ELŻBIETA PAWEŁEK

                                                                                                             FOT. FOTOTECA ENIT/SANDRO BEDESSI
<< Ta piękna wyspa miała wielu sławnych wielbicieli wśród elit politycznych i arystokracji. Dziś jest rajem żeglarzy, nurków oraz wind- i kitesurferów. Turystów szukających błogiego wypoczynku kusi błękitną wodą, kilometrami uroczych plaż i luksusem Costa Smeralda (Szmaragdowego Wybrzeża). >>

Druga po Sycylii największa wyspa Morza Śródziemnego posiada status regionu autonomicznego Włoch. To poczucie odrębności to zapewne dziedzictwo po historycznym Królestwie Sardynii, które choć w ciągu setek lat istnienia zmieniało swoje granice i przechodziło z rąk do rąk, zakończyło swój żywot dopiero w 1861 r. po włączeniu do Królestwa Włoch. Potwierdza je także język sardyński, nadal używany przez mieszkańców wyspy.

 

Na górzystej w znacznej części Sardynii temperatura nie spada zazwyczaj poniżej zera nawet w okresie zimy, a słońce świeci przez większość dni w roku. Dlatego żadna pora nie wydaje się nieodpowiednia na wyjazd w te strony. Oprócz wspaniałych krajobrazów na uwagę zasługują też tutejsze urokliwe miasta i porty.

 

Przerwa obiadowa na plaży

Cagliari, stolica Sardynii, w południe przypomina rozgrzaną patelnię. Upał nie przeszkadza jednak Senegalczykom handlującym na chodnikach. – Madame, good price – zachęcają do zakupów z szerokim uśmiechem. – English, Deutsch, Français, Español? – próbują odgadnąć naszą narodowość. W tym czasie większość ludzi sączy espresso lub zimną wodę mineralną przy Via Sardegna, gdzie roi się od klimatycznych kawiarenek i restauracji. Pod rozłożystymi parasolami łatwiej przetrwać żar lejący się z nieba. Znany angielski pisarz David Herbert Lawrence (1885–1930) w swojej książce Morze i Sardynia (Sea and Sardinia) z 1921 r. twierdził, że Cagliari jest dość ładne, ale trochę dziwne i w ogóle nie przypomina Włoch. Po niemal 100 latach niewiele się zmieniło. Na pewno przybyło mieszkańców, żyje ich tutaj już 150 tys. Wyrosły nowoczesne przedmieścia z blokami, które jednych zachwycają, a innych denerwują. Jednak nadal nad stolicą góruje stare centrum otoczone pizańskimi fortyfikacjami, jej wybrzeże pokrywa złoty piasek, a w niewielkich lagunach można bez końca podglądać flamingi, żurawie i kormorany.

FOT. FOTOTECA ENIT/SANDRO BEDESSI

Cagliari – Bastione di Saint Remy

 

Miasto trochę szpecą stare koszary wojskowe, położone, jak na ironię, w przepięknym miejscu nad samym morzem – mówi nam Giulia, od kilkunastu lat mieszkająca na Sardynii. Kiedyś dziwiła się, że w porze letniej sjesty wszyscy pędzili na miejską plażę, a potem zrelaksowani lub spieczeni na raka wracali do pracy. Teraz sama tak robi. Niektórzy wybierają na plażowanie przybrzeżną dzielnicę Poetto (15 min. miejskim autobusem z Piazza Matteotti) ze względu na bardziej kameralną atmosferę i brak tłoku. Z morza wynurza się tu intrygująca skała, nazywana Sella del Diavolo – Diabelskim Siodłem. Podobno w tym miejscu św. Michał Archanioł wygrał walkę z diabłem.

Wieczorem najprzyjemniej pospacerować po Via Manno, uważanej za jedną z najpiękniejszych sardyńskich promenad. Po drodze mijamy hałaśliwe Piazza Yenne i Largo Carlo Felice, przy których skupiła się większość sklepów, hoteli, barów i banków. Zwiedzanie Cagliari można właściwie ograniczyć do jego starej części, czyli Castello. To labirynt średniowiecznych uliczek, miejskie fortyfikacje Torre dell’Elefante (Wieża Słonia) i Torre di San Pancrazio (Wieża św. Pankracego) czy przeszywająca chłodem romańska Cattedrale di Cagliari (Katedra Cagliari), o której mówi się, że przepuszczona przez maszynę czasu, przesiąkła barokiem. Spod monumentalnego Bastione di Saint Remy (Bastionu św. Remigiusza) warto wejść krętymi, wąskimi schodami na górę. Trud wspinaczki rekompensuje piękny widok na port i okoliczne laguny. Stąd też najlepiej podziwiać zachody słońca. Czerwona kula znika za horyzontem, rozświetlając morze w niezwykle widowiskowy sposób.

 

W obcych rękach

Kiedy David Herbert Lawrence przyjechał na Sardynię, wydała mu się egzotyczna i zagubiona pomiędzy Europą i Afryką, wręcz niczyja. Sardyńczycy uważają, że to efekt długiej, dramatycznej historii i nieustających podbojów wyspy przez inne nacje. Można znaleźć tutaj ślady panowania Kartagińczyków, Rzymian czy Hiszpanów. Próbował ją zdobyć również Napoleon i słynny admirał Horatio Nelson, dowodzący flotą brytyjską. Po 15 miesiącach bezskutecznego oblężenia napisał w raporcie: Bóg jeden wie, że będąc w posiadaniu Sardynii, nie pragnęlibyśmy już Malty ani żadnej innej wyspy.

Pierwszą osobą, która przyczyniła się do jej rozwoju był… Benito Mussolini. Za jego rządów przeprowadzono reformy ziemskie, osuszono grunty, postawiono tamy na rzekach. Dopiero po II wojnie światowej wyspa, podobnie jak Sycylia, uzyskała autonomię. Sardyńskie władze sprawują dziś kontrolę nad transportem, turystyką, przemysłem i policją. A jednak mieszkańcy czują urazę do rządu włoskiego, mając mu za złe, że uczynił z Sardynii główną bazę wojsk NATO na Morzu Śródziemnym.

Sardyńczycy zawsze byli wykorzystywani. Są bardzo nieśmiali i zamknięci, ale cechuje ich duże poczucie dumy. Chociaż ostatnio to się zmienia – dodaje Giulia. Wielu z nich pracuje w usługach turystycznych, jak Emilio, kelner w niewielkiej restauracji, uwijający się jak w ukropie między stolikami z gośćmi. Na naszych talerzach lądują kraby z grilla, doprawione jałowcem i mirtem, rozpływająca się w ustach pieczeń wieprzowa i duszone ryby. Na zakończenie uczty próbujemy słodkiej grappy pod nazwą Malvasia, która szybko uderza do głowy.

Wyspiarze, tacy jak Emilio, szczycą się tym, że nie ma tu ani bardzo dużych miast, ani ciężkiego przemysłu. Dzięki temu sardyńskie plaże należą do najczystszych we Włoszech. Kameralne ośrodki wypoczynkowe położone malowniczo nad samym morzem stanowią często wymarzoną oazę spokoju dla zapracowanych Europejczyków o skołatanych nerwach. Nic więc dziwnego, że coraz więcej mieszkańców ze stałego lądu, nazywanego przez miejscowych il continente, przyjeżdża w te strony.

 

Morze o barwie szmaragdów

Sardynia pozostałaby zapewne wyspą pasterzy, gdyby nie książę Aga Chan IV – religijny przywódca ismailickich nizarytów. W 1958 r. przybił do tutejszego brzegu swoim jachtem, szukając schronienia przed sztormem. Tak zachwycił się północnym wybrzeżem, pełnym małych zatoczek, że postanowił kupić tutaj ziemię. Wkrótce jego przedstawiciele namówili miejscowych rolników do sprzedaży 10 km nadmorskiego pasa za niską cenę. Zaradny książę ściągnął najpierw inwestorów, którzy zbudowali luksusowe hotele, a potem koronowane głowy i inne ważne osobistości. Świat dowiedział się o istnieniu Costa Smeralda (Szmaragdowego Wybrzeża) – jednego z najpiękniejszych w basenie Morza Śródziemnego. Jego nazwa pochodzi od koloru morza w tej okolicy. Nie ma na nim hoteli przypominających miejskie wieżowce, tablic reklamowych, krzykliwych restauracji szybkiej obsługi. Przestronne apartamenty z naturalnego kamienia dyskretnie wkomponowano w krajobraz. Podobno wpada tu były premier Włoch Silvio Berlusconi, kiedy ma dość skandali wokół swojej osoby. Bywała w tym miejscu także obecna księżna Hanoweru i Monako Karolina oraz słynny projektant mody Karl Lagerfeld.

Dyskretna ochrona bierze pod lupę każdego gościa. Wraz z Giulią podążamy jednak śmiało do Porto Cervo, czyli Portu Jelenia. To niepisana stolica Szmaragdowego Wybrzeża. Wymuskane alejki, budynki wystylizowane na wiejskie domy – cała osada przypomina idylliczną śródziemnomorską wioskę, doskonałe miejsce na ucieczkę od szarej codzienności. W wielkiej przystani aż tłoczno od wspaniałych jachtów i katamaranów kołyszących się lekko na wietrze. W powietrzu unosi się zapach luksusu. O ceny lepiej nie pytać, wszystko kosztuje tutaj kilka razy drożej niż w innych ośrodkach... 

FOT. FOTOTECA ENIT/SANDRO BEDESSI

 Buggerru – Spiaggia di San Nicolò

 

Na skrzydłach wiatru

Sardynia, wyspa dwóch żywiołów – wody i wiatru, okazuje się wymarzonym miejscem dla miłośników sportów wodnych. Nieustannie wiejące mistral, scirocco i levante, ponad 200 km plaż z białym piaskiem oraz krystalicznie czysta woda stwarzają wręcz idealne warunki do kitesurfingu. Latem można uprawiać go w kilku miejscach, przez cały rok – jedynie w Porto Botte. Działa tu polska szkoła kitesurfingu SKYHIGH, wystawiająca uczestnikom kursu certyfikaty IKO (International Kiteboarding Organization), uprawniające do wypożyczenia sprzętu we wszystkich centrach IKO na całym świecie. Bardziej zaawansowani mogą wypuścić się na kitesafari z przewodnikiem – ekscytującą tygodniową wędrówkę po najpiękniejszych zatokach Sardynii.

Wysokie morskie fale najbardziej cieszą surferów. Pełno ich zawsze na miejskiej plaży Poetto w Cagliari, a także na Chia i Capo Mannu na półwyspie Sinis. W jego zatoczkach często cumują żeglarze, również na dziko, jeśli nie stać ich na opłaty portowe. Sardynia oferuje też wiele atrakcji amatorom nurkowania. Swoim łagodnym klimatem i ciepłą wodą (zimą jej temperatura nie spada poniżej 13°C) zachęca wręcz do poznawania morskiego królestwa. Na odkrywców czekają podwodne groty, zatopione wraki statków i koralowce przy Capo Carbonara (przylądku Carbonara) oraz Isola dei Cavoli (wyspie Cavoli). Natomiast przy południowym brzegu nie lada atrakcją będą ławice tuńczyków.

 

Lekcja historii

Każdy sardyński przewodnik zapewnia jednak, że ten uroczy skrawek lądu ma dużo więcej do zaoferowania niż tylko słońce i morze. Nie trzeba długo szukać, aby napotkać tutaj rzymskie i kartagińskie ruiny, potężne fortece wzniesione przez Genueńczyków, wspaniałe budowle gotyckie i barokowe lub pełne elegancji kościoły pizańskie. Największe zaciekawienie budzą niezmiernie tajemnicze okrągłe, kamienne nuragi (pozostało ich prawie 7 tys.). Najprawdopodobniej pełniły one niegdyś m.in. funkcje obronne i reprezentacyjne. Nie ujrzymy ich w żadnym innym zakątku świata.

FOT. FOTOTECA ENIT/VITO ARCOMANO

Tharros – ruiny miasta fenickiego

 

Nie można opuścić wyspy bez wizyty w Alghero, przepięknym porcie w prawdziwie hiszpańskim stylu, ani w sąsiednim Sassari z zachwycającą starówką. Niektórzy do długiej listy miejsc, jakie koniecznie trzeba zobaczyć, dorzucają też należącą do Sardynii wyspę La Maddalena. Łatwo dostać się z niej na Caprerę, na której włoski generał i przywódca walk o wyzwolenie Włoch Giuseppe Garibaldi (1807–1882) spędził ostatnie lata swojego życia, pisząc powieści i hodując kozy. – Niestety, na wypoczynek à la Garibaldi nie ma jeszcze chętnych – śmieją się Sardyńczycy.


 

Artykuły wybrane losowo

Śladami Majów po Meksyku i Gwatemali

 

JERZY PAWLETA

 

Majowie stworzyli jedną z najlepiej rozwiniętych i jednocześnie najbardziej tajemniczych cywilizacji świata starożytnego. Ślady po niej znajdują się na obszarze ok. 500 tys. km2, na terenie dzisiejszych 5 krajów – Belize, Salwadoru, Gwatemali, Hondurasu i południowo-wschodniej części Meksyku. Swoją wiedzę astronomiczną wykorzystali do skonstruowania najdokładniejszego w ich czasach kalendarza z cyklami zaćmień Słońca i Księżyca. Do dziś tzw. Mundo Maya, czyli „świat Majów”, kryje wiele intrygujących tajemnic. Ponad 100 wspaniałych stanowisk archeologicznych, rozrzuconych wśród malowniczych dolin, wulkanów, dżungli i raf, fascynuje licznych naukowców. Na tym terenie pozostało jednak wciąż wiele do odkrycia…

Więcej…

W Wietnamie, krainie czerwonego smoka

MAGDALENA BARTCZAK

 

<< Pełen smaków, zapachów, barw i magii Wietnam wydaje się stanowić idealny cel podróży zarówno dla osób dopiero rozpoczynających przygodę z Azją, jak i dla tych, którzy już znają ten kontynent dość dobrze. Jeśli ktoś chce spróbować dań pysznej kuchni, odkryć liczne zabytki, przejechać się z kilkoma współpasażerami jednym skuterem lub po prostu zrelaksować na jednej z tropikalnych plaż, powinien postawić właśnie na ten kraj. Tutaj to wszystko jest możliwe. >>

 

Noworoczne lampiony w kolorze czerwonym przynoszącym szczęście

© MAGDALENA BARTCZAK

 

Przez długi czas, zanim jeszcze wybrałam się w pierwszą podróż do Azji, wiedzę na jej temat czerpałam głównie z reportaży i filmów, zarówno dokumentalnych, jak i fabularnych. Jednym z moich ulubionych azjatyckich twórców stał się Trần Anh Hùng, wietnamski reżyser mieszkający od 1975 r. we Francji, gdzie wyemigrował wraz z rodzicami pod koniec wojny wietnamskiej (II wojny indochińskiej). Oglądając Zapach zielonej papai (1993 r.), Rykszarza (1995 r.) czy Schyłek lata (2000 r.), wyobrażałam sobie jego ojczyznę jako kraj pełen soczystych kolorów, intensywnych zapachów, ulicznego gwaru i ciężkiego, tropikalnego powietrza. Jak przyznaje w wywiadach reżyser, w swoich produkcjach często powraca do Wietnamu z czasów własnego dzieciństwa – przedstawia go więc takim, jakim go zapamiętał przed emigracją. Jego filmy, nostalgiczne i zmysłowe, zachęciły mnie, żeby odwiedzić ten kraj. Szybko zagościł więc na mojej liście wymarzonych miejsc do zobaczenia i długo nie pozwalał mi o sobie zapomnieć.

Gdy marzenie wreszcie się spełniło i po raz pierwszy wybrałam się do ojczyzny Trần Anh Hùnga, już po wyjściu z potężnego lotniska w Ho Chi Minh przekonałam się, że wilgotne i lepkie powietrze, które przenikało jego filmowe opowieści, stanowi stały element klimatu Wietnamu, szczególnie na południu. Wszystko tu niemal od pierwszej chwili wydało mi się intensywne, aromatyczne, przesycone dźwiękami i kolorami. Szybko też okazało się, że ten piękny i długi kraj pełen jest skarbów przyrody oraz zniewalających smaków, które jeszcze długo po podróży pozostają w pamięci.

 

BOGATA HISTORIA

Wietnam leży na Półwyspie Indochińskim, od północy graniczy z Chinami, a od zachodu – z Kambodżą i Laosem. Choć pod względem powierzchni nieco przewyższa Polskę (zajmuje powyżej 331 tys. km²), to mieszka w nim ponad dwa razy więcej ludzi niż w naszym kraju (ok. 95 mln) i żyją co najmniej 54 mniejszości etniczne, które mają własne pismo, tradycje i język. Także dialekty w obrębie wietnamskiego znacznie różnią się od siebie – często te same słowa oznaczają coś zupełnie innego na północy, w centrum i na południu. Regiony charakteryzują się również odmiennymi warunkami pogodowymi. W północnych rejonach występuje klimat wilgotny podzwrotnikowy, w środkowej części – zwrotnikowy z porą deszczową i suchą, a na południowym obszarze – zwrotnikowy w odmianie monsunowej. Warto o tym pamiętać przy planowaniu podróży. Różnice w temperaturze między północą i południem mogą sięgać nawet 15–20°C. Wietnam jest też wyjątkowo różnorodny pod względem kultury, która przez wieki czerpała inspiracje m.in. z Chin, Indonezji i Francji. Specyfikę tego kraju stanowi jednak fakt, że dzięki silnemu zakorzenieniu w lokalnych tradycjach Wietnamczycy nie ulegli znacząco wpływom z zewnątrz. Przyswoili je w zmodyfikowanej formie i wzbogacili tym samym własne dziedzictwo kulturowe, oparte na wzorcach zaczerpniętych z buddyzmu, konfucjanizmu i taoizmu.

Według legend państwo wietnamskie, określane mianem krainy smoka (ze względu na rolę, jaką to stworzenie odgrywa w jego mitologii), zostało założone prawie 5 tys. lat temu przez dynastię Hồng Bàng (ok. 2879 r. p.n.e.). Od tego czasu wielokrotnie musiało bronić swoich ziem przed podbojami. Przez ponad tysiąc lat (od 111 r. p.n.e. do 938 r. n.e.) znajdowało się pod chińską okupacją. Potem kilkukrotnie było najeżdżane przez wojska mongolskie, w drugiej połowie XIX w. stało się częścią Indochin Francuskich, a w 1940 r. kontrolę nad jego terytorium przejęła Japonia. Po II wojnie światowej o swoją dawną kolonię upomnieli się Francuzi, co doprowadziło do wybuchu I wojny indochińskiej (1946–1954). W jej wyniku kraj podzielono na północną komunistyczną Demokratyczną Republikę Wietnamu i południową Republikę Wietnamu. Wkrótce potem między oboma państwami wybuchł konflikt zbrojny (wojna wietnamska 1955–1975), który okazał się jednym z najdłuższych i najkrwawszych w regionie.

 

ŚWIAT DUCHÓW I PRZODKÓW

Ze względu na trudną przeszłość i konieczność częstego konfrontowania się z innymi narodami, próbującymi narzucić im swój porządek, Wietnamczycy charakteryzują się dumą z własnych tradycji i patriotyzmem. Poza tym do ich głównych cech należy zaliczyć też niewątpliwie zamiłowanie do targowania się, które – szczególnie w mniejszych sklepikach i na targach – jest tu uważane za naturalny element zakupów. Jeśli ktoś nie podejmuje próby zbicia ceny, wzbudza podejrzenia, a w najlepszym wypadku wywołuje rozbawienie lub niedowierzanie wśród miejscowych. Chcesz kupić kilogram bananów, a sprzedawca życzy sobie 30 tys. dongów (w przeliczeniu na złotówki ok. 4,50 PLN)? Najprawdopodobniej kosztuje on nie więcej niż 10 tys. dongów, więc śmiało możesz powiedzieć quá đắt, czyli „zbyt drogo”, i rozpocząć negocjacje. Nie należy przy tym zapominać o uśmiechu, cenionym przez Wietnamczyków tym bardziej, że jako naród mają również opinię pomocnych, radosnych i uprzejmych ludzi.

Miejscowych cechuje także przywiązanie do przesądów, chroniących przed nieszczęściem i pozwalających (przynajmniej pozornie) utrzymać kontrolę nad otaczającą rzeczywistością, w postrzeganiu której zdroworozsądkowe myślenie często miesza się z fantastycznymi wyobrażeniami i wiarą w magię. Warto wymienić choć kilka popularnych zasad i zwyczajów. Wietnamczycy nie zostawiają pałeczek wetkniętych w jedzenie, ponieważ w ten sposób umieszczają je tylko w posiłku stawianym na ołtarzykach dla zmarłych. Źle widziane jest też otwieranie parasola w domu, gdyż może to doprowadzić do uwolnienia przyczepionych do niego duchów i sprowadzić nieszczęście. Z podobnego powodu nie należy sprzątać ani tym bardziej zamiatać domu pierwszego dnia Nowego Roku (Tết Nguyên Đán, w skrócie Tết), świętowanego przez trzy dni i celebrowanego w Wietnamie, zgodnie z kalendarzem księżycowo-słonecznym, zwykle między drugą połową stycznia a połową lutego (w 2019 r. wypadnie on 5 lutego). Wysprzątanie domowych pomieszczeń oznacza pozbycie się dobrych duchów i szans na pomyślność w kolejnych miesiącach.

Z Nowym Rokiem wiąże się zresztą wiele innych przesądów. Przed jego końcem trzeba zwrócić wszystkie długi – w przeciwnym razie w nadchodzącym roku będziemy mieć problemy finansowe. Podczas noworocznych wizyt rodzinnych nie należy mieć na sobie stroju w jednolitym kolorze, ponieważ to przynosi pecha. Dla Wietnamczyków Nowy Rok to najważniejsze święto ze wszystkich, przygotowują się do niego bardzo skrupulatnie. Około tygodnia wcześniej odwiedzają groby bliskich, gdzie palą kadzidła i modlą się, zachęcając duchy przodków, aby zeszły na ziemię i towarzyszyły im w świętowaniu. Przez trzy świąteczne dni, po okresie zakupowej gorączki i przygotowań, wszystkie sklepy są już zamknięte, a ulice i skwery przyozdobione kwiatami, dekoracjami i lampionami. Ulicami przechodzą parady z tańczącym smokiem i towarzyszeniem muzyki. Nowy Rok jest jednak głównie czasem spotkań z najbliższymi, pogłębiania więzi i oddawania czci duchom przodków. Nieodłączny element świętowania stanowi rodzinna kolacja, na której nie może zabraknąć jednego z najbardziej tradycyjnych dań podawanych na tę okazję – bánh chưng (ciasta z ryżu kleistego, wieprzowiny i fasoli mung, gotowanego w bananowych liściach).

 

Wietnamka przygotowująca pyszną zupę pho na ulicznym stoisku w Hanoi

© MAGDALENA BARTCZAK

 

CAŁA PALETA SMAKÓW

Skoro mowa o kuchni, warto wspomnieć o tym, że Wietnamczycy przejawiają również poważne podejście do gotowania, które uchodzi za ważną część codziennego życia. Widać to zresztą w misternie przygotowywanych potrawach – choćby sajgonkach, czyli starannie zawijanych krokietach z papieru ryżowego z farszem z makaronu ryżowego z dodatkiem mięsa, warzyw lub krewetek, doprawionym kolendrą. W Wietnamie podaje się je nie tylko w wersji smażonej, ale też na surowo (gỏi cuốn). W tym drugim wariancie są zdrowsze i orzeźwiają w tropikalne upały. Warto zresztą dodać, że pełna smaków i kolorów kuchnia Wietnamu jest uważana za jedną z najzdrowszych na świecie. Jej dania powstają zgodnie z założeniami zbilansowanej diety, komponuje się je według reguły pięciu smaków (słodkiego, kwaśnego, gorzkiego, ostrego i słonego) oraz koncepcji yin-yang – dwóch uzupełniających się przeciwieństw. W potrawach używa się dużej ilości świeżych przypraw i ziół, takich jak kolendra, trawa cytrynowa czy mięta. Często występującymi w nich składnikami są ryż, limonka, sos rybny i sojowy.

                Wietnamską kuchnię – podobnie jak w wypadku pogody czy przyrody – cechuje różnorodność, a jej regionalne odmiany różnią się między sobą m.in. z powodu klimatu, dostępności produktów i przyswojonych tradycji. Nawet najpopularniejsze tutejsze danie – zupa pho (phở), czyli rosół z makaronem ryżowym, kawałkami wołowiny lub kurczaka, kolendrą, imbirem, sosem rybnym i limonką – ma swoje rozmaite wersje w zależności od regionu. Choć obcokrajowiec nie poczuje dużej różnicy pomiędzy nimi, to według Wietnamczyków pho smakuje zupełnie inaczej w Hanoi niż w Ho Chi Minh. Warto przy tej okazji dodać, że północna część kraju pozostaje pod wpływem chińskich tradycji kulinarnych – przyrządza się tu wiele potraw smażonych (m.in. różnych rodzajów makaronu czy pierożków bánh gối), obficie polewanych sosem sojowym. W menu południa, które czerpie inspiracje ze zwyczajów kolonialnej Francji, znajdziemy więcej ryb, warzyw i owoców morza. Z kolei kuchnia centralnego Wietnamu, wywodząca się z kręgu cesarskiego, uchodzi za najostrzejszą, a przy tym najbardziej wykwintną, kolorową i wytwornie podawaną. Do klasycznych dań należą w tym rejonie m.in. chrupiące naleśniki z ryżowego ciasta, wypełnione wieprzowiną, krewetkami i kiełkami, ozdobione bazylią, kolendrą i miętą (bánh xèo).

 

Malownicze tarasowe pola ryżowe w górzystej okolicy miejscowości Sa Pa

© TITC – WWW.VIETNAMTOURISM.COM

 

BARWNA STOLICA

Terytorium Wietnamu, które zdaje układać się w kształt litery s, przez samych mieszkańców bywa porównywane do smoka. Według legendy głowę tego stworzenia stanowi północ, a jego oko – leżące w delcie Rzeki Czerwonej Hanoi. To centrum polityczne, kulturalne i gospodarcze współczesnego kraju. Miasto jest różnorodne, pełne kontrastów, z jednej strony przywiązane do tradycji, z drugiej – otwarte na zmiany. Choć przy pierwszej wizycie ta 8-milionowa metropolia może przytłoczyć i oszołomić hałasem i energią, to trudno oprzeć się jej urokowi. Mnie od pierwszego wejrzenia zauroczyło przede wszystkim historyczne centrum, od którego zaczęłam włóczęgę po Hanoi. Stanowi ono prawdziwy żywioł: zatłoczone uliczne restauracyjki i bary sąsiadują tu z warsztatami, sklepikami i bazarami, gdzie wśród przepełnionych stoisk znajdziemy worki ryżu, mięsa, ziół, owoców i warzyw. Między nimi manewrują sprzedawcy oferujący świeże owoce, różnego rodzaju przekąski czy turystyczne pamiątki. Nad wąskimi ulicami z kolonialną architekturą królują malownicze plątaniny kabli, które są jednym z tych widoków, do jakich należy się przyzwyczaić w Wietnamie. Stanowią one równie naturalny element miejskiej tkanki jak gwar, tłok i wszechobecne skutery, nierzadko zajęte przez kilku pasażerów naraz.

Jeśli będziemy chcieli odpocząć od zgiełku, powinniśmy wybrać się do otoczonej ogrodami Świątyni Literatury (Văn Miếu), barwnego konfucjańskiego kompleksu, w którym w drugiej połowie XI w. założono pierwszy uniwersytet w całym Wietnamie. Inną wartą odwiedzenia atrakcją jest liczące ok. 700 m długości Jezioro Zwróconego Miecza (Hồ Hoàn Kiếm), usytuowane w centrum miasta. Jego nazwa pochodzi od legendy o wyłowionym z niego mieczu, dzięki któremu przyszły cesarz i założyciel dynastii, Lê Lợi (ok. 1384–1433), miał pokonać przeciwników i wyzwolić ojczyznę spod chińskiego panowania. Pewnego dnia po broń zgłosił się jednak jej prawowity właściciel, czyli… wielki żółw mieszkający w wodach jeziora. Miecz sam wrócił do zwierzęcia, a władca uznał je za opiekuńczego ducha tego miejsca i aby oddać mu cześć, kazał postawić na tutejszej wysepce Wieżę Żółwia (Tháp Rùa), która stała się symbolem pokoju oraz samego Hanoi.

Podczas pobytu w wietnamskiej stolicy nie można także przegapić innej historycznej ciekawostki, jaką jest monumentalne Mauzoleum Ho Chi Minha, działacza komunistycznego i przywódcy Demokratycznej Republiki Wietnamu, przez jednych kochanego, a przez innych nienawidzonego wujka Ho (1890–1969). Obiekt otwarto w 1975 r. w samym sercu dawnej Dzielnicy Francuskiej na placu Ba Đình. Właśnie w tym miejscu, otoczonym dziś szerokimi bulwarami, eleganckimi willami i ambasadami, Ho Chi Minh ogłosił we wrześniu 1945 r. niepodległość kraju. Mauzoleum stanowi atrakcję również dla samych Wietnamczyków, którzy chętnie je odwiedzają. Ubrani skromnie, ale odświętnie, ustawiają się w kilometrowych kolejkach do wejścia. Czekają wyciszeni i podekscytowani perspektywą ujrzenia z bliska grobu dawnego bohatera.

 

Zatoka Hạ Long od 1994 r. na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO

© TITC – WWW.VIETNAMTOURISM.COM

 

MAGICZNA PRZYRODA

Północny Wietnam fascynuje nie tylko widocznymi na każdym kroku śladami historii, ale też wspaniałą przyrodą, którą można podziwiać m.in. w licznych parkach narodowych. Najstarszym z nich jest założony w 1986 r. Park Narodowy Cát Bà, rozciągający się na prawie całej powierzchni wyspy o tej samej nazwie. Turystów przyciąga on lasami, wodospadami, jeziorami i jaskiniami skrywającymi się w wapiennych górach. Leży w południowym rejonie malowniczej zatoki Hạ Long. Na jej dnie według legendy śpi smok, który w przeszłości miał pomagać Wietnamczykom w zmaganiach z najeźdźcami. Słynna zatoka, uważana za jeden z największych skarbów przyrodniczych Wietnamu, ma powierzchnię ponad 1,5 tys. km². W jej granicach znajduje się ok. 2 tys. skalistych wysp i wysepek. Na wizytę w okolicy warto przeznaczyć przynajmniej jeden lub dwa dni. Najlepiej zwiedzać ją podczas rejsu, który można zorganizować nawet z Hanoi – zatoka wraz z parkiem narodowym położone są mniej więcej 170 km na wschód od miasta.

Z kolei ok. 300 km na północny zachód od stolicy, tuż przy granicy z Chinami, znajduje się górzysty Park Narodowy Hoàng Liên (utworzony w 2002 r.) – jeden z moich ulubionych, a to ze względu na rześkie powietrze, soczystą zieleń i unoszące się tu melancholijne mgły. Rozciąga się on w pobliżu pasma górskiego Hoàng Liên Sơn, którego najwyższą górą (a zarazem najwyższym szczytem Wietnamu i całych Indochin) jest Fansipan (Phan Xi Păng, 3143 m n.p.m.). W okolicy leżą pola ryżu, należącego do kluczowych produktów eksportowych kraju. Malownicze tarasy ryżowe można podziwiać m.in. z zagubionej wśród deszczowych lasów górskiej miejscowości Sa Pa, cieszącej się zasłużoną popularnością wśród turystów dzięki rozpościerającym się wokół wspaniałym krajobrazom i panującemu w tym rejonie przyjemnemu, choć dość deszczowemu, klimatowi. Najlepiej wybrać się tutaj w porze suchej (która wypada od listopada do maja), aby w pełni móc cieszyć się widokiem na pobliskie tarasowe pola uprawne. Warto także zajrzeć na lokalny targ w Sa Pa – spotkamy na nim m.in. przedstawicieli górskich grup etnicznych Hmong i Dao (Yao), będących jednymi z wielu mniejszości zamieszkujących wielokulturowy Wietnam.

 

ZAPACH TROPIKÓW

Jeśli wymieniamy skarby wietnamskiej przyrody, to nie możemy nie wspomnieć o ciągnącym się przez niemal 3,5 tys. km wybrzeżu, należącym do najpiękniejszych i najdłuższych w regionie. Znajdziemy na nim wiele pięknych, złocistych plaż, choćby w okolicy portowego Đà Nẵng w środkowej części kraju (takich jak zapełnione bungalowami An Bang i Cửa Đại). Osoby chcące odpocząć od chaosu dużych miast powinny odwiedzić Mũi Né. Ta niegdyś niewielka osada rybacka w połowie lat 90. XX w. zaczęła zamieniać się w kurort turystyczny. Leży tutaj przepiękna 15-kilometrowa plaża, którą otaczają niezwykłe wydmy i laguny.

Jeżeli pojedziemy dalej na południowy zachód, dotrzemy do delty rzeki Mekong – miejsca, gdzie odnogi jednej z największych rzek świata tworzą jeziora i kanały wpadające do Morza Południowochińskiego. Oplatają one wyspy i wysepki, których mieszkańcy całe swoje życie związali z wodą. Pływające domy, szkoły, świątynie, urzędy i sklepy stoją na samym brzegu lądu lub bezpośrednio na wodzie. Transport lądowy właściwie tu nie istnieje, do większości wiosek można się dostać tylko łodzią. Okolica robi niesamowite wrażenie i stanowi jeden z najbardziej niezwykłych rejonów w Wietnamie.

Osoby mające więcej czasu mogą zajrzeć na położony ok. 80 km na południe od delty archipelag Côn Đảo. Składa się on z 16 tropikalnych wysepek (o łącznej powierzchni 75,15 km²), z których większość do dziś nie jest na stałe zamieszkana. Ponieważ utworzono tutaj w 1993 r. park narodowy, ruch turystyczny podlega kontroli. Dzięki takim warunkom archipelag zachował swój prawdziwie rajski charakter. Wydaje się, że nigdzie indziej w Wietnamie nie znajdziemy plaż, które byłyby równie czyste i jasnozłote, ani tak błękitnej wody. Na największej z wysp, Côn Sơn (51,52 km² powierzchni i ok. 4 tys. mieszkańców), działa lotnisko. Można na niej m.in. uprawiać trekking i nurkowanie. Pobliskie rafy koralowe uważa się za najpiękniejsze w kraju.

 

KRÓLEWSKE MIASTA

Na wielką atrakcyjność środkowo-południowych rejonów Wietnamu wpływają też wspaniałe miasta i miejscowości, przypominające o tym, że jego kultura jest jedną z najstarszych i najbogatszych w Azji Południowo-Wschodniej. Podczas wizyty tutaj nie wolno ominąć Huế – dawnej stolicy imperium dynastii Nguyễn (1802–1945), leżącej nad Rzeką Perfumową. Miasto dość mocno ucierpiało w trakcie wojny wietnamskiej. Jeden z zabytków, które udało się odrestaurować, stanowi Zakazane Purpurowe Miasto – otoczona potężnymi murami cytadeli dawna siedziba cesarza z rozległym kompleksem świątyń i pałaców. Warte uwagi są również położone w okolicy Huế buddyjskie grobowce cesarzy. Najłatwiej dotrzeć do nich skuterem lub łodzią.

Z kolei ok. 130 km na południowy wschód stąd znajduje się jedno z moich ulubionych azjatyckich miast, senne Hội An, uchodzące za najbardziej urokliwe w Wietnamie. W XVI–XVIII stuleciu należało do najważniejszych portów na jedwabnym szlaku, ściągającym kupców z całego świata, czemu zawdzięcza niepowtarzalny styl i atmosferę. Obce wpływy dostrzega się w nim do dziś. Między niskie budynki mieszkalne z piękną ceramiczną dachówką wciśnięte są chińskie domy zgromadzeń i świątynie, a jedną z największych atrakcji jest zabytkowy kryty Most Japoński. Nie można także zapomnieć o ważnym polskim akcencie związanym z najnowszą historią tego miejsca. W połowie lat 90. XX w. władze Hội An przedstawiły plan wyburzenia starszej jego części i wzniesienia w jej rejonie nowoczesnych bloków mieszkalnych. Do odstąpienia od tego pomysłu namówił jednak włodarzy miasta Kazimierz Kwiatkowski (1944–1997), architekt i konserwator zabytków pochodzący z Lublina, który od początku lat 80. minionego stulecia mieszkał i pracował w Wietnamie, gdzie był znany jako Kazik. Z pomocą Polaka udało się odrestaurować historyczne centrum. Dzięki temu trafiło ono w 1999 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Wdzięczna społeczność Hội An nazwała imieniem Kazimierza Kwiatkowskiego miejscowy park, a w 10. rocznicę jego śmierci postawiła mu pomnik.

Na koniec naszej podróży po Wietnamie docieramy do jego dawnej stolicy i największej metropolii – Ho Chi Minh, które do dziś wielu mieszkańców nadal nazywa Sajgonem. W tym potężnym i głośnym ośrodku żyje obecnie blisko 9 mln ludzi, a miasto wciąż się rozrasta i wystrzeliwuje w niebo ostrzami nowych drapaczy chmur. To jedna z tych metropolii, które nigdy nie zasypiają i zdają się odnajdywać równowagę w swoim gwarnym chaosie. Warto odkrywać ją powoli, a jeśli damy jej szansę, z pewnością wyczujemy przyjemną, swojską, nieco nostalgiczną atmosferę dawnego Sajgonu. Ho Chi Minh pełne jest zieleni, galerii, muzeów, targowisk, klimatycznych zaułków i placyków z kawiarniami, chyba najlepszymi w całym kraju.

                Gdybym zresztą musiała wybrać jeden zapach, którym pachnie dla mnie ten Paryż Orientu lub Perła Dalekiego Wschodu, to niewątpliwie byłaby to właśnie kawa (cà phê), kolejny obok ryżu popularny towar eksportowy Wietnamu. Jej uprawę wprowadzili tu w połowie XIX w. Francuzi i od tego czasu stała się prawdziwym skarbem narodowym. Wietnamczycy wypracowali swój niepowtarzalny sposób jej przyrządzania, który ma zarówno gorących zwolenników, jak i przeciwników. Warto samemu wyrobić sobie zdanie na ten temat. Okazji z pewnością nie zabraknie, bo Wietnam jest prawdziwym rajem dla kawoszy. Kawy można tutaj spróbować praktycznie wszędzie: od przenośnych straganów, przez budki i sklepiki, po eleganckie kafeterie i restauracje. Jednym z najlepszych do tego miejsc są kawiarnie przy placu Lam Sơn w Ho Chi Minh. Po jednej jego stronie wznosi się gmach Opery, a po drugiej – historyczny Hotel Continental Saigon. Nad okolicą góruje neoromańska Katedra Notre-Dame, ukończona w 1880 r., obok której stoi jeden z najpiękniejszych budynków w mieście, czyli Poczta Główna, zaprojektowana przez Alfreda Foulhoux. Przez chwilę można się tu poczuć jak w Paryżu, ale to tylko złudzenie. Lekki podmuch tropikalnego powietrza i widok unoszących się liści pobliskich palm przypomina nam o tym, że znajdujemy się w Wietnamie – kraju pełnym kolorów i serdecznych ludzi, stanowiącym wyjątkowo smaczną esencję Azji Południowo-Wschodniej.

 

Wydanie Wiosna 2018

Filipiny – kraina uśmiechniętych ludzi

ChocolateHills-3

© PHILIPPINE DEPARTMENT OF TOURISM

 

north luzon 23 highres

@ DAVID HETTICH/TOBIAS HAUSER

 

KINGA BIELEJEC

www.gadulec.me

 

Ten kraj, składający się z 7107 wysp, zamieszkuje niemal 104 mln osób. Stanowi on jedno z dwóch państw Azji, w których dominuje katolicyzm (drugim jest Timor Wschodni). Filipiny to wybuchowa mieszanka rajskich widoków, białego piasku, przezroczystej wody, aktywnych wulkanów, tarasów ryżowych i wiecznie zakorkowanych dużych miast. Tę krainę wesołych i niezwykle przyjaznych ludzi idealnie opisuje słowo „różnorodność”.

Więcej…