BEATA KUCZBORSKA

                                                                                   FOT. VILAGjArO MAGAZINE
<< „Nie mam nadziei na nic, niczego się nie boję, jestem wolny” – taki napis można zobaczyć na szczycie weneckiego Bastionu Martinengo w Heraklionie na skromnym grobie kreteńskiego pisarza, Nikosa Kazantzakisa, autora „Greka Zorby” i „Ostatniego kuszenia Chrystusa”. Ja też czuję się wolna, kiedy samolot ze mną na pokładzie siada na pasie lotniska im. Elefteriosa Wenizelosa w Atenach (choć tak naprawdę znajduje się ono w Spacie). Niczego się nie boję, lecz mam w sobie wiele nadziei… Cała Grecja stoi przede mną otworem, bo podróżowanie po niej, mimo trwającego od kilku lat kryzysu i wprowadzonych ograniczeń (choćby mniejszej liczby promów), nadal jest bardzo proste. >>

Położoną na Półwyspie Bałkańskim Grecję uważa się powszechnie za miejsce, w którym narodziła się cywilizacja zachodnia. Pozostałości wspaniałej starożytnej kultury do dziś stanowią największy magnes przyciągający do tej części Europy podróżników z całego świata. Znaczną część powierzchni tego kraju zajmują wyspy. To one są kolejnym powodem, dla którego turyści wciąż bardzo chętnie wybierają się na greckie wakacje.

 

Wczasy w Grecji można zaplanować na mnóstwo sposobów. Nadal jednak najpopularniejszy pozostaje ten najbardziej tradycyjny: intensywne poznawanie bogatej kultury i historii na stałym lądzie oraz błogi odpoczynek na którymś ze zniewalających archipelagów. Ten scenariusz sprawdza się w tym kraju od wielu lat.

 

Ateny – brama do Grecji

Jeśli zwiedzanie zaczniemy od greckiej metropolii, do wyboru mamy wiele wariantów tras. Możemy od razu z lotniska pojechać autobusem do Pireusu, aby popłynąć z niego na dowolnie wybraną wyspę, lub wsiąść w KTEL (odpowiednik polskich PKS-ów), który zawiezie nas do portu w Rafinie, skąd również wypływają promy. Dla bardziej spontanicznych i samodzielnych podróżników dobrym pomysłem będzie wypożyczenie samochodu i wyruszenie na greckie drogi.

Autobusem dotrzemy również do samego centrum Aten, na plac Sindagma, gdzie obejrzymy widowiskową, niezmiernie urokliwą zmianę warty pod Grobem Nieznanego Żołnierza, przespacerujemy się wąskimi uliczkami Plaki, zobaczymy liczne starożytne budowle, jak choćby Bibliotekę Hadriana czy Świątynię Zeusa Olimpijskiego, oraz grecką i rzymską agorę i uwiecznimy na zdjęciach górujący nad miastem majestatyczny Akropol. Warto polecić też nieodległą dzielnicę Psiri z mnóstwem kafeterii i barów. Wyprawa na laiki (uliczne bazary) pozwoli za to poczuć atmosferę tego miasta i wtopić się w lokalną społeczność.

Wyjątkowym miejscem jest przepiękna Anafiotika ze swoimi malutkimi, starymi, bielonymi wapnem chatkami, niezliczoną liczbą kolorowych kwiatów i leniwie wygrzewającymi się w słońcu kotami. Rozciąga się stąd niezapomniany widok na położone w dole Ateny i najwyższe ateńskie wzgórze – Likavitos (277 m n.p.m.). Podczas spaceru wąziutkimi uliczkami Anafiotiki trudno uwierzyć, że jesteśmy w samym centrum europejskiej metropolii – wielkim mieście z tysiącem motocykli, wiecznymi korkami ulicznymi, że tam na dole życie toczy się zupełnie inaczej niż tutaj, wśród domów wzniesionych ponad 100 lat temu i pozostawionych samym sobie, jakby wszyscy o nich zapomnieli. Takie są właśnie Ateny – miasto zwyczajnie brzydkie i nieciekawe, a jednocześnie niewiarygodnie piękne i magiczne. Wbrew temu, co się powszechnie uważa, znajdziemy w nim dużo terenów zielonych, np. Park Krajobrazowy Kesariani z niezwykłą ścieżką botaniczną, zadbane Ogrody Narodowe w samym centrum lub Pierwszy Cmentarz Ateński z wieloma przepięknymi nagrobkami, na którym spoczywają takie zasłużone osobistości dla kultury greckiej, jak np. aktorka, piosenkarka i polityk Melina Merkuri, piosenkarz Dimitris Mitropanos czy autor tekstów piosenek Manolis Rasoulis.

Z Aten można wybrać się na Peloponez, żeby obejrzeć starożytny Korynt i sąsiadujący z nim Akrokorynt, Mykeny, Tiryns, prześliczny o każdej porze roku Nafplion z Twierdzą Palamidi i Zamkiem Bourtzi na pobliskiej wysepce. Nieco dalej leży Mistra, która zachwyca pozostałościami bizantyjskiego miasta, oraz Mani – środkowy peloponeski półwysep, jeden z najpiękniejszych regionów lądowej Grecji. Północny Epir z rejonem Zagoria (Zagorochoria) i miejscowością Janina (Joanina) to głównie wysokie góry o szczytach długo pokrytych śniegiem, wspaniała górska roślinność i małe, urocze wioski. Na koniec nie wolno nam zapomnieć także o Meteorach – starych klasztorach wybudowanych na olbrzymich skałach.

Grecja to jednak przede wszystkim wyspy. Na część z nich dolecimy w sezonie letnim z Polski bezpośrednio samolotem, jednak na większość dostaniemy się promami, wypływającymi z lokalnych portów. Tylko od nas zależy, który akwen wybierzemy: groźne, granatowe Morze Egejskie czy też spokojniejsze, błękitno-zielone Morze Jońskie.

 

Na Morzu Jońskim

Połączenia lotnicze z Polską mają niektóre z Wysp Jońskich. Po 2–3 godzinach lotu staniemy na Korfu (Kerkirze), Zakinthos (Zante), Lefkadzie czy Kefalonii (Kefalinii). Ze względu na położenie przy zachodnim wybrzeżu Grecji i panujący tu klimat są one znacznie bardziej zielone od innych. Ich krajobraz zainspirował wielu twórców. Gerald Durrell, który spędził dzieciństwo na Korfu, opisał ją w swojej autobiograficznej trylogii. Louis de Bernières umieścił akcję swojej powieści Mandolina kapitana Corellego na Kefalonii. Historycznie należącą do archipelagu malutką Kithirę upodobał sobie natomiast grecki reżyser Theodoros Angelopoulos, autor filmu Podróż na Cyterę. Na tę cichą, trochę zapomnianą przez cywilizację wysepkę dopłyniemy promem z portu Githio albo Neapoli Vion na Peloponezie. Z kolei Itakę uwiecznił w swoim eposie sam Homer. Na archipelagu znajdziemy też wyspę, na którą dotrzemy wprost z kontynentalnej części Grecji. Lefkada, bo o niej tu mowa, połączona jest z wybrzeżem na stałym lądzie za pomocą mostu. Turystów kusi swoimi pięknymi plażami, w tym chyba najbardziej zjawiskową Porto Katsiki. Drogi są tutaj kręte i wąskie, ale tak wyglądają trasy na większości greckich wysp. Nie należy się na nich rozpędzać, nie tylko z uwagi na dużą liczbę zakrętów, lecz także sam stan nawierzchni. 

Niezmiernie malowniczy archipelag joński to wdzięczny temat zdjęć. Biały piasek plaży Myrtos na Kefalonii, urokliwy mały port w Kassiopi na Korfu, góry i skały opadające prosto do seledynowych wód morza – wszystkie te widoki chciałoby się zatrzymać na zawsze.

Duże miasta większych Wysp Jońskich mają w sobie coś dostojnego i eleganckiego. Wystarczy choćby przespacerować się wąskimi uliczkami stolicy Korfu, popatrzeć na stare, wysokie kamienice, potężne fortece i Bramę św. Mikołaja, aby zauważyć wyjątkowy charakter tych miejsc. Podobnie jest na Zakinthos i Kefalonii. Nie ma wątpliwości, że wrażenie to wywołuje styl budowli, w których dostrzeżemy wpływy włoskie i angielskie. Zupełnie inne są mniejsze miejscowości. Niewielkie wioski położone w środkowej części wyspy Kefalonia, z małymi domkami otoczonymi kwiatami, czasem przypominają nawet polskie krajobrazy.

FOT. GREEK NATIONAL TOURISM ORGANISATION/M. MITZITHROPOULOS
Stare Miasto w Korfu jest od 2007 r. pod ochroną uNESCo

Wspomnianą już Itakę i jej niewielkie porty Kioni i Frikes otacza aura błogiego spokoju. Można tu spędzić wiele godzin, sącząc nieśpiesznie kawę w jednej z kafeterii czy przyglądając się rybakom wracającym z połowów, naprawiającym i suszącym swoje sieci. Czas upływa podobnie również na Kithirze, dokąd nawet w sezonie wakacyjnym dociera niewielu turystów, a większość przybyszów stanowią Grecy z Australii, którzy kiedyś stąd właśnie wyemigrowali. Wśród starych murów nad wąwozami w Paliochorze krąży tutaj duch słynnego tureckiego pirata Barbarossy. A gdy podczas spaceru po stolicy wyspy Chorze, spotkamy starego Kostasa, usłyszymy opowieść o tym, jak u jej wybrzeży (a nie Cypru) wynurzyła się z fal piękna Afrodyta. Tak przynajmniej głosi lokalna legenda.

 

Kefalonia – wyspa kapitana Corellego

Największa z Wysp Jońskich (ok. 780 km²), sceneria miłości miejscowej dziewczyny Pelagii (granej przez Penélope Cruz) i włoskiego kapitana Antonia Corellego (Nicolas Cage) w filmie Kapitan Corelli, znana jest w całej Grecji z nieco osobliwego charakteru jej mieszkańców... Czyżby to za sprawą nawiedzających ten przepiękny skrawek lądu dość często trzęsień ziemi, wiejących tu wiatrów, a może żaru lejącego się z nieba? Jakby nie było, Kefalonia, tak samo jak wyspa Cyklopów czy kraina Lotofagów opisywana przez Homera, to miejsce wyjątkowe i magiczne, którego nie da się ot tak uchwycić i opisać… Najlepszą porą na jej zwiedzanie są miesiące maj i czerwiec oraz wrzesień i październik.

Ekipa filmowców przygotowująca Kapitana Corellego odwiedziła niemal wszystkie greckie wyspy w poszukiwaniu odpowiednich plenerów do nakręcenia tego melodramatu z 2001 r. Ostatecznie zdecydowano, że najlepszym miejscem będzie sama Kefalonia, na której brytyjski pisarz Louis de Bernières umieścił akcję swojej powieści Mandolina kapitana Corellego. Fakt, że film był kręcony w miejscu tragicznych zdarzeń, podkreśla jego autentyczność. Reżyser Kapitana Corellego John Madden mówił: Spotkaliśmy na Kefalonii mieszkańców, którzy byli świadkami tamtych wydarzeń, przygarnęli Włochów i uchodźców w swoich domach lub przeżyli trzęsienie ziemi. Czuliśmy na swoich barkach obowiązek wiernego odtworzenia tej wyjątkowej historii i oddania hołdu jej bohaterom.

Scenograf Jim Clay po raz pierwszy odwiedził Kefalonię 2 lata przed rozpoczęciem zdjęć do filmu. Na samym początku nie byłem świadomy ogromu okrucieństwa, jakie miało tu miejsce. Potem pragnąłem jedynie odtworzyć świat zgodny z moim pierwszym wrażeniem o wyspie i jednocześnie niedowierzaniem, że w tak pięknym zakątku dokonano rzezi tysięcy ludzi. Problemem okazała się „pocztówkowa” uroda Kefalonii, która nijak miała się do tragicznego wymiaru całej historii, w związku z czym bardzo dokładnie dobieraliśmy miejsca o raczej stonowanym charakterze, unikając tych najbardziej zielonych.

Kolejny kłopot stanowiła budowa scenografii. Trzęsienie ziemi z sierpnia 1953 r. nie oszczędziło praktycznie żadnego budynku na wyspie. Dekoracje portu w Argostoli, który miał być potem zbombardowany przez hitlerowców, powstawały od zera. To samo dotyczyło zamieszkiwanej przez głównych bohaterów wioski. Mimo iż akcja filmu rozgrywa się przede wszystkim w stolicy Kefalonii Argostoli, kręcenie zdjęć nie było tam możliwe. Budynki, które przetrwały niemieckie bombardowanie w 1943 r., zostały doszczętnie zniszczone 10 lat później podczas trzęsienia ziemi. Odbudowane miasto zyskało aspekt nowoczesny, zatem nie mogło służyć jako tło historii rozgrywającej się w czasie II wojny światowej. Ostatecznie zdjęcia nakręcono w miejscowości Sami, która tak samo jak stolica wyspy posiada dość duży port. Ekipa filmowa wynajęła na 3 miesiące tutejszy hotel Kastro, który służył jako biuro produkcji, a w jego pobliżu powstała scenografia imitująca Argostoli z 1943 r.

 

Archipelag dwunastu wysp

Dodeka oznacza po grecku „dwanaście” i tyle właśnie wysp było podstawą do utworzenia nazwy archipelag Dodekanez (choć obejmuje on ich dużo więcej). Usytuowane w południowo-wschodnim rejonie Morza Egejskiego kuszą od wieków słońcem, gwarantowaną piękną pogodą, ładnymi plażami i średniowiecznymi zamkami joannitów. Najpopularniejsze z nich to Rodos i Kos, z których promem dopłyniemy na inne wyspy Dodekanezu. Ta pierwsza zachwyci nas z pewnością Akropolem w Lindos, znajdującym się w stolicy niebywałej urody Starym Miastem, po którym krążyć można godzinami, żeby wciąż dostrzegać coś nowego, Zatoką Anthony’ego Quinna, nazwaną na jego cześć za rolę w filmie Działa Navarony, oraz znakomitymi warunkami do uprawiania windsurfingu, szczególnie w okolicach półwyspu Prasonisi. Z rodyjskich portów bez żadnych problemów dostaniemy się na pobliskie malutkie wysepki: Simi z piękną zabudową w porcie oraz Chalki z urokliwą miejscowością Emborio i ruinami zamku joannitów. Natomiast na Kos warto wybrać się dla Asfendiou – tej jej części, w której leżą malownicze wioski górskie, w tym Zia znana z pięknych zachodów słońca, oraz dla Pili i Paleo Pili z ruinami zamku na skale czy dla plaż w okolicy Agios Stefanos i Mastichari.     

Na każdej z wysp Dodekanezu znajdziemy coś, co wyróżnia ją spośród innych i zapadnie nam w pamięć na długie lata. Patmos to największy ośrodek kultu religijnego na archipelagu. Do tutejszego Klasztoru św. Jana Teologa w Chorze przybywają tłumy wiernych. Ściągają do niego zarówno wyznawcy prawosławia, jak i katolicy. Sama Chora jest jednym z najpiękniejszych miejsc w Grecji. Jej niepowtarzalny klimat tworzy przede wszystkim układ architektoniczny: niewielkie domy, zaułki, wąziutkie uliczki i liczne schody, a także przepiękne kościółki, w większości – niestety – pozamykane. W określonych godzinach wejdziemy do położonej nieco poniżej miasta Groty Apokalipsy, a jeśli dopisze nam szczęście, zajrzymy do żeńskiego Monasteru Zoodochos Pigis. Jeżeli zdecydujemy się zamieszkać w Skali, będziemy mogli spacerować wokół dużego portu i podziwiać zachwycający widok z wysokiej skały z Kościołem Agia Paraskevi.

Również z Rodos dopłyniemy na malutką Tilos z portem Livadia i wioską Megalo Chorio z górującymi nad nią ruinami zamku. Trzecią miejscowością na tej wysepce jest Mikro Chorio z ponad 200 opuszczonymi (do lat 60. XX w.) domostwami. Oglądanie tych ruin, wśród których pasą się kozy, robi niesamowite wrażenie. Portowa Livadia wygląda cudownie z góry ze ścieżki, którą dojdziemy do Red Beach (Czerwonej Plaży). Ze szlaku prowadzącego wzdłuż brzegu obejrzymy też malownicze  zatoczki dostępne tylko od strony morza, wypełnione wodą w głębokich odcieniach zieleni, błękitu czy granatu.  

Zupełnie odmienną wyspą Dodekanezu jest wulkaniczna Nisyros (Nissiros) – tu najlepiej przypłynąć z Kos. Ze względu na potężny krater Stefanos oraz kilka mniejszych w jego pobliżu cieszy się dużą popularnością wśród turystów. Jednak kiedy statki wycieczkowe wracają wczesnym popołudniem do swoich portów, na Nisyros zapada błoga cisza. Warto tutaj spędzić kilka dni, właśnie po to, aby odkryć ten rajski spokój. Po mieście Mandraki można krążyć bez końca – koniecznie trzeba przejść się na wulkaniczną plażę Chochlaki oraz do Monasteru Panagia Spiliani (Matki Boskiej z Jaskini), skąd rozciąga się piękny widok na białe dachy domów. Na południu natomiast leży niebywale malownicza kamienna plaża Avlaki.

 

Pocztówkowe Cyklady

Cyklady to jedne z najczęściej fotografowanych wysp greckich. Charakterystyczne kadry z odcinającą się od błękitu nieba bielą ścian niewielkich kościołów z niebieskimi kopułami obiegły już chyba cały świat. Latem spalony słońcem skalisty archipelag pachnie ziołami, wiosną pokrywa się kolorowym dywanem kwiatów. Przez cały rok nocne niebo rozbłyskuje tu milionem gwiazd. Mimo iż brakuje bezpośredniego połączenia lotniczego, Polacy coraz częściej odwiedzają Cyklady. Aby się na nie dostać, po przybyciu do Aten musimy wsiąść na prom w jednym z okolicznych portów w Pireusie, Rafinie lub Lawrio.

Nieco odmienny krajobraz ujrzymy na wysuniętej najbardziej na północ Andros. Większość domów pokrywa tutaj pomarańczowa dachówka, a zieleni jest znacznie więcej niż na wyspach południowych. Także zabudowa stolicy nie składa się tylko z bielonych wapnem chat. Podobnie wygląda sąsiednia Tinos. Do jej stolicy przez cały rok pielgrzymują wierni w podziękowaniu za uzdrowienia. Młodzi i starzy, czasem nawet na niczym nieosłoniętych kolanach, podążają do Kościoła Panagia Evangelistria (Zwiastowania Najświętszej Marii Panny), aby przed cudowną ikoną wyrazić wdzięczność za cud zdrowia lub życia. Poza tym na tej wyspie napotkamy dużą liczbę gołębników. Część z nich, niestety, została zdewastowana, ale wiele nadal znajduje się w dobrym stanie, a wszystkie chętnie zasiedlają tutejsze gołębie.

Już na Tinos trafimy na tak charakterystyczne dla Cyklad wioski z białymi domami z niebieskimi okiennicami i parapetami pełnymi kolorowych kwiatów. Gdy w jednej z nich – np. Kardiani – usiądziemy przy stoliku przed miejscową kafeterią, aby napić się orzeźwiającej kawy frappé, i rozejrzymy się wokoło, nie będziemy mieć wątpliwości, że jesteśmy na właściwym archipelagu. Jeśli to nas jeszcze nie przekona, z portu na Tinos udajmy się na pobliską Mykonos. Portowe miasto o tej samej nazwie najlepiej zwiedzać bez żadnego planu. Pozwólmy sobie zagubić się w gąszczu wąziutkich uliczek, przy których wyrastają liczne kościółki i domki z różnokolorowymi okiennicami. Podobno Mykonos zbudowano w taki specyficzny sposób w obawie przed piratami. Dziś nikt już nawet o nich nie pamięta. Tuż nad morzem leży tu dzielnica o nazwie Mała Wenecja, skąd można podziwiać rząd zabytkowych wiatraków i zanurzone w wodzie stare domostwa. Jeśli zmęczy nas gwar miasta, chwilę wytchnienia da nam któraś z plaż, choćby pobliska Platis Gialos.  

FOT. GrEEK NATIONAL TOUrISM OrGANISATION
Dzielnica Mała Wenecja na Mykonos

 

Greckie Oazy spokoju

Specyficzną grupą w archipelagu Cyklad są Małe Cyklady. Obecnie docierają na nie zarówno duże promy, jak i lokalny statek Express Skopelitis, który rozwozi pomiędzy wysepkami skrzynki z pomidorami, worki z cebulą i ziemniakami, puszki z oliwą czy kartony z winem – zupełnie jak ten ze znanego filmu Mamma Mia!. Małe Cyklady są pełne uroku: z dwoma bądź trzema osadami, bez autobusów i stacji benzynowych, ciche i omijane przez tłumy turystów. Donoussa zachwyca plażami i turkusową wodą w zatokach, a Koufonissi – malowniczą linią brzegową i kameralnym portem.

Z archipelagu codziennie (o ile nie wieje silny wiatr) statek Express Skopelitis wyrusza na rozsławioną przez film Luca Bessona Wielki błękit wyspę Amorgos. Sporo tutaj mało wymagających ścieżek prowadzących do samotnych kapliczek, klasztorów czy wiosek. Po drodze napotykamy czasem kozę, osła lub drzewo figowe, a na horyzoncie widać jedynie głęboki granat Morza Egejskiego i sunące powoli sylwetki promów czy jachtów. Idealnie biały Monaster Hozoviotissa wydaje się przyklejony do wysokiej skały. Gdy wejdziemy na górę i rozejrzymy się po okolicy, zaniemówimy z wrażenia.

Z Amorgos dostaniemy się na Folegandros. Tu, podczas spacerów po stolicy Chorze i jej okolicy, zaciekawieni przybysze wypatrują wysokiego klifowego wybrzeża. W niektórych miejscach skały są tak równe, jak odcięte nożem. Ci, którzy mogą się pochwalić dobrą kondycją, powinni wspiąć się do położonego nad miastem Kościoła Panagia (Matki Boskiej). Trud wędrówki wynagrodzą im na pewno wspaniałe widoki. Folegandros szczyci się ślicznymi, kameralnymi (choć niekoniecznie piaszczystymi) plażami. Jedną z bardziej malowniczych jest Angali, skąd ścieżką dla kóz przejdziemy do kolejnej – Agios Nikolaos. Do urokliwej Livadaki dopłyniemy wodną taksówką, ale na Agios Georgios czy Ambeli dostaniemy się już jedynie samochodem.

Niedaleko znajduje się wysepka Sikinos z portem, urokliwą Chorą i wznoszącym się powyżej niej Monasterem Zoodohou Pigis. Z góry w czasie dobrej pogody dostrzeżemy archipelag w całej okazałości: wyspy Ios, Santorini, Naksos, Paros, Antiparos, Sifnos, Serifos, Milos i Folegandros. Wieczory na Sikinos polecam spędzać w miejscowej winnicy Manali Wine Factory – wino mają tutaj wyśmienite!

 

Jedyna taka Santorini

Najsławniejsza z Cyklad – Santorini, choć zatłoczona do granic możliwości, wciąż przyciąga wielu turystów. Nieco luźniej jest na niej wczesną wiosną i jesienią. Kolorowa Oia kusi pięknymi zachodami słońca, a spacer z Firy (Thiry) wzdłuż kaldery do Imerovigli i dalej aż do Oii to przyjemność sama w sobie. W oddali widać stąd wysepki Nea Kameni i Palea Kameni oraz kursujące po morzu wielkie statki wycieczkowe. Wioski Emporio i Pyrgos wyróżniają piękne stare budynki. Jeśli w tej ostatniej natkniemy się na malutki sklepik gościnnego Jakovidasa, być może poczęstuje nas on bardzo słodkim, ale pysznym lokalnym czerwonym winem. Jeżeli zajrzymy do miejscowej tawerny w porze przebierania najrozmaitszych ziół, na pewno na długo zapamiętamy ich odurzający zapach… Taka właśnie jest Santorini – pocztówkowa, prawie nierzeczywista, a jednak prawdziwa. Na potężnej skale górują ruiny starożytnej Thiry, kolorowe Oia i Fira mienią się pastelowymi ścianami domków z zadbanymi ogródkami pełnymi kwiatów.  

Podczas pobytu na Santorini trzeba koniecznie odwiedzić też malutką Anafi, długą na blisko 10 km. Na jednym krańcu wyspy znajduje się nieco senna, ale prześliczna Chora, której sympatyczni i gościnni mieszkańcy chętnie zapraszają do siebie na szklankę soku, aby opowiedzieć o swojej rodzinie i swoim życiu. Na przeciwległym końcu stoi natomiast samotny Monaster Panagia Kalamiotissa. Poza tym jest tu kilka kameralnych plaż, a jeśli dobrze przyjrzymy się skałom, czasem wypatrzymy wbudowane w nie niegdyś duże piece. Pomiędzy Chorą a monasterami rozciągają się pola porośnięte tymiankiem i plantacje winogron nie pnących się w górę, lecz leżących płasko na ziemi niczym wieńce olimpijskie, oraz stoją liczne ule lokalnych pasiek. Przyjazd turystów wiosną czy jesienią to wciąż na Anafi coś mało spodziewanego, choć z roku na rok coraz więcej podróżników dociera do jej brzegów.

 

W królestwie Krety

Wielbiciele tej wyspy nigdy nie w powiedzą: jadę do Grecji, a właśnie: jadę na Kretę. Wydaje się ona tak różna od reszty kraju, że sami jej mieszkańcy twierdzą, że są przede wszystkim Kreteńczykami, a dopiero później Grekami.

Wiosną, latem i wczesną jesienią latają na wyspę z Polski samoloty czarterowe, co znacznie ułatwia Polakom wycieczki w te strony. Nie sposób jednak zwiedzić Krety w czasie jednego urlopu. Potrzeba wielu wizyt, żeby nieśpiesznie, krok po kroku poznawać jej tajemnice i odkrywać jej uroki. Każdy będzie czuł się na niej dobrze i znajdzie coś dla siebie – na tym właśnie polega fenomen Krety. Miłośnicy wspinaczki odkryją tutaj piękne góry i głębokie wąwozy, amatorzy kąpieli słonecznych – jedyną w swoim rodzaju plażę Balos, a prawdziwe mieszczuchy – wspaniałe miasta. Podziwiając stare budynki, potężne mury, bastiony i fortece, urocze fontanny i loggie weneckie w Heraklionie, Retimno czy Chani, zatopimy się w rozważaniach o skomplikowanej historii tego miejsca. Naszą wiedzę w tym zakresie wzbogacą miejscowe, pełne bezcennych zbiorów muzea.

Wielu fascynuje południe wyspy, które pozostaje wciąż nieodkryte. W trudno dostępnych wioskach życie toczy się tu swoim własnym rytmem. Na wschodzie leży popularne Ajos Nikolaos (Agios Nikolaos) z dawnym jeziorem słodkowodnym Wulismeni (Voulismeni), połączonym obecnie z morzem kanałem. Z pobliskich osad Plaka i Elounda niewielkim statkiem można popłynąć na nieodległą i niezamieszkałą obecnie wyspę Spinalonga. Jeszcze w latach 50. XX w. wywożono na nią chorych na trąd. Dziś spacer jej uliczkami, wśród murów opuszczonych domów, pozwala odczuć klimat tamtych czasów. Na Krecie zobaczymy też gaje oliwne, przemierzymy niesamowity płaskowyż Lasithi czy też zwiedzimy starożytne katakumby w pełnej turystów Matali. Wykuty w skale kompleks, w którym zachowały się kamienne łóżka z podgłówkami, w latach 60. ubiegłego stulecia upodobali sobie szczególnie hippisi.

 

Kilka słów pożegnania

Oprócz Wysp Jońskich, Dodekanezu, Cyklad i Krety do Grecji należą również m.in. Sporady Północne czy Wyspy Egejskie Północne. Przed zaplanowaniem wielkich greckich wakacji warto jednak pamiętać jeszcze o tym, żeby sprawdzić, czy w miejscu, do którego się wybieramy, nie odbywa się w czasie naszej wizyty jakieś lokalne święto. Jest ono zwykle okazją do biesiadowania i tańców do białego rana, a Grecy przecież, mimo trwającego od kilku lat kryzysu, nadal potrafią bawić się beztrosko i radośnie. Tego właśnie powinniśmy im zazdrościć… Opa!   


 

Artykuły wybrane losowo

„G’day, Aussieland” – z wizytą na antypodach

KAROLINA SYPNIEWSKA
www.karolinasypniewska.pl


<< „No worries, mate” (z ang. „nie ma sprawy, stary”) powtarzają ciągle Australijczycy z uśmiechem na twarzy. Ten popularny zwrot pokazuje ich beztroskie podejście do przeciwności losu. W Australii każdy jest „mate” – kolegą, kumplem, dobrym znajomym. Z drugiej strony ten kontynent wydaje się bardzo niebezpiecznym miejscem dla człowieka. Czyhają tu na niego rekiny, włochate pająki i najbardziej jadowite na świecie węże. Czy jednak naprawdę powinniśmy się bać? Nie dowiemy się, jeśli nie zaryzykujemy. Zapraszam do niezmiernie interesującej krainy kangurów! >>

W II w. n.e. na mapie Ptolemeusza, greckiego astronoma, matematyka i geografa, pojawił się tajemniczy ląd, którego istnienie uczony założył na podstawie teorii mówiącej, że północny region świata musi równoważyć na południu jakaś ziemia. Zaczęto określać go mianem Terra Australis bądź Terra Australis Incognita (z łac. Ziemia Południowa, Nieznana Ziemia Południowa). To właśnie od tego wyrażenia wywodzi się nazwa najmniejszego na naszej planecie kontynentu (8,6 mln km² powierzchni) oraz 6. pod względem wielkości państwa na świecie (zaraz po Rosji, Kanadzie, Chinach, USA i Brazylii), które na nim leży. W kraju tym żyje prawie 24 mln ludzi, z czego 85 proc. mieszka w odległości 50 km od wybrzeża. Suchy i nieprzyjazny interior zasiedla rdzenna ludność tych stron – wyjątkowo wytrzymali Aborygeni.

Więcej…

Zerwij z rutyną w Meksyku

 

BARTEK JANKOWSKI

WWW.TROPIKEY.COM

 

 Gdyby zapytać przeciętnego Polaka, które regiony geograficzne lub miasta kojarzą mu się z Meksykiem, wspomniałby zapewne o Cancún, Acapulco czy półwyspie Jukatan. Od osób nieco bardziej zaznajomionych z tym krajem usłyszelibyśmy może o jego stolicy (także noszącej nazwę Meksyk – po hiszpańsku Ciudad de México), ośrodkach starożytnych Majów Chichén Itzá i Tulum bądź okrytym złą sławą przygranicznym Ciudad Juárez. Idę jednak o zakład, że Akumal, Mahahual (Majahual), Bacalar albo Mismayolę wymieniłaby jedynie garstka naszych rodaków. Czas zatem zboczyć z utartych turystycznych szlaków i zajrzeć do kilku mniej znanych zakątków znajdujących się w meksykańskich granicach.

 

Jesteśmy w samolocie gdzieś nad Atlantykiem. Nie wiem, kto wpadł na pomysł, żeby na liście filmów dostępnych w systemie rozrywki pokładowej umieścić Sicario (2015 r.). Kto widział co prawda świetne dzieło kanadyjskiego reżysera Denisa Villeneuve’a, opowiadające o misji przeciwko meksykańskiemu kartelowi narkotykowemu, zrozumie, dlaczego uważam taki wybór za nieodpowiedni na trasie do tego kraju. To trochę tak, jakby obcokrajowcom lecącym do Polski z Azji lub Ameryki Północnej proponować twórczość Wojciecha Smarzowskiego. Gdyby repertuar zależał ode mnie, pasażerowie mogliby oglądać raczej I twoją matkę też (2001 r.) Alfonsa Cuaróna, bo pokazuje Meksyk mniej oczywisty, klasyczną Noc iguany (1964 r.) Johna Hustona nakręconą w stanie Jalisco i koniecznie Nad morzem z 2009 r. (oryginalny tytuł brzmi Alamar). Właśnie ten ostatni paradokument o kilkuletnim Natanie, jego ojcu i dziadku pchnął nas na głębokie południe półwyspu Jukatan, niemal pod granicę z Belize. Chcieliśmy zobaczyć na własne oczy choć część tego, co sfilmował Pedro González-Rubio.

 

Ciągnącą się przez całe wschodnie wybrzeże Jukatanu szosą 307 (Carretera Federal 307) uciekamy czym prędzej od zgiełku Cancún. Niegdyś było ono perłą stanu Quintana Roo. Dziś pozostało już tylko maszynką do wysysania dolarów z rzeszy głównie amerykańskich i kanadyjskich turystów znęconych neonami obiecującymi wszelkiego rodzaju uciechy życia doczesnego. Wypełniony monstrualnymi hotelami piaszczysty skrawek lądu, który odcina lagunę Nichupté (Laguna de Nichupté) od błękitnego Morza Karaibskiego, należy do najbardziej chyba przygnębiających przykładów degradacji krajobrazu przez branżę hotelarską. Im jednak dalej na południe od Cancún, tym okolica staje się coraz bardziej przyjemna dla oczu. W tym rejonie dominuje soczyście zielony gąszcz lasów tropikalnych, z którego co kilka kilometrów wyłaniają się masywne bramy obwieszczające, że gdzieś za nimi kryje się kolejny 5-gwiazdkowy obiekt jednego z potentatów przemysłu wypoczynkowego.

 

TROCHĘ NA UBOCZU

 

Kolorowe wnętrze baru dla gości w pensjonacie Mayan Beach Garden

diningroom

© MAYAN BEACH GARDEN/MAYANBEACHGARDEN.COM

 

Na mapie tej części Jukatanu miejsce niezwykłe stanowi Akumal. Mimo iż i tu przy samej plaży znajdują się dwa hotele z najwyższej półki, ta mała, przytulona do olśniewająco lazurowej zatoki miejscowość wciąż może uchodzić za prowincjonalną. Do lat 60. XX w. była ona znana tylko poszukiwaczom skarbów, których kusiły legendy o bogactwach kryjących się we wraku hiszpańskiego galeonu „El Matanceros” (zatonął w tutejszych wodach 22 lutego 1742 r.). Należał do nich m.in. meksykański biznesmen, nurek, pisarz, historyk i archeolog Pablo Bush Romero. Zakochał się w tym miejscu do tego stopnia, że w 1962 r. odkupił Akumal wraz z kilkudziesięcioma hektarami pobliskiej ziemi od dotychczasowego właściciela Argimira Argüellesa i zaczął powoli przekształcać ogromną plantację palm kokosowych w ośrodek nurkowania i turystyki ekologicznej. Jego największym skarbem są żyjące w okolicznych wodach żółwie zielone. To podobno one dały nazwę tej miejscowości (ponoć w języku Majów Akumal znaczy „miejsce żółwi”) i nadal odgrywają pierwszoplanową rolę w tutejszej podwodnej krainie. Większość czasu spędzają na jedzeniu trawy morskiej porastającej rozległe łąki na dnie. Wystarczy jednak poczekać kilka minut, aby ujrzeć niekiedy nawet 200-kilogramowego osobnika, który wynurza się z Morza Karaibskiego, nabiera powietrza i nurkuje z gracją z powrotem. Mimo to większego szyku zadaje tu inne stworzenie. Orleń cętkowany (narinari) to prawdziwy arbiter elegantiarum zatoki Akumal (Bahía de Akumal). Jego majestatyczne, nakrapiane jasnymi plamami płetwy piersiowe o rozpiętości dochodzącej do nawet ponad 3 m można zaobserwować znacznie rzadziej niż sympatyczne pyski żółwi czy płaskie ciała szukających schronienia w piachu ogończy. Gdy jednak już nam się to uda, trudno oderwać wzrok od tej osobliwej ryby. Tańczący niczym baletnica orleń sunie dumnie przez wodę i zatacza szerokie łuki kilkumetrowym ogonem. Jeśli jest w dobrym humorze, zupełnie jak celebryta ignoruje zachwycone miny nurków, łaskawie pozwala gawiedzi podążać za sobą i się fotografować. Miejmy nadzieję, że pojawiające się coraz częściej na forach i blogach podróżniczych wpisy polecające ten rejon nie staną się przekleństwem dla wspaniałych mieszkańców tutejszej zatoki.

 

Pobyt w Akumal trzeba koniecznie połączyć z wizytą w jednym z jukatańskich ośrodków wzniesionych kiedyś przez Majów. Zdecydowanie najbliżej znajdują się ruiny wyjątkowego, położonego nad samym brzegiem morza Tulum ze słynną wieżą wyrastającą z wapiennego klifu. Wystarczy jednak pojechać ponad 40 km w głąb lądu, żeby dotrzeć do pozostałości dużo ciekawszego i bardziej okazałego miasta Cobá. Mimo iż przybywa do niego coraz więcej turystów, nadal bywa ono mniej oblegane i pozostaje słabiej skomercjalizowane od najbardziej znanego majańskiego zabytku – Chichén Itzá. Po ukrytych w gęstym tropikalnym lesie ścieżkach warto jeździć rikszą. Ruiny rozrzucone są na dużym obszarze, więc tym środkiem transportu będziemy poruszać się szybciej niż na piechotę. Na dodatek, kierujący rikszami, choć to nie wykwalifikowani przewodnicy turystyczni, raczą swoich pasażerów wieloma ciekawymi informacjami o poszczególnych obiektach. Największym zainteresowaniem na terenie Coby cieszy się 42-metrowa piramida Nohoch Mul, ostatnia na Jukatanie, na którą wciąż jeszcze można się wspinać. Gorący klimat nie sprzyja temu zadaniu, ale opłaca się podjąć taki wysiłek, bo ze szczytu rozciąga się imponujący widok. Ukojenie po wyczerpującej wspinaczce przyniesie kąpiel w jednej z trzech naturalnych studni (zwanych cenotami) utworzonych w skałach wapiennych, oddalonych od ruin o 10 min. jazdy autem. Najwspanialszą z nich stanowi Multum-Ha. Kręcone schody prowadzą kilkanaście metrów pod ziemię, gdzie w dużej jaskini przez tysiąclecia gromadziła się przyjemnie chłodna i nieprawdopodobnie przejrzysta woda. Kąpiel w tym miejscu warta jest wszystkich peso, które w niemałej kwocie trzeba wręczyć kasjerowi przed udaniem się na dół.

 

Cobá – wciąż jeszcze udostępniona dla turystów piramida Nohoch Mul

22

© IMAGENXPEDITION.COM

 

PO ASFALCIE I SZUTRZE

 

Meksyk nie cieszy się opinią kraju odpowiedniego do samodzielnych podróży samochodem. Z różnych stron docierają ostrzeżenia przed wysoką przestępczością, skorumpowaną policją czy oszustwami na stacjach benzynowych i w wypożyczalniach aut. Jak wygląda to w rzeczywistości? W stanie Quintana Roo pokonaliśmy ponad 1 tys. km i nie spotkała nas żadna sytuacja z listy często wymienianych przeciwności i zagrożeń. Powiem nawet więcej, chciałbym, aby w Polsce jeździło się równie przyjemnie jak po głównych drogach na wschodnim wybrzeżu Jukatanu. Najważniejsza z nich – bezpłatna szosa nr 307 – jest bardzo szeroka, ma świetnie utrzymaną nawierzchnię, a ciągnące się kilometrami proste odcinki pozwalają prowadzić bez stresu. Jedynym utrudnieniem, do którego trzeba przywyknąć, są topes, czyli przeszkody ustawione w miastach w poprzek ulic, wymuszające zredukowanie prędkości. Nasze progi zwalniające to przy nich okruchy rozsypane na jezdni. Na szczęście, w zdecydowanej większości zapowiadają je odpowiednie znaki ostrzegawcze i wystarczy zachować zwykłą czujność, żeby uniknąć urwania zawieszenia.

 

Na Jukatanie są jednak i drogi, które skazują samochód i jego pasażerów na niemal piekielne męki, nawet gdy auto ma napęd na cztery koła. Takim narzędziem tortur jest choćby piętnastka wiodąca z Tulum do wioski Javier Rojo Gómez, znanej jako Punta Allen (od nazwy przylądka, na którym się znajduje). Sformułowanie „pokonanie trasy” nabiera tutaj nowego, wyjątkowo dosłownego znaczenia. Początkowo asfaltowa nawierzchnia traci po jakimś czasie swoje właściwości i przemienia się w niemiłosiernie dziurawą i pofałdowaną żwirową wstęgę, która wije się przez tropikalny las porastający wybrzeże. Dotarcie do jej końca potrafi zająć nawet 3 godz., choć cały odcinek ma długość raptem 50 km. Czy zatem warto w ogóle tędy jechać? Niewątpliwie powinni się na to zdecydować miłośnicy natury i wielbiciele dzikich, ustronnych plaż, nawet jeśli po drodze poobijają się w podskakującym na nierównościach samochodzie. Tutejsze wybrzeże to część ogromnego, bo zajmującego aż niemal 5,3 tys. km² powierzchni, Rezerwatu Biosfery Sian Ka’an. Utworzono go 20 stycznia 1986 r. w celu ochrony niezwykłej przyrody, a już w następnym roku organizacja UNESCO wpisała ten zapierający dech w piersiach obszar na prestiżową Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości. W jego gęstych lasach tropikalnych mieszkają pumy płowe, jaguary amerykańskie, oceloty, pekari, wyjce jukatańskie, tapiry panamskie i tukany tęczodziobe. Rozległe bagniste tereny poprzecinane licznymi kanałami i porośnięte soczyście zielonymi namorzynami to królestwo krokodyli amerykańskich i meksykańskich oraz flamingów karmazynowych. W przybrzeżnych wodach nietrudno natrafić na żółwie i delfiny. Warto zatrzymać się tu na kilka dni, aby obcowanie z dziewiczą naturą zrekompensowało trudy podróży.

 

W ŚLAD ZA NATANEM

 

Przypominającą pas startowy, 50-kilometrową odnogą szosy nr 307 docieramy do naszego głównego celu podróży. Oto Mahahual (Majahual) i odcinek malowniczego karaibskiego wybrzeża Meksyku zwany dumnie Costa Maya. W to miejsce, na atol Banco Chinchorro rusza kilkuletni Natan i jego ojciec Jorge, bohaterowie niesamowitego filmu Nad morzem (w oryginale Alamar). Zmierzają do dziadka chłopca, mieszkającego w małej chatce na palach. Mają tutaj spędzić ostatnie chwile razem przed wyjazdem Natana z matką na stałe do Włoch. W tym czasie chłopiec poznaje życie w świecie bez prądu, telewizji i internetu, zaprzyjaźnia się z czaplą Blanquitą, a co najważniejsze, zawiera nierozerwalny pakt z ojcem i dziadkiem. Ten ostatni ponoć nadal trudni się połowami i pływa między Mahahual na stałym lądzie a oddalonym o ok. 20 mil morskich od brzegu skromnym domem osadzonym na chwiejnych palach wystających z atolu. Tak w każdym razie twierdzą Kim i Marcia, Amerykanie prowadzący od ponad 20 lat pensjonat Mayan Beach Garden w osadzie Punta Placer, położonej o pół godziny drogi od Mahahual. Rytm dnia wyznacza w niej natura. Gdy morze jest wystarczająco spokojne, zanurzamy się w płytkich wodach przybrzeżnych, których granicę wytycza Wielka Mezoamerykańska Rafa Koralowa. Przebiega tu ona wyjątkowo blisko brzegu, więc dotarcie do niej wpław nie wymaga dużego wysiłku. Jak okiem sięgnąć, nie widać nikogo oprócz nas. Wokół są tylko koralowce, papugoryby, homary, lucjany, graniki i dziesiątki innych gatunków stworzeń. Zdarza się i orleń cętkowany (narinari), choć ten woli rejony o nieco większej głębokości. Nad naszymi głowami co rusz przelatują zblazowane pelikany i dostojne fregaty. Costa Maya, czyli Wybrzeże Majów, stanowi również dom dla niezmiernie rzadkiego ssaka manata karaibskiego. Największą szansę na jego zobaczenie mamy we wrzynającej się mocno w ląd zatoce Chetumal.

 

Kiedy zbliża się wieczór, goście Kima i Marcii gromadzą się przy wspólnym stole, żeby w wielonarodowym gronie porozmawiać o przeżyciach mijającego dnia. Sącząc dobrze schłodzone ciemne piwo León, czekamy na kolejny pyszny posiłek przygotowywany przez uroczą Lupę i jej koleżanki. Zarówno kolacje, jak i śniadania to istny majstersztyk i esencja tego, co najlepsze w meksykańskiej kuchni. W zależności od pory dnia na stołach lądują placki zwane salbutes, czyli smażone w głębokim tłuszczu tortille przykryte posiekaną sałatą i innymi warzywami, empanadas – nadziewane pierożki zapiekane w piekarniku, ryby i drób przyrządzane na wszelakie sposoby oraz znakomite desery. A do wszystkiego obowiązkowo należy zjeść trójkątne nachos z sosem z awokado albo fasoli. Uczta trwa zawsze do nocy, bo biesiadnicy mają ciągle nowy temat do przedyskutowania. Potem przychodzi czas na najdoskonalszą formę relaksu – kołysanie się w hamaku w rytm szumu fal Morza Karaibskiego i wpatrywanie się w tysiące gwiazd mrugających na nocnym niebie wolnym od sztucznej poświaty.

 

Sielankowy obraz tego miejsca burzą trochę grożące mu niebezpieczeństwa. W sierpniu 2007 r. przetoczył się tędy bezwzględny i okrutny huragan Dean. Pod jego naporem padały nie tylko wiotkie chatki, lecz także solidne budynki, w tym molo w Mahahual. Od tamtej pory niemal wszystko zostało naprawione, jednak ryzyko kolejnego tropikalnego cyklonu wciąż istnieje. Niestety, tutejsi mieszkańcy muszą jeszcze prowadzić nierówną walkę z masami odpadków niesionych przez prądy morskie, ale też wyrzucanych beztrosko przez pasażerów ogromnych statków wycieczkowych zawijających do Mahahual kilkaset razy w ciągu każdego roku. Kim i Marcia oraz właściciele innych nieruchomości przy plaży starają się dbać o otoczenie i codziennie sprzątają swoje rewiry, lecz są i takie miejsca, w których obłożony śmieciami brzeg sprawia dość przygnębiające wrażenie. Pewne obawy budzi również planowane na 2017 r. uruchomienie międzynarodowych lotów z pobliskiego miasta Chetumal. Dzisiaj, kiedy z lotniska w Cancún trzeba tu jechać ponad 5 godz., niewiele osób decyduje się na wakacje na Costa Maya. Pojawiają się głównie kilkugodzinni wycieczkowicze ze statków cumujących w Mahahual. Wprowadzenie regularnych połączeń międzynarodowych z Chetumal może nie tylko oznaczać znaczny wzrost liczby turystów, ale i zwabić inwestorów z branży hotelarskiej. Oby jednak ten urokliwy region nie przeobraził się w nową enklawę wypoczynkową, przypominającą te z północy Jukatanu.

 

MAJOWIE I PIRACI

 

W czasie gdy Kim i Marcia przeprowadzali się do Punta Placer, przebycie 75-kilometrowego dystansu między drogą nr 307 a ich nowym domem zajmowało ponad 6 godz. Dopiero wiele lat później, w związku z planowanym uruchomieniem pirsu w porcie w Mahahual, powstała szeroka i gładka jak stół trasa. Dziś jej nawierzchnia jest już gdzieniegdzie pomarszczona, ale i tak serce raduje się na myśl, że nie musimy poruszać się po dawnej dziurawej szutrówce. Kawałek za wioską Pedro Antonio Santos skręcamy w prawo i drogą nr 293 dojeżdżamy do ruin Chacchobén. To jedno z dziesiątek miejsc na Jukatanie, gdzie z gęstwiny tropikalnego lasu i spod naniesionej przez wieki warstwy ziemi archeolodzy wydobyli zapomniane miasto Majów. W przeciwieństwie do słynnych kompleksów Chichén Itzá i Tulum nie znajdziemy w nim tłumów. Chacchobén (czyli w języku Majów „miejsce czerwonej kukurydzy”) zwiedzamy w towarzystwie zaledwie kilkunastu innych osób, choć niewykluczone, że kiedy do Mahahual przybywa ogromny statek wycieczkowy, robi się w nim bardziej tłoczno. Odkryte tu przez archeologów budowle nie wyglądają aż tak spektakularnie jak te na terenie wykopalisk na północy półwyspu, ale ich otoczenie jest wyjątkowe. Ścieżka dla zwiedzających prowadzi przez gęsty, dający wytchnienie od słońca las tropikalny, rozbrzmiewający co chwilę krzykami małp (czepiaków czy wyjców). Dopiero u podnóża głównej świątyni, do której wiedzie kilkadziesiąt masywnych schodów, krajobraz ulega zmianie. Równo przystrzyżona trawa przypomina, że to jednak muzeum. Takich mniej znanych i rzadko odwiedzanych ruin ze starożytnych czasów znajduje się w tym rejonie więcej. W Dzibanché, które od ok. 200 r. p.n.e. do aż XIII w. n.e. było jednym z ważniejszych miast Majów, zajmującym powierzchnię ponad 40 km2, wiele obiektów pozostaje wciąż przykrytych ziemią i roślinnością. Spacer wśród tych odsłoniętych przenosi nas w przeszłość, do dawnego ośrodka władzy. Masywne świątynie i pałace zbudowane na podstawach kamiennych piramid wraz z przestronnymi placami pokazują, jak prężnie musiało rozwijać się to miasto w okresie swojej świetności w trakcie panowania potężnej dynastii Kaan.

 

Droga między Chacchobén i Dzibanché prowadzi wzdłuż prawdziwego cudu natury tego regionu Meksyku – oszałamiającego swoimi odcieniami jeziora Bacalar (Laguna de Bacalar). Z lotu ptaka zbiornik, rozciągnięty na długości 42 km i szeroki na maksymalnie niecałe 4 km, przypomina azurytową skazę w malachicie. Niesamowita gra kolorów powstaje częściowo za sprawą niemal białego wapiennego dna. Na płyciznach woda jest jasnobłękitna, ale wraz ze wzrostem głębokości staje się coraz ciemniejsza. W Cenote Azul, owalnym naturalnym basenie (głębokim na aż ok. 90 m), przybiera barwę ciemnego granatu. Bacalar wygląda zupełnie jak jezioro Kourna na Krecie, tyle że ponad sto razy większe. Okolicę najlepiej podziwiać podczas kilkugodzinnego rejsu jedną z łodzi cumujących przy licznych pomostach. W jego trakcie docieramy do każdego z odcieni błękitu tego akwenu i wypatrujemy sekretnych kanałów, którymi z Morza Karaibskiego i rzeki Hondo (Río Hondo) dostawali się tu w XVII i XVIII stuleciu piraci napadający na miasto. Mieszkańców bronić przed nimi miał solidny Fort św. Filipa w Bacalar (Fuerte de San Felipe de Bacalar), ukończony w 1729 r. Dziś działa w nim ciekawe muzeum opowiadające m.in. historię XVII-wiecznego Kubańczyka Diega el Mulata i innych karaibskich awanturników.

 

Pustelnia JOHNA HUSTONA

 

Laguna de Bacalar niedaleko Chetumal to tzw. Jezioro Siedmiu Kolorów

LagunaBacalar

© BARTEK JANKOWSKI/TROPIKEY.COM

 

W odległości ponad 2,1 tys. km na zachód od Cancún leży Guadalajara, stolica stanu Jalisco. Dwoma najbardziej znanymi na świecie towarami eksportowymi tego regionu są tak bardzo popularna w Polsce tequila, której nazwa pochodzi od miejscowości położonej na północy, i urodzony w 1947 r. w Autlán de Navarro wirtuoz gitary Carlos Santana. Dzięki połączeniom oferowanym zarówno przez meksykańskiego przewoźnika narodowego (Aeroméxico), jak i kilka linii niskobudżetowych (Interjet, Magnicharters, Viva Aerobus, Volaris) dotarcie tutaj z Cancún zajmuje ok. 2,5 godz. Poza tym na jesieni 2016 r. uruchomiono bezpośrednie loty czarterowe między Warszawą i Puerto Vallarta. To nie przypadek, że wybrano właśnie ten ostatni kurort, a nie przereklamowane Acapulco, które dawno już (podobnie jak Cancún) przeobraziło się w skupisko betonowych molochów. Mimo iż złote wybrzeże Zatoki Flag (Bahía de Banderas) opanowały w wielu miejscach luksusowe hotele, w samym Puerto Vallarta w dużej mierze udało się zachować urok kąpieliska w dawnym stylu. Jego sercem jest Viejo Vallarta, romantyczna najstarsza część miasta z przyległą uroczą plażą o zdecydowanie mniej przyjemnej nazwie – Playa los Muertos (Plaża Zmarłych). Jej nowoczesnym symbolem stało się molo z instalacją do złudzenia przypominającą słynny dubajski wieżowiec Burdż Al Arab (Burj Al Arab). Niegdyś była tu osada rybaków i poławiaczy pereł, ale już od końca XIX w. do szmaragdowych wód Pacyfiku zaczęli przybywać pierwsi letnicy.

 

Prawdziwy rozgłos Puerto Vallarta zyskało jednak w 1964 r., po premierze Nocy iguany z Richardem Burtonem w roli duchownego kuszonego przez kobiety i alkohol. Znaczną część ujęć nakręcono właśnie w tym mieście i na położonej nieopodal malowniczej plaży Mismaloya. Widok ciemnego oceanu kontrastującego z nadbrzeżnymi złotymi skałami i szczytami Sierra Madre Zachodniej (Sierra Madre Occidental) urzekł amerykańskiego reżysera filmu Johna Hustona (1906–1987) tak bardzo, że kupił w tym rejonie willę. Później, kiedy szukał miejsca odizolowanego od świata, znalazł dostępną tylko łodzią plażę Las Caletas. Wydzierżawił ten teren od Indian Chacala i spędził tutaj swoje sędziwe lata, żyjąc w skromnych warunkach, blisko przyrody i z dala od zgiełku filmowego środowiska. Po śmierci Johna Hustona pieczę nad jego azylem objęła ponownie społeczność indiańska, u której dbałość o naturę w pewnym stopniu zastąpiło merkantylne spojrzenie na życie. Dziś działa w tym rejonie agencja turystyczna organizująca dzienne i wieczorne wycieczki łodzią na plażę Las Caletas połączone z relaksującymi zabiegami spa i widowiskowymi występami folklorystycznymi.

 

Wakacje w Meksyku wciąż jeszcze kojarzą nam się głównie z dwutygodniowym leżakowaniem przy basenie w którymś ze wspaniałych kurortów na karaibskiej Riwierze Majów (Riviera Maya). Taka forma wypoczynku ma swoje zalety, ale pobyt w tym kraju może być dużo bardziej urozmaicony i nie musi oznaczać przywiązania do jednego miejsca. Warto ruszyć na wyprawę po innych regionach i to niekoniecznie wypożyczonym samochodem. Dzięki gęstej sieci połączeń autobusowych różnej klasy dotrzemy do mniej zatłoczonych zakątków Meksyku bez ponoszenia znacznych kosztów i bez stresu związanego z prowadzeniem auta. Choć samodzielnego poruszania się po meksykańskich drogach nie trzeba się wcale obawiać, bo tutejsze warunki nie różnią się specjalnie od panujących w naszym kraju. Przy planowaniu w przyszłości wyjazdu do tej fascynującej części świata można zatem rozważyć i taką formę podróżowania.

 

W turystycznym Puerto Vallarta znajdziemy wiele historycznych budowli

Puerto-Vallarta-sunset

© MEDIAKIT.VISITPUERTOVALLARTA.COM

 

Zaproszenie na Kaukaz – do Gruzji i Armenii

 

Tamar Gelashvili-Dąbrowska

Krzysztof Dąbrowski

www.kaukaz.pl

 

<< Gruzja i Armenia to chrześcijańskie wyspy zanurzone w kaukaskiej mozaice narodów i kultur. Leżą na pograniczu kontynentów kształtowanym przez ścieranie się sił przyrody i rywalizujących ze sobą cywilizacji. Efektem tych odwiecznych zmagań jest rzadko spotykana różnorodność krajobrazów oraz duże bogactwo tradycji na stosunkowo niewielkim obszarze, który odpowiada 1/3 terytorium Polski. Zobaczymy tu subtropikalne lasy pełne lian, przejedziemy przez surowe płaskowyże wulkaniczne, a także doświadczymy chłodu bijącego od wiecznych lodowców. Poza tym możemy przeczesać labirynty miast wykutych w skale, zwiedzić imponujące katedry o tysiącletniej historii i zrelaksować się w starożytnych łaźniach, a to wszystko urozmaicić sobie zgłębianiem tajników sztuki winiarskiej, degustacją przysmaków przepysznej kuchni kaukaskiej oraz zabawą w ekskluzywnych klubach muzycznych. >>

Więcej…