KATARZYNA BYRTEK
<< Ten kraj serdecznych ludzi, gdzie przepyszne piwo leje się strumieniami od południa do późnej nocy, słynie przede wszystkim ze swojej stolicy, nazywanej Miastem Stu Wież i Złotą Pragą, obowiązkowego przystanku w podróży dla turystów przyjeżdżających do niego z całego świata – od Japonii przez Rosję po państwa Ameryki Południowej. Znajdziemy w nim jednak także wiele romantycznych zabytkowych zamków i dobrze zachowanych wiekowych miasteczek czy też idealne tereny do aktywnego wypoczynku. Dlatego warto zostać na czeskiej ziemi tak długo, jak to tylko możliwe. >>

Czechy jako kierunek wyjazdowy są atrakcyjne przez cały rok. Wiosna to najlepszy czas na wizytę w Pradze, gdzie przed sezonem noclegi bywają tańsze, a po moście Karola przechadza się dwa razy mniej przyjezdnych. Latem nie będą się tu nudzić amatorzy turystyki rowerowej, wodnej czy pieszej oraz miłośnicy festiwali muzycznych (np. Colours of Ostrava), teatralnych czy wreszcie historycznych, które organizuje się na licznych zamkach. Na jesieni można wziąć udział w winobraniu w jednym z morawskich miasteczek, a zimą zapakować narty zjazdowe lub popularne tutaj biegówki i wybrać się do górskiego Harrachova czy Pecu pod Śnieżką. Jedno jest pewne – piwo i knedliki z gulaszem smakują u naszych sąsiadów tak samo dobrze przez 365 dni w roku.

Położona w Europie Środkowej Republika Czeska, nazywana przez swoich obywateli Česko, dzieli się na trzy krainy historyczne – Czechy na zachodzie, Morawy na wschodzie oraz mały kawałek Śląska z przemysłową Ostrawą. Kraj graniczy z Polską, Niemcami, Austrią i Słowacją, z którą od 1918 do końca 1992 r. tworzył jedno państwo – Czechosłowację. Mieszka w nim 10,5 mln ludzi, z czego aż ponad jedna dziesiąta w uroczej stolicy.

PRASKIE SPACERY
Najpopularniejsze miasto Republiki Czeskiej stanowi – oczywiście – Praga, którą rocznie odwiedza powyżej 5 mln turystów. Z północy na południe przecina ją największa czeska rzeka Wełtawa. Na wysokości dzielnic Staré Město i Malá Strana jej brzegi spina ukończony w 1402 r. kamienny most Karola (Karlův most). Jego budowę, na zlecenie cesarza Karola IV Luksemburskiego (1316–1378), rozpoczęto o godz. 5.31 dnia 9 lipca 1357 r. Data ta nie jest przypadkowa – kiedy dobrze jej się przyjrzeć, okazuje się, że cyfry układają się w magiczny palindrom: czytane czy to od lewej do prawej, czy na odwrót, zachowują ten sam porządek (1 3 5 7 9 7 5 3 1). Spaceru po moście nie wolno sobie odpuścić, najlepiej jednak przyjść bardzo wcześnie rano, żeby uniknąć tłumów i podziwiać budzącą się dopiero ze snu czeską stolicę.
Wspomniane Staré Město (po prawej stronie rzeki) i Malá Strana (na lewym brzegu Wełtawy) oraz Zamek Praski (Pražský hrad) to zdecydowanie najatrakcyjniejsze turystycznie rejony Pragi, wpisane zresztą na prestiżową Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. W centrum Starego Miasta znajduje się Rynek Staromiejski (Staroměstské náměstí) z zabytkowym Ratuszem Staromiejskim z XV-wiecznym astronomicznym zegarem nazywanym Orlojem. Zaprojektował go mistrz Hanuš (Jan Růže). Podobno dzieło to tak spodobało się władcy, że rozkazał oślepić rzemieślnika, żeby już nigdy na życzenie żadnego innego fundatora nie zaprojektował nic tak pięknego. Jednak ślepy zegarmistrz zemścił się, zatrzymując skomplikowany mechanizm, i przez długi czas wielu ludzi głowiło się, jak go naprawić. Dziś o każdej pełnej godzinie z małych okienek nad tarczami zegara wyglądają figurki przedstawiające 12 apostołów.
Wokół Rynku Staromiejskiego dobrze jest zagubić się pośród poplątanych, wąskich ulic, wyznaczonych przez zdobione fasady kamienic, z których najstarsze powstały jeszcze w okresie gotyku. Na ich parterach mieszczą się sklepiki z pamiątkami, urokliwe kawiarnie, restauracje i galerie z rękodziełem. Do dzielnicy przylega Nové Město, założone w XIV w. Przebiega przez nie długi wielkomiejski bulwar plac Wacława (Václavské náměstí) zwieńczony budynkiem Muzeum Narodowego (Národní muzeum). Pod tą placówką stoi też pomnik św. Wacława na koniu, pod którego ogonem najczęściej spotykają się prażanie. Warto zobaczyć również jego alternatywną wersję autorstwa Davida Černego w Pałacu Lucerna (wejście od ul. Vodičkovej lub Štěpánskiej). Václavák, bo tak plac Wacława nazywają Czesi, żyje o każdej porze dnia i nocy – rano ludzie przemierzają go śpiesznie w drodze do pracy, koło południa zapełnia się zagubionymi turystami, wieczorem wszyscy wyruszają stąd do barów i nocnych klubów.
Odwiedziny w Pradze nie będą kompletne bez wspinaczki uliczkami Malej Strany, które prowadzą na Hradczany i Zamek Praski. Nad siedzibą władców dominuje budowana niemal 6 wieków strzelista Katedra św. Wita, Wacława i Wojciecha, gdzie przechowuje się insygnia królewskie, a także obejrzymy groby królów oraz witraż genialnego artysty Alfonsa Muchy (1860–1939).
Na zwiedzanie czeskiej stolicy zarezerwować trzeba przynajmniej 2 pełne dni, choć wystarczy to jedynie na szybką wycieczkę po najważniejszych atrakcjach. Kto ma więcej czasu lub planuje kolejną wizytę w mieście, powinien zaryzykować i przejść się raczej nieutartymi szlakami: zobaczyć wzgórze Wyszehrad (Vyšehrad), wypić piwo w jednej z lokalnych knajp w dzielnicy Žižkov, pooglądać przepiękne wille na Vinohradach. Można także po prostu vykašlet se na Prahu („olać Pragę”), jakby powiedzieli Czesi, i ruszyć na poszukiwanie prawdziwych Czech.

OD KNEDLIKA DO ROHLÍKA
Podczas podróży nie wolno zapomnieć o porządnym posiłku, który da nam energię na kolejne godziny zwiedzania. Czeska kuchnia nie należy do najbardziej dietetycznych. Popularne są w niej zupy – czosnkowa, gulaszowa czy flaczki. Jedno z najpopularniejszych dań stanowią dobrze znane knedliki, występujące najczęściej w dwóch rodzajach: bramborové (ziemniaczane) o żółtawym kolorze i houskové (bułkowe), typowe białe. Podaje się do nich obowiązkowo różne mięsne sosy, które pasują do głównej pozycji w tutejszym menu, czyli mięsa. Koniecznie trzeba spróbować np. svíčkovej – wołowiny z sosem ze zmiksowanych warzyw i śmietany, udekorowanej żurawiną i bitą śmietaną.
Ze znalezieniem odpowiedniej potrawy mogą mieć w tym kraju trudność wegetarianie, szczególnie że w karcie pod hasłem „dania bezmięsne“ figuruje często smażony ser podawany nie tylko z frytkami i ziemniakami oraz sosem tatarskim, ale też z szynką. Zapytany o powód takiego pomieszania kelner ze zdziwieniem odpowie nam zapewne, że przecież szynka to nie mięso...
Najciekawszym elementem czeskiej kuchni są zagryzki do piwa czy wina. Miejscowe knajpy proponują m.in. ser pleśniowy marynowany ok. 2 tygodnie w oleju z przyprawami i papryczkami tzw. nakládaný hermelín, pokrojone kiełbaski czy salceson (tlačenka) oraz utopence, czyli przekąski przypominające specjalnie marynowane grube parówki. Wszystko to podaje się z pieczywem: chlebem (koniecznie z kminkiem) lub podłużnymi bułkami rohlíkami.  

ZA MIASTO
Okolice Pragi i cała historyczna kraina Czechy uchodzą nie bez przyczyny za niemal tak samo atrakcyjne jak stolica. To świetne rejony dla osób lubiących aktywny tryb życia – na północy ciągną się pasma górskie graniczące z Polską, południe zajmuje chroniony region Szumawa (Šumava), z którego wypływa królowa czeskich rzek Wełtawa. Republika Czeska słynie też z setek zamków. Szacuje się, że w przeliczeniu na jednego mieszkańca, tylko Francja ma ich więcej niż właśnie Česko. Na dodatek, kraj jest skomunikowany najgęstszą siecią kolejową w Europie (będącą w bardzo dobrym stanie), a pociągiem dojedziemy nawet do najmniejszych wiosek.

FOT. CZECHTOURISM.COM/PAWEL OUREDNIK

Jezioro Czarne w Obszarze Chronionego Krajobrazu Szumawa

Koleją bez problemu dotrzemy do najchętniej odwiedzanego zamku niedaleko Pragi. Karlštejn wzniesiono w XIV w. na polecenie wspomnianego już cesarza Karola IV. Najwspanialszy jego skarb stanowi bogato zdobiona Kaplica św. Krzyża, gdzie kiedyś przechowywano cesarskie klejnoty koronne, a dziś obejrzymy setki drogocennych kamieni, 129 gotyckich obrazów świętych i detale ze szkła weneckiego. Najkorzystniej przyjechać tu we wrześniu, kiedy w pobliskim miasteczku organizuje się wielkie winobranie uświetniane przejściem orszaku królewskiego.
Mniej więcej 100 km na północny wschód od Pragi leży ponad 100-tysięczny Liberec, do którego warto udać się szczególnie z dziećmi. W miejscowym Centrum Babylon można poszaleć w aquaparku lub lunaparku, z kolei niedawno otwarta, niezmiernie nowoczesna iQLANDIA przed swoimi gośćmi odkrywa tajniki nauki i techniki. Na zwiedzających czekają w niej nie tylko interaktywne wystawy, ale także planetarium 3D, laboratorium i specjalne pokazy nazwane science show. Oprócz tego w jednej z sal przygotowano ekspozycję prezentującą czeskich wynalazców, a wśród nich Františka Křižíka (1847–1941) – twórcę nowego rodzaju lampy łukowej, który zbudował w 1888 r. pierwszą elektrownię w Czechach (w praskiej dzielnicy Žižkov). Z Liberca wybierzemy się również na przyjemną wycieczkę górską na szczyt Ještěd (1012 m n.p.m.), gdzie stoi 3-gwiazdkowy hotel z restauracją o charakterystycznym futurystycznym kształcie.

PRAGA W MINIATURZE
W odległości 170 km na południe od stolicy znajduje się jedna z najbardziej malowniczych i urokliwych czeskich miejscowości – Český Krumlov – której zabytkowe centrum i stojący na wzgórzu zamek wpisano w 1992 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Niektórzy uważają ją za miniaturową Pragę. Tutejsze zabudowania zamkowe to drugi pod względem powierzchni (po obiekcie na praskich Hradczanach) taki kompleks w Czechach. Wejścia na tzw. Hrádek (Zameczek) strzeże fosa z dwoma niedźwiedziami, ulubieńcami dzieci. Trakt prowadzi obok potężnej, oryginalnej 6-piętrowej wieży do świetnie zachowanego Górnego Zamku, z którego mostów i tarasów rozciągają się niespotykane widoki na położone u jego stóp miasto. Po przejściu przez aż 5 dziedzińców dochodzi się do rozległych Ogrodów Zamkowych z wyjątkowym na skalę europejską teatrem – jego scena w czasie przedstawienia powoli się obraca. Odbywające się w nim tylko w sezonie spektakle cieszą się tak dużą popularnością, że bilety na nie trzeba kupować z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem.
W trakcie ciepłych miesięcy przecinająca miasteczko wstążka Wełtawy zapełnia się kajakami i pontonami raftingowymi, bo Český Krumlov przyciąga także miłośników spływów, które to po czesku nazywają się wyjazdami „na wodę“.

„NA VODU” CZY „NA CHATU”
Czesi kochają aktywny odpoczynek na łonie natury. Odcinek między Vyšším Brodem a wspomnianym Českým Krumlovem to najbardziej standardowa trasa wypadowa na wycieczki kajakowe lub rafting. Przy Wełtawie znajdują się wielkie kempingi, gdzie za rozsądną cenę można rozbić namiot, posilić się kiełbaską z grilla i koniecznie napić się zimnego piwa. Czasem ta dość bezpieczna rzeka wygląda jak jedna wielka impreza – grupki wesołych młodych ludzi przewożących zgrzewki z napojami na pontonach przepływają obok specjalnych miniprzystani, gdzie kupuje się złocisty trunek i słynny kubański koktajl mojito na wynos bez wysiadania z kajaka.
Wielu zwolenników posiada w tym kraju również turystyka rowerowa, a ścieżki i trasy przygotowano do miejscowych zwyczajów – obowiązkowo co kilka kilometrów rozmieszczono na nich bary lub małe hospody, gdzie uzupełnia się płyny, czyli odświeża się zimnym piwem.
Właściwie każda czeska miastowa rodzina ma swoją chalupę, domek w górach, nad jeziorem lub na wsi, ewentualnie ogródek działkowy, dokąd ucieka już przy pierwszych oznakach dobrej pogody. W upalne letnie dni Praga zostaje wręcz opuszczona przez Czechów.

NA ZACHODZIE
Ok. 90 km na południowy zachód od stolicy leży Pilzno słynące ze znanego na całym świecie jasnego piwa Pilsner Urquell, które warzone jest w nim do dziś. Sporych rozmiarów browar, główną atrakcję miasta, udostępniono do zwiedzania.
Zachodni region Czech to przede wszystkim miejscowości uzdrowiskowe. Najpiękniejsze i najsławniejsze są Karlowe Wary (Karlovy Vary). Ich niezmiernie malowniczą zabytkową część wybudowano w dolinie rzeki Teplá. Widok na rzędy przepięknych, dobrze zachowanych kamienic burzy tylko ciemna bryła niezbyt zgrabnego Hotelu Thermal z kompleksem basenów, powstałego pod koniec lat 70. XX w.

FOT. CZECHTOURISM.COM/LADISLAV RENNER

Pięknie zdobiona Kolumnada Targowa w uzdrowisku Karlowe Wary


Warto tu wpaść choćby na jeden dzień, napić się leczniczej wody z charakterystycznych kubeczków z długim lejkiem i odwiedzić Muzeum Jana Bechera (Jan Becher Muzeum), który wynalazł ziołowy likier Becherovka. Jego receptura, idealne połączenie ponad 20 ziół, to najpilniej strzeżona karlowarska tajemnica. W mieście przyda się znajomość języka rosyjskiego – od kilku lat z upodobaniem oblegają je bogaci Rosjanie.

NA ZDROWIE!
Wprawdzie zwyczaj ten już zanika, ale na czeskiej ulicy ciągle czasem spotkamy ubranych swojsko panów, którzy z wielkim pustym dzbanem idą w kierunku najbliższej hospody, żeby zaopatrzyć się w piwo na wynos. Prawda jest taka, że o tym bursztynowym trunku można by pisać godzinami. Osoby niezainteresowane zbytnio samą sztuką piwowarską powinny jednak zapoznać się z podstawowymi informacjami przydatnymi w miejscowych pubach. Prawdziwe czeskie piwo musi mieć porządną pianę, a oznacza się je nie tylko zgodnie z kolorem: jasne (světlé), ciemne (tmavé lub černé) lub mieszane (řezané), ale także stopniem nasycenia ekstraktem. Najczęściej dostępne rodzaje mają  10° (np. Gambrinus), tzw. desítka, lub 12° (np. Pilsner) – dvanáctka. W lokalach specjalizujących się w serwowaniu tego trunku podaje się 16° czy nawet 24°. Im wyższy stopień, tym piwo będzie bardziej intensywne, ale też mocniejsze. W dobrych tradycyjnych gospodach następnej kolejki nie trzeba zamawiać: kiedy kończymy pić, przychodzi kelner i stawia nową pełną szklankę. Tylko stanowcze „dziękuję” wypowiedziane w momencie pojawienia się obsługi zapewni nam świeżą głowę następnego ranka. Choć Česko słynie wzdłuż i wszerz z przepysznych i tanich piw, mało kto wie, że dużą popularność zdobyły sobie również lokalne wina morawskie ze szczepów białych rulandské šedé, veltlínské zelené czy Müller Thurgau i czerwonych Modrý Portugal czy frankovka. Do wyboru mamy ich wersję standardową w szklanej zakorkowanej butelce lub tzw. stačené, zlewane z wielkiej beczki do różnych rozmiarów plastikowych pojemników.
Na jesieni spróbujemy czeskiej specjalności – burčáka, czyli bardzo młodego, jeszcze pracującego wina. Smakuje trochę jak mętny, podpsuty sok jabłkowy, ale delikatne bąbelki szybko uderzają do głowy i powodują nagłe uczucie upojenia. Z każdym dniem świeży burczak robi się intensywniejszy. Napój ciągle fermentuje, więc przy chowaniu go do lodówki trzeba pamiętać, aby lekko odkręcić zakrętkę. W przeciwnym wypadku może po prostu wybuchnąć. Wino to nie jest przeznaczone do długiego przechowywania.

ROMANTYCZNE MORAWY
Najsmaczniejsze wina dostaniemy bezpośrednio od producentów. Wystarczy pojechać na Morawy, głównie do ich południowej części, gdzie winiarze oferują zakwaterowanie w małych hotelach czy pensjonatach połączone z degustacją w piwniczce winnej. Właściciel winnicy chętnie wytłumaczy gościom różnice między podstawowymi gatunkami szlachetnego trunku, a potem zapewni im miły wieczór z alkoholem ze swoich wielkich beczek.
Również w tym regionie znajdują się miejsca uważane za na tyle cenne, że wpisano je na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO (w sumie w całych Czechach jest ich aż 12). W historycznej stolicy Moraw, Ołomuńcu, na głównym rynku stoi XVIII-wieczna Kolumna Trójcy Przenajświętszej, pomnik typowy dla Europy Środkowej. Brno z kolei, poza zabytkowym Starym Miastem, szczególnie chlubi się obiektem powstałym już w I połowie XX w., czyli spektakularną funkcjonalistyczną Willą Tugendhatów, stworzoną przez modernistycznego architekta niemieckiego Ludwiga Miesa van der Rohe (1886–1969).
Jadąc jeszcze dalej na południe, dotrzemy do przeuroczego winnego miasteczka Mikulov, idealnego na romantyczny weekend we dwoje w małym rodzinnym pensjonacie lub hotelu. Nieduża, 7-tysięczna miejscowość zachwyca urokliwym historycznym centrum oraz zabytkami kultury żydowskiej – XVI-wieczną synagogą i rozległym cmentarzem (największym na Morawach). W znacznych rozmiarów barokowym zamku ma swoją siedzibę Muzeum Regionalne, prezentujące m.in. wystawy o tradycyjnej lokalnej sztuce winiarskiej.

FOT. CZECHTOURISM.COM/LADISLAV RENNER

Panorama zabytkowego historycznego centrum Mikulova z zamkiem

 

Co roku we wrześniu odbywa się tu Pálavské Vinobraní – trwające 3 dni święto wina (w tym roku od 12 do 14 września) urozmaicone degustacjami, koncertami i innymi atrakcjami, którym patronuje król Wacław IV (żyjący w latach 1361–1419). Zaledwie kilka kilometrów od Mikulova leży wspaniały zespół pałacowo-parkowy rozciągający się na powierzchni 300 km² między miejscowościami Lednice i Valtice. Nie pozostaje nam tutaj nic innego, jak wypożyczyć rowery i w cieniu drzew angielskiego parku podziwiać perły architektury barokowej, romantycznej i neogotyckiej, a wieczorem przy zachodzącym słońcu zasiąść w klimatycznej mikulovskiej gospodzie i raczyć się wybornym schłodzonym winem oraz domowym nakládaným hermelínem.

Artykuły wybrane losowo

Dziewiczy Honduras – tutaj jest wszystko

 

MICHAŁ DOMAŃSKI

 

Ten mało znany w Polsce kraj uważa się za jeden z najpiękniejszych w Ameryce Środkowej, a jednocześnie niezadeptany przez turystów i ciągle dziewiczy. Serca podróżników zdobywają w nim malownicze, soczyście zielone góry porośnięte gęstymi lasami, rwące rzeki, bezcenne zabytki Majów, rajskie wyspy na Morzu Karaibskim, przepiękna rafa barierowa, olbrzymia dziewicza tropikalna dżungla, sympatyczni i gościnni mieszkańcy czy też wyśmienita miejscowa kawa… Doskonale czują się tutaj miłośnicy prekolumbijskich kultur, latynoskiej muzyki, plażowania oraz amatorzy raftingu, nurkowania i trekkingu. O jakim kraju mowa? O tajemniczym i zapierającym dech w piersiach Hondurasie…

Więcej…

Gwatemala – serce świata Majów

HANNA BORA

www.sledznas.pl

<< Gwatemala to z pewnością jeden z najciekawszych krajów Ameryki Centralnej. Zachwyca wielką różnorodnością. Można tu zagubić się w bujnym tropikalnym lesie podczas odkrywania pozostałości cywilizacji Majów, wspinać się na majestatyczne wulkany, kąpać się w turkusowych wodospadach, odwiedzać kolonialne miasta i kolorowe targi. Nic dziwnego, że to miejsce staje się coraz bardziej popularnym celem podróży dla turystów z całego świata. Zdecydowanie warto wybrać się do Gwatemali. >>

 

Wzniesiony pod koniec XVII stulecia Łuk Świętej Katarzyny w mieście Antigua

© JACEK ŚLEDZIŃSKI/WWW.SLEDZNAS.PL

 

Ten kraj graniczy z Meksykiem, Belize, Hondurasem i Salwadorem. Ma wybrzeże zarówno nad Morzem Karaibskim, jak i nad Pacyfikiem. Przez terytorium Gwatemali przebiega łańcuch Kordylierów Południowych z licznymi wulkanami.

Nasza wyprawa do tej części Ameryki Centralnej była niezapomnianym przeżyciem. Czas spędzaliśmy na trekkingach i wycieczkach do gwatemalskich cudów natury. Z zainteresowaniem poznawaliśmy też miejscową kulturę – podziwialiśmy pozostałości cywilizacji Majów i odkrywaliśmy zwyczaje ich potomków.

 

WYBUCHOWA NOC

Jest chłodna noc. Kulimy się w naszych śpiworach w namiocie. Na szczęście mamy ze sobą jeszcze koc. Po zachodzie słońca temperatura znacząco spadła. Zerkam na zegarek. Jest dopiero 21.00, do pobudki pozostało ponad 7 godz. Staram się zasnąć. Jednak kiedy tylko zapadam w sen, wyrywa mnie z niego potężny huk. Potem jeszcze przez dłuższą chwilę słychać spadające kamienie. Tej nocy powtórzy się to kilka razy.

Przed naszym namiotem co kilkadziesiąt minut rozgrywa się niesamowite widowisko. Mamy świetny widok na szalejący Wulkan Ognia (Volcán de Fuego, 3763 m n.p.m.) – najbardziej aktywny w Ameryce Centralnej i jeden z niemal 40 znajdujących się w Gwatemali. To niezwykłe doświadczenie. Zanim położyliśmy się spać, wpatrywaliśmy się zahipnotyzowani w gęste obłoki dymu i rozżarzone strumienie lawy spływające po zboczach. Potęga natury jednocześnie przeraża i zachwyca. Trudno od tego spektaklu oderwać wzrok.

Budzimy się o 4.00. Zziębnięci próbujemy ogrzać się kawą przy ognisku. Przed nami ostatni odcinek szlaku na wulkan Acatenango. Spieszymy się, żeby zobaczyć z jego szczytu wschód słońca. Drogę już znamy. Poprzedniego dnia dotarliśmy do naszego obozowiska wczesnym popołudniem i postanowiliśmy wejść na wierzchołek na zachód słońca. Tym razem jednak idzie się trudniej. Panuje zupełny zmrok rozświetlany jedynie światłem naszych czołówek. Przystajemy, kiedy słyszymy głośniejsze pomruki wulkanu, żeby nie ominąć kolejnego wybuchu. Po nieprzespanej nocy bardziej dokucza nam wysokość. Wspinamy się na 3976 m n.p.m.

Gwiazdy powoli bledną i robi się coraz jaśniej. Niebo zaczyna się mienić kolorami. Pomiędzy chmurami przebłyskują światła okolicznych miast. Do wierzchołka niewiele nam już brakuje. Na szczycie spotykamy inne grupy turystów. Poprzedniego wieczoru byliśmy tu sami. Teraz jednak chętnych do podziwiania tego niezwykłego spektaklu jest znacznie więcej. Obecnie dla wielu osób ta nocna wędrówka to największa atrakcja Gwatemali, a w pobliskiej Antigui działa kilkanaście agencji organizujących grupowe trekkingi. Można też dojechać do wioski La Soledad i w niej znaleźć lokalnego przewodnika lub wybrać się w góry samemu, o ile ma się odpowiednie doświadczenie w wyprawach wysokogórskich.

Wschód rzeczywiście jest spektakularny. Słońce wstaje nad kolejnym szczytem – Wulkanem Wody (Volcán de Agua, 3760 m n.p.m.). Jego promienie tańczą pomiędzy chmurami i dodają kolorom ciepła. Fuego wciąż wykazuje aktywność i wypuszcza spore kłęby dymu. Nie musimy się nigdzie spieszyć, więc spokojnie obchodzimy krawędź krateru, podziwiając widoki. Przed nami rozciągają się łańcuchy górskie, leżą jeziora, miasta i mniejsze wioski. W pewnym momencie możemy nawet dostrzec imponujący cień wulkanu. Poza nami nie ma już prawie nikogo. Jest naprawdę magicznie.

Schodzimy też do środka krateru, gdzie znajduje się nieduża, prosta chata. Niewielkie refugio („schronisko”) imienia doktora Axela Carranzy zbudowano tutaj w 2017 r. po tym, jak sześcioro turystów (w tym wspomniany gwatemalski chirurg) zginęło na wulkanie z powodu nagłego załamania pogody. Warunki tego dnia były fatalne – opowiada nam Alberto, spotkany na górze lokalny przewodnik. Radziliśmy im, żeby zawrócili, ale nie chcieli zrezygnować. Wieczorem zerwał się silny wiatr, który porwał ich namioty. Temperatura spadła poniżej zera i większość z nich zmarła z wyziębienia. Mamy nadzieję, że nigdy więcej nie dojdzie do takiej tragedii. Słuchamy jego słów w milczeniu i przyglądamy się tablicom pamiątkowym. Góry są nieprzewidywalne i uczą człowieka pokory.

W drodze powrotnej z wulkanu ekscytacja powoli ustępuje w nas miejsca zmęczeniu. Napakowane ciepłymi ubraniami plecaki ciążą, mięśnie zaczynają się buntować. Zejście zawsze wydaje nam się bardziej monotonne i mozolne, nawet jeśli trwa krócej. Mijamy liczne grupy turystów wdrapujących się na szczyt. Niektórzy wypytują nas o wrażenia. Potwierdzamy, że Wulkan Ognia jest bardzo aktywny i można liczyć na pokaz naturalnych fajerwerków. Sami marzymy już tylko o tym, żeby się położyć i odpocząć.

 

MIASTO W CIENIU WULKANÓW

Na odpoczynek ruszamy do dawnej stolicy hiszpańskiej kolonii Capitanía General de Guatemala (z lat 1540–1776). Antigua (Antigua Guatemala) sprawia wrażenie, jakby czas się w niej zatrzymał. Niska zabudowa, brukowane uliczki, kolonialne budynki w różnych kolorach i dachy pokryte czerwoną dachówką zachwycają turystów. Poza tym rozpościerają się stąd wspaniałe widoki na trzy wulkany: Ognia, Wody i Acatenango. To malownicze położenie dodaje miastu uroku, ale bywało też źródłem nieszczęść. Antigua była wielokrotnie nękana przez trzęsienia ziemi. W 1773 r. została zniszczona niemal doszczętnie, a trzy lata później zarządzający kolonią zadecydowali o przeniesieniu stolicy. Śladami po tym dramatycznym wydarzeniu są liczne ruiny barokowych kościołów. Ich popękane mury przypominają o nieustannym zagrożeniu.

Na spacer po mieście najlepiej wybrać się rano, kiedy ulice wciąż pozostają puste i dopiero budzą się do życia. Łatwiej wtedy wypatrzyć najbardziej klimatyczne zaułki i detale, które składają się na wyjątkowy charakter tego miejsca. Dzień zaczynamy od typowego gwatemalskiego śniadania – desayuno chapín („śniadania mistrzów”). Na stole pojawiają się: jajecznica, pasta z czerwonej fasoli, smażone banany, plasterki awokado, kawałek białego sera i oczywiście tortille – bez nich w Gwatemali nie ma posiłku. Nie sposób się nie najeść. Do tego wypijamy czarną kawę. W końcu to główny towar eksportowy kraju. Niestety, ta podawana w ulicznych jadłodajniach lub na targu zazwyczaj nie jest zbyt mocna.

Po dodającym mnóstwa energii posiłku włóczymy się wąskimi uliczkami i obserwujemy życie mieszkańców, którzy powoli gromadzą się na licznych placach. Z zachwytem patrzymy na tradycyjne, niezwykle kolorowe stroje kobiet. Kierujemy się w stronę żółtego Łuku Świętej Katarzyny (Arco de Santa Catalina). To najbardziej charakterystyczny punkt miasta i jedna z wizytówek Gwatemali. Kawałek za nim znajduje się piękny barokowy Kościół Miłosierdzia (Iglesia de la Merced) ukończony w 1767 r. Siadamy na ławce i przypatrujemy się misternym, białym zdobieniom. Zaraz obskakuje nas grupka dzieciaków próbujących sprzedać nam plecione bransoletki, kolorowe torebki i zabawki. Grzecznie odmawiamy, ale młodzi handlarze nie dają za wygraną i wpatrują się w nas dużymi, ciemnymi oczami. Trudno się nie złamać.

Obowiązkowym punktem na trasie zwiedzania Antigui jest Wzgórze Krzyża (Cerro de la Cruz). Prowadzi na nie rząd schodów, ale na górę można wjechać też taksówką lub samochodem. Kilka lat temu to miejsce nie cieszyło się najlepszą sławą. Podobno zdarzały się tu napady na turystów. Obecnie od rana do zmierzchu patrole policyjne pilnują porządku w okolicy. Na wzgórzu jest spokojnie, spotyka się na nim sporo zakochanych par wymieniających czułości i rodzin z dziećmi. Z Cerro de la Cruz rozciąga się imponująca panorama miasta z Wulkanem Wody w tle. Dopiero stąd widać idealny plan ulic układających się w szachownicę. W środkowym punkcie znajduje się Park Centralny (Parque Central) otoczony najważniejszymi budynkami i przytulnymi kawiarniami. Oglądanie Antigui ze wzgórza to idealne uzupełnienie zwiedzania. Rozpoznajemy odwiedzone wcześniej miejsca i odnajdujemy te, które przez przypadek ominęliśmy.

Pomimo zniszczeń miasto zdołało zachować swój unikatowy, kolonialny charakter. W 1979 r. zostało wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Obecnie Antigua jest jednym z najchętniej odwiedzanych miejsc nie tylko w Gwatemali, ale i całej Ameryce Centralnej. Wielu turystów postanawia zatrzymać się w niej na dłużej. Nie brakuje tu eleganckich hoteli z pięknymi dziedzińcami, budżetowych hosteli, szkół językowych, sklepów z pamiątkami i organiczną żywnością. Mamy wrażenie, że wymyślnych restauracji działa w mieście znacznie więcej niż tanich jadłodajni. Osobom zainteresowanym lokalnym kolorytem polecamy wizytę na głównym targowisku. Tuż za nim znajduje się dworzec, gdzie możemy zobaczyć swoistą wystawę kolejnego symbolu Gwatemali. Lśniące i jaskrawo pomalowane chicken busy są nieodłącznym elementem krajobrazu tego kraju. To stare szkolne autobusy z USA, które otrzymały szansę na nowe życie i sprawdzają się na najtrudniejszych drogach Ameryki Centralnej. Nie sposób ich nie zauważyć. Mienią się wszystkimi kolorami tęczy. Kierowcy wykazują się dużą kreatywnością przy dekorowaniu swoich wehikułów. Często też nadają im imiona, polecają opiece świętych i opatrzności Bożej.

Przejażdżka takim pojazdem to prawdziwa przygoda. Pasażerowie upychani są do granic możliwości, nie zdarza się, żeby dla kogoś zabrakło miejsca. Bagaże i wszelkiego rodzaju pakunki lądują na dachu. Niektórzy przewożą też zwierzęta, głównie kury. Właśnie stąd najprawdopodobniej wzięła się popularna, angielska nazwa. Kiedy nieustraszony kierowca mknie po górskich serpentynach, jego pomocnik wykrzykuje nazwę docelowego miasta, aby wyłapać kolejnych podróżnych. Wtóruje mu donośnie klakson. Czas przejazdu umilają pasażerom ulubione piosenki kierowcy (puszczane z głośników najgłośniej jak się da) oraz niekończące się korowody sprzedawców oferujących przekąski, napoje i masę niepotrzebnych przedmiotów wszelkiej maści.

 

Stożek aktywnego wulkanu Acatenango nocą

©© JACEK ŚLEDZIŃSKI/WWW.SLEDZNAS.PL

 

NAJPIĘKNIEJSZE JEZIORO ŚWIATA

Jeszcze zanim wyjechaliśmy z Antigui nad jezioro Atitlán, zdążyliśmy wiele o tym miejscu usłyszeć. Na cały świat rozsławił je angielski pisarz Aldous Huxley, autor wydanej w 1932 r. powieści Nowy wspaniały świat. To właśnie on stwierdził, że jest najpiękniejszym jeziorem na ziemi i tę opinię do dziś powtarzają niemal wszystkie przewodniki i foldery turystyczne. Od wielu osób słyszeliśmy o malowniczym położeniu, kolorowych majańskich wioskach rozsianych wzdłuż brzegów i niezwykłej energii, która nie pozwala szybko stąd wyjechać. Zazwyczaj podchodzimy do takich zachwytów sceptycznie. Pozwala nam to uniknąć zbędnych rozczarowań. Jednak już na krętej, prowadzącej stromo w dół drodze zaczęliśmy rozumieć, skąd wzięły się te entuzjastyczne oceny. Chcąc nie chcąc, sami ulegliśmy w końcu magii tego miejsca.

Na czym polega urok tej okolicy? Na ten temat krąży wiele legend. Według jednej z nich w czasach konkwisty hiszpański żołnierz zakochał się w pięknej majańskiej dziewczynie, którą ujrzał nad brzegiem jeziora. Niestety, jego wybranka nie zwracała na niego uwagi. Wybrał się więc do lokalnej szamanki z prośbą o pomoc. Otrzymał od niej pierścień i zapewnienie, że jeśli dziewczyna go założy, jej serce będzie należało do niego. Tak rzeczywiście się stało. Choć zakochana para spotykała się potajemnie, wkrótce o związku dowiedział się dowódca oddziału i wpadł w szał. Swojego podwładnego wtrącił do więzienia, a dziewczynę skazał na śmierć. Tuż przed egzekucją zauważył na jej dłoni pierścień. Postanowił go zatrzymać. Po kilku dniach zaczął jednak odczuwać niepokojące przywiązanie do niepokornego żołnierza. Nie potrafił nad nim zapanować. Którejś nocy wypłynął łódką na środek jeziora i wyrzucił pierścień do wody. Od tej pory Atitlán rzuca czar na każdego, kto na nie spojrzy.

Jezioro leży na wysokości ponad 1500 m n.p.m. i wypełnia rozległą kalderę, która powstała w wyniku wybuchu wulkanu ok. 85 tys. lat temu. Ma powierzchnię 130 km2. Otaczają je góry i trzy wulkaniczne szczyty: Atitlán (3537 m n.p.m.), Tolimán (3158 m n.p.m.) i San Pedro (3020 m n.p.m.). Głównym miasteczkiem w okolicy jest Panajachel (w skrócie Pana). W latach 60. XX w. upodobali je sobie hippisi. To najłatwiej dostępne, ale też najbardziej turystyczne miejsce w tym rejonie. Wystarczy jednak wsiąść w wodną taksówkę, aby przenieść się do jednej ze spokojniejszych miejscowości. San Pedro La Laguna cieszy się popularnością wśród osób młodych. Można znaleźć tutaj najtańsze noclegi, szkoły języka hiszpańskiego oraz wiele restauracji i barów czynnych do późna. San Juan La Laguna przyciąga artystów, a San Marcos La Laguna – praktykujących jogę i medytację. Warto wybrać się też do miasta Santiago Atitlán, gdzie można odwiedzić lokalny targ, a także majańskiego boga Maximóna. To nieoficjalny gwatemalski święty, którego drewnianą figurę przyozdabia bandana i kapelusz. Wiele osób zwraca się do niego z prośbami, a w zamian za ich spełnienie zostawia mu pieniądze, alkohol lub papierosy. Atitlán to świetne miejsce na spotkanie z kulturą i tradycjami współczesnych Majów.

Osoby zafascynowane dawnym majańskim imperium powinny zajrzeć pod wodę. W 1996 r. biznesman i nurek Roberto Samayoa natknął się w jeziorze na nietypowe znalezisko. Odkrył podwodne miasto – prawdziwą Atlantydę Majów. Nazwał je Samabaj. Początkowo nikt mu nie wierzył. Po pewnym czasie jednak okazało się, że jego odkrycie jest unikatowe na skalę całej Mezoameryki. Rozpoczęto więc prace archeologiczne. Na ich podstawie badacze doszli do wniosku, że wcześniej była tu niewielka wyspa, która została zatopiona ok. 2 tys. lat temu w wyniku naturalnej katastrofy, takiej jak wybuch wulkanu.

 

TARGOWISKO RÓŻNOŚCI

W niedzielę wybieramy się do Chichicastenango. Leży zaledwie godzinę drogi od jeziora. Na pierwszy rzut oka miasto nie wyróżnia się niczym szczególnym. Jednak dwa razy w tygodniu – w czwartki i niedziele – jego ulice wypełniają się gwarem, kolorami i zapachami, gdy zamieniają się w ogromne targowisko. Można tutaj kupić wszystko. Stragany uginają się od towarów, na wieszakach powiewają pięknie haftowane bluzki (huipiles). Do tego aż roi się od barwnych chust, pasów, toreb i plecaków, wszelkiego rodzaju figurek, obrazków… Łatwo dostać oczopląsu od tych wszystkich kolorów. Targ w Chichi przyciąga jak magnes turystów poszukujących pamiątek z podróży. Z tego względu ceny często są na nim dość mocno zawyżone i trzeba się targować. Targowisko ma jednak też swoją mniej turystyczną stronę – pojawiają się na nim liczne stoiska z warzywami, owocami, ziołami i przyprawami, na których zaopatrują się mieszkańcy okolicznych wiosek.

W samym sercu miasteczka znajduje się Kościół św. Tomasza z Akwinu (Iglesia de Santo Tomás de Aquino). Prowadzi do niego 18 stopni. Zanim na te tereny przybyli Hiszpanie, były to schody majańskiej świątyni. Każdy stopień symbolizuje jeden miesiąc z kalendarza Majów. Nawet dziś można na nich spotkać lokalnych szamanów odprawiających tradycyjne rytuały. Schody okupują również kobiety sprzedające kwiaty, które wierni składają w ofierze. Wszędzie unosi się zapach kadzidła. Choć z zewnątrz kościół nie różni się specjalnie od innych katolickich świątyń, obrzędy odprawiane w środku zupełnie nie przypominają tych powszechnie znanych. Wnętrze jest ciemne, oświetlone jedynie wątłymi płomieniami świeczek. Słyszymy ludzi mruczących modlitwy. Przyglądamy się z zafascynowaniem. Turyści są w kościele mile widziani. Pod żadnym pozorem jednak nie można w nim robić zdjęć.

 

Naturalne turkusowe baseny tworzące niezwykły wodospad Semuc Champey

©© JACEK ŚLEDZIŃSKI/WWW.SLEDZNAS.PL

 

DACH AMERYKI CENTRALNEJ

Kolejnym przystankiem na naszej trasie jest drugie największe miasto Gwatemali – Quetzaltenango, znane też jako Xelajú lub Xela. Nie wygląda ono tak ładnie i fotogenicznie jak Antigua. Spotyka się też w nim zdecydowanie mniej turystów. Nam jednak się tutaj podoba. Włóczymy się bez celu ulicami i zaglądamy na miejscowy targ. Na obiad wstępujemy do gwarnej jadłodajni, gdzie podaje się głównie kurczaka w przeróżnej postaci. Między stołami biegają psy czyhające na smaczne kąski. Najwięcej czasu spędzamy na… cmentarzu. Jest ogromny – przypomina miasto w mieście, barwne i malowniczo otoczone wulkanami. Nie brakuje na nim dostojnych, marmurowych grobowców, w których spoczywają najważniejsze lokalne osobistości. Najwięcej tu jednak wielopiętrowych, kolorowych krypt.

W mieście nie zostajemy długo. Wyruszamy na kolejny wulkan. Wznoszący się na 4220 m n.p.m. Tajumulco to najwyższy szczyt nie tylko Gwatemali, ale i całej Ameryki Centralnej. Trasa nie jest trudna i spokojnie można ją pokonać w obie strony w jeden dzień. Postanawiamy jednak spędzić noc na szczycie, żeby obejrzeć z niego zachód i wschód słońca. Mamy namiot, karimaty, śpiwory i sporo ciepłych ubrań. Początkowy odcinek stanowi monotonna, brukowana droga. Jesteśmy na trasie sami. Gdy przechodzimy wzdłuż pól kukurydzy, spotykamy miejscową rodzinę. Pozdrawiają nas życzliwie i życzą powodzenia. Ścieżka powoli zaczyna się piąć w górę. Szlak nie jest oznaczony. Kilka razy z niego zbaczamy i przedzieramy się przez krzaki. Trudno jednak byłoby się tutaj zgubić. Cały czas widzimy wyraźnie przed sobą wierzchołek wulkanu.

Na szczyt docieramy po 5 godz. Jesteśmy zmęczeni i lekko rozczarowani, bo wręcz toniemy w chmurach. Z pięknych widoków nici. Rozstawiamy namiot i przez chwilę walczymy z pokusą, żeby zaszyć się w środku i odpocząć. Na szczęście zwycięża nasza silna wola. Tuż przed zachodem słońca część chmur się rozchodzi i możemy podziwiać cały łańcuch wulkaniczny Gwatemali. Po chwili słońce zaczyna opadać coraz niżej, a niebo rozpalają odcienie czerwieni. Jak zauroczeni wpatrujemy się w magiczny spektakl natury.

Kryzys przychodzi nocą, kiedy zaczynamy odczuwać skutki braku aklimatyzacji. Organizm się buntuje. Głowa pulsuje i nie daje zasnąć. Po kilku godzinach przerywanego snu budzą nas głosy przed namiotem. Okazuje się, że tego dnia na wulkan wybrała się też spora grupa prowadzona przez organizację Quetzaltrekkers. Trzęsąc się z zimna, zbieramy się na wschód słońca. Niestety, nie jest już tak spektakularny jak zachód.

 

OAZA W ŚRODKU TROPIKALNEGO LASU

Po zdobyciu dachu Ameryki Centralnej należy nam się odpoczynek. Możemy wybrać się na wybrzeże Pacyfiku, wyruszamy jednak nad wodospad Semuc Champey. Turkusowe kaskady otoczone gęstym lasem tropikalnym wydają nam się bardziej atrakcyjne niż plaża i palmy. Jedynym wyzwaniem jest dojazd. Ten cud natury znajduje się w odległym rejonie (w departamencie Alta Verapaz), a prowadząca do niego kręta, wyboista droga przecina serpentynami góry. Dla nas brzmi to zachęcająco. Ruszamy w stronę miasta Cobán. Po godzinie jazdy utykamy w sznurze samochodów. Dalej nie dojedziecie – informuje nas jeden z czekających kierowców. Droga jest zamknięta przez protesty. Otworzą ją dopiero po południu. Tego nie przewidzieliśmy. Staramy się rozeznać w sytuacji – może znajdziemy jakiś objazd? Miejscowi kręcą głowami. Nie mamy szans przejechać, wszystko jest poblokowane. Pozostaje nam czekać. W centrum wydarzeń znajduje się kilkunastoosobowa grupa z megafonem. Wytykają władzom pazerność i korupcję. Przyglądamy się protestującym i czytamy hasła z ich żądaniami. Są przyjaźnie nastawieni, uśmiechają się. Podpytują nas o Polskę i opowiadają o swojej sytuacji. Bardzo dużo płacimy za prąd. Nie powinno tak być! – słyszymy od kilku osób. Niektórzy mówią nam jednak, że protesty są ustawione, a mieszkańcy wiosek otrzymują wynagrodzenie za blokowanie dróg. Za to my tracimy przez nich pieniądze, bo nie dowieziemy towarów na czas – narzeka jeden z mężczyzn.

Po 14.00 droga zostaje w końcu odblokowana. Ruszamy dalej. Krajobrazy wokół nas stają się coraz bardziej imponujące. Przejeżdżamy przez porośnięte gęstą zielenią góry. Zabudowań jest znacznie mniej. Z oddali dociera do nas huk rzeki Cahabón. Przepływa przez okoliczne doliny, aż nagle znika pod naturalnym wapiennym mostem. Na jego powierzchni powstały baseny wypełnione krystalicznie czystą wodą, która przelewa się między nimi, tworząc dziesiątki strumieni i wodospadów. Tak właśnie wygląda Semuc Champey. Najładniej prezentuje się z góry. Wchodzimy w głąb tropikalnego lasu i wspinamy się stromą ścieżką na punkt widokowy. W powietrzu unosi się wilgoć. Choć trasa nie jest ani specjalnie trudna, ani długa, pot leje się z nas strumieniami. Nie możemy się już doczekać chwili, gdy zanurzymy się w przejrzystej wodzie. W basenach można spędzić cały dzień na przepływaniu z jednego do drugiego, korzystaniu z naturalnych zjeżdżalni i skakaniu z wysokich półek skalnych. To prawdziwa oaza i idealne miejsce na odpoczynek.

 

Świątynia II (Świątynia Masek) w dawnym majańskim mieście Tikal

©© JACEK ŚLEDZIŃSKI/WWW.SLEDZNAS.PL

 

ŚLADAMI MAJÓW

Gwatemala to dawne serce imperium Majów. Porośnięta gęstym lasem nizina Petén położona na północy kraju zajmuje mniej więcej 33 proc. jego powierzchni. Jednocześnie stanowi najrzadziej zaludniony gwatemalski region. To właśnie tutaj ukryte są ruiny dawnych miast. Najsłynniejszym z nich jest Tikal. Turystów wpuszcza się na jego teren od godziny 6.00. Wstajemy jeszcze przed wschodem słońca, żeby zdążyć przed większymi grupami odwiedzających. Gęsty las powoli budzi się do życia. Ciszę rozdzierają głośne wołania wyjców. Najpierw kierujemy się do Świątyni IV (Świątyni Dwugłowego Węża) – najwyższej, na którą można się wspiąć (prawie 70 m). Wpatrujemy się w kolejne piramidy wyłaniające się pomiędzy koronami drzew. Wciąż spowite są poranną mgłą, która jeszcze nie zdążyła opaść.

Tikal uważany jest za ważny ośrodek dawnego państwa Majów. Okres jego największego rozkwitu przypadł na VII–VIII w. Co ciekawe, już niecałe 200 lat później z nieznanych przyczyn miasto zostało opuszczone i zapomniane. Dopiero w XVII stuleciu odkryli je hiszpańscy misjonarze. Jego centrum zajmuje Wielki Plac (Gran Plaza) ze słynną Świątynią Wielkiego Jaguara (Świątynią I) i zabudowaniami Akropolu. Kontynuujemy spacer między ruinami i docieramy do placu o wymownej nazwie Zaginiony Świat (Mundo Perdido). Kompleks obejmuje kilka świątyń. Dawniej prowadzono tu także obserwacje astronomiczne. Przysiadamy na kamiennych stopniach i wsłuchujemy się w szept historii. Choć Tikal to niewątpliwie jedna z największych atrakcji turystycznych Gwatemali, w niektórych miejscach jesteśmy sami. Towarzyszą nam jedynie dzikie zwierzęta takie jak zabawne ostronosy, małpy czepiaki i różne gatunki egzotycznych ptaków.

 

Wydanie Wiosna 2018

 

Bruksela i Walonia – odpoczynek w sercu Europy

 

Elżbieta Kuźma

 

Wycieczka do Brukseli to niewątpliwie atrakcja dla każdego turysty. Zarówno dorośli, jak i dzieci czy młodzież znajdą tutaj ciekawe i warte zobaczenia miejsca. I to niezależnie od pogody, która akurat w tej stolicy Europy nikogo nie rozpieszcza. Belgia zaprasza zresztą również do innych swoich regionów, w tym malowniczej francuskojęzycznej Walonii. Nie dajmy się więc dłużej prosić.

Więcej…