JAKUB WOLSKI

 

<< Jeszcze w latach 90. ubiegłego stulecia podróż do kraju Drakuli budziła ogólne zdziwienie. Działo się tak dlatego, że strony te nie należały do najbezpieczniejszych i cieszyły się złą sławą. Dziś coraz więcej turystów z całego świata patrzy na Rumunię z zainteresowaniem, a nawet nieskrywaną fascynacją. Potężne Karpaty i owiana aurą tajemniczości historyczna Transylwania mają w sobie coś, czemu trudno się oprzeć… >>

Początki samodzielnego państwa rumuńskiego przypadają dopiero na XIX w. Wcześniej jego tereny trafiały pod panowanie Rzymian, Węgrów, Austriaków, Turków czy Rosjan. Współcześnie najwięcej przedstawicieli w tym kraju liczy sobie mniejszość węgierska. Stanowi ona aż 6,5 proc. mieszkańców 19-milionowej Rumunii. Wiele miast położonych przy granicy z Węgrami czy szczycących się długą historią posiada dwie wersje językowe: rumuńską i węgierską. Tu kończy swój bieg druga najdłuższa rzeka Europy – Dunaj, która u wybrzeży Morza Czarnego tworzy szeroką i widowiskową deltę.

 

Gdy pierwszy raz (jeszcze jako student) odwiedzałem Rumunię, moim celem były Fogarasze – piękne, skaliste pasmo górskie należące do Karpat Południowych. Dotarcie do nich na własną rękę, bez samochodu, wymagało nieco sił i dużo cierpliwości. Do Krakowa pojechaliśmy pociągiem, stamtąd do Budapesztu – autobusem, gdzie znów wybraliśmy połączenie kolejowe do Simerii w Transylwanii (Siedmiogrodzie), aby przesiąść się po raz kolejny i kolejny… Po 30 godz. przerzucania bagaży między różnymi środkami transportu stanęliśmy na peronie, a właściwie na ziemi, bo prawdziwej stacji nigdy w tym miejscu nie było. Przed nami znajdowała się niewielka, malowniczo położona wioska na końcu świata, a za nią góry – przepiękne, dumne i wymagające.

 

Serce Transylwanii

Góry Fogaraskie, nazywane również „Alpami Transylwańskimi”, na pierwszy rzut oka przypominają Tatry. Tutejsze szczyty są skaliste i wznoszą się na wysokość ok. 2500 m n.p.m. Jest jednak jedna podstawowa różnica – brak ludzi. W sezonie na tatrzańskich szlakach ze względu na tłumy turystów nietrudno poczuć się jak na Krupówkach. W Rumunii przez cały dzień możemy nie spotkać nikogo i cieszyć oczy nietkniętymi ludzką ręką krajobrazami. W kotłach polodowcowych lśnią jeziora, jak okiem sięgnąć zielenią się doliny, poprzecinane wąskimi liniami strumieni, na północnych stokach nawet w lecie odbijają światło jęzory śniegu, a sam grzbiet ciągnie się przez ok. 70 km. Przejście całego pasma zajmuje nawet tydzień.

Dużo mniejsze zainteresowanie tym rejonem wynika z tego, że góry te wymagają większego doświadczenia wspinaczkowego – niektóre fragmenty głównego szlaku zostały zabezpieczone łańcuchami i przypominają naszą Orlą Perć. Grozę budzą też miejscowe nazwy, np. Strunga Dracului (Diabelski Żleb) czy La trei paşi de moarte (Trzy kroki od śmierci). Mimo iż opisy niebezpieczeństw wydają się przesadzone, gdy już na trasie przystaniemy na znacznej wysokości na skale, z której roztacza się widok na szeroką i wolną przestrzeń, trzymając się jednocześnie jedną ręką łańcucha, natychmiast nabieramy respektu do tego miejsca. Trudności dodają jednak wspinaczce tylko uroku i zwiększają satysfakcję z osiągnięcia szczytów, takich jak Negoiu (2535 m n.p.m.) czy Moldoveanu (2544 m n.p.m.). Ten drugi jest najwyższą górą Rumunii, oddaloną od asfaltowych dróg o przynajmniej 2 dni wędrówki, co sprawia, że cały ekwipunek (łącznie z jedzeniem) musimy nieść ze sobą. Schroniska leżą tutaj dość nisko, dlatego nocuje się głównie w ogólnodostępnych schronach, wzniesionych najczęściej tuż obok polodowcowych jezior, z których można czerpać wodę. W środku mieści się jedynie 8–12 osób.  

Mniej więcej w połowie drogi pomiędzy Negoiu a Moldoveanu grań przechodzi ponad wijącą się w dole Szosą Transfogaraską, wybudowaną na początku lat 70. ubiegłego wieku za komunistycznych rządów Nicolae Ceauşescu (1918–1989). Miała ona umożliwiać sprawne przemieszczanie się czołgów z jednej strony Karpat na drugą. W tym celu na wysokości 2034 m n.p.m. powstał ciągnący się prawie przez kilometr tunel. Ze względu na zalegający śnieg jest on zamykany od października lub listopada do maja lub czerwca. W najwyższym punkcie szosy, po północnej stronie tunelu, znajduje się jezioro Bâlea. Nad jego brzegiem zbudowano zimą 2005/2006 r. pierwszy w południowo-wschodniej części Europy hotel lodowy (Hotel of Ice). Sam nocleg w nim będzie już niezapomnianym przeżyciem, ale jego odwiedziny warto rozpocząć od wjazdu kolejką linową (czynną od 1 listopada), z wagonu której obejrzymy wynurzające się z mgły ośnieżone szczyty. W takim otoczeniu, w sercu Fogaraszy, opowieści o Drakuli nabierają innego, bardziej realnego wymiaru.

FOT. SORIN TOMA/MDRT

151-kilometrowa Szosa Transfogarska przecina Góry Fogaraskie 

 

Jak głosi legenda…

Przy Szosie Transfogaraskiej, po południowej stronie Gór Fogaraskich, na wzgórzu wznoszącym się nad doliną rzeki Ardżesz stoi Cetatea Poenari (Cytadela Poenari). Historia zamku nierozerwalnie wiąże się z pewnym władcą tych ziem, którego świat zna jako hrabiego Drakulę. Pierwowzorem postaci wampira stworzonej w XIX w. przez irlandzkiego pisarza Brama Stokera w książce Dracula był Vlad Drăculea (1431–1476) – hospodar wołoski, który swoich przeciwników kazał wbijać na pal, czym zasłużył sobie na przydomek Palownik (Țepeș). Przyszedł on na świat w Sighişoarze w Transylwanii, malowniczo położonej miejscowości znajdującej się na trasie między Budapesztem a Bukaresztem. Uważa się ją słusznie za jedno z najlepiej zachowanych średniowiecznych miast Europy Środkowo-Wschodniej, a o palmę pierwszeństwa pod względem uroku i niepowtarzalnego klimatu ze spokojem może walczyć ze starymi dzielnicami Pragi czy Wiednia. Poza takimi cennymi zabytkami, jak Biserica din Deal (Kościół na Wzgórzu) z 500-letnimi freskami, natkniemy się tu również na dom, w którym urodził się podobno okrutny syn hospodara wołoskiego Vlada Dracula, czyli Włada Diabła (ok. 1390–1447).

FOT. SORIN TOMA/MDRT

Wieża Zegarowa w Sighișoarze

 

Choć przestępczość za panowania Włada Palownika zniknęła praktycznie zupełnie, nie cieszył się on sympatią poddanych. Ostatecznie zginął podczas walki z Turkami, nasłanymi prawdopodobnie na niego przez jego konkurenta do tronu Wołoszczyzny Basaraba III Starego. Jego życiorys w połączeniu z literacką wizją Stokera opartą na wierze w wampiry stał się źródłem legendy o niezwykłej popularności. Dziś Cytadela Poenari i Sighişoara nie są jedynymi miejscami związanymi z Drakulą w Rumunii…

FOT. SORIN TOMA/MDRT

Ruiny Cytadeli Poenari

 

Na przełaj przez Parâng

Jeszcze kilka lat temu Transalpina stanowiła prawdziwy raj dla miłośników wypraw off-roadowych, ale dzięki funduszom unijnym ta najwyżej leżąca rumuńska droga krajowa prowadząca przez góry Parâng została zmodernizowana. Zbudowano nowe mosty i wiadukty oraz wylano asfaltową nawierzchnię. W XIX w. była to jedynie pasterska ścieżka, nazywana diabelską, a po I wojnie światowej służyła jako prowizoryczna przeprawa. Aż do 2009 r. sympatycy pojazdów z napędem na 4 koła uważali ją za swoją mekkę. Teraz pokonanie jej nie sprawia już problemów, a amatorzy off-roadu w poszukiwaniu większych wrażeń przenieśli się na pobliskie szlaki.

Modernizacja pociągnęła za sobą także inne skutki. Okolica z raczej odludnej przekształciła się w popularny rejon turystyczny. U podnóża niegdyś spokojnej przełęczy Urdele (2145 m n.p.m.), gdzie biegały dzikie konie i pasły się owce, wzniesiono miasteczko hoteli i pensjonatów Rânca. Cywilizacja wtargnęła tutaj z pełną mocą, a Transalpina pozostała wyzwaniem jedynie dla… rowerzystów – w końcu podjazd ciągnie się przez 60 km! Tylko jedno nie zmieniło się wcale – rewelacyjne widoki, które stały się teraz dostępne dla wszystkich. Kierowców samochodów z napędem na 4 koła na pewno nie uszczęśliwiło przebudowanie drogi, ale w Rumunii jeszcze długo nie zabraknie im odpowiednich terenów. W końcu Karpaty zajmują ponad 1/3 powierzchni kraju i w ogromnej większości nadal są dzikie. Choć góry Bucegi czy Alpy Rodniańskie nie posiadają może legendy Transalpiny, z pewnością dostarczą odpowiedniej dawki adrenaliny.

 

W poszukiwaniu Daków 

W okolicach Transalpiny warto udać się na północ, gdzie rozciąga się pasmo gór Şureanu z najwyżej położonym stanowiskiem archeologicznym w Karpatach. Wiele lat temu na przełęczy Ocolu odkryto pozostałości strażnicy dackiej z I w. n.e., strzegącej od strony południowej dojścia do stołecznej Sarmizegetusy Regii, siedziby ostatniego króla Daków Decebala. Dawna stolica Dacji wraz z ruinami pięciu innych twierdz została wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Same zabudowania nie są jednak tak fotogeniczne, jak rozciągająca się na horyzoncie cudowna panorama gór Parâng. Şureanu to również urocze wąwozy, jaskinie krasowe z Şura Mare na czele oraz wielkie bogactwo fauny. Nawet spotkanie niedźwiedzia czy wilka nie powinno tutaj dziwić. Jeśli nie ma się pełnego zaufania do własnych umiejętności posługiwania się mapą, lepiej pomyśleć o wynajęciu przewodnika, bo o szlaki turystyczne i wydeptane ścieżki może być po prostu trudno.

 

Podziemna Rumunia

Pośród dziesiątek pasm górskich jest w Rumunii jeszcze przynajmniej jedno, którego nie wolno przegapić – Masyw Bihorski i obszar krasowy Padiş (Padisz). W te góry nikt nie przyjeżdża jednak zdobywać szczytów, bowiem największe atrakcje kryją się tu pod ziemią. Na każdym kroku natykamy się na zapadliska, studnie krasowe z wiecznym lodem, groty pełne szaty naciekowej, podziemne jeziora czy wywierzyska. Wszystko to przyciąga swoim mrokiem i skrywaną wewnątrz tajemnicą. Wystarczy wybrać się do krasowego kompleksu Cetăţile Ponorului (Twierdzy Ponoru), aby poczuć dreszcz emocji i duży skok adrenaliny we krwi. Zejście do jaskini zostało opatrzone łańcuchami i drabinkami. Wchodzi się do niej przez ogromną skalną bramę, mierzącą 70 m wysokości, przez którą wpływa do środka potok, wytryskający następnie u podnóża Padiszu. Korytarz prowadzi coraz dalej i coraz głębiej, aż dociera do podziemnej rzeki i wielkiego zapadliska. Jaskinia w najwyższym punkcie ma aż 100 m!  

FOT. SORIN TOMA/MDRT

Jaskinia Niedźwiedzia w okręgu Bihor

 

Twierdza Ponoru to tylko jedna z licznych atrakcji Gór Bihorskich. Znajdują się tutaj również groty lodowe Scărişoara oraz Ghețarul de la Focul Viu. Wprawdzie najbardziej spektakularne ich części są udostępnione tylko dla naukowców speleologów, ale nawet to, co może zobaczyć zwykły śmiertelnik, robi olbrzymie wrażenie. Schodząc w czeluść, po kilku minutach trafiamy do mroźnej krainy wypełnionej stalagmitami i stalaktytami, oświetlonej ciepłym światłem budującym bajkowy nastrój. Bihorskie jaskinie tworzą niesamowity podziemny świat. W tym rejonie tajemnicze głębiny intrygują turystów na każdym kroku, lecz wiele z nich obejrzą tylko ci, którzy posiadają odpowiedni sprzęt i umiejętności, a niejednokrotnie także dodatkowe uprawnienia. Wśród gór leży też potężny krasowy wąwóz Cheile Galbenei z gigantycznym wywierzyskiem oraz rzeką wypływającą z jaskini i tworzącą wodospad. Jego teren jest ogólnodostępny – w niektórych miejscach na wąskich ścieżkach przytwierdzono do ścian skalnych łańcuchy do asekuracji, ale przemierzanie go stanowi raczej przyjemny spacer niż prawdziwą wspinaczkę.

 

Pracowity Dunaj

Największym skarbem Rumunii są zdecydowanie Karpaty, lecz to deltę Dunaju uważa się za ewenement na skalę światową. Ten fascynujący zakątek naszego globu ulega nieustannym zmianom. Rzeka niesie ze sobą ogromne ilości mułu (ok. 2 t na sekundę), który powiększa obszar lądowy kraju o mniej więcej 40 m rocznie. W ten sposób rumuńskie terytorium każdego roku rozrasta się bez ingerencji człowieka. Co więcej, udział w tym biorą wszystkie państwa, przez które przepływa Dunaj. Niesamowity krajobraz delty najlepiej podziwiać z perspektywy łódki czy kajaka. W wiele miejsc, jak choćby do regionu Caraorman (tur. Czarny Las), po prostu nie da się dostać inaczej. W te strony ściągają licznie miłośnicy ornitologii. Można tutaj spotkać aż ok. 300 gatunków migrujących ptaków, a wśród nich jedyną w Europie wielką kolonię pelikanów kędzierzawych i różowych.

 

Polscy górnicy

Jeśli podczas podróży przez północne regiony Rumunii usłyszymy nagle polską mowę, nie powinniśmy się dziwić. W okolicach miasta Suczawa, niedaleko granicy z Ukrainą, leżą wioski, w których mieszkają głównie Polacy. Na terenach historycznej Bukowiny pierwsi nasi rodacy pojawili się podobno już w XIV w., choć to nie oni zbudowali tu swoje osiedla. W 1791 r. w miejscowości Kaczyka (rum. Cacica) powstała kopalnia soli. Od tego czasu zaczęto sprowadzać do niej grupy polskich rodzin górniczych z Bochni oraz Wieliczki, aby podzieliły się swoim doświadczeniem z początkującymi bukowińskimi górnikami. Z czasem przyjechali tutaj również górale czadeccy, za którymi podążyli kolejni emigranci. Zaczęto zakładać polskie szkoły, kościoły, stowarzyszenia, a społeczność Polaków rozrosła się na tyle, że obecnie traktowani są oni oficjalnie jako mniejszość narodowa. Dziś w Kaczyce działa Dom Polski, a w okolicznych świątyniach katolickich odprawia się msze w naszym języku. Wprawdzie zamieszkujący wioski koło Suczawy Polacy na przestrzeni lat wymieszali się z miejscową ludnością, ale nawet od dzieci można tu czasem usłyszeć swojskie dzień dobry.


 

Artykuły wybrane losowo

Na Cyprze, wyspie Afrodyty

GRZEGORZ MICUŁA

 

Cypr to wymarzone miejsce dla romantyków i amatorów historii lubiących zwiedzać antyczne ruiny, stare zamki i zaciszne górskie klasztory. Przyjemność oglądania zabytków jest tym większa, że przy okazji można wygrzać się na słońcu, które świeci w tym rejonie przez ponad 300 dni w roku. Znajduje się tu też wiele malowniczych plaż, a ciepłe morze zachęca do kąpieli i relaksu.

Więcej…

Wśród turkusowych miast Uzbekistanu

fot_11.jpg

Błękitno-turkusowa fasada budynku w nekropolii Szach-i Zinda

© SŁAWEK JANAS/ODPRAWIENI.PL


Sławomir Janas

Magdalena Oczkowska-Janas

 www.odprawieni.pl

 

Bajkowe krajobrazy, egzotyczny klimat, miasta spowite błękitem, atmosfera jak z „Baśni tysiąca i jednej nocy”, a do tego najsłodsze arbuzy i melony pod słońcem – tak wyobrażaliśmy sobie Uzbekistan, zanim go odwiedziliśmy. Te przewidywania w większości się sprawdziły, ale dziś możemy powiedzieć, że przed wyjazdem nasz obraz tego serca Azji Środkowej był niepełny. Trudno przecież tak naprawdę poznać jakiś region bez ruszania się z domu. Zapraszamy więc do zapoznania się z naszymi doświadczeniami z podróży do tej wyjątkowej azjatyckiej republiki.

Więcej…

Trzy twarze Meksyku

CancunPic.jpg

Znany meksykański kurort Cancún

©CPTM/RICARDO ESPINOSA-REO

G0766801.jpg

W Guelaguetza w Oaxace de Juárez to barwny festiwal folklorystyczny

©SECTUR OAXACA

OLA SYNOWIEC

 „Góry, plaże, pustynie, morza, selwy – Meksyk ma wszystko!” – mówi Carlos, który już czwarty rok z rzędu spędza wakacje, podróżując po tym kraju. Pochodzi z jego stolicy – Meksyku (Ciudad de México) – i dodaje, że jego ojczyzna jest tak duża i zróżnicowana, iż na razie nie czuje potrzeby, aby miejsca na urlop szukać gdzieś dalej. W końcu Meksykańskie Stany Zjednoczone zajmują niemal taki obszar, jak jedna piąta Europy. Meksyk bez wątpienia potrafi zaoferować coś wspaniałego każdemu turyście.


ZAC_zacatecas_021.jpg

Widok na Bazylikę Katedralną w centrum historycznym Zacatecas

©CPTM/RICARDO ESPINOSA-REO


Czekają tu na nas turkusowe morze, bajkowe plaże, ruiny prekolumbijskich budowli, pyszne jedzenie i rozbudowana oferta kulturalna. Wielkie i gwarne kurorty sąsiadują z rejonami, gdzie na horyzoncie nie zobaczymy żadnego człowieka. Co ważne, do tego północnoamerykańskiego kraju (do Cancún) można dolecieć już bezpośrednio samolotami czarterowymi z Warszawy, a ceny biletów są dość konkurencyjne, bo podobne do kosztów przelotu do Wietnamu czy Tajlandii (już od 3249 zł w obie strony, przy czym zdarzają się niekiedy atrakcyjne promocje typu last minute z taryfami w wysokości ok. 2000 zł).


Chciałabym przedstawić trzy ciekawe krainy w Meksyku: półwysep Jukatan oraz stany Oaxaca i Zacatecas. Mimo iż różnią się od siebie, każda z nich jest na wskroś meksykańska i na swój sposób prezentuje bogactwo i historię tej części Ameryki Północnej.


Jukatan Majów

Tulum_Xpedi.jpg

Prekolumbijskie miasto Majów Tulum wzniesione na 12-metrowym klifie

©EXPERIENCIAS XCARET S.A. DE C.V


Półwysep Jukatan przypomina turystyczne eldorado. Tutejsze wybrzeże Morza Karaibskiego to urzeczywistnienie wyobrażenia raju. Zrelaksowani ludzie popijający drinki z kokosa w hamaku rozpiętym w cieniu palm nad białym piaskiem pokrywającym brzeg oblewany błękitnymi wodami – taki obrazek przyciąga rocznie ponad 7 mln turystów z całego świata, którzy odwiedzają kurorty położone na Riwierze Majów (Riviera Maya) i słynne Cancún w stanie Quintana Roo. Zatrzymują się oni przede wszystkim w luksusowych hotelach w tym ostatnim 650-tysięcznym mieście, a także imprezowo-młodzieżowej miejscowości wypoczynkowej Playa del Carmen, spokojnym Akumalu oraz wciąż nieco alternatywnym Tulum, szczycącym się bez wątpienia najpiękniejszą plażą ze wszystkich ośrodków turystycznych w tym rejonie. Górują tu nad nią dumne majańskie ruiny, nieustannie przypominające o wspaniałej historii tych okolic.


Na Jukatanie znajduje się prawie 150 stanowisk archeologicznych – pozostałości po cywilizacji Majów. Najpopularniejsze wśród nich jest Chichén Itzá, wybrane 7 lipca 2007 r. jednym z siedmiu nowych cudów świata. Oprócz rajskich plaż, to właśnie położona na jego terenie słynna Świątynia Kukulkána (Kukulkán to odpowiednik azteckiego Quetzalcóatla, czyli Pierzastego Węża), przez Hiszpanów nazwana El Castillo (Zamkiem), zazwyczaj kojarzy się z półwyspem. Najwięcej osób odwiedza to miejsce w czasie równonocy wiosennej i jesiennej, kiedy to można oglądać niezwykłe widowisko – po schodach budowli ześlizguje się cień węża.


Żeby uniknąć tłumów turystów na zdjęciach, warto udać się do nieco mniej popularnych stref archeologicznych. Wśród pagórków malowniczego Uxmal poznamy boga deszczu Chaca (Chaaca), który był bardzo ważnym bóstwem w tym majańskim mieście pozbawionym naturalnych źródeł wody. W kompleksie Cobá wdrapiemy się na najwyższą na Jukatanie piramidę Majów – Nohoch Mul. Ze szczytu 42-metrowej konstrukcji rozpościera się widok na ciągnący się po horyzont las tropikalny, nad który raz na jakiś czas wzlatuje kolorowa papuga. W innych stanowiskach możemy być często jedynymi turystami i podczas odkrywania prekolumbijskich ruin poczuć się jak Indiana Jones.


Potomkowie wielkich, nie do końca zbadanych kultur wciąż mieszkają na tych ziemiach. Tereny półwyspu to jeden z regionów kraju, w którym tradycje Indian są najżywsze, a wszystkie trzy jukatańskie stany – Jukatan, Quintana Roo i Campeche – plasują się w pierwszej piątce obszarów w Meksyku, gdzie językami indiańskimi posługuje się największy procent ludności. Podstawy maja (maya yucateco) pozwolą zrozumieć poetyckie toponimy w okolicy, np. nazwa rezerwatu Sian Ka’an oznacza „miejsce, gdzie narodziło się niebo”. Wśród lagun, mokradeł i lasów namorzynowych żyje w nim 379 gatunków ptaków oraz 115 gatunków ssaków, m.in. pumy, oceloty, margaje, jaguary, tapiry, wyjce, czepiaki czarnorękie, paki nizinne, hirary amerykańskie, pekari białobrode i delfiny. Podczas wycieczki kajakiem lub łodzią ma się wrażenie, że trafiło się do filmu przyrodniczego Davida Attenborough i jest się w samym sercu niezwykłego królestwa natury.


Najbarwniejsza fiesta w krainie fauny i flory odbywa się w Rezerwacie Biosfery Celestún. Upodobały go sobie szczególnie flamingi. Zlatują na zimę w okolice miasta Mérida, aby wykonywać bajkowo kolorowy taniec, w którym róż ich skrzydeł miesza się z błękitem wody i nieba. Można je zobaczyć także na jednej z najbardziej dziewiczych wysp w pobliżu Cancún – Holbox. W odróżnieniu od innych wyspiarskich oaz spokoju, takich jak Isla Mujeres (Wyspa Kobiet) czy Cozumel, ta jest wciąż rzadko wybieranym kierunkiem wśród turystów. Tak wyglądała kiedyś podobno cała Riwiera Majów, kiedy Cancún, Playa del Carmen i Tulum stanowiły jedynie małe rybackie wioski. Na Holbox nie wjedziemy samochodem, cały czas otacza nas tu natura. Wyjątkowym przeżyciem będzie w tej okolicy pływanie z rekinami wielorybimi. Warto wziąć też lekcje kitesurfingu – spokojne w tym rejonie morze świetnie nadaje się dla początkujących.


Półwysep Jukatan i oblewające go wody to jeden z bardziej popularnych celów wypraw nurkowych. Do obejrzenia znajdującej się tuż przy brzegu karaibskiej rafy koralowej wystarczy nawet jedynie maska z rurką. Nurkować wśród koralowców w towarzystwie kolorowych ryb można praktycznie na całej długości (aż 865 km!) wybrzeża stanu Quintana Roo. W Akumalu spotkamy się z ogromnymi żółwiami zielonymi, a niedaleko Cancún odwiedzimy niesamowite podwodne muzeum MUSA (Museo Subacúatico de Arte). Na dnie spoczywa tu ponad 500 rzeźb. Z kolei prawdziwą przygodą będzie wyprawa do wypełnionych krystalicznie czystą wodą studni wapiennych zwanych cenotami.


Cały teren obecnego półwyspu Jukatan pokrywało niegdyś morze. Był on olbrzymią rafą koralową. Jego obszar wypiętrzyło uderzenie meteorytu, najprawdopodobniej tego samego, który (według jednej z teorii) wywołał wymieranie kredowe i spowodował wyginięcie dinozaurów. Potężna kosmiczna skała spadła zresztą niedaleko Méridy, gdzie można odnaleźć wielki krater o średnicy ponad 180 km zwany Chicxulub. Przez wapienne skały nowego lądu pod jego powierzchnię zaczęły spływać deszcze tworzące podziemne jeziora. Woda i korzenie drzew przebiły do nich otwory. Tak powstały cenoty. Nazwa dzonot w języku maja oznacza „studnię”. Na Jukatanie znajduje się ich – wedle różnych szacunków – od ponad 2 do 30 tys. Wypełniająca je woda, filtrowana przez wapień, jest niezwykle czysta, a podziemne jeziora zamieszkują różne interesujące zwierzęta. Jednymi z nich są małe rybki, które podczas kąpieli zrobią nam darmowy peeling. W ciemniejszych częściach cenotów zauważymy szczelnie oblepiające strop nietoperze. Oprócz tego żyją tutaj endemiczne gatunki ryb i skorupiaków, w tym stworzenia, które na skutek niedoboru światła stały się wtórnie ślepe, a następnie w wyniku ewolucji utraciły nawet oczy.


Na półwyspie nie ma praktycznie żadnych rzek ani jezior. Jedynym źródłem słodkiej wody pozostają właśnie wapienne studnie, które dawni Majowie uważali za święte. Wierzyli, że są one wejściem do majańskich zaświatów (Mitnal). Krainę tę zamieszkiwał cały szereg dziwnych bóstw i demonów, które były odpowiedzialne za zsyłanie na ziemię śmierci i chorób. Poza tym świat umarłych nie różnił się zbytnio od codziennej rzeczywistości – ludzie kontynuowali swoje dawne życie w podziemnych miastach z placami, ogrodami i... boiskiem do rytualnej gry w piłkę (ullamaliztli), ukochanego sportu prekolumbijskiego Meksyku. W cenotach umieszczano więc podarunki dla przodków oraz bogów zaświatów. Składano też w nich ofiary dla władcy deszczu Chaca, czasem – jak w Cenote Sagrado w Chichén Itzá – również z ludzi.


Jeśli zechcemy opuścić królestwo natury, powinniśmy odwiedzić Méridę – jedno z najstarszych miast w obu Amerykach (założono ją w styczniu 1542 r.) i stolicę kulturalną półwyspu Jukatan. Tutejsze zbudowane z białego wapienia centrum historyczne uchodzi za drugie największe w całym Meksyku (po Ciudad de México). Ten klimatyczny ośrodek szczyci się ogromną ofertą wydarzeń związanych z kulturą, interesującymi muzeami i galeriami, a także świetnym rękodziełem artystycznym. Mérida to najbardziej oczywiste miejsce na zakup meksykańskiego hamaka. Można go wybrać w wersji jednoosobowej lub matrimonial („małżeńskiej”), która według mieszkańców doskonale nadaje się do uprawiania starej majańskiej sztuki zwanej hamacasutrą... W tym „Białym Mieście” (Ciudad Blanca) spróbujemy też specjałów kuchni jukatańskiej: sopa de lima (zupy z limonką, kurczakiem i kawałkami tortilli), poc chuc (pikantnej wieprzowiny marynowanej w sosie z kwaśnych pomarańczy) i pollo ticuleño (kurczaka pieczonego z plasterkami banana).


Oaxaca nad Pacyfikiem


Jukatan to nie jedyny cel wyjazdów wypoczynkowych w Meksyku. Wiele do zaoferowania ma także piękny stan Oaxaca, znajdujący się na południu kraju u wybrzeży Oceanu Spokojnego. Plaże nie są tu tak zatłoczone jak w kurortach na Riwierze Majów, jest również znacznie taniej. Może się nawet zdarzyć, że na szerokim piaszczystym brzegu będziemy zupełnie sami lub tylko w towarzystwie wyruszających na połów rybaków. To właśnie na jednej z tutejszych rajskich plaż, nazywanej Cacaluta (na terenie Santa María Huatulco lub po prostu Huatulco), kręcono sceny do filmu I twoją matkę też (2001 r.) z Maribel Verdú, Gaelem Garcíą Bernalem i Diegiem Luną w rolach głównych.


Na wybrzeżu Oaxaki wciąż nie powstało zbyt wiele luksusowych kompleksów hotelowych, zatrzymamy się na nim za to tuż nad oceanem, w małej drewnianej chatce cabaña krytej palmowymi liśćmi. Swój nieodparty urok mają małe hipisowskie wioski – Zipolite ze słynną plażą nudystów oraz Mazunte, gdzie odbywają się w listopadzie koncerty jazzowe (Festival Internacional de Jazz Mazunte), a pod koniec lutego i na początku marca festiwal cyrkowy (Festival de Circo en Mazunte). W tej ostatniej miejscowości zapoznamy się z żółwiami morskimi, którymi opiekuje się Centro Mexicano de la Tortuga. Można też tutaj ponoć zobaczyć najbardziej magiczny zachód słońca na całym wybrzeżu. Każdego dnia wspólne kontemplowanie tego widoku, zazwyczaj przy dźwięku bębnów, odbywa się na Punta Cometa – najdalej na południe wysuniętym przylądku Ameryki Północnej wychodzącym na Pacyfik. Miejsce to dla kultur prekolumbijskich miało znaczenie strategiczne i rytualne i do dziś uchodzi za źródło mocy.


Mniej więcej 65 km dalej leży mekka surferów – Puerto Escondido. Otóż Ocean Spokojny, wbrew swojej nazwie, wcale spokojny nie jest, a Atlantyk to przy nim – jak mówią Meksykanie – nudny i grzeczny kuzyn. Fale w tym rejonie osiągają wysokość nawet 6 m, a tutejsza 3-kilometrowa Playa Zicatela znajduje się w pierwszej dziesiątce najlepszych plaż do surfowania na świecie. Dla początkujących miłośników tego sportu lepsza będzie znana z bardziej sprzyjających warunków La Punta, a jeśli ktoś chce jedynie popływać, powinien wybrać Manzanillo albo Puerto Angelito. Jeżeli szukamy natomiast pięknych widoków, warto udać się na Carrizalillo albo Bacocho. Wszystkie z wymienionych miejsc położone są w Puerto Escondido. W innej popularnej miejscowości turystycznej, Huatulco, jest aż 36 plaż, i to leżących w 9 malowniczych zatokach!


Urokliwe zachody słońca, romantyczne klify, ciche zakątki, które możemy mieć tylko dla siebie – wybrzeże należy do niewątpliwych skarbów stanu Oaxaca. Wiele ciekawych miejsc znajduje się także w głębi lądu. Jedno z nich stanowi stolica stanu, nosząca tę samą co on nazwę – Oaxaca (Oaxaca de Juárez). Kolonialna architektura, kolorowe budynki, klimatyczne uliczki i urocze zaułki przyciągają amerykańskich i zachodnioeuropejskich seniorów, którzy decydują się spędzić tu swoją emeryturę. Miasto działa jak magnes również na artystów. Nie ma w nim wieczoru bez wernisażu albo innego wydarzenia kulturalnego. Meksykanie śmieją się, że w Oaxace ludzie przy nawiązywaniu znajomości po zwyczajowym zwrocie Jak się miewasz? pytają się o to, jaką sztuką zajmuje się na co dzień ich rozmówca.


Stolica stanu słynie z rękodzieła. Tutejsze przepiękne tkaniny można podziwiać w Muzeum Tekstyliów (Museo Textil de Oaxaca) lub po prostu w trakcie wizyty w lokalnych sklepach i na targach, które są także swojego rodzaju rękodzielniczymi galeriami. Natkniemy się na nie co chwilę podczas spaceru po spokojnym centrum miasta. W witrynach sklepowych rozgościła się kolorowa meksykańska sztuka. Z wielu półek spogląda na nas osobliwa ferajna dziwnych barwnych zwierząt: osioł ze skrzydłami motyla, kogut z rogami byka, lew z głową orła. To alebrijes – rzeźby cudacznych kreatur, które kiedyś przyśniły się pewnemu artyście. Pedro Linares (1906–1992) leżał w łóżku z wysoką gorączką i we śnie ujrzał te niezwykłe stworzenia. Kolorowe zwierzęta otoczyły go i zaczęły wykrzykiwać jedno bezsensowne słowo: Alebrijes!. Postanowił więc odtworzyć je w postaci figur z papier-mâché. Dzisiaj jego nocne widziadła zobaczymy tutaj w co drugim sklepie z rękodziełem artystycznym. Senne majaki Linaresa stały się jednym z symboli Oaxaki.


Miasto znane jest również ze swojej kuchni. Jak w raju poczują się w nim miłośnicy słodyczy. O ile samo kakao pochodzi ze stanu Tabasco i południa Chiapas, to właśnie Oaxaca słynie z najlepszej czekolady. Przy ulicy Francisca Javiera Miny można spróbować jej bezpośrednio u wytwórców. To tu znajdziemy najlepsze meksykańskie marki: od dużych producentów takich jak Chocolate Mayordomo aż po małe rodzinne firmy z tradycjami. Ten słodki specjał podaje się w formie gorącego napoju albo jako mole – pikantny sos do kurczaka. Przepis na tę ostatnią intrygującą potrawę zawiera długą listę starannie dobranych składników, w tym prażone ziarna i nasiona, suszone owoce, liczne przyprawy, orzechy i papryczki chili. Innym lokalnym przysmakiem są chapulines, czyli smażone koniki polne. Bez trudu dostaniemy je na tutejszych targach i bazarach. Mówi się, że jeśli ktoś ich spróbuje, to z pewnością wróci do Oaxaki.


Jeżeli do powrotu nie przekonają nas chrupiące owady, być może uczyni to mezcal. Miasto uchodzi za nieoficjalną stolicę producentów tego meksykańskiego trunku, wyrabianego z agawy. Ma on status niemal kultowego napoju i panaceum na wszelkie życiowe problemy. Meksykanie zwykli o nim mawiać: Para todo mal – mezcal, para todo bien – también („Na całe zło – mezcal, na wszystko, co dobre – też”). Serwujące go mezcalerie to bardzo popularny w kraju rodzaj lokalu, przypominający polskie bary z wódką i zakąską, tyle że jako zagryzkę podaje się w nich smażone koniki polne. Ten meksykański alkohol często kojarzy się także z innym owadem – pływającą w butelce larwą ćmy. Wbrew obiegowej opinii, jej obecność wcale nie świadczy o wysokiej jakości trunku. Wręcz przeciwnie, w najlepszych mezcalach się jej nie umieszcza.


Mimo tych wszystkich atrakcji nie powinniśmy się zbytnio zasiedzieć w stolicy stanu, bo jej okolice mają również wiele ciekawego do zaoferowania. Hierve el Agua w osadzie San Isidro Roaguía wygląda jak skamieniały wodospad przeniesiony z księżycowego krajobrazu. W rzeczywistości to formacje skalne, które powstawały przez tysiące lat. Na ich szczycie znajdują się źródła tworzące niewielkie jeziora. Gdy leży się w turkusowej wodzie tuż przy krawędzi przepaści z widokiem na pobliskie pasmo górskie, odnosi się wrażenie, że trafiło się w sam środek obrazu Salvadora Dalego (1904–1989). Na wierzchołku innej góry położonej w sąsiedztwie Oaxaki de Juárez odkryjemy natomiast pozostałości dawnej stolicy Zapoteków – Monte Albán. Z ruin rozciąga się zapierająca dech w piersiach panorama okolicznych wzniesień i dolin.


Oaxaca jest jednym ze stanów o największym procencie ludności rdzennej i słynie ze świetnie zachowanych tradycji ludowych. Wiele z tutejszych fiest ma swoje korzenie w rytuałach sprzed chrystianizacji. W mieście Juchitán de Zaragoza od czasów prekolumbijskich utrzymuje się także podział na trzy płcie: kobiety, mężczyzn i muxes, czyli osoby, które urodziły się mężczyznami, ale mówi się do nich w rodzaju żeńskim. Przedstawiciele tej ostatniej grupy podczas swojego dorocznego święta w listopadzie zakładają pięknie wyszywane i kolorowe bluzki zwane huipilami oraz kwieciste spódnice i wykonują regionalne tańce. Z kolei największą lokalną imprezą jest Guelaguetza – odbywający się w lipcu w Oaxace de Juárez barwny festiwal wszelkich ludowych tradycji.


Zacatecas ze srebra


O ile w Oaxace ludność rdzenna stanowi ok. 50 proc., to już w Zacatecas – tylko niespełna 3 proc. Mimo niewielkiej populacji Indian jest to region niezmiernie ważny dla kolonialnej historii kraju. Chociaż dość rzadko odwiedzany przez turystów, ma czym zaciekawić podróżników, szczególnie tych, których interesuje turystyka aktywna i kulturowa. Podczas wizyty w tym stanie zobaczymy zupełnie inną twarz Meksyku niż na Jukatanie i w Oaxace, co tylko zachęci nas do dalszego odkrywania fascynującej ojczyzny Meksykanów.


Stolica regionu, mająca tę samą co on nazwę, została założona w 1546 r., a powstała na fali gorączki srebra. Lokalne kopalnie uczyniły z kraju największego producenta tego metalu na świecie, która to sytuacja utrzymuje się do dziś. Na początku XIX w. sam tylko stan Zacatecas dostarczał 20 proc. światowego zapotrzebowania na ten kruszec. Zaledwie 10 min. od centrum stolicy znajduje się Mina El Edén – jeden z zakładów wydobywczych, działający w latach 1586–1960. W otworzonym dla zwiedzających w 1975 r. obiekcie można oglądać oryginalne mosty, klatki schodowe i maszyny górnicze oraz przetańczyć noc w La Mina Club. To podobno jedyny klub nocny na świecie utworzony w kopalni. Żeby bawić się 280 m pod ziemią, trzeba najpierw pokonać odcinek o długości 650 m specjalną kolejką, która zawozi pasażerów do dawnych komór.


Dzięki dochodom z wydobycia srebra wybudowano w Zacatecas jedne z najpiękniejszych meksykańskich kościołów i klasztorów. To drugie najwyżej położone duże miasto w kraju (rozciągające się na średniej wysokości ok. 2430 m n.p.m.) zapiera dech w piersiach. Jego architektura została dostosowana do górzystego ukształtowania terenu, a budynki są prawdziwymi dziełami sztuki. Zabudowania mają kolor żółtopomarańczowy, a wspaniale oświetlone w nocy sprawiają wrażenie złotych. W dawnych kompleksach kościelnych znajdziemy dwa ważne muzea. W kolegium jezuitów, następnie należącym do dominikanów, funkcjonuje obecnie Museo Pedro Coronel, gdzie możemy podziwiać jedną z większych kolekcji sztuki w Meksyku. Zebrano w nim dzieła takich artystów jak Salvador Dalí, Pablo Picasso, Joan Miró, Marc Chagall, Eugène Delacroix czy Georges Braque. Z kolei brat Pedra, Rafael, zgromadził największy na świecie zbiór meksykańskich masek liczący ponad 10 tys. egzemplarzy. Obejrzymy je w Museo Rafael Coronel w niegdysiejszym Klasztorze św. Franciszka, jednym z najstarszych na północy Meksyku, ufundowanym pod koniec XVI stulecia. To jednak tylko dwie z licznych placówek muzealnych Zacatecas, w którym tętni życie kulturalne i odbywa się wiele festiwali i ważnych wydarzeń.


Stolica stanu najlepiej prezentuje się z góry, z legendarnego wzgórza Bufa (Cerro de la Bufa – ok. 2650 m n.p.m.). Z historycznego centrum dostaniemy się na nie w 7 min. teleférico, czyli kolejką linową. Miejsce to było cichym świadkiem rewolucji meksykańskiej (1910–1920). To właśnie tutaj 23 czerwca 1914 r. rozegrała się jedna z jej największych bitew – toma de Zacatecas (bitwa o Zacatecas). Francisco Pancho Villa (1878–1923) pokonał w tym rejonie armię 12 tys. żołnierzy generała Luisa Mediny Barróna (1873–1937). Na wzgórzu znajduje się muzeum upamiętniające to wydarzenie. Zgromadzono w nim ubrania, broń, działa, makiety, gazety, zdjęcia i dokumenty z tego okresu, a przed budynkiem ustawiono pomniki wielkich przywódców rewolucji meksykańskiej.


Cały Meksyk usiany jest wspaniałymi pamiątkami po kulturach prekolumbijskich, więc także w Zacatecas leży kilka interesujących stref archeologicznych, takich jak Altavista (Chalchihuites), La Quemada czy El Teúl, czyli najstarsze miejsce w Ameryce Łacińskiej, w którym wytapiano miedź. Ten stan spodoba się też miłośnikom turystyki aktywnej. Park Narodowy Sierra de Órganos to świetna okolica na trekking, wspinaczkę bądź jazdę rowerem górskim. Erozja wietrzna nadała tutejszym górom niesamowite kształty – wyglądają jak katedry, wieże i zamki. U ich podnóży kręcono m.in. Działa Navarony (1961 r.) z Anthonym Quinnem i Gregorym Peckiem w rolach głównych i Jaskiniowca (1981 r.) z Ringo Starrem. Parkowa infrastruktura została wyśmienicie przygotowana – są tu np. specjalne miejsca z grillem, gdzie można rozbić namiot. Poza tym w tym rejonie zatrzymamy się również w domkach kempingowych. Jak mówi hasło promocyjne stanu: Zacatecas, Suena Bien!, czyli „Zacatecas, brzmi dobrze!”. Z pewnością warto odwiedzić ten region Meksyku, w którym czeka na nas mnóstwo niezapomnianych wrażeń.