BEATA KUCZBORSKA

                                                                                   FOT. VILAGjArO MAGAZINE
<< „Nie mam nadziei na nic, niczego się nie boję, jestem wolny” – taki napis można zobaczyć na szczycie weneckiego Bastionu Martinengo w Heraklionie na skromnym grobie kreteńskiego pisarza, Nikosa Kazantzakisa, autora „Greka Zorby” i „Ostatniego kuszenia Chrystusa”. Ja też czuję się wolna, kiedy samolot ze mną na pokładzie siada na pasie lotniska im. Elefteriosa Wenizelosa w Atenach (choć tak naprawdę znajduje się ono w Spacie). Niczego się nie boję, lecz mam w sobie wiele nadziei… Cała Grecja stoi przede mną otworem, bo podróżowanie po niej, mimo trwającego od kilku lat kryzysu i wprowadzonych ograniczeń (choćby mniejszej liczby promów), nadal jest bardzo proste. >>

Położoną na Półwyspie Bałkańskim Grecję uważa się powszechnie za miejsce, w którym narodziła się cywilizacja zachodnia. Pozostałości wspaniałej starożytnej kultury do dziś stanowią największy magnes przyciągający do tej części Europy podróżników z całego świata. Znaczną część powierzchni tego kraju zajmują wyspy. To one są kolejnym powodem, dla którego turyści wciąż bardzo chętnie wybierają się na greckie wakacje.

 

Wczasy w Grecji można zaplanować na mnóstwo sposobów. Nadal jednak najpopularniejszy pozostaje ten najbardziej tradycyjny: intensywne poznawanie bogatej kultury i historii na stałym lądzie oraz błogi odpoczynek na którymś ze zniewalających archipelagów. Ten scenariusz sprawdza się w tym kraju od wielu lat.

 

Ateny – brama do Grecji

Jeśli zwiedzanie zaczniemy od greckiej metropolii, do wyboru mamy wiele wariantów tras. Możemy od razu z lotniska pojechać autobusem do Pireusu, aby popłynąć z niego na dowolnie wybraną wyspę, lub wsiąść w KTEL (odpowiednik polskich PKS-ów), który zawiezie nas do portu w Rafinie, skąd również wypływają promy. Dla bardziej spontanicznych i samodzielnych podróżników dobrym pomysłem będzie wypożyczenie samochodu i wyruszenie na greckie drogi.

Autobusem dotrzemy również do samego centrum Aten, na plac Sindagma, gdzie obejrzymy widowiskową, niezmiernie urokliwą zmianę warty pod Grobem Nieznanego Żołnierza, przespacerujemy się wąskimi uliczkami Plaki, zobaczymy liczne starożytne budowle, jak choćby Bibliotekę Hadriana czy Świątynię Zeusa Olimpijskiego, oraz grecką i rzymską agorę i uwiecznimy na zdjęciach górujący nad miastem majestatyczny Akropol. Warto polecić też nieodległą dzielnicę Psiri z mnóstwem kafeterii i barów. Wyprawa na laiki (uliczne bazary) pozwoli za to poczuć atmosferę tego miasta i wtopić się w lokalną społeczność.

Wyjątkowym miejscem jest przepiękna Anafiotika ze swoimi malutkimi, starymi, bielonymi wapnem chatkami, niezliczoną liczbą kolorowych kwiatów i leniwie wygrzewającymi się w słońcu kotami. Rozciąga się stąd niezapomniany widok na położone w dole Ateny i najwyższe ateńskie wzgórze – Likavitos (277 m n.p.m.). Podczas spaceru wąziutkimi uliczkami Anafiotiki trudno uwierzyć, że jesteśmy w samym centrum europejskiej metropolii – wielkim mieście z tysiącem motocykli, wiecznymi korkami ulicznymi, że tam na dole życie toczy się zupełnie inaczej niż tutaj, wśród domów wzniesionych ponad 100 lat temu i pozostawionych samym sobie, jakby wszyscy o nich zapomnieli. Takie są właśnie Ateny – miasto zwyczajnie brzydkie i nieciekawe, a jednocześnie niewiarygodnie piękne i magiczne. Wbrew temu, co się powszechnie uważa, znajdziemy w nim dużo terenów zielonych, np. Park Krajobrazowy Kesariani z niezwykłą ścieżką botaniczną, zadbane Ogrody Narodowe w samym centrum lub Pierwszy Cmentarz Ateński z wieloma przepięknymi nagrobkami, na którym spoczywają takie zasłużone osobistości dla kultury greckiej, jak np. aktorka, piosenkarka i polityk Melina Merkuri, piosenkarz Dimitris Mitropanos czy autor tekstów piosenek Manolis Rasoulis.

Z Aten można wybrać się na Peloponez, żeby obejrzeć starożytny Korynt i sąsiadujący z nim Akrokorynt, Mykeny, Tiryns, prześliczny o każdej porze roku Nafplion z Twierdzą Palamidi i Zamkiem Bourtzi na pobliskiej wysepce. Nieco dalej leży Mistra, która zachwyca pozostałościami bizantyjskiego miasta, oraz Mani – środkowy peloponeski półwysep, jeden z najpiękniejszych regionów lądowej Grecji. Północny Epir z rejonem Zagoria (Zagorochoria) i miejscowością Janina (Joanina) to głównie wysokie góry o szczytach długo pokrytych śniegiem, wspaniała górska roślinność i małe, urocze wioski. Na koniec nie wolno nam zapomnieć także o Meteorach – starych klasztorach wybudowanych na olbrzymich skałach.

Grecja to jednak przede wszystkim wyspy. Na część z nich dolecimy w sezonie letnim z Polski bezpośrednio samolotem, jednak na większość dostaniemy się promami, wypływającymi z lokalnych portów. Tylko od nas zależy, który akwen wybierzemy: groźne, granatowe Morze Egejskie czy też spokojniejsze, błękitno-zielone Morze Jońskie.

 

Na Morzu Jońskim

Połączenia lotnicze z Polską mają niektóre z Wysp Jońskich. Po 2–3 godzinach lotu staniemy na Korfu (Kerkirze), Zakinthos (Zante), Lefkadzie czy Kefalonii (Kefalinii). Ze względu na położenie przy zachodnim wybrzeżu Grecji i panujący tu klimat są one znacznie bardziej zielone od innych. Ich krajobraz zainspirował wielu twórców. Gerald Durrell, który spędził dzieciństwo na Korfu, opisał ją w swojej autobiograficznej trylogii. Louis de Bernières umieścił akcję swojej powieści Mandolina kapitana Corellego na Kefalonii. Historycznie należącą do archipelagu malutką Kithirę upodobał sobie natomiast grecki reżyser Theodoros Angelopoulos, autor filmu Podróż na Cyterę. Na tę cichą, trochę zapomnianą przez cywilizację wysepkę dopłyniemy promem z portu Githio albo Neapoli Vion na Peloponezie. Z kolei Itakę uwiecznił w swoim eposie sam Homer. Na archipelagu znajdziemy też wyspę, na którą dotrzemy wprost z kontynentalnej części Grecji. Lefkada, bo o niej tu mowa, połączona jest z wybrzeżem na stałym lądzie za pomocą mostu. Turystów kusi swoimi pięknymi plażami, w tym chyba najbardziej zjawiskową Porto Katsiki. Drogi są tutaj kręte i wąskie, ale tak wyglądają trasy na większości greckich wysp. Nie należy się na nich rozpędzać, nie tylko z uwagi na dużą liczbę zakrętów, lecz także sam stan nawierzchni. 

Niezmiernie malowniczy archipelag joński to wdzięczny temat zdjęć. Biały piasek plaży Myrtos na Kefalonii, urokliwy mały port w Kassiopi na Korfu, góry i skały opadające prosto do seledynowych wód morza – wszystkie te widoki chciałoby się zatrzymać na zawsze.

Duże miasta większych Wysp Jońskich mają w sobie coś dostojnego i eleganckiego. Wystarczy choćby przespacerować się wąskimi uliczkami stolicy Korfu, popatrzeć na stare, wysokie kamienice, potężne fortece i Bramę św. Mikołaja, aby zauważyć wyjątkowy charakter tych miejsc. Podobnie jest na Zakinthos i Kefalonii. Nie ma wątpliwości, że wrażenie to wywołuje styl budowli, w których dostrzeżemy wpływy włoskie i angielskie. Zupełnie inne są mniejsze miejscowości. Niewielkie wioski położone w środkowej części wyspy Kefalonia, z małymi domkami otoczonymi kwiatami, czasem przypominają nawet polskie krajobrazy.

FOT. GREEK NATIONAL TOURISM ORGANISATION/M. MITZITHROPOULOS
Stare Miasto w Korfu jest od 2007 r. pod ochroną uNESCo

Wspomnianą już Itakę i jej niewielkie porty Kioni i Frikes otacza aura błogiego spokoju. Można tu spędzić wiele godzin, sącząc nieśpiesznie kawę w jednej z kafeterii czy przyglądając się rybakom wracającym z połowów, naprawiającym i suszącym swoje sieci. Czas upływa podobnie również na Kithirze, dokąd nawet w sezonie wakacyjnym dociera niewielu turystów, a większość przybyszów stanowią Grecy z Australii, którzy kiedyś stąd właśnie wyemigrowali. Wśród starych murów nad wąwozami w Paliochorze krąży tutaj duch słynnego tureckiego pirata Barbarossy. A gdy podczas spaceru po stolicy wyspy Chorze, spotkamy starego Kostasa, usłyszymy opowieść o tym, jak u jej wybrzeży (a nie Cypru) wynurzyła się z fal piękna Afrodyta. Tak przynajmniej głosi lokalna legenda.

 

Kefalonia – wyspa kapitana Corellego

Największa z Wysp Jońskich (ok. 780 km²), sceneria miłości miejscowej dziewczyny Pelagii (granej przez Penélope Cruz) i włoskiego kapitana Antonia Corellego (Nicolas Cage) w filmie Kapitan Corelli, znana jest w całej Grecji z nieco osobliwego charakteru jej mieszkańców... Czyżby to za sprawą nawiedzających ten przepiękny skrawek lądu dość często trzęsień ziemi, wiejących tu wiatrów, a może żaru lejącego się z nieba? Jakby nie było, Kefalonia, tak samo jak wyspa Cyklopów czy kraina Lotofagów opisywana przez Homera, to miejsce wyjątkowe i magiczne, którego nie da się ot tak uchwycić i opisać… Najlepszą porą na jej zwiedzanie są miesiące maj i czerwiec oraz wrzesień i październik.

Ekipa filmowców przygotowująca Kapitana Corellego odwiedziła niemal wszystkie greckie wyspy w poszukiwaniu odpowiednich plenerów do nakręcenia tego melodramatu z 2001 r. Ostatecznie zdecydowano, że najlepszym miejscem będzie sama Kefalonia, na której brytyjski pisarz Louis de Bernières umieścił akcję swojej powieści Mandolina kapitana Corellego. Fakt, że film był kręcony w miejscu tragicznych zdarzeń, podkreśla jego autentyczność. Reżyser Kapitana Corellego John Madden mówił: Spotkaliśmy na Kefalonii mieszkańców, którzy byli świadkami tamtych wydarzeń, przygarnęli Włochów i uchodźców w swoich domach lub przeżyli trzęsienie ziemi. Czuliśmy na swoich barkach obowiązek wiernego odtworzenia tej wyjątkowej historii i oddania hołdu jej bohaterom.

Scenograf Jim Clay po raz pierwszy odwiedził Kefalonię 2 lata przed rozpoczęciem zdjęć do filmu. Na samym początku nie byłem świadomy ogromu okrucieństwa, jakie miało tu miejsce. Potem pragnąłem jedynie odtworzyć świat zgodny z moim pierwszym wrażeniem o wyspie i jednocześnie niedowierzaniem, że w tak pięknym zakątku dokonano rzezi tysięcy ludzi. Problemem okazała się „pocztówkowa” uroda Kefalonii, która nijak miała się do tragicznego wymiaru całej historii, w związku z czym bardzo dokładnie dobieraliśmy miejsca o raczej stonowanym charakterze, unikając tych najbardziej zielonych.

Kolejny kłopot stanowiła budowa scenografii. Trzęsienie ziemi z sierpnia 1953 r. nie oszczędziło praktycznie żadnego budynku na wyspie. Dekoracje portu w Argostoli, który miał być potem zbombardowany przez hitlerowców, powstawały od zera. To samo dotyczyło zamieszkiwanej przez głównych bohaterów wioski. Mimo iż akcja filmu rozgrywa się przede wszystkim w stolicy Kefalonii Argostoli, kręcenie zdjęć nie było tam możliwe. Budynki, które przetrwały niemieckie bombardowanie w 1943 r., zostały doszczętnie zniszczone 10 lat później podczas trzęsienia ziemi. Odbudowane miasto zyskało aspekt nowoczesny, zatem nie mogło służyć jako tło historii rozgrywającej się w czasie II wojny światowej. Ostatecznie zdjęcia nakręcono w miejscowości Sami, która tak samo jak stolica wyspy posiada dość duży port. Ekipa filmowa wynajęła na 3 miesiące tutejszy hotel Kastro, który służył jako biuro produkcji, a w jego pobliżu powstała scenografia imitująca Argostoli z 1943 r.

 

Archipelag dwunastu wysp

Dodeka oznacza po grecku „dwanaście” i tyle właśnie wysp było podstawą do utworzenia nazwy archipelag Dodekanez (choć obejmuje on ich dużo więcej). Usytuowane w południowo-wschodnim rejonie Morza Egejskiego kuszą od wieków słońcem, gwarantowaną piękną pogodą, ładnymi plażami i średniowiecznymi zamkami joannitów. Najpopularniejsze z nich to Rodos i Kos, z których promem dopłyniemy na inne wyspy Dodekanezu. Ta pierwsza zachwyci nas z pewnością Akropolem w Lindos, znajdującym się w stolicy niebywałej urody Starym Miastem, po którym krążyć można godzinami, żeby wciąż dostrzegać coś nowego, Zatoką Anthony’ego Quinna, nazwaną na jego cześć za rolę w filmie Działa Navarony, oraz znakomitymi warunkami do uprawiania windsurfingu, szczególnie w okolicach półwyspu Prasonisi. Z rodyjskich portów bez żadnych problemów dostaniemy się na pobliskie malutkie wysepki: Simi z piękną zabudową w porcie oraz Chalki z urokliwą miejscowością Emborio i ruinami zamku joannitów. Natomiast na Kos warto wybrać się dla Asfendiou – tej jej części, w której leżą malownicze wioski górskie, w tym Zia znana z pięknych zachodów słońca, oraz dla Pili i Paleo Pili z ruinami zamku na skale czy dla plaż w okolicy Agios Stefanos i Mastichari.     

Na każdej z wysp Dodekanezu znajdziemy coś, co wyróżnia ją spośród innych i zapadnie nam w pamięć na długie lata. Patmos to największy ośrodek kultu religijnego na archipelagu. Do tutejszego Klasztoru św. Jana Teologa w Chorze przybywają tłumy wiernych. Ściągają do niego zarówno wyznawcy prawosławia, jak i katolicy. Sama Chora jest jednym z najpiękniejszych miejsc w Grecji. Jej niepowtarzalny klimat tworzy przede wszystkim układ architektoniczny: niewielkie domy, zaułki, wąziutkie uliczki i liczne schody, a także przepiękne kościółki, w większości – niestety – pozamykane. W określonych godzinach wejdziemy do położonej nieco poniżej miasta Groty Apokalipsy, a jeśli dopisze nam szczęście, zajrzymy do żeńskiego Monasteru Zoodochos Pigis. Jeżeli zdecydujemy się zamieszkać w Skali, będziemy mogli spacerować wokół dużego portu i podziwiać zachwycający widok z wysokiej skały z Kościołem Agia Paraskevi.

Również z Rodos dopłyniemy na malutką Tilos z portem Livadia i wioską Megalo Chorio z górującymi nad nią ruinami zamku. Trzecią miejscowością na tej wysepce jest Mikro Chorio z ponad 200 opuszczonymi (do lat 60. XX w.) domostwami. Oglądanie tych ruin, wśród których pasą się kozy, robi niesamowite wrażenie. Portowa Livadia wygląda cudownie z góry ze ścieżki, którą dojdziemy do Red Beach (Czerwonej Plaży). Ze szlaku prowadzącego wzdłuż brzegu obejrzymy też malownicze  zatoczki dostępne tylko od strony morza, wypełnione wodą w głębokich odcieniach zieleni, błękitu czy granatu.  

Zupełnie odmienną wyspą Dodekanezu jest wulkaniczna Nisyros (Nissiros) – tu najlepiej przypłynąć z Kos. Ze względu na potężny krater Stefanos oraz kilka mniejszych w jego pobliżu cieszy się dużą popularnością wśród turystów. Jednak kiedy statki wycieczkowe wracają wczesnym popołudniem do swoich portów, na Nisyros zapada błoga cisza. Warto tutaj spędzić kilka dni, właśnie po to, aby odkryć ten rajski spokój. Po mieście Mandraki można krążyć bez końca – koniecznie trzeba przejść się na wulkaniczną plażę Chochlaki oraz do Monasteru Panagia Spiliani (Matki Boskiej z Jaskini), skąd rozciąga się piękny widok na białe dachy domów. Na południu natomiast leży niebywale malownicza kamienna plaża Avlaki.

 

Pocztówkowe Cyklady

Cyklady to jedne z najczęściej fotografowanych wysp greckich. Charakterystyczne kadry z odcinającą się od błękitu nieba bielą ścian niewielkich kościołów z niebieskimi kopułami obiegły już chyba cały świat. Latem spalony słońcem skalisty archipelag pachnie ziołami, wiosną pokrywa się kolorowym dywanem kwiatów. Przez cały rok nocne niebo rozbłyskuje tu milionem gwiazd. Mimo iż brakuje bezpośredniego połączenia lotniczego, Polacy coraz częściej odwiedzają Cyklady. Aby się na nie dostać, po przybyciu do Aten musimy wsiąść na prom w jednym z okolicznych portów w Pireusie, Rafinie lub Lawrio.

Nieco odmienny krajobraz ujrzymy na wysuniętej najbardziej na północ Andros. Większość domów pokrywa tutaj pomarańczowa dachówka, a zieleni jest znacznie więcej niż na wyspach południowych. Także zabudowa stolicy nie składa się tylko z bielonych wapnem chat. Podobnie wygląda sąsiednia Tinos. Do jej stolicy przez cały rok pielgrzymują wierni w podziękowaniu za uzdrowienia. Młodzi i starzy, czasem nawet na niczym nieosłoniętych kolanach, podążają do Kościoła Panagia Evangelistria (Zwiastowania Najświętszej Marii Panny), aby przed cudowną ikoną wyrazić wdzięczność za cud zdrowia lub życia. Poza tym na tej wyspie napotkamy dużą liczbę gołębników. Część z nich, niestety, została zdewastowana, ale wiele nadal znajduje się w dobrym stanie, a wszystkie chętnie zasiedlają tutejsze gołębie.

Już na Tinos trafimy na tak charakterystyczne dla Cyklad wioski z białymi domami z niebieskimi okiennicami i parapetami pełnymi kolorowych kwiatów. Gdy w jednej z nich – np. Kardiani – usiądziemy przy stoliku przed miejscową kafeterią, aby napić się orzeźwiającej kawy frappé, i rozejrzymy się wokoło, nie będziemy mieć wątpliwości, że jesteśmy na właściwym archipelagu. Jeśli to nas jeszcze nie przekona, z portu na Tinos udajmy się na pobliską Mykonos. Portowe miasto o tej samej nazwie najlepiej zwiedzać bez żadnego planu. Pozwólmy sobie zagubić się w gąszczu wąziutkich uliczek, przy których wyrastają liczne kościółki i domki z różnokolorowymi okiennicami. Podobno Mykonos zbudowano w taki specyficzny sposób w obawie przed piratami. Dziś nikt już nawet o nich nie pamięta. Tuż nad morzem leży tu dzielnica o nazwie Mała Wenecja, skąd można podziwiać rząd zabytkowych wiatraków i zanurzone w wodzie stare domostwa. Jeśli zmęczy nas gwar miasta, chwilę wytchnienia da nam któraś z plaż, choćby pobliska Platis Gialos.  

FOT. GrEEK NATIONAL TOUrISM OrGANISATION
Dzielnica Mała Wenecja na Mykonos

 

Greckie Oazy spokoju

Specyficzną grupą w archipelagu Cyklad są Małe Cyklady. Obecnie docierają na nie zarówno duże promy, jak i lokalny statek Express Skopelitis, który rozwozi pomiędzy wysepkami skrzynki z pomidorami, worki z cebulą i ziemniakami, puszki z oliwą czy kartony z winem – zupełnie jak ten ze znanego filmu Mamma Mia!. Małe Cyklady są pełne uroku: z dwoma bądź trzema osadami, bez autobusów i stacji benzynowych, ciche i omijane przez tłumy turystów. Donoussa zachwyca plażami i turkusową wodą w zatokach, a Koufonissi – malowniczą linią brzegową i kameralnym portem.

Z archipelagu codziennie (o ile nie wieje silny wiatr) statek Express Skopelitis wyrusza na rozsławioną przez film Luca Bessona Wielki błękit wyspę Amorgos. Sporo tutaj mało wymagających ścieżek prowadzących do samotnych kapliczek, klasztorów czy wiosek. Po drodze napotykamy czasem kozę, osła lub drzewo figowe, a na horyzoncie widać jedynie głęboki granat Morza Egejskiego i sunące powoli sylwetki promów czy jachtów. Idealnie biały Monaster Hozoviotissa wydaje się przyklejony do wysokiej skały. Gdy wejdziemy na górę i rozejrzymy się po okolicy, zaniemówimy z wrażenia.

Z Amorgos dostaniemy się na Folegandros. Tu, podczas spacerów po stolicy Chorze i jej okolicy, zaciekawieni przybysze wypatrują wysokiego klifowego wybrzeża. W niektórych miejscach skały są tak równe, jak odcięte nożem. Ci, którzy mogą się pochwalić dobrą kondycją, powinni wspiąć się do położonego nad miastem Kościoła Panagia (Matki Boskiej). Trud wędrówki wynagrodzą im na pewno wspaniałe widoki. Folegandros szczyci się ślicznymi, kameralnymi (choć niekoniecznie piaszczystymi) plażami. Jedną z bardziej malowniczych jest Angali, skąd ścieżką dla kóz przejdziemy do kolejnej – Agios Nikolaos. Do urokliwej Livadaki dopłyniemy wodną taksówką, ale na Agios Georgios czy Ambeli dostaniemy się już jedynie samochodem.

Niedaleko znajduje się wysepka Sikinos z portem, urokliwą Chorą i wznoszącym się powyżej niej Monasterem Zoodohou Pigis. Z góry w czasie dobrej pogody dostrzeżemy archipelag w całej okazałości: wyspy Ios, Santorini, Naksos, Paros, Antiparos, Sifnos, Serifos, Milos i Folegandros. Wieczory na Sikinos polecam spędzać w miejscowej winnicy Manali Wine Factory – wino mają tutaj wyśmienite!

 

Jedyna taka Santorini

Najsławniejsza z Cyklad – Santorini, choć zatłoczona do granic możliwości, wciąż przyciąga wielu turystów. Nieco luźniej jest na niej wczesną wiosną i jesienią. Kolorowa Oia kusi pięknymi zachodami słońca, a spacer z Firy (Thiry) wzdłuż kaldery do Imerovigli i dalej aż do Oii to przyjemność sama w sobie. W oddali widać stąd wysepki Nea Kameni i Palea Kameni oraz kursujące po morzu wielkie statki wycieczkowe. Wioski Emporio i Pyrgos wyróżniają piękne stare budynki. Jeśli w tej ostatniej natkniemy się na malutki sklepik gościnnego Jakovidasa, być może poczęstuje nas on bardzo słodkim, ale pysznym lokalnym czerwonym winem. Jeżeli zajrzymy do miejscowej tawerny w porze przebierania najrozmaitszych ziół, na pewno na długo zapamiętamy ich odurzający zapach… Taka właśnie jest Santorini – pocztówkowa, prawie nierzeczywista, a jednak prawdziwa. Na potężnej skale górują ruiny starożytnej Thiry, kolorowe Oia i Fira mienią się pastelowymi ścianami domków z zadbanymi ogródkami pełnymi kwiatów.  

Podczas pobytu na Santorini trzeba koniecznie odwiedzić też malutką Anafi, długą na blisko 10 km. Na jednym krańcu wyspy znajduje się nieco senna, ale prześliczna Chora, której sympatyczni i gościnni mieszkańcy chętnie zapraszają do siebie na szklankę soku, aby opowiedzieć o swojej rodzinie i swoim życiu. Na przeciwległym końcu stoi natomiast samotny Monaster Panagia Kalamiotissa. Poza tym jest tu kilka kameralnych plaż, a jeśli dobrze przyjrzymy się skałom, czasem wypatrzymy wbudowane w nie niegdyś duże piece. Pomiędzy Chorą a monasterami rozciągają się pola porośnięte tymiankiem i plantacje winogron nie pnących się w górę, lecz leżących płasko na ziemi niczym wieńce olimpijskie, oraz stoją liczne ule lokalnych pasiek. Przyjazd turystów wiosną czy jesienią to wciąż na Anafi coś mało spodziewanego, choć z roku na rok coraz więcej podróżników dociera do jej brzegów.

 

W królestwie Krety

Wielbiciele tej wyspy nigdy nie w powiedzą: jadę do Grecji, a właśnie: jadę na Kretę. Wydaje się ona tak różna od reszty kraju, że sami jej mieszkańcy twierdzą, że są przede wszystkim Kreteńczykami, a dopiero później Grekami.

Wiosną, latem i wczesną jesienią latają na wyspę z Polski samoloty czarterowe, co znacznie ułatwia Polakom wycieczki w te strony. Nie sposób jednak zwiedzić Krety w czasie jednego urlopu. Potrzeba wielu wizyt, żeby nieśpiesznie, krok po kroku poznawać jej tajemnice i odkrywać jej uroki. Każdy będzie czuł się na niej dobrze i znajdzie coś dla siebie – na tym właśnie polega fenomen Krety. Miłośnicy wspinaczki odkryją tutaj piękne góry i głębokie wąwozy, amatorzy kąpieli słonecznych – jedyną w swoim rodzaju plażę Balos, a prawdziwe mieszczuchy – wspaniałe miasta. Podziwiając stare budynki, potężne mury, bastiony i fortece, urocze fontanny i loggie weneckie w Heraklionie, Retimno czy Chani, zatopimy się w rozważaniach o skomplikowanej historii tego miejsca. Naszą wiedzę w tym zakresie wzbogacą miejscowe, pełne bezcennych zbiorów muzea.

Wielu fascynuje południe wyspy, które pozostaje wciąż nieodkryte. W trudno dostępnych wioskach życie toczy się tu swoim własnym rytmem. Na wschodzie leży popularne Ajos Nikolaos (Agios Nikolaos) z dawnym jeziorem słodkowodnym Wulismeni (Voulismeni), połączonym obecnie z morzem kanałem. Z pobliskich osad Plaka i Elounda niewielkim statkiem można popłynąć na nieodległą i niezamieszkałą obecnie wyspę Spinalonga. Jeszcze w latach 50. XX w. wywożono na nią chorych na trąd. Dziś spacer jej uliczkami, wśród murów opuszczonych domów, pozwala odczuć klimat tamtych czasów. Na Krecie zobaczymy też gaje oliwne, przemierzymy niesamowity płaskowyż Lasithi czy też zwiedzimy starożytne katakumby w pełnej turystów Matali. Wykuty w skale kompleks, w którym zachowały się kamienne łóżka z podgłówkami, w latach 60. ubiegłego stulecia upodobali sobie szczególnie hippisi.

 

Kilka słów pożegnania

Oprócz Wysp Jońskich, Dodekanezu, Cyklad i Krety do Grecji należą również m.in. Sporady Północne czy Wyspy Egejskie Północne. Przed zaplanowaniem wielkich greckich wakacji warto jednak pamiętać jeszcze o tym, żeby sprawdzić, czy w miejscu, do którego się wybieramy, nie odbywa się w czasie naszej wizyty jakieś lokalne święto. Jest ono zwykle okazją do biesiadowania i tańców do białego rana, a Grecy przecież, mimo trwającego od kilku lat kryzysu, nadal potrafią bawić się beztrosko i radośnie. Tego właśnie powinniśmy im zazdrościć… Opa!   


 

Artykuły wybrane losowo

Sardynia i Sycylia – dwie córy Italii

RENATA SUCHODOLSKA
www.poloniasardynia.blox.pl

 

<< Te dwie największe wyspy Morza Śródziemnego łączą podobne losy ziem przez wiele wieków narażonych na najazdy, pustoszonych przez epidemie i rozpalanych przez bunty. Każda z nich jest mimo to inna. Sardynia przypomina raczej zamkniętą w sobie, nieufną, lecz dumną siostrę jakże odmiennej, towarzyskiej i rozgadanej Sycylii. I jedna, i druga stara się jednak pozostać niezmienna, choć czas upływa nieubłaganie. Może właśnie dlatego dopiero w XX stuleciu pozwoliły, aby przemysł turystyczny na stałe zagościł w ich progach. >>

Więcej…

Peru – niezwykłe drogi i ścieżki

ROMAN WARSZEWSKI

www.warszewski.info

 

<< Peru ma wszystko – przepiękną przyrodę, pustynie (na wybrzeżu), góry (w części środkowej), a także selwę i przecinające ją rzeki. Jednak wyróżniają je również liczne ślady przeszłości. Ludzie zamieszkują ten obszar od 4 tys. lat p.n.e. i zawsze wykazywali się wielką pracowitością i artystycznym zmysłem. Dlatego wspaniałe naturalne tereny urozmaicają tutaj niezliczone pozostałości dawnych miast, osiedli i świątyń, z których większość jest świetnie wkomponowana w krajobraz. Mało osób wie, że w Peru znajduje się więcej piramid niż w Egipcie. A są wśród nich i takie, które liczą sobie więcej lat od słynnej piramidy Cheopsa. >>

Właśnie z powodu wielkiej różnorodności przyrodniczej i bogactwa kulturowego ten kraj jest pod względem turystycznym jednym z najciekawszych na świecie. Niektórzy uważają nawet, że należy mu się palma pierwszeństwa. Peruwiańczycy to wiedzą i coraz bardziej doceniają. W tej chwili Peru rocznie odwiedza blisko 4,5 mln zagranicznych gości (według oficjalnych danych rządowych), a przychody z turystyki stanowią spory procent budżetu państwa. Infrastruktura jest coraz lepsza. W wiele miejsc coraz łatwiej dojechać. Tam, gdzie nie ma jeszcze odpowiedniej jakości dróg, można dolecieć samolotami – większymi, mniejszymi czy nawet awionetkami. Istnieje mnóstwo utartych szlaków turystycznych, które tu nazywam przetartymi, wygodnymi trasami, jak te, które łączą stołeczną Limę, Arequipę i Cusco (Cuzco). Ale oprócz nich są też ścieżki, gdzie napotyka się ginącego już ducha pogranicza. Wiodą czy to do Huchuy Qosqo (Huch’uy Qusqu), czy do zapomnianej Vilcabamby.

 

 

W Peru istnieją dwie standardowe trasy – tzw. pętla południowa i północna. Każda z nich zaczyna się i kończy w Limie, która – podobnie jak Buenos Aires lub Rio de Janeiro – jest bramą Ameryki Południowej. Obie pętle są niezmiernie interesujące, choćby dlatego, że bardzo się od siebie różnią. Ci, którzy znają dobrze Peru, twierdzą, iż niełatwo wybrać tę ciekawszą. Osoby odwiedzające kraj po raz pierwszy czy drugi głosują na południową. Powód takiej decyzji jest prozaiczny – podczas podróży tą trasą najłatwiej trafić do słynnego Machu Picchu.

 

PĘTLA POŁUDNIOWA

Na tym szlaku oczywiście znajduje się stolica Peru, niemal 10-milionowy moloch (Lima Metropolitana), z którego jedzie się na południe do Pisco i Paracas, następnie do Naski, Arequipy i nad jezioro Titicaca – do Puno. Tam można wpaść z wizytą do Indian Uro (Uru) żyjących na pływających wyspach oraz do przedziwnej społeczności zamieszkującej skalistą wysepkę Taquile, gdzie kobiety są głowami rodziny, a mężczyźni zajmują się… tkaniem i robieniem na drutach! Znad Titicaki warto na krótko wyskoczyć do departamentu La Paz w Boliwii, bo w nim czeka na nas jedna z największych (i najbardziej tajemniczych) atrakcji regionu – prastare miasto Tiahuanaco (Tiwanaku). Potem zwykle jednak (przez wyspy Księżyca i Słońca na jeziorze Titicaca) czym prędzej wraca się znów do Peru, żeby z Puno udać się do Cusco, które przypomina odrębną planetę i jest jak zaklęta w kamieniu poezja, dzieło łączące niezmierzone bogactwo tradycji, ciekawą historię, znakomitą kuchnię i mozaikę krajobrazów. To także baza wypadowa do Świętej Doliny Inków (Valle Sagrado de los Incas) – do stanowisk archeologicznych Qenko, Puka Pukara (Puca Pucara), Tambomachay, Písac (Pisaq) i Ollantaytambo oraz miasteczka Chinchero, w pobliżu którego już niedługo ma powstać oprotestowane przez ekologów gigantyczne lotnisko. Stąd wreszcie wyrusza się do słynnego Machu Picchu, mimo turystycznego oblężenia nadal największej peruwiańskiej atrakcji, a zarazem – z uwagi na generowane dochody – najbardziej wydajnej południowoamerykańskiej kopalni złota. Po zwiedzeniu tego wciąż wyjątkowego miejsca większość osób wraca już zazwyczaj do Limy. Ewentualnie najpierw samolotem na dzień czy dwa leci do warczącego tysiącami motoriksz (motocarros) Iquitos leżącego nad Amazonką, zapuszcza się choć na jedną noc do selwy i dopiero wtedy udaje się do stolicy. Wyprawa wzdłuż pętli południowej trwa zwykle 14–16 dni.

 

PĘTLA PÓŁNOCNA

Tak jak wspominałem, pętla północna kusi przede wszystkim tych, którzy byli już na południu. Znów ruszamy z Limy, tym razem na północ. Najpierw jedziemy do Huacho, skąd odbijamy do Caral – miejsca położonego pośród pustkowia, gdzie odkryto nie tylko wielkie prekolumbijskie osiedle, lecz także najstarsze w Ameryce Południowej piramidy. Po powrocie do Huacho udajemy się do Casmy, aby obejrzeć ruiny Sechín (Cerro Sechín), z płaskorzeźbami pełnymi odrąbanych głów, nóg, rąk i innych członków. Potem – przez Chimbote – wyruszamy do Trujillo, w którego sąsiedztwie są wielkie świątynie Słońca i Księżyca (Huaca del Sol i Huaca de la Luna) oraz stanowisko Huaca Rajada (Sipán). W rejonie tego ostatniego w latach 80. XX w. najpierw złodzieje, a następnie archeologowie odnaleźli grób Pana z Sipán (Señor de Sipán). Pochodzące z niego złote artefakty trafiły do Museo Arqueológico Nacional Brüning w pobliskim Lambayeque (dokąd rzecz jasna również należy zajrzeć). Potem, w pobliżu Chiclayo, skręca się do Túcume – jedynego w swoim rodzaju skupiska ok. 30 upiornych piramid z adobe (suszonej cegły), gdzie przez blisko sześć lat mieszkał i kopał słynny norweski etnograf i podróżnik Thor Heyerdahl (1914–2002). Poza tym trzeba też odwiedzić Tumbes – miejsce, w którym przy plaży jest ciepła woda i bez obawy można się kąpać. Tutaj podaje się także nadzwyczaj smaczne peruwiańskie dania z ryb i owoców morza. Następnie należy udać się do miast Chachapoyas i Cajamarca. W drugim z nich ze względu na wulkaniczne źródła powstały niegdyś inkaskie łaźnie, a ostatni władca Inków sprzed konkwisty, Atahualpa (ok. 1500–1533), w bardzo głupi sposób dał się pochwycić 16 listopada 1532 r. świeżo przybyłym w te strony Hiszpanom, co w dużej mierze przesądziło o przebiegu podboju tej części Ameryki Południowej. Stąd przez leżące w amazońskiej puszczy Tarapoto uczestnicy wyprawy lecą do Limy, a po drodze dziwią się, że Peru miało jeszcze tyle do zaoferowania, choć wydawało im się, że na południu widzieli już wszystko. Na przebycie pętli północnej również potrzeba mniej więcej dwóch tygodni.

 

TRASY NA POŁUDNIU

Na południu tradycyjnym, standardowym szlakiem dotrzeć można z Limy do Arequipy, Cusco (jeśli będziemy tu 24 czerwca, załapiemy się na doroczne, widowiskowe Święto Słońca – Inti Raymi) i oczywiście do magicznego, niezapomnianego Machu Picchu. Z kolei mniej przetarta ścieżka prowadzi do położonego w Świętej Dolinie Inków, koło miasteczka Calca, Huchuy Qosqo (Huch’uy Qusqu) oraz na wznoszącą się w cieniu szczytu Ausangate (6384 m n.p.m.) Górę Siedmiu Kolorów, czyli Vinicuncę (Winikunkę), i do znajdującej się daleko, po drugiej stronie majestatycznych Andów, zapomnianej niemalże przez wszystkich Vilcabamby. Taka trasa wiedzie także do Machu Picchu – to dawna, przecinająca trzy przełęcze Droga Inków (Camino Inca), ta sama, którą w przeszłości poruszali się niezmiernie szybko specjalnie przeszkoleni inkascy gońcy – chasquis.

 

STOLICA

Lima potrafi zainteresować. Ciekawy jest nadmorski dystrykt Miraflores, do którego przylega konkurujący z nim San Isidro. Oba są czyste i nowoczesne i z powodzeniem mogłyby się znajdować w centrum np. Buenos Aires. Miraflores leży na pięknym, żwirowym klifie, który swoją trwałość zawdzięcza tylko temu, że w okolicy w zasadzie nigdy nie pada. Z jego szczytu przy dobrym wietrze dzień w dzień startują paralotniarze. Gdy wzlecą w powietrze, mogą podziwiać wspaniały widok: w dole na wielkich falach szaleją surferzy. Nie straszna im przeraźliwie zimna woda, bo na sobie mają kombinezony z pianki, a w sobie – determinację.

Główne zabytki architektoniczne peruwiańskiej stolicy znajdują się w historycznym centrum. Jest tu plac Broni (Plaza de Armas de Lima) z Katedrą (Catedral de Lima), gdzie pochowano zdobywcę terenów Peru – Francisca Pizarra (1478–1541), oraz Pałac Arcybiskupi (Palacio Arzobispal de Lima) z przepięknym, typowym dla Limy balkonem. Obok stoi Pałac Rządu (Palacio de Gobierno del Perú, oficjalna siedziba prezydenta). Codziennie w południe odbywa się przed nim uroczysta zmiana warty (mundury żołnierzy są identyczne z mundurami armii, która rozgromiła siły rojalistyczne i prohiszpańskie w słynnej bitwie pod Ayacucho w grudniu 1824 r.). Jego neobarokowa fasada zaprojektowana została przez polskiego architekta – Ryszarda Jaxa Małachowskiego (1887–1972), który pod koniec 1911 r. znalazł w tym kraju azyl i pole do popisu dla swoich talentów.

 

 

AREQUIPA

Gdyby nie Lima, Arequipa na pewno byłaby stolicą Peru. To drugie co do liczby ludności miasto tego kraju (Arequipa Metropolitana ma ponad 1 mln mieszkańców), jest znacznie atrakcyjniej położone i… panuje w nim dużo lepsza pogoda. Pod względem urody także prezentuje się wyjątkowo, bo zabudowania w jego centrum w ogromnej większości wzniesiono z białego wulkanicznego tufu ryolitowego, zwanego sillar. Stąd też jego druga nazwa – Ciudad Blanca, czyli Białe Miasto.

Arequipa leży na południu, już w sercu gór, na mniej więcej 2300 m n.p.m., u stóp dwóch wulkanów: Misti (5822 m n.p.m.) i Chachani (6057 m n.p.m.). Oddalenie od wybrzeża oraz wysokość determinują tutejszy klimat – przez cały rok panuje w niej wiosna. Po niemal wiecznie zamglonej Limie wizyta w tym mieście przynosi prawdziwą ulgę. W Arequipie mieszka również wiele starych peruwiańskich rodów, które swoje początki wywodzą z okresu konkwisty. Arequipianie, skonfliktowani z limianami od niepamiętnych czasów, zwykli mówić do tych drugich: Wy macie martwego Pizarra, a my żywą arystokrację.

Główna atrakcją jest tutaj śnieżnobiały plac Broni (Plaza de Armas de Arequipa) z przepięknymi arkadami i podcieniami, a także pobliski Klasztor św. Katarzyny ze Sieny (Monasterio de Santa Catalina de Siena), będący niepowtarzalnym osobnym miasteczkiem w mieście. Przyjezdnych przyciąga też muzeum uniwersyteckie (placówka Universidad Católica de Santa María – Museo Santuarios Andinos). Można w nim zobaczyć Mumię Juanita – zwłoki inkaskiej dziewczynki, złożonej w ofierze na jednym z pobliskich wulkanicznych szczytów w ramach rytuału nazywanego capacocha (capac cocha), który wykonywany był m.in. po to, aby sprowadzić deszcz w okresach suszy. Arequipa stanowi również bazę wypadową do słynnego kanionu Colca – jednego z najgłębszych na świecie, gdzie do dziś w stanie dzikim żyją kondory. Warto więc tu przyjechać, tym bardziej że miasto leży na szlaku wiodącym do Cusco.

 

CUSCO

O Cusco można by napisać nie tylko osobny obszerny artykuł, ale nawet książkę. To miasto niejednokrotnie porównywane bywa z Rzymem. I coś w tym jest. W Cusco na każdym kroku czuje się jego majestat. Kolonialny ośrodek wyrasta tutaj z inkaskiego korzenia. Można to dostrzec bez problemu. W historycznym centrum mury parteru większości budynków pochodzą jeszcze z czasów Inków i składają się z dużych (niekiedy ogromnych), idealnie do siebie dopasowanych kamieni. Reszta ścian – już w stylu kolonialnym – została niejako doklejona do tej wielkokamiennej, ciemnej podstawy. Z tego powodu zabudowania są czarno-białe. Warstwa ciemna jest prekolumbijska, biała – kolonialna.

Na zainteresowanie zasługuje oczywiście Plaza de Armas, centralny plac w dużej części pokrywający się z częścią ogromnego placu inkaskiego Cusco. Stoi tu Katedra (Catedral del Cusco), Kościół Towarzystwa Jezusowego (Iglesia de la Compañía de Jesús), a nieco poniżej – jedno z najstarszych tutejszych założeń sakralnych – klasztor należący do mercedarianów (Templo de la Merced del Cusco). Świetnie zachowaną uliczką Loreto można ruszyć do innej słynnej budowli – Klasztoru św. Dominika (Convento de Santo Domingo), wznoszącego się na ruinach największej świątyni Inków – Coricanchy (świątyni ku czci boga słońca). W tej właśnie okolicy znajdować się miał ogród z roślinami wykonanymi ze złota i zwierzętami wyklepanymi ze złotej blachy, opisywany przez hiszpańskich kronikarzy. O tym, że istniał naprawdę, przekonują ślady na zachowanych murach świątynnych. W wielu miejscach widać, że zerwano z nich przykrywające je złote płyty.

 

MACHU PICCHU

Z Cusco koniecznie trzeba pojechać do Machu Picchu, które choć niemiłosiernie przepełnione turystami, nadal pozostaje kulminacyjnym punktem podróży do Peru. To miasto zbudowane za inkaskiego króla Pachacuteca (1418–1471 lub 1472), spektakularnie zawieszone ponad zakolem rzeki Urubamba, nie może nie urzec i wzbudzić tysiąca westchnień. Machu Picchu jest jedyne w swoim rodzaju co najmniej z dwóch powodów. Po pierwsze, zaskakuje swoją kompletnością. To całe górskie osiedle, które na dobrą sprawę da się zasiedlić na nowo od zaraz. Po drugie, jest przepięknie wkomponowane w otoczenie. Wzniesiono je nie na przekór górom, lecz w pełnej zgodzie z nimi. Mury Machu Picchu wyrastają z górskiego zbocza tak, jak wyrastają z niego rośliny. Jego zabudowania dopełniają krajobraz, wzbogacają go. Nie są drzazgą w oku przyrody ani w jej gardle, lecz ozdobą na wspaniałej szacie.

 

Zachwycające Machu Picchu wpisano w 1983 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO

© PromPerú/Gihan Tubbeh

 

ŚCIEŻKAMI DO CELU

Podczas wizyty w Machu Picchu dobrze wejść także na Huayna Picchu (ok. 2700 m n.p.m.) – ów strzelisty szczyt, który wznosi się ponad ruinami. Podejście zajmuje ok. 40 minut i choć wymaga pewnego wysiłku, na pewno warto go podjąć, bo widok rozpościerający się z góry jest niezapomniany. Pod stopami rozciąga się całe miasto (i dopiero wtedy widać, że swoim kształtem przypomina… kondora!), a jeszcze niżej Urubamba – szumiąca rzeka, która z tej odległości wydaje się niema. Poza tym górną partię Huayna Picchu pokrywa kamienna zabudowa, co dla wielu osób bywa wielką niespodzianką, szczególnie gdy okazuje się, że owe konstrukcje są odbiciem Machu Picchu w miniaturze! To charakterystyczna cecha inkaskiej myśli architektonicznej, przesyconej zwykle pewnym dualizmem.

Po powrocie do Cusco również ścieżką dotrzeć można do Huchuy Qosqo (Huch’uy Qusqu) – MałegoCusco, które też jest jakby obrazem tego pierwszego. To miasto, gdzie znakomicie widać, w jak piękny i przemyślany sposób budowniczowie potrafili w jednej konstrukcji łączyć adobe z kamieniem. Założone zostało ok. 1420 r., w okresie walk Inków z Chankami – ludem przez długi czas utrudniającym ekspansję Inków poza dolinę Cusco. Po zwycięstwie z przeciwnikiem w 1438 r. właśnie w to miejsce zesłano część inkaskiej szlachty, która stchórzyła w trakcie konfliktu. Dziś przepiękne, ale niedoceniane Huchuy Qosqo stanowi cel konnych wycieczek. Jest tym bardziej ciekawe, że można podziwiać tutaj niezapomniany widok na rozciągające się w dole miasteczko Calca oraz górujące nad nim szczyty pasma Vilcabamba (Cordillera de Vilcabamba).

Skoro padła nazwa Vilcabamba, warto wspomnieć, że do tej ostatniej stolicy Inków, która została założona w czasie walk z Hiszpanami, w selwie, po drugiej stronie Andów, da się dziś także dotrzeć szlakiem umownie określanym przeze mnie jako ścieżka. Do Espíritu Pampa – wioski położonej w bezpośrednim sąsiedztwie ruin doprowadzono już bitą drogę, przejezdną nie tylko dla samochodów terenowych. Kto więc chciałby zobaczyć, skąd Inkowie nękali Hiszpanów przez ostatnich 35 lat istnienia swojego niezależnego imperium i co po ich ostatniej stolicy pozostało, powinien wsiąść w auto i tam pojechać. Na dojazd do Vilcabamby z Cusco i powrót do niego trzeba przeznaczyć około pięć dni.

 

Zrekonstruowany grobowiec Pana z Sipán (Señor de Sipán) w kompleksie Huaca Rajada (Sipán)

© PromPerú/Favio Ovalle

 

TRASY NA PÓŁNOCY

Na północy, drogą, a więc szlakiem standardowym, dostaniemy się do miast Huacho, Casma, Trujillo, Tumbes, Chiclayo i Cajamarca. Wszystkie inne punkty na mapie i poprzednio wymienione miejsca wymagają skorzystania ze ścieżek, choć w przypadku Tarapoto będzie to ścieżka… powietrzna. Do Caral, Túcume i Chachapoyas również zaprowadzi nas niestandardowa droga. Jednak to chyba dobrze: otarcie się o Peru z pogranicza podczas wyprawy po tym kraju nikomu nie zaszkodzi.

 

Barwny pochód organizowany w mieście Cajamarca uważanym za stolicę peruwiańskiego karnawału

© Pro mPerú/Marco Garro

 

CASMA

W Casmie należy zwiedzić przede wszystkim Sechín (Cerro Sechín). W kompleksie znajduje się przedziwna, ale coraz lepiej zrekonstruowana świątynia ofiarna sprzed wielu tysięcy lat – z czasów, gdy o Inkach w Peru jeszcze nikomu się nie śniło. Uwagę przykuwają tu przede wszystkim makabryczne płaskorzeźby. Przedstawiają jeńców prowadzonych na stracenie oraz ich odcięte głowy, ręce i nogi. Z tych rysunków można by ułożyć cały atlas anatomiczny! Przypuszczalnie dawni mieszkańcy Cerro Sechín jako pierwsi próbowali uporać się z nękającym ich zjawiskiem pogodowym El Niño. Czynili to za pomocą modłów i kierowania próśb do swoich bogów, a aby je wzmocnić, składali bóstwom liczne ofiary z ludzi.

 

TRUJILLO

Leżące nad rzeką Moche ponad 950-tysięczne Trujillo to przed wszystkim świątynie: wielka Huaca del Sol (Świątynia Słońca), będąca pod względem kubatury największą piramidą w Ameryce Południowej, oraz Huaca de la Luna (Świątynia Księżyca). Są one dziełami kultury Mochica, oczywiście preinkaskiej, która ofiarami z ludzi jako pierwsza starała się okiełznać pogodowy fenomen El Niño. Poza tym w położonym na północny zachód stąd Sipán znajduje się Huaca Rajada z grobami w piramidach, skąd pochodzi kolekcja złotych artefaktów oraz misternie przyozdobione szczątki jakiegoś wielkiego króla, wysłanego w zaświaty z blisko 10-osobową świtą.

Złote skarby z Sipán, porównywane nierzadko do kosztownej zawartości grobowca Tutanchamona, po tym jak objechały cały świat w formie ekspozycji czasowych, dziś można podziwiać we wspomnianym muzeum w Lambayeque. Tego miejsca na północy Peru nie wolno ominąć. Wizyta w nim to absolutny mus, jeden z najprzyjemniejszych możliwych przymusów.

Przedmieściem Trujillo jest Huanchaco, z szeroką plażą i caballitos de totora – niewielkimi łodziami z trzciny napędzanymi jednym wiosłem, na których można pozderzać się z oceanicznymi falami. Odwiedziny tutaj są o tyle godne polecenia, że woda przy brzegu ma wyższą temperaturę niż w okolicy Limy, bo znajdujemy się bliżej równika, a zimny Prąd Humboldta (Prąd Peruwiański) powoli zaczyna się w tym miejscu oddalać od wybrzeża. W pobliżu leży też Chan Chan – ulepione z gliny, gigantyczne miasto kultury Chimú, która – sądząc po tym, co wytworzyła – szczyciła się najlepszymi złotnikami w całej Ameryce przed Kolumbem.

 

CAJAMARCA

Z kolei Cajamarca już zawsze będzie się kojarzyć z pojmaniem Atahualpy przez Francisca Pizarra (i wszystkim, co z tego wynikło). Zresztą zachowało się tu trochę zabytków związanych z tym wydarzeniem. Jest zrekonstruowany Pokój Okupu (Cuarto del Rescate), przeznaczony na gromadzone przez Indian złoto, w zamian za które ich przywódca miał odzyskać wolność (Hiszpanie – oczywiście – go oszukali i nie dotrzymali obietnicy). Są inkaskie łaźnie, znacznie dziś rozbudowane i unowocześnione, gdzie Atahualpa, w momencie gdy wróg zbliżył się do miasta, zażywał kąpieli po trudach wojny domowej ze swoim przyrodnim bratem Huascarem. Poza tym w Cajamarce znajduje się także ciekawa Katedra (Catedral de Cajamarca), o przysadzistej bryle i bez żadnej wieży (co wiązać należy nie z lenistwem budowniczych, lecz z ich zmysłem praktycznym: wieża na terenach znacznej aktywności sejsmicznej to rzecz wielce ryzykowna). Okolicę można podziwiać z punktu widokowego na Wzgórzu św. Apolonii (Cerro de Santa Apolonia – 2764 m n.p.m.), do którego dochodzi się długim ciągiem stromych schodów. Na samej górze stoi oczywiście krzyż, jako że Peru jest w końcu na wskroś katolickim krajem.

Poza Cajamarcą znajdziemy piękne i położone najwyżej w Andach kamienne akwedukty oraz Ventanillas de Otuzco, czyli Okienka z Otuzco – pochodzące jeszcze z czasów preinkaskich grobowe nisze w skale, która z dalszej odległości wygląda jak podziurawiony holenderski ser. Takie obiekty wciąż przypominają, że zanim pojawili się tutaj Inkowie, na tych terenach przez kilka tysięcy lat rozwijały się najróżniejsze kultury.

 

Ruiny górskiej fortecy Kuélap stanowią pamiątkę po preinkaskiej kulturze Chachapoyas

© PromPerú/Daniel Silva

 

ŚCIEŻKAMI DO CELU

Na północy ścieżką na pewno będziemy zmuszeni udać się do stanowiska archeologicznego Caral. Warto je odwiedzić, bo to najstarsze w Peru (i na obszarze obu Ameryk!) miasto – powstało 3 tys. lat p.n.e. Archeolodzy mieli szczęście, że do budowy tutejszych piramid i świątyń w pewnych miejscach używano roślinnej plecionki, która wzmacniała fragmenty murów. Dzięki temu można było owe mury i składające się na nie kamienie datować.

Caral było miastem w pełni rozwiniętym, nie raczkującym czy ledwie się dźwigającym na rachitycznych nogach. W tak rozwiniętej formie nie mogło więc pojawić się z niczego. To pokazuje, że cywilizacja musiała się tu rozwijać dużo wcześniej, a prawdziwe początki peruwiańskiej kultury sięgają co najmniej 4 tys. lat p.n.e.

Innym niezapomnianym miejscem, do którego prowadzą północne ścieżki, jest Túcume, rybacka wioska nieopodal Chiclayo. W tej okolicy znajduje się skupisko ok. 30 piramid kultury Sicán (Lambayeque), wywodzącej się z wcześniejszych kultur Mochica i Vicús. Zbudowano je nie z kamienia, lecz z adobe, dlatego czas przepięknie je postrzępił i wyżłobił. Dzięki temu budowle jeszcze zyskały na niesamowitości i urodzie. Jeśli ktoś zapytałby mnie, jakie jest najbardziej upiorne miejsce w Peru, to odpowiedziałbym, że właśnie Túcume. Jeżeli chciałby wiedzieć, które peruwiańskie zabytki są według mnie niesłusznie zapomniane i niedoceniane, podałbym identyczną odpowiedź.

Trochę podobnie rzecz ma się z prowincją Chachapoyas, dawniej centrum kultury o tej samej nazwie. Położona daleko na północy, jest trudno dostępna choćby dlatego, że z Limy jedzie się do niej około doby. A jeśli ktoś planuje całodniową podróż ze stolicy, na pewno wybierze Cusco lub jezioro Titicaca.

Tymczasem ziemie należące do starożytnej kultury Chachapoyas mają czym przyciągać podróżników. Na zainteresowanie zasługują leżące w prowincji Luya wysokie na niemal 20 m mury fortecy Kuélap (Cuélap), którym zawdzięcza ona miano peruwiańskiego Babilonu, czy Sarcófagos de Karajía (Carajía) – lepione z gliny (i wzmacniane drewnianym szkieletem) sarkofagi w formie ludzkich postaci nadnaturalnej wielkości (przypominające słynne posągi moai z Wyspy Wielkanocnej). Są tutaj również podwieszane pod gigantycznymi, skalnymi klifami całe cmentarne miasteczka, jak np. Pueblo de los Muertos (Tingorbamba – 2329 m n.p.m.). Niezwykłe jezioro w prowincji Chachapoyas – Laguna de los Cóndores (Laguna de las Momias) – zadziwia trudno dostępnymi, śnieżnobiałymi, wiszącymi grobowcami, które w przeszłości wielu brało za wykonane ze złota, co przyczyniło się do utrwalenia mitu o El Dorado.

Zdecydowanie ścieżką dociera się też do 150-tysięcznego Tarapoto, położonego wśród wzgórz w puszczy amazońskiej. Niedaleko niego znajduje się przepiękny wodospad Ahuashiyacu. W mieście działa Centro Takiwasi – jedyna w swoim rodzaju klinika dla osób uzależnionych, gdzie francuski personel medyczny, wspomagany przez Peruwiańczyków, wyprowadza pacjentów z nałogów za pomocą amazońskich farmaceutyków: tutejszych plantas medicinales („roślin leczniczych”), zbieranych w pobliskim lesie tropikalnym. Jeśli ktoś chce wziąć udział w piciu ayahuaski – Francuzi także oferują ją w najczystszej postaci. Powodów do przyjazdu do Tarapoto znajdzie się więc sporo, a ponoć, jeżeli ktoś raz zawita do tego miasta, będzie do niego przyjeżdżał ponownie.

Podobnie jest z całym Peru. Jeśli chociaż raz je odwiedzimy, będzie nas tak długo kusiło, aż wrócimy w jego progi. Bo zawsze odkryjemy w nim coś, czego jeszcze nie widzieliśmy, a co zobaczyć trzeba. To kraj, w którym obok wygodnych dróg wiją się niezliczone ścieżki, a koło nich pojawiają się kolejne drogi. Nie ma zatem na co czekać: w drogę!

 

Wydanie jesień-zima 2018

Antigua i Barbuda – jeden kraj, dwie różne wyspy

MICHAŁ DOMAŃSKI

 

Kiedy myślimy o Karaibach, to oczami wyobraźni widzimy białe, piaszczyste plaże, palmy i turkusową wodę. Ten rajski region świata oferuje jednak zdecydowanie więcej – ciekawe zabytki, wyśmienite warunki do żeglowania, doskonałą kuchnię, radość życia, spontaniczną zabawę i gościnność mieszkańców. To wszystko znajdziemy właśnie na Antigui, której odkrycie zawdzięczamy Krzysztofowi Kolumbowi (w 1493 r.). Nic więc dziwnego, że Brytyjczycy nazwali ją „Bramą do Karaibów”…

Antigua i Barbuda jest małym wyspiarskim państwem na Morzu Karaibskim. Obejmuje ono wyspy: Antiguę (280 km2) i Barbudę (160,6 km2) oraz Redondę (ok. 2 km2). Językiem urzędowym jest tu angielski, ale w użyciu są także lokalne dialekty, m.in. kreolski. Ten karaibski kraj ma ok. 90 tys. mieszkańców.

Więcej…