JOANNA CZUPRYNA

<< Można by pomyśleć, że lasy, jeziora, pagórki, ruiny budowli z cegły, kościelne wieże i wiejskie zagrody tworzą krajobraz, jakich wiele. Po przejechaniu granicy w Świecku kierowców wita tablica kraju związkowego Niemiec i… monotonia za oknem. „Zielone pustkowie” – zanotował w drugiej połowie XIX w. Theodor Fontane (1819–1898), najsłynniejszy pisarz regionu, który przez kilkanaście lat niestrudzenie podróżował po swojej małej ojczyźnie, aby na końcu stwierdzić – „Przemierzyłem Brandenburgię, uznając ją za bogatszą, aniżeli śmiałem przypuszczać”. Pięć tomów „Wędrówek po Marchii Brandenburskiej” jest dobrym przykładem na to, że pierwsze, często pobieżne wrażenia mogą mylić i pozbawić nas szansy na przeżycie czegoś wspaniałego. Dlatego proponuję zwolnić, zjechać z autostrady i pomknąć w głąb krainy, która ma znacznie więcej do zaoferowania niż pozornie niczym się nie wyróżniające widoki. >>

To jeden z trzech niemieckich landów graniczących z Polską (oprócz Meklemburgii-Pomorza Przedniego i Saksonii). Po przystąpieniu naszego kraju do Unii Europejskiej w 2004 r. oraz strefy Schengen w 2007 r. odwiedziny u zachodnich sąsiadów stały się dla Polaków łatwiejsze niż kiedykolwiek. Od początku po obu stronach Odry dużą uwagę zwraca się na wspólne projekty turystyczne, połączenia komunikacyjne i wymianę doświadczeń. Dzięki temu nasi rodacy coraz częściej przyjeżdżają do Brandenburgii w celach wypoczynkowych. W tutejszych miastach i gminach natomiast pojawiają się polskojęzyczne tablice informacyjne i broszury czy też audioprzewodniki.
Sposobów na zwiedzanie brandenburskich atrakcji znajdziemy na pewno dużo. My chcielibyśmy podsunąć szczególnie kilka naszym zdaniem najciekawszych pomysłów na wycieczki na sezon wiosenno-letni.

 

WĘDROWANIE CZYNI SZCZĘŚLIWYM
Auf Schusters Rappen ¬– mówią Niemcy o wyprawach pieszych (wyrażenie oznacza dosłownie „na koniu szewca” i pochodzi z XVII w., a dotyczy sposobu podróżowania ludzi biednych, którzy niczym szewc nie mieli koni). O powracającej modzie na tego rodzaju wojaże świadczą chociażby liczne reportażowe książki dziennikarzy i celebrytów, którzy kilkusetkilometrową podróż po Brandenburgii i przyległych landach opisują jako większą egzotykę niż karaibskie plaże albo tajskie świątynie. Za najpopularniejsze uchodzą jednak krótkie rodzinne wypady za miasto w weekendy i świąteczne dni.
     Na pograniczu Berlina do spacerów zapraszają lasy dzielnic Grunewald, Spandau i Tegel, gdzie szlaki wiodą wzdłuż Haweli, a właściwie licznych jezior, przez które ta rzeka przepływa. W trakcie wspinaczki na niewielkie wzgórze na półwyspie Schildhorn można szybko zapomnieć, że jest się w granicach 3,5-milionowej metropolii. Według legendy XII-wieczny słowiański książę Jaksa z Kopanicy przeprawił się w tym miejscu na drugi brzeg, uciekając przed Albrechtem Niedźwiedziem, późniejszym założycielem Marchii Brandenburskiej. W podzięce za cudowne ocalenie obiecał przejść na wiarę chrześcijańską, a na pobliskim drzewie powiesił swoją tarczę (Schild) i róg (Horn). Równie atrakcyjnie po zachodniej stronie Berlina prezentuje się willowa dzielnica Wannsee, z której promem dostaniemy się na Pawią Wyspę (Pfaueninsel) z romantycznym pałacykiem i ptasią wolierą — dawną posiadłością rodu Hohenzollernów. Stąd niedaleko już do 160-tysięcznego Poczdamu i trzech kompleksów pałacowo-parkowych: Sanssouci, Neuer Garten (Nowy Ogród) i Babelsberg o łącznej powierzchni prawie 500 ha. Najlepiej poruszać się po nich pieszo, gdyż ścieżki rowerowe wiodą tylko ich obrzeżami. Niezniszczone podczas wojny budowle, altanki, wieże widokowe, a w końcu i wspaniałe zrekonstruowane ogrody zachwycają mnogością stylów i ozdób. Warto pamiętać, że w lipcu br. przypada 70. rocznica konferencji poczdamskiej, którą zorganizowano w Pałacu Cecilienhof, wzniesionym dla następcy tronu Wilhelma Hohenzollerna (1882–1951) i jego żony Cecylii (1886–1954) na początku XX w.

FOT. STIFTUNG PREUSSISCHE SCHLÖSSER UND GÄRTEN BERLIN - BRANDENBURG/ROLAND HANDRICK

Fontanna i ogrody tarasowe przed poczdamskim Pałacem Sanssouci


    Jednym z piękniejszych krajobrazowo rejonów Brandenburgii jest stosunkowo mało znana wśród polskich turystów kraina zwana Szwajcarią Marchijską (Märkische Schweiz), położona niedaleko granicy. Wycofujący się lodowiec pozostawił na tym terenie liczne pagórki, jeziora i wielkie głazy. Nie trzeba tu nawet specjalnie szukać konkretnych szlaków, wystarczy podejść do brzegu największego akwenu Schermützelsee (w okolicy znajduje się ich ponad 20) i rozpocząć wędrówkę. Już po chwili stanie się jasne, dlaczego centrum tego regionu – miejscowość Buckow – pełniło funkcję letniego schronienia dla artystów z Berlina, m.in. pisarza Bertolta Brechta (1898–1956) i jego życiowej partnerki, a później żony, austriackiej aktorki Helene Weigel (1900–1971).
     Szczególnie ciekawą formą spacerów z dziećmi są wyprawy z osłem, który niesie bagaż, a czasem i małego, strudzonego turystę na swoim grzbiecie. Takie kilkugodzinne, jedno- lub nawet wielodniowe wycieczki organizują gospodarstwa przy Parku Narodowym Doliny Dolnej Odry (projekt Packeseltouren Brandenburg) albo w zachodniej części landu w gminie Stüdenitz-Schönermark (Eseltrekking).
     Jednak prawdziwym wyzwaniem dla piechurów będzie pokonanie chociaż jednego etapu z ponad 400-kilometrowej trasy wokół Berlina — Szlaku 66 Jezior (66-Seen-Wanderweg). Autor przewodnika, Manfred Reschke, określa go jako kwintesencję Brandenburgii, atrakcję przyciągającą przez okrągły rok nie tylko miłośników natury. To właśnie wzdłuż niego znajdują się Zamek Marquardt (w dzielnicy Poczdamu), miejsce kręcenia co najmniej 20 filmów i produkcji telewizyjnych, Rüdersdorf bei Berlin z uznanym parkiem muzealnym na obszarze dawnego wydobycia i obróbki wapienia, kurort Bad Saarow oraz miasto książek i bunkrów – Wünsdorf (obecnie część Zossen). Szlak 66 Jezior należy bez wątpienia do najbardziej interesujących nizinnych dróg rekreacyjnych w Niemczech.

 

NA DWÓCH KÓŁKACH
W 2014 r. Powszechny Niemiecki Klub Rowerowy (ADFC – Allgemeiner Deutscher Fahrrad-Club) uznał ten land za drugi najbardziej przyjazny rowerzystom kraj związkowy zaraz po Bawarii. Na tę ocenę składają się nie tylko jakość ścieżek i ich oznakowanie, ale również przydrożna infrastruktura, bezpieczeństwo, możliwość układania własnych tras, dojazd środkami publicznego transportu do punktów startowych czy wreszcie atrakcyjność okolicy pod względem kulturowym, historycznym i krajobrazowym. Na amatorów dwóch kółek czeka w Brandenburgii sieć o łącznej długości ponad 7 tys. km, 51 szlaków tematycznych, a wśród nich aż 18 odznaczonych gwiazdkami ADFC jako drogi premium. Na nocleg zatrzymamy się w położonych w pobliżu obiektach Bett+Bike (dosł. „łóżko i rower”) o różnym standardzie: od pól kempingowych po kilkugwiazdkowe hotele. Cykliści otrzymują w nich fachowe wskazówki i materiały, a nawet naprawią sprzęt, jeśli zajdzie taka potrzeba. Działają tutaj też sprawnie wypożyczalnie rowerów, usytuowane przy stacjach kolejowych lub punktach informacji turystycznej.
     Przez land wiedzie kilka szlaków o ponadregionalnym zasięgu, np. Międzynarodowa Trasa Rowerowa Euro-Route R1 (odcinek berlińsko-brandenburski ma 209 km), droga łącząca Berlin z Kopenhagą (122 km po terenie Brandenburgii) i ze Szczecinem (337 km w Niemczech) czy ścieżka wzdłuż Nysy Łużyckiej i Odry (282 km), przebiegająca po niemieckiej stronie, ale z widokami na polskie ziemie. Podobnie jak w przypadku wędrówek pieszych, cały kraj związkowy możemy objechać również na dwóch kółkach. Podczas takiej wyprawy pokonamy 1111 km, zwiedzimy 29 miast, często z zachowanym historycznym śródmieściem, 11 parków krajobrazowych, 3 rezerwaty biosfery i jeden park narodowy. Certyfikowana przez ADFC Trasa Brandenburska otrzymała aż 4 gwiazdki. Nie trzeba jednak porywać się na kilkusetkilometrowe wycieczki w ciągu jednego sezonu. Zarówno przybysze, jak i miejscowi najchętniej wskakują na rower, aby pokonać jedno- lub dwudniowe odcinki.
     Warto szczególnie zwrócić uwagę na 3-gwiazdkowy szlak śladami księcia Hermanna von Pückler-Muskau (Fürst-Pückler-Weg), który zahacza o polską granicę w południowej części kraju związkowego. Rozpoczyna się on i kończy w Cottbus (Chociebużu), stolicy Łużyc Dolnych. Biegnie 500 km przez zachwycające ogrody i parki oraz obok industrialnych pozostałości regionu, zdewastowanego odkrywkowymi kopalniami węgla. Te ostatnie powoli zamieniają się w jeziora, co stanowi efekt 10-letniego projektu w ramach Międzynarodowej Wystawy Budowlanej Fürst-Pückler-Region (Internationale Bauausstellung Fürst-Pückler-Land – IBA), zakończonego w 2010 r. Już teraz postępowi tego procesu przyjrzymy się z licznych tarasów i wież widokowych. Miłośnicy przyrody powinni koniecznie zajechać do Wschodnioniemieckiego Ogrodu Różanego (Ostdeutscher Rosengarten) w Forst (Lausitz), który dwa lata temu obchodził swoje stulecie. Otwarty przez cały rok i pięknie odnowiony na jubileusz, zaprasza przede wszystkim pod koniec czerwca na 3-dniowy festyn róż – Rosengartenfesttage (kolejny w dniach 26–28 czerwca 2015 r.). Nieco dalej na południe szlak przekracza granicę Brandenburgii z Saksonią, żeby poprowadzić turystów do największego założenia w angielskim stylu w Europie Środkowej – Parku Mużakowskiego, Parku Muskau (od 2004 r. na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO). Jego większa część (ok. 500 ha) znajduje się po polskiej stronie, ale mosty na Nysie Łużyckiej umożliwiają swobodne poruszanie się po ponad 700-hektarowym terenie. Jego twórca, wspomniany książę Hermann von Pückler-Muskau (1785–1871) był niezwykle barwną postacią na ówczesnych europejskich dworach. Dużo podróżował i nie stronił od hulaszczego trybu życia. Pasjonował się też ogrodnictwem i słynął z dość ekscentrycznych upodobań (podobno medytował nad otwartymi trumnami swoich przodków, a z jednej podróży przywiózł sobie egzotyczną niewolnicę). Nie trzymały się go jednak pieniądze i w 1845 r. musiał sprzedać wspaniałą posiadłość w Mużakowie. Wraz ze swoją żoną przeniósł się do Branitz – Rogeńc (dzisiaj część Chociebuża), gdzie zaprojektował kolejny ogród. Po śmierci został pochowany w niewielkiej sztucznej piramidzie pośrodku jeziora, która razem z parkiem i pałacem jest jednym z ważniejszych punktów tej trasy.
     Wreszcie nawet osoby nie będące wielbicielami obiektów przemysłowych lub górniczych maszyn powinny zajrzeć do miasta Lauchhammer (Łuchow). Wznoszą się w nim monumentalne ceglane wieże niegdysiejszej koksowni, służące kiedyś do biologicznego oczyszczania ścieków. Nieprzypadkowo nazwano je „łużyckim Castel del Monte” („Castel del Monte der Lausitz”), gdyż przywodzą na myśl dawne średniowieczne zamki (w stylu XIII-wiecznego Castel del Monte Fryderyka II Hohenstaufa w Andrii we włoskiej Apulii). Tylko 15 km dzieli tę miejscowość od potężnej koparki F60 (właściwie mostu przerzutowego), udostępnionej do zwiedzania po zamknięciu kopalni odkrywkowej. Stalowy kolos, ochrzczony przez miejscowych „leżącą wieżą Eiffla”, waży 11 tys. t i mierzy pół kilometra długości (502 m). Od kilku lat atrakcyjnie podświetlany stanowi fantastyczne tło dla imprez o ponadregionalnym zasięgu, m.in. odbywających się w tym samym czasie F60 Europejskiego Festiwalu Muzyki Celtyckiej (F60 European Celtic Music Festival – 5–6 czerwca 2015 r.) oraz zjazdu fanów twórczości pisarza J.R.R. Tolkiena Lord of the Rings online – Sippentreffen (4–7 czerwca 2015 r.).

 

BŁĘKITNY RAJ MIĘDZY ODRĄ A ŁABĄ
Mimo iż Brandenburgia nie leży nad morzem, wszystko kręci się w niej wokół wody. Nazwy mnóstwa regionów turystycznych (w odróżnieniu od obszarów administracyjnych) pochodzą od lokalnych rzek bądź innych akwenów, np. Havelland, czyli Kraina nad Hawelą, Seenland Oder-Spree – Kraina Jezior Odra-Szprewa albo Elbe-Elster-Land, nadana południowym ziemiom nad rzeką Elsterą i Łabą. Nie ma w tym nic dziwnego, bo w granicach tego kraju związkowego znajduje się ponad 3 tys. jezior i 33 tys. km cieków wodnych, a tutejsza sieć szlaków żeglownych w połączeniu z berlińską i należącą do sąsiedniego landu Meklemburgii-Pomorza Przedniego uchodzi za największą w Europie, tworząc tzw. Błękitny Raj (Das blaue Paradies). Rejsy po tym malowniczym terenie najlepiej łączą aktywny wypoczynek ze zwiedzaniem, a poza tym doskonale uzupełniają je piesze i rowerowe wycieczki. Wprowadzone kilkanaście lat temu regulacje pozwalają na kierowanie wyczarterowanymi łodzią lub jachtem nie dłuższymi niż 15 m bez uprawnień sternika (tzw. Charterbescheinigung) na określonych przepisami wodach.

FOT. TMB-FOTOARCHIV/ULF BOETTCHER FOT. TMB-FOTOARCHIV/ULF BOETTCHER

Jachty pływające po tzw. Błękitnym Raju EuroPodróże wiosna 2015 • ALLINCLUSIVE 135


     W Brandenburgii i Berlinie wytyczono aż 8 tys. km szlaków żeglownych przez jeziora, rzeki i kanały. W stolicy Niemiec, gdzie udostępniono 200 km dróg, można obejrzeć z pokładu historyczne centrum miasta, Wieżę Telewizyjną (Fernsehturm), Wyspę Muzeów (Museumsinsel), dzielnicę rządową (Regierungsviertel) z gmachem Reichstagu bądź Pałac Charlottenburg. Tylko do Bramy Brandenburskiej trzeba – niestety – podejść. Szprewa (Sprewa) i Hawela połączone są dwoma kanałami z Odrą. Przy tym drugim – Oder-Havel-Kanal (82,8 km długości) – warto rozważyć wyprawę równoległym 32-kilometrowym Kanałem Finow (Finowkanal). To najstarsza, wciąż używana, sztuczna trasa wodna Niemiec (1605 r.), uznana za zabytek. Największą atrakcję po drodze i prawdziwą ucztę dla oczu w tej okolicy stanowi monumentalna podnośnia statków Niederfinow, która w ciągu kilkunastu minut pozwala pokonać różnicę 36 m. Oddano ją do użytku w 1934 r., co czyni ją najstarszym funkcjonującym tego typu obiektem w kraju. Niederfinow i pobliskie Eberswalde z fantastycznym leśnym zoo trzeba koniecznie odwiedzić, czy to samochodem, rowerem czy pieszo.
     Przy południowym szlaku w kierunku Berlina, czyli kanale Odra-Szprewa (ok. 85 km długości), można wybrać krótszą drogę przez Fürstenwalde/Spree lub odbić na południe. Dziedziniec średniowiecznego Zamku Beeskow opanowują latem młodzi śpiewacy sceny operowej (Oper Oder-Spree), a dla mieszkańców i przyjezdnych odbywają się w tym czasie liczne przedstawienia i pokazy teatralne.
     Położony jeszcze dalej na południe unikatowy Rezerwat Biosfery UNESCO Spreewald z dwoma centralnymi miejscowościami: Lübben (Lubin) i Lübbenau/Spreewald jest zamknięty dla łodzi motorowych. Po labiryncie kanałów wolno poruszać się samodzielnie kajakiem albo z miejscowymi usługodawcami specjalną płaskodenną łodzią, tzw. Spreewaldkahn. Bogatą ofertę wycieczek różnej długości (od godziny po cały dzień) uzupełniają degustacje regionalnych produktów: ogórków, szparagów, likierów jajecznych. W sezonie letnim wieczorem na większych przystaniach i w gospodach organizuje się imprezy z tradycyjnymi strojami, muzyką i zwyczajami Łużyczan. Odważniejsi turyści mogą spróbować swoich sił w pływaniu na desce surfingowej z jednym wiosłem w ręku – tzw. SUP (m.in. w Burg).
     Tuż przed centrum Köpenick, dzielnicy Berlina, w której Dahme uchodzi do Szprewy, rozpościera się największe stołeczne jezioro Müggel (Müggelsee – 7,4 km² powierzchni), raj nie tylko dla żeglarzy. Warto zostawić tu na chwilę łódź i wspiąć się na najwyższe naturalne wzniesienie w Berlinie – Müggelberge (114,7 m n.p.m.). Z tarasu widokowego dostrzeżemy odległą o ok. 40 km halę Tropical Islands, a po przeciwnej stronie słynną Wieżę Telewizyjną.

FOT. DEUTSCHE ZENTRALE FÜR TOURISMUS E.V./JOCHEN KNOBLOCH

Katedra w Brandenburgu nad Hawelą


     W berlińskiej dzielnicy Spandau, dawnej słowiańskiej osadzie, 400-kilometrowa Szprewa uchodzi do Haweli (343 km), należącej do najpopularniejszych rzek w Niemczech. Jej wolny bieg i atrakcyjny krajobraz cenią sobie przede wszystkim kajakarze. Bierze ona swój początek w jednym z meklemburskich jezior, potem płynie łukiem na południe, aby za Berlinem wziąć ostry zakręt na zachód i w okolicach Havelbergu połączyć się z Łabą. Między stolicą a ponad 70-tysięcznym Brandenburgiem bieg Haweli wyznacza szereg akwenów, następujących po sobie niczym koraliki na nitce. Na rozległych brzegach znajdują się liczne przystanie, gospody serwujące specjalność regionu, czyli sandacza przyrządzanego na wszelkie sposoby, oraz kempingi przygotowane na przyjęcie turystów prosto z pokładu. Z Wannsee ruszają statki kilku armatorów w kierunku Poczdamu, Werderu (Havel) i Brandenburga nad Hawelą (Brandenburg an der Havel). W tym rejonie zachwycają pięknie położone nad wodą pałace oraz świątynie, z których największe wrażenie robi XIX-wieczny Kościół Zbawiciela w poczdamskiej dzielnicy Sacrow, zbudowany na fundamencie częściowo umieszczonym w nurcie Haweli. Neogotycki Zamek Babelsberg z wieżą Flatow (Flatowturm), Pałac Cecilienhof, przypominający żagle na statku bardzo nowoczesny Teatr Hansa Otto (Hans Otto Theater) i wreszcie śródmieście z nowo odbudowanym Pałacem Miejskim (Stadtschloss) to tylko niektóre punkty przyciągające wzrok na tej trasie. Po opuszczeniu Poczdamu wokół robi się zdecydowanie spokojniej, ale już po chwili na horyzoncie ukazuje się jeden z najbardziej malowniczych widoków – wyspa Werder, najstarsza część 25-tysięcznej miejscowości o tej samej nazwie, z charakterystyczną sylwetką neogotyckiej wieży Kościoła św. Ducha. W pobliżu rosną olbrzymie sady i rozciągają się rozległe winnice. Natomiast co roku odbywa się tu drugi co do wielkości festyn ludowy w Niemczech po słynnym monachijskim Oktoberfeście. W trakcie Baumblütenfest, czyli Święta Kwitnienia Drzew, na ulicach hektolitrami leje się owocowe wino, udekorowane lampionami wzgórza zapraszają do historycznych ogródków i na parkiety do tańca, a brzegi jezior oblegane są do późnych godzin nocnych. 136. już edycja tej imprezy potrwa od 25 kwietnia do 3 maja 2015 r.

 

W KOLOROWYM OGRODZIE
Najważniejsze wydarzenie tegorocznego sezonu w Brandenburgii stanowi Krajowa Wystawa Ogrodnicza (BUndesGArtenschau – BUGA 2015), która po raz pierwszy w historii odbędzie się jednocześnie w kilku miejscowościach, do tego położonych na pograniczu dwóch landów. Tereny wystawowe przygotowuje się w Brandenburgu, Premnitz, Rathenow, Amt Rhinow oraz w Havelbergu (Saksonia-Anhalt). Poza Amt Rhinow wszystkie te punkty łączy niebieskie pasmo Haweli. Wydarzenie zaplanowano na dni od 18 kwietnia do 11 października. Każde z miast gospodarzy ma swoje hasło i zaprezentuje kilkanaście założeń ogrodowych.
     W Brandenburgu (motto przewodnie Ursprung – „źródło”) kolorowe dywany zakwitną m.in. na Marienbergu (ok. 80 m n.p.m.), owianym legendami wzgórzu, które w swojej historii było miejscem kultu wielu religii. Po raz pierwszy też jako hala wystawowa posłużą zabezpieczone ruiny zniszczonego w czasie wojny klasztornego Kościoła św. Jana z początku XV w. (St. Johannis-Kirche). Ogrody tematyczne (aż 33) powstaną na terenie dawnej stoczni i przeładowani (Packhof).
     Premnitz (Impuls – „impuls”), miasto zdominowane niegdyś przez przemysł, wyznaczyło swoją strefę pokazową tuż nad brzegiem Haweli i wokół Ratusza. Tutaj m.in. można będzie wydobyć energię z ziół, warzyw i owoców, które trafiają na codzienny stół, oraz dowiedzieć się, co to takiego biomasa.
     Rathenow (Weitsicht – „szerokie spojrzenie”) organizowało już brandenburską wystawę ogrodniczą w 2006 r. Stworzono wówczas kolorowy Park Optyczny, nawiązujący do ponad 200-letniej tradycji ośrodka. Zakłady Optyczne (Rathenower Optische Werke – ROW), założone w 1801 r. przez Johanna Heinricha Augusta Dunckera (1767–1843), a rozbudowane przez jego syna Eduarda, w połowie XIX w. miały blisko 300 punktów sprzedaży na całym świecie. Tym razem imprezy ogrodnicze odbędą się także na Wzgórzu Winnym (Weinberg) z wieżą Bismarcka (Bismarckturm).
     Z kolei Amt Rhinow (Mut – „odwaga”) jest kolebką niemieckiego lotnictwa, gdyż to na tutejszych wzgórzach Otto Lilienthal wykonywał loty z aparatem szybowcowym. Niestety, jeden z nich skończył się upadkiem z wysokości ok. 15 m, w wyniku którego ten 48-letni wynalazca i pionier lotnictwa zmarł w sierpniu 1896 r. Próby oparte na jego wnioskach z licznych eksperymentów kontynuowali m.in. Octave Chanute (1832–1910) oraz bracia Wright – Orville (1871–1948) i Wilbur (1867–1912). W 1989 r. na pobliskiej trawiastej łące po mistrzowsku wylądował kapitan Heinz-Dieter Kallbach (ur. w 1940 r.) za sterami radzieckiej jednostki Ił-62, która skończyła swój żywot jako samolot pasażerski w enerdowskiej firmie lotniczej Interflug. Nazwana od imienia żony Lilienthala „Lady Agnes” pełni dzisiaj funkcję niewielkiego muzeum poświęconego życiu i dokonaniom pierwszego lotnika.
     Wreszcie w Havelbergu w Saksonii-Anhalt (Erkenntnis – „poznawanie”) wystawy poświęcone np. ludzkiej egzystencji oraz duchowemu rozwojowi (ogród rajski, ogród mnisi itd.) obejrzymy na wzgórzu wokół romańskiej Katedry oraz w miejskim Kościele św. Wawrzyńca. W tzw. Domu Rzek (Haus der Flüsse), specjalnie wzniesionym na potrzeby wydarzenia, zaprezentowana zostanie ekspozycja dotycząca Rezerwatu Biosfery Środkowej Łaby.
     Bez wątpienia warto odwiedzić tę zapowiadającą się niezmiernie interesująco i kolorowo największą imprezę ogrodniczą w Niemczech. Szacuje się, że do Brandenburgii przyjedzie ją podziwiać ok. 1,5 mln gości. Z pewnością nie zabraknie wśród nich i Polaków.

Artykuły wybrane losowo

Niezwykłe piękno Panamy

 

Filip Werstler

 

Sielski archipelag Bocas del Toro położony na Morzu Karaibskim

14991055 1200368353389294 7969613924783795900 o

© AZULPARADISE.COM/BOCASDELTORO.COM

 

Od zawsze chciałem odwiedzić Amerykę Środkową, a najbardziej Karaiby. Taka podróż z Polski to wciąż niezbyt łatwa wyprawa. Dlatego gdy pojawiła się korzystna oferta lotów do Panamy, nie wahałem się długo. Ten kraj już w trakcie przeglądania relacji internetowych wystarczająco mnie zainteresował. Miałem ochotę na własne oczy zobaczyć wielkie drapacze chmur jego stolicy i piękne bezludne wyspy na Morzu Karaibskim. Jednak to, co ujrzałem i przeżyłem, przerosło moje najśmielsze oczekiwania.

 

Panama jest obecnie jednym z najszybciej rozwijających się państw Ameryki Łacińskiej. W ciągu ostatnich 16 lat zmieniła się nie do poznania, głównie dzięki dochodom płynącym z administrowania Kanału Panamskiego (od 31 grudnia 1999 r.), wpływom ze Strefy Wolnego Handlu Colón (Zona Libre de Colón – druga największa strefa wolnocłowa na naszym globie po Hongkongu) i funkcjonowania stołecznego międzynarodowego centrum bankowego (uważanego również za drugie w skali światowej pod względem wielkości, zaraz po Zurychu). Ma to swoje odbicie także w turystyce, która z roku na rok staje się coraz ważniejszym elementem gospodarki tego niewielkiego kraju (o powierzchni ponad 74 tys. km²) leżącego między Kostaryką a Kolumbią.

 

Ameryka Południowa i Środkowa to – z wyjątkiem niektórych państw wyspiarskich położonych na Morzu Karaibskim, jak Jamajka, Kuba czy Republika Dominikańska, do których latają bezpośrednio samoloty czarterowe z Polski – rejony wciąż nie tak łatwo dostępne dla turystów znad Wisły. Panama, ale też Nikaragua, Kostaryka, Gwatemala, Honduras, Salwador czy inne kraje tej części globu nadal stanowią dla większości Polaków pewną zagadkę. W te strony najczęściej dolecimy z przesiadką w Madrycie (liniami Iberia) lub USA. O ile w tym pierwszym przypadku nie musimy starać się o żadne dodatkowe dokumenty, o tyle zmienianie samolotu na lotnisku w Stanach Zjednoczonych wymaga już posiadania ważnej wizy tranzytowej, co jest niejakim utrudnieniem. Na ogół polskim podróżnikom najłatwiej wyprawić się do kontynentalnej części Ameryki Środkowej z Hiszpanii, skąd dotrą bez żadnych przesiadek do Gwatemali, Salwadoru oraz Kostaryki i Panamy. Te dwa ostatnie państwa są zresztą zdecydowanie najlepiej połączone z Europą. Do kostarykańskiej stolicy dostaniemy się przez cały rok nie tylko z Madrytu, ale także z Frankfurtu nad Menem (Condor) czy Londynu (British Airways). Jeszcze większy wybór mamy obecnie w przypadku panamskiej metropolii. Dolecimy do niej bezpośrednio właśnie z Madrytu oraz Frankfurtu nad Menem (Lufthansa), Paryża (Air France), Amsterdamu (KLM) i Stambułu (Turkish Airlines).

 

Jeżeli chodzi o mnie, to kupiłem bilet do Panamy z Barcelony z międzylądowaniem w hiszpańskiej stolicy. W sumie przesiadałem się dwa razy, bo na Półwysep Iberyjski dotarłem samolotem tanich linii Ryanair z Portu Lotniczego Warszawa-Modlin w Nowym Dworze Mazowieckim. Lot z Madrytu nie najnowszym airbusem trwał ok. 11 godz. i nie należał do ciężkich. Podstawowe udogodnienia w klasie ekonomicznej pozwoliły nam przetrwać podróż w znośnych warunkach. Po wylądowaniu i dopełnieniu formalności administracyjnych udaliśmy się na postój taksówek przy Międzynarodowym Lotnisku Tocumen usytuowanym ok. 25 km od panamskiej metropolii.

 

Casco Antiguo (Casco Viejo) – historyczna dzielnica panamskiej stolicy

Casco Antiguo 2

© AUTORIDAD DE TURISMO DE PANAMÁ (ATP)

 

 

Latynoski Nowy Jork

 

 Stolica kraju – Panama (Ciudad de Panamá) – zachwyciła nas od samego początku naszej wizyty. Dzielnica finansowa (distrito financiero) imponuje wysokimi wieżowcami, których są tu dziesiątki. Potężne galerie handlowe, drapacze chmur i ekskluzywne samochody wypełniają miasto ludzi z latynoskim temperamentem. Ważnym miejscem w tym rejonie jest Cinta Costera, ok. 7-kilometrowa promenada biegnąca wzdłuż wybrzeża. Można na niej spotkać panamczyków, którzy biegają lub ćwiczą w siłowniach pod gołym niebem. Jogging stanowi tutaj jedną z najpopularniejszych aktywności, uprawia go naprawdę wiele osób.

 

Z tej chętnie odwiedzanej promenady szybko dotrzemy do historycznego centrum stolicy – Casco Viejo (Casco Antiguo). Należy pamiętać, żeby raczej nie zwiedzać jego zaułków po zmroku, jeśli nie towarzyszą nam miejscowi. Ta część miasta bardziej przypomina Kubę niż Stany Zjednoczone. Wśród kolorowych, choć dość często odrapanych, kamienic i małych sklepików stojących przy wąskich uliczkach unosi się atmosfera latynoskiego świata. Mimo iż coraz więcej budynków zostało świeżo odnowionych, Casco Viejo nie straciło swojego klimatu. Możemy tu spróbować innych przysmaków niż w modnych restauracjach i poznać bliżej codzienną twarz Panamy, odmienną od jej biznesowego oblicza. Nie znajdziemy w tym rejonie zbyt wielu punktów informacji turystycznej (przyznaję, że nawet ich nie szukałem), ale nie jest on duży i zwiedzimy go w ciągu 2–3 godz. Wystarczy, że ruszymy przed siebie.

 

Kolejne miejsce warte odwiedzenia stanowi Calzada de Amador. Wzdłuż tej drogi łączącej ze stałym lądem mały archipelag czterech wysp na Pacyfiku (Naos, Perico, Culebra i Flamenco) biegnie krótka, bo ledwie kilkukilometrowa, trasa rowerowa, z której rozpościerają się wspaniałe widoki zarówno na nową część Panamy, jak i południowe wejście do Kanału Panamskiego oraz oczekujące na przeprawę różnej wielkości statki. Wypożyczenie roweru kosztuje kilka dolarów amerykańskich (USD), a sama wycieczka razem z postojem na robienie zdjęć i podziwianie okolicy zajmuje ok. 1,5–2 godz.

 

 

Dzieło inżynierii wodnej

 

Podczas 6-dniowego pobytu w stolicy wybrałem się również – oczywiście – nad Kanał Panamski. Obok Kanału Sueskiego to jedna z najważniejszych dróg wodnych na świecie. Dzięki tej ogromnej inwestycji znacząco skróciły się trasy rejsów statków pływających między Atlantykiem (Morzem Karaibskim) a Pacyfikiem. Wpływy z obsługi przeprawy stanowią główną siłę napędową gospodarki kraju. Jednak ten wyjątkowy wytwór inżynierii wodnej warto zobaczyć też z innych powodów.

 

Na miejsce dojedziemy transportem publicznym (za 1 dolara) lub taksówką (ok. 10–20 dolarów). My wybraliśmy tę pierwszą możliwość. Zapłaciliśmy przy wysiadaniu i prowadzeni przez drogowskazy skierowaliśmy się do wejścia na teren centrum dla odwiedzających (Centro de Visitantes de Miraflores). Po drodze dostrzegliśmy znak ostrzegający nas o pojawiających się w okolicy krokodylach, więc postanowiliśmy przyspieszyć kroku.

 

Po kupieniu biletów (15 dolarów od osoby dorosłej) i wejściu do budynku udaliśmy się po schodach na pierwsze piętro, gdzie niczym na stadionie znajdują się trybuny, a spiker na bieżąco komentuje to, co się dzieje. Wielkie tankowce i kontenerowce czekały w oddali. Kolejne wpływały do śluz Miraflores (las esclusas de Miraflores). Choć cała procedura trwa nieco ponad 30 min. (tak przynajmniej było przed powiększeniem Kanału Panamskiego, które zakończono oficjalnie 26 czerwca 2016 r.), jej przebieg wygląda imponująco. Cztery silniki, każdy wielkości ciężarówki, przesuwają się po specjalnych szynach. Do nich przyczepione są liny zamocowane do kadłuba statku. Dopiero po odpowiednim naprężeniu tych lin jednostka może zostać przeprowadzona. Minimalna odległość między burtą a krawędzią śluzy wynosi… ok. 60 cm. Niesamowity wydaje się fakt, że ta technologia ma więcej niż 100 lat (oddano ją do użytku 15 sierpnia 1914 r.). Przez ponad półtorej godziny oglądaliśmy kolejne statki pokonujące kanał, napełnianie i opróżnianie śluz. Ogromne wrażenie zrobiła na mnie sprawność całego procesu. Przeprowadzenie przez nie tak znów szeroki korytarz z wodą (o odległości między brzegami wynoszącej 33,53 m, a po poszerzeniu w 2016 r. – 54,86 m) długich stalowych kolosów wyglądało na najprostszą rzecz na świecie. Takiego doświadczenia się nie zapomina.

 

Po tym spektaklu odwiedziliśmy pozostałe piętra budynku prezentującego w ciekawy sposób rozwiązania techniczne i dzieje panamskiej przeprawy. Można tutaj zapoznać się z informacjami na temat powstawania i modernizacji kanału oraz tego, kto przy nim pracował, a także jakie zwierzęta żyją w jego rejonie. W gablotach obejrzymy mnóstwo okazów owadów różnych gatunków. W centrum dla odwiedzających jest również coś dla młodszych turystów – symulator 3D pokonywania przeprawy. Użytkownik urządzenia wciela się w rolę kapitana masowca o maksymalnych dopuszczalnych dla kanału wymiarach. Panamax może mieć do 294,1 m długości, 32,3 m szerokości i 12 m zanurzenia, a tzw. Neo Panamax (od 26 czerwca 2016 r.) odpowiednio: 366, 49 i 15,2 m. Na ostatnim poziomie znajduje się taras widokowy, z którego jeszcze lepiej widać przepływające statki, choć nie usłyszymy na nim komentatora i nie skorzystamy z miejsc siedzących. Wizytę w Centro de Visitantes de Miraflores z czystym sumieniem mogę polecić każdemu, ponieważ spodoba się tu zarówno dorosłym, jak i dzieciom.

 

Wodospad El Macho skryty wśród bujnej tropikalnej roślinności

El Chorro del Macho

© AUTORIDAD DE TURISMO DE PANAMÁ (ATP)

 

Górskie wędrówki

 

Po opuszczeniu Panamy odwiedziłem najpierw El Valle de Antón – małą miejscowość położoną ok. 125 km na południowy zachód od stolicy, w odległości 2 godz. jazdy busem. Dociera się do niej początkowo Autostradą Panamerykańską (Carretera Panamericana), a następnie drogami wiodącymi przez góry i doliny prowincji Coclé. Po szybkiej konsultacji w punkcie informacji turystycznej wybrałem się obejrzeć mniej więcej 35-metrowy wodospad El Macho (Chorro El Macho). Leży w prywatnym rezerwacie o tej samej nazwie (Refugio Ecológico del Chorro Macho). Wejście kosztuje 5 dolarów, a w granicach obszaru chronionego oprócz podziwiania malowniczej kaskady można obserwować kolibry i przyjrzeć się dokładniej bogatej florze tego specyficznego miejsca. W pobliżu znajduje się poza tym naturalny basen termalny, w którym wolno się kąpać. Bardzo polecam skorzystanie z tej okazji wszystkim oglądającym wodospad.

 

Dłuższą i wymagającą więcej wysiłku wyprawę stanowi zdobycie góry La India Dormida (Śpiąca Indianka – ok. 800–900 m n.p.m.). To jeden z najbardziej wyróżniających się punktów w okolicy. Jej nazwa pochodzi od charakterystycznego kształtu śpiącej Indianki, jaki tworzy linia grzbietu. Wejście na teren Pomnika Przyrody Wzgórze Gaital (Monumento Natural Cerro Gaital), na którym wznosi się ten szczyt, kosztowało mnie 3,5 dolara. Proponuję jednak wynająć lokalnego przewodnika lub skorzystać z tego typu usługi oferowanej przez miejscowych. Ja tego nie zrobiłem, co spowodowało, że dwa razy się zgubiłem i straciłem mniej więcej godzinę na błądzenie po lesie tropikalnym, choć mogło skończyć się o wiele gorzej.

 

Podejście pod górę jest bardzo strome i jeśli mamy dobrą kondycję, na szczycie będziemy już po 50 min. ciągłego marszu. Szlak prowadzi po zboczu porośniętym bujną roślinnością, w trakcie wędrówki mija się też strumień. Towarzyszą nam odgłosy ptaków. Obok wodospadu położonego przy ścieżce warto zrobić sobie przerwę na odpoczynek i podziwianie zarówno wstęgi spienionej wody malowniczo omywającej skały, jak i wąwozu. Podczas mojej wyprawy oglądałem piękne widoki i kolorowe kwiaty oraz spotykałem ciekawe zwierzęta. Natknąłem się także na tutejszych Indian. Jak wspomniałem, nie miałem przewodnika, a przecież poruszałem się po obcym terenie. W takiej sytuacji w Panamie przydaje się znajomość języka hiszpańskiego. Na szczęście, miejscowi pomogli mi i wyprowadzili mnie na szczyt.

 

Zdobycie góry La India Dormida było warte każdych pieniędzy, a moje wspomnienia zostaną ze mną na zawsze. Widok na Dolinę Antoniego (Valle de Antón) zapierał dech w piersiach. Malownicze zielone wzgórza zatrzymywały masy chmur, a słońce oświetlało wąwóz z przeciwnej strony. To jedno z najcudowniejszych miejsc, jakie kiedykolwiek widziałem. W dodatku moja wyprawa nie obyła się bez przygód, więc z pewnością jej nie zapomnę.

 

Wizyta nad pacyfikiem

 

W drodze na północny zachód kraju skręciłem nieco na południe i zatrzymałem się w jednej z miejscowości położonych na wybrzeżu Pacyfiku w prowincji Veraguas. Santa Catalina znajduje się w środku lasu tropikalnego. Dotarcie do niej ze stolicy zajęło mi niemal cały dzień drogi i wymagało dwóch przesiadek (w miastach Santiago de Veraguas i Soná). Podróż kosztowała mnie w sumie ok. 12 dolarów. Późnym popołudniem dojechałem w końcu do miejsca, w którym przyszło mi spędzić kolejne 3 dni.

 

Miejscowość zasługuje na zainteresowanie ze względu na panujące w jej okolicy świetne warunki do uprawiania sportów wodnych. Do pobliskiego Parku Narodowego Coiba (Parque Nacional Coiba) można wybrać się na nurkowanie. Spotyka się tu niezmiernie dużo gatunków zwierząt, w tym manty (diabły morskie), koryfeny (złote makrele), tuńczyki żółtopłetwe, rekiny wielorybie, żarłacze tygrysie czy nawet humbaki, orki, delfinki wysmukłe i butlonosy zwyczajne. Poza tym na malownicze wybrzeże w tym rejonie ściągają liczni surferzy, zarówno osoby początkujące, jak i zaawansowane. Jak to zwykle bywa w takich przypadkach, w niewielkiej Santa Catalinie znaczną grupę stanowią przybysze z całego świata. Według mnie to miejsce jedyne w swoim rodzaju.

 

Pierwszego dnia wybrałem się na surfing. Za wypożyczenie deski musiałem zapłacić 10 dolarów, a za godzinę opieki instruktora w 3-osobowej grupie – 15 dolarów. Warunki były bardzo dobre i po chwili mogłem już cieszyć się ze swoich postępów. Wody Pacyfiku oblewają tutaj pustą plażę pokrytą czarnym piaskiem i ocienioną wysmukłymi palmami. Miłośnikom surfowania z pewnością to miejsce przypadnie do gustu. Po całym dniu spędzonym na falach warto obejrzeć zachód słońca. Przed godziną 18.00 udałem się na brzeg. Widok, jaki ujrzałem, wywarł na mnie ogromne wrażenie. Złocista kula powoli chowała się za horyzontem i odbijała w lekko falującej powierzchni Oceanu Spokojnego. Był to najpiękniejszy zachód słońca, jaki widziałem w życiu. Po dniu pełnym fantastycznych przeżyć szybko poszedłem spać. Nazajutrz planowałem wziąć udział w nurkowaniu.

 

Wyprawę rozpoczęliśmy od zbiórki w bazie i omówienia trasy oraz innych szczegółów. Na pokładzie łodzi poza dwoma osobami z załogi i instruktorem znalazłem się ja, para ze Szwecji i jeden Niemiec. W takim składzie wypłynęliśmy w godzinny rejs na wyspę Coiba (ok. 500 km² powierzchni), będącą częścią wspomnianego parku narodowego.

 

Już na miejscu miał odbyć się trening przypominający podstawowe zasady nurkowania. W moim przypadku okazało się to bardzo przydatne. Sama wyspa i jej okolica wyglądały naprawdę urokliwie. Po kilkudziesięciu minutach przygotowań ruszyliśmy w stronę wyznaczonego punktu. W wodzie mogliśmy obserwować wiele ciekawych zwierząt, m.in. mureny czy manty. Nie był to natomiast dobry sezon na wytropienie rekinów wielorybich czy żarłaczy tygrysich. Po ponad 20 min. od zejścia na dno całkowicie zużyłem swój tlen i musiałem wracać na górę. Czułem pewien niedosyt, bo chciałem jednak zobaczyć więcej.

 

Powrót uprzyjemniła nam niezapowiedziana atrakcja. W pewnym momencie para ze Szwecji zauważyła, że asystują nam 3 delfiny! Co chwilę wyskakiwały z wody w odległości ok. 1 metra od łodzi. Widok był fantastyczny. Pierwszy raz widziałem te sympatyczne ssaki na wolności w ich naturalnym środowisku i nigdy tego nie zapomnę, nawet mimo utraty filmu wideo, który udało mi się wówczas nagrać. Niespodziewana przygoda stała się tematem naszych rozmów już do końca dnia. Po powrocie zjedliśmy kurczaka w sosie kokosowym i poszliśmy spać. Następnego dnia wyruszyłem w kierunku północno-zachodniego wybrzeża Panamy.

 

Nurkowanie w towarzystwie żółwi

 visitpanama 6252876118

© AUTORIDAD DE TURISMO DE PANAMÁ (ATP)

 

Raj odnaleziony

 

Cel mojej kolejnej wyprawy stanowił archipelag Bocas del Toro. Tworzy go kilkanaście większych wysp i ok. 250 wysepek, z których kilka pozostaje zamieszkanych. Najważniejszą wśród nich jest Isla Colón, czyli Wyspa Kolumba (o powierzchni ponad 61 km²), ze stolicą tutejszej prowincji Bocas del Toro noszącą tę samą nazwę, co cały region administracyjny. Miasto liczy w przybliżeniu 8 tys. mieszkańców. Aby dostać się na archipelag, najpierw musimy dojechać do miejscowości Almirante, gdzie należy skorzystać z taksówki wodnej, zabierającej średnio 7–9 osób (za taki kurs zapłacimy 7 dolarów od osoby w jedną stronę, podróż trwa mniej więcej 45 min.). Możemy tu też dolecieć w godzinę samolotem linii Air Panamá z lotniska Albrook w Ciudad de Panamá (koszt biletu powrotnego to ok. 250 dolarów).

 

Na północno-zachodnim brzegu Isla Colón leży Boca del Drago. Ta niewielka osada (a właściwie skupisko kilku domów) przypomina prawdziwy raj. Wśród kołyszących się przy uroczej plaży palm panuje błoga cisza. Nie ma tutaj sklepów, chińskich zabawek i przepełnionych koszów na śmieci. Jest za to dużo hamaków zamocowanych między drzewami. Po prostu wiszą i czekają na chętnych, dostępne bez żadnej opłaty. Nikt nie kładzie na nich swojego ręcznika z samego rana, żeby je zająć. Hamaków wystarczy dla wszystkich. Przystanek autobusowy stanowi palma. Wokół niej zakręca bus, który nas przywiózł. W osadzie znajdują się tylko dwa hostele oraz klimatyczne chatki do wynajęcia (cabañas), a także działają restauracje z wyśmienitymi daniami, typowymi dla kuchni karaibskiej. Wciąż mało kto wie o tym miejscu i chyba lepiej, aby tak zostało.

 

W pobliżu położona jest jedna z największych atrakcji wyspy – Playa de las Estrellas (Playa Estrella),czyli plaża, przy której możemy spotkać cudowne rozgwiazdy. Turyści zazwyczaj wolą nocować w Bocas del Toro, a w tę okolicę wybierają się z wycieczką zorganizowaną, co kosztuje ok. 20–30 dolarów. Za przejazd busem zapłacimy 5 dolarów. Przechadzki przepiękną plażą prowadzącą do Playa de las Estrellas nie da się wycenić. Uważam, że to przeżycie wyjątkowo wartościowe.

 

W Boca del Drago spędziłem 3 dni, w tym Wigilię i pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia. Codziennie szedłem na plażę i ładowałem baterie, leżałem na hamaku i czytałem. W okolicy jedynym miejscem przystosowanym do ruchu turystycznego jest Playa de las Estrellas, ale i ona nie utraciła z tego powodu swojego dziewiczego uroku. Owszem, można tu znaleźć białe plastikowe leżaki, drogie restauracje (zazwyczaj zbudowane z drewna) i reklamy popularnych napojów, a z głośników rozbrzmiewa radosna muzyka reggae. Ja traktowałem jednak to zestawienie jako swoisty klimat tego zakątka. Boca del Drago stanowi prawdziwą oazę spokoju, zachwyci osoby chcące zrelaksować się przez kilka dni w ciszy i z dala od tłumów. Odcięciu od świata sprzyjają nawet przerwy w dostawach energii elektrycznej – z prądu korzysta się tylko przez mniej więcej 5 godz. dziennie, między 18.00 a 23.00, przynajmniej w hostelach, w których nocowałem. A jeśli zatęsknimy za widokiem ludzi, wystarczy, że wybierzemy się wraz z innymi na plażę na podziwianie rozgwiazd.

 

Atrakcje archipelagu

 

Na Isla Colón warto odwiedzić również wspomnianą stolicę prowincji. W Bocas del Toro możemy dobrze zjeść w ciągu dnia i poimprezować w nocy. Tutejsze bary, puby i dyskoteki są otwarte do białego rana. Nie musimy się w nich obawiać o swoje bezpieczeństwo. Oprócz tego jeśli nie będziemy zapuszczać się poza główne ulice i spacerować samotnie, z pewnością nic się nam nie stanie. Po zapadnięciu zmierzchu turyści często wyruszają na pobliską długą i zalesioną wysepkę Carenero (Isla Carenero, 0,94 km² powierzchni). Krótki rejs łodzią, która kursuje bez przerwy, kosztuje 1 dolara. Tu także czeka na nas dobra zabawa. W lokalach gra się lokalną muzykę lub hity popularne w Europie czy Stanach Zjednoczonych.

 

Po nocnych szaleństwach warto udać się na 7-kilometrową plażę Bluff (Playa Bluff). W jednej z tutejszych restauracji zamiast stolików natknęliśmy się na łóżka ustawione przy brzegu morza. Uznaliśmy to za wspaniały pomysł. Jeśli pójdziemy dalej wzdłuż plaży, trafimy na miejsce oblegane przez surferów ze względu na niesamowite fale, wysokie na 2–4 m.

 

Na wyspie polecam zajrzeć też do prywatnego Ogrodu Botanicznego Finca Los Monos. Dzięki takiej wizycie poznamy bogatą florę i faunę tego regionu. Osoby spacerujące alejkami otacza prawdziwa feeria barw i niezliczone ilości egzotycznych kwiatów, a nad ich głowami lata mnóstwo małych kolibrów.

 

Na północ od Isla Colón znajduje się Isla Pájaros – Wyspa Ptaków. To raczej grupa połączonych skał wystających z Morza Karaibskiego pokrytych bujną roślinnością. Prezentuje się jednak niezmiernie malowniczo. Ten cud natury cieszy się dość dużym zainteresowaniem wśród turystów. Zdecydowanie warto go zobaczyć na własne oczy.

 

Innym popularnym miejscem są bezludne Cayos Zapatilla – dwie małe wysepki (0,48 km² powierzchni) oddalone o ok. 50 min. rejsu łodzią od stolicy prowincji. Na wyprawę na nie należy zarezerwować sobie co najmniej pół dnia. Za taką wycieczkę bezpośrednio u właściciela łodzi zapłaciliśmy 10 dolarów za osobę, podczas gdy lokalne agencje turystyczne oferowały ją za 30–40 dolarów. Abyśmy mogli odbić od brzegu, musi zebrać się odpowiedniej wielkości grupa chętnych (przynajmniej 8–9 osób). W drodze powrotnej warto zatrzymać się w Morskim Parku Narodowym Wyspy Bastimentos (Parque Nacional Marino Isla Bastimentos), gdzie w trakcie snorkelingu przyjrzymy się licznym mieszkańcom podwodnego świata. Tego rodzaju rejs zazwyczaj zapewnia każdy właściciel łodzi, a w opłatę wliczony jest również sprzęt do nurkowania powierzchniowego.

 

Podróże po kraju

 

Na koniec chciałbym jeszcze krótko opisać sposoby przemieszczania się między różnymi punktami na mapie kraju. Samoloty z Europy (Frankfurtu nad Menem, Madrytu, Paryża, Amsterdamu i Stambułu) lądują na Międzynarodowym Lotnisku Tocumen (Aeropuerto Internacional de Tocumen), skąd do centrum panamskiej stolicy można dojechać taksówką, zwykły autobusem albo kolorowym chicken busem. Oczywiście, w tym pierwszym przypadku należy negocjować cenę. Po Panamie najlepiej podróżować samochodem bądź środkami autobusowego transportu zbiorowego. W kraju działa także kolej (Ferrocarril de Panamá), łącząca Atlantyk z Pacyfikiem, ale z niej nie korzystałem, bo nie było takiej potrzeby. W stolicy poruszałem się taksówkami lub komunikacją miejską, która funkcjonuje bardzo dobrze, zwłaszcza w części biznesowej i turystycznej. Cały system transportu publicznego jest zintegrowany. Podobnie jak w wielu dużych miastach na świecie, musimy kupić plastikową kartę i wpłacić na nią określoną sumę pieniędzy, które później wydajemy na przejazdy autobusami i metrem (odczytu dokonuje się przy wejściu). Główny stołeczny terminal autobusowy znajduje się przy modnym centrum handlowym Albrook Mall – Gran Terminal Nacional de Transporte de Panamá. Stąd dojedziemy do niemal każdego zakątka w Panamie, włącznie z Bocas del Toro. Oczywiście, po drodze czasem będą konieczne przesiadki (np. do Santa Catalina).

 

Do części rejonów można również dolecieć. Samolotem dostaniemy się np. do Bocas del Toro, choć ten środek transportu wybierają jednak nieliczni z uwagi na dość duży koszt biletu. Krajowe linie lotnicze Air Panamá oferują obecnie połączenia do siedemnastu miejsc leżących w panamskich granicach oraz do San José (stolicy Kostaryki) i dwóch miast w Kolumbii (Armenii i Medellín). Trzeba pamiętać, że niektóre loty są sezonowe. Jeśli nasz budżet na tym zbytnio nie ucierpi, warto skorzystać z usług tego przewoźnika, bo podróżowanie samolotem to z pewnością najwygodniejszy i najszybszy sposób poruszania się po Panamie. Połączeń oferowanych ze stolicy przez Air Panamá nie obsługuje jednak Międzynarodowe Lotnisko Tocumen, ale Międzynarodowy Port Lotniczy Marcosa A. Gelaberta (Aeropuerto Internacional Marcos A. Gelabert) położony przy Albrook Mall.

 

Ta część Ameryki Centralnej wciąż pozostaje dla Polaków ziemią nieznaną. Większość z nich niewiele wie o jej historii i mieszkańcach. Dlatego wyprawa do Panamy ma w sobie coś z odkrywania Nowego Świata. Ten kraj potrafi zachwycić swoim pięknem i nadal można w nim znaleźć prawdziwie rajskie zakątki. Kto zdecyduje się go odwiedzić, przeżyje fascynującą przygodę, której nigdy nie zapomni.

 

Gdy sport staje się pasją

SYLWIA JEDLAK-DUBIEL

 

<< Mogłoby się wydawać, że Polska to kraj, który piłką nożną stoi. Trudno nie odnieść takiego wrażenia zwłaszcza, gdy przychodzi czas mistrzostw świata czy Europy i nawet osoby nie interesujące się na co dzień sportem zmieniają się w zagorzałych kibiców. Jednak prawda wygląda tak, że zawodnicy z innych dyscyplin dają nam ostatnio dużo więcej powodów do dumy. Nie od dziś znaczące sukcesy na arenie światowej odnoszą polscy siatkarze, znakomicie radzą sobie też nasi lekkoatleci. Z ostatnich Mistrzostw Europy w Lekkoatletyce, które odbyły się w sierpniu 2018 r. w Berlinie, wróciliśmy z aż siedmioma złotymi medalami. Tyle samo razy pierwsze miejsce zajęli Brytyjczycy. To właśnie Polska i Wielka Brytania zdobyły największą liczbę złotych medali podczas tych zawodów. >>

Polacy dość chętnie uprawiają sport, choć większość z nich traktuje tego typu aktywność jako rekreację. Z powodu braku czasu zwykle ograniczają się do wyjazdów połączonych z surfowaniem, wycieczkami rowerowymi, kajakowymi, konnymi, grą w golfa czy jazdą na nartach i snowboardzie. Aby zadbać o zdrowie, zapisują się do klubów fitness lub na siłownię albo zaczynają regularnie biegać, ćwiczyć, jeździć na rowerach (szosowym i górskim). Sport potrafi być jednak prawdziwą pasją. Poświęcenie czasu na treningi uczy cierpliwości i pokory, pozwala lepiej poznać możliwości organizmu. Nie bez znaczenia jest także satysfakcja, jaką daje stawanie się coraz lepszym w tym, co się robi. Nie można również zapomnieć o wydzielaniu się podczas wysiłku fizycznego endorfin, czyli hormonów szczęścia. Kto chce na poważnie zająć się jakąś dyscypliną sportową, wcale nie musi od razu zostawać zawodowcem. W Polsce, podobnie jak na całym świecie, organizuje się coraz więcej zawodów dla amatorów czy półprofesjonalistów. Branie w nich udziału przynosi podobną przyjemność co uczestniczenie w letnich lub zimowych igrzyskach olimpijskich.

 

Obóz Wavecamp na greckiej wyspie Karpatos

© Olek Pobikrowski/WaveCamp

 

Najłatwiej chyba zarazić pasją sportową dzieci. W dobie rozwoju nowych technologii, które angażują człowieka raczej intelektualnie niż fizycznie, wydaje się to szczególnie ważne. Lekarze nie od dziś podkreślają, że ruch jest niezmiernie ważny dla zdrowia. Jednak im człowiek starszy, tym trudniej go przekonać do uprawiania jakiejś aktywności ruchowej. A przecież sport to nie tylko pot, łzy i wyrzeczenia. Dzięki niemu możemy spotkać ludzi o podobnych zainteresowaniach, znaleźć swoje miejsce w społeczności pasjonatów i… odwiedzić mnóstwo ciekawych zakątków świata. Zapalonych narciarzy i snowboardzistów przyciągają ośnieżone stoki Alp, surferzy, wind- i kitesurferzy wyjeżdżają nad Atlantyk, żeby mierzyć się z falami. Na szczęście, większość rodzajów sportu da się uprawiać i w Polsce, i za granicą. Musimy jedynie wybrać taki typ aktywności, który będzie nam sprawiał największą przyjemność i najlepiej pasował do naszego charakteru.

 

PROFESJONALNE PRZYGOTOWANIE

Rozbudowaną bazę sportowo-szkoleniową oferuje Centralny Ośrodek Sportu (COS). Do jego głównych zadań należy zapewnienie odpowiednich warunków do prowadzenia treningów organizowanych przez polskie związki sportowe oraz przygotowywanie kadry narodowej (zarówno seniorów, jak i juniorów) do startowania w międzynarodowych zawodach (w tym igrzyskach olimpijskich i paraolimpijskich, mistrzostwach Europy i świata). Poza tym w kręgu jego działań znajduje się też organizacja wydarzeń sportowych i obsługa zgrupowań polskich sportowców. W siedmiu obiektach COS można trenować np. lekkoatletykę, narciarstwo zjazdowe i biegowe oraz skoki narciarskie, łyżwiarstwo, hokej na lodzie, siatkówkę, koszykówkę, piłkę nożną, tenis, judo, boks, podnoszenie ciężarów, kajakarstwo, żeglarstwo czy wioślarstwo. Położone są one w Cetniewie (dzielnicy Władysławowa), Giżycku (nad jeziorem Kisajno), Spale (w województwie łódzkim), Szczyrku (w Beskidzie Śląskim), Wałczu (nad jeziorem Raduń), Warszawie i Zakopanem. W tym ostatnim w skład kompleksu wchodzą m.in. Wielka Krokiew i inne skocznie narciarskie, lodowisko (największe na Podhalu), tor lodowy, trasy dla narciarzy biegowych, stadion lekkoatletyczny, boiska i korty tenisowe oraz hala wielofunkcyjna, kryta pływalnia i sale o różnym przeznaczeniu. W Warszawie COS zarządza halami Torwar I i Torwar II Lodowisko przy ulicy Łazienkowskiej. Odbywają się tu np. różnego rodzaju zawody sportowe czy treningi łyżwiarskie i hokejowe. W Wałczu znajduje się tor wioślarsko-kajakowy, stadion lekkoatletyczny, pływalnia „Delfin”, boisko do gry w hokeja na trawie i inne boiska oraz sale sportowe (w tym sala z ergometrami wioślarsko-kajakowymi). Szczyrk to przede wszystkim ośrodek narciarski na górze Skrzyczne (1257 m n.p.m.) z ponad 10 km tras narciarskich (w tym jedną z homologacją FIS), czteroosobową linową kolejką kanapową i dwoma wyciągami orczykowymi. Oprócz tego są tutaj także skocznie narciarskie, pływalnia, boiska do siatkówki plażowej, hale sportowe, stadion czy korty tenisowe. W Spale można uprawiać m.in. szermierkę, sporty zespołowe lub pływanie, jak również doskonalić się w konkurencjach lekkoatletycznych i podnoszeniu ciężarów. COS Giżycko zaprasza do hal sportowych (dużej i małej), na ściankę wspinaczkową czy kort tenisowy mogący służyć też jako boisko. W pobliżu znajduje się port jachtowy z wypożyczalnią sprzętu (łodzi, kajaków, rowerów wodnych). W Cetniewie czekają korty tenisowe, pływalnia „AQUARIUS”, stadion lekkoatletyczny, rozmaite hale i boiska (także stanowiska do rzutu młotem, dyskiem, kulą i oszczepem). Jak widać, mamy więc w Polsce gdzie trenować.

 

POWIEW DALEKIEGO WSCHODU

Warto również z pewnością wspomnieć o pewnym nietypowym miejscu w naszym kraju. Tu nietrudno poczuć się jak w zupełnie innym zakątku świata. Mowa o Centrum Japońskich Sportów i Sztuk Walki „Dojo – Stara Wieś” położonym w województwie łódzkim, na południowy wschód od Piotrkowa Trybunalskiego. Powstało ono na drodze porozumienia między Fundacją Rozwoju Karate Tradycyjnego a Polskim Związkiem Karate Tradycyjnego.

Umieszczony wśród polskich pejzaży obiekt nawiązuje do tradycyjnej architektury japońskiej. Został stworzony do treningów dalekowschodnich sportów walki i zajmuje powierzchnię 60 ha. W budynku treningowym znajdują się trzy sale ze specjalistyczną podłogą, matami do karate i judo, lustrami i workami treningowymi oraz trzy szatnie z natryskami, podgrzewaną podłogą i jacuzzi (japońskie ofuro). Po drugiej stronie kompleksu stoi pawilon herbaty, w którym odbywają się pokazy tradycyjnej ceremonii jej parzenia. Otoczenie sprzyja nie tylko odpoczynkowi i delektowaniu się aromatycznym naparem. Herbaciarnia leży nad małym zbiornikiem wodnym, sąsiadującym z większym i budynkiem do odnowy biologicznej z sauną i salą z leżankami. W środkowej części terenu centrum usytuowana jest jadalnia wyposażona zarówno w zwykłe stoły, jak i te w stylu japońskim (mogąca pomieścić 120 osób). W pobliżu wybudowano 16 domków noclegowych z futonami do spania (tradycyjnymi japońskimi materacami wypełnionymi bawełną), kominkami i połączeniem z internetem. Do wyboru mamy wersję standard lub VIP. W ośrodku organizuje się też dodatkowe zajęcia prezentujące kulturę Japonii, takie jak warsztaty przyrządzania sushi, kaligrafii, ikebany (sztuki układania kwiatów), origami i kitsuke (sztuki zakładania kimona). Centrum Japońskich Sportów i Sztuk Walki „Dojo – Stara Wieś” leży w malowniczym otoczeniu Przedborskiego Parku Krajobrazowego. Oprócz dwóch połączonych ze sobą sztucznych jezior znajdują się tu kamienne ogrody. Samo dojo (miejsce przeznaczone na treningi) położone jest na wzgórzu. Szczególna harmonia, z jaką został zaprojektowany ten obszar, ma sprzyjać doskonaleniu umiejętności w ciszy i spokoju.

 

NA POŁUDNIU EUROPY

Klimat, w granicach którego leży Polska, nie sprzyja uprawianiu niektórych dyscyplin sportowych przez cały rok. Jednak aby utrzymać odpowiednią formę, nie można zaprzestać treningów w okresie zimowym. Dlatego dobrym wyjściem w tej sytuacji jest wybranie się w rejony o bardziej korzystnych warunkach pogodowych. Zresztą obecnie Polacy coraz częściej mogą sobie pozwolić nie tylko na wakacyjne wyjazdy za granicę, lecz także te profilowane. Korzystają więc z możliwości uprawiania ulubionego sportu w innych krajach. Chętnie odwiedzane miejsce stanowią np. południowe regiony Europy. Znajdują się nie tak daleko od Polski, a zima jest w nich łagodna.

                Zagraniczne wyjazdy sportowe to świetna propozycja nie tylko dla dorosłych. Dla dzieci sport bywa nie mniej ważną pasją, a jeśli chcą związać z nim swoją przyszłość, muszą ciągle doskonalić umiejętności. Z drugiej strony wielu rodziców chce, aby ich pociechy spędzające dużo czasu na treningach nie traciły okazji do poznawania świata. W młodym wieku chłonie się najwięcej i to nie tylko w trakcie nauki. Niektóre dyscypliny sportowe w Polsce są dofinansowywane przez Ministerstwo Sportu i Turystyki, co stanowi znaczne ułatwienie w przypadku wysyłania dzieci na obozy za granicę.

                Dużą popularnością w przypadku tego typu wyjazdów cieszy się słoneczna Hiszpania. Na południu kraju zimą można trenować na świeżym powietrzu, bo temperatury utrzymują się tu na poziomie 15–20°C. Dla Polaków to z pewnością miła odmiana. Obozy sportowe w tej części Europy organizuje m.in. polskie biuro podróży Iberotravel z siedzibą w Katalonii. Zajmuje się ono tym już od pięciu lat. Oferuje wyjazdy na Dzikie Wybrzeże (Costa Brava) i w okolice Barcelony, a także do innych części Hiszpanii, np. do Andaluzji. Współpracuje z Polskim Związkiem Lekkiej Atletyki (PZLA), klubami piłki nożnej, siatkówki, nordic walkingu i nie tylko. Najwięcej obozów Iberotravel organizuje w mieście Lloret de Mar. To jeden z najpiękniejszych kurortów Costa Brava. Słynie m.in. z malowniczych plaż. Na klifie nad brzegiem morza wznosi się tutaj średniowieczny Zamek św. Jana (Castell de Sant Joan). Lloret de Mar jest bardzo korzystnie położone – znajduje się niedaleko portów lotniczych leżących w rejonie Barcelony i Girony. Od Polski dzieli kurort na tyle nieduża odległość (z Warszawy – ok. 2,3 tys. km), że dzieci i młodzież mogą pokonać ją również autokarem. W centrum miasta usytuowane są nowoczesne obiekty sportowe: stadion lekkoatletyczny, boiska piłkarskie, hale, basen olimpijski, siłownie. Biuro Iberotravel zajmuje się wszystkimi kwestiami dotyczącymi wyjazdu. Rezerwuje hotele i obiekty sportowe, organizuje transport i dodatkowe atrakcje (takie jak wycieczki do Barcelony, niezmiernie interesującej stolicy wspólnoty autonomicznej Katalonia). Na miejscu zapewnia opiekę polskiego rezydenta. Ponieważ ma siedzibę w Lloret de Mar, jego pracownicy mogą na bieżąco koordynować wszelkie sprawy związane z obsługą każdej grupy. Warto też podkreślić, że koszty obozów sportowych w Hiszpanii w okresie zimowym są dość niskie, porównywalne do cen w Polsce.

 

UJARZMIĆ FALE

Polacy chętnie zajmują się także różnorodnymi sportami wodnymi. Choć przez większość roku woda w Bałtyku i jego zatokach nie ma szczególnie przyjemnej temperatury, wiele osób uprawiających wind- i kitesurfing odwiedza Mierzeję Helską, aby doskonalić umiejętności. To często jedno z pierwszych miejsc, gdzie próbują swoich sił w ślizgu na falach. W sezonie letnim miejscowe szkoły organizują kursy i obozy zarówno dla dzieci i młodzieży, jak i dorosłych. Jednak ze względu na warunki klimatyczne surferów, wind- i kitesurferów z Polski coraz częściej przyciągają inne regiony na świecie. W tym przypadku ogromne znaczenie ma nie tylko temperatura powietrza i wody. Ważna jest również siła wiatru. Dlatego dużym zainteresowaniem cieszą się m.in. Wyspy Kanaryjskie, atlantyckie wybrzeże Maroka czy okolice miasta Tarifa na Wybrzeżu Światła (Costa de la Luz) w hiszpańskiej Andaluzji. Osoby pasjonujące się sportami wodnymi chętnie odwiedzają też miejsca, gdzie odbywają się międzynarodowe zawody, aby sprawdzić się w warunkach, w których walczą profesjonalni sportowcy. Przybywają więc m.in. na słoneczną Fuerteventurę. Na tej drugiej największej z Wysp Kanaryjskich (ok. 1660 km² i ponad 110 tys. mieszkańców), w rejonie pięknej plaży Sotavento rozgrywa się już od 33 lat na przełomie lipca i sierpnia Fuerteventura Windsurfing & Kitesurfing World Cup. Organizatorem tej widowiskowej imprezy jest tutejsze prężne, profesjonalne centrum René Egli by Meliã. Warto dodać, że sporty wodne stają się coraz bardziej znaczącymi dyscyplinami na świecie. Na XXXII Letnich Igrzyskach Olimpijskich w 2020 r., zaplanowanych w Tokio, po raz pierwszy pojawi się surfing. Zmagania zawodników będą rozgrywać się w okolicy plaży Tsurigasaki w mieście Ichinomiya (prefektura Chiba). Do programu kolejnych Igrzysk XXXIII Olimpiady (w 2024 r. w Paryżu) ma zostać włączony kitesurfing.

                Na zagraniczne szkolenia windsurfingowe Polacy mogą wyjechać np. z firmą Wavecamp. Firma powstała z inicjatywy Macieja Kapusty Kapuścińskiego, instruktora Polskiego Stowarzyszenia Windsurfingu (PSW), współorganizatora i pomysłodawcy zawodów windsurfingowych rangi mistrzostw Polski. Pierwszy taki wyjazd zorganizował on w maju 2010 r. i od tamtej pory dzieli się doświadczeniem i pasją z kolejnymi ludźmi chcącymi spróbować swoich sił w tej dyscyplinie. Obecnie oferta Wavecamp skierowana jest do osób na każdym poziomie zaawansowania: od początkujących przez średnio zaawansowanych do zaawansowanych. W części kursów mogą uczestniczyć także dzieci. Szkolenia prowadzą znakomici polscy instruktorzy, którzy nie tylko mają świetne umiejętności, ale potrafią również odpowiednio przekazywać wiedzę. Kursanci uczą się i trenują m.in. na Wyspach Kanaryjskich (np. Fuerteventurze, Gran Canarii, Teneryfie), na greckiej wyspie Karpatos, położonej u zachodnich brzegów Afryki São Vicente (w archipelagu Wysp Zielonego Przylądka, w grupie Wysp Zawietrznych) czy na południowo-wschodnim wybrzeżu Wietnamu, w Mỹ Hòa koło miasta Long Xuyên w prowincji An Giang. W grudniu można z Wavecampem spędzić windsurfingowego sylwestra właśnie w wietrznej Republice Zielonego Przylądka. Maciej Kapuściński na stronie internetowej swojej firmy prowadzi też blog, na którym pisze o różnych kwestiach związanych z windsurfingiem i o zrealizowanych kursach.

                Na brak możliwości nie powinni także narzekać amatorzy kitesurfingu. Różne atrakcyjne rejony naszego globu odwiedzą m.in. dzięki KiteWyjazdy.pl Marcina Remplewicza – znanej marce w świecie kite’owym. Firma już od 10 lat zabiera swoich klientów do Brazylii (np. do miejscowości Cumbuco, Jericoacoara, Ilha do Guajirú, Guajiru), Egiptu (Soma Bay), Grecji, Kenii, na Kubę (Playa El Paso na Cayo Coco i Playa Pilar na Cayo Guillermo), Mauritius i Fuerteventurę. Przygotowuje też wyjazdy kitesurfingowe do dowolnego, oczywiście odpowiednio wietrznego, miejsca na świecie, jeżeli zgłosi się większa liczba osób chcących spróbować swoich sił w tym widowiskowym sporcie. Oferta obejmuje wszystkie aspekty wyprawy (ubezpieczenie, lot, zakwaterowanie, transfery), a dodatkowo zawiera również czasem wycieczki turystyczne. KiteWyjazdy.pl organizuje profesjonalne szkolenia kitesurfingowe dla osób indywidualnych, grup i firm. Warto też wspomnieć o założonej w 2001 r. przez Piotra Szewlakowa szkole Kite Park z Mierzei Helskiej. Właśnie w tym rejonie w sezonie letnim działa jej baza. Oprócz kursów kitesurfingu oferuje szkolenia z windsurfingu, wakeboardingu, surfingu, skimboardingu i stand up paddlingu (SUP) oraz udostępnia wypożyczalnię sprzętu do uprawiania sportów wodnych. Jednym z instruktorów tego centrum jest Victor Borsuk, siedmiokrotny zdobywca tytułu mistrza Polski i czterokrotny wicemistrz Polski w kitesurfingu, który trenuje dzieci i młodzież od 8. roku życia (osoby początkujące i zaawansowane) w ramach Borsuk CAMPS. Kite Park ma na swoim koncie również organizację wyjazdów do Brazylii, Wietnamu, Wenezueli, Egiptu, na Rodos, Zanzibar, Filipiny, Grenadyny czy Sardynię. Na zainteresowanie zasługuje poza tym profesjonalna polska baza kite- i windsurfingu SKYHIGH znajdująca się we Włoszech, w sardyńskiej miejscowości Porto Botte. Dostępne są w niej także kursy surfingu i wakeboardingu. Dodatkowo otwarto tutaj też wypożyczalnię rowerów.

 

Obozy jogi w Los Angeles w Kalifornii z Fun Travel

© Żaneta Auler/FUNtravel

 

TEST NA WYTRZYMAŁOŚĆ

Jednym z najmodniejszych tematów z dziedziny szeroko rozumianego sportu jest w Polsce od kilku lat również fitness i inne rodzaje zajęć, które ogólnie zaliczylibyśmy do gimnastyki (takie jak crossfit czy joga). Choć ta forma aktywności kojarzy się raczej z odwiedzaniem siłowni i klubów oraz dbaniem o zachowanie sprawności ruchowej, potrafi naprawdę wciągnąć i stać się prawdziwą pasją. Poza tym osoby regularnie uprawiające tego typu ćwiczenia często zmieniają swój dotychczasowy tryb życia i starają się żyć zdrowiej, zaczynają zwracać uwagę na to, co jedzą, i jak spędzają czas wolny. Niewątpliwie wpływ na wzrost zainteresowania fitnessem wśród Polek i Polaków miały znane obecnie trenerki, które wyczuły trend i wyrobiły sobie na nim swoją markę, przekształcając tę dziedzinę w dochodowy biznes. Trudno jednak nie dostrzec w tej popularności samych plusów – w końcu wszystko sprowadza się do tego, aby ruszać się więcej i nie spędzać całych dni za biurkiem. Inną niezmiernie modną w ostatnich latach aktywnością jest bieganie. I nie chodzi tu o zwykły, codzienny jogging, ale o sport związany z realizacją wyznaczonych sobie celów i ciągłym doskonaleniem się. W wielu miejscach w Polsce organizuje się obecnie różnego rodzaju biegi, w których może wziąć udział praktycznie każdy. Obok amatorów pojawiają się jednak na nich także osoby przygotowujące się do kilku takich zawodów w roku, trenujące mocno przed każdym wyścigiem, interesujące się tym, jak polepszyć swoją technikę, i stawiające na bicie własnych rekordów. Podobne podejście da się zaobserwować w przypadku odbywających się też w całym kraju imprez rowerowych (m.in. TAURON Tour de Pologne Amatorów, Lang Team Race, Vienna Life Lang Team Maratony Rowerowe, Cisowianka Mazovia MTB Marathon czy Maratony Rowerowe Kellys Cyklokarpaty). Polacy chętnie zajmują się sportem w zupełnie nieamatorski sposób, nawet jeśli nie walczą o stanięcie na podium w mistrzostwach o randze krajowej, kontynentalnej czy światowej.

                Oferta wyjazdów sportowych skierowana jest również do osób uprawiających tego typu aktywności. Połączenie zagranicznej podróży z poświęcaniem się swojej pasji stanowi znakomity sposób na poznanie innych krajów i ich mieszkańców od nieco odmiennej strony. Na maratony w różnych miejscach na świecie zabierają klientów np. biuro Logos Travel Marek Śliwka z Poznania, które opracowało program Maratony na 7 kontynentach, MK Tramping Travel & Incentive z Krakowa (pod sportową marką MK Active Sport), Biuro Podróży GRYF i Travel2Run z Katowic, Albatros Travel (przedstawicielstwo największego skandynawskiego organizatora wycieczek objazdowych) oraz Venga Travel i Tritraveler (specjalizujące się też w wyjazdach na triatlony) z Warszawy czy RAZevent ze Szczecina. Turystyką aktywną zajmuje się m.in. polska firma turystyczna Fun Travel ze Stanów Zjednoczonych Ameryki (USA). Jej założycielka, Żaneta Auler, jest także właścicielką klubu fitness YogaCycle w Los Angeles w Kalifornii, gdzie odbywają się zajęcia z różnego rodzaju jogi i spinningu (jazdy na rowerze stacjonarnym) oraz treningi TRX, do których wykorzystuje się specjalny zestaw regulowanych pasów i taśm. To właśnie do USA zaprasza swoich klientów. Oferta Fun Travel obejmuje rozmaite sposoby aktywnego spędzania czasu. Znajdują się w niej np. obozy jogi w Los Angeles i mieście Sedona (w północnej części stanu Arizona), wycieczki rowerowe po dolinie Napa (Napa Valley) pokrytej licznymi winnicami, w których produkuje się wyśmienite kalifornijskie wina, wyprawy na narty do Kolorado i Utah. Firma służy też pomocą w organizacji wyjazdów na maratony (w Nowym Jorku, Los Angeles czy Bostonie) i triatlony (łącznie ze słynnym Ironmanem). Poza tym oferuje pobyty szkoleniowe dla trenerów i właścicieli klubów fitness w Polsce, podczas których zapoznają się oni z nowymi trendami i spotykają z osobami z branży w Stanach Zjednoczonych. Z Fun Travel można również wybrać się na zwiedzanie USA urozmaicone zajęciami jogi lub spinningu czy jazdą na rowerze w plenerze.

 

W ramach programu Maratony na 7 kontynentach Logos Travel można wyjechać do Jerozolimy

© Logos Travel

 

ZOSTAĆ MISTRZEM STOKU

Na koniec należy z pewnością poruszyć jeszcze jeden temat, a mianowicie sporty zimowe. Polacy mają swoje góry, które zimą odwiedzają bardzo chętnie, ale na prawdziwe śnieżne szaleństwo wybierają się głównie w rejon Alp. Tu od lat wśród ulubionych miejsc naszych rodaków królują Włochy. W sezonie zimowym przybywa ich do tego kraju tak wielu, że w niektórych górskich miejscowościach można natknąć się w lokalach gastronomicznych na polskie menu. Nie ma się zresztą co temu dziwić, warunki do jazdy na nartach lub snowboardzie na północy Italii są znakomite, zarówno ze względu na ukształtowanie terenu i pogodę, jak i rozbudowaną infrastrukturę (także hotelową), a Włosi uchodzą za wyjątkowo sympatycznych i otwartych ludzi. Ogromną popularnością cieszy się zwłaszcza okolica Marmolady (3343 m n.p.m.) – najwyższego szczytu Dolomitów. W rejonie słynnej Doliny Słońca (Val di Sole) w Trentino znajduje się jedna z najlepszych i najdłuższych nartostrad w Europie. Co ważne, w Dolomitach można w sezonie zimowym korzystać z jednego skipassu. Pomiędzy poszczególnymi ośrodkami kursują specjalne busy i autobusy. Do najpopularniejszych kurortów w regionie należą Madonna di Campiglio czy elegancka Cortina d’Ampezzo.

                Ze względu na ogromne zainteresowanie oferta zagranicznych obozów i wyjazdów narciarskich do Włoch (i nie tylko) przygotowana przez polskie firmy jest naprawdę bardzo szeroka. Każdy z pewnością znajdzie więc coś dla siebie. Do wyboru są propozycje dla dorosłych, dzieci i młodzieży na wszystkich poziomach zaawansowania. Można też zdecydować się na sportową wyprawę rodzinną. Na ośnieżone włoskie stoki udamy się np. z warszawskim Klubem Tenisowym, Narciarskim i Żeglarskim Sporteum. W sezonie 2018/2019 oferuje on wyjazdy do Carezzy w Tyrolu Południowym, Monte Bondone i Folgarii w Trentino czy miejscowości w okolicy Val di Sole – Passo Tonale, Madonna di Campiglio i Pinzolo. Poza tym prowadzi specjalną sportową sekcję narciarską dla dzieci w każdym wieku, która organizuje treningi i obozy oraz przygotowuje chętnych do startowania w zawodach. Dorośli mogą trenować jazdę na nartach w ramach przeznaczonej dla nich grupy Sporteum Masters.

Najlepsze miejsca do nurkowania na świecie – top 10

MAGDALENA ZDRENKA

 

FOT. TOURISM AUSTRALIA

W morskich głębinach kryje się tak wielkie bogactwo podwodnych krajobrazów, unikalnych ekosystemów i różnorodnych gatunków, że trudno wybrać jeden najpiękniejszy i najciekawszy rejon. Na szczęście wcale nie musimy tego robić. Możemy zwiedzać je wszystkie po kolei, ale nie łudźmy się niepotrzebnie, na pewno nie uda nam się zobaczyć wszystkiego. Jedno życie to za mało na poznanie całego podmorskiego raju na ziemi.

Więcej…