JOANNA CZUPRYNA

<< Można by pomyśleć, że lasy, jeziora, pagórki, ruiny budowli z cegły, kościelne wieże i wiejskie zagrody tworzą krajobraz, jakich wiele. Po przejechaniu granicy w Świecku kierowców wita tablica kraju związkowego Niemiec i… monotonia za oknem. „Zielone pustkowie” – zanotował w drugiej połowie XIX w. Theodor Fontane (1819–1898), najsłynniejszy pisarz regionu, który przez kilkanaście lat niestrudzenie podróżował po swojej małej ojczyźnie, aby na końcu stwierdzić – „Przemierzyłem Brandenburgię, uznając ją za bogatszą, aniżeli śmiałem przypuszczać”. Pięć tomów „Wędrówek po Marchii Brandenburskiej” jest dobrym przykładem na to, że pierwsze, często pobieżne wrażenia mogą mylić i pozbawić nas szansy na przeżycie czegoś wspaniałego. Dlatego proponuję zwolnić, zjechać z autostrady i pomknąć w głąb krainy, która ma znacznie więcej do zaoferowania niż pozornie niczym się nie wyróżniające widoki. >>

To jeden z trzech niemieckich landów graniczących z Polską (oprócz Meklemburgii-Pomorza Przedniego i Saksonii). Po przystąpieniu naszego kraju do Unii Europejskiej w 2004 r. oraz strefy Schengen w 2007 r. odwiedziny u zachodnich sąsiadów stały się dla Polaków łatwiejsze niż kiedykolwiek. Od początku po obu stronach Odry dużą uwagę zwraca się na wspólne projekty turystyczne, połączenia komunikacyjne i wymianę doświadczeń. Dzięki temu nasi rodacy coraz częściej przyjeżdżają do Brandenburgii w celach wypoczynkowych. W tutejszych miastach i gminach natomiast pojawiają się polskojęzyczne tablice informacyjne i broszury czy też audioprzewodniki.
Sposobów na zwiedzanie brandenburskich atrakcji znajdziemy na pewno dużo. My chcielibyśmy podsunąć szczególnie kilka naszym zdaniem najciekawszych pomysłów na wycieczki na sezon wiosenno-letni.

 

WĘDROWANIE CZYNI SZCZĘŚLIWYM
Auf Schusters Rappen ¬– mówią Niemcy o wyprawach pieszych (wyrażenie oznacza dosłownie „na koniu szewca” i pochodzi z XVII w., a dotyczy sposobu podróżowania ludzi biednych, którzy niczym szewc nie mieli koni). O powracającej modzie na tego rodzaju wojaże świadczą chociażby liczne reportażowe książki dziennikarzy i celebrytów, którzy kilkusetkilometrową podróż po Brandenburgii i przyległych landach opisują jako większą egzotykę niż karaibskie plaże albo tajskie świątynie. Za najpopularniejsze uchodzą jednak krótkie rodzinne wypady za miasto w weekendy i świąteczne dni.
     Na pograniczu Berlina do spacerów zapraszają lasy dzielnic Grunewald, Spandau i Tegel, gdzie szlaki wiodą wzdłuż Haweli, a właściwie licznych jezior, przez które ta rzeka przepływa. W trakcie wspinaczki na niewielkie wzgórze na półwyspie Schildhorn można szybko zapomnieć, że jest się w granicach 3,5-milionowej metropolii. Według legendy XII-wieczny słowiański książę Jaksa z Kopanicy przeprawił się w tym miejscu na drugi brzeg, uciekając przed Albrechtem Niedźwiedziem, późniejszym założycielem Marchii Brandenburskiej. W podzięce za cudowne ocalenie obiecał przejść na wiarę chrześcijańską, a na pobliskim drzewie powiesił swoją tarczę (Schild) i róg (Horn). Równie atrakcyjnie po zachodniej stronie Berlina prezentuje się willowa dzielnica Wannsee, z której promem dostaniemy się na Pawią Wyspę (Pfaueninsel) z romantycznym pałacykiem i ptasią wolierą — dawną posiadłością rodu Hohenzollernów. Stąd niedaleko już do 160-tysięcznego Poczdamu i trzech kompleksów pałacowo-parkowych: Sanssouci, Neuer Garten (Nowy Ogród) i Babelsberg o łącznej powierzchni prawie 500 ha. Najlepiej poruszać się po nich pieszo, gdyż ścieżki rowerowe wiodą tylko ich obrzeżami. Niezniszczone podczas wojny budowle, altanki, wieże widokowe, a w końcu i wspaniałe zrekonstruowane ogrody zachwycają mnogością stylów i ozdób. Warto pamiętać, że w lipcu br. przypada 70. rocznica konferencji poczdamskiej, którą zorganizowano w Pałacu Cecilienhof, wzniesionym dla następcy tronu Wilhelma Hohenzollerna (1882–1951) i jego żony Cecylii (1886–1954) na początku XX w.

FOT. STIFTUNG PREUSSISCHE SCHLÖSSER UND GÄRTEN BERLIN - BRANDENBURG/ROLAND HANDRICK

Fontanna i ogrody tarasowe przed poczdamskim Pałacem Sanssouci


    Jednym z piękniejszych krajobrazowo rejonów Brandenburgii jest stosunkowo mało znana wśród polskich turystów kraina zwana Szwajcarią Marchijską (Märkische Schweiz), położona niedaleko granicy. Wycofujący się lodowiec pozostawił na tym terenie liczne pagórki, jeziora i wielkie głazy. Nie trzeba tu nawet specjalnie szukać konkretnych szlaków, wystarczy podejść do brzegu największego akwenu Schermützelsee (w okolicy znajduje się ich ponad 20) i rozpocząć wędrówkę. Już po chwili stanie się jasne, dlaczego centrum tego regionu – miejscowość Buckow – pełniło funkcję letniego schronienia dla artystów z Berlina, m.in. pisarza Bertolta Brechta (1898–1956) i jego życiowej partnerki, a później żony, austriackiej aktorki Helene Weigel (1900–1971).
     Szczególnie ciekawą formą spacerów z dziećmi są wyprawy z osłem, który niesie bagaż, a czasem i małego, strudzonego turystę na swoim grzbiecie. Takie kilkugodzinne, jedno- lub nawet wielodniowe wycieczki organizują gospodarstwa przy Parku Narodowym Doliny Dolnej Odry (projekt Packeseltouren Brandenburg) albo w zachodniej części landu w gminie Stüdenitz-Schönermark (Eseltrekking).
     Jednak prawdziwym wyzwaniem dla piechurów będzie pokonanie chociaż jednego etapu z ponad 400-kilometrowej trasy wokół Berlina — Szlaku 66 Jezior (66-Seen-Wanderweg). Autor przewodnika, Manfred Reschke, określa go jako kwintesencję Brandenburgii, atrakcję przyciągającą przez okrągły rok nie tylko miłośników natury. To właśnie wzdłuż niego znajdują się Zamek Marquardt (w dzielnicy Poczdamu), miejsce kręcenia co najmniej 20 filmów i produkcji telewizyjnych, Rüdersdorf bei Berlin z uznanym parkiem muzealnym na obszarze dawnego wydobycia i obróbki wapienia, kurort Bad Saarow oraz miasto książek i bunkrów – Wünsdorf (obecnie część Zossen). Szlak 66 Jezior należy bez wątpienia do najbardziej interesujących nizinnych dróg rekreacyjnych w Niemczech.

 

NA DWÓCH KÓŁKACH
W 2014 r. Powszechny Niemiecki Klub Rowerowy (ADFC – Allgemeiner Deutscher Fahrrad-Club) uznał ten land za drugi najbardziej przyjazny rowerzystom kraj związkowy zaraz po Bawarii. Na tę ocenę składają się nie tylko jakość ścieżek i ich oznakowanie, ale również przydrożna infrastruktura, bezpieczeństwo, możliwość układania własnych tras, dojazd środkami publicznego transportu do punktów startowych czy wreszcie atrakcyjność okolicy pod względem kulturowym, historycznym i krajobrazowym. Na amatorów dwóch kółek czeka w Brandenburgii sieć o łącznej długości ponad 7 tys. km, 51 szlaków tematycznych, a wśród nich aż 18 odznaczonych gwiazdkami ADFC jako drogi premium. Na nocleg zatrzymamy się w położonych w pobliżu obiektach Bett+Bike (dosł. „łóżko i rower”) o różnym standardzie: od pól kempingowych po kilkugwiazdkowe hotele. Cykliści otrzymują w nich fachowe wskazówki i materiały, a nawet naprawią sprzęt, jeśli zajdzie taka potrzeba. Działają tutaj też sprawnie wypożyczalnie rowerów, usytuowane przy stacjach kolejowych lub punktach informacji turystycznej.
     Przez land wiedzie kilka szlaków o ponadregionalnym zasięgu, np. Międzynarodowa Trasa Rowerowa Euro-Route R1 (odcinek berlińsko-brandenburski ma 209 km), droga łącząca Berlin z Kopenhagą (122 km po terenie Brandenburgii) i ze Szczecinem (337 km w Niemczech) czy ścieżka wzdłuż Nysy Łużyckiej i Odry (282 km), przebiegająca po niemieckiej stronie, ale z widokami na polskie ziemie. Podobnie jak w przypadku wędrówek pieszych, cały kraj związkowy możemy objechać również na dwóch kółkach. Podczas takiej wyprawy pokonamy 1111 km, zwiedzimy 29 miast, często z zachowanym historycznym śródmieściem, 11 parków krajobrazowych, 3 rezerwaty biosfery i jeden park narodowy. Certyfikowana przez ADFC Trasa Brandenburska otrzymała aż 4 gwiazdki. Nie trzeba jednak porywać się na kilkusetkilometrowe wycieczki w ciągu jednego sezonu. Zarówno przybysze, jak i miejscowi najchętniej wskakują na rower, aby pokonać jedno- lub dwudniowe odcinki.
     Warto szczególnie zwrócić uwagę na 3-gwiazdkowy szlak śladami księcia Hermanna von Pückler-Muskau (Fürst-Pückler-Weg), który zahacza o polską granicę w południowej części kraju związkowego. Rozpoczyna się on i kończy w Cottbus (Chociebużu), stolicy Łużyc Dolnych. Biegnie 500 km przez zachwycające ogrody i parki oraz obok industrialnych pozostałości regionu, zdewastowanego odkrywkowymi kopalniami węgla. Te ostatnie powoli zamieniają się w jeziora, co stanowi efekt 10-letniego projektu w ramach Międzynarodowej Wystawy Budowlanej Fürst-Pückler-Region (Internationale Bauausstellung Fürst-Pückler-Land – IBA), zakończonego w 2010 r. Już teraz postępowi tego procesu przyjrzymy się z licznych tarasów i wież widokowych. Miłośnicy przyrody powinni koniecznie zajechać do Wschodnioniemieckiego Ogrodu Różanego (Ostdeutscher Rosengarten) w Forst (Lausitz), który dwa lata temu obchodził swoje stulecie. Otwarty przez cały rok i pięknie odnowiony na jubileusz, zaprasza przede wszystkim pod koniec czerwca na 3-dniowy festyn róż – Rosengartenfesttage (kolejny w dniach 26–28 czerwca 2015 r.). Nieco dalej na południe szlak przekracza granicę Brandenburgii z Saksonią, żeby poprowadzić turystów do największego założenia w angielskim stylu w Europie Środkowej – Parku Mużakowskiego, Parku Muskau (od 2004 r. na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO). Jego większa część (ok. 500 ha) znajduje się po polskiej stronie, ale mosty na Nysie Łużyckiej umożliwiają swobodne poruszanie się po ponad 700-hektarowym terenie. Jego twórca, wspomniany książę Hermann von Pückler-Muskau (1785–1871) był niezwykle barwną postacią na ówczesnych europejskich dworach. Dużo podróżował i nie stronił od hulaszczego trybu życia. Pasjonował się też ogrodnictwem i słynął z dość ekscentrycznych upodobań (podobno medytował nad otwartymi trumnami swoich przodków, a z jednej podróży przywiózł sobie egzotyczną niewolnicę). Nie trzymały się go jednak pieniądze i w 1845 r. musiał sprzedać wspaniałą posiadłość w Mużakowie. Wraz ze swoją żoną przeniósł się do Branitz – Rogeńc (dzisiaj część Chociebuża), gdzie zaprojektował kolejny ogród. Po śmierci został pochowany w niewielkiej sztucznej piramidzie pośrodku jeziora, która razem z parkiem i pałacem jest jednym z ważniejszych punktów tej trasy.
     Wreszcie nawet osoby nie będące wielbicielami obiektów przemysłowych lub górniczych maszyn powinny zajrzeć do miasta Lauchhammer (Łuchow). Wznoszą się w nim monumentalne ceglane wieże niegdysiejszej koksowni, służące kiedyś do biologicznego oczyszczania ścieków. Nieprzypadkowo nazwano je „łużyckim Castel del Monte” („Castel del Monte der Lausitz”), gdyż przywodzą na myśl dawne średniowieczne zamki (w stylu XIII-wiecznego Castel del Monte Fryderyka II Hohenstaufa w Andrii we włoskiej Apulii). Tylko 15 km dzieli tę miejscowość od potężnej koparki F60 (właściwie mostu przerzutowego), udostępnionej do zwiedzania po zamknięciu kopalni odkrywkowej. Stalowy kolos, ochrzczony przez miejscowych „leżącą wieżą Eiffla”, waży 11 tys. t i mierzy pół kilometra długości (502 m). Od kilku lat atrakcyjnie podświetlany stanowi fantastyczne tło dla imprez o ponadregionalnym zasięgu, m.in. odbywających się w tym samym czasie F60 Europejskiego Festiwalu Muzyki Celtyckiej (F60 European Celtic Music Festival – 5–6 czerwca 2015 r.) oraz zjazdu fanów twórczości pisarza J.R.R. Tolkiena Lord of the Rings online – Sippentreffen (4–7 czerwca 2015 r.).

 

BŁĘKITNY RAJ MIĘDZY ODRĄ A ŁABĄ
Mimo iż Brandenburgia nie leży nad morzem, wszystko kręci się w niej wokół wody. Nazwy mnóstwa regionów turystycznych (w odróżnieniu od obszarów administracyjnych) pochodzą od lokalnych rzek bądź innych akwenów, np. Havelland, czyli Kraina nad Hawelą, Seenland Oder-Spree – Kraina Jezior Odra-Szprewa albo Elbe-Elster-Land, nadana południowym ziemiom nad rzeką Elsterą i Łabą. Nie ma w tym nic dziwnego, bo w granicach tego kraju związkowego znajduje się ponad 3 tys. jezior i 33 tys. km cieków wodnych, a tutejsza sieć szlaków żeglownych w połączeniu z berlińską i należącą do sąsiedniego landu Meklemburgii-Pomorza Przedniego uchodzi za największą w Europie, tworząc tzw. Błękitny Raj (Das blaue Paradies). Rejsy po tym malowniczym terenie najlepiej łączą aktywny wypoczynek ze zwiedzaniem, a poza tym doskonale uzupełniają je piesze i rowerowe wycieczki. Wprowadzone kilkanaście lat temu regulacje pozwalają na kierowanie wyczarterowanymi łodzią lub jachtem nie dłuższymi niż 15 m bez uprawnień sternika (tzw. Charterbescheinigung) na określonych przepisami wodach.

FOT. TMB-FOTOARCHIV/ULF BOETTCHER FOT. TMB-FOTOARCHIV/ULF BOETTCHER

Jachty pływające po tzw. Błękitnym Raju EuroPodróże wiosna 2015 • ALLINCLUSIVE 135


     W Brandenburgii i Berlinie wytyczono aż 8 tys. km szlaków żeglownych przez jeziora, rzeki i kanały. W stolicy Niemiec, gdzie udostępniono 200 km dróg, można obejrzeć z pokładu historyczne centrum miasta, Wieżę Telewizyjną (Fernsehturm), Wyspę Muzeów (Museumsinsel), dzielnicę rządową (Regierungsviertel) z gmachem Reichstagu bądź Pałac Charlottenburg. Tylko do Bramy Brandenburskiej trzeba – niestety – podejść. Szprewa (Sprewa) i Hawela połączone są dwoma kanałami z Odrą. Przy tym drugim – Oder-Havel-Kanal (82,8 km długości) – warto rozważyć wyprawę równoległym 32-kilometrowym Kanałem Finow (Finowkanal). To najstarsza, wciąż używana, sztuczna trasa wodna Niemiec (1605 r.), uznana za zabytek. Największą atrakcję po drodze i prawdziwą ucztę dla oczu w tej okolicy stanowi monumentalna podnośnia statków Niederfinow, która w ciągu kilkunastu minut pozwala pokonać różnicę 36 m. Oddano ją do użytku w 1934 r., co czyni ją najstarszym funkcjonującym tego typu obiektem w kraju. Niederfinow i pobliskie Eberswalde z fantastycznym leśnym zoo trzeba koniecznie odwiedzić, czy to samochodem, rowerem czy pieszo.
     Przy południowym szlaku w kierunku Berlina, czyli kanale Odra-Szprewa (ok. 85 km długości), można wybrać krótszą drogę przez Fürstenwalde/Spree lub odbić na południe. Dziedziniec średniowiecznego Zamku Beeskow opanowują latem młodzi śpiewacy sceny operowej (Oper Oder-Spree), a dla mieszkańców i przyjezdnych odbywają się w tym czasie liczne przedstawienia i pokazy teatralne.
     Położony jeszcze dalej na południe unikatowy Rezerwat Biosfery UNESCO Spreewald z dwoma centralnymi miejscowościami: Lübben (Lubin) i Lübbenau/Spreewald jest zamknięty dla łodzi motorowych. Po labiryncie kanałów wolno poruszać się samodzielnie kajakiem albo z miejscowymi usługodawcami specjalną płaskodenną łodzią, tzw. Spreewaldkahn. Bogatą ofertę wycieczek różnej długości (od godziny po cały dzień) uzupełniają degustacje regionalnych produktów: ogórków, szparagów, likierów jajecznych. W sezonie letnim wieczorem na większych przystaniach i w gospodach organizuje się imprezy z tradycyjnymi strojami, muzyką i zwyczajami Łużyczan. Odważniejsi turyści mogą spróbować swoich sił w pływaniu na desce surfingowej z jednym wiosłem w ręku – tzw. SUP (m.in. w Burg).
     Tuż przed centrum Köpenick, dzielnicy Berlina, w której Dahme uchodzi do Szprewy, rozpościera się największe stołeczne jezioro Müggel (Müggelsee – 7,4 km² powierzchni), raj nie tylko dla żeglarzy. Warto zostawić tu na chwilę łódź i wspiąć się na najwyższe naturalne wzniesienie w Berlinie – Müggelberge (114,7 m n.p.m.). Z tarasu widokowego dostrzeżemy odległą o ok. 40 km halę Tropical Islands, a po przeciwnej stronie słynną Wieżę Telewizyjną.

FOT. DEUTSCHE ZENTRALE FÜR TOURISMUS E.V./JOCHEN KNOBLOCH

Katedra w Brandenburgu nad Hawelą


     W berlińskiej dzielnicy Spandau, dawnej słowiańskiej osadzie, 400-kilometrowa Szprewa uchodzi do Haweli (343 km), należącej do najpopularniejszych rzek w Niemczech. Jej wolny bieg i atrakcyjny krajobraz cenią sobie przede wszystkim kajakarze. Bierze ona swój początek w jednym z meklemburskich jezior, potem płynie łukiem na południe, aby za Berlinem wziąć ostry zakręt na zachód i w okolicach Havelbergu połączyć się z Łabą. Między stolicą a ponad 70-tysięcznym Brandenburgiem bieg Haweli wyznacza szereg akwenów, następujących po sobie niczym koraliki na nitce. Na rozległych brzegach znajdują się liczne przystanie, gospody serwujące specjalność regionu, czyli sandacza przyrządzanego na wszelkie sposoby, oraz kempingi przygotowane na przyjęcie turystów prosto z pokładu. Z Wannsee ruszają statki kilku armatorów w kierunku Poczdamu, Werderu (Havel) i Brandenburga nad Hawelą (Brandenburg an der Havel). W tym rejonie zachwycają pięknie położone nad wodą pałace oraz świątynie, z których największe wrażenie robi XIX-wieczny Kościół Zbawiciela w poczdamskiej dzielnicy Sacrow, zbudowany na fundamencie częściowo umieszczonym w nurcie Haweli. Neogotycki Zamek Babelsberg z wieżą Flatow (Flatowturm), Pałac Cecilienhof, przypominający żagle na statku bardzo nowoczesny Teatr Hansa Otto (Hans Otto Theater) i wreszcie śródmieście z nowo odbudowanym Pałacem Miejskim (Stadtschloss) to tylko niektóre punkty przyciągające wzrok na tej trasie. Po opuszczeniu Poczdamu wokół robi się zdecydowanie spokojniej, ale już po chwili na horyzoncie ukazuje się jeden z najbardziej malowniczych widoków – wyspa Werder, najstarsza część 25-tysięcznej miejscowości o tej samej nazwie, z charakterystyczną sylwetką neogotyckiej wieży Kościoła św. Ducha. W pobliżu rosną olbrzymie sady i rozciągają się rozległe winnice. Natomiast co roku odbywa się tu drugi co do wielkości festyn ludowy w Niemczech po słynnym monachijskim Oktoberfeście. W trakcie Baumblütenfest, czyli Święta Kwitnienia Drzew, na ulicach hektolitrami leje się owocowe wino, udekorowane lampionami wzgórza zapraszają do historycznych ogródków i na parkiety do tańca, a brzegi jezior oblegane są do późnych godzin nocnych. 136. już edycja tej imprezy potrwa od 25 kwietnia do 3 maja 2015 r.

 

W KOLOROWYM OGRODZIE
Najważniejsze wydarzenie tegorocznego sezonu w Brandenburgii stanowi Krajowa Wystawa Ogrodnicza (BUndesGArtenschau – BUGA 2015), która po raz pierwszy w historii odbędzie się jednocześnie w kilku miejscowościach, do tego położonych na pograniczu dwóch landów. Tereny wystawowe przygotowuje się w Brandenburgu, Premnitz, Rathenow, Amt Rhinow oraz w Havelbergu (Saksonia-Anhalt). Poza Amt Rhinow wszystkie te punkty łączy niebieskie pasmo Haweli. Wydarzenie zaplanowano na dni od 18 kwietnia do 11 października. Każde z miast gospodarzy ma swoje hasło i zaprezentuje kilkanaście założeń ogrodowych.
     W Brandenburgu (motto przewodnie Ursprung – „źródło”) kolorowe dywany zakwitną m.in. na Marienbergu (ok. 80 m n.p.m.), owianym legendami wzgórzu, które w swojej historii było miejscem kultu wielu religii. Po raz pierwszy też jako hala wystawowa posłużą zabezpieczone ruiny zniszczonego w czasie wojny klasztornego Kościoła św. Jana z początku XV w. (St. Johannis-Kirche). Ogrody tematyczne (aż 33) powstaną na terenie dawnej stoczni i przeładowani (Packhof).
     Premnitz (Impuls – „impuls”), miasto zdominowane niegdyś przez przemysł, wyznaczyło swoją strefę pokazową tuż nad brzegiem Haweli i wokół Ratusza. Tutaj m.in. można będzie wydobyć energię z ziół, warzyw i owoców, które trafiają na codzienny stół, oraz dowiedzieć się, co to takiego biomasa.
     Rathenow (Weitsicht – „szerokie spojrzenie”) organizowało już brandenburską wystawę ogrodniczą w 2006 r. Stworzono wówczas kolorowy Park Optyczny, nawiązujący do ponad 200-letniej tradycji ośrodka. Zakłady Optyczne (Rathenower Optische Werke – ROW), założone w 1801 r. przez Johanna Heinricha Augusta Dunckera (1767–1843), a rozbudowane przez jego syna Eduarda, w połowie XIX w. miały blisko 300 punktów sprzedaży na całym świecie. Tym razem imprezy ogrodnicze odbędą się także na Wzgórzu Winnym (Weinberg) z wieżą Bismarcka (Bismarckturm).
     Z kolei Amt Rhinow (Mut – „odwaga”) jest kolebką niemieckiego lotnictwa, gdyż to na tutejszych wzgórzach Otto Lilienthal wykonywał loty z aparatem szybowcowym. Niestety, jeden z nich skończył się upadkiem z wysokości ok. 15 m, w wyniku którego ten 48-letni wynalazca i pionier lotnictwa zmarł w sierpniu 1896 r. Próby oparte na jego wnioskach z licznych eksperymentów kontynuowali m.in. Octave Chanute (1832–1910) oraz bracia Wright – Orville (1871–1948) i Wilbur (1867–1912). W 1989 r. na pobliskiej trawiastej łące po mistrzowsku wylądował kapitan Heinz-Dieter Kallbach (ur. w 1940 r.) za sterami radzieckiej jednostki Ił-62, która skończyła swój żywot jako samolot pasażerski w enerdowskiej firmie lotniczej Interflug. Nazwana od imienia żony Lilienthala „Lady Agnes” pełni dzisiaj funkcję niewielkiego muzeum poświęconego życiu i dokonaniom pierwszego lotnika.
     Wreszcie w Havelbergu w Saksonii-Anhalt (Erkenntnis – „poznawanie”) wystawy poświęcone np. ludzkiej egzystencji oraz duchowemu rozwojowi (ogród rajski, ogród mnisi itd.) obejrzymy na wzgórzu wokół romańskiej Katedry oraz w miejskim Kościele św. Wawrzyńca. W tzw. Domu Rzek (Haus der Flüsse), specjalnie wzniesionym na potrzeby wydarzenia, zaprezentowana zostanie ekspozycja dotycząca Rezerwatu Biosfery Środkowej Łaby.
     Bez wątpienia warto odwiedzić tę zapowiadającą się niezmiernie interesująco i kolorowo największą imprezę ogrodniczą w Niemczech. Szacuje się, że do Brandenburgii przyjedzie ją podziwiać ok. 1,5 mln gości. Z pewnością nie zabraknie wśród nich i Polaków.

Artykuły wybrane losowo

Drugie życie fascynującej Kambodży

ANNA MOLĘDA-KOMPOLT

 

Położona w południowo-wschodniej części Azji Kambodża to kraj o długiej i pełnej tragicznych wydarzeń historii. Zamieszkuje ją prawie 16 mln ludzi, którzy wciąż w większości nie znają pośpiechu charakterystycznego dla cywilizacji Zachodu, a nade wszystko cenią sobie więzi rodzinne i utrzymywanie relacji społecznych. Mimo stosunkowo niewielkiej populacji i powierzchni (ok. 181 tys. km2) jest miejscem niezmiernie ciekawym. Podróżników przyciągają w te strony ciepłe morze, rafy koralowe, biały piasek wybrzeża, świątynie, malownicza kambodżańska stolica Phnom Penh, cudowne krajobrazy i bardzo mili, uśmiechnięci i serdeczni ludzie. Zdecydowanie warto się tu wybrać, i to nie tylko na trzydniową wycieczkę do słynnego kompleksu zabytków Angkor.

Więcej…

KOSTARYKA – LATYNOSKA OAZA SZCZĘŚCIA

HANNA BORA

www.sledznas.pl

 

<< Niewielka Kostaryka zdecydowanie wyróżnia się na tle pozostałych krajów Ameryki Centralnej. Nie znajdziemy tu dawnych miast prekolumbijskich cywilizacji, barwnych grup etnicznych czy uroczych, kolonialnych miasteczek. Największym jej bogactwem jest dziewicza natura: gęste lasy tropikalne, piękne plaże ciągnące się kilometrami, majestatyczne wulkany i krystalicznie czyste wodospady oraz niezwykła różnorodność flory i fauny. Na powierzchni sześć razy mniejszej niż terytorium Polski występuje ponad 500 tys. gatunków roślin i zwierząt, z czego aż 10 proc. to endemity. Powyżej 25 proc. obszaru państwa stanowią tereny objęte ochroną – należą do parków narodowych i rezerwatów. Kostaryka jest prawdziwym rajem dla miłośników przyrody. >>

 

Park Narodowy Manuel Antonio na pacyficznym wybrzeżu kraju, koło miasta Quepos

© JACEK ŚLEDZIŃSKI/WWW.SLEDZNAS.PL

 

Nazwa kraju w języku hiszpańskim – Costa Rica – oznacza Bogate Wybrzeże. Wymyślił ją podobno sam Krzysztof Kolumb, który jako pierwszy Europejczyk dotarł tu we wrześniu 1502 r. Na widok złotych ozdób miejscowej ludności zaświeciły mu się oczy. Był przekonany, że znajdzie w tych stronach niemałe pokłady tego drogocennego kruszcu. Poszukiwania nie przyniosły jednak oczekiwanego rezultatu. Dodatkowo utrudniała je dzika roślinność karaibskiego wybrzeża. Zainteresowanie kolonizatorów tym trudnym i niedostępnym terenem osłabło.

Obecnie Kostaryka jest jednym z najlepiej rozwiniętych państw regionu. Jej mieszkańcy, którzy sami mówią na siebie ticos i ticas, według wielu rankingów (takich jak np. Happy Planet Index) są najszczęśliwszym narodem świata. Do tego na tle burzliwej przeszłości, problemów politycznych i społecznych swoich sąsiadów kraj ten wydaje się prawdziwą oazą pokoju i spokoju. W grudniu 1948 r. w Kostaryce została rozwiązana armia. Ówczesne władze zadecydowały, że zamiast w wojsko wolą zainwestować w edukację i opiekę medyczną. Dzięki temu dziś wskaźnik analfabetyzmu w kraju jest bardzo niski. Nie znaczy to jednak, że Kostaryka nie boryka się z żadnymi problemami. Gołym okiem widać ogromne dysproporcje społeczne, a niemal jedna piąta ludności żyje w ubóstwie.

 

EKOLOGICZNY PRYMUS

Przekraczając granicę Nikaragui z Kostaryką, byliśmy do nowego kraju nastawieni dość sceptycznie. Trochę przerażały nas historie o wysokich cenach, tłumach amerykańskich turystów i komercji. Naszym pierwszym przystankiem stało się wybrzeże prowincji Guanacaste. To jeden z najbardziej suchych regionów w Kostaryce, a my czuliśmy się spragnieni tej bujnej, tropikalnej zieleni, którą kojarzyliśmy ze zdjęć. Plaże w Nikaragui wcale nie wyglądały gorzej, a przynajmniej ludzi było mniej – komentowaliśmy, mijając kolejne hotele i restauracje. Trafiliśmy akurat na weekend i iście piknikową atmosferę. Spotykaliśmy liczne rodziny i grupy przyjaciół, wokół roznosił się zapach grillowanego mięsa.

Pomimo sporej liczby ludzi kostarykańskie plaże są zaskakująco czyste. Wszyscy sprzątają po sobie, a śmieci lądują na swoim miejscu – w koszu. Wyjątkowo spokojna woda Pacyfiku jest przyjemnie ciepła i ma piękny, turkusowoszmaragdowy kolor. Pierwszy raz czuliśmy, że coś w nas mięknie i nie możemy przestać się uśmiechać. W trakcie naszej długiej podróży po Ameryce Centralnej widzieliśmy wiele pięknych miejsc. Często jednak nie byliśmy w stanie do końca się nimi cieszyć, bo całą radość psuły nam sterty papierków, plastikowe woreczki i butelki. W Kostaryce na szczęście jest inaczej.

Większość mieszkańców kraju naprawdę dba o przyrodę. Kolejne rządy bardzo angażują się w działalność na rzecz ekologii. Dzięki dużym opadom deszczu i aktywności geotermalnej Kostaryka jest pionierem na skalę światową, jeśli chodzi o wykorzystanie alternatywnych źródeł energii. Obecnie stawia sobie za cel osiągnięcie neutralności pod względem emisji dwutlenku węgla oraz całkowitą eliminację plastikowych produktów jednorazowego użytku, takich jak reklamówki, butelki, słomki itp. Te zadania kraj chce spełnić do 2021 r.

 

„PURA VIDA”

Kiedy pytamy miejscowych, jak dojechać na kolejną plażę, tłumaczą nam cierpliwie kolejne odcinki trasy. Na nasze podziękowania uśmiechają się od ucha do ucha i odpowiadają zgodnym chórem: Pura vida!. To samo słyszymy od kobiety, od której kupujemy przy drodze banany i ananasa. Tak witają nas też inni plażowicze, gdy rozkładamy się koło nich z naszym dobytkiem.

W dosłownym tłumaczeniu wyrażenie to znaczy „czyste życie”. Służy jako pozdrowienie, podziękowanie, odpowiedź na pytanie Co słychać?. Jest idealne na niemal każdą okazję i zawsze wyratuje nas w sytuacji, gdy nie wiadomo, co powiedzieć. Wcześniej wydawało nam się, że to nic innego jak reklamowe hasło mające przyciągnąć i zaintrygować turystów. Nic bardziej mylnego! Dla ticos i ticas oznacza zdecydowanie coś więcej. To piękna filozofia życia wyrażająca radość, poszanowanie dla natury i bliskich. Ludzie tutaj dbają o swoje dobre samopoczucie, unikają konfliktów i nie tworzą sztucznych problemów. Czym można się martwić, skoro wokół jest tak pięknie?

 

NA TROPIE LENIWCA

Po kilku dniach na wybrzeżu stwierdzamy, że plażowania mamy dość i ruszamy w stronę słynnego Rezerwatu Lasu Mglistego Monteverde (Reserva Biológica Bosque Nuboso Monteverde). Po dwóch godzinach jazdy zarówno krajobraz, jak i pogoda zmieniają się diametralnie. Droga wije się wśród zielonych gór (Sierra de Tilarán). W pewnym momencie asfalt się kończy i dalej jedziemy już wąską szutrówką. Robi się znacznie chłodniej, a niebo zasnuwa się ciemnymi chmurami. Roślinność staje się coraz gęstsza, coraz bardziej onieśmielająca.

Na miejsce dojeżdżamy już po zmroku. Okolice Monteverde to prawdziwe zagłębie turystyczne. Poza spacerem po słynnym mglistym lesie można tu wybrać się do ranarium (parku żab) lub mariposarium (motylarni) czy odwiedzić plantację kawy. Nie brakuje też atrakcji dla osób szukających mocniejszych wrażeń: wiszące mosty, zjazd na linie między koronami drzew. Zatrzymujemy się na spokojnym polu namiotowym przy pięknej polance. Jego właściciel namawia nas na nocne poszukiwania leniwców. Chwilę się zastanawiamy, ale jesteśmy zmęczeni po podróży i trochę odstrasza nas deszcz. Kiedy godzinę później widzimy grupę liczącą ponad 20 osób, nie żałujemy, że się nie zdecydowaliśmy. Znajdziemy leniwca sami.

Rano przy naszym obozowisku buszuje aguti. To całkiem spory gryzoń o złocistorudej sierści, charakterystyczny dla tropikalnych lasów Ameryki Środkowej i Południowej. Kiedy zdaje sobie sprawę z naszej obecności, od razu ucieka. Uznajemy to jednak za dobry znak i tuż po śniadaniu ruszamy wytropić leniwca. Nie jest to takie proste zadanie. Zwierzęta te prowadzą nocny tryb życia, a w ciągu dnia większość czasu śpią gdzieś wysoko w koronie drzew. Ich nazwa nie wzięła się znikąd. Leniwce poruszają się niespiesznie, wolno jedzą i trawią, a na ziemie schodzą jedynie raz w tygodniu, aby się wypróżnić.

Zadzieramy wysoko głowy i szukamy włochatej kuli między gałęziami. Kilka razy wydaje nam się, że już go mamy. Po bliższym przyjrzeniu się zauważamy jednak, że to jedynie guzy na pniu drzewa. Nie poddajemy się. Spacer po lesie okazuje się prawdziwą przyjemnością. Po wczorajszym deszczu wciąż jest bardzo wilgotno, a lekka mgła otula wierzchołki drzew. Gęsta roślinność plącze się wokół nas i tworzy swoisty labirynt. Przyglądamy się konarom porośniętym mchem i ogromnym paprociom. W pewnym momencie dociera do nas charakterystyczne stukanie. Tuż obok dostrzegamy dzięcioła. Znów rozglądamy się wokół i nagle… jest! Tym razem nie ma mowy o pomyłce. Widzimy delikatny ruch łapy i zarys pazurów. Robimy zdjęcia i dla pewności powiększamy obraz na ekranie aparatu. Wszystko się zgadza, pierwszy leniwiec upolowany.

 

Samica leniwca z młodym w tropikalnym lesie w okolicach miasteczka La Fortuna

© JACEK ŚLEDZIŃSKI/WWW.SLEDZNAS.PL

 

ŻYCIE W CIENIU WULKANU

Naszym kolejnym przystankiem jest jezioro Arenal, nad którym góruje imponujący wulkan o tej samej nazwie (1670 m n.p.m.). Przez setki lat nie wykazywał żadnej aktywności. Mieszkańcy nie traktowali go jako zagrożenie. Zaczęli wręcz o nim mówić jak o zwykłym górskim szczycie wyrastającym z tropikalnego lasu deszczowego. W lipcu 1968 r. zupełnie niespodziewanie olbrzym obudził się w sposób nagły i gwałtowny. Erupcje trwały kilka dni, a wulkan wypluwał w szale dym, lawę, kamienie i popiół. Trzy niewielkie wioski – Tabacón, Pueblo Nuevo i San Luís – zostały zmiecione z powierzchni ziemi, 87 osób zginęło.

Przez 42 lata Arenal był jednym z najbardziej aktywnych wulkanów świata i stał się wizytówką Kostaryki. Tłumy turystów przyjeżdżały do miasteczka La Fortuna, żeby obserwować jego napady złości. Nieoczekiwanie osiem lat temu uspokoił się. Wciąż zdarza mu się groźnie zabulgotać lub wyrzucić kolumnę popiołu, ale już nie w tak spektakularny sposób jak wcześniej. Arenal nadal przyciąga jednak przyjezdnych jak magnes. Wulkaniczna magma podgrzewa wodę w gorących źródłach, bardzo licznych w tej okolicy. Najpiękniejsze z nich należą do Tabacón Thermal Resort & Spa. Można tu znaleźć urocze kaskady i naturalne baseny otoczone tropikalną roślinnością. Właściciele chwalą się, że jako jedyni nie ingerują w działania przyrody. Odpoczynek w tych niecodziennych okolicznościach i luksusowych warunkach ma dość wygórowaną cenę. Na szczęście w pobliżu znajdują się gorące źródła na każdą kieszeń, nawet darmowe.

Kostaryka należy do światowych liderów ekoturystyki. Powstaje tutaj wiele obiektów, które za cel stawiają sobie harmonijne współistnienie z naturą. Jednym z nich jest Finca Luna Nueva Lodge. Można go określić jako hotel w sercu lasu deszczowego, ale to coś znacznie więcej. Nad krzewami otaczającymi ścieżkę unoszą się kolorowe kolibry. Przy basenie tukany skubią owoce palm. Największą gwiazdą jest tu jednak kilkutygodniowy leniwiec, który wczepiony w mamę nieśmiało spogląda na świat. Niedługo matka będzie musiała go opuścić – tłumaczy nam Alberto, prawdziwy pasjonat przyrody. Wybierze mu najbezpieczniejsze miejsce z najlepszym dostępem do pożywienia i zostawi go, żeby nauczył się samodzielności. To będzie dla niego szok. Porzucony maluch zaczyna wtedy rozpaczać i płakać. Brzmi to niemal jak płacz dziecka. Często ludzie znajdują takie leniwce, litują się nad nimi i zabierają do różnych ośrodków dla zwierząt, a tak naprawdę właśnie w ten sposób mogą im zaszkodzić.

Alberto pokazuje nam sporą część farmy. To tutaj uprawia się niemal wszystko, co można znaleźć na talerzu w hotelowej restauracji. Zaczęło się od imbiru i kurkumy. Obecnie na farmie są uprawy egzotycznych owoców, warzyw, ziół i przypraw. Nasz przewodnik odkrywa przed nami fascynujący świat roślin. Daje nam do spróbowania różnego rodzaju liście. Niektóre z nich wykorzystuje się w medycynie, inne podaje wojownikom przed walką, jeszcze inne mogą pomóc wyeliminować wroga. W zasadzie mam tutaj pod ręką wszystko, czego potrzebuję – śmieje się Alberto.

 

AROMATYCZNE ZIARNO ZŁOTA

Podczas pobytu w okolicach San José, Cartago czy Alajueli grzechem byłoby nie odwiedzić jednej z licznych plantacji kawy. Obszar kotliny Meseta Central (Valle Central) charakteryzuje się żyzną, wulkaniczną glebą. Panują tu idealne warunki do uprawy kawowca. Kawa odegrała bardzo ważną rolę w historii Kostaryki i wciąż ma duże znaczenie dla gospodarki tego kraju. Często nazywana jest grano de oro, co znaczy „ziarno złota”. Przywieziono ją ok. 1776–1779 r. z Jamajki. Jej uprawa szybko stała się głównym źródłem dochodów miejscowych, a sam produkt został ważniejszym towarem eksportowym niż cukier, tytoń i kakao. Początkowo kostarykańska kawa była eksportowana do Chile, skąd wysyłano ją do Wielkiej Brytanii jako pochodzącą z Valparaíso (Café Chileno de Valparaíso). Kiedy Anglicy odkryli źródło pochodzenia produktu, postanowili zainwestować w Kostaryce. Rozwój przemysłu kawowego pozwolił na modernizację kraju. Powstały pierwsze linie kolejowe, a San José stało się drugim po Nowym Jorku miastem Ameryk z publicznym oświetleniem elektrycznym.

Kostarykańska kawa uchodzi za jedną z najlepszych na świecie. Jedyna dopuszczalna w uprawie odmiana to arabica. Popularna w Brazylii robusta jest wręcz zakazana. W kraju działa Instytut Kawy (ICAFE – Instituto del Café de Costa Rica), który wyznacza najwyższe standardy jakości i kontroluje, czy zostają spełnione. Mamy tutaj idealne warunki glebowe i klimatyczne do uprawy kawowca – opowiada nam Alejandro, nasz przewodnik na plantacji Espíritu Santo w prowincji Alajuela. Plantacje w Kostaryce są zdecydowanie mniejsze niż te w Brazylii. To raczej niewielkie, rodzinne biznesy. Priorytet stanowi dla nas jakość. Z tego powodu najważniejszym etapem jest selekcja odpowiednich ziaren. Owoce dojrzewają w różnym tempie, dlatego nie używamy żadnych maszyn, wszystko zbiera się ręcznie. Pokazuje nam tradycyjny kosz, z którego korzystają pracownicy. Jest całkiem spory i pojemny. Stawka za pełny kosz owoców to 2 dolary amerykańskie. Większość pracowników plantacji pochodzi z sąsiedniej Nikaragui i przyjeżdża tu jedynie na czas zbiorów.

 

Śniadanie z ryżem z czarną fasolą (gallo pinto), jajecznicą, platanami i owocami

© JACEK ŚLEDZIŃSKI/WWW.SLEDZNAS.PL

 

GANGI SZOPÓW NA PLAŻY

Choć Manuel Antonio (Parque Nacional Manuel Antonio) to jeden z najmniejszych parków narodowych w Kostaryce, obecnie bije rekordy popularności. Trudno się temu dziwić. Malownicze położenie, złote plaże na skraju tropikalnego lasu, liczne trasy spacerowe oraz duża liczba zwierząt przyciągają turystów. Znajomi radzą nam odwiedzić park w tygodniu i zjawić się w nim jak najwcześniej. Mimo iż jesteśmy przed bramą o 7.30, na miejscu spotykamy już kilka grup. Niektórym towarzyszy przewodnik, kroczący na przedzie ze sporym teleskopem i wypatrujący mieszkańców lasu.

Szybko wymijamy innych i schodzimy w stronę plaży. Na niej harcują już kapucynki czarno-białe – jeden z czterech gatunków małp występujących w Kostaryce. Mają czarne futro, jedynie na twarzy i w okolicy ramion sierść jest biała. Są bardzo energiczne i szybko się przemieszczają. Na piasku wygrzewają się w słońcu pokaźnych rozmiarów iguany. Po krótkim odpoczynku na plaży decydujemy się przejść na punkty widokowe. Kilkaset metrów dalej, pod drzewami, zauważamy dość duże zgromadzenie. Gałęzie okupują niewielkie, urocze sajmiri rdzawogrzbiete. Zgrabnie przeskakują ponad głowami turystów, którzy próbują uwiecznić ich wyczyny.

Ścieżka zaczyna piąć się w górę. Jest gorąco, słońce świeci bardzo intensywnie. Na szczęście wysokie drzewa dają nam sporo cienia. Wchłaniamy zapachy i odgłosy lasu. Nad nami krążą różne gatunki ptaków, a co jakiś czas słyszymy w liściach szuranie aguti. Gdzieś z oddali dobiega głośne wołanie wyjców. Docieramy na punkt widokowy, z którego rozciąga się piękna panorama wybrzeża. Turkusowa woda lśni w popołudniowym słońcu. Piaszczyste plaże wyłaniają się spomiędzy zielonych wzgórz porośniętych gęstym lasem. Siadamy na ławce i rozkoszujemy się tym widokiem.

Kiedy wracamy na główną plażę w porze lunchu, jest na niej już całkiem duży tłok. Plażowicze odpoczywają, cieszą się słońcem i ciepłą wodą Pacyfiku. Niektórzy z tej błogości przysypiają. Właśnie na taki moment czekają szopy. Pojawiają się w niewielkich grupach i podkradają do plecaków czy toreb wypełnionych przysmakami. Wykorzystują chwilę nieuwagi, żeby uciec z cennym łupem. Co kilka minut słychać głośne okrzyki i można zobaczyć komiczny pościg za rabusiem. Szopy nic sobie z tego nie robią i po krótkiej przerwie próbują szczęścia ponownie.

 

PÓŁWYSEP OSA

Po kilku tygodniach spędzonych w Kostaryce mieliśmy wrażenie, że zobaczyliśmy już naprawdę wiele i mało rzeczy jest nas w stanie zaskoczyć. Jednak kiedy dojechaliśmy na półwysep Osa, zmieniliśmy zdanie. Według towarzystwa geograficznego National Geographic Society to jedno z miejsc o największej biologicznej różnorodności na świecie.

Głównym miastem jest tu niewielkie Puerto Jiménez. Zatrzymujemy się na przyjemnym kempingu nieopodal siedliska krokodyli. Jego właściciel, Adonis, wita nas szerokim uśmiechem. Naprawdę jesteście z Polski? – dopytuje z niedowierzaniem. A wiecie, że jeden z naszych prezydentów miał polskie korzenie? Rzeczywiście, Teodoro Picado Michalski (1900–1960) rządził tym pięknym krajem Ameryki Centralnej od 1944 do 1948 r. Jego matka, Jadwiga Michalska, pochodziła z Radomska i była prawdopodobnie pierwszą kobietą lekarzem w Kostaryce.

Chociaż nasz kemping znajduje się przy pasie startowym niewielkiego lotniska, czujemy się trochę jak w zoo. Nad głowami latają nam przepiękne, czerwone ary, po trawie leniwie kroczą iguany, kolorowe tukany przysiadają się poskubać bananowce, a wieczorem tuż koło nas przechodzi mrówkojad. Rano Adonis zaprasza nas na wspólne śniadanie. Główną pozycją w menu jest – oczywiście – gallo pinto (gallopinto), w dosłownym tłumaczeniu „malowany kogut”. To mieszanka ryżu z czarną fasolą, kawałkami cebuli i pomidora, doprawiona kolendrą. Do tego dostajemy jajka, tortille, smażone platany i sporo świeżych owoców.

Po posiłku ruszamy w stronę Carate – bramy Parku Narodowego Corcovado i miejsca, które kilkadziesiąt lat temu opanowała prawdziwa gorączka złota. Trasa ma zaledwie 40 km, prowadzi jednak po nierównej, szutrowej drodze. Kilka razy trzeba też przekroczyć rzekę. Na szczęście podróżujemy w porze suchej i nie sprawia to nam żadnego problemu. Po drodze zatrzymujemy się jeszcze przy pięknej plaży Matapalo na krótką kąpiel i przyglądamy się wyczynom surferów.

Półwysep Osa to jedno z takich miejsc, gdzie człowiek odkrywa na nowo potęgę natury. Gdy spacerujemy po prastarym lesie deszczowym, w którym bujna roślinność wypełnia szczelnie niemal każdy centymetr przestrzeni aż po brzeg Pacyfiku, znów mamy w sobie ciekawość dziecka. Czujemy, że znaleźliśmy się w odległej i trudno dostępnej okolicy, gdzie nie można polegać na oklepanych schematach. Otaczająca nas przyroda jest fascynująca. Chłoniemy dziesiątki nieznanych dźwięków. Z podziwem patrzymy na ogromne drzewa o potężnych korzeniach. Między kolorowymi kwiatami lśnią niebieskie skrzydła motyla z rodzaju Morpho. Jak zahipnotyzowani patrzymy na jego lot. Nad głowami przeskakują nam czepiaki czarnorękie. Są niezwykle zwinne. Przyglądają się nam nieufnie i rzucają w nas patykami. Pokazują, że wprosiliśmy się na ich terytorium.

Otoczona tropikalną roślinnością wulkaniczna plaża Carate ciągnie się kilometrami. To właśnie tutaj bierzemy udział w niezwykłym wydarzeniu: pierwszym marszu małych żółwi do oceanu. Jak tłumaczy nam José z organizacji COTORCO (Conservación de Tortugas Marinas de Corcovado-Carate), te zwierzęta na całym świecie zagrożone są wyginięciem. A najbardziej niebezpieczny jest dla nich człowiek – mówi. Żółwie zaplątują się w sieci rybackie, połykają śmieci, które mylą z pożywieniem. Wciąż jeszcze wiele osób próbuje wykraść żółwie jaja. Niektórzy uważają je za afrodyzjak i można na nich zarobić. Właśnie dlatego patrolujemy plaże, zbieramy jaja i przenosimy je do naszych inkubatorów.

Na plaży zgromadziło się kilkanaście osób. José ostrzega nas, że nie możemy żółwi dotykać i musimy trzymać się w bezpiecznej odległości, aby przypadkiem na nie nie nadepnąć. Ostrożnie kładzie zwierzęta na piasku. Niektóre są niezmiernie energiczne i niemal pędzą do wody. Inne wydają się zdezorientowane, ruszają się bardzo wolno i niepewnie. Patrzymy, jak kolejne fale zabierają ze sobą małe stworzenia. Mija pół godziny i zostajemy na plaży sami. Niestety, szanse na przeżycie mają tylko nieliczne żółwie, udaje się to jedynie jednemu osobnikowi na tysiąc. Te, które przetrwają, wrócą na tę samą plażę za 20 lat, żeby złożyć jaja. Trafiają podobno bezbłędnie, jakby posługiwały się wbudowanym urządzeniem GPS.

 

Drewniana kładka w Parku Narodowym Cahuita

© JACEK ŚLEDZIŃSKI/WWW.SLEDZNAS.PL

 

KARAIBSKIE WYBRZEŻE

Naszą przygodę z Kostaryką chcemy zakończyć na karaibskim wybrzeżu. Aby się na nie dostać, musimy przejechać krętą drogą, która pnie się wysoko w górach. Kiedy wyjeżdżamy z Puerto Jiménez, upał daje się we znaki, wieczorem z kolei temperatura spada do zaledwie kilku stopni. Noc spędzamy na szczycie masywu górskiego o mało zachęcającej nazwie Cerro de la Muerte (Wzgórze Śmierci – 3451 m n.p.m.). Przy porannej kawie obserwujemy dymiący wulkan Turrialba (3340 m n.p.m.) – jeden z siedmiu czynnych wulkanów w Kostaryce. Sześć godzin później na horyzoncie znowu pojawiają się palmy. Witamy na Karaibach!

W południowej części wybrzeża najbardziej popularnym miastem jest Puerto Viejo de Talamanca (Puerto Viejo), gdzie życie toczy się spokojnym, leniwym rytmem przy dźwiękach muzyki reggae. Panuje tu atmosfera luzu i radości. Przez chwilę można poczuć się trochę jak w innym kraju. To właśnie w tym regionie mieszka największa grupa osób pochodzenia afrykańskiego. Dominuje w nim trochę bardziej egzotyczna kuchnia, częściej słychać język angielski. Za największą atrakcję okolicy uchodzi Park Narodowy Cahuita. Jest wyjątkowy na skalę kraju, bo jego dochody pochodzą z darowizn. Szerokie plaże otoczone są tu gęstą, tropikalną roślinnością. W trakcie kilkugodzinnego spaceru natykamy się na małpy, szopy, leniwce, węże i różne gatunki ptaków. Późnym popołudniem siadamy w jednym z klimatycznych lokalnych barów i rozkoszujemy się uroczym zachodem słońca. Pura Vida!

 

Wydanie Lato 2018

Zaproszenie na Kaukaz – do Gruzji i Armenii

 

Tamar Gelashvili-Dąbrowska

Krzysztof Dąbrowski

www.kaukaz.pl

 

<< Gruzja i Armenia to chrześcijańskie wyspy zanurzone w kaukaskiej mozaice narodów i kultur. Leżą na pograniczu kontynentów kształtowanym przez ścieranie się sił przyrody i rywalizujących ze sobą cywilizacji. Efektem tych odwiecznych zmagań jest rzadko spotykana różnorodność krajobrazów oraz duże bogactwo tradycji na stosunkowo niewielkim obszarze, który odpowiada 1/3 terytorium Polski. Zobaczymy tu subtropikalne lasy pełne lian, przejedziemy przez surowe płaskowyże wulkaniczne, a także doświadczymy chłodu bijącego od wiecznych lodowców. Poza tym możemy przeczesać labirynty miast wykutych w skale, zwiedzić imponujące katedry o tysiącletniej historii i zrelaksować się w starożytnych łaźniach, a to wszystko urozmaicić sobie zgłębianiem tajników sztuki winiarskiej, degustacją przysmaków przepysznej kuchni kaukaskiej oraz zabawą w ekskluzywnych klubach muzycznych. >>

Więcej…