KAZIMIERZ POPŁAWSKI
www.eesti.pl

<< Chociaż małą Estonię można przemierzyć z zachodu na wschód i z północy na południe w ciągu kilku godzin, nie warto się spieszyć. Lato również długo zbiera się do wizyty w tym kraju. Kiedy już tutaj zajrzy, oferuje podróżnikom to, co najlepsze – słoneczną pogodę, ciepłe morze i białe noce. >>

24 czerwca, gdy dzień staje się najdłuższy w roku, a noc kurczy się do zaledwie paru godzin, Estończycy obchodzą swoje największe święto – Jaanipäev (Dzień św. Jana). Chowają się wtedy w swoich domkach letniskowych, wyjeżdżają na wyspy i nad jeziora. Wieczorami rozpalają ogniska i bujają się na wielkich trapezowych huśtawkach. Czas sprzyja świętowaniu, bo po zimie i nie zawsze ciepłej wiośnie nadchodzi początek sezonu letniego. To także najodpowiedniejszy okres, aby zawitać do Estonii.
Wyjazd do tego nadbałtyckiego kraju w okolicy Dnia św. Jana jest dobrym pomysłem, ale należy pamiętać o zwiększonym wtedy lokalnym ruchu turystycznym. Jeśli planujemy odwiedzić jedną z malowniczych estońskich wysp, powinniśmy wcześniej zarezerwować nocleg czy bilety na prom, żeby nasze wakacje nie przerodziły się w małą szkołę przetrwania.

 

OD WYSPY DO WYSPY
W Estonii już 23 czerwca (Dzień Zwycięstwa – Võidupüha, też wolny od pracy) największe miasta położone na stałym lądzie pustoszeją, a tłoczno robi się w ośrodkach letniskowych na Saremie (est. Saaremaa) czy Hiumie (est. Hiiumaa). Także Parnawa (Pärnu), estońska letnia stolica, przeżywa istne oblężenie przez turystów.
     Wysp w tym kraju mamy pod dostatkiem, bo doliczono się ich aż ponad 1,5 tys. W większości nie posiadają zbyt dużej powierzchni i tylko kilka jest zamieszkanych. Największa z nich to Sarema (2673 km²) – na niej również czeka na przybyszów najwięcej atrakcji. Zwiedzanie należy jednak rozpocząć od Muhu (198 km²), ponieważ prom przybija do jej brzegów do portu w Kuivastu, skąd dalej prowadzi droga zbudowana na kilkukilometrowej grobli. Blisko tej trasy, w zachodniej części wyspy, znajduje się niewielka wieś Koguva. Osada niewiele zmieniła się w ciągu wieków – zamiast płotów są w niej omszałe kamienie, za którymi stoją chaty kryte strzechą i rosną wysokie drzewa. To, co przypomina nam, że nadal jesteśmy w XXI, a nie XVI w., to duże nowoczesne samochody zaparkowane na posesjach i dostęp do internetu.

FOT. ENTERPRISE ESTONIA - ESTONIAN TOURIST BOARD/LEMBIT MICHELSON

Największa estońska wyspa Sarema ma aż 1300-kilometrowe wybrzeże


     W drodze do Kuressaare, 13-tysięcznej stolicy Saremy, trzeba zatrzymać się koniecznie w dwóch małych miejscowościach. W wiosce Angla można zobaczyć zabytkowe wiatraki, które stanowią symbol wyspy. Kiedyś były one elementem miejscowego krajobrazu, dziś kilka ocalałych ustawiono w tej okolicy. Dużo łatwiej dostrzec je na pochodzących stąd produktach wszelkiego rodzaju: piwie, wódce, mleku, maśle, chlebie i innych.
     Estonia szczyci się największą na świecie liczbą kraterów po uderzeniach meteorytów na 1 km². We wsi Kaali powstało ich aż 9, a największy, liczący 110 m średnicy, wypełnia woda jeziora Kaali (Kaalijärv).
     W Kuressaare znajduje się najlepiej zachowany zamek średniowieczny w tej części Europy. Dojedziemy do niego przez miasteczko, którego najstarsze zabudowania tworzą pierzeje ulicy Lossi, a więc Zamkowej. Mury budowli pamiętające XIV w. mieszczą obecnie Muzeum Saremy, prezentujące historię oraz przyrodę tego regionu. Dalej za twierdzą rozciąga się niewielka plaża.
     Za ogromną tutejszą atrakcję uchodzi Park Narodowy Vilsandi, obejmujący zachodnie brzegi, przybrzeżne wysepki oraz morze. Słynie on z populacji fok szarych. Na malutkiej, niezamieszkałej Innarahu przychodzą na świat ich młode.
     Z Saremy dotrzemy na Hiumę promem kursującym między Triigi i Sõru. Jest ona drugą co do wielkości wyspą Estonii (989 km² powierzchni), a jednocześnie także najbardziej zalesionym i najmniej ludnym rejonem kraju. Jej najwyższy punkt stanowi półwysep Kõpu, gdzie stoi 36-metrowa latarnia morska z 1531 r. o kształcie przypominającym kobietę ubraną w rozłożystą suknię i z czerwonym nakryciem głowy.
     Największe miasto na Hiumie to Kärdla, która liczy zaledwie 3 tys. mieszkańców. Życie płynie w niej wolno wśród zielonych terenów i „bębnów”, czyli mostków przerzuconych nad strumieniami. Na samym początku sierpnia odbywa się tutaj popularny festiwal kawiarniany – Kärdla kohvikutepäev. Podczas niego mieszkańcy często zapraszają gości do swoich ogrodów. Jego najbliższa edycja będzie miała miejsce w dniach od 31 lipca do 2 sierpnia 2015 r.

 

ŚPIEWAJĄCE PIASKI I POSOWIECKIE PAMIĄTKI
Prom łączący Hiumę ze stałym lądem cumuje w pobliżu Haapsalu. Ta miejscowość należy do najstarszych w kraju (otrzymała prawa miejskie w 1279 r.), o czym świadczy średniowieczny zamek. Jak przystało na tego rodzaju zabytek, wiąże się z nim legenda. Nawiedza go podobno Biała Dama – duch kochanki jednego z kanoników, która za karę za zabroniony związek miała zostać zamurowana w fortecy.
     Haapsalu było niegdyś stolicą estońskich Szwedów. Swoje dzieciństwo spędziła tu Ilon Wikland (ur. w 1930 r.), autorka rysunków do książek Astrid Lindgren (1907–2002), m.in. popularnej powieści Dzieci z Bullerbyn. Artystkę musiały zainspirować niewielkie kolorowe, drewniane domki stojące przy cichych ulicach miasteczka. Prawdziwą przyjemnością dla najmłodszych podróżników może być wizyta w galerii poświęconej Ilon Wikland, w której przyjrzą się magicznemu światu stworzonemu przez pisarkę i ilustratorkę.
     Na trasie z Haapsalu do Tallina warto zatrzymać się w dwóch miejscach. Kilka promieni słońca i orzeźwienie w morzu oferuje Laulasmaa. Ta spokojna, mało uczęszczana plaża znana jest ze swojej... muzykalności. Podczas szorowania stopami po piasku usłyszymy charakterystyczne dźwięki. Do atrakcji zalewu utworzonego w rejonie dawnego więzienia i kamieniołomów w Rummu zalicza się natomiast skoki do wody z więziennych okien, opalanie się na zboczach wyrobiska i spacery po wymytych deszczem wąwozach hałd. To rozrywka szczególnie godna polecenia miłośnikom klimatów postindustrialnych...

FOT. ENTERPRISE ESTONIA - ESTONIAN TOURIST BOARD/AIRE EDER

FOT. ENTERPRISE ESTONIA - ESTONIAN TOURIST BOARD/MAKSIM NIKIFOROV


     Niedaleko stąd znajduje się półwysep Pakri z miejscowością Paldiski, niegdyś bazą treningową radzieckich atomowych łodzi podwodnych. Dziś stanowi blokowisko z portem, ale wyróżnia ją położenie blisko bardzo malowniczych i wysokich na 25 m klifów. Widać z nich archipelag Pakri, na którym podziwiać można pozostałości po czasach sowieckich. W trakcie wędrówki po należących do niego dwóch wysepkach (Suur-Pakri i Väike-Pakri) trzeba przestrzegać zasad bezpieczeństwa – ze względu na niewybuchy i miny nie wolno schodzić z wyznaczonych ścieżek ani rozpalać ognia.

 

KOROWÓD TALLIŃSKICH BASZT
Tallińskie Stare Miasto to prawdziwa perła średniowiecznej architektury. Pastelowe kamienice wznoszą się przy ulicach brukowanych kamieniami (tzw. kocie łby). Całość otaczają mury, bramy i baszty, a panoramę urozmaicają strzeliste wieże kościołów. Jak przystało na tak wiekowy ośrodek, co krok napotkamy tu legendy go dotyczące. Opowieść o starcu z jeziora Ülemiste tłumaczy budowlaną gorączkę, historia o tajemniczym majstrze wyjaśnia, skąd wzięły się pieniądze na postawienie Kościoła św. Olafa – kiedyś najwyższego obiektu w Europie (159-metrowego), a podanie o bitwie u stóp wzgórza Toompea mówi, jak Duńczycy otrzymali w 1219 r. swoją flagę, czyli Dannebrog.
     Tallin przez wiele wieków, właściwie do końca XIX stulecia, składał się z dwu odrębnych części. Górne Miasto leży na kilkudziesięciometrowym wzniesieniu, które według estońskiej legendy jest grobem mitycznego króla o imieniu Kalev. Ze względu na dogodną lokalizację jeszcze przed oficjalnym założeniem ośrodka na początku XIII w. istniał tutaj gród Estów – przodków współczesnych Estończyków. Później urzędowała na tym obszarze szlachta i najważniejsi duchowni. Dolne Miasto, położone u podnóży wzgórza Toompea, było centrum kupiecko-rzemieślniczym.
     Choć dawny podział to już odległa historia, łatwo rozpoznać jego granice nie tylko po zachowanych bramach, ale również po charakterystycznych gmachach. W Zamku Toompea i Domu Stenbocka nawet współcześnie swoją siedzibę mają estoński parlament (Riigikogu) oraz rząd. W Dolnym Mieście warto zwrócić uwagę na Dom Wielkiej Gildii oraz Dom Bractwa Czarnogłowych. Pierwsza organizacja skupiała najważniejszych kupców miejskich, a druga – tych, którzy nie mogli przystąpić do tej pierwszej, m.in. obcokrajowców i nieżonatych. Na fasadzie drugiego z budynków wypatrzymy polskie akcenty – nad oknami wyrzeźbiono podobizny króla Zygmunta III Wazy i królowej Anny.
     Tallińskie Stare Miasto okala malowniczy korowód baszt. Ze względu na swoje kształty, wielkość czy funkcje, które pełniły, doczekały się one zabawnych nazw. Najbardziej okazałą ochrzczono Grubą Małgorzatą, najwyższą – Wysokim Hermanem, tę z niegdysiejszym więzieniem dla panien lekkich obyczajów – Basztą Dziewiczą. System miejskich obwarowań liczy obecnie prawie 2 km murów, 25 wież i kilka bram.

FOT. ENTERPRISE ESTONIA - ESTONIAN TOURIST BOARD/KAUPO KALDA

Mury Starego Miasta w Tallinie


     Podczas zwiedzania Tallina należy poświęcić dzień lub dwa na wizytę w dzielnicach położonych wokół historycznego centrum, zwłaszcza tych nadmorskich. Ta jego część nosi ślady panowania Rosji i Związku Radzieckiego. Carskie imperium włączyło obszar Estonii w swoje granice po wielkiej wojnie północnej toczącej się w latach 1700–1721. Z tego okresu pochodzi przepiękny zespół pałacowo-parkowy Kadriorg (Kadrioru). W barokowej rezydencji mieści się dziś Muzeum Sztuki Kadriorg (Kadrioru Kunstimuuseum). Wokół parku powstała później dzielnica, która obecnie słynie z cennej architektury drewnianej. W tym rejonie koniecznie trzeba wstąpić do Muzeum Sztuki Kumu (Kumu Kunstimuuseum). Na północ stąd znajduje się z kolei najpopularniejsza miejska plaża – Pirita.
     Bliżej Starego Miasta wznoszą się budynki dawnego portu hydroplanów, w którym przed kilku laty otworzono oddział Estońskiego Muzeum Morskiego (Eesti Meremuusem) – Lennusadam. Jego gmach zachwyca konstrukcją i akustyką. W pobliskich byłych koszarach i więzieniu działa centrum kultury alternatywnej. Wspaniały widok na te dwa obiekty oraz letnie zachody słońca zapewnia Linnahall – niegdysiejsza miejska sala koncertowa, przypominająca betonową piramidę ze ściętym stożkiem.

 

JEDEN DZIEŃ W HELSINKACH
Zaledwie 80 km na północ od Tallina, po drugiej stronie Zatoki Fińskiej, leżą Helsinki. Obie stolice dzieli 3-godzinne połączenie promowe. Wyprawa do Finlandii będzie ciekawym jednodniowym urozmaiceniem podróży do Estonii. Miasto to historyczna mieszanka wpływów szwedzkich i rosyjskich.
     Najstarszą częścią Helsinek jest ocalała z pożaru XVII-wieczna dzielnica Kruununhaka, rozciągnięta między portem a neoklasycystyczną Katedrą przy placu Senackim – symbolem stolicy. Ogromna biała bryła świątyni dominuje w miejscowej panoramie. Wejścia do wspomnianego portu pilnuje twierdza Suomenlinna (Fińska Twierdza) albo po szwedzku Sveaborg (Szwedzka Twierdza). Założono ją na sześciu wyspach, a przeprawa promem do jej brzegów trwa zaledwie pół godziny.

 

W KRAINIE ZATOK
Po powrocie do Estonii najlepiej wyruszyć na wschód. W odległości mniejszej niż godzina drogi samochodem z Tallina (ok. 70 km) znajduje się prawdziwa perła przyrody kraju. Park Narodowy Lahemaa, duma Estończyków, to najstarszy tego rodzaju teren chroniony na całym obszarze poradzieckich krajów bałtyckich (utworzony w 1971 r.). Jego nazwa w tłumaczeniu na język polski oznacza „Krainę Zatok” i rzeczywiście w tym rejonie morze często wcina się w ląd, a półwyspy wychodzą daleko w Zatokę Fińską. Uwięziona woda Bałtyku nagrzewa się tu miejscami nawet do 25°C, co zachęca do kąpieli.
     Lahemaa to także malownicze mokradła – mozaika kęp traw i runa, karłowatych sosen oraz płytkich zbiorników i oczek wodnych, w których jak w lustrach przegląda się błękitne niebo i chmury nisko sunące nad horyzontem. Podczas wędrówki ścieżką przecinającą bagno Viru warto wejść na wieżę obserwacyjną oraz zażyć kąpieli w położonym na szlaku jeziorze. Idealnym momentem na taką wyprawę będzie wschód słońca, między godz. 4.00 i 5.00. Krajobraz spowija wtedy niemal mistyczna mgła.
     Skarbem parku są również poniemieckie majątki szlacheckie oraz wsie rybackie. Najpiękniejsze arystokratyczne rezydencje znajdziemy w Palmse, Sagadi i Vihuli. Duże wrażenie robi też klasycystyczny pałac Kolga, obecnie remontowany. Na wybrzeżu najlepiej odwiedzić urokliwe osady Altja oraz Käsmu, którą ze względu na bogate tradycje marynarskie zwie się „Wioską Kapitanów”.

 

ESTOŃSKA NIAGARA
Na obrzeżach Parku Narodowego Lahemaa odkryjemy natomiast najpotężniejszy w kraju naturalny wodospad Jägala. Woda spada tutaj z szerokiego progu, który osiąga 8 m wysokości. Nazywa się go estońską Niagarą. Od tej amerykańskiej różni się jednak pewnymi szczegółami: zdecydowanie mniejszymi wymiarami i faktem, że nie rozdziela go granica dwóch państw.
     Próg Jägali stanowi fragment klintu bałtyckiego – struktury geologiczno-morfologicznej, ciągnącej się od szwedzkiej wyspy Olandia aż po Sankt Petersburg w Rosji. W Estonii tworzy on klify Panga na Saremie, wspomniane wcześniej klify w okolicach Paldiski i północne wybrzeża. To za jego sprawą doliczymy się w tym kraju kilkudziesięciu wodospadów. Na północy zachwyca także 30,5-metrowy Valaste, który powstał w wyniku melioracji terenu.
     W regionie północno-wschodnim rosną lasy Alutaguse. Tu w specjalnej chatce można podglądać niedźwiedzie brunatne. Estońska populacja tych potężnych ssaków należy do największych w Europie – liczy ponad 600 sztuk.
     Przy samej granicy z Rosją leży Narwa. Miasto było niegdyś jednym z najpiękniejszych w basenie Morza Bałtyckiego, a królowie szwedzcy rozważali mianowanie go drugą stolicą swojego królestwa. Zniszczenia wojenne ominęły jedynie kilka zabytkowych obiektów, przez co dzisiaj ten 60-tysięczny ośrodek przypomina raczej duże blokowisko. Zachował się m.in. Zamek Hermana, który góruje na lewym brzegu rwącej rzeki Narwy. Po przeciwległej stronie, już na terytorium rosyjskim, znajduje się forteca w Iwangorodzie. To jedyne miejsce na kontynencie europejskim, gdzie przy granicy stoją naprzeciwko siebie dwie wrogie twierdze.

 

MISTYCZNE DOZNANIA
We wschodniej Estonii mistycyzm prawosławia miesza się z estońskim zamiłowaniem do nowoczesności. W drodze na południe na pewno trzeba zatrzymać się koło Kuremäe przy prawosławnym klasztorze żeńskim (Piuchtickim Monasterze Zaśnięcia Matki Boskiej). Siostry obowiązuje reguła milczenia i wszystkie prace muszą wykonywać samodzielnie. Szczególne wrażenie kompleks wywołuje wieczorem, kiedy z cerkwi dobiegają chóralne śpiewy i dociera blask świateł. Na dziedzińcu stoją wysokie wieże drewna na opał, a niedaleko stąd bije źródło, z którego według zakonnic wypływa uzdrawiająca woda.
     Klasztor wzniesiono w 1891 r. w pobliżu ogromnego jeziora Pejpus rozdzielającego Rosję i Estonię. Wzdłuż estońskiego brzegu mieszkają rosyjscy staroobrzędowcy, którzy uciekali tutaj w XVII w. po reformie liturgicznej patriarchy Nikona. Modlą się oni w molennach, oświetlanych tradycyjnymi świecami, a czyniąc znak krzyża, składają nie trzy, lecz dwa palce. Zajmują się rybołówstwem i uprawą cebuli, toteż zwą ich czasem „cebulowymi Rosjanami”. Lokalnych potraw z dodatkiem tego warzywa spróbujemy w restauracji w miejscowości Kolkja.
     Na południe od jezior Pejpus i Pskowskiego rozciąga się kraina Setomaa, zamieszkiwana przez 10-tysięczną prawosławną mniejszość Seto, lud spokrewniony z Estończykami. Wyróżniają ich wiara i język. Jako mieszkańcy pogranicza łączą wpływy obu kultur i w ugrofiński seto wplatają rusycyzmy. Charakterystycznymi elementami ich tradycyjnych strojów są damski srebrny sõlg (duży napierśnik) i wyrabiana z monet biżuteria, ważąca nieraz nawet kilka kilogramów. Więcej o tej interesującej grupie etnicznej dowiemy się w muzeum we wsi Obinitsa, która w 2015 r. pełni funkcję Ugrofińskiej Stolicy Kultury.

 

SERCE ESTONII BIJE W TARTU
Największym miastem południowej części kraju jest Tartu, nazywane sercem Estonii – to z niego wywodzi się zwyczaj organizowania festiwali pieśni, tutaj rozpoczęło się przebudzenie narodowe w XIX w., właśnie miejscowi studenci wyświęcili państwową flagę. Ośrodek posiada wielowiekowe tradycje akademickie. Szwedzki król Gustaw II Adolf (1594–1632) założył w nim w 1632 r. drugi uniwersytet w Europie Północnej (Uniwersytet w Tartu – Tartu Ülikool). Warto wspomnieć, że uczelnia powstała na fundamentach gimnazjum jezuickiego ufundowanego przez polskich władców w krótkim, bo ok. 40-letnim, okresie panowania na tych ziemiach na przełomie XVI i XVII stulecia. Za drugą łatwo dostrzegalną pamiątkę po rządach Polski uchodzi biało-czerwona flaga nadana przywilejem Stefana Batorego w 1584 r.
     W 100-tysięcznym Tartu studenci stanowią jedną czwartą populacji, dlatego w czerwcu lub we wrześniu bary i kluby bywają wypełnione po brzegi. Z rynku z barokowym Ratuszem (Tartu raekoda) najlepiej wybrać się na spacer ulicą Ülikooli (Uniwersytecką), przy której znajduje się główny gmach uniwersytetu, a następnie na wzgórze Toome. Wznoszą się na nim ruiny ogromnej katedry – w ich części utworzono muzeum uniwersyteckie Tartu Ülikooli muuseum. Popularnością cieszy się też Stary Teatr Anatomiczny – Vana Anatoomikum (należy jednak pamiętać, że nie jest to atrakcja dla dzieci).

FOT. ENTERPRISE ESTONIA - ESTONIAN TOURIST BOARD/MEELIS LOKK

Fontanna „Całujący się Studenci” na placu Ratuszowym w Tartu


     Na południe od Tartu leżą dwa znane regiony związane ze sportem. W Otepää odbywają się zawody Pucharu Świata w biegach narciarskich. Justyna Kowalczyk, która wielokrotnie stawała tu na najwyższym stopniu podium, mówi o tym ośrodku w samych superlatywach. Nie ma w tym nic dziwnego, ta dyscyplina to w Estonii sport narodowy i jej mieszkańcy podchodzą do organizacji konkursu z pełnym profesjonalizmem.
     Tuż przy granicy z Łotwą napotkamy wyżynę Haanja. Jej najwyższy szczyt – Suur Munamägi – sięga aż... 318 m n.p.m. Wieńczy go wieża obserwacyjna z 1939 r., z której rozciąga się piękny widok dochodzący do granic Rosji i Łotwy. Po wejściu na górę lub spływie kajakowym we wsi Taevaskoja, czyli malowniczej dolinie rzeki Ahja, warto zostać jeszcze trochę w okolicy. Wieczorem zrelaksujemy się tutaj w typowy dla Estończyków sposób. To z regionu Võru wywodzi się tradycja estońskiej sauny dymnej, która w 2014 r. została wpisana na prestiżową Listę Reprezentatywną Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. W takim pomieszczeniu dym ucieka przez niewielki lufcik pod sufitem, przez co wewnątrz gromadzi się sporo sadzy. Mimo tego jest to miejsce niezmiernie sterylne – w przeszłości kobiety rodziły w nim dzieci. Zwyczaj nakazuje, żeby w saunie przebywać nago, a po rozgrzaniu ciała ochłodzić się w jeziorze lub potoku. Tego rodzaju korzystny dla zdrowia odpoczynek będzie świetnym zakończeniem podróży po fascynującej Estonii.

Artykuły wybrane losowo

Cuda Zjednoczonych Emiratów Arabskich

 Palm jumeirah -1

Hotel Atlantis, The Palm z 2008 r. leżący na sztucznej wyspie Palma Dżamira

© DUBAI CORPORATION OF TOURISM & COMMERCE MARKETING

 

MICHAŁ STOLAREWICZ

www.blogglobtrotera.pl

 

Przed przyjazdem do Dubaju spodziewałem się w nim przepychu i oznak bogactwa na każdym kroku. Słyszałem wiele o tej krainie złotem płynącej, gdzie na ulicach można zobaczyć najdroższe samochody i w której wszystko jest perfekcyjnie zaprojektowane i zorganizowane. Te opowieści okazały się prawdą! Jednak to miasto w Zjednoczonych Emiratach Arabskich wciąż się rozwija, dlatego jego centrum przypomina jeden wielki plac budowy. Obok ukończonych już olbrzymich apartamentowców stoją nowe, dopiero powstające konstrukcje. Ogromne drapacze chmur wyrastające z pustynnej ziemi oszałamiają zwykłych śmiertelników swoimi rozmiarami i luksusem.

 

Dubaj (2,9-milionowa stolica emiratu o tej samej nazwie) zachęca do pozostania na dłużej coraz więcej osób ze względu na brak cła i podatków. Mieszka tutaj jedynie ok. 15 proc. Emiratczyków, poza tym w mieście żyją m.in. wysoko wykwalifikowani pracownicy z różnych części świata i robotnicy z Indii, Bangladeszu, Pakistanu i Filipin. Miejska policja porusza się samochodami takich marek jak Aston Martin, BMW, Bugatti, Ferrari, Hummer, Lamborghini, Lexus czy Porsche. Budżet Zjednoczonych Emiratów Arabskich (ZEA) zasilają głównie dochody z wydobycia ropy naftowej. Mimo iż Dubaj leży na pustyni, znajdziemy w nim dużo zieleni. Rośliny nawadnia ukryta pod ziemią sieć rurek doprowadzających odsoloną wodę z Zatoki Perskiej.

 

Zjednoczone Emiraty Arabskie należą do najcieplejszych krajów świata. Lato jest tutaj bardzo gorące i suche. Średnia dzienna temperatura powietrza wynosi w tym okresie 40–45°C. Noce są również upalne (po zapadnięciu zmierzchu termometry wskazują mniej więcej 30°C). W zimie panują o wiele przyjemniejsze warunki – w ciągu dnia bywa ok. 23°C, a nocą 15°C. W Dubaju stale świeci słońce i rocznie przypada jedynie mniej więcej pięć dni deszczowych. Najlepszy czas na wizytę w ZEA stanowią miesiące od listopada do marca, kiedy temperatury dzienne utrzymują się na poziomie 25–30°C. Jest wtedy ciepło, ale nie piekielnie gorąco jak w okresie największych upałów (lipiec–sierpień).

 

ATRAKCJE STOLICY

 

 Jumeirah at Etihad Towers - Etihad Towers Exterior

Kompleks Etihad Towers po zachodzie słońca

© ABU DHABI CONVENTION BUREAU

 

Zjednoczone Emiraty Arabskie kojarzą się wszystkim głównie z nowoczesnym Dubajem, ale warto także odwiedzić ich stolicę – 1,5-milionowe Abu Zabi. Pierwsze kroki w tym mieście należy skierować do uznawanego za jeden z najbardziej luksusowych i najdroższych hoteli na świecie Emirates Palace, należącego do sieci Kempinski. Otwarto go w lutym 2005 r., a koszt budowy tego obiektu o powierzchni 850 tys. m2 wyniósł ponad 3 mld dolarów amerykańskich. Kompleks otrzymał nieformalne 7 gwiazdek w 5-gwiazdkowej skali. Goście mogą wybierać wśród 394 pokojów i apartamentów. Emirates Palace zatrudnia podobno ok. 2 tys. pracowników, którzy w sumie posługują się 50 językami. W obiekcie zatrzymują się najczęściej uczestnicy wizyt państwowych i konferencji międzynarodowych oraz najbogatsi ludzie na świecie i znane gwiazdy. Każdy gość ma przydzielonego osobistego kamerdynera.

 

Naprzeciwko Emirates Palace wznoszą się Etihad Towers. To kompleks pięciu wieżowców, zbudowanych w latach 2006–2011, które stały się wizytówką Abu Zabi oraz synonimem nowoczesności i luksusu. Budynki liczą od 54 do 75 pięter i przypominają kształtem żagle. Wyglądem nawiązują do tradycji i historii miasta – dawnego portu rybackiego. W wieżowcach znajdują się powierzchnie biurowe oraz luksusowe rezydencje mieszkalne (łącznie 885 apartamentów i penthouse’ów). W jednym z drapaczy chmur (Tower 1) mieści się także ekskluzywny 5-gwiazdkowy hotel Jumeirah at Etihad Towers. Do dyspozycji gości oddano w nim 12 restauracji i barów, baseny, gabinety spa, centrum fitness i prywatną plażę. Na 62. piętrze działa „Ray’s Bar”, z którego podziwiać można panoramę Abu Zabi. Warto również odwiedzić restaurację „Observation Deck at 300” na 74. piętrze sąsiedniego budynku (Tower 2). To najwyższy udostępniony punkt widokowy w całym mieście.

 

Do najpopularniejszych atrakcji stolicy ZEA należy tor wyścigowy Yas Marina Circuit. Odbywa się tutaj od 2009 r. wyścig Formuły 1 Abu Dhabi Grand Prix, największe międzynarodowe wydarzenie sportowe na Bliskim Wschodzie. Kompleks powstał na sztucznej wyspie Yas o powierzchni 25 km². Koszt budowy obiektu wyniósł ponad 1,3 mld dolarów amerykańskich, a sponsorem tytularnym zostały linie lotnicze Etihad Airways. Tor ma szerokość 12–16 m, a najdłuższa prosta wynosi 1173 m. Podczas Abu Dhabi Grand Prix zawodnicy pokonują 55 okrążeń o pełnym dystansie 305,355 km. Do kompleksu wyścigowego przylega 5-gwiazdkowy Yas Viceroy Abu Dhabi. Jest to jedyny na świecie hotel, z którego okien możemy podziwiać zmagania kierowców podczas wyścigu Formuły 1. Wyróżnia go futurystyczny wygląd – obiekt przykrywa konstrukcja ze szklanych paneli przypominająca kształtem wieloryba, podświetlana nocą. Wraz z torem wyścigowym powstał także park tematyczny Ferrari World Abu Dhabi o powierzchni 86 tys. m2. Jego największą atrakcję stanowi najszybszy rollercoaster na świecie (Formula Rossa – wagoniki rozpędzają się do 240 km/godz.).

 

Najnowszym punktem na architektonicznej mapie Abu Zabi jest muzeum Louvre Abu Dhabi. To filia paryskiego Luwru, którą zaprojektował francuski architekt Jean Nouvel. Stolica ZEA podpisała z rządem Francji 30-letnią umowę zezwalającą na używanie nazwy „Louvre” i wypożyczanie dzieł ze słynnego muzeum w Paryżu. Budowla ma kształt ogromnej kopuły o średnicy 180 m, która przykrywa przestrzeń ekspozycyjną podzieloną basenami i kanałami z wodą. Louvre Abu Dhabi zostało otwarte dla publiczności w listopadzie 2017 r. Będzie częścią muzealnej wyspy. Znajdzie się na niej też m.in. Zayed National Museum i muzeum Guggenheim Abu Dhabi.

 

NIESAMOWITY DUBAJ

 

Symbol Dubaju stanowi Burdż Chalifa (Burj Khalifa) – największy budynek świata (niemal 830 m). Na piętrach 124., 125. i 148. usytuowane są tarasy widokowe, a na 76. – basen. W wieżowcu działa najwyżej położona restauracja na ziemi – „At.mosphere” – wpisana do Księgi rekordów Guinnessa (na 122. piętrze). W dolnej części dubajskiego drapacza chmur funkcjonuje luksusowy 5-gwiazdkowy Armani Hotel Dubai. Bilety na taras widokowy najlepiej kupić przez internet z bardzo dużym wyprzedzeniem. Na miejscu trzeba za nie zapłacić o wiele więcej i nie zawsze udaje się je dostać z powodu dużego zainteresowania. Burdż Chalifa jest najbardziej niesamowitą budowlą, jaką dotychczas miałem okazję podziwiać. Zachwyca szczególnie oglądany w słoneczny dzień, gdy promienie słońca odbijają się od szklanych ścian na najwyższych piętrach. Widać go z odległości nawet 95 km.

 

Z kolei otwarty w grudniu 1999 r. dubajski Burdż Al Arab (Burj Al Arab) to pierwszy na świecie luksusowy hotel (Burj Al Arab Jumeirah), który otrzymał nieformalne 7 gwiazdek w 5-gwiazdkowej skali. Oferuje się w nim usługi na najwyższym poziomie. Na życzenie gości organizuje się komfortowy transport z lotniska. Do wyboru mamy limuzynę Rolls Royce Phantom albo najnowsze BMW serii 7. Można zamówić także bezpośredni lot helikopterem z salonu VIP Al Majlis dubajskiego portu lotniczego. Nowoczesne, pełne przepychu wnętrza przypominać mogą arabskie haremy. W głównym holu stoją dwa olbrzymie akwaria, pomiędzy którymi umieszczono kaskadową fontannę. W obiekcie działają butiki najdroższych światowych firm. Hotel oferuje 202 luksusowo wyposażone, obszerne apartamenty o powierzchni od 170 do 780 m2 z 21-calowym laptopem, 42-calowym telewizorem i pokrytym 24-karatowym złotem iPodem służącym do korzystania z hotelowych usług. Można tu zjeść dania niemal wszystkich kuchni świata, a rano dostarcza się świeże gazety z każdego zakątka globu. Do dyspozycji gości oddano pięć basenów (dwa wewnętrzne i trzy zewnętrzne), prywatną plażę, kompleks spa i studio fitness Talise oraz bibliotekę. Do dekoracji wnętrz użyto podobno 1790 m3 złota. Na jednego gościa przypada sześciu pracowników. Na 27. piętrze znajduje się restauracja z kuchnią francuską „Al Muntaha” („Najwyższa”), położona na 200 m n.p.m. na krytym tarasie zewnętrznym ze wspaniałym widokiem na błękitne wody Zatoki Perskiej. Na tym samym poziomie mieści się również „Skyview Bar”, serwujący napoje i koktajle sporządzane według ściśle strzeżonych receptur.

 

Nad brzegiem zatoki leży też nowy, utworzony w 2003 r. dystrykt Dubai Marina ze sztucznym kanałem i przystanią dla jachtów. Wzdłuż kanału ciągną się szerokie promenady, przy których powstały luksusowe sklepy i restauracje otoczone przez efektowne wieżowce. Polecam wszystkim wycieczkę do tej najbardziej ekskluzywnej części miasta. Można w niej dostać zawrotu głowy od patrzenia na niesamowicie wyglądające drapacze chmur z drogimi mieszkaniami i apartamentami. Naprawdę warto zobaczyć je na własne oczy. Jeszcze kilkanaście lat temu nie było tutaj nic oprócz pustynnego piasku i skromnych domów.

 

Bardzo ciekawą nowość w Dubaju stanowi widowiskowy spektakl wodny La Perle. Prezentuje się podczas niego 65 artystów z 23 krajów. Premierowe przedstawienie odbyło się 31 sierpnia 2017 r. w samym centrum Al Habtoor City w specjalnie wybudowanym teatrze z głębokim na 12 m basenem o pojemności 2,7 mln l. Jedną z atrakcji spektaklu są skoki z wysokości 25 m urozmaicone akrobacjami. La Perle będzie można podziwiać przez najbliższych 10 lat. Przewidziano ponad 450 przedstawień w roku.

 

FAMILY

Wizyta w Dubai Aquarium & Underwater Zoo

© DUBAI CORPORATION OF TOURISM & COMMERCE MARKETING/WWW.VISITDUBAI.COM

 

SZALEŃSTWO ZAKUPÓW

 

Dubaj uchodzi także za mekkę osób uwielbiających zakupy. Tuż obok Burdż Chalifa znajduje się drugie pod względem powierzchni centrum handlowe na świecie (po New Century Global Center w chińskim Chengdu) – The Dubai Mall (powyżej 1,1 mln m²). W tym miejscu da się spędzić cały dzień. W kompleksie jest ponad 1,2 tys. sklepów i 200 punktów gastronomicznych. Poza tym można w nim pojeździć na łyżwach i pograć w hokeja na lodowisku, popływać z rekinami w gigantycznym akwarium czy zajrzeć do podwodnego zoo (Dubai Aquarium & Underwater Zoo). The Dubai Mall odwiedza dziennie średnio przeszło 200 tys. osób. Ciekawą tutejszą atrakcję stanowi wewnętrzny suk różniący się od typowego arabskiego bazaru – ekskluzywny i urządzony w stylu orientalnym. Do centrum handlowego dojedziemy czerwoną linią metra (Red Line). Od stacji aż do samego wejścia prowadzi w pełni klimatyzowany, przeszklony korytarz o długości 820 m.

 

Amatorzy zakupowego szaleństwa powinni udać się też do Mall of the Emirates. To centrum handlowe słynie z krytego ośrodka sportów zimowych Ski Dubai z pięcioma sztucznie naśnieżanymi trasami narciarskimi o różnym stopniu trudności, dwoma wyciągami orczykowymi i czteroosobowym krzesełkowym oraz wypożyczalnią profesjonalnego sprzętu. Cały obiekt zajmuje powierzchnię aż 22,5 tys. m², co odpowiada trzem boiskom piłkarskim. Gdy na zewnątrz temperatura powietrza w sezonie letnim sięga nawet 50°C, w środku ludzie zjeżdżają na nartach lub snowboardzie w zimowych ubraniach. W Mall of the Emirates łatwo się zgubić, ponieważ kompleks jest bardzo duży (jego powierzchnia użytkowa to ponad 230 tys. m²). Dzięki brakowi konieczności płacenia ceł i podatków ceny wielu artykułów w ok. 630 sklepach są naprawdę atrakcyjne, poza tym mamy tutaj ogromny wybór towarów, od elektroniki po kosmetyki.

 

W Dubaju spróbować możemy również najdroższych lodów na świecie w kawiarni i lodziarni Scoopi przy Jumeirah Beach Road. Gałka deseru o nazwie Black Diamond – o smaku madagaskarskiej wanilii z irańskim szafranem i kawałkami włoskiej czarnej trufli – kosztuje 2999 dirhamów (AED), czyli ok. 2,9 tys. złotych. Lody te podaje się z posypką z 23-karatowego jadalnego złota w naczyniu firmy Versace. W tym mieście warto odwiedzić także profesjonalne 18-dołkowe pole golfowe Majlis należące do Emirates Golf Club, gdzie grali m.in. Tiger Woods, Rory McIlroy i Ernie Els. Zaprojektował je Karl Litten. Miłośnicy golfa muszą koniecznie zmierzyć się z tutejszymi dołkami o krętych torach prowadzenia piłki. To pierwsze pole golfowe z trawiastą nawierzchnią na Bliskim Wschodzie. Co roku pod koniec stycznia lub na początku lutego odbywa się na nim turniej Omega Dubai Desert Classic.

 

Milionerów z całego świata przyciąga do Dubaju jednak organizowany w ostatnią sobotę marca na torze Meydan (Meydan Racecourse) wyścig konny Dubai World Cup, w którym pula nagród ma wartość 10 mln dolarów amerykańskich. W zmaganiach biorą udział najlepsze konie i najwspanialsi dżokeje na naszym globie. Aby podziwiać te zawody w prawdziwie luksusowych warunkach, trzeba zarezerwować miejsce w namiocie, gdzie zbiera się dubajska śmietanka towarzyska.

 

DUBAJSKIE PLAŻE

 

Dubaj to nie tylko imponujące miasto szklanych drapaczy chmur i stolica luksusowych marek. Znajdziemy tu urokliwe plaże z białym piaskiem i turkusową wodą, na których odpoczniemy od wielkomiejskiego zgiełku. Rozciągają się one na długości ok. 170 km (wliczając w to tutejsze sztuczne wyspy) i są naprawdę piękne. Niektóre z nich udostępnia się tylko dla gości luksusowych hoteli, a piasek na nich jest regularnie schładzany do odpowiedniej temperatury, aby plażowicze nie poparzyli sobie stóp.

 

Do najpopularniejszych w Dubaju należy bezpłatna plaża Jumeirah. Duże zainteresowanie zawdzięcza bliskiemu sąsiedztwu Burdż Al Arab. Hotel sfotografowany od strony wody wygląda jak największy na świecie krzyż ustawiony na pustyni. W publicznej części plaży (Jumeirah Beach Park) nie ma zbyt wielu udogodnień, takich jak leżaki do wypożyczenia, ale jest ona bardzo szeroka, więc nie odczujemy na niej tłoku. Funkcjonują tutaj kawiarnie, w których kupimy przekąski (frytki, burgery) i napoje, świeżo wyciskane soki czy kawę. Można skorzystać też z pryszniców i toalety (niestety, tylko jednej). Nad bezpieczeństwem pływających czuwają ratownicy, w okolicy brzegu rozciąga się pas płycizny. Na plaży znajdziemy również specjalne miejsca do odpoczynku z bezpłatnym internetem bezprzewodowym. Na wodach zatoki wyznaczono strefy do pływania i uprawiania sportów wodnych.

 

Najlepiej zagospodarowana plaża w Dubaju leży nieco dalej na południowy zachód, w otoczeniu wieżowców ekskluzywnego osiedla Jumeirah Beach Residence. Korzystać z niej mogą wszyscy, zarówno mieszkańcy czy goście hotelowi, jak i przyjezdni. W tym rejonie można uprawiać np. parasailing lub wakeboarding, a także inne sporty wodne, i wybrać się na przejażdżkę na wielbłądzie. Wzdłuż brzegu znajdują się liczne restauracje i bary z widokiem na Zatokę Perską. Z plaży widać słynną sztuczną wyspę w kształcie palmy – Palma Dżamira (Palm Jumeirah) z hotelem Atlantis, The Palm. Na specjalnie usypanych pasach gruntu powstało całe luksusowe miasteczko. To najmniejsza z trzech Wysp Palmowych u wybrzeży Dubaju. Wspomniana plaża stanowi idealne miejsce na odpoczynek. Są na niej toalety, przebieralnie i wypożyczalnie leżaków. Zejście do wody nie jest łagodne i już po kilku krokach robi się głęboko. W tej okolicy bywa jednak tłoczno. Na brzegu można przespacerować się piękną promenadą The Walk o długości 1,7 km.

 

PUSTYNNE SAFARI

 

 Qasr Al Sarab

Rodzinna wycieczka na wielbłądach

© ABU DHABI CONVENTION BUREAU

 

Turyści podróżujący do ZEA decydują się również zazwyczaj na wyprawę na pustynię. Dla mnie wykupienie wycieczki Dubai Desert Safari okazało się strzałem w dziesiątkę – takie przeżycie dostarcza niesamowitych wrażeń, a widoki zapierają dech w piersiach! W Dubaju koniecznie trzeba udać się na ekstremalną przejażdżkę po wydmach samochodami z napędem na cztery koła. Ceny wyprawy na pustynię są zróżnicowane, choć zwykle raczej dość wysokie, ale naprawdę warto ponieść ten koszt (za pięcio-, sześciogodzinne safari zapłacimy już od ok. 65 dolarów amerykańskich za osobę). Do wyboru mamy kilka rodzajów pustynnych wycieczek: od porannych (które odradzam ze względu na ubogi program) przez popołudniowe lub wieczorne po całonocne. Musimy też wybrać odpowiednią agencję turystyczną, których działa w Dubaju naprawdę dużo. Większość z nich oferuje praktycznie ten sam program safari. Przy podejmowaniu decyzji powinniśmy zwrócić uwagę na kilka rzeczy. Warto rozważyć szczególnie oferty obejmujące transport bezpośrednio z naszego hotelu i z powrotem do niego. Poza tym najlepiej, gdy cała wyprawa odbywa się tymi samymi samochodami, którymi jeździ się potem po pustyni, i nie trzeba przesiadać się z busów do terenowych aut. Na zainteresowanie zasługują wycieczki z wliczonymi w cenę dodatkowymi atrakcjami, takimi jak przejażdżka na wielbłądzie, sandboarding czy palenie sziszy.

 

Uczestnicy popołudniowego safari odbierani są zwykle z hotelu w godzinach 14.30–15.30. Dojazd na pustynię pod Dubajem zajmuje ok. 40 min. Nasza przygoda zaczęła się od przejazdu samochodem po wydmach (dune bashing). Zdecydowanie było to jedno z najlepszych doświadczeń off-roadowych w moim życiu! Jeepy są specjalnie wzmocnione, a w środku znajduje się klatka. Podczas jazdy warto trzymać się poręczy. W aucie mieści się zazwyczaj siedmiu pasażerów. Najlepiej jest usiąść – oczywiście – obok kierowcy albo w drugim rzędzie. Samochód porusza się szybko, ja czułem się jak na karuzeli. Przed taką przejażdżką nie należy się zbytnio objadać. Tego typu rozrywki nie polecam jednak kobietom w ciąży i osobom z problemami z kręgosłupem, a także cierpiącym na chorobę lokomocyjną. Po ok. 20–30 min. szaleńczej jazdy z doświadczonym kierowcą zatrzymujemy się pośrodku pustyni na zrobienie zdjęć i zjeżdżanie na desce po piaszczystych wydmach. Za dodatkową opłatą można pojeździć na quadach.

 

Ostatni etap wycieczki stanowią zwykle odwiedziny w wiosce beduińskiej, w której na turystów czeka posiłek. Nas na powitanie poczęstowano pysznymi małymi pączkami smażonymi na miejscu w głębokim tłuszczu i podawanymi w polewie z syropu daktylowego z odrobiną sezamu (lukaimat lub luqaimat). Następnie zasiedliśmy przy tradycyjnych niskich stolikach, na arabskich dywanach i poduszkach. Do wyboru mieliśmy różne sałatki, makarony, mięso i warzywa z grilla. W cenę wliczone są również kawa arabska, herbata i woda. Możemy skusić się też na napoje alkoholowe, ale za dodatkową opłatą. Taki posiłek na pustyni urozmaicają występy kobiet wykonujących taniec brzucha czy wirujących derwiszów. Poza tym uczestnicy wycieczki mogą zdecydować się na tatuaż z henny, przejechać się na wielbłądzie, przymierzyć lokalne stroje i zapalić sziszę, a nawet podziwiać najszybsze ptaki świata – sokoły wędrowne (podczas lotu nurkowego osiągają średnią prędkość ponad 320 km/godz.). Wszystkie te atrakcje (jak również robienie zdjęć) powinny być wliczone w koszt wyprawy. Do hotelu wraca się koło godz. 21.00–22.00.

 

PODRÓŻOWANIE PO MIEŚCIE

 

Dubaj ma bardzo dobrze zorganizowaną sieć dróg, a także transport publiczny. Tutejsze 75-kilometrowe metro jest jednym z najdłuższych w pełni zautomatyzowanych systemów kolejowych na świecie (pociągi poruszają się bez maszynisty). Główna czerwona linia (Red Line), wzdłuż której znajduje się 29 stacji, prowadzi wprost z lotniska do centrum miasta i największej chluby ZEA, czyli Burdż Chalifa.

 

W Dubaju opłaca się korzystać z taksówek. Ceny przejazdu należą do bardzo niskich, ponieważ paliwo jest tu tanie. Bilet dzienny umożliwiający korzystanie z metra, tramwaju i autobusów kosztuje 22 dirhamy (2 dirhamy za Nol Red Ticket i 20 dirhamów za załadowanie go na cały dzień). Trzeba jednak pamiętać o pewnych zasadach panujących w środkach komunikacji publicznej, aby nie narazić się na kary. Znajduje się w nich oddzielna specjalna strefa przeznaczona jedynie dla kobiet i dzieci. Zazwyczaj jest ona umieszczona w przedniej części pojazdu. Poza tym w środkach komunikacji publicznej i na przystankach nie wolno spożywać jedzenia i napojów, a także żuć gumy. Warto dodać, że przystanki autobusowe stanowią świetne schronienie przed upałem. Wszystkie są zamykane i klimatyzowane. Co ciekawe, za zaśnięcie na przystanku również zapłacimy mandat. Największa jednak kara grozi za kolizje z miejskimi tramwajami, które są prezentem dla mieszkańców od emira Dubaju i jednocześnie premiera i wiceprezydenta ZEA, szejka Muhammada ibn Raszida Al Maktuma. Te wyjątkowe pojazdy zasługują na specjalne traktowanie, w ruchu drogowym mają zawsze pierwszeństwo.

 

PRZYDATNE INFORMACJE

 

Przed przyjazdem do Dubaju, warto zapoznać się z niektórymi obowiązującymi tutaj przepisami prawa. Jak wspomniałem, należy zwrócić szczególną uwagę na zasady dotyczące zachowania w komunikacji miejskiej. Poza tym w kraju obowiązuje szariat. Za posiadanie narkotyków grozi kara śmierci. Homoseksualizm karany jest więzieniem (w innych częściach ZEA za seks homoseksualny grozi kara śmierci). Za stosunki pozamałżeńskie też karze się pozbawieniem wolności. Oprócz tego obowiązuje zakaz spożywania alkoholu w miejscach publicznych i zakaz bycia pod wpływem alkoholu poza miejscem zamieszkania. Turyści mogą spożywać trunki jedynie w specjalnie koncesjonowanych restauracjach i barach oraz hotelach. Jeśli wyjdziemy na ulicę pijani, możemy zostać aresztowani. Aby kupić alkohol i spożyć go w domu, należy posiadać wydaną przez policję odpowiednią licencję na jego zakup i transport. Jeżeli odwiedzamy miasto ze swoją drugą połówką, unikajmy publicznego okazywania sobie czułości. Takie zachowanie uznane być może za przestępstwo obyczajowe, za które również grozi kara pozbawienia wolności. Podczas odwiedzania meczetu trzeba pamiętać o zdjęciu butów oraz zakryciu ramion i nóg. Nie należy fotografować ani zaczepiać mijanych na ulicach miejscowych kobiet bez pozwolenia ich mężów. Także długie przypatrywanie się Emiratce narusza jej prywatność i skutkować może wezwaniem policji. Władzę w Dubaju sprawuje emir, a najwyższe stanowiska w emiracie są obsadzone przez członków rodziny wspomnianego szejka Muhammada ibn Raszida Al Maktuma.

 

Zjednoczone Emiraty Arabskie 22 marca 2014 r. zniosły obowiązek promesy wizowej dla Polaków. Oznacza to, że nie musimy przed wyjazdem martwić się żadnymi formalnościami. Na lotnisku w Dubaju otrzymamy pieczątkę w paszporcie, która zezwala na pobyt w kraju przez 30 dni. Jedynym warunkiem jej otrzymania jest ważność tego dokumentu tożsamości przez kolejne sześć miesięcy.

 

Na koniu przez świat

Jerez   Feria 04

 

SYLWIA JEDLAK-DUBIEL

 

Jest coś niezmiernie pociągającego w widoku jeźdźca, który na swoim koniu zmierza ku linii horyzontu. Wokół niego rozpościera się pusta przestrzeń, może gdzieś w oddali majaczy las lub brzeg morza, ale tak naprawdę w tej chwili istnieje tylko on, jego wierzchowiec i otaczająca ich przyroda. Ten obraz ma chyba w sobie taką siłę, ponieważ w istocie przedstawia wyjątkowy moment, gdy człowiek i zwierzę działają razem. Ci, którzy jeżdżą konno, zapewne uwielbiają to uczucie pełnej jedności. Odnosi się wówczas wrażenie, że koń rozumie nas niemal tak, jakby mówił naszym językiem. Kto jeszcze tego nie doświadczył, musi koniecznie spróbować.

Więcej…

Nieodkryta Armenia

 Tatev Monastery

Klasztor Tatew stoi na krawędzi wąwozu

© ARMENIA AND TRAVEL, OFFICIAL TOURISM WEBSITE OF ARMENIA

 

PAWEŁ SAKOWSKI

 

Armenia jest jednym z małych krajów – ma powierzchnię niemal 30 tys. km², a żyje tu ok. 3 mln ludzi, z czego ponad jedna trzecia mieszka w stołecznym Erywaniu. Wciąż nie cieszy się ona raczej zbyt dużą popularnością wśród turystów z Europy, ale zupełnie niezasłużenie. Zdecydowanie warto odwiedzić to wyjątkowe miejsce na naszym globie.

 

Podobno ormiańska diaspora rozsiana po świecie liczy aż ok. 10 mln osób. Niektórzy twierdzą wręcz, że za stolicę Armenii powinien uchodzić obszar metropolitalny Los Angeles, bo mieszka na nim więcej Ormian niż w Erywaniu (prawie 1,5 mln). Historia tego ostatniego sięga niemal 3 tys. lat wstecz. Jednak jednocześnie to armeńskie miasto jest jedną z najmłodszych stolic świata. Tę funkcję nadano mu dopiero w 1918 r., ale dwa lata później kraj znalazł się pod okupacją Armii Czerwonej. Stołecznym ośrodkiem niezależnego państwa Erywań stał się z powrotem wewrześniu 1991 r., po ponownym odzyskaniu niepodległości przez republikę. Armenia to naprawdę wyjątkowy kraj, w którym wszystko jest najstarsze i najlepsze. Tak przynajmniej twierdzą jego mieszkańcy. Ormianie stworzyli jedną z najstarszych cywilizacji na świecie. Jako pierwsi oficjalnie przyjęli chrześcijaństwo (w 301 r. n.e.), co czyni ich ojczyznę najstarszym chrześcijańskim państwem na ziemi. Tutejszy narodowy Kościół (Ormiański Kościół Apostolski) nie podlega władzy Watykanu.

 

Bezpośredni lot z Warszawy do Erywania trwa mniej więcej 3 godz. i 30 min. Różnica czasu między Armenią a Polską wynosi 2 godz. w okresie letnim i 3 godz. w okresie zimowym. Polacy nie muszą wyrabiać wizy, aby przekroczyć granicę, jeśli planują pobyt do 180 dni. Walutę kraju stanowi dram (AMD). Płatności w euro czy dolarach amerykańskich nie są obsługiwane, ale na szczęście kantorów i banków oferujących prawie identyczny kurs jest mnóstwo. Warto przygotować się na to, że po wyjściu z lotniska w Erywaniu turystów oblegają taksówkarze i inne osoby wykonujące przewozy. Standardowa cena za kurs do centrum miasta to 2–3 tys. dramów, czyli ok. 15–22 złotych. Kierowcy proponujący swoje usługi świeżo przybyłym oferują promocyjny przejazd za 15 tys. dramów (mniej więcej 110 złotych). Należy więc im ze spokojem podziękować i udać się na oficjalny postój tuż obok terminala lub zamówić taksówkę w okienku informacyjnym na lotnisku.

               

W STOLICY

 

Erywań jest specyficzny i ma swój niepowtarzalny urok. To młoda stolica, ale niezmiernie stare miasto. Na pewno warto zobaczyć w nim Kaskady, jeden z najbardziej rozpoznawalnych tutejszych obiektów. Ta monumentalna konstrukcja składa się z 572 schodów i łączy punkty, które dzielą od siebie 302 m wysokości. Ze szczytu rozciąga się malowniczy widok na cały Erywań. Widać też świętą górę Ormian, czyli Ararat (5137 m n.p.m.), odległą o ok. 50 km i znajdującą się obecnie na terytorium Turcji.

 

Ciekawym miejscem jest powstały na wzgórzu Cicernakaberd kompleks upamiętniający ofiary ludobójstwa, którego w 1915 r. dopuścili się Turcy na Ormianach. Po ormiańsku zbrodnię tę określa się mianem Mec Jeghern, czyli Wielkie Nieszczęście. Szacuje się, że śmierć poniosło wówczas ok. 1,5 mln ludzi. Większość z tych, którzy przeżyli, rozjechała się po świecie i stworzyła ogromną ormiańską diasporę. Na wzgórzu stoi wysoki na 44 m, stożkowaty słup, spod którego doskonale widać Ararat. Obok niego umieszczono 12 pochylonych płyt formujących okrąg, w jego środku płonie wieczny ogień otaczany codziennie świeżymi kwiatami. Gdy odwiedzam to miejsce, mimo zwiększającego się upału zawsze robi mi się zimno. Na terenie, na którym znajduje się kompleks, rośnie mnóstwo młodych drzew. Sadzili je tutaj znani ludzie z całego świata. W pierwszym szeregu widzę drzewa zasadzone przez prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego i papieża Jana Pawła II.

 

Wróćmy jednak do centrum miasta. Z placu Republiki rozchodzą się koncentrycznie ulice w różnych kierunkach. Najciekawsza jest chyba urocza ulica Abowiana, utrzymana w przedwojennym stylu, ze starą zabudową oraz mnóstwem kafejek i restauracji, czasami ukrytych w zaułkach i bramach.

Warto też przejść się otwartą w 2007 r. aleją Północną, przy której można posiedzieć w jednej z licznych kawiarenek nad filiżanką gęstej, pioruńsko mocnej ormiańskiej kawy. Większość ulic w centrum Erywania zawdzięcza swoje nazwy słynnym pisarzom, poetom, artystom, wynalazcom czy bohaterom narodowym, tymczasem tę jedną z najważniejszych arterii, główny deptak stolicy prowadzący niemal od placu Republiki aż do Opery, nazwano po prostu od kierunku świata. Jest to w pewnym sensie wynik prac planistycznych rozpoczętych w latach 20. XX w. przez wybitnego ormiańskiego intelektualistę Aleksandra Tamaniana (1878–1936), który chciał zaproponować nowy układ urbanistyczny miasta i aleja Północna miała być jego ważnym elementem. Jednak współczesne działania władz Erywania odbiegają raczej od zamierzeń planisty. Cała stara zabudowa została tutaj wyburzona, a w jej miejsce powstały nowoczesne apartamentowce wzniesione przez elitę finansową, w których... nikt nie mieszka. Są one po prostu zbyt drogie nawet dla tych w miarę zamożnych Ormian. Dlatego arteria ta często nazywana jest przez miejscowych ulicą duchów. Gdy spaceruje się nią wieczorami, można dostrzec niewielki ruch w dole, ale wszystkie okna budynków pozostają ciemne.

 

Jeśli chodzi o nocleg, ceny w hotelach wyższej kategorii w Armenii bywają porównywalne z polskimi. Jeżeli dla kogoś jest to za wysoki koszt, ma możliwość zatrzymania się w obiekcie niższej klasy bądź hostelu lub wynajęcia mieszkania. Hostele są w większości przyzwoitej jakości, ale chyba najwygodniejsze wyjście, zwłaszcza przy wielodniowym wyjeździe, stanowi po prostu wynajem. Najlepiej zdecydować się na Erywań. Kraj jest na tyle mały (ma powierzchnię mniej więcej naszego województwa wielkopolskiego), że zrobienie sobie bazy wypadowej w stolicy to świetny pomysł w przypadku pobytów dłuższych niż jeden tydzień. W Armenii warto szukać lokalu do wynajęcia poprzez miejscowy serwis hyurservice.com. W jego bazie zebrano bardzo dużo nieruchomości (apartamentów, domów i hoteli) w dogodnych lokalizacjach, w dobrym standardzie i świetnych cenach. Można znaleźć mieszkanie już za jakieś 15 tys. dramów za dzień (czyli w przybliżeniu 110 złotych), co ma swoje zalety, zwłaszcza gdy podróżuje się w towarzystwie, bo za wynajem nie płaci się od osoby. W trakcie szukania dobrej lokalizacji najlepiej na mapie Erywania wyrysować sobie okrąg, którego promień zaczynać się będzie na placu Republiki, a kończyć przy Operze. Mieszkania położone w jego obrębie znakomicie nadają się na bazę wypadową podczas pobytu w Armenii.

 

W stolicy jest mnóstwo małych, kameralnych teatrów. Mimo iż przedstawienia są najczęściej w języku ormiańskim, warto odwiedzić jeden z nich. Każdy spektakl dostarcza niezapomnianych wrażeń wizualnych i stanowi wyjątkowe artystyczne przeżycie. Zamiłowanie Ormian do sztuki widać zresztą wszędzie.

 

Wieczory polecam spędzać w licznych pubach lub klubach położonych w ścisłym centrum. Panuje w nich świetna atmosfera, w wielu miejscach można posłuchać doskonałej muzyki na żywo. Do wyboru mamy takie gatunki jak jazz, blues, rock czy folk. Trzeba jednak pamiętać, że w Armenii wciąż wszędzie wolno palić, dlatego lokale bywają zadymione, chociaż w wielu skutecznie działa klimatyzacja.

 

OD KUCHNI

 

Warto wspomnieć także o tutejszych specjałach kulinarnych. Prawdziwym skarbem tego kraju jest lawasz – tradycyjny ormiański chleb wypiekany tą samą metodą od tysięcy lat (w 2014 r. wpisany na prestiżową Listę Reprezentatywną Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO). Można go zjeść wszędzie. Ma formę niesamowicie cienkiego placka, dużo delikatniejszego niż pita. Prawdziwego odkrycia dokonałem, gdy w jakimś małym lokalu zamówiłem lahmajo, czyli lekko słonawą pizzę na bazie tego właśnie chleba. Składa się ją w kostkę i je z ręki. Smakuje cudownie, zwłaszcza z piwem. Na obiad proponuję chinkali – tradycyjną kaukaską potrawę, kojarzoną bardziej z Gruzją, ale Ormianie też ją przygotowują, w swojej wyśmienitej wersji. To pierożki, które spożywa się w specyficzny sposób: najpierw należy przegryźć ciasto i wyssać płynną zawartość, a potem ze spokojem zjeść resztę. Chinkali są gotowane lub smażone (w tym drugim wariancie, moim zdaniem, smakują zdecydowanie lepiej). Do picia polecam bardzo popularną lemoniadę gruszkową podawaną np. w restauracji „Tumanyani Khinkali” w Erewaniu. Poza tym wszędzie króluje dolma, czyli coś na kształt naszych gołąbków. W wersji tradycyjnej farsz zawija się w liście winogron. Dla mnie to danie w takiej formie było trochę za gorzkie, dlatego wybierałem je w wariancie z liśćmi kapuścianymi. Bardzo charakterystyczne dla Armenii jest również chaczapuri – zapiekany placek typowy dla kuchni gruzińskiej. Mnie najbardziej zasmakowało w wersji adżarskiej, czyli z jajkiem.

 

Warto wspomnieć także o słodkościach. Dużą popularnością cieszy się owocowy lawasz. Powstaje on w specjalny sposób: najpierw z owoców wyciska się sok, potem rozlewa się go na dnie płaskiego naczynia i wystawia na słońce, aby wysechł. Następnie tę zaschniętą cienką warstwę zdziera się i roluje. Taki rulonik nie zawiera dodatku cukru i konserwantów. To samo zdrowie!

 

Narodowym trunkiem Armenii jest brandy (koniak). Ponoć właśnie tutaj ją wymyślono i zaczęto produkować. Występuje we wszystkich smakach i odmianach. Poza tym Ormianie kochają wino, i to nie tylko z winogron. Ciekawie smakuje np. wino morwowe.

 

Z kawą w Armenii miałem pewien problem. Z podobną sytuacją spotkałem się zresztą w krajach Europy Południowej. Tutaj po prostu nie podaje się czegoś takiego jak duża kawa z mlekiem. W małych filiżankach serwuje się za to mocny, gorący, gęsty płyn o ciemnobrązowym kolorze, po wypiciu którego język staje na baczność. Gdy prosiłem o dużą kawę z mlekiem, dostawałem podwójną porcję tego napoju i mleko w osobnym pojemniku. Jednak po dodaniu mleka nie da się wypić tej mikstury – jest zupełnie pozbawiona smaku i pomimo słodzenia pozostaje gorzka.

 

Aby w pełni poznać różnorodność kulinarną Armenii, najlepiej udać się do jednej z licznych w Erywaniu restauracji Karas. To lokalna sieć podobna do McDonald’s (co ciekawe, w tym kraju nie ma ani jednego baru tej amerykańskiej marki). W samym centrum znajduje się pięć jej lokali. Każdy z nich serwuje to samo menu, na które w całości składają się narodowe potrawy. Ceny są bardzo dobre, jakość jedzenia również. Dzięki dużemu zróżnicowaniu podczas pobytu w Armenii można niemal codziennie spróbować innego lokalnego dania.

 

Yerevan Cascade 02 

Fontanna i rzeźba Gość na drugim poziomie erywańskich Kaskad

© ARMENIA AND TRAVEL, OFFICIAL TOURISM WEBSITE OF ARMENIA

 

WIEKOWE ZABYTKI

 

Z Erywania warto wyruszyć na poznawanie reszty kraju, zwłaszcza że jego obszar jest niewielki i wszędzie mamy blisko. Ja wybrałem na początek trzy niezmiernie atrakcyjne miejsca.

 

Najpierw odwiedziłem jedyną grecko-rzymską pozostałość w Armenii, czyli świątynię w Garni z I w. n.e., która stała się letnią siedzibą siostry króla Tiridatesa III (panującego mniej więcej w latach 287–330) – Chosrowiducht – i zapewne tylko dlatego przetrwała. Licząca sobie niemal 2 tys. lat budowla robi duże wrażenie. Co ciekawe, na murach rzymskich łaźni, które zostały dobudowane później, wyryto napis w grece: „Pracowaliśmy tutaj i nie otrzymaliśmy zapłaty za swoją pracę”. W odległości półgodzinnej przejażdżki stąd leży malowniczy zespół klasztorny Geghard z IV w., wpisany w 2000 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Był on wielokrotnie niszczony i odbudowywany. Dalej drogi już nie ma. Wydaje się, że tu kończy się świat. W podziemiach klasztoru bije źródło. Uważa się, że wypływająca z niego święta woda ma cudowną moc, podobno nawet zapewnia nieśmiertelność. Na wszelki wypadek zamoczyłem w niej stopę. Miejsca te znajdują się w odległości ok. 1 godz. drogi od Erywania. Cała wyprawa trwała w sumie 5 godz., a kosztowała 8 tys. dramów (mniej więcej 60 złotych), które wydałem na taksówkę.

 

Podczas kolejnej wycieczki docieram niemal na szczyt masywu wulkanicznego Aragac, najwyższej góry Armenii (4090 m n.p.m.). Samochodem można podjechać na wysokość 3190 m n.p.m., nad brzeg polodowcowego jeziora Kari, czyli Jeziora z Kamienia. Widoki, jakie już stąd się roztaczają, są oszałamiające. Większość turystów zatrzymuje się tutaj, aby zrobić kilka zdjęć, a potem wraca, skąd przybyła. Ja jednak zostałem dłużej, żeby wybrać się na trekking z zamiarem wejścia na wierzchołek południowy (3888 m n.p.m.). Trasa nie jest łatwa, ale do pokonania. Mimo to nie polecam wspinać się samemu. Asekuracja naprawdę się przydaje. Ja samodzielnie dotarłem na wysokość 3500 m n.p.m., lecz pogoda zmusiła mnie do odwrotu. Nie ma tu żadnego szlaku i trzeba samemu szukać najlepszego przejścia wśród bazaltowych głazów, co bywa trudne i grozi złamaniem lub skręceniem nogi. Jeśli ktoś zdecyduje się więc na taką wyprawę, powinien uprzedzić kogoś na dole o planowanej godzinie powrotu.

 

W drodze powrotnej warto zwiedzić twierdzę Amberd. Jej nazwa oznacza Fortecę w Chmurach. Wzniesiona została na szczycie wzgórza królującego nad doliną (na wysokości 2300 m n.p.m.), w której łączą się dwie rzeki – Arkaszen i Amberd. Stoi na nim już od 14 stuleci. Mimo tak doskonałego położenia nie obroniła się przed żadnym atakiem. Zdobywali ją kolejno Turcy pod panowaniem Seldżuków, Mongołowie i Tatarzy. Dzisiaj warto odwiedzić twierdzę Amberd, bo jest wyjątkowo urokliwa. Oprócz tego można podziwiać wokół cudowne krajobrazy.

 

Poza tym udało mi się obejrzeć jeszcze jeden zapomniany zabytek, do którego nawet taksówkarz nie bardzo wiedział jak dojechać. Nie było w tym miejscu nikogo i niczego dookoła. Budowla ta to wspaniały stary kościół Tegher, który istnieje od 800 lat. Co ciekawe, wciąż jest otwarty. W środku było pięknie, ale pusto. Może drzwi zostawiono otwarte, bo i tak nikt tu nie przyjeżdża? Ja jednak dotarłem w to czarujące miejsce. Naprawdę było warto. Tak zakończyła się moja druga wycieczka. Zapłaciłem za nią 14 tys. dramów (ok. 100 złotych), które znów wydałem na taksówkę, a miałem ją do dyspozycji przez cały dzień.

 

Amberd-3

Ruiny twierdzy Amberd z VII stulecia

© ARMENIA AND TRAVEL, OFFICIAL TOURISM WEBSITE OF ARMENIA

 

KLASZTOR NAD PRZEPAŚCIĄ

 

Moją najdłuższą wyprawą w Armenii był wyjazd do klasztoru Tatew. Tym razem skorzystałem z usługi sprawdzonego lokalnego biura podróży. Wyjechaliśmy bladym świtem, a wróciliśmy nocą. Wycieczka kosztowała 18 tys. dramów (mniej więcej 130 złotych).

 

Do wspomnianego klasztoru jedzie się główną magistralą łączącą zachód i wschód kraju. Droga jest koszmarna, a to przecież ważna trasa! Mijamy widoczną u podnóża góry jaskinię (Areni-1), w której znaleziono w 2008 r. pierwszy but na świecie (mający aż 5,5 tys. lat!), starszy niż egipskie piramidy. Kilka razy musimy zatrzymywać się, aby przepuścić owce przechodzące przez drogę. Stada poganiają zarośnięci pasterze w kożuchach, jadący na małych, krępych koniach. Czas cofa się na chwilę o kilkaset lat.

 

Na miejscu jesteśmy po 5 godz. jazdy z Erywania. Widok na wąwóz przy słynnym klasztorze zapiera dech w piersiach. Za chwilę całej okolicy będę przyglądał się z lotu ptaka. Krawędzie wąwozu łączą Skrzydła Tatewu – to najdłuższa jednosekcyjna, dwukierunkowa, pasażerska kolei linowa na świecie. Jej wagonik pokonuje trasę o długości prawie 6 km (5752 m). Przejazd w jedną stronę trwa aż 11 min. i 25 sek. Z okien rozpościerają się oszałamiające widoki. Według jednej z legend w okolicy klasztoru arabscy najeźdźcy gonili młodą dziewicę. Dziewczyna dobiegła do szczytu wzgórza nad wąwozem. Szybko zrozumiała, że nie ma już gdzie uciekać, więc chcąc uniknąć pohańbienia, rozłożyła ręce, zawołała Tatew! (co w wolnym tłumaczeniu znaczy „Boże, daj mi skrzydła!”) i rzuciła się w przepaść. Przekaz nie mówi o tym, czy jej modlitwa została wysłuchana, ale władze Armenii postanowiły najwidoczniej rozwiać wątpliwości i otwartą w październiku 2010 r. podniebną kolej nazwano właśnie Skrzydłami Tatewu.

 

Docieramy do klasztoru. Główne zabudowania powstały w IX w. Największa budowla to Kościół św. św. Piotra i Pawła. Pod jego nawami zostały ponoć ukryte relikwie obu tych uczniów Jezusa. Po prawej stronie świątyni można podziwiać kilkanaście starych chaczkarów, czyli ormiańskich kamiennych płyt mających upamiętniać konkretne zdarzenia lub osoby. Obok nich stoi mniej więcej ośmiometrowa kolumna pochodząca z X stulecia ostrzegająca przed trzęsieniami ziemi. Gdy jej wierzchołek zaczynał się chwiać, wiadomo było, że zbliża się kataklizm, co dawało mnichom czas, aby udać się w bezpieczne miejsce. Klasztor przetrwał kilka trzęsień ziemi, największe z nich, z kwietnia 1931 r., spowodowało poważne uszkodzenia. Prace renowacyjne nadal się odbywają i – niestety – ich końca wciąż nie widać, ale to, co można oglądać, i tak robi wielkie wrażenie. W jednym z pomieszczeń natykam się na starą bibliotekę i czytelnię, obecnie – oczywiście – bez książek. W klasztorze Tatew działał niegdyś prężnie uniwersytet (w XIV i XV w.), w którym uczyło się ponad tysiąc studentów.

 

Klasztor nadal jest czynnym miejscem kultu. Przebywa w nim… aż dwóch mnichów! Jeden z nich uchodzi za świętego. Podobno gdy pada deszcz, ziemia wokół niego jest sucha i nigdy nie moknie, a trawa pod jego stopami zielenieje, kiedy po niej chodzi. Ludzie z całej Armenii, a nawet świata, przyjeżdżają tu specjalnie po jego błogosławieństwo – wierzą, że czyni cuda. Mnie – niestety – nie pomógł, ale być może zabrakło mi wiary. Jednak i tak obdarzam Tatew głębokim uczuciem. I wiem, że to miłość wieczna i bezwarunkowa. Ciekawe, czy jest również odwzajemniona…

 

Na koniec zatrzymujemy się przed bramą klasztoru. Na krzesełku siedzi kobieta, która wygląda, jakby miała 100 lat. Dalej na straganie sprzedawcy oferują wszelkie lokalne przysmaki, w tym brandy, wina i wódki. Straganiarze częstują turystów, a ponoć nie wypada odmówić. Ja jednak im grzecznie dziękuję, bo przede mną jeszcze pięciogodzinna podróż do Erywania.

 

W drodze powrotnej podziwiam wiszący „tańczący” most w okolicy miasta Goris, w wiosce Chyndzoresk. Ma długość mniej więcej 160 m, jest wysoki na 63 m w najwyższym punkcie i waży 14 t. Most naprawdę tańczy, gdy się po nim idzie. Mniej odważni trzymają się kurczowo lin po obu stronach. Wrażenia z przechadzki są jednak warte tej odrobiny strachu.

 

Alternatywę dla opisanej wycieczki stanowi dwudniowa wyprawa do klasztoru Tatew. Jej program różni się tym, że w okolicy Goris uczestnicy zatrzymują się na nocleg, a po drodze dodatkowo odwiedza się starą winiarnię, w której można zobaczyć, jak produkowano niegdyś w Armenii wina i spróbować przeróżnych trunków. Jednak dodatkową atrakcją jest przede wszystkim wizyta w klasztorze Chor Wirap. Jego nazwę tłumaczy się jako Głębokie Lochy. Budowla często była wykorzystywana jako więzienie polityczne. Przetrzymywano w niej np. św. Grzegorza Oświeciciela (ok. 257–ok. 331), założyciela i patrona Ormiańskiego Kościoła Apostolskiego, apostoła Armenii. Dlatego to najpewniej Chor Wirap stanowi najczęściej odwiedzane miejsce pielgrzymkowe w kraju.

 

W Armenii warto też wybrać się nad Sewan, największe jezioro Kaukazu (1260 km² powierzchni) i jedno z najwyżej położonych na świecie (ok. 1900 m n.p.m.). Dla Ormian jest niczym morze. Słynie z endemicznych gatunków ryb (np. pstrąga sewańskiego – Salmo ischchan) i niespotykanej nigdzie indziej roślinności. Poza tym widoki nad jego brzegiem są zachwycające.

 

Za godny polecenia uważam także Stepanakert, czyli największe miasto (55-tysięczne) i tak naprawdę stolicę nieuznawanej nigdzie na świecie Republiki Górskiego Karabachu, a właściwie Arcachu, jak ją nazywają sami Ormianie. Formalnie leży na terytorium Azerbejdżanu, ale teren ten zamieszkują w przeważającej większości Ormianie, którzy w grudniu 1991 r. ogłosili niepodległość. Armenia również oficjalnie nie uznaje nowego państwa, ale nieformalnie je wspiera. To właśnie na terytorium Arcachu najczęściej dochodzi do incydentów pomiędzy żołnierzami ormiańskimi a azerbejdżańskimi. Nie polecam trekkingu przy granicy z Azerbejdżanem, ale sam Stepanakert jest raczej spokojny i niewątpliwie urokliwy.

 

Gdy przyjechałem po raz pierwszy do Armenii i pytano mnie, skąd pochodzę, odpowiadałem po angielsku: I'm from Poland. Teraz mówię: Es Lehastanits, co znaczy to samo, tylko po ormiańsku. Nie zapewnia mi to zniżek w restauracjach czy sklepach, ale zupełnie satysfakcjonują mnie zdziwione twarze moich rozmówców i ich uśmiechy sympatii. Armenia to naprawdę piękny i pełen atrakcji kraj, ale bardzo słabo rozreklamowany. W rankingach popularności przegrywa zdecydowanie z sąsiednią Gruzją, a moim zdaniem jest dużo ciekawszym celem podróży.

 

Khndzoresk 2

Wiszący „tańczący” most w wiosce Chyndzoresk łączący dwa brzegi wąwozu

© ARMENIA AND TRAVEL, OFFICIAL TOURISM WEBSITE OF ARMENIA