanie najlepiej połączone z Europą. Do kostarykańskiej stolicy dostaniemy się przez cały rok nie tylko z Madrytu, ale także z Frankfurtu nad Menem (Condor) czy Londynu (British Airways). Jeszcze większy wybór mamy obecnie w przypadku panamskiej metropolii. Dolecimy do niej bezpośrednio właśnie z Madrytu oraz Frankfurtu nad Menem (Lufthansa), Paryża (Air France), Amsterdamu (KLM) i Stambułu (Turkish Airlines).

 

Jeżeli chodzi o mnie, to kupiłem bilet do Panamy z Barcelony z międzylądowaniem w hiszpańskiej stolicy. W sumie przesiadałem się dwa razy, bo na Półwysep Iberyjski dotarłem samolotem tanich linii Ryanair z Portu Lotniczego Warszawa-Modlin w Nowym Dworze Mazowieckim. Lot z Madrytu nie najnowszym airbusem trwał ok. 11 godz. i nie należał do ciężkich. Podstawowe udogodnienia w klasie ekonomicznej pozwoliły nam przetrwać podróż w znośnych warunkach. Po wylądowaniu i dopełnieniu formalności administracyjnych udaliśmy się na postój taksówek przy Międzynarodowym Lotnisku Tocumen usytuowanym ok. 25 km od panamskiej metropolii.

 

Casco Antiguo (Casco Viejo) – historyczna dzielnica panamskiej stolicy

Casco Antiguo 2

© AUTORIDAD DE TURISMO DE PANAMÁ (ATP)

 

 

Latynoski Nowy Jork

 

 Stolica kraju – Panama (Ciudad de Panamá) – zachwyciła nas od samego początku naszej wizyty. Dzielnica finansowa (distrito financiero) imponuje wysokimi wieżowcami, których są tu dziesiątki. Potężne galerie handlowe, drapacze chmur i ekskluzywne samochody wypełniają miasto ludzi z latynoskim temperamentem. Ważnym miejscem w tym rejonie jest Cinta Costera, ok. 7-kilometrowa promenada biegnąca wzdłuż wybrzeża. Można na niej spotkać panamczyków, którzy biegają lub ćwiczą w siłowniach pod gołym niebem. Jogging stanowi tutaj jedną z najpopularniejszych aktywności, uprawia go naprawdę wiele osób.

 

Z tej chętnie odwiedzanej promenady szybko dotrzemy do historycznego centrum stolicy – Casco Viejo (Casco Antiguo). Należy pamiętać, żeby raczej nie zwiedzać jego zaułków po zmroku, jeśli nie towarzyszą nam miejscowi. Ta część miasta bardziej przypomina Kubę niż Stany Zjednoczone. Wśród kolorowych, choć dość często odrapanych, kamienic i małych sklepików stojących przy wąskich uliczkach unosi się atmosfera latynoskiego świata. Mimo iż coraz więcej budynków zostało świeżo odnowionych, Casco Viejo nie straciło swojego klimatu. Możemy tu spróbować innych przysmaków niż w modnych restauracjach i poznać bliżej codzienną twarz Panamy, odmienną od jej biznesowego oblicza. Nie znajdziemy w tym rejonie zbyt wielu punktów informacji turystycznej (przyznaję, że nawet ich nie szukałem), ale nie jest on duży i zwiedzimy go w ciągu 2–3 godz. Wystarczy, że ruszymy przed siebie.

 

Kolejne miejsce warte odwiedzenia stanowi Calzada de Amador. Wzdłuż tej drogi łączącej ze stałym lądem mały archipelag czterech wysp na Pacyfiku (Naos, Perico, Culebra i Flamenco) biegnie krótka, bo ledwie kilkukilometrowa, trasa rowerowa, z której rozpościerają się wspaniałe widoki zarówno na nową część Panamy, jak i południowe wejście do Kanału Panamskiego oraz oczekujące na przeprawę różnej wielkości statki. Wypożyczenie roweru kosztuje kilka dolarów amerykańskich (USD), a sama wycieczka razem z postojem na robienie zdjęć i podziwianie okolicy zajmuje ok. 1,5–2 godz.

 

 

Dzieło inżynierii wodnej

 

Podczas 6-dniowego pobytu w stolicy wybrałem się również – oczywiście – nad Kanał Panamski. Obok Kanału Sueskiego to jedna z najważniejszych dróg wodnych na świecie. Dzięki tej ogromnej inwestycji znacząco skróciły się trasy rejsów statków pływających między Atlantykiem (Morzem Karaibskim) a Pacyfikiem. Wpływy z obsługi przeprawy stanowią główną siłę napędową gospodarki kraju. Jednak ten wyjątkowy wytwór inżynierii wodnej warto zobaczyć też z innych powodów.

 

Na miejsce dojedziemy transportem publicznym (za 1 dolara) lub taksówką (ok. 10–20 dolarów). My wybraliśmy tę pierwszą możliwość. Zapłaciliśmy przy wysiadaniu i prowadzeni przez drogowskazy skierowaliśmy się do wejścia na teren centrum dla odwiedzających (Centro de Visitantes de Miraflores). Po drodze dostrzegliśmy znak ostrzegający nas o pojawiających się w okolicy krokodylach, więc postanowiliśmy przyspieszyć kroku.

 

Po kupieniu biletów (15 dolarów od osoby dorosłej) i wejściu do budynku udaliśmy się po schodach na pierwsze piętro, gdzie niczym na stadionie znajdują się trybuny, a spiker na bieżąco komentuje to, co się dzieje. Wielkie tankowce i kontenerowce czekały w oddali. Kolejne wpływały do śluz Miraflores (las esclusas de Miraflores). Choć cała procedura trwa nieco ponad 30 min. (tak przynajmniej było przed powiększeniem Kanału Panamskiego, które zakończono oficjalnie 26 czerwca 2016 r.), jej przebieg wygląda imponująco. Cztery silniki, każdy wielkości ciężarówki, przesuwają się po specjalnych szynach. Do nich przyczepione są liny zamocowane do kadłuba statku. Dopiero po odpowiednim naprężeniu tych lin jednostka może zostać przeprowadzona. Minimalna odległość między burtą a krawędzią śluzy wynosi… ok. 60 cm. Niesamowity wydaje się fakt, że ta technologia ma więcej niż 100 lat (oddano ją do użytku 15 sierpnia 1914 r.). Przez ponad półtorej godziny oglądaliśmy kolejne statki pokonujące kanał, napełnianie i opróżnianie śluz. Ogromne wrażenie zrobiła na mnie sprawność całego procesu. Przeprowadzenie przez nie tak znów szeroki korytarz z wodą (o odległości między brzegami wynoszącej 33,53 m, a po poszerzeniu w 2016 r. – 54,86 m) długich stalowych kolosów wyglądało na najprostszą rzecz na świecie. Takiego doświadczenia się nie zapomina.

 

Po tym spektaklu odwiedziliśmy pozostałe piętra budynku prezentującego w ciekawy sposób rozwiązania techniczne i dzieje panamskiej przeprawy. Można tutaj zapoznać się z informacjami na temat powstawania i modernizacji kanału oraz tego, kto przy nim pracował, a także jakie zwierzęta żyją w jego rejonie. W gablotach obejrzymy mnóstwo okazów owadów różnych gatunków. W centrum dla odwiedzających jest również coś dla młodszych turystów – symulator 3D pokonywania przeprawy. Użytkownik urządzenia wciela się w rolę kapitana masowca o maksymalnych dopuszczalnych dla kanału wymiarach. Panamax może mieć do 294,1 m długości, 32,3 m szerokości i 12 m zanurzenia, a tzw. Neo Panamax (od 26 czerwca 2016 r.) odpowiednio: 366, 49 i 15,2 m. Na ostatnim poziomie znajduje się taras widokowy, z którego jeszcze lepiej widać przepływające statki, choć nie usłyszymy na nim komentatora i nie skorzystamy z miejsc siedzących. Wizytę w Centro de Visitantes de Miraflores z czystym sumieniem mogę polecić każdemu, ponieważ spodoba się tu zarówno dorosłym, jak i dzieciom.

 

Wodospad El Macho skryty wśród bujnej tropikalnej roślinności

El Chorro del Macho

© AUTORIDAD DE TURISMO DE PANAMÁ (ATP)

 

Górskie wędrówki

 

Po opuszczeniu Panamy odwiedziłem najpierw El Valle de Antón – małą miejscowość położoną ok. 125 km na południowy zachód od stolicy, w odległości 2 godz. jazdy busem. Dociera się do niej początkowo Autostradą Panamerykańską (Carretera Panamericana), a następnie drogami wiodącymi przez góry i doliny prowincji Coclé. Po szybkiej konsultacji w punkcie informacji turystycznej wybrałem się obejrzeć mniej więcej 35-metrowy wodospad El Macho (Chorro El Macho). Leży w prywatnym rezerwacie o tej samej nazwie (Refugio Ecológico del Chorro Macho). Wejście kosztuje 5 dolarów, a w granicach obszaru chronionego oprócz podziwiania malowniczej kaskady można obserwować kolibry i przyjrzeć się dokładniej bogatej florze tego specyficznego miejsca. W pobliżu znajduje się poza tym naturalny basen termalny, w którym wolno się kąpać. Bardzo polecam skorzystanie z tej okazji wszystkim oglądającym wodospad.

 

Dłuższą i wymagającą więcej wysiłku wyprawę stanowi zdobycie góry La India Dormida (Śpiąca Indianka – ok. 800–900 m n.p.m.). To jeden z najbardziej wyróżniających się punktów w okolicy. Jej nazwa pochodzi od charakterystycznego kształtu śpiącej Indianki, jaki tworzy linia grzbietu. Wejście na teren Pomnika Przyrody Wzgórze Gaital (Monumento Natural Cerro Gaital), na którym wznosi się ten szczyt, kosztowało mnie 3,5 dolara. Proponuję jednak wynająć lokalnego przewodnika lub skorzystać z tego typu usługi oferowanej przez miejscowych. Ja tego nie zrobiłem, co spowodowało, że dwa razy się zgubiłem i straciłem mniej więcej godzinę na błądzenie po lesie tropikalnym, choć mogło skończyć się o wiele gorzej.

 

Podejście pod górę jest bardzo strome i jeśli mamy dobrą kondycję, na szczycie będziemy już po 50 min. ciągłego marszu. Szlak prowadzi po zboczu porośniętym bujną roślinnością, w trakcie wędrówki mija się też strumień. Towarzyszą nam odgłosy ptaków. Obok wodospadu położonego przy ścieżce warto zrobić sobie przerwę na odpoczynek i podziwianie zarówno wstęgi spienionej wody malowniczo omywającej skały, jak i wąwozu. Podczas mojej wyprawy oglądałem piękne widoki i kolorowe kwiaty oraz spotykałem ciekawe zwierzęta. Natknąłem się także na tutejszych Indian. Jak wspomniałem, nie miałem przewodnika, a przecież poruszałem się po obcym terenie. W takiej sytuacji w Panamie przydaje się znajomość języka hiszpańskiego. Na szczęście, miejscowi pomogli mi i wyprowadzili mnie na szczyt.

 

Zdobycie góry La India Dormida było warte każdych pieniędzy, a moje wspomnienia zostaną ze mną na zawsze. Widok na Dolinę Antoniego (Valle de Antón) zapierał dech w piersiach. Malownicze zielone wzgórza zatrzymywały masy chmur, a słońce oświetlało wąwóz z przeciwnej strony. To jedno z najcudowniejszych miejsc, jakie kiedykolwiek widziałem. W dodatku moja wyprawa nie obyła się bez przygód, więc z pewnością jej nie zapomnę.

 

Wizyta nad pacyfikiem

 

W drodze na północny zachód kraju skręciłem nieco na południe i zatrzymałem się w jednej z miejscowości położonych na wybrzeżu Pacyfiku w prowincji Veraguas. Santa Catalina znajduje się w środku lasu tropikalnego. Dotarcie do niej ze stolicy zajęło mi niemal cały dzień drogi i wymagało dwóch przesiadek (w miastach Santiago de Veraguas i Soná). Podróż kosztowała mnie w sumie ok. 12 dolarów. Późnym popołudniem dojechałem w końcu do miejsca, w którym przyszło mi spędzić kolejne 3 dni.

 

Miejscowość zasługuje na zainteresowanie ze względu na panujące w jej okolicy świetne warunki do uprawiania sportów wodnych. Do pobliskiego Parku Narodowego Coiba (Parque Nacional Coiba) można wybrać się na nurkowanie. Spotyka się tu niezmiernie dużo gatunków zwierząt, w tym manty (diabły morskie), koryfeny (złote makrele), tuńczyki żółtopłetwe, rekiny wielorybie, żarłacze tygrysie czy nawet humbaki, orki, delfinki wysmukłe i butlonosy zwyczajne. Poza tym na malownicze wybrzeże w tym rejonie ściągają liczni surferzy, zarówno osoby początkujące, jak i zaawansowane. Jak to zwykle bywa w takich przypadkach, w niewielkiej Santa Catalinie znaczną grupę stanowią przybysze z całego świata. Według mnie to miejsce jedyne w swoim rodzaju.

 

Pierwszego dnia wybrałem się na surfing. Za wypożyczenie deski musiałem zapłacić 10 dolarów, a za godzinę opieki instruktora w 3-osobowej grupie – 15 dolarów. Warunki były bardzo dobre i po chwili mogłem już cieszyć się ze swoich postępów. Wody Pacyfiku oblewają tutaj pustą plażę pokrytą czarnym piaskiem i ocienioną wysmukłymi palmami. Miłośnikom surfowania z pewnością to miejsce przypadnie do gustu. Po całym dniu spędzonym na falach warto obejrzeć zachód słońca. Przed godziną 18.00 udałem się na brzeg. Widok, jaki ujrzałem, wywarł na mnie ogromne wrażenie. Złocista kula powoli chowała się za horyzontem i odbijała w lekko falującej powierzchni Oceanu Spokojnego. Był to najpiękniejszy zachód słońca, jaki widziałem w życiu. Po dniu pełnym fantastycznych przeżyć szybko poszedłem spać. Nazajutrz planowałem wziąć udział w nurkowaniu.

 

Wyprawę rozpoczęliśmy od zbiórki w bazie i omówienia trasy oraz innych szczegółów. Na pokładzie łodzi poza dwoma osobami z załogi i instruktorem znalazłem się ja, para ze Szwecji i jeden Niemiec. W takim składzie wypłynęliśmy w godzinny rejs na wyspę Coiba (ok. 500 km² powierzchni), będącą częścią wspomnianego parku narodowego.

 

Już na miejscu miał odbyć się trening przypominający podstawowe zasady nurkowania. W moim przypadku okazało się to bardzo przydatne. Sama wyspa i jej okolica wyglądały naprawdę urokliwie. Po kilkudziesięciu minutach przygotowań ruszyliśmy w stronę wyznaczonego punktu. W wodzie mogliśmy obserwować wiele ciekawych zwierząt, m.in. mureny czy manty. Nie był to natomiast dobry sezon na wytropienie rekinów wielorybich czy żarłaczy tygrysich. Po ponad 20 min. od zejścia na dno całkowicie zużyłem swój tlen i musiałem wracać na górę. Czułem pewien niedosyt, bo chciałem jednak zobaczyć więcej.

 

Powrót uprzyjemniła nam niezapowiedziana atrakcja. W pewnym momencie para ze Szwecji zauważyła, że asystują nam 3 delfiny! Co chwilę wyskakiwały z wody w odległości ok. 1 metra od łodzi. Widok był fantastyczny. Pierwszy raz widziałem te sympatyczne ssaki na wolności w ich naturalnym środowisku i nigdy tego nie zapomnę, nawet mimo utraty filmu wideo, który udało mi się wówczas nagrać. Niespodziewana przygoda stała się tematem naszych rozmów już do końca dnia. Po powrocie zjedliśmy kurczaka w sosie kokosowym i poszliśmy spać. Następnego dnia wyruszyłem w kierunku północno-zachodniego wybrzeża Panamy.

 

Nurkowanie w towarzystwie żółwi

 visitpanama 6252876118

© AUTORIDAD DE TURISMO DE PANAMÁ (ATP)

 

Raj odnaleziony

 

Cel mojej kolejnej wyprawy stanowił archipelag Bocas del Toro. Tworzy go kilkanaście większych wysp i ok. 250 wysepek, z których kilka pozostaje zamieszkanych. Najważniejszą wśród nich jest Isla Colón, czyli Wyspa Kolumba (o powierzchni ponad 61 km²), ze stolicą tutejszej prowincji Bocas del Toro noszącą tę samą nazwę, co cały region administracyjny. Miasto liczy w przybliżeniu 8 tys. mieszkańców. Aby dostać się na archipelag, najpierw musimy dojechać do miejscowości Almirante, gdzie należy skorzystać z taksówki wodnej, zabierającej średnio 7–9 osób (za taki kurs zapłacimy 7 dolarów od osoby w jedną stronę, podróż trwa mniej więcej 45 min.). Możemy tu też dolecieć w godzinę samolotem linii Air Panamá z lotniska Albrook w Ciudad de Panamá (koszt biletu powrotnego to ok. 250 dolarów).

 

Na północno-zachodnim brzegu Isla Colón leży Boca del Drago. Ta niewielka osada (a właściwie skupisko kilku domów) przypomina prawdziwy raj. Wśród kołyszących się przy uroczej plaży palm panuje błoga cisza. Nie ma tutaj sklepów, chińskich zabawek i przepełnionych koszów na śmieci. Jest za to dużo hamaków zamocowanych między drzewami. Po prostu wiszą i czekają na chętnych, dostępne bez żadnej opłaty. Nikt nie kładzie na nich swojego ręcznika z samego rana, żeby je zająć. Hamaków wystarczy dla wszystkich. Przystanek autobusowy stanowi palma. Wokół niej zakręca bus, który nas przywiózł. W osadzie znajdują się tylko dwa hostele oraz klimatyczne chatki do wynajęcia (cabañas), a także działają restauracje z wyśmienitymi daniami, typowymi dla kuchni karaibskiej. Wciąż mało kto wie o tym miejscu i chyba lepiej, aby tak zostało.

 

W pobliżu położona jest jedna z największych atrakcji wyspy – Playa de las Estrellas (Playa Estrella),czyli plaża, przy której możemy spotkać cudowne rozgwiazdy. Turyści zazwyczaj wolą nocować w Bocas del Toro, a w tę okolicę wybierają się z wycieczką zorganizowaną, co kosztuje ok. 20–30 dolarów. Za przejazd busem zapłacimy 5 dolarów. Przechadzki przepiękną plażą prowadzącą do Playa de las Estrellas nie da się wycenić. Uważam, że to przeżycie wyjątkowo wartościowe.

 

W Boca del Drago spędziłem 3 dni, w tym Wigilię i pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia. Codziennie szedłem na plażę i ładowałem baterie, leżałem na hamaku i czytałem. W okolicy jedynym miejscem przystosowanym do ruchu turystycznego jest Playa de las Estrellas, ale i ona nie utraciła z tego powodu swojego dziewiczego uroku. Owszem, można tu znaleźć białe plastikowe leżaki, drogie restauracje (zazwyczaj zbudowane z drewna) i reklamy popularnych napojów, a z głośników rozbrzmiewa radosna muzyka reggae. Ja traktowałem jednak to zestawienie jako swoisty klimat tego zakątka. Boca del Drago stanowi prawdziwą oazę spokoju, zachwyci osoby chcące zrelaksować się przez kilka dni w ciszy i z dala od tłumów. Odcięciu od świata sprzyjają nawet przerwy w dostawach energii elektrycznej – z prądu korzysta się tylko przez mniej więcej 5 godz. dziennie, między 18.00 a 23.00, przynajmniej w hostelach, w których nocowałem. A jeśli zatęsknimy za widokiem ludzi, wystarczy, że wybierzemy się wraz z innymi na plażę na podziwianie rozgwiazd.

 

Atrakcje archipelagu

 

Na Isla Colón warto odwiedzić również wspomnianą stolicę prowincji. W Bocas del Toro możemy dobrze zjeść w ciągu dnia i poimprezować w nocy. Tutejsze bary, puby i dyskoteki są otwarte do białego rana. Nie musimy się w nich obawiać o swoje bezpieczeństwo. Oprócz tego jeśli nie będziemy zapuszczać się poza główne ulice i spacerować samotnie, z pewnością nic się nam nie stanie. Po zapadnięciu zmierzchu turyści często wyruszają na pobliską długą i zalesioną wysepkę Carenero (Isla Carenero, 0,94 km² powierzchni). Krótki rejs łodzią, która kursuje bez przerwy, kosztuje 1 dolara. Tu także czeka na nas dobra zabawa. W lokalach gra się lokalną muzykę lub hity popularne w Europie czy Stanach Zjednoczonych.

 

Po nocnych szaleństwach warto udać się na 7-kilometrową plażę Bluff (Playa Bluff). W jednej z tutejszych restauracji zamiast stolików natknęliśmy się na łóżka ustawione przy brzegu morza. Uznaliśmy to za wspaniały pomysł. Jeśli pójdziemy dalej wzdłuż plaży, trafimy na miejsce oblegane przez surferów ze względu na niesamowite fale, wysokie na 2–4 m.

 

Na wyspie polecam zajrzeć też do prywatnego Ogrodu Botanicznego Finca Los Monos. Dzięki takiej wizycie poznamy bogatą florę i faunę tego regionu. Osoby spacerujące alejkami otacza prawdziwa feeria barw i niezliczone ilości egzotycznych kwiatów, a nad ich głowami lata mnóstwo małych kolibrów.

 

Na północ od Isla Colón znajduje się Isla Pájaros – Wyspa Ptaków. To raczej grupa połączonych skał wystających z Morza Karaibskiego pokrytych bujną roślinnością. Prezentuje się jednak niezmiernie malowniczo. Ten cud natury cieszy się dość dużym zainteresowaniem wśród turystów. Zdecydowanie warto go zobaczyć na własne oczy.

 

Innym popularnym miejscem są bezludne Cayos Zapatilla – dwie małe wysepki (0,48 km² powierzchni) oddalone o ok. 50 min. rejsu łodzią od stolicy prowincji. Na wyprawę na nie należy zarezerwować sobie co najmniej pół dnia. Za taką wycieczkę bezpośrednio u właściciela łodzi zapłaciliśmy 10 dolarów za osobę, podczas gdy lokalne agencje turystyczne oferowały ją za 30–40 dolarów. Abyśmy mogli odbić od brzegu, musi zebrać się odpowiedniej wielkości grupa chętnych (przynajmniej 8–9 osób). W drodze powrotnej warto zatrzymać się w Morskim Parku Narodowym Wyspy Bastimentos (Parque Nacional Marino Isla Bastimentos), gdzie w trakcie snorkelingu przyjrzymy się licznym mieszkańcom podwodnego świata. Tego rodzaju rejs zazwyczaj zapewnia każdy właściciel łodzi, a w opłatę wliczony jest również sprzęt do nurkowania powierzchniowego.

 

Podróże po kraju

 

Na koniec chciałbym jeszcze krótko opisać sposoby przemieszczania się między różnymi punktami na mapie kraju. Samoloty z Europy (Frankfurtu nad Menem, Madrytu, Paryża, Amsterdamu i Stambułu) lądują na Międzynarodowym Lotnisku Tocumen (Aeropuerto Internacional de Tocumen), skąd do centrum panamskiej stolicy można dojechać taksówką, zwykły autobusem albo kolorowym chicken busem. Oczywiście, w tym pierwszym przypadku należy negocjować cenę. Po Panamie najlepiej podróżować samochodem bądź środkami autobusowego transportu zbiorowego. W kraju działa także kolej (Ferrocarril de Panamá), łącząca Atlantyk z Pacyfikiem, ale z niej nie korzystałem, bo nie było takiej potrzeby. W stolicy poruszałem się taksówkami lub komunikacją miejską, która funkcjonuje bardzo dobrze, zwłaszcza w części biznesowej i turystycznej. Cały system transportu publicznego jest zintegrowany. Podobnie jak w wielu dużych miastach na świecie, musimy kupić plastikową kartę i wpłacić na nią określoną sumę pieniędzy, które później wydajemy na przejazdy autobusami i metrem (odczytu dokonuje się przy wejściu). Główny stołeczny terminal autobusowy znajduje się przy modnym centrum handlowym Albrook Mall – Gran Terminal Nacional de Transporte de Panamá. Stąd dojedziemy do niemal każdego zakątka w Panamie, włącznie z Bocas del Toro. Oczywiście, po drodze czasem będą konieczne przesiadki (np. do Santa Catalina).

 

Do części rejonów można również dolecieć. Samolotem dostaniemy się np. do Bocas del Toro, choć ten środek transportu wybierają jednak nieliczni z uwagi na dość duży koszt biletu. Krajowe linie lotnicze Air Panamá oferują obecnie połączenia do siedemnastu miejsc leżących w panamskich granicach oraz do San José (stolicy Kostaryki) i dwóch miast w Kolumbii (Armenii i Medellín). Trzeba pamiętać, że niektóre loty są sezonowe. Jeśli nasz budżet na tym zbytnio nie ucierpi, warto skorzystać z usług tego przewoźnika, bo podróżowanie samolotem to z pewnością najwygodniejszy i najszybszy sposób poruszania się po Panamie. Połączeń oferowanych ze stolicy przez Air Panamá nie obsługuje jednak Międzynarodowe Lotnisko Tocumen, ale Międzynarodowy Port Lotniczy Marcosa A. Gelaberta (Aeropuerto Internacional Marcos A. Gelabert) położony przy Albrook Mall.

 

Ta część Ameryki Centralnej wciąż pozostaje dla Polaków ziemią nieznaną. Większość z nich niewiele wie o jej historii i mieszkańcach. Dlatego wyprawa do Panamy ma w sobie coś z odkrywania Nowego Świata. Ten kraj potrafi zachwycić swoim pięknem i nadal można w nim znaleźć prawdziwie rajskie zakątki. Kto zdecyduje się go odwiedzić, przeżyje fascynującą przygodę, której nigdy nie zapomni.

 

Na północ przez Litwę, Łotwę i Estonię

Drewniana kaplica w Kiernowie nad Wilią
Kernav - Laimonas Ciunys
© WWW.LITHUANIA.TRAVEL/LAIMONAS CIŪNYS

Potężne tallińskie średniowieczne mury obronne z basztami i bramami

panorama-tornidevaljak

© VISIT ESTONIA/KAUPO KALDA

Piękna fasada Domu Bractwa Czarnogłowych na Starym Mieście w Rydze

house-of-the-blackheads

© WWW.LATVIA.TRAVEL

KATARZYNA BYRTEK


Litwa, Łotwa i Estonia, choć na pierwszy rzut oka wydają się do siebie podobne, są jednak całkiem inne. Podróż po tych trzech bałtyckich krajach będzie z pewnością pełna porównań, ale też nietypowych atrakcji. Zwiedzanie parku z socjalistycznymi pomnikami i wyspy, na której rządzą kobiety, podziwianie mnóstwa wspaniałych secesyjnych budynków, spacer po bagnach i oglądanie białych nocy – to wszystko przeżyjemy podczas naszej wyprawy. Ruszamy na północ!

Więcej…

Kolumbia – istnieje duże ryzyko zakochania

MICHAŁ DOMAŃSKI

 

Kolumbia jest niewiarygodnie różnorodnym i czarującym tropikalnym krajem. Słynie z wybornej kawy i nieskazitelnie czystych, najpiękniejszych szmaragdów na świecie. To właśnie na tej fascynującej ziemi narodziła się słynna legenda o El Dorado oraz magiczna wioska Macondo stworzona przez Gabriela Garcíę Márqueza, kolumbijskiego powieściopisarza, laureata Nagrody Nobla. W Kolumbii znajdziemy niesłychanie piękne krajobrazy i rozległe, dziewicze plaże. Ten południowoamerykański kraj zamieszkują również ciepli, otwarci, sympatyczni i gościnni ludzie. Nie dziwi więc fakt, że promuje go na całym świecie kampania zatytułowana Colombia, el riesgo es que te quieras quedar, co oznacza Kolumbia, jedyne ryzyko jest takie, że będziesz chciał zostać. I rzeczywiście, łatwo zakochać się w tutejszych pocztówkowych widokach, cudownej muzyce i żywiołowych tańcach, przyjaznych mieszkańcach, pysznej kuchni, szalonych karnawałach, kolorowych targach, barwnych lokalnych świętach i spontanicznych fiestach, czy też we wspaniałym rękodziele artystycznym... Odwiedzając ten fascynujący kraj, ryzykujemy, że może stać się on naszą pasją!        

Więcej…