ELŻBIETA PAWEŁEK

                                                                                                             FOT. FOTOTECA ENIT/SANDRO BEDESSI
<< Ta piękna wyspa miała wielu sławnych wielbicieli wśród elit politycznych i arystokracji. Dziś jest rajem żeglarzy, nurków oraz wind- i kitesurferów. Turystów szukających błogiego wypoczynku kusi błękitną wodą, kilometrami uroczych plaż i luksusem Costa Smeralda (Szmaragdowego Wybrzeża). >>

Druga po Sycylii największa wyspa Morza Śródziemnego posiada status regionu autonomicznego Włoch. To poczucie odrębności to zapewne dziedzictwo po historycznym Królestwie Sardynii, które choć w ciągu setek lat istnienia zmieniało swoje granice i przechodziło z rąk do rąk, zakończyło swój żywot dopiero w 1861 r. po włączeniu do Królestwa Włoch. Potwierdza je także język sardyński, nadal używany przez mieszkańców wyspy.

 

Na górzystej w znacznej części Sardynii temperatura nie spada zazwyczaj poniżej zera nawet w okresie zimy, a słońce świeci przez większość dni w roku. Dlatego żadna pora nie wydaje się nieodpowiednia na wyjazd w te strony. Oprócz wspaniałych krajobrazów na uwagę zasługują też tutejsze urokliwe miasta i porty.

 

Przerwa obiadowa na plaży

Cagliari, stolica Sardynii, w południe przypomina rozgrzaną patelnię. Upał nie przeszkadza jednak Senegalczykom handlującym na chodnikach. – Madame, good price – zachęcają do zakupów z szerokim uśmiechem. – English, Deutsch, Français, Español? – próbują odgadnąć naszą narodowość. W tym czasie większość ludzi sączy espresso lub zimną wodę mineralną przy Via Sardegna, gdzie roi się od klimatycznych kawiarenek i restauracji. Pod rozłożystymi parasolami łatwiej przetrwać żar lejący się z nieba. Znany angielski pisarz David Herbert Lawrence (1885–1930) w swojej książce Morze i Sardynia (Sea and Sardinia) z 1921 r. twierdził, że Cagliari jest dość ładne, ale trochę dziwne i w ogóle nie przypomina Włoch. Po niemal 100 latach niewiele się zmieniło. Na pewno przybyło mieszkańców, żyje ich tutaj już 150 tys. Wyrosły nowoczesne przedmieścia z blokami, które jednych zachwycają, a innych denerwują. Jednak nadal nad stolicą góruje stare centrum otoczone pizańskimi fortyfikacjami, jej wybrzeże pokrywa złoty piasek, a w niewielkich lagunach można bez końca podglądać flamingi, żurawie i kormorany.

FOT. FOTOTECA ENIT/SANDRO BEDESSI

Cagliari – Bastione di Saint Remy

 

Miasto trochę szpecą stare koszary wojskowe, położone, jak na ironię, w przepięknym miejscu nad samym morzem – mówi nam Giulia, od kilkunastu lat mieszkająca na Sardynii. Kiedyś dziwiła się, że w porze letniej sjesty wszyscy pędzili na miejską plażę, a potem zrelaksowani lub spieczeni na raka wracali do pracy. Teraz sama tak robi. Niektórzy wybierają na plażowanie przybrzeżną dzielnicę Poetto (15 min. miejskim autobusem z Piazza Matteotti) ze względu na bardziej kameralną atmosferę i brak tłoku. Z morza wynurza się tu intrygująca skała, nazywana Sella del Diavolo – Diabelskim Siodłem. Podobno w tym miejscu św. Michał Archanioł wygrał walkę z diabłem.

Wieczorem najprzyjemniej pospacerować po Via Manno, uważanej za jedną z najpiękniejszych sardyńskich promenad. Po drodze mijamy hałaśliwe Piazza Yenne i Largo Carlo Felice, przy których skupiła się większość sklepów, hoteli, barów i banków. Zwiedzanie Cagliari można właściwie ograniczyć do jego starej części, czyli Castello. To labirynt średniowiecznych uliczek, miejskie fortyfikacje Torre dell’Elefante (Wieża Słonia) i Torre di San Pancrazio (Wieża św. Pankracego) czy przeszywająca chłodem romańska Cattedrale di Cagliari (Katedra Cagliari), o której mówi się, że przepuszczona przez maszynę czasu, przesiąkła barokiem. Spod monumentalnego Bastione di Saint Remy (Bastionu św. Remigiusza) warto wejść krętymi, wąskimi schodami na górę. Trud wspinaczki rekompensuje piękny widok na port i okoliczne laguny. Stąd też najlepiej podziwiać zachody słońca. Czerwona kula znika za horyzontem, rozświetlając morze w niezwykle widowiskowy sposób.

 

W obcych rękach

Kiedy David Herbert Lawrence przyjechał na Sardynię, wydała mu się egzotyczna i zagubiona pomiędzy Europą i Afryką, wręcz niczyja. Sardyńczycy uważają, że to efekt długiej, dramatycznej historii i nieustających podbojów wyspy przez inne nacje. Można znaleźć tutaj ślady panowania Kartagińczyków, Rzymian czy Hiszpanów. Próbował ją zdobyć również Napoleon i słynny admirał Horatio Nelson, dowodzący flotą brytyjską. Po 15 miesiącach bezskutecznego oblężenia napisał w raporcie: Bóg jeden wie, że będąc w posiadaniu Sardynii, nie pragnęlibyśmy już Malty ani żadnej innej wyspy.

Pierwszą osobą, która przyczyniła się do jej rozwoju był… Benito Mussolini. Za jego rządów przeprowadzono reformy ziemskie, osuszono grunty, postawiono tamy na rzekach. Dopiero po II wojnie światowej wyspa, podobnie jak Sycylia, uzyskała autonomię. Sardyńskie władze sprawują dziś kontrolę nad transportem, turystyką, przemysłem i policją. A jednak mieszkańcy czują urazę do rządu włoskiego, mając mu za złe, że uczynił z Sardynii główną bazę wojsk NATO na Morzu Śródziemnym.

Sardyńczycy zawsze byli wykorzystywani. Są bardzo nieśmiali i zamknięci, ale cechuje ich duże poczucie dumy. Chociaż ostatnio to się zmienia – dodaje Giulia. Wielu z nich pracuje w usługach turystycznych, jak Emilio, kelner w niewielkiej restauracji, uwijający się jak w ukropie między stolikami z gośćmi. Na naszych talerzach lądują kraby z grilla, doprawione jałowcem i mirtem, rozpływająca się w ustach pieczeń wieprzowa i duszone ryby. Na zakończenie uczty próbujemy słodkiej grappy pod nazwą Malvasia, która szybko uderza do głowy.

Wyspiarze, tacy jak Emilio, szczycą się tym, że nie ma tu ani bardzo dużych miast, ani ciężkiego przemysłu. Dzięki temu sardyńskie plaże należą do najczystszych we Włoszech. Kameralne ośrodki wypoczynkowe położone malowniczo nad samym morzem stanowią często wymarzoną oazę spokoju dla zapracowanych Europejczyków o skołatanych nerwach. Nic więc dziwnego, że coraz więcej mieszkańców ze stałego lądu, nazywanego przez miejscowych il continente, przyjeżdża w te strony.

 

Morze o barwie szmaragdów

Sardynia pozostałaby zapewne wyspą pasterzy, gdyby nie książę Aga Chan IV – religijny przywódca ismailickich nizarytów. W 1958 r. przybił do tutejszego brzegu swoim jachtem, szukając schronienia przed sztormem. Tak zachwycił się północnym wybrzeżem, pełnym małych zatoczek, że postanowił kupić tutaj ziemię. Wkrótce jego przedstawiciele namówili miejscowych rolników do sprzedaży 10 km nadmorskiego pasa za niską cenę. Zaradny książę ściągnął najpierw inwestorów, którzy zbudowali luksusowe hotele, a potem koronowane głowy i inne ważne osobistości. Świat dowiedział się o istnieniu Costa Smeralda (Szmaragdowego Wybrzeża) – jednego z najpiękniejszych w basenie Morza Śródziemnego. Jego nazwa pochodzi od koloru morza w tej okolicy. Nie ma na nim hoteli przypominających miejskie wieżowce, tablic reklamowych, krzykliwych restauracji szybkiej obsługi. Przestronne apartamenty z naturalnego kamienia dyskretnie wkomponowano w krajobraz. Podobno wpada tu były premier Włoch Silvio Berlusconi, kiedy ma dość skandali wokół swojej osoby. Bywała w tym miejscu także obecna księżna Hanoweru i Monako Karolina oraz słynny projektant mody Karl Lagerfeld.

Dyskretna ochrona bierze pod lupę każdego gościa. Wraz z Giulią podążamy jednak śmiało do Porto Cervo, czyli Portu Jelenia. To niepisana stolica Szmaragdowego Wybrzeża. Wymuskane alejki, budynki wystylizowane na wiejskie domy – cała osada przypomina idylliczną śródziemnomorską wioskę, doskonałe miejsce na ucieczkę od szarej codzienności. W wielkiej przystani aż tłoczno od wspaniałych jachtów i katamaranów kołyszących się lekko na wietrze. W powietrzu unosi się zapach luksusu. O ceny lepiej nie pytać, wszystko kosztuje tutaj kilka razy drożej niż w innych ośrodkach... 

FOT. FOTOTECA ENIT/SANDRO BEDESSI

 Buggerru – Spiaggia di San Nicolò

 

Na skrzydłach wiatru

Sardynia, wyspa dwóch żywiołów – wody i wiatru, okazuje się wymarzonym miejscem dla miłośników sportów wodnych. Nieustannie wiejące mistral, scirocco i levante, ponad 200 km plaż z białym piaskiem oraz krystalicznie czysta woda stwarzają wręcz idealne warunki do kitesurfingu. Latem można uprawiać go w kilku miejscach, przez cały rok – jedynie w Porto Botte. Działa tu polska szkoła kitesurfingu SKYHIGH, wystawiająca uczestnikom kursu certyfikaty IKO (International Kiteboarding Organization), uprawniające do wypożyczenia sprzętu we wszystkich centrach IKO na całym świecie. Bardziej zaawansowani mogą wypuścić się na kitesafari z przewodnikiem – ekscytującą tygodniową wędrówkę po najpiękniejszych zatokach Sardynii.

Wysokie morskie fale najbardziej cieszą surferów. Pełno ich zawsze na miejskiej plaży Poetto w Cagliari, a także na Chia i Capo Mannu na półwyspie Sinis. W jego zatoczkach często cumują żeglarze, również na dziko, jeśli nie stać ich na opłaty portowe. Sardynia oferuje też wiele atrakcji amatorom nurkowania. Swoim łagodnym klimatem i ciepłą wodą (zimą jej temperatura nie spada poniżej 13°C) zachęca wręcz do poznawania morskiego królestwa. Na odkrywców czekają podwodne groty, zatopione wraki statków i koralowce przy Capo Carbonara (przylądku Carbonara) oraz Isola dei Cavoli (wyspie Cavoli). Natomiast przy południowym brzegu nie lada atrakcją będą ławice tuńczyków.

 

Lekcja historii

Każdy sardyński przewodnik zapewnia jednak, że ten uroczy skrawek lądu ma dużo więcej do zaoferowania niż tylko słońce i morze. Nie trzeba długo szukać, aby napotkać tutaj rzymskie i kartagińskie ruiny, potężne fortece wzniesione przez Genueńczyków, wspaniałe budowle gotyckie i barokowe lub pełne elegancji kościoły pizańskie. Największe zaciekawienie budzą niezmiernie tajemnicze okrągłe, kamienne nuragi (pozostało ich prawie 7 tys.). Najprawdopodobniej pełniły one niegdyś m.in. funkcje obronne i reprezentacyjne. Nie ujrzymy ich w żadnym innym zakątku świata.

FOT. FOTOTECA ENIT/VITO ARCOMANO

Tharros – ruiny miasta fenickiego

 

Nie można opuścić wyspy bez wizyty w Alghero, przepięknym porcie w prawdziwie hiszpańskim stylu, ani w sąsiednim Sassari z zachwycającą starówką. Niektórzy do długiej listy miejsc, jakie koniecznie trzeba zobaczyć, dorzucają też należącą do Sardynii wyspę La Maddalena. Łatwo dostać się z niej na Caprerę, na której włoski generał i przywódca walk o wyzwolenie Włoch Giuseppe Garibaldi (1807–1882) spędził ostatnie lata swojego życia, pisząc powieści i hodując kozy. – Niestety, na wypoczynek à la Garibaldi nie ma jeszcze chętnych – śmieją się Sardyńczycy.


 

Artykuły wybrane losowo

Poza utartym szlakiem w Tajlandii

 

Kinga Bielejec

www.gadulec.me

 

 Sukhotai z zabytkami związanymi z początkami architektury tajskiej

Sukhothai-000597

© TOURISM AUTHORITY OF THAILAND (TAT)

 

Tajlandia to jeden z najczęściej odwiedzanych krajów świata. Słynie z pięknych piaszczystych plaż, przejrzystych wód i przepysznej kuchni. Znajduje się tutaj mnóstwo buddyjskich świątyń i posągów. Tajlandzka stolica – Bangkok – nigdy nie zasypia. Nie wszyscy jednak wiedzą, że na krajobraz Tajlandii składają się też bujne zielone lasy i małe sielskie miasteczka, w których czas się zatrzymał.

 

Najlepsza pora na odwiedzenie tego azjatyckiego państwa to okres między listopadem a lutym. Trwa wtedy pora sucha, średnia temperatura powietrza waha się od 28 do 32°C, a opady należą do rzadkości. Jedynie na wschodnim wybrzeżu (w okolicy m.in. Koh Samui, Koh Tao, Phangan) może sporadycznie popadać. Te miesiące są również szczytem sezonu turystycznego, więc hotele w najpopularniejszych miejscach (w czasie Bożego Narodzenia i zabaw sylwestrowych do bardzo chętnie odwiedzanych zaliczają się szczególnie obiekty na wyspach) warto zarezerwować wcześniej.

 

Choć w biurach podróży Tajlandia cieszy się dużym zainteresowaniem, zazwyczaj turystom oferuje się program obejmujący mniej więcej te same atrakcje. Dlatego chciałabym zaproponować zejście z utartego szlaku zwiedzania. W tym kraju pozostało jeszcze wiele do odkrycia.

 

ZAGUBIENI W STOLICY

 

Przy wyborze zakwaterowania w stolicy Tajów korzystałam z portalu Couchsurfing. Ludzie z całego świata oferują w nim nocleg w swoim mieszkaniu i często wspólne spędzanie czasu. Zatrzymaliśmy się u Hosta, z pochodzenia Holendra. Które mniej znane miejsca w Bangkoku warto odwiedzić? – zapytałam go tuż po przylocie do tej prawie 10-milionowej metropolii. Najlepsze, co można zrobić, to się zgubić – odpowiedział. I faktycznie była to wskazówka idealna.

 

Okazało się, że największe miasto Tajlandii to nie tylko słynna ulica Khao San, okryty złą sławą Patpong (dzielnica występów ping pong show, ladyboyów, barów i ledwo trzymających się na nogach turystów), Wielki Pałac Królewski i liczne świątynie, lecz także targi oraz bazary pełne smaków, kolorów i zapachów. Koło ruchliwych skrzyżowań sprzedaje się kawałki kurczaka na patyku czy pad thai (smażony makaron z dodatkami), a na ulicznych straganach piętrzą się świeże egzotyczne owoce. Tutaj najlepszymi przewodnikami są nogi i nos. Do nieco mniej znanych, ale bardzo ciekawych atrakcji należą ulica industrialna (koło Kościoła Świętego Różańca) i Park Pałacowy Dusit, w którym znajdują się Pałac Vimanmek (największa budowla ze złotego drewna tekowego na świecie), sale tronowe, posąg króla Czulalongkorna (Chulalongkorna, Ramy V) i ogród zoologiczny.

 

TAJSKI ANGKOR WAT

 

W drodze z Bangkoku do Chiang Mai (na północy kraju) warto wysiąść na stacji Phitsanulok i wsiąść w autobus do Sukhothai. Początki tego miasta sięgają XIII w., a jego złoty okres przypada na panowanie króla Ramkhamhaenga (urodzonego między 1237 a 1247 i zmarłego w 1298 r.). To wtedy je rozbudowano i stało się jednym z największych na świecie ośrodków buddyzmu. Mniej więcej sto lat później, kiedy swoimi wpływami objęło te tereny Królestwo Ajutthaja (Królestwo Ayutthaya), Sukhothai straciło na znaczeniu. Zainteresowanie wzbudziło ponownie dopiero w XIX w. Przyczynił się do tego król Mongkut, Rama IV (1804–1868).

 

Obecnie odrestaurowane pozostałości tej historycznej stolicy Królestwa Sukhotai znajdują się na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Leżą one w odległości ponad 10 km od współczesnego miasteczka nazywanego Nowym Sukhothai (Sukhothai Thani). Aby dotrzeć do wspaniałych ruin, najlepiej wypożyczyć skuter na dworcu autobusowym lub podjechać tuk-tukiem (trójkołową motorikszą). Należy jednak pamiętać, że kompleks jest duży i dzieli się na kilka stref (wejście płatne osobno), pomiędzy którymi łatwiej (i szybciej) porusza się środkami transportu.

 

W DŻUNGLI ŻYCIA

 

Przepiękny wodospad Thi Lo Su na rzece Maeklong w dystrykcie Umphang

UMPHANGTak-000299

© TOURISM AUTHORITY OF THAILAND (TAT)

 

Z Sukhothai można udać się autobusem do Mae Sot, mało znanego miasta tuż przy granicy z Birmą (Mjanmą). Wyruszają stąd wycieczki do Umphang, miejscowości położonej na skraju dżungli, do której jedzie się ok. 165 km asfaltową drogą z 1219 zakrętami. Już sama podróż to niezapomniane przeżycie – nierzadko siedzi się w pick-upie wraz z miejscowymi żującymi betel oraz ich kurami i kogutami. Przewożenie ludzi (i zwierząt) na dachu samochodu jest tutaj normą. Na dodatek otaczające nas widoki zapierają dech w piersiach. A to dopiero początek przygody!

 

Do najpopularniejszych należą wycieczki czterodniowe. Pierwszego dnia dojeżdża się do Umphang i tu nocuje. Nazajutrz, tuż po śniadaniu, wyrusza się na spływ po niezbyt rwącej rzece Maeklong (Mae Klong). Kilka lat temu zmieniono przepisy i drewniane tratwy zastąpiono dmuchanymi pontonami. Po drodze można spotkać dzikie zwierzęta (węże, gibony, mundżaki, warany, krokodyle różańcowe) i wykąpać się w gorących źródłach. Po lunchu następuje główny punkt programu – kilkugodzinny trekking w dżungli. Oczywiście, cały czas jest się pod opieką doświadczonego lokalnego przewodnika, który zna te rejony od dziecka. Najlepiej nocować w namiocie pośrodku utworzonego w 1989 r. Sanktuarium Dzikiej Przyrody Umphang (Umphang Wildlife Sanctuary), gdzie zasypia się wśród niesamowitych odgłosów. Trzeciego dnia odwiedza się największy wodospad w Tajlandii o wdzięcznej nazwie Thi Lo Su (również Thee Lor Sue lub The Lor Sue). Ma ok. 250 m wysokości i 450 m szerokości. Robi ogromne wrażenie, w dodatku można się w nim kąpać, a niekiedy nawet z niego skakać (wszystko zależy od stanu wody). Popołudniu znów wyrusza się na trekking, a po kilku godzinach dociera się do wioski Karenów. Posługują się oni językami kareńskimi, całkiem innymi niż tajski, i dopiero od kilkunastu lat uczą się w szkołach podstawowych języka urzędowego kraju. W Tajlandii mieszka ok. 400 tys. Karenów. Zajmują się głównie rolnictwem i hodowlą. W wiosce, którą odwiedziliśmy w 2014 r., nie było zasięgu sieci komórkowych czy internetowych. Miejscowi kontaktowali się z resztą świata za pomocą aparatu umieszczonego w jedynej budce telefonicznej. Uczestnicy wycieczki śpią u lokalnej rodziny i razem z nią spożywają kolację i śniadanie. Czwartego dnia wracają do Umphang. Wiele agencji proponuje wyprawy urozmaicone półtoragodzinną przejażdżką na słoniu, po której wszyscy udają się jeepem do miasteczka. Warto dopytać o szczegóły takiej oferty, ponieważ dość często zdarza się, że zwierzęta są źle traktowane, bite i zakute w łańcuchy.

 

Okolice Mae Sot i Umphang rzadko bywają wspominane w przewodnikach czy na blogach podróżniczych. Z jednej strony można nad tym ubolewać, ponieważ to jeden z ciekawszych rejonów w Tajlandii, a z drugiej dzięki temu właśnie miejsce to nie stało się jeszcze tak oblegane przez turystów jak chociażby miasto Chiang Mai. W okolicy znajduje się także jaskinia Takobi i wspierany przez UNICEF 13-tysięczny obóz dla uchodźców z Birmy (głównie Karenów) – Umpiem Mai.

 

ODPOCZYNEK W PAI

 

Omijamy wspomniane turystyczne, chodź bardzo interesujące, Chiang Mai i udajemy się do Pai – jednego z najbardziej niezwykłych miasteczek w tym kraju. Tutaj czas się zatrzymał, życie płynie powoli, podobnie jak pobliska rzeka o tej samej nazwie. To idealne miejsce na odpoczynek od zgiełku i tłumów z całego świata. Mieszkańcy Pai mają tatuaże i dredy i słuchają Boba Marleya. Ciężko stwierdzić, czy właśnie oni przyciągnęli podobnych do siebie turystów, czy sami zaczęli naśladować styl Europejczyków, Amerykanów i Australijczyków. Jedno jest pewne – dziś to leniwe miasteczko uchodzi za mekkę backpackerów ze wszystkich stron świata. Znajdują się tu hostele, nieco bardziej luksusowe bungalowy z hamakami, na których można przeleżeć tydzień, klimatyczne restauracje i kafejki. Młodzi ludzie przyjeżdżają na 2–3 dni i zostają na tydzień (lub znacznie dłużej).

 

W Pai każdy spędzi przyjemnie czas. Jeśli odpoczynek już nam się znudzi, wystarczy wynająć skuter lub zapisać się na zorganizowaną wycieczkę. W okolicy jest mnóstwo atrakcji – kanion (Pai Canyon, Kong Lan), wodospady (w tym szczególnie malowniczy Pam Bok), gorące źródła, Most Pamięci. Po drodze warto wstąpić na pyszną kawę i ciasto do przepięknie położonej kawiarni „Coffee in Love”.

 

SŁONIE I LUDZIE

 

W odległości ok. 10 km od centrum Pai znajduje się Thom’s Elephant Camp, czyli wioska słoni, która oferuje kilkugodzinne przejażdżki na grzbiecie tych inteligentnych i wrażliwych zwierząt bądź kąpiele z nimi w pobliskiej rzece. Aby poznać je jeszcze bliżej, można odbyć tygodniowy lub dwutygodniowy wolontariat. Sens funkcjonowania miejsc, w których główną atrakcją są żywe stworzenia, to niezmiernie trudny i dyskusyjny temat. Nie inaczej jest w tej sytuacji.

 

Słonie od tysięcy lat pomagają tutejszym mieszkańcom w pracy i życiu codziennym. Niegdyś wykorzystywano je w trakcie działań wojennych i przy wycinaniu lasów. Obecnie stały się machiną do zarabiania pieniędzy. Prawie zawsze w wioskach słoni pracują samice, ponieważ samce są nieposłuszne i trudniej je kontrolować. Młode zabiera się od matek i tresuje, aby w przyszłości służyły człowiekowi. Takie szkolenia bywają niezwykle brutalne, gdyż panuje przekonanie, że każdego osobnika trzeba złamać. Trener, tzw. mahout, musi pokazać słoniowi, iż ma nad nim władzę. Nierzadko stosuje się łańcuchy i ostro zakończone kije – zarówno w trakcie szkolenia, jak i później, już podczas wykonywania określonych zadań. Zwierzęta i mahouci pracują od rana do wieczora, 7 dni w tygodniu, praktycznie przez okrągły rok, jeśli tylko jest na to zapotrzebowanie.

 

W Thom’s Elephant Camp w Pai słonie nie mają założonych łańcuchów, a turyści siedzą bezpośrednio na ich karku, a nie w niewygodnych, ciężkich krzesłach. Mimo wszystko zwierzęta muszą pracować bardzo dużo i spędzają całe życie w niewoli, posłusznie służąc swoim opiekunom. Najlepszym rozwiązaniem wydaje się przekształcenie wszystkich takich ośrodków w rezerwaty przyrody, jednak wtedy zatrudnienie straciłyby tysiące mahoutów, którzy najczęściej utrzymują wieloosobowe rodziny. Prawdopodobnie Tajlandia nie jest gotowa na tak radykalne zmiany, ale przed przejażdżką na słoniu powinniśmy zastanowić się nad wszystkimi wadami i zaletami tego typu atrakcji. Być może lepiej będzie odwiedzić wioskę, w której te piękne i dostojne zwierzęta dożywają swojej starości po latach pracy, a w Thom’s Elephant Camp jedynie dać słonicom banana i pogłaskać je po trąbie, a potem stąd odjechać.

 

NIEZWYKŁA ŚWIĄTYNIA

 

Na północy Tajlandii, tuż przy granicy z Laosem i Birmą leży miasto Chiang Rai. Można tu przyjechać na jednodniową wycieczkę z Chiang Mai lub zajrzeć w drodze do innego kraju Azji Południowo-Wschodniej. Kilka kilometrów od centrum znajduje się świątynia buddyjska inna niż wszystkie – Wat Rong Khun, zwana również White Temple (Białą Świątynią). Jej nowoczesny gmach zaprojektował tajski artysta Chalermchai Kositpipat. Budowa obiektu rozpoczęła się w 1997 r. i trwa do dzisiaj. Podobno pomysłodawca powiedział kiedyś, że zostanie ukończona ok. 60–90 lat po jego śmierci. Biała Świątynia jest pełna różnego rodzaju symboli. Do głównego budynku (ubosot) prowadzi mostek, który otacza las powykręcanych rąk i dłoni należących do udręczonych dusz próbujących wydostać się z piekła. Wnętrze, z pozoru mało interesujące, zdobią wizerunki bohaterów współczesnej kultury popularnej: Batmana, Spidermana, Supermana, Jacka Sparrowa czy Harry’ego Pottera (a nawet minionków, Angry Birds i Hello Kitty). Postacie te zostały umieszczone wraz z płonącymi wieżami nowojorskiego World Trade Center, co sugeruje, że nie są w stanie uratować naszego świata. W całym obrazie dominującą rolę odgrywa natomiast wielki demon, w oczach którego znajdują się twarze Osamy bin Ladena i George’a W. Busha. Ten osobliwy mural ma uświadomić patrzącemu, że tylko Budda może zbawić ludzkość.

 

Drugą interesującą budowlą w Chiang Rai jest Baan Dam, czyli Czarny Dom. Kompleks ten stworzył Taj Thawan Duchanee. Składa się na niego kilkadziesiąt budynków z drewna, szkła, terakoty i innych tworzyw. W ich wnętrzach można podziwiać m.in. ogromny zbiór trofeów myśliwskich artysty.

 

NA RAJSKICH WYSPACH

 

Wat Rong Khun – główna świątynia i prowadzący do niej mostek

IMG 3507

© KINGA BIELEJEC/GADULEC.ME

 

Południe Tajlandii to przede wszystkim liczne wyspy i piękne plaże. Tutaj trudniej o miejsca poza utartym szlakiem. Przy wschodnim wybrzeżu, w Zatoce Tajlandzkiej leżą jedne z najciekawszych wysp. Koh Tao to mekka nurków, na Koh Phangan odbywa się słynne Full Moon Party, a Koh Samui jest najspokojniejsza z całej trójki. Na każdej z nich warto wynająć skuter, aby zwiedzać okolicę we własnym tempie. Znajdziemy tu zarówno spektakularnie położone punkty widokowe (np. John-Suwan Viewpoint lub Chalok Viewpoint na Koh Tao), jak i rajskie plaże (chociażby Thian Og na Koh Tao czy Chaloklum albo Haad Salad na Koh Phangan).

 

Wody otaczające Koh Tao stanowią idealny rejon na kurs nurkowania. Przystępne ceny, instruktorzy mówiący w wielu językach i niezwykły podwodny świat sprawiają, że to właśnie na tę wyspę przyjeżdżają turyści spragnieni nowych doznań. W jej bezpośrednim sąsiedztwie wyróżnia się 25 atrakcyjnych miejsc nurkowych, wśród których najbardziej znane są Japanese Gardens, Red Rock, Shark Island, White Rock, Southwest Pinnacle, Mango Bay, Chumporn Pinnacle, Green Rock, Hin Wong, Sail Rock czy Twins Peak. Średnia głębokość wynosi mniej więcej 12–18 m, jednak bez problemu znajdziemy punkty dla bardziej zaawansowanych nurków (do 45 m głębokości). Widoczność sięga ok. 15, a nawet 30–40 m w sprzyjających warunkach.

 

Full Moon Party, Half Moon Party, zabawa sylwestrowa czy Boże Narodzenie – na Koh Phangan okazji do świętowania jest bez liku. Na plaży Haad Rin raz w miesiącu gromadzi się od 10 do 30 tys. młodych ludzi z całego świata. Ściągają tutaj, aby słuchać muzyki, tańczyć i popijać drinki z napoju energetycznego, soku i alkoholu (najczęściej lokalnego rumu) podawane z lodem w plastikowych wiaderkach, a zwane buckets. Imprezowicze krążą do białego rana między kilkoma różnymi scenami wystawionymi nad brzegiem Zatoki Tajlandzkiej. Wszyscy mają pomalowane twarze i odblaskowe koszulki, a kolejka do studia tatuażu ciągnie się przez pół ulicy. I pomyśleć, że wszystko zaczęło się w 1985 r., kiedy po raz pierwszy podczas pełni księżyca bawiła się tu grupa 20–30 turystów. Obecnie to jedna z największych plażowych imprez na świecie. Oprócz tego na Koh Phangan organizuje się także Black Moon Party na plaży Baan Tai (raz w miesiącu, gdy księżyc jest w nowiu) i Half Moon Party w małym lesie leżącym ok. 2 km w głąb lądu (dwa razy w miesiącu, w czasie pierwszej i ostatniej kwadry).

 

Na zachodnim wybrzeżu kraju znajdują się m.in. miasta Krabi i Ao Nang. Same w sobie nie są zbyt ciekawe, jednak będą doskonałymi bazami wypadowymi na maleńkie wysepki lub półwyspy. W Tajlandii obowiązkowo należy odwiedzić plażę Railay (Rai Leh) i archipelag Phi Phi. Na Koh Phi Phi Leh był kręcony słynny film Niebiańska plaża (2000 r.) z Leonardem DiCaprio w roli głównej. Półwysep Railay jest z kolei świetnym miejscem na odpoczynek i znakomitym rejonem dla miłośników wspinaczki skalnej. Niestety, zarówno jego, jak i archipelag Phi Phi oblegają tłumy turystów, szczególnie w okresie ferii świątecznych.

 

Blisko granicy z Malezją znajduje się wyspa idealna dla osób kochających dziką przyrodę, ceniących spokój i ciszę. Infrastruktura turystyczna na Koh Tarutao jest bardzo ograniczona, dlatego jej rejon pozostaje niemal dziewiczy i niezmieniony przez człowieka. Biuro Narodowego Parku Morskiego Tarutao udostępnia bungalowy do wynajęcia, można też rozbić tutaj namiot (swój lub wypożyczony na miejscu).

 

ULICZNE JEDZENIE

 

Tajska kuchnia uchodzi za jedną z najsmaczniejszych na świecie. Co ciekawe, bardzo często jedzenie uliczne, przygotowywane w budkach przez starsze kobiety, jest dużo lepsze niż w restauracjach. Do najpopularniejszych potraw należy pad thai – podsmażony makaron ryżowy z pastą z tamaryndowca, sosem rybnym, sokiem z limonki, jajkiem, chili, czosnkiem, kiełkami fasoli mung i kurczakiem lub krewetkami. Kolejne danie, którego trzeba spróbować w Tajlandii, to tom yum (tom yam). W tej kwaśno-ostrej zupie bazę stanowi wywar z kurczaka bądź wieprzowiny wzbogacony trawą cytrynową, liśćmi papedy, sokiem z limonki, przyprawą galangal, sosem rybnym i chili. Występuje w dwóch wersjach – z mleczkiem kokosowym i bez niego. Miłośnicy ostrych smaków powinni skosztować sałatki z zielonej papai (som tam). Oprócz cienkich pasków tego owocu dodaje się do niej m.in. fasolę, pomidory, czosnek, orzeszki ziemne, sos rybny, sok z limonki, cukier palmowy i chili. Koniecznie należy również spróbować różnych rodzajów curry – zielonego, żółtego i czerwonego. A na koniec warto zjeść jeden z najpyszniejszych deserów świata – mango sticky rice (khao niao mamuang), czyli kleisty ryż z mleczkiem kokosowym i świeżym mango. To prawdziwe niebo w gębie!

 

KRÓL TAJLANDII

 

W artykule o Tajlandii nie można pominąć tak istotnej kwestii, jaką jest rodzina królewska. Bhumibol Adulyadej (Rama IX) zmarł 13 października 2016 r. w Bangkoku w wieku 88 lat. Był najdłużej panującym monarchą na świecie (wstąpił na tron w czerwcu 1946 r.). Rodacy uwielbiali swojego króla, stanowił dla nich ogromny autorytet, zdjęcia z jego podobizną wisiały wszędzie, a o rodzinie królewskiej nie wypadało powiedzieć złego słowa. Tuż po śmierci władcy miliony osób opłakiwały go na ulicach, na tydzień (a nawet miesiąc) zamknięto wiele barów i klubów, w państwie ogłoszono roczną żałobę. Jego jedyny syn i następca, Maha Vajiralongkorn (Rama X), ma niezmiernie trudne zadanie. Król Bhumibol Adulyadej był powszechnie szanowany. Jego potomek natomiast jest równie powszechnie nielubiany.

 

Tajlandia to kraj kontrastów, rozmaitych smaków i kolorów. Mimo iż z roku na rok odwiedza ją coraz więcej turystów, wciąż można tu znaleźć miejsca mniej popularne, leżące z dala od zgiełku i rewirów naganiaczy. Niekiedy dotarcie do takich zakątków zajmuje sporo czasu, ale na pewno warto zejść z utartego szlaku i odwiedzić dżunglę w okolicy Umphang czy kanion i wodospady koło Pai. Promocje na loty do Bangkoku zdarzają się coraz częściej, aż żal z nich nie skorzystać. Na koniec trzeba dodać, że Tajlandia sprawdza się idealnie jako kraj na pierwszą podróż do Azji – jest egzotyczna, ale nie tak bardzo osobliwa i obca dla Europejczyka jak Indie bądź Indonezja.

 

Koh Phi Phi Leh – rajska zatoka Maya

ao-maya-mu-ko-phi-phi - Kopia

© TOURISM AUTHORITY OF THAILAND (TAT)

 

 

Nieodkryta Armenia

 Tatev Monastery

Klasztor Tatew stoi na krawędzi wąwozu

© ARMENIA AND TRAVEL, OFFICIAL TOURISM WEBSITE OF ARMENIA

 

PAWEŁ SAKOWSKI

 

Armenia jest jednym z małych krajów – ma powierzchnię niemal 30 tys. km², a żyje tu ok. 3 mln ludzi, z czego ponad jedna trzecia mieszka w stołecznym Erywaniu. Wciąż nie cieszy się ona raczej zbyt dużą popularnością wśród turystów z Europy, ale zupełnie niezasłużenie. Zdecydowanie warto odwiedzić to wyjątkowe miejsce na naszym globie.

 

Podobno ormiańska diaspora rozsiana po świecie liczy aż ok. 10 mln osób. Niektórzy twierdzą wręcz, że za stolicę Armenii powinien uchodzić obszar metropolitalny Los Angeles, bo mieszka na nim więcej Ormian niż w Erywaniu (prawie 1,5 mln). Historia tego ostatniego sięga niemal 3 tys. lat wstecz. Jednak jednocześnie to armeńskie miasto jest jedną z najmłodszych stolic świata. Tę funkcję nadano mu dopiero w 1918 r., ale dwa lata później kraj znalazł się pod okupacją Armii Czerwonej. Stołecznym ośrodkiem niezależnego państwa Erywań stał się z powrotem wewrześniu 1991 r., po ponownym odzyskaniu niepodległości przez republikę. Armenia to naprawdę wyjątkowy kraj, w którym wszystko jest najstarsze i najlepsze. Tak przynajmniej twierdzą jego mieszkańcy. Ormianie stworzyli jedną z najstarszych cywilizacji na świecie. Jako pierwsi oficjalnie przyjęli chrześcijaństwo (w 301 r. n.e.), co czyni ich ojczyznę najstarszym chrześcijańskim państwem na ziemi. Tutejszy narodowy Kościół (Ormiański Kościół Apostolski) nie podlega władzy Watykanu.

 

Bezpośredni lot z Warszawy do Erywania trwa mniej więcej 3 godz. i 30 min. Różnica czasu między Armenią a Polską wynosi 2 godz. w okresie letnim i 3 godz. w okresie zimowym. Polacy nie muszą wyrabiać wizy, aby przekroczyć granicę, jeśli planują pobyt do 180 dni. Walutę kraju stanowi dram (AMD). Płatności w euro czy dolarach amerykańskich nie są obsługiwane, ale na szczęście kantorów i banków oferujących prawie identyczny kurs jest mnóstwo. Warto przygotować się na to, że po wyjściu z lotniska w Erywaniu turystów oblegają taksówkarze i inne osoby wykonujące przewozy. Standardowa cena za kurs do centrum miasta to 2–3 tys. dramów, czyli ok. 15–22 złotych. Kierowcy proponujący swoje usługi świeżo przybyłym oferują promocyjny przejazd za 15 tys. dramów (mniej więcej 110 złotych). Należy więc im ze spokojem podziękować i udać się na oficjalny postój tuż obok terminala lub zamówić taksówkę w okienku informacyjnym na lotnisku.

               

W STOLICY

 

Erywań jest specyficzny i ma swój niepowtarzalny urok. To młoda stolica, ale niezmiernie stare miasto. Na pewno warto zobaczyć w nim Kaskady, jeden z najbardziej rozpoznawalnych tutejszych obiektów. Ta monumentalna konstrukcja składa się z 572 schodów i łączy punkty, które dzielą od siebie 302 m wysokości. Ze szczytu rozciąga się malowniczy widok na cały Erywań. Widać też świętą górę Ormian, czyli Ararat (5137 m n.p.m.), odległą o ok. 50 km i znajdującą się obecnie na terytorium Turcji.

 

Ciekawym miejscem jest powstały na wzgórzu Cicernakaberd kompleks upamiętniający ofiary ludobójstwa, którego w 1915 r. dopuścili się Turcy na Ormianach. Po ormiańsku zbrodnię tę określa się mianem Mec Jeghern, czyli Wielkie Nieszczęście. Szacuje się, że śmierć poniosło wówczas ok. 1,5 mln ludzi. Większość z tych, którzy przeżyli, rozjechała się po świecie i stworzyła ogromną ormiańską diasporę. Na wzgórzu stoi wysoki na 44 m, stożkowaty słup, spod którego doskonale widać Ararat. Obok niego umieszczono 12 pochylonych płyt formujących okrąg, w jego środku płonie wieczny ogień otaczany codziennie świeżymi kwiatami. Gdy odwiedzam to miejsce, mimo zwiększającego się upału zawsze robi mi się zimno. Na terenie, na którym znajduje się kompleks, rośnie mnóstwo młodych drzew. Sadzili je tutaj znani ludzie z całego świata. W pierwszym szeregu widzę drzewa zasadzone przez prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego i papieża Jana Pawła II.

 

Wróćmy jednak do centrum miasta. Z placu Republiki rozchodzą się koncentrycznie ulice w różnych kierunkach. Najciekawsza jest chyba urocza ulica Abowiana, utrzymana w przedwojennym stylu, ze starą zabudową oraz mnóstwem kafejek i restauracji, czasami ukrytych w zaułkach i bramach.

Warto też przejść się otwartą w 2007 r. aleją Północną, przy której można posiedzieć w jednej z licznych kawiarenek nad filiżanką gęstej, pioruńsko mocnej ormiańskiej kawy. Większość ulic w centrum Erywania zawdzięcza swoje nazwy słynnym pisarzom, poetom, artystom, wynalazcom czy bohaterom narodowym, tymczasem tę jedną z najważniejszych arterii, główny deptak stolicy prowadzący niemal od placu Republiki aż do Opery, nazwano po prostu od kierunku świata. Jest to w pewnym sensie wynik prac planistycznych rozpoczętych w latach 20. XX w. przez wybitnego ormiańskiego intelektualistę Aleksandra Tamaniana (1878–1936), który chciał zaproponować nowy układ urbanistyczny miasta i aleja Północna miała być jego ważnym elementem. Jednak współczesne działania władz Erywania odbiegają raczej od zamierzeń planisty. Cała stara zabudowa została tutaj wyburzona, a w jej miejsce powstały nowoczesne apartamentowce wzniesione przez elitę finansową, w których... nikt nie mieszka. Są one po prostu zbyt drogie nawet dla tych w miarę zamożnych Ormian. Dlatego arteria ta często nazywana jest przez miejscowych ulicą duchów. Gdy spaceruje się nią wieczorami, można dostrzec niewielki ruch w dole, ale wszystkie okna budynków pozostają ciemne.

 

Jeśli chodzi o nocleg, ceny w hotelach wyższej kategorii w Armenii bywają porównywalne z polskimi. Jeżeli dla kogoś jest to za wysoki koszt, ma możliwość zatrzymania się w obiekcie niższej klasy bądź hostelu lub wynajęcia mieszkania. Hostele są w większości przyzwoitej jakości, ale chyba najwygodniejsze wyjście, zwłaszcza przy wielodniowym wyjeździe, stanowi po prostu wynajem. Najlepiej zdecydować się na Erywań. Kraj jest na tyle mały (ma powierzchnię mniej więcej naszego województwa wielkopolskiego), że zrobienie sobie bazy wypadowej w stolicy to świetny pomysł w przypadku pobytów dłuższych niż jeden tydzień. W Armenii warto szukać lokalu do wynajęcia poprzez miejscowy serwis hyurservice.com. W jego bazie zebrano bardzo dużo nieruchomości (apartamentów, domów i hoteli) w dogodnych lokalizacjach, w dobrym standardzie i świetnych cenach. Można znaleźć mieszkanie już za jakieś 15 tys. dramów za dzień (czyli w przybliżeniu 110 złotych), co ma swoje zalety, zwłaszcza gdy podróżuje się w towarzystwie, bo za wynajem nie płaci się od osoby. W trakcie szukania dobrej lokalizacji najlepiej na mapie Erywania wyrysować sobie okrąg, którego promień zaczynać się będzie na placu Republiki, a kończyć przy Operze. Mieszkania położone w jego obrębie znakomicie nadają się na bazę wypadową podczas pobytu w Armenii.

 

W stolicy jest mnóstwo małych, kameralnych teatrów. Mimo iż przedstawienia są najczęściej w języku ormiańskim, warto odwiedzić jeden z nich. Każdy spektakl dostarcza niezapomnianych wrażeń wizualnych i stanowi wyjątkowe artystyczne przeżycie. Zamiłowanie Ormian do sztuki widać zresztą wszędzie.

 

Wieczory polecam spędzać w licznych pubach lub klubach położonych w ścisłym centrum. Panuje w nich świetna atmosfera, w wielu miejscach można posłuchać doskonałej muzyki na żywo. Do wyboru mamy takie gatunki jak jazz, blues, rock czy folk. Trzeba jednak pamiętać, że w Armenii wciąż wszędzie wolno palić, dlatego lokale bywają zadymione, chociaż w wielu skutecznie działa klimatyzacja.

 

OD KUCHNI

 

Warto wspomnieć także o tutejszych specjałach kulinarnych. Prawdziwym skarbem tego kraju jest lawasz – tradycyjny ormiański chleb wypiekany tą samą metodą od tysięcy lat (w 2014 r. wpisany na prestiżową Listę Reprezentatywną Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO). Można go zjeść wszędzie. Ma formę niesamowicie cienkiego placka, dużo delikatniejszego niż pita. Prawdziwego odkrycia dokonałem, gdy w jakimś małym lokalu zamówiłem lahmajo, czyli lekko słonawą pizzę na bazie tego właśnie chleba. Składa się ją w kostkę i je z ręki. Smakuje cudownie, zwłaszcza z piwem. Na obiad proponuję chinkali – tradycyjną kaukaską potrawę, kojarzoną bardziej z Gruzją, ale Ormianie też ją przygotowują, w swojej wyśmienitej wersji. To pierożki, które spożywa się w specyficzny sposób: najpierw należy przegryźć ciasto i wyssać płynną zawartość, a potem ze spokojem zjeść resztę. Chinkali są gotowane lub smażone (w tym drugim wariancie, moim zdaniem, smakują zdecydowanie lepiej). Do picia polecam bardzo popularną lemoniadę gruszkową podawaną np. w restauracji „Tumanyani Khinkali” w Erewaniu. Poza tym wszędzie króluje dolma, czyli coś na kształt naszych gołąbków. W wersji tradycyjnej farsz zawija się w liście winogron. Dla mnie to danie w takiej formie było trochę za gorzkie, dlatego wybierałem je w wariancie z liśćmi kapuścianymi. Bardzo charakterystyczne dla Armenii jest również chaczapuri – zapiekany placek typowy dla kuchni gruzińskiej. Mnie najbardziej zasmakowało w wersji adżarskiej, czyli z jajkiem.

 

Warto wspomnieć także o słodkościach. Dużą popularnością cieszy się owocowy lawasz. Powstaje on w specjalny sposób: najpierw z owoców wyciska się sok, potem rozlewa się go na dnie płaskiego naczynia i wystawia na słońce, aby wysechł. Następnie tę zaschniętą cienką warstwę zdziera się i roluje. Taki rulonik nie zawiera dodatku cukru i konserwantów. To samo zdrowie!

 

Narodowym trunkiem Armenii jest brandy (koniak). Ponoć właśnie tutaj ją wymyślono i zaczęto produkować. Występuje we wszystkich smakach i odmianach. Poza tym Ormianie kochają wino, i to nie tylko z winogron. Ciekawie smakuje np. wino morwowe.

 

Z kawą w Armenii miałem pewien problem. Z podobną sytuacją spotkałem się zresztą w krajach Europy Południowej. Tutaj po prostu nie podaje się czegoś takiego jak duża kawa z mlekiem. W małych filiżankach serwuje się za to mocny, gorący, gęsty płyn o ciemnobrązowym kolorze, po wypiciu którego język staje na baczność. Gdy prosiłem o dużą kawę z mlekiem, dostawałem podwójną porcję tego napoju i mleko w osobnym pojemniku. Jednak po dodaniu mleka nie da się wypić tej mikstury – jest zupełnie pozbawiona smaku i pomimo słodzenia pozostaje gorzka.

 

Aby w pełni poznać różnorodność kulinarną Armenii, najlepiej udać się do jednej z licznych w Erywaniu restauracji Karas. To lokalna sieć podobna do McDonald’s (co ciekawe, w tym kraju nie ma ani jednego baru tej amerykańskiej marki). W samym centrum znajduje się pięć jej lokali. Każdy z nich serwuje to samo menu, na które w całości składają się narodowe potrawy. Ceny są bardzo dobre, jakość jedzenia również. Dzięki dużemu zróżnicowaniu podczas pobytu w Armenii można niemal codziennie spróbować innego lokalnego dania.

 

Yerevan Cascade 02 

Fontanna i rzeźba Gość na drugim poziomie erywańskich Kaskad

© ARMENIA AND TRAVEL, OFFICIAL TOURISM WEBSITE OF ARMENIA

 

WIEKOWE ZABYTKI

 

Z Erywania warto wyruszyć na poznawanie reszty kraju, zwłaszcza że jego obszar jest niewielki i wszędzie mamy blisko. Ja wybrałem na początek trzy niezmiernie atrakcyjne miejsca.

 

Najpierw odwiedziłem jedyną grecko-rzymską pozostałość w Armenii, czyli świątynię w Garni z I w. n.e., która stała się letnią siedzibą siostry króla Tiridatesa III (panującego mniej więcej w latach 287–330) – Chosrowiducht – i zapewne tylko dlatego przetrwała. Licząca sobie niemal 2 tys. lat budowla robi duże wrażenie. Co ciekawe, na murach rzymskich łaźni, które zostały dobudowane później, wyryto napis w grece: „Pracowaliśmy tutaj i nie otrzymaliśmy zapłaty za swoją pracę”. W odległości półgodzinnej przejażdżki stąd leży malowniczy zespół klasztorny Geghard z IV w., wpisany w 2000 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Był on wielokrotnie niszczony i odbudowywany. Dalej drogi już nie ma. Wydaje się, że tu kończy się świat. W podziemiach klasztoru bije źródło. Uważa się, że wypływająca z niego święta woda ma cudowną moc, podobno nawet zapewnia nieśmiertelność. Na wszelki wypadek zamoczyłem w niej stopę. Miejsca te znajdują się w odległości ok. 1 godz. drogi od Erywania. Cała wyprawa trwała w sumie 5 godz., a kosztowała 8 tys. dramów (mniej więcej 60 złotych), które wydałem na taksówkę.

 

Podczas kolejnej wycieczki docieram niemal na szczyt masywu wulkanicznego Aragac, najwyższej góry Armenii (4090 m n.p.m.). Samochodem można podjechać na wysokość 3190 m n.p.m., nad brzeg polodowcowego jeziora Kari, czyli Jeziora z Kamienia. Widoki, jakie już stąd się roztaczają, są oszałamiające. Większość turystów zatrzymuje się tutaj, aby zrobić kilka zdjęć, a potem wraca, skąd przybyła. Ja jednak zostałem dłużej, żeby wybrać się na trekking z zamiarem wejścia na wierzchołek południowy (3888 m n.p.m.). Trasa nie jest łatwa, ale do pokonania. Mimo to nie polecam wspinać się samemu. Asekuracja naprawdę się przydaje. Ja samodzielnie dotarłem na wysokość 3500 m n.p.m., lecz pogoda zmusiła mnie do odwrotu. Nie ma tu żadnego szlaku i trzeba samemu szukać najlepszego przejścia wśród bazaltowych głazów, co bywa trudne i grozi złamaniem lub skręceniem nogi. Jeśli ktoś zdecyduje się więc na taką wyprawę, powinien uprzedzić kogoś na dole o planowanej godzinie powrotu.

 

W drodze powrotnej warto zwiedzić twierdzę Amberd. Jej nazwa oznacza Fortecę w Chmurach. Wzniesiona została na szczycie wzgórza królującego nad doliną (na wysokości 2300 m n.p.m.), w której łączą się dwie rzeki – Arkaszen i Amberd. Stoi na nim już od 14 stuleci. Mimo tak doskonałego położenia nie obroniła się przed żadnym atakiem. Zdobywali ją kolejno Turcy pod panowaniem Seldżuków, Mongołowie i Tatarzy. Dzisiaj warto odwiedzić twierdzę Amberd, bo jest wyjątkowo urokliwa. Oprócz tego można podziwiać wokół cudowne krajobrazy.

 

Poza tym udało mi się obejrzeć jeszcze jeden zapomniany zabytek, do którego nawet taksówkarz nie bardzo wiedział jak dojechać. Nie było w tym miejscu nikogo i niczego dookoła. Budowla ta to wspaniały stary kościół Tegher, który istnieje od 800 lat. Co ciekawe, wciąż jest otwarty. W środku było pięknie, ale pusto. Może drzwi zostawiono otwarte, bo i tak nikt tu nie przyjeżdża? Ja jednak dotarłem w to czarujące miejsce. Naprawdę było warto. Tak zakończyła się moja druga wycieczka. Zapłaciłem za nią 14 tys. dramów (ok. 100 złotych), które znów wydałem na taksówkę, a miałem ją do dyspozycji przez cały dzień.

 

Amberd-3

Ruiny twierdzy Amberd z VII stulecia

© ARMENIA AND TRAVEL, OFFICIAL TOURISM WEBSITE OF ARMENIA

 

KLASZTOR NAD PRZEPAŚCIĄ

 

Moją najdłuższą wyprawą w Armenii był wyjazd do klasztoru Tatew. Tym razem skorzystałem z usługi sprawdzonego lokalnego biura podróży. Wyjechaliśmy bladym świtem, a wróciliśmy nocą. Wycieczka kosztowała 18 tys. dramów (mniej więcej 130 złotych).

 

Do wspomnianego klasztoru jedzie się główną magistralą łączącą zachód i wschód kraju. Droga jest koszmarna, a to przecież ważna trasa! Mijamy widoczną u podnóża góry jaskinię (Areni-1), w której znaleziono w 2008 r. pierwszy but na świecie (mający aż 5,5 tys. lat!), starszy niż egipskie piramidy. Kilka razy musimy zatrzymywać się, aby przepuścić owce przechodzące przez drogę. Stada poganiają zarośnięci pasterze w kożuchach, jadący na małych, krępych koniach. Czas cofa się na chwilę o kilkaset lat.

 

Na miejscu jesteśmy po 5 godz. jazdy z Erywania. Widok na wąwóz przy słynnym klasztorze zapiera dech w piersiach. Za chwilę całej okolicy będę przyglądał się z lotu ptaka. Krawędzie wąwozu łączą Skrzydła Tatewu – to najdłuższa jednosekcyjna, dwukierunkowa, pasażerska kolei linowa na świecie. Jej wagonik pokonuje trasę o długości prawie 6 km (5752 m). Przejazd w jedną stronę trwa aż 11 min. i 25 sek. Z okien rozpościerają się oszałamiające widoki. Według jednej z legend w okolicy klasztoru arabscy najeźdźcy gonili młodą dziewicę. Dziewczyna dobiegła do szczytu wzgórza nad wąwozem. Szybko zrozumiała, że nie ma już gdzie uciekać, więc chcąc uniknąć pohańbienia, rozłożyła ręce, zawołała Tatew! (co w wolnym tłumaczeniu znaczy „Boże, daj mi skrzydła!”) i rzuciła się w przepaść. Przekaz nie mówi o tym, czy jej modlitwa została wysłuchana, ale władze Armenii postanowiły najwidoczniej rozwiać wątpliwości i otwartą w październiku 2010 r. podniebną kolej nazwano właśnie Skrzydłami Tatewu.

 

Docieramy do klasztoru. Główne zabudowania powstały w IX w. Największa budowla to Kościół św. św. Piotra i Pawła. Pod jego nawami zostały ponoć ukryte relikwie obu tych uczniów Jezusa. Po prawej stronie świątyni można podziwiać kilkanaście starych chaczkarów, czyli ormiańskich kamiennych płyt mających upamiętniać konkretne zdarzenia lub osoby. Obok nich stoi mniej więcej ośmiometrowa kolumna pochodząca z X stulecia ostrzegająca przed trzęsieniami ziemi. Gdy jej wierzchołek zaczynał się chwiać, wiadomo było, że zbliża się kataklizm, co dawało mnichom czas, aby udać się w bezpieczne miejsce. Klasztor przetrwał kilka trzęsień ziemi, największe z nich, z kwietnia 1931 r., spowodowało poważne uszkodzenia. Prace renowacyjne nadal się odbywają i – niestety – ich końca wciąż nie widać, ale to, co można oglądać, i tak robi wielkie wrażenie. W jednym z pomieszczeń natykam się na starą bibliotekę i czytelnię, obecnie – oczywiście – bez książek. W klasztorze Tatew działał niegdyś prężnie uniwersytet (w XIV i XV w.), w którym uczyło się ponad tysiąc studentów.

 

Klasztor nadal jest czynnym miejscem kultu. Przebywa w nim… aż dwóch mnichów! Jeden z nich uchodzi za świętego. Podobno gdy pada deszcz, ziemia wokół niego jest sucha i nigdy nie moknie, a trawa pod jego stopami zielenieje, kiedy po niej chodzi. Ludzie z całej Armenii, a nawet świata, przyjeżdżają tu specjalnie po jego błogosławieństwo – wierzą, że czyni cuda. Mnie – niestety – nie pomógł, ale być może zabrakło mi wiary. Jednak i tak obdarzam Tatew głębokim uczuciem. I wiem, że to miłość wieczna i bezwarunkowa. Ciekawe, czy jest również odwzajemniona…

 

Na koniec zatrzymujemy się przed bramą klasztoru. Na krzesełku siedzi kobieta, która wygląda, jakby miała 100 lat. Dalej na straganie sprzedawcy oferują wszelkie lokalne przysmaki, w tym brandy, wina i wódki. Straganiarze częstują turystów, a ponoć nie wypada odmówić. Ja jednak im grzecznie dziękuję, bo przede mną jeszcze pięciogodzinna podróż do Erywania.

 

W drodze powrotnej podziwiam wiszący „tańczący” most w okolicy miasta Goris, w wiosce Chyndzoresk. Ma długość mniej więcej 160 m, jest wysoki na 63 m w najwyższym punkcie i waży 14 t. Most naprawdę tańczy, gdy się po nim idzie. Mniej odważni trzymają się kurczowo lin po obu stronach. Wrażenia z przechadzki są jednak warte tej odrobiny strachu.

 

Alternatywę dla opisanej wycieczki stanowi dwudniowa wyprawa do klasztoru Tatew. Jej program różni się tym, że w okolicy Goris uczestnicy zatrzymują się na nocleg, a po drodze dodatkowo odwiedza się starą winiarnię, w której można zobaczyć, jak produkowano niegdyś w Armenii wina i spróbować przeróżnych trunków. Jednak dodatkową atrakcją jest przede wszystkim wizyta w klasztorze Chor Wirap. Jego nazwę tłumaczy się jako Głębokie Lochy. Budowla często była wykorzystywana jako więzienie polityczne. Przetrzymywano w niej np. św. Grzegorza Oświeciciela (ok. 257–ok. 331), założyciela i patrona Ormiańskiego Kościoła Apostolskiego, apostoła Armenii. Dlatego to najpewniej Chor Wirap stanowi najczęściej odwiedzane miejsce pielgrzymkowe w kraju.

 

W Armenii warto też wybrać się nad Sewan, największe jezioro Kaukazu (1260 km² powierzchni) i jedno z najwyżej położonych na świecie (ok. 1900 m n.p.m.). Dla Ormian jest niczym morze. Słynie z endemicznych gatunków ryb (np. pstrąga sewańskiego – Salmo ischchan) i niespotykanej nigdzie indziej roślinności. Poza tym widoki nad jego brzegiem są zachwycające.

 

Za godny polecenia uważam także Stepanakert, czyli największe miasto (55-tysięczne) i tak naprawdę stolicę nieuznawanej nigdzie na świecie Republiki Górskiego Karabachu, a właściwie Arcachu, jak ją nazywają sami Ormianie. Formalnie leży na terytorium Azerbejdżanu, ale teren ten zamieszkują w przeważającej większości Ormianie, którzy w grudniu 1991 r. ogłosili niepodległość. Armenia również oficjalnie nie uznaje nowego państwa, ale nieformalnie je wspiera. To właśnie na terytorium Arcachu najczęściej dochodzi do incydentów pomiędzy żołnierzami ormiańskimi a azerbejdżańskimi. Nie polecam trekkingu przy granicy z Azerbejdżanem, ale sam Stepanakert jest raczej spokojny i niewątpliwie urokliwy.

 

Gdy przyjechałem po raz pierwszy do Armenii i pytano mnie, skąd pochodzę, odpowiadałem po angielsku: I'm from Poland. Teraz mówię: Es Lehastanits, co znaczy to samo, tylko po ormiańsku. Nie zapewnia mi to zniżek w restauracjach czy sklepach, ale zupełnie satysfakcjonują mnie zdziwione twarze moich rozmówców i ich uśmiechy sympatii. Armenia to naprawdę piękny i pełen atrakcji kraj, ale bardzo słabo rozreklamowany. W rankingach popularności przegrywa zdecydowanie z sąsiednią Gruzją, a moim zdaniem jest dużo ciekawszym celem podróży.

 

Khndzoresk 2

Wiszący „tańczący” most w wiosce Chyndzoresk łączący dwa brzegi wąwozu

© ARMENIA AND TRAVEL, OFFICIAL TOURISM WEBSITE OF ARMENIA

Maroko – egzotyka w zasięgu ręki

 

KATARZYNA BYRTEK

 

Aromatyczne, kolorowe przyprawy, intensywna miętowa herbata i świeżo wyciskany sok z pomarańczy, urokliwe miasta pełne uliczek, wśród których trzeba się zagubić, długa linia brzegowa, wysokie góry, morza piasku i bogata historia – Maroko ma swoje sposoby na przyciągnięcie gości. Ten północnoafrykański kraj kusi smaczną kuchnią, świetną pogodą i różnorodnością widoków. To zdecydowanie odpowiednie miejsce na egzotyczną podróż.

 

Królestwo Marokańskie leży tuż za granicą Unii Europejskiej, w północno-zachodnim rogu Afryki. Od wschodu kraj graniczy z Algierią, od południa – z terytorium spornym o nazwie Sahara Zachodnia, od północy – z hiszpańskimi eksklawami Ceutą i Melillą. Od Europy oddziela go wąska Cieśnina Gibraltarska. Maroko szczyci się niezmiernie długą linią brzegową (ponad 1,8 tys. km), większa część wybrzeża rozciąga się nad Oceanem Atlantyckim. Na terytorium kraju przeważają góry. Wznoszą się tu szczyty Antyatlasu, Atlasu Wysokiego, Atlasu Średniego, Atlasu Tellskiego, Atlasu Saharyjskiego i Rifu (Ar-Rifu). Na południu i południowym wschodzie tereny górzyste przechodzą w piaszczyste i kamieniste pustynie. W Maroku mieszka ok. 35 mln ludzi. Niemal wszyscy Marokańczycy wyznają islam. Pod względem etnicznym większość mieszkańców kraju to Arabowie, ale żyje w nim też duża społeczność berberyjska. Berberowie są rdzenną, koczowniczą ludnością tej części Afryki. Zakładali tutaj swoje państwa już w starożytności. Wielu z nich do dzisiaj ma jasne włosy i niebieskie oczy, czyli cechy wyglądu bardzo nietypowe dla tego rejonu świata. Funkcję oficjalnych języków w Maroku pełnią arabski i tamazight (oparty na językach berberyjskich). Wiele osób posługuje się także francuskim, a to dlatego, że od 1912 r. do lat 50. XX w. kraj był protektoratem Francji. Wpływy z tamtych czasów widoczne są również w lokalnej kuchni – na śniadanie bez problemu kupić tu można chrupiącego croissanta czy pain au chocolat (bułeczkę z ciasta francuskiego z czekoladą).

 

 

Rabat - Tour Hassan

Rabacka Wieża Hasana widziana od strony Mauzoleum Muhammada V

© MOROCCAN NATIONAL TOURIST OFFICE

 

Wyjazd do Maroka najlepiej zaplanować na wiosnę (kwiecień–czerwiec), kiedy po okresie deszczowym bujna przyroda budzi się do życia, albo jesień (wrzesień–październik), gdy ustępuje już upalne lato. Lipiec i sierpień to odpowiednie miesiące dla osób, które nastawiają się na wypoczynek na plaży lub przy hotelowym basenie, a także miłośników wypraw w wysokie góry. Przed wyruszeniem w podróż warto sprawdzić, w jakim terminie przypada ramadan (w 2018 r. od wieczoru 15 maja do 14 czerwca). Wizyta w kraju muzułmańskim w okresie postu może być ciekawym doświadczeniem kulturowym, ale zwiedzanie bywa wówczas nieco utrudnione – w wielu miejscach obowiązują skrócone godziny otwarcia, od świtu do zmierzchu nie działają restauracje i kawiarnie (poza miejscowościami typowo turystycznymi), na ulicy nie wypada jeść, a nawet pić wody. Dobrym pomysłem będzie przyjazd w ostatnich dniach ramadanu, ponieważ jego koniec obchodzi się bardzo hucznie.

 

Marrakech - Jemaa El Fna

Plac Dżemaa al-Fna żyje także nocą

© MOROCCAN NATIONAL TOURIST OFFICE

 

UROK MAROKAŃSKICH MIAST

 

Główne ośrodki turystyczne Maroka znajdują się w zachodniej jego części, na wybrzeżu Oceanu Atlantyckiego, i w rejonie Morza Śródziemnego. Stolicą kraju jest Rabat, ale większość osób zaczyna swoją marokańską przygodę wMarrakeszu położonym dogodnie na środkowym zachodzie. Niemal każdy turysta pierwsze kroki kieruje w tym mieście na słynny plac Dżemaa al-Fna (Jemaa el-Fna). O każdej porze dnia i nocy panuje tutaj gwar. Obcokrajowcy przechadzają się między restauracjami i wózkami wypełnionymi po brzegi pomarańczami, których właściciele oferują świeżo wyciskany sok, zaklinaczami węży, kobietami malującymi wzory henną, sprzedawcami pamiątek czy akrobatami. W Marrakeszu nie wolno ominąć też medyny, najstarszej części miasta, gdzie mieszczą się bazary (tzw. suki), meczety i inne ciekawe budowle. Została ona wpisana w 1985 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Spacer między nigdy niekończącymi się straganami to wyjątkowe przeżycie. Można tu kupić dosłownie wszystko, a na pamiątki najlepiej nadają się marokańskie słodycze, tkaniny, biżuteria lub przyprawy. Trzeba jednak pamiętać, żeby nigdy nie zgadzać się od razu na proponowaną cenę, ale choć trochę się potargować. W Marrakeszu zachowały się ceglaste mury obronne ciągnące się przez ok. 19 km – ze względu na nie zyskał on miano Czerwonego Miasta. Do najważniejszych zabytków należy tu Meczet Alego ibn Jusufa z pobliską medresą (szkołą teologiczną), Meczet Kutubijja z XII w. i XIX-wieczny Pałac Bahia z ogromnym ogrodem o powierzchni 8 tys. m². Przed upałem warto schronić się do Ogrodu Majorelle (Jardin Majorelle) albo Ogrodów Menara.

 

Po zwiedzeniu Marrakeszu trzeba podjąć decyzję, czy najpierw udać się na północ czy południe. Po drodze do stołecznego Rabatu (ponad 320 km) przejeżdża się obok 4-milionowej Casablanki (największego ośrodka w kraju). Większości osób kojarzy się ona z kultowym amerykańskim melodramatem z 1942 r. z Humphreyem Bogartem i Ingrid Bergman w rolach głównych. Akcja filmu rozgrywa się właśnie w tym mieście. Dzisiejsza Casablanca to przede wszystkim ważny ośrodek przemysłowy, finansowy, kulturowy i największy marokański port. Tutaj można zobaczyć nowoczesne oblicze kraju, tak różne od historycznego centrum Marrakeszu. Do najpiękniejszych zabytków należy Meczet Hasana II, jeden z największych obiektów sakralnych tego typu na świecie i najwyższa konstrukcja w Maroku. W głównej sali modlitewnej zmieści się nawet 25 tys. wiernych, a minaret przylegający do świątyni jest wysoki na 210 m.

 

Tylko ok. 80 km dzieli Casablankę od Rabatu,także leżącego nad brzegiem Oceanu Atlantyckiego. Jednymi z najważniejszych atrakcji stolicy kraju są cytadela i Szalla – rozległy kompleks starożytnych i średniowiecznych ruin, otoczonych murami obronnymi. Symbol miasta stanowi niedokończony 44-metrowy minaret na planie kwadratu nazywany Wieżą Hasana. Wznosi się on wśród palm nad rzeką Bu Rakrak (Wadi Bu Rakrak). Do minaretu przylega Mauzoleum Muhammada V, w którym pochowano sułtana i króla Maroka Muhammada V z dynastii Alawitów (1909–1961) i jego dwóch synów.

 

Mniej więcej 200 km na wschód od Rabatu znajduje się Fez (ponad 1,1 mln mieszkańców). To jedno z najlepiej zachowanych miast średniowiecznych w krajach muzułmańskich. Jego najbardziej wiekową część – starą medynę (Fes el-Bali), założoną na przełomie VIII i IX stulecia – umieszczono w 1981 r. na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Oprócz zakupów na niekończących się targowiskach, odwiedzin w meczetach czy medresie nie wolno zapomnieć o zwiedzeniu farbiarni i garbarni, z których Fez słynie. W zasadzie żadna z nich nie jest widoczna z ulicy, należy więc skorzystać z (najczęściej płatnego) zaproszenia właściciela sklepu lub mieszkańców. Po przejściu na taras widokowy od dziedzińca podziwiać można gliniane naczynia wypełnione różnymi barwnikami oraz suszące się na słońcu tkaniny i skóry.

 

W północno-zachodnim Maroku nie sposób ominąć błękitnego Szafszawanu (Chefchaouen) położonego wśród gór Rif. Niemal wszystkie domy w starej części tego ponad 40-tysięcznego miasta są pomalowane na biało i niebiesko. W tym miejscu każdy odruchowo sięga po aparat. Główny plac Szafszawanu pełen jest uroczych kawiarni, w których delektować się można mocną marokańską miętową herbatą.

 

Jeśli ktoś ma wystarczająco dużo czasu, powinien wybrać się aż do Tangeru leżącego nad Cieśniną Gibraltarską. Od wieków mieszają się w nim kultury, religie, języki i interesy. W XIX stuleciu i przede wszystkim w pierwszej połowie XX w. (w latach 1923–1956 Tanger stanowił tzw. strefę międzynarodową) różnorodność kulturowa miasta przyciągała artystów z całej Europy i Stanów Zjednoczonych. Przyjeżdżali tutaj m.in. francuscy malarze Eugène Delacroix i Henri Matisse, amerykańscy twórcy Paul Bowles, Tennessee Williams, Truman Capote, Allen Ginsberg i Jack Kerouac czy muzycy z zespołu The Rolling Stones. W Tangerze kręcono sceny do filmu Jima Jarmuscha Tylko kochankowie przeżyją z 2013 r. Dziś odwiedzają go głównie Hiszpanie przybywający na jednodniowe wycieczki z Europy.

 

KRÓLESTWO SMAKÓW I ZAPACHÓW

 

Nieodłączną część podróżowania stanowi poznawanie lokalnej kuchni. Ta marokańska jest niezmiernie bogata i zróżnicowana, choć stosunkowo mało znana w Polsce. Dania główne opierają się zwykle na mięsie, ale niemal w każdym przepisie używa się mnóstwa warzyw. W tutejszych potrawach stosuje się liczne aromatyczne przyprawy, z których wiele przed wiekami przywieziono wprost z Indonezji. Znajdziemy je na targach ułożone w wysokie, kolorowe stosy.

 

Dzień zacząć trzeba od śniadania, które oferuje większość kawiarni i knajpek w okolicy hoteli i pensjonatów. Podstawą posiłku jest pokrojony w trójkąty arabski chleb nazywany khubz, przypominający duży, okrągły, gruby placek. Często podaje się również naleśniki (placki) baghrir (beghrir). Ich powierzchnię pokrywają małe dziurki, które pozostały po bąbelkach powietrza (do ciasta dodaje się drożdże i proszek do pieczenia). Je się je zwykle na słodko: z miodem lub dżemem. Do śniadania serwuje się także lokalne sery, serki topione, oliwki czy pomidory. Czasem w zestawach śniadaniowych pojawiają się croissanty albo pain au chocolat. Do picia koniecznie należy zamówić przepyszny i bardzo tani sok ze świeżo wyciskanych pomarańczy (albo granatów) oraz kawę, często doprawianą kardamonem. Za najpopularniejszy napój uchodzi niewątpliwie gorąca, mocna herbata ze świeżych liści mięty z bardzo dużą ilością cukru. Na początku do jej intensywnego smaku miętowej goryczki przełamanej słodkością ciężko się przyzwyczaić, ale z czasem może stać się naszym największym przysmakiem. Herbatę tę podaje się w metalowych czajniczkach razem z niewielką szklanką.

 

Wybór dań na obiad czy kolację jest bardzo szeroki. Do lokalnych specjałów należy kuskus – danie z kaszy (znanej w Polsce głównie jako dodatek) z mięsem (przede wszystkim baraniną), sosem warzywnym i kilkoma rodzajami warzyw. Idealnie nadaje się ono na obiad, bo w gorące dni w Maroku większe posiłki najlepiej jeść po zmroku, kiedy słońce schowa się już za horyzontem. Spróbować trzeba tu również aromatycznej zupy harira z ciecierzycą i soczewicą, popularnej szczególnie w ramadanie. Na kolację zamówić można mięso z grilla lub szaszłyki (w ten sposób przyrządza się zazwyczaj kurczaka i baraninę, czasem też wołowinę). Na ruszcie przygotowuje się także pulpeciki z jagnięciny, czyli keftę (koftę), i pikantne kiełbaski z baraniny, zwane merguezami. W regionach nadmorskich często serwowane są smażone bądź grillowane ryby i owoce morza.

 

Do mięsa albo ryb warto zamówić np. sałatkę marokańską z drobno pokrojonych pomidorów i ogórków. W oczekiwaniu na jedzenie można podjadać małe przekąski podawane w niewielkich miseczkach lub meze – zestaw przystawek (popularny również m.in. w Grecji, Turcji, Jordanii czy Albanii), na który składają się warzywa w przeróżnych marynatach, sery, oliwki, przepyszny marynowany bakłażan czy purée z dyni. Wiele dań zawiera świeżą kolendrę. To dość specyficzna przyprawa – zazwyczaj uwielbia się ją albo jej nie znosi.

 

Chyba najpopularniejszą marokańską potrawę stanowi jednak tadżin (tażin). Przygotowuje się go w specjalnym naczyniu z grubej gliny (noszącym taką samą nazwę), przypominającym głęboki talerz z pokrywką w kształcie stożka. W środku znajdują się kawałki mięsa duszonego razem z warzywami, ziemniakami, tradycyjnymi przyprawami, a czasem także suszonymi owocami. Tę potrawę można zamówić w Maroku dosłownie wszędzie.

 

Ze względu na zakazy religijne alkohol nie jest powszechnie dostępny w tym kraju. W niektórych restauracjach w większych miastach podaje się piwo. Mocniejsze trunki dostać można na ogół tylko w barach i restauracjach hotelowych. Alkohol sprzedaje się w marketach lub w mniejszych sklepach, o których zwykle wiedzą jedynie miejscowi. W tych drugich klient przechodzi do oddzielnego pomieszczenia bądź lokalu mieszczącego się piętro niżej, gdzie bez problemu kupi wino czy wódkę.

 

Na deser jada się w Maroku np. świeże owoce. Poza tym Marokańczycy kochają słodycze, zwłaszcza te z dodatkiem miodu i migdałów. Do wyboru są przeróżne bułki, tłuste pączki, słodkie ciasta lepkie od syropu (podobne do baklawy) albo tzw. rogi gazeli, czyli ciastka w kształcie półksiężyców wypełnione migdałowym nadzieniem. Popularny smakołyk stanowią trójkąty nadziewane migdałami i – oczywiście – polane miodem, nazywane briwats. Spotkać je można również w wersji na słono wypełnione mielonym mięsem lub rybą.

 

PLAŻE NAD OCEANEM

 

Kto z Marrakeszu wyrusza na zwiedzanie południowego Maroka, zwykle najpierw dociera do położonej nad Atlantykiem As-Sawiry (Essaouiry), dawniej zwanej Mogadorem. Od XVIII w. była ona ważnym ośrodkiem handlu międzynarodowego – interesy ubijali tu Żydzi, Holendrzy, Portugalczycy, Berberowie, Arabowie, Brytyjczycy i Francuzi. Baśniową scenerię tego niemal 80-tysięcznego miasta tworzą pomalowane na biało zadbane domy z niebieskimi drzwiami, połączone kamiennymi uliczkami. Od 2001 r. medyna w As-Sawirze widnieje na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Jest ona nieco inna niż te spotykane w innych częściach kraju – jej uliczki nie są splątane, ale ułożone pod kątem prostym, dzięki czemu łatwiej się po niej poruszać niż np. po tych w Fezie czy Marrakeszu, gdzie po kilkunastu minutach chodzenia między stoiskami można się zgubić.

 

Najważniejsze miasto i kurort w południowo-zachodnim Maroku stanowi Agadir (powyżej 420 tys. mieszkańców), który cieszy się ponad 300 słonecznymi dniami w roku. To idealne miejsce dla osób chcących się zrelaksować i poleniuchować w cieniu parasola lub palmy. W samym centrum znajduje się tutaj długa, piaszczysta plaża – Plage d’Agadir (ok. 10-kilometrowa), przy której rozciągają się liczne luksusowe hotele z basenami. W Agadirze raczej nie ma zabytków – w lutym 1960 r. silne trzęsienie ziemi zrównało z ziemią dużą jego część. Komu znudzi się jedzenie w hotelowych restauracjach albo plażowanie, może wybrać się na spacer po jednym z urokliwych bulwarów albo udać się na zakupy na targu (suku), odwiedzić lokalne knajpki nad brzegiem morza lub wyruszyć na wycieczkę po pełnej atrakcji okolicy.

 

Na południe od kurortu rozciąga się malowniczy Park Narodowy Souss-Massa, słynący z rozmaitych gatunków ptaków takich jak występujący prawdopodobnie tylko w Maroku ibis grzywiasty, ibisy kasztanowate, warzęchy, flamingi, czaple purpurowe czy czagry. Wybrzeże w tym rejonie tworzą piaszczyste plaże, wydmy, klify i jaskinie. Przez park prowadzą kilkukilometrowe ścieżki spacerowe. Po wyprawie do niego warto odwiedzić miasto Tiznit, znane w całym kraju z ręcznie wykonywanych wyrobów ze srebra, głównie biżuterii. Ok. 60 km na południowy zachód stąd odpocząć można na najsłynniejszej dzikiej plaży w Maroku – Legzirze (Lagzirze). Za jej symbol uchodził jeszcze do niedawna niezwykły klif, w którym morze wytworzyło naturalną bramę (niestety, jeden z emblematycznych łuków runął 23 września 2016 r., najprawdopodobniej w wyniku naturalnej erozji). Przepiękna Legzira od lat przyciąga rzesze surferów.

 

Casbah Ait Ben Haddou XR

Ufortyfikowana osada (ksar) Ajt Bin Haddu

© MOROCCAN NATIONAL TOURIST OFFICE

 

WŚRÓD FAL, GÓR I WYDM

 

Maroko to idealny kraj dla wszystkich, którzy kochają aktywnie spędzać czas. Większa część wybrzeża świetnie nadaje się do uprawiania wind- i kitesurfingu oraz surfingu. Miłośnicy tych sportów wodnych często wybierają okolice wspomnianego już miasta As-Sawira, położonego ok. 170 km na północ od Agadiru. W lecie fale są mniejsze, ale wiatr bywa silniejszy, w zimie – odwrotnie. Najlepiej przyjechać tutaj w okresie od września do kwietnia. Ostatnio coraz większą popularnością wśród pasjonatów wind- i kitesurfingu oraz surfingu cieszy się również miasteczko Sidi Kaouki, usytuowane 25 km na południe od As-Sawiry. Doskonałe miejsce do uprawiania sportów wodnych stanowi także zatoka utworzona przez podłużny półwysep w pobliżu Ad-Dachli (niemal 1,2 tys. km na południowy zachód od Agadiru, na terytorium Sahary Zachodniej).

 

W Maroku znajduje się aż ok. 50 pól golfowych. Leżą one głównie na północy (m.in. w Tangerze czy Tetuanie), w sercu kraju (Rabacie, Fezie i Casablance), okolicy Marrakeszu i As-Sawiry oraz w Agadirze. W tym pełnym atrakcji państwie można też spędzić kilka tygodni na wędrówkach po górach i wspinaczce w różnych warunkach. Najwyższym szczytem Królestwa Marokańskiego, jak również całego Atlasu i Afryki Północnej, jest Dżabal Tubkal (4167 m n.p.m.). Zdobędzie go każda osoba o dobrej kondycji – nie trzeba wspinać się na niego ze sprzętem, choć poleca się wynajęcie lokalnego przewodnika. Na trasie wyprawy, na końcu doliny na ponad 3200 m n.p.m. znajduje się duże schronisko (Refuge du Toubkal), w którym większość turystów przechodzi nocną aklimatyzację przed dotarciem do celu. Wejście na najwyższy szczyt kraju to – oczywiście – tylko jedna z wielu propozycji dla amatorów trekkingu. Do wyboru mają oni mnóstwo górskich szlaków (nie są oznaczone).

 

Wyjątkowym przeżyciem będzie w Maroku także wyprawa na pustynię: na piaszczyste wydmy, pod niebo wyścielone gwiazdami. Tego typu wycieczkę najlepiej wykupić bezpośrednio w lokalnym biurze podróży w jednym z większych miast. Można też wynająć prywatnego kierowcę z autem lub dojechać autobusem i w mieście Warzazat (Ouarzazate) opłacić przewodnika z samochodem terenowym. W drodze na pustynię trzeba przejechać przez góry Atlas, co stanowi okazję do podziwiania wspaniałych widoków. Większość wycieczek zatrzymuje się również w Ajt Bin Haddu, ufortyfikowanej osadzie zwanej ksarem, wpisanej w 1987 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Kręcono tu sceny m.in. do filmów Gladiator, Aleksander, Królestwo Niebieskie, Babel, Książę Persji: Piaski czasu i serialu Gra o tron. Poza tym zwykle odwiedza się także spektakularne wąwozy: Dades i Todra. Do atrakcji wyprawy na pustynię należą też spacery po niekończących się wydmach, przejażdżka na wielbłądach i spędzenie nocy pod gwiazdami. Z dala od cywilizacji, pod gołym niebem, w otoczeniu surowych krajobrazów można dostrzec egzotyczne, magiczne oblicze Maroka, które wciąż przyciąga ludzi z różnych zakątków świata.