Dominika Rotthaler
polkawmonachium.blogspot.com

 

<< Powszechnie Bawaria kojarzy się ze świętem Oktoberfest, odbywającym się corocznie w Monachium, z piwem, charakterystycznym strojem ludowym, Alpami, zamkami Ludwika II i może jeszcze z barokowymi kościołami. Popełniłby jednak błąd ten, kto chciałby na tym zakończyć jej opis. Największy kraj związkowy w Niemczech, zajmujący ok. 20 proc. ich terytorium, jest niezwykle zróżnicowanym, ciekawym regionem, bogatym w walory przyrodnicze i rozwiniętym pod względem kulturowym i przemysłowym. >>

Doskonałe położenie geograficzne – zarówno bezpośrednie sąsiedztwo Austrii, Czech i Szwajcarii, jak i bliskość Włoch – sprawiają, że Bawaria stanowi chętnie odwiedzany land, a Monachium – jedno z najczęściej wizytowanych niemieckich miast. Bawarczycy posługują się aż pięcioma różnymi dialektami. Język niemiecki z akcentem bawarskim uchodzi natomiast za bardzo trudny do zrozumienia dla niewprawionego ucha. Jednak serdeczność mieszkańców i ich życzliwość w stosunku do przybyszów jest w stanie pokonać językowe trudności i pomaga przełamać pierwsze lody.


Hamburczycy czy berlińczycy mówią często o tym regionie z lekką nonszalancją bayerische Gemütlichkeit, czyli „bawarska przytulność”. W Bawarii widzą prowincjonalny, konserwatywny i mało postępowy land, w którym kultura picia piwa i pewnego rodzaju spowolnienie hamują rozwój oraz dążenie do modernizacji. To nie do końca prawda. Otóż Bawarczycy cenią przywiązanie do tradycji i chętnie pielęgnują lokalne zwyczaje, lubią spędzać czas w gronie znajomych i delektować się swobodną atmosferą ogródków piwnych. Poza tym są dumni ze swojej monarchistycznej przeszłości, przepięknej przyrody, bardzo wartościowej architektury oraz wybitnych osobowości, pochodzących z ich kraju związkowego. Ten spokojny, nieco senny i powolny rytm życia odbieram jako pozytywną odmianę w naszym zwariowanym, pędzącym na oślep nowoczesnym społeczeństwie.

 

W DUŻEJ WIOSCE
Stolicę Bawarii – Monachium – nie bez powodu nazywa się „dużą wioską”. Mimo iż żyje w niej ponad 1, 4 mln ludzi, niekiedy sprawia ona wrażenie małego miasteczka, a to ze względu na znaczną liczbę całorocznie pielęgnowanych parków, skwerów oraz pasów zieleni, tzw. Grünstreifen, a także samą panującą tutaj atmosferę. Tereny zielone oraz kamieniste plaże ciągnące się wzdłuż przepływającej przez miejskie centrum rzeki Izary wręcz zachęcają do spacerowania, grillowania, piknikowania lub opalania się nad wodą. Nad rzecznymi brzegami poprowadzono również zadbaną ścieżkę rowerową, dzięki której przez prawie całą bawarską metropolię można poruszać się rowerem. Wszystko to pozwala uciec od wielkomiejskiego zgiełku bez konieczności opuszczania Monachium.
     W Ogrodzie Angielskim – Englischer Garten (a zwłaszcza w jego północnej, dzikszej części), jednym z największych śródmiejskich parków na ziemi, zajmującym powierzchnię 3,75 km², poczujemy się zupełnie jak na spacerze w lesie. Także na jego obszarze rowerzyści są mile widziani i wyznaczono miejsca do rozpalania grilla. To właśnie tu, nad silnym i dość niebezpiecznym potokiem Eisbach, spotkamy surferów, korzystających z tworzących się na nim wysokich, stojących fal. Ich wyczyny przyciągają tłumy turystów. Englischer Garten słynie też z jednego z największych monachijskich ogródków piwnych (z aż 7 tys. miejsc!), położonego u stóp Wieży Chińskiej (Chinesischer Turm), oraz z kopii greckiej świątyni Monopteros z 1836 r., z której rozciąga się piękny widok na panoramę centrum Monachium. Intrygującą ciekawostkę stanowi fakt, że w ogrodzie istnieje również jedyna na świecie strefa dla nudystów leżąca w środku miasta.  

 

PIWNE TRADYCJE
Według ustawy z 1539 r. poświęconej warzeniu piwa, wydanej przez księcia Bawarii Albrechta V (1528–1579), ten niepasteryzowany napój wolno było wytwarzać wyłącznie podczas zimnych miesięcy (od 29 września do 23 kwietnia) ze względu na metody fermentacji. Zakaz produkowania go w lecie wynikał także z dużej liczby pożarów, jakie wywoływały nagrzane kotły warzelniane. Aby umożliwić picie piwa też w porze letniej, monachijscy piwowarzy utworzyli specjalnie piwnice w sąsiedztwie Izary, w których przechowywali je przez cały rok. Dodatkowo chłodzić składy miały wysypane żwirem podłogi oraz cień rozłożystych kasztanowców, sadzonych w pobliżu. Wkrótce rozpoczął się wyszynk, ustawiono stoły i ławy, a nowe miejsca spotkań stały się ulubionym celem wycieczek monachijczyków. Ta działalność piwowarów nie spodobała się właścicielom gospód, którzy tracili klientów. Żeby załagodzić ten spór, książę Maksymilian I Bawarski (1573–1651) wprowadził zakaz podawania jedzenia w browarach. Dzięki niemu do dziś zachował się często pielęgnowany zwyczaj przynoszenia własnego posiłku do ogródków piwnych. Wielu mieszkańców Monachium korzysta z tego przywileju i zabiera ze sobą koszyk piknikowy z obrusem w biało-czerwoną kratę, sztućcami, solą i pieprzem oraz chlebem na zakwasie, słonymi preclami, serem, również takim do smarowania, zwanym Obatzter (Obatzda), kiełbasą i rzodkiewkami. Do tego wszystkiego wyśmienicie smakuje duże piwo, czyli Maß Bier (od Maß – miary objętości stosowanej tylko do piwa, równej oryginalnie 1,069 l).

 

PIWO W ROLI GŁÓWNEJ
Przy temacie browarnictwa trzeba koniecznie wspomnieć o największym na świecie piwnym festynie Oktoberfest. Ponieważ święto odbywa się na placu Theresienwiese, a Wiese znaczy po niemiecku „łąka”, Bawarczycy powszechnie używają właśnie skrótowego określenia Wiesn na swój festiwal. Wydarzenie to ma już ponad 200-letnią tradycję i obchodzi się je regularnie od października 1810 r. Wtedy to król bawarski Maksymilian I Józef Wittelsbach (1756–1825) z okazji zaślubin syna – księcia Ludwika I (1786–1868) z Teresą von Sachsen-Hildburghausen (1792–1854), od której imienia pochodzi nazwa wspomnianego placu, urządził wyścigi konne pod miejskimi murami. Uznano je później za pierwsze narodowe święto młodego Królestwa Bawarii, istniejącego w latach 1806–1918. W 1818 r. pojawiły się na terenie Theresienwiese pierwsze karuzele i stragany z jedzeniem, a od 1819 r. władze Monachium przejęły finansową i organizacyjną odpowiedzialność za przygotowania do corocznej imprezy i jej przebieg.

FOT. DEUTSCHE ZENTRALE FÜR TOURISMUS E.V./BÜRO GAFF, PIERRE ADENIS

Na Oktoberfest do stolicy Bawarii zjeżdżają prawdziwe tłumy gości


     Mimo swojej nazwy (Oktober to po niemiecku „październik”) Oktoberfest, trwający ponad 2 tygodnie, odbywa się głównie we wrześniu – rozpoczyna się w jego połowie i kończy w pierwszy weekend października (najbliższa edycja, 181. już, będzie miała miejsce od 19 września do 4 października 2015 r.). Ten festiwal to także szczególny rodzaj pokazu mody ludowej. Prawie każdy jego gość – Bawarczyk, Japończyk czy Amerykanin – ubiera się w tradycyjny lokalny strój i z dumą prezentuje go otoczeniu. Mężczyźni zakładają Lederhose, czyli skórzane spodnie, oraz kraciastą koszulę. Kobiety noszą natomiast Dirndl, początkowo typowy ubiór do pracy dla młodych służek pracujących na dworach bawarskich i austriackich – spódnicę z fartuszkiem i sznurowany gorset, pod który wkłada się białą bluzkę z krótkimi bufiastymi rękawami. Warto pamiętać, że sposób wiązania tego fartuszka powie nam dużo o jego właścicielce: kokarda umieszczona po prawej stronie oznacza, że kobieta pozostaje w związku, po lewej – że jest stanu wolnego, wdowy zawiązują ją z tyłu, a dziewice – z przodu.
     Myliłby się jednak ten, który sprowadzałby Wiesn wyłącznie do picia piwa. Owszem, spożycie alkoholu w tym czasie wzrasta w sposób znaczący, co ostatnio bywa często krytykowane, ale Oktoberfest to nadal ciekawe wydarzenie prezentujące folklor w niespotykanych rozmiarach i niecodziennym wydaniu. Całe Monachium żyje podczas niego popołudniowymi i wieczornymi wyjściami do ogromnych namiotów, w których gra muzyka na żywo i lecą popowe oraz popularne szlagiery. Piwowarzy uroczyście wjeżdżają na teren festynu. Gdy burmistrz miasta otwiera coroczną zabawę, odszpuntowując pierwszą beczkę, rozbrzmiewa słynny zwrot O’zapft is! („Odszpuntowana!”). Odbywa się tradycyjny pochód grup w ludowych strojach, kręcą się karuzele i młyńskie koła, na straganach pysznią się balony i serca z piernika. Oktoberfest przypomina przede wszystkim okres karnawału, tak zakorzenionego w kulturze niemieckiej, w trakcie którego zapomina się na chwilę o szarej codzienności, a zamiast niej króluje radość, śmiech, taniec i śpiew.

 

SIELSKI OBRAZEK
Zupełnie słusznie Bawaria kojarzy się z Alpami (dokładnie pasmem Alp Bawarskich) i położonymi u ich podnóży malowniczymi jeziorami. Aby się o tym przekonać, wystarczy zawitać do regionu Allgäu (częściowo leżącego również w sąsiedniej Badenii-Wirtembergii) znajdującego się w południowo-zachodnim jej rogu. Czekają w nim liczne atrakcje turystyczne (m.in. zamki Ludwika II, urokliwe miasteczka Oberstaufen czy Oberstdorf) i przyrodnicze (Alpy Algawskie na czele z najwyższą górą Großer Krottenkopf, wznoszącą się na wysokość 2656 m n.p.m.), malownicze trasy do pieszych wędrówek górskich oraz szerokie zaplecze agroturystyczne.

FOT. BAYERN TOURISMUS MARKETING GMBH

Masyw Waxenstein w pobliżu kurortu Garmisch-Partenkirchen

 

Tuż obok, na wschód od niego, usytuowany jest piękny Oberland ze słynnym kurortem Garmisch-Partenkirchen. Dominuje nad nim majestatyczny Zugspitze (2962 m n.p.m.). To najwyższy szczyt w Niemczech. Oba te urocze regiony dzięki wysokim górom i soczyście zielonym łąkom szczycą się rozwiniętym przemysłem mleczarskim. Pochodzące z nich sery, masła i mleko cieszą się dużą popularnością nie tylko w całym landzie, lecz także w innych częściach kraju. Podczas spacerów po lesie czy wśród górskich szczytów prawie zawsze daje się usłyszeć ciche dźwięki dzwonków zawieszonych na szyjach brązowych krów, charakterystycznych dla tego obszaru. Typowo polskich biało-czarnych krasul nie spotkamy tu wcale. Ta sielankowa kraina oddalona jest od Monachium o zaledwie ok. 1,5 godz. jazdy samochodem.

 

JAK W BAJCE
Jeśli ktoś spędza wakacje w malowniczym regionie Allgäu, na pewno nie pominie największej jego atrakcji, a mianowicie zamku Neuschwanstein, wybudowanego przez króla bawarskiego Ludwika II Wittelsbacha (1845–1886). Stanowi on najczęściej odwiedzany tego typu obiekt w Niemczech. W sezonie letnim odwiedza go nawet 6 tys. osób dziennie, a w ciągu roku – 1,4 mln! Aż trudno uwierzyć, że dla zwiedzających udostępniono zaledwie kilka pomieszczeń zamieszkiwanych przez władcę.
     Właśnie ze względu na ogromną liczbę turystów, wizytę w nim warto zaplanować wcześniej według kilku wskazówek. Neuschwanstein znajduje się powyżej wsi Hohenschwangau niedaleko Füssen, położonej niecałe 2 godz. jazdy od Monachium. To właśnie w niej parkuje się auto i kupuje bilety w stanowisku Ticket Center. W lecie często kolejka do punktu obsługi ciągnie się na kilkaset metrów, dlatego najlepiej wejściówkę zarezerwować sobie przez internet. Minusem tego rozwiązania jest konieczność podania konkretnej daty i godziny przybycia. Dodatkowo rezerwacji należy dokonać najpóźniej na 2 dni przed planowanym terminem wizyty. Mimo to ten sposób oszczędzi nam dużo czasu i nerwów.
Co ważne, w Neuschwanstein nie ma indywidualnego zwiedzania, a jego wnętrza można zobaczyć wyłącznie podczas zorganizowanego oprowadzania z przewodnikiem. Zwykle trwa ono ok. 35 min. Obiekt leży na wzniesieniu i z dolnego poziomu parkingu trzeba (już z biletem) dostać się na górę. Trasa ta pieszo osobie dorosłej zajmuje mniej więcej 30 min. Alternatywę stanowi wjazd dorożką lub autobusem, który jednak nie jeździ po ośnieżonych lub oblodzonych drogach. Końcowy przystanek autobusowy znajduje się niedaleko słynnego mostu Marienbrücke. Właśnie z niego rozpościera się jeden z najpiękniejszych widoków na zamek, przedstawiający go w całej okazałości wraz ze spektakularnym otoczeniem. Stąd czeka nas już tylko 10-minutowy spacer do wejścia.
     Wpuszczanie nowej grupy rozpoczyna się co 5 min., więc należy pilnować zegarka, bo każdy ma jedynie tyle czasu, aby dołączyć do swojej tury. Wchodzi się przez automatyczne bramki, dlatego spóźnialscy nie będą mogli nikogo uprosić o wpuszczenie. Oprowadzanie odbywa się po niemiecku lub angielsku. Dostępne są też audioprzewodniki w innych językach, m.in. polskim. Dokładnych informacji udziela Ticket Center Hohenschwangau.
     Odwiedziny na zamku Neuschwanstein to bardzo ciekawa lekcja historii. Poznamy w ich trakcie wyjątkowy i tajemniczy życiorys jego właściciela Ludwika II – tzw. Bajkowego Króla, interesujące szczegóły budowy obiektu, uważanego za symbol landu, i wreszcie Bawarię drugiej połowy XIX w., stojącą na progu włączenia do Cesarstwa Niemieckiego, założonego w 1871 r. przez Ottona von Bismarcka (1815–1898).

 

W ALPEJSKIEJ KRAINIE
Innym, jeszcze nie do końca odkrytym bawarskim rejonem, który koniecznie trzeba zobaczyć, jest powiat Berchtesgadener Land położony w południowo-wschodnim zakątku tego kraju związkowego. Ten pełen uroku obszar geograficzny i jednocześnie jednostka podziału administracyjnego to nie tylko zapierające dech w piersiach górskie krajobrazy, na czele z tymi rozciągającymi się z fascynującej Niemieckiej Drogi Alpejskiej (Deutsche Alpenstraße). Znajdziemy w nim również wiele atrakcji turystycznych, do których należy m.in. bardzo nowoczesna Kopalnia Soli Berchtesgaden (Salzbergwerk Berchtesgaden) oraz leżące w sercu Parku Narodowego Berchtesgaden jezioro Königssee (Królewskie), jedno z najpiękniejszych, najczystszych i najwyżej usytuowanych w Niemczech (603,30 m n.p.m.). Jego maksymalna długość wynosi ok. 7,2 km, a szerokość – mniej więcej 1,2 km.

FOT. BERCHTESGARDENER LAND TOURISMUS GMBH

Kościół św. Bartłomieja usytuowany na zachodnim brzegu Königssee


     Wspomniana Kopalnia Soli Berchtesgaden działa już prawie 500 lat (od 1517 r.), jednak dopiero w 2007 r. została przebudowana i zmodernizowana na potrzeby zwiedzających. Turyści mogą oglądać jej wnętrza, podziwiać niesamowitą multimedialną instalację, a nawet przepłynąć promem po podziemnym Jeziorze Lustrzanym (Spiegelsee). Wiele osób, zwłaszcza borykających się z takimi dolegliwościami jak astma, alergie, przewlekłe zapalenie oskrzeli czy katar sienny, korzysta z wyjątkowej możliwości spędzenia 2–3 godzin w sztolniach solankowych.
     Kraina Berchtesgaden to także raj dla miłośników sportów zimowych oraz turystyki aktywnej. Pojeździmy tutaj na nartach biegowych i zjazdowych, sankach, desce snowboardowej i łyżwach, pogramy w curling, weźmiemy udział w kuligu z pochodniami oraz wybierzemy się na wycieczki po górach. Najwyższy szczyt w tym rejonie to masyw Watzmann (2713 m n.p.m.) wchodzący w skład Alp Berchtesgadeńskich, części Alp Bawarskich. Latem i jesienią warto zdecydować się na wyprawę rowerową po okolicy, odwiedzić jedno z licznych górskich schronisk, oferujących lokalną kuchnię, pograć w golfa lub powspinać się w niedalekim parku linowym Kletterwald Garmisch-Partenkirchen. Osoby zainteresowane historią na pewno chętnie odwiedzą Kehlsteinhaus – słynną rezydencję (herbaciarnię) Adolfa Hitlera na górze Kehlstein (1834 m n.p.m.). Turystów przyciąga również bliskość Salzburga – zabytkowego austriackiego miasta oddalonego od granicy niemieckiej zaledwie o ok. 10 km.

 

***

Przywiązana do tradycji i rodzinnych wartości, dumna ze swojego miejsca w świecie Bawaria chętnie gości w swoich progach przybyszów. Przygotowała dla nich malownicze wioski i miasteczka, krajobrazy górskich dolin z polodowcowymi jeziorami, łagodnymi pagórkami i ośnieżonymi szczytami Alp, otworzyła bramy zamków i drzwi muzeów. Na dodatek co roku zwołuje do pełnego atrakcji Monachium miłośników piwa na wyjątkowe, dedykowane właśnie im święto. Czegóż więcej można by oczekiwać od prawdziwego gospodarza?

Artykuły wybrane losowo

12 najlepszych miejsc na świecie do uprawiania kitesurfingu

MAŁGORZATA CHOLEWA
MAGDALENA LASOCKA

Z roku na rok coraz więcej Polaków wsiada na deskę z latawcem, wystarczy latem zawitać nad Zatokę Gdańską, aby przekonać się o dużej popularności tego sportu wodnego w naszym kraju. Niestety, pogoda na wybrzeżu Morza Bałtyckiego pozwala cieszyć się wysokimi temperaturami, wiatrem i falami jedynie przez kilkanaście letnich tygodni. W chłodniejszym okresie miłośnicy tej widowiskowej dyscypliny muszą trenować w rejonach o cieplejszym klimacie. Nic więc dziwnego, że w Polsce niezmiernie szybko rozwija się turystyka kitesurfingowa, co wiąże się również ze zwiększającym się zapotrzebowaniem na odkrywanie coraz to nowych, egzotycznych zakątków świata.

Więcej…

Kenia – duma Afryki

ROBERT PAWEŁEK

 

Dawnej, dzikiej Kenii, znanej ze słynnej powieści Karen Blixen Pożegnanie z Afryką, już nie ma. Miasta rozrastają się, cywilizacja dociera w nowe rejony, coraz trudniej przeżyć w ciszy i spokoju prawdziwe safari. Turyści mają do dyspozycji wygodne hotele, często należące do międzynarodowych sieci. Spędzają w nich czas w komfortowych warunkach w towarzystwie gości z całego świata. W ten sposób ciężko zobaczyć „prawdziwą Afrykę”. Podróżnicy przyjeżdżający na safari mają niewiele okazji, żeby zobaczyć z bliska życie codzienne zwykłych Kenijczyków. Interesują ich przede wszystkim parki narodowe, rezerwaty przyrody, dzika zwierzyna… Wyjeżdżają z Kenii z uśmiechem na ustach, ze wspaniałymi wrażeniami, z tysiącem cudownych zdjęć oraz wspominają ją jako prawdziwy raj dla miłośników dziewiczej natury. 

Więcej…

Gwatemala – serce świata Majów

HANNA BORA

www.sledznas.pl

<< Gwatemala to z pewnością jeden z najciekawszych krajów Ameryki Centralnej. Zachwyca wielką różnorodnością. Można tu zagubić się w bujnym tropikalnym lesie podczas odkrywania pozostałości cywilizacji Majów, wspinać się na majestatyczne wulkany, kąpać się w turkusowych wodospadach, odwiedzać kolonialne miasta i kolorowe targi. Nic dziwnego, że to miejsce staje się coraz bardziej popularnym celem podróży dla turystów z całego świata. Zdecydowanie warto wybrać się do Gwatemali. >>

 

Wzniesiony pod koniec XVII stulecia Łuk Świętej Katarzyny w mieście Antigua

© JACEK ŚLEDZIŃSKI/WWW.SLEDZNAS.PL

 

Ten kraj graniczy z Meksykiem, Belize, Hondurasem i Salwadorem. Ma wybrzeże zarówno nad Morzem Karaibskim, jak i nad Pacyfikiem. Przez terytorium Gwatemali przebiega łańcuch Kordylierów Południowych z licznymi wulkanami.

Nasza wyprawa do tej części Ameryki Centralnej była niezapomnianym przeżyciem. Czas spędzaliśmy na trekkingach i wycieczkach do gwatemalskich cudów natury. Z zainteresowaniem poznawaliśmy też miejscową kulturę – podziwialiśmy pozostałości cywilizacji Majów i odkrywaliśmy zwyczaje ich potomków.

 

WYBUCHOWA NOC

Jest chłodna noc. Kulimy się w naszych śpiworach w namiocie. Na szczęście mamy ze sobą jeszcze koc. Po zachodzie słońca temperatura znacząco spadła. Zerkam na zegarek. Jest dopiero 21.00, do pobudki pozostało ponad 7 godz. Staram się zasnąć. Jednak kiedy tylko zapadam w sen, wyrywa mnie z niego potężny huk. Potem jeszcze przez dłuższą chwilę słychać spadające kamienie. Tej nocy powtórzy się to kilka razy.

Przed naszym namiotem co kilkadziesiąt minut rozgrywa się niesamowite widowisko. Mamy świetny widok na szalejący Wulkan Ognia (Volcán de Fuego, 3763 m n.p.m.) – najbardziej aktywny w Ameryce Centralnej i jeden z niemal 40 znajdujących się w Gwatemali. To niezwykłe doświadczenie. Zanim położyliśmy się spać, wpatrywaliśmy się zahipnotyzowani w gęste obłoki dymu i rozżarzone strumienie lawy spływające po zboczach. Potęga natury jednocześnie przeraża i zachwyca. Trudno od tego spektaklu oderwać wzrok.

Budzimy się o 4.00. Zziębnięci próbujemy ogrzać się kawą przy ognisku. Przed nami ostatni odcinek szlaku na wulkan Acatenango. Spieszymy się, żeby zobaczyć z jego szczytu wschód słońca. Drogę już znamy. Poprzedniego dnia dotarliśmy do naszego obozowiska wczesnym popołudniem i postanowiliśmy wejść na wierzchołek na zachód słońca. Tym razem jednak idzie się trudniej. Panuje zupełny zmrok rozświetlany jedynie światłem naszych czołówek. Przystajemy, kiedy słyszymy głośniejsze pomruki wulkanu, żeby nie ominąć kolejnego wybuchu. Po nieprzespanej nocy bardziej dokucza nam wysokość. Wspinamy się na 3976 m n.p.m.

Gwiazdy powoli bledną i robi się coraz jaśniej. Niebo zaczyna się mienić kolorami. Pomiędzy chmurami przebłyskują światła okolicznych miast. Do wierzchołka niewiele nam już brakuje. Na szczycie spotykamy inne grupy turystów. Poprzedniego wieczoru byliśmy tu sami. Teraz jednak chętnych do podziwiania tego niezwykłego spektaklu jest znacznie więcej. Obecnie dla wielu osób ta nocna wędrówka to największa atrakcja Gwatemali, a w pobliskiej Antigui działa kilkanaście agencji organizujących grupowe trekkingi. Można też dojechać do wioski La Soledad i w niej znaleźć lokalnego przewodnika lub wybrać się w góry samemu, o ile ma się odpowiednie doświadczenie w wyprawach wysokogórskich.

Wschód rzeczywiście jest spektakularny. Słońce wstaje nad kolejnym szczytem – Wulkanem Wody (Volcán de Agua, 3760 m n.p.m.). Jego promienie tańczą pomiędzy chmurami i dodają kolorom ciepła. Fuego wciąż wykazuje aktywność i wypuszcza spore kłęby dymu. Nie musimy się nigdzie spieszyć, więc spokojnie obchodzimy krawędź krateru, podziwiając widoki. Przed nami rozciągają się łańcuchy górskie, leżą jeziora, miasta i mniejsze wioski. W pewnym momencie możemy nawet dostrzec imponujący cień wulkanu. Poza nami nie ma już prawie nikogo. Jest naprawdę magicznie.

Schodzimy też do środka krateru, gdzie znajduje się nieduża, prosta chata. Niewielkie refugio („schronisko”) imienia doktora Axela Carranzy zbudowano tutaj w 2017 r. po tym, jak sześcioro turystów (w tym wspomniany gwatemalski chirurg) zginęło na wulkanie z powodu nagłego załamania pogody. Warunki tego dnia były fatalne – opowiada nam Alberto, spotkany na górze lokalny przewodnik. Radziliśmy im, żeby zawrócili, ale nie chcieli zrezygnować. Wieczorem zerwał się silny wiatr, który porwał ich namioty. Temperatura spadła poniżej zera i większość z nich zmarła z wyziębienia. Mamy nadzieję, że nigdy więcej nie dojdzie do takiej tragedii. Słuchamy jego słów w milczeniu i przyglądamy się tablicom pamiątkowym. Góry są nieprzewidywalne i uczą człowieka pokory.

W drodze powrotnej z wulkanu ekscytacja powoli ustępuje w nas miejsca zmęczeniu. Napakowane ciepłymi ubraniami plecaki ciążą, mięśnie zaczynają się buntować. Zejście zawsze wydaje nam się bardziej monotonne i mozolne, nawet jeśli trwa krócej. Mijamy liczne grupy turystów wdrapujących się na szczyt. Niektórzy wypytują nas o wrażenia. Potwierdzamy, że Wulkan Ognia jest bardzo aktywny i można liczyć na pokaz naturalnych fajerwerków. Sami marzymy już tylko o tym, żeby się położyć i odpocząć.

 

MIASTO W CIENIU WULKANÓW

Na odpoczynek ruszamy do dawnej stolicy hiszpańskiej kolonii Capitanía General de Guatemala (z lat 1540–1776). Antigua (Antigua Guatemala) sprawia wrażenie, jakby czas się w niej zatrzymał. Niska zabudowa, brukowane uliczki, kolonialne budynki w różnych kolorach i dachy pokryte czerwoną dachówką zachwycają turystów. Poza tym rozpościerają się stąd wspaniałe widoki na trzy wulkany: Ognia, Wody i Acatenango. To malownicze położenie dodaje miastu uroku, ale bywało też źródłem nieszczęść. Antigua była wielokrotnie nękana przez trzęsienia ziemi. W 1773 r. została zniszczona niemal doszczętnie, a trzy lata później zarządzający kolonią zadecydowali o przeniesieniu stolicy. Śladami po tym dramatycznym wydarzeniu są liczne ruiny barokowych kościołów. Ich popękane mury przypominają o nieustannym zagrożeniu.

Na spacer po mieście najlepiej wybrać się rano, kiedy ulice wciąż pozostają puste i dopiero budzą się do życia. Łatwiej wtedy wypatrzyć najbardziej klimatyczne zaułki i detale, które składają się na wyjątkowy charakter tego miejsca. Dzień zaczynamy od typowego gwatemalskiego śniadania – desayuno chapín („śniadania mistrzów”). Na stole pojawiają się: jajecznica, pasta z czerwonej fasoli, smażone banany, plasterki awokado, kawałek białego sera i oczywiście tortille – bez nich w Gwatemali nie ma posiłku. Nie sposób się nie najeść. Do tego wypijamy czarną kawę. W końcu to główny towar eksportowy kraju. Niestety, ta podawana w ulicznych jadłodajniach lub na targu zazwyczaj nie jest zbyt mocna.

Po dodającym mnóstwa energii posiłku włóczymy się wąskimi uliczkami i obserwujemy życie mieszkańców, którzy powoli gromadzą się na licznych placach. Z zachwytem patrzymy na tradycyjne, niezwykle kolorowe stroje kobiet. Kierujemy się w stronę żółtego Łuku Świętej Katarzyny (Arco de Santa Catalina). To najbardziej charakterystyczny punkt miasta i jedna z wizytówek Gwatemali. Kawałek za nim znajduje się piękny barokowy Kościół Miłosierdzia (Iglesia de la Merced) ukończony w 1767 r. Siadamy na ławce i przypatrujemy się misternym, białym zdobieniom. Zaraz obskakuje nas grupka dzieciaków próbujących sprzedać nam plecione bransoletki, kolorowe torebki i zabawki. Grzecznie odmawiamy, ale młodzi handlarze nie dają za wygraną i wpatrują się w nas dużymi, ciemnymi oczami. Trudno się nie złamać.

Obowiązkowym punktem na trasie zwiedzania Antigui jest Wzgórze Krzyża (Cerro de la Cruz). Prowadzi na nie rząd schodów, ale na górę można wjechać też taksówką lub samochodem. Kilka lat temu to miejsce nie cieszyło się najlepszą sławą. Podobno zdarzały się tu napady na turystów. Obecnie od rana do zmierzchu patrole policyjne pilnują porządku w okolicy. Na wzgórzu jest spokojnie, spotyka się na nim sporo zakochanych par wymieniających czułości i rodzin z dziećmi. Z Cerro de la Cruz rozciąga się imponująca panorama miasta z Wulkanem Wody w tle. Dopiero stąd widać idealny plan ulic układających się w szachownicę. W środkowym punkcie znajduje się Park Centralny (Parque Central) otoczony najważniejszymi budynkami i przytulnymi kawiarniami. Oglądanie Antigui ze wzgórza to idealne uzupełnienie zwiedzania. Rozpoznajemy odwiedzone wcześniej miejsca i odnajdujemy te, które przez przypadek ominęliśmy.

Pomimo zniszczeń miasto zdołało zachować swój unikatowy, kolonialny charakter. W 1979 r. zostało wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Obecnie Antigua jest jednym z najchętniej odwiedzanych miejsc nie tylko w Gwatemali, ale i całej Ameryce Centralnej. Wielu turystów postanawia zatrzymać się w niej na dłużej. Nie brakuje tu eleganckich hoteli z pięknymi dziedzińcami, budżetowych hosteli, szkół językowych, sklepów z pamiątkami i organiczną żywnością. Mamy wrażenie, że wymyślnych restauracji działa w mieście znacznie więcej niż tanich jadłodajni. Osobom zainteresowanym lokalnym kolorytem polecamy wizytę na głównym targowisku. Tuż za nim znajduje się dworzec, gdzie możemy zobaczyć swoistą wystawę kolejnego symbolu Gwatemali. Lśniące i jaskrawo pomalowane chicken busy są nieodłącznym elementem krajobrazu tego kraju. To stare szkolne autobusy z USA, które otrzymały szansę na nowe życie i sprawdzają się na najtrudniejszych drogach Ameryki Centralnej. Nie sposób ich nie zauważyć. Mienią się wszystkimi kolorami tęczy. Kierowcy wykazują się dużą kreatywnością przy dekorowaniu swoich wehikułów. Często też nadają im imiona, polecają opiece świętych i opatrzności Bożej.

Przejażdżka takim pojazdem to prawdziwa przygoda. Pasażerowie upychani są do granic możliwości, nie zdarza się, żeby dla kogoś zabrakło miejsca. Bagaże i wszelkiego rodzaju pakunki lądują na dachu. Niektórzy przewożą też zwierzęta, głównie kury. Właśnie stąd najprawdopodobniej wzięła się popularna, angielska nazwa. Kiedy nieustraszony kierowca mknie po górskich serpentynach, jego pomocnik wykrzykuje nazwę docelowego miasta, aby wyłapać kolejnych podróżnych. Wtóruje mu donośnie klakson. Czas przejazdu umilają pasażerom ulubione piosenki kierowcy (puszczane z głośników najgłośniej jak się da) oraz niekończące się korowody sprzedawców oferujących przekąski, napoje i masę niepotrzebnych przedmiotów wszelkiej maści.

 

Stożek aktywnego wulkanu Acatenango nocą

©© JACEK ŚLEDZIŃSKI/WWW.SLEDZNAS.PL

 

NAJPIĘKNIEJSZE JEZIORO ŚWIATA

Jeszcze zanim wyjechaliśmy z Antigui nad jezioro Atitlán, zdążyliśmy wiele o tym miejscu usłyszeć. Na cały świat rozsławił je angielski pisarz Aldous Huxley, autor wydanej w 1932 r. powieści Nowy wspaniały świat. To właśnie on stwierdził, że jest najpiękniejszym jeziorem na ziemi i tę opinię do dziś powtarzają niemal wszystkie przewodniki i foldery turystyczne. Od wielu osób słyszeliśmy o malowniczym położeniu, kolorowych majańskich wioskach rozsianych wzdłuż brzegów i niezwykłej energii, która nie pozwala szybko stąd wyjechać. Zazwyczaj podchodzimy do takich zachwytów sceptycznie. Pozwala nam to uniknąć zbędnych rozczarowań. Jednak już na krętej, prowadzącej stromo w dół drodze zaczęliśmy rozumieć, skąd wzięły się te entuzjastyczne oceny. Chcąc nie chcąc, sami ulegliśmy w końcu magii tego miejsca.

Na czym polega urok tej okolicy? Na ten temat krąży wiele legend. Według jednej z nich w czasach konkwisty hiszpański żołnierz zakochał się w pięknej majańskiej dziewczynie, którą ujrzał nad brzegiem jeziora. Niestety, jego wybranka nie zwracała na niego uwagi. Wybrał się więc do lokalnej szamanki z prośbą o pomoc. Otrzymał od niej pierścień i zapewnienie, że jeśli dziewczyna go założy, jej serce będzie należało do niego. Tak rzeczywiście się stało. Choć zakochana para spotykała się potajemnie, wkrótce o związku dowiedział się dowódca oddziału i wpadł w szał. Swojego podwładnego wtrącił do więzienia, a dziewczynę skazał na śmierć. Tuż przed egzekucją zauważył na jej dłoni pierścień. Postanowił go zatrzymać. Po kilku dniach zaczął jednak odczuwać niepokojące przywiązanie do niepokornego żołnierza. Nie potrafił nad nim zapanować. Którejś nocy wypłynął łódką na środek jeziora i wyrzucił pierścień do wody. Od tej pory Atitlán rzuca czar na każdego, kto na nie spojrzy.

Jezioro leży na wysokości ponad 1500 m n.p.m. i wypełnia rozległą kalderę, która powstała w wyniku wybuchu wulkanu ok. 85 tys. lat temu. Ma powierzchnię 130 km2. Otaczają je góry i trzy wulkaniczne szczyty: Atitlán (3537 m n.p.m.), Tolimán (3158 m n.p.m.) i San Pedro (3020 m n.p.m.). Głównym miasteczkiem w okolicy jest Panajachel (w skrócie Pana). W latach 60. XX w. upodobali je sobie hippisi. To najłatwiej dostępne, ale też najbardziej turystyczne miejsce w tym rejonie. Wystarczy jednak wsiąść w wodną taksówkę, aby przenieść się do jednej ze spokojniejszych miejscowości. San Pedro La Laguna cieszy się popularnością wśród osób młodych. Można znaleźć tutaj najtańsze noclegi, szkoły języka hiszpańskiego oraz wiele restauracji i barów czynnych do późna. San Juan La Laguna przyciąga artystów, a San Marcos La Laguna – praktykujących jogę i medytację. Warto wybrać się też do miasta Santiago Atitlán, gdzie można odwiedzić lokalny targ, a także majańskiego boga Maximóna. To nieoficjalny gwatemalski święty, którego drewnianą figurę przyozdabia bandana i kapelusz. Wiele osób zwraca się do niego z prośbami, a w zamian za ich spełnienie zostawia mu pieniądze, alkohol lub papierosy. Atitlán to świetne miejsce na spotkanie z kulturą i tradycjami współczesnych Majów.

Osoby zafascynowane dawnym majańskim imperium powinny zajrzeć pod wodę. W 1996 r. biznesman i nurek Roberto Samayoa natknął się w jeziorze na nietypowe znalezisko. Odkrył podwodne miasto – prawdziwą Atlantydę Majów. Nazwał je Samabaj. Początkowo nikt mu nie wierzył. Po pewnym czasie jednak okazało się, że jego odkrycie jest unikatowe na skalę całej Mezoameryki. Rozpoczęto więc prace archeologiczne. Na ich podstawie badacze doszli do wniosku, że wcześniej była tu niewielka wyspa, która została zatopiona ok. 2 tys. lat temu w wyniku naturalnej katastrofy, takiej jak wybuch wulkanu.

 

TARGOWISKO RÓŻNOŚCI

W niedzielę wybieramy się do Chichicastenango. Leży zaledwie godzinę drogi od jeziora. Na pierwszy rzut oka miasto nie wyróżnia się niczym szczególnym. Jednak dwa razy w tygodniu – w czwartki i niedziele – jego ulice wypełniają się gwarem, kolorami i zapachami, gdy zamieniają się w ogromne targowisko. Można tutaj kupić wszystko. Stragany uginają się od towarów, na wieszakach powiewają pięknie haftowane bluzki (huipiles). Do tego aż roi się od barwnych chust, pasów, toreb i plecaków, wszelkiego rodzaju figurek, obrazków… Łatwo dostać oczopląsu od tych wszystkich kolorów. Targ w Chichi przyciąga jak magnes turystów poszukujących pamiątek z podróży. Z tego względu ceny często są na nim dość mocno zawyżone i trzeba się targować. Targowisko ma jednak też swoją mniej turystyczną stronę – pojawiają się na nim liczne stoiska z warzywami, owocami, ziołami i przyprawami, na których zaopatrują się mieszkańcy okolicznych wiosek.

W samym sercu miasteczka znajduje się Kościół św. Tomasza z Akwinu (Iglesia de Santo Tomás de Aquino). Prowadzi do niego 18 stopni. Zanim na te tereny przybyli Hiszpanie, były to schody majańskiej świątyni. Każdy stopień symbolizuje jeden miesiąc z kalendarza Majów. Nawet dziś można na nich spotkać lokalnych szamanów odprawiających tradycyjne rytuały. Schody okupują również kobiety sprzedające kwiaty, które wierni składają w ofierze. Wszędzie unosi się zapach kadzidła. Choć z zewnątrz kościół nie różni się specjalnie od innych katolickich świątyń, obrzędy odprawiane w środku zupełnie nie przypominają tych powszechnie znanych. Wnętrze jest ciemne, oświetlone jedynie wątłymi płomieniami świeczek. Słyszymy ludzi mruczących modlitwy. Przyglądamy się z zafascynowaniem. Turyści są w kościele mile widziani. Pod żadnym pozorem jednak nie można w nim robić zdjęć.

 

Naturalne turkusowe baseny tworzące niezwykły wodospad Semuc Champey

©© JACEK ŚLEDZIŃSKI/WWW.SLEDZNAS.PL

 

DACH AMERYKI CENTRALNEJ

Kolejnym przystankiem na naszej trasie jest drugie największe miasto Gwatemali – Quetzaltenango, znane też jako Xelajú lub Xela. Nie wygląda ono tak ładnie i fotogenicznie jak Antigua. Spotyka się też w nim zdecydowanie mniej turystów. Nam jednak się tutaj podoba. Włóczymy się bez celu ulicami i zaglądamy na miejscowy targ. Na obiad wstępujemy do gwarnej jadłodajni, gdzie podaje się głównie kurczaka w przeróżnej postaci. Między stołami biegają psy czyhające na smaczne kąski. Najwięcej czasu spędzamy na… cmentarzu. Jest ogromny – przypomina miasto w mieście, barwne i malowniczo otoczone wulkanami. Nie brakuje na nim dostojnych, marmurowych grobowców, w których spoczywają najważniejsze lokalne osobistości. Najwięcej tu jednak wielopiętrowych, kolorowych krypt.

W mieście nie zostajemy długo. Wyruszamy na kolejny wulkan. Wznoszący się na 4220 m n.p.m. Tajumulco to najwyższy szczyt nie tylko Gwatemali, ale i całej Ameryki Centralnej. Trasa nie jest trudna i spokojnie można ją pokonać w obie strony w jeden dzień. Postanawiamy jednak spędzić noc na szczycie, żeby obejrzeć z niego zachód i wschód słońca. Mamy namiot, karimaty, śpiwory i sporo ciepłych ubrań. Początkowy odcinek stanowi monotonna, brukowana droga. Jesteśmy na trasie sami. Gdy przechodzimy wzdłuż pól kukurydzy, spotykamy miejscową rodzinę. Pozdrawiają nas życzliwie i życzą powodzenia. Ścieżka powoli zaczyna się piąć w górę. Szlak nie jest oznaczony. Kilka razy z niego zbaczamy i przedzieramy się przez krzaki. Trudno jednak byłoby się tutaj zgubić. Cały czas widzimy wyraźnie przed sobą wierzchołek wulkanu.

Na szczyt docieramy po 5 godz. Jesteśmy zmęczeni i lekko rozczarowani, bo wręcz toniemy w chmurach. Z pięknych widoków nici. Rozstawiamy namiot i przez chwilę walczymy z pokusą, żeby zaszyć się w środku i odpocząć. Na szczęście zwycięża nasza silna wola. Tuż przed zachodem słońca część chmur się rozchodzi i możemy podziwiać cały łańcuch wulkaniczny Gwatemali. Po chwili słońce zaczyna opadać coraz niżej, a niebo rozpalają odcienie czerwieni. Jak zauroczeni wpatrujemy się w magiczny spektakl natury.

Kryzys przychodzi nocą, kiedy zaczynamy odczuwać skutki braku aklimatyzacji. Organizm się buntuje. Głowa pulsuje i nie daje zasnąć. Po kilku godzinach przerywanego snu budzą nas głosy przed namiotem. Okazuje się, że tego dnia na wulkan wybrała się też spora grupa prowadzona przez organizację Quetzaltrekkers. Trzęsąc się z zimna, zbieramy się na wschód słońca. Niestety, nie jest już tak spektakularny jak zachód.

 

OAZA W ŚRODKU TROPIKALNEGO LASU

Po zdobyciu dachu Ameryki Centralnej należy nam się odpoczynek. Możemy wybrać się na wybrzeże Pacyfiku, wyruszamy jednak nad wodospad Semuc Champey. Turkusowe kaskady otoczone gęstym lasem tropikalnym wydają nam się bardziej atrakcyjne niż plaża i palmy. Jedynym wyzwaniem jest dojazd. Ten cud natury znajduje się w odległym rejonie (w departamencie Alta Verapaz), a prowadząca do niego kręta, wyboista droga przecina serpentynami góry. Dla nas brzmi to zachęcająco. Ruszamy w stronę miasta Cobán. Po godzinie jazdy utykamy w sznurze samochodów. Dalej nie dojedziecie – informuje nas jeden z czekających kierowców. Droga jest zamknięta przez protesty. Otworzą ją dopiero po południu. Tego nie przewidzieliśmy. Staramy się rozeznać w sytuacji – może znajdziemy jakiś objazd? Miejscowi kręcą głowami. Nie mamy szans przejechać, wszystko jest poblokowane. Pozostaje nam czekać. W centrum wydarzeń znajduje się kilkunastoosobowa grupa z megafonem. Wytykają władzom pazerność i korupcję. Przyglądamy się protestującym i czytamy hasła z ich żądaniami. Są przyjaźnie nastawieni, uśmiechają się. Podpytują nas o Polskę i opowiadają o swojej sytuacji. Bardzo dużo płacimy za prąd. Nie powinno tak być! – słyszymy od kilku osób. Niektórzy mówią nam jednak, że protesty są ustawione, a mieszkańcy wiosek otrzymują wynagrodzenie za blokowanie dróg. Za to my tracimy przez nich pieniądze, bo nie dowieziemy towarów na czas – narzeka jeden z mężczyzn.

Po 14.00 droga zostaje w końcu odblokowana. Ruszamy dalej. Krajobrazy wokół nas stają się coraz bardziej imponujące. Przejeżdżamy przez porośnięte gęstą zielenią góry. Zabudowań jest znacznie mniej. Z oddali dociera do nas huk rzeki Cahabón. Przepływa przez okoliczne doliny, aż nagle znika pod naturalnym wapiennym mostem. Na jego powierzchni powstały baseny wypełnione krystalicznie czystą wodą, która przelewa się między nimi, tworząc dziesiątki strumieni i wodospadów. Tak właśnie wygląda Semuc Champey. Najładniej prezentuje się z góry. Wchodzimy w głąb tropikalnego lasu i wspinamy się stromą ścieżką na punkt widokowy. W powietrzu unosi się wilgoć. Choć trasa nie jest ani specjalnie trudna, ani długa, pot leje się z nas strumieniami. Nie możemy się już doczekać chwili, gdy zanurzymy się w przejrzystej wodzie. W basenach można spędzić cały dzień na przepływaniu z jednego do drugiego, korzystaniu z naturalnych zjeżdżalni i skakaniu z wysokich półek skalnych. To prawdziwa oaza i idealne miejsce na odpoczynek.

 

Świątynia II (Świątynia Masek) w dawnym majańskim mieście Tikal

©© JACEK ŚLEDZIŃSKI/WWW.SLEDZNAS.PL

 

ŚLADAMI MAJÓW

Gwatemala to dawne serce imperium Majów. Porośnięta gęstym lasem nizina Petén położona na północy kraju zajmuje mniej więcej 33 proc. jego powierzchni. Jednocześnie stanowi najrzadziej zaludniony gwatemalski region. To właśnie tutaj ukryte są ruiny dawnych miast. Najsłynniejszym z nich jest Tikal. Turystów wpuszcza się na jego teren od godziny 6.00. Wstajemy jeszcze przed wschodem słońca, żeby zdążyć przed większymi grupami odwiedzających. Gęsty las powoli budzi się do życia. Ciszę rozdzierają głośne wołania wyjców. Najpierw kierujemy się do Świątyni IV (Świątyni Dwugłowego Węża) – najwyższej, na którą można się wspiąć (prawie 70 m). Wpatrujemy się w kolejne piramidy wyłaniające się pomiędzy koronami drzew. Wciąż spowite są poranną mgłą, która jeszcze nie zdążyła opaść.

Tikal uważany jest za ważny ośrodek dawnego państwa Majów. Okres jego największego rozkwitu przypadł na VII–VIII w. Co ciekawe, już niecałe 200 lat później z nieznanych przyczyn miasto zostało opuszczone i zapomniane. Dopiero w XVII stuleciu odkryli je hiszpańscy misjonarze. Jego centrum zajmuje Wielki Plac (Gran Plaza) ze słynną Świątynią Wielkiego Jaguara (Świątynią I) i zabudowaniami Akropolu. Kontynuujemy spacer między ruinami i docieramy do placu o wymownej nazwie Zaginiony Świat (Mundo Perdido). Kompleks obejmuje kilka świątyń. Dawniej prowadzono tu także obserwacje astronomiczne. Przysiadamy na kamiennych stopniach i wsłuchujemy się w szept historii. Choć Tikal to niewątpliwie jedna z największych atrakcji turystycznych Gwatemali, w niektórych miejscach jesteśmy sami. Towarzyszą nam jedynie dzikie zwierzęta takie jak zabawne ostronosy, małpy czepiaki i różne gatunki egzotycznych ptaków.

 

Wydanie Wiosna 2018