PAWEŁ CHOIŃSKI
WWW.MOJA-MALTA.PL

<< Malta to jedno z najmniejszych państw Starego Kontynentu. Łączna powierzchnia wszystkich wysp archipelagu wynosi zaledwie 316 km2, a ich populacja – ok. 450 tys. mieszkańców. Jednak co roku kraj ten odwiedza mniej więcej 1,5 mln turystów. Co sprawia, że jest on aż tak chętnie wybieranym celem podróży? Na pewno duży wpływ na tę popularność ma miejscowy klimat. Jak mówią statystyki, w ciągu okrągłych 12 miesięcy zdarza się tu ok. 300 słonecznych dni, a średnia temperatura powietrza od maja do października utrzymuje się na poziomie powyżej 25oC, tak jak i temperatura wody w morzu w sierpniu i wrześniu. >>

Tym osobom, które nie przepadają za kąpielami morskimi lub opalaniem się, Wyspy Maltańskie oferują szereg innych atrakcji. Znajdują się na nich m.in. jedne z najstarszych budowli na świecie (datowane nawet na 3,5 tys. lat p.n.e.) oraz zabytki pozostawione przez władających tymi terenami Rzymian, joannitów czy Brytyjczyków. Malta jest też doskonałą bazą dla nurków, zarówno tych doświadczonych, jak i tych dopiero chcących rozpocząć swoją przygodę ze zwiedzaniem podwodnego świata. Poza tym ze względu na fakt, że archipelag przez ponad 160 lat był brytyjską kolonią, stanowi on idealne miejsce do nauki języka angielskiego.
Państwo Maltańczyków leży ok. 80 km w linii prostej od Sycylii, 284 km od Tunezji, 1,9 tys. km od Tel Awiwu-Jafy i 1,75 tys. km od Gibraltaru, czyli praktycznie w samym centrum Morza Śródziemnego. To świetny punkt do kontrolowania wszystkiego, co dzieje się między Europą a Afryką. Dlatego w przeszłości Malta przyciągała uwagę wielu narodów, którym marzyło się panowanie w tej części świata. W ciągu ostatnich trzech tysiącleci trafiała w ręce m.in. Fenicjan, Kartagińczyków, Rzymian, Wandalów, Bizantyjczyków, Arabów, Normanów, Suwerennego Rycerskiego Zakonu Szpitalników św. Jana, Francuzów i Brytyjczyków. Ich wpływy są widoczne do dziś. W samym języku maltańskim, choć bardzo mocno spokrewnionym z arabskim, znajdziemy również zapożyczenia z włoskiego czy angielskiego. Nic więc dziwnego, że podczas wizyty na archipelagu możemy poczuć się nieco jak w jednym z krajów arabskich, a trochę jak we Włoszech lub Wielkiej Brytanii.

 

OSOBLIWI WYSPIARZE
W ciągu tych stuleci burzliwych wydarzeń Maltańczycy musieli wybrać między dwoma drogami postępowania: mogli albo zamknąć się w swoim niewielkim świecie, starając się odgrodzić od wszystkiego, co przychodzi z zewnątrz, albo przyswoić sobie te elementy obcych kultur, które uważali za najcenniejsze. Na szczęście, zdecydowali się na to drugie wyjście, dzięki czemu współcześnie spotkamy na wyspach ludzi bardzo otwartych, przyjaźnie nastawionych do przyjezdnych i chętnie ofiarujących swoją pomoc.
     W mieszkańcach Malty odnajdziemy też mnóstwo cech charakterystycznych dla większości narodów basenu Morza Śródziemnego. Nigdzie się nie spieszą, wiedzą, że jeżeli coś ma być zrobione, to tak się stanie, choć niekoniecznie dziś. Jeśli zaś będziemy świadkami prowadzonej przez nich dyskusji, zauważymy, iż na tę rozmowę składają się nie tylko słowa (np. ciągłe używanie wieloznacznego wyrazu mela), lecz także ton wypowiedzi, zmieniający się co chwila od spokojnego głosu do prawie krzyku, i energiczna gestykulacja.

FOT. VIEWINGMALTA.COM

Malta słynie z hucznych odpustów


     Maltańczycy są poza tym bardzo religijni. Szczycą się tym, że chrześcijaństwo zaszczepił wśród nich ok. 60 r. n.e. sam św. Paweł, gdy statek, który wiózł go do Rzymu, rozbił się u tutejszych wybrzeży. Mówi się też, że na Malcie jest tyle kościołów, ile dni w roku. Wydaje mi się jednak, iż jeżeli policzy się wszystkie maltańskie świątynie włącznie z kaplicami, to wyjdzie ich znacznie więcej. Przywiązanie do religii nie przejawia się tylko w uczęszczaniu co niedzielę na mszę, ale również w wyjątkowo hucznych odpustach ku czci patronów miast i miasteczek, tzw. festach. W sezonie letnim praktycznie w każdy weekend w którejś z miejscowości odbywają się jakieś uroczystości. Na ulicach koło kościoła pojawiają się stragany z lokalnymi słodyczami i urządza się parady orkiestr dętych. W niedzielę przechodzi procesja z figurą świętego opiekuna parafii. Koniec wydarzenia wieńczą niesamowite, czasem trwające nawet ponad 20 min. pokazy fajerwerków.
     Warto wspomnieć o jeszcze jednej cesze Maltańczyków – zaufaniu, jakim darzą innych ludzi. Nikogo nie dziwi tu, że ktoś po zaparkowaniu nie zamyka samochodu i, jak gdyby nigdy nic, udaje się do sklepu. Jeśli natomiast ujrzymy w zamku w drzwiach domu klucze, nie oznacza to, że właściciel o nich zapomniał, lecz po prostu zostawił je tam specjalnie, bo sam musiał wyjść, a w czasie jego nieobecności może wrócić któryś z domowników lub przyjść jakiś znajomy.

 

„DO YOU SPEAK ENGLISH?”
W 1800 r. Malta znalazła się pod protektoratem Wielkiej Brytanii, a od 1814 r. oficjalnie stała się kolonią brytyjską. Naturalnym następstwem tych zdarzeń było wprowadzenie języka angielskiego jako państwowego. W 1934 r. dodano do niego także maltański. Od tego momentu po dzień dzisiejszy oba pełnią funkcję języków urzędowych. Choć Maltańczycy w rozmowach między sobą wolą używać ojczystej mowy, blisko 90 proc. z nich deklaruje znajomość angielskiego. Zresztą już od najmłodszych lat mieszkańcy wysp mają praktycznie codziennie z nim styczność. W szkołach podstawowych naucza się go od pierwszej klasy, a i większość czasopism oraz książek w tym kraju wydaje się właśnie w tym języku.
     Szansa na trafienie na kogoś mówiącego po angielsku w maltańskim mieście jest więc prawie identyczna jak na ulicach Londynu. Jeśli dodamy do tego niemal zawsze świecące słońce i krystalicznie czyste wody Morza Śródziemnego, okaże się, że Malta to wprost idealne miejsce na wyjazdowy kurs językowy. Do takiego też wniosku dochodzi rocznie ok. 70–80 tys. ludzi z całego świata, którzy przyjeżdżają tu na naukę. Mniej więcej 2 tys. osób z tej liczby stanowią nasi rodacy. 45 proc. z nich to młodzież w wieku do 18 lat, zaś 35 proc. – Polacy powyżej 35 roku życia.
     Na wyspach działa wiele renomowanych szkół językowych takich jak Berlitz, BELS, EF (Education First), EC czy Sprachcaffe. Znaczna część z nich znajduje się w okolicach Sliemy, St. Julian's i Buġibby, czyli największych lokalnych baz hotelowych. Ci, którzy potrzebują nieco spokojniejszych warunków, mogą wykupić pakiet lekcji na Gozo.
     W przypadku większości kursów mamy do wyboru zakwaterowanie zarówno w hotelu bądź apartamencie, jak i u maltańskiej rodziny. Niektóre placówki zapewniają pobyt bezpośrednio na swoim terenie, zwykle w 1- lub 2-osobowych pokojach. Oferta tutejszych szkół językowych jest bardzo bogata i skierowana do osób na każdym poziomie zaawansowania: od zupełnie początkujących do posiadających już duże umiejętności. Poza tym zapiszemy się również na zajęcia profilowane – biznesowe, medyczne, dla prawników czy związane z branżą turystyczną albo przygotowujące do jednego z kilku egzaminów, np. FCE – First Certificate in English, IELTS – International English Language Testing System bądź TOEFL – Test of English as a Foreign Language. Organizowane są lekcje indywidualne i grupowe, dostosowane do wieku uczniów (dla dzieci, młodzieży, dorosłych, a czasem nawet osób starszych).
     Programy wyjazdów językowych organizatorzy wzbogacają o dodatkowe atrakcje. Należą do nich zwiedzanie najciekawszych miejsc na archipelagu (przykładowo wycieczki do Valletty, Mdiny, stanowisk archeologicznych i jaskiń Blue Grotto), rejsy po Morzu Śródziemnym, imprezy sportowe, a nawet wieczory z barbecue na plaży. Oprócz nauki można się zatem tutaj też wspaniale bawić.

 

PODWODNA MALTA
Okolice Wysp Maltańskich uchodzą za jeden z najciekawszych akwenów dla nurków w Europie. Na amatorów podziwiania podwodnego świata czekają w nim zarówno bogata śródziemnomorska flora i fauna, ciekawe formacje skalne, jak i zatopione wraki. Na Malcie i Gozo funkcjonuje wiele świetnie przygotowanych wypożyczalni sprzętu i centrów nurkowych, w tym także baza prowadzona przez Polaków. Oferują one turystom kursy nurkowania (dla początkujących i zaawansowanych) oraz wyprawy w obrębie całego archipelagu, gdzie znajdziemy mnóstwo dobrze opisanych i przyszykowanych nurkowisk. Część z nich jest dostępna z brzegu, jednak zazwyczaj trzeba skorzystać z łodzi.
     Maltańskie podwodne królestwo tworzy przede wszystkim przyroda, tak ożywiona, jak i nieożywiona. Obejrzymy w nim rafy koralowe, niesamowite wapienne formacje skalne: łuki, groty, tunele i jaskinie oraz spotkamy gąbki, jeżowce, ośmiornice, barakudy, a nawet rekiny i delfiny. Cieszyć się tymi fantastycznymi widokami pozwala doskonała widoczność w tutejszych wodach, sięgająca do 40 m.

FOT. VIEWINGMALTA.COM

Statua Kristu tal-Baħħara koło Qawry


     Z pobytu na Malcie zadowoleni będą również miłośnicy nurkowania wrakowego. Niektóre obiekty zostały umieszczone na dnie morskim specjalnie z myślą o turystach, ale są tu też szczątki maszyn biorących udział w zaciekłych walkach, jakie toczyły się w czasie II wojny światowej w tym regionie. Pod powierzchnią morza kryją się m.in. wraki samolotów brytyjskich: myśliwców Bristol Beaufighter i De Havilland Mosquito oraz bombowca Bristol Blenheim, zatopione statki: niszczyciele HMS Southwold i HMS Maori, stawiacze min HMS Eddy i HMS St Angelo, okręt podwodny HMS Stubborn czy niemiecki kuter torpedowy S31. Poza tym duże zainteresowanie wzbudzają libijski tankowiec Um El Faroud i kursujący niegdyś pomiędzy Maltą i Gozo prom o nazwie Imperial Eagle. Jednostki leżą na różnych głębokościach, więc zaspakajają ambicje nurków zarówno rekreacyjnych, jak i technicznych.
     Możliwe także, że niedługo na mapie tego rejonu pojawi się jeszcze jeden warty zobaczenia obiekt, ogromnie cenny szczególnie dla Polaków. We wrześniu 2014 r. odnaleziono tutaj, po ponad 70 latach, wrak polskiego niszczyciela eskortowego z czasów II wojny światowej ORP Kujawiaka. Okręt ten w czerwcu 1942 r. po dopłynięciu do Malty w osłonie konwoju z zaopatrzeniem (operacja wojskowa „Harpoon”) wszedł na minę i zatonął u wybrzeży Valetty.
     Wreszcie trzeba wspomnieć o nieco innej atrakcji głębin. W 1990 r. w pobliżu Wysp św. Pawła zatopiona została 3-metrowa figura Jezusa Chrystusa (Kristu tal-Baħħara). W ceremonii tej uczestniczył papież Jan Paweł II. Wyciągnięto ją 10 lat później i ponownie złożono pod wodą, tym razem w pobliżu Qawry.

 

POD ŻAGLAMI
Maltański archipelag nie należy do rozległych, w związku z czym wyprawa żeglarska wokół niego nie trwa zbyt długo, ale dla wielu osób na pewno będzie to ciekawy sposób na spędzenie czasu. Czeka tu na nich sporo firm zajmujących się czarterem jachtów oraz kilka bardzo dobrze wyposażonych marin, wśród których do największych zaliczają się Grand Harbour Marina, Msida and Ta’ Xbiex Marina (obie na Malcie) oraz Mġarr Marina (na Gozo).
     Linia brzegowa wysp jest dość zróżnicowana, pełna mniejszych i większych zatoczek doskonale nadających się na kotwicowiska. Skaliste wybrzeże często urzeka przepięknymi formami skalnymi, jakie przez wieki drążyły w wapieniu morskie fale, takimi jak Lazurowe Okno (Azure Window) na Gozo i kompleks jaskiń Blue Grotto na Malcie. Można też zacumować przy kilku urokliwych piaszczystych plażach, np. Għajn Tuffieħa koło Manikaty czy w cieśninie Błękitna Laguna (Blue Lagoon) między Comino i Cominotto zachwycającej pięknym turkusowym kolorem wody.  

FOT. VIEWINGMALTA.COM/LESLIE VELLA

Cieśnina Błękitna Laguna oddziela wysepki Comino i Cominotto


     Od 1968 r. (z przerwą w latach 1984–1995) w październiku odbywają się w tej części basenu Morza Śródziemnego coroczne regaty Rolex Middle Sea Race. Trasa wyścigu zaczyna się i kończy na głównej wyspie archipelagu (start w Wielkim Porcie – Grand Harbour, meta w Marsamxett Harbour), a wiedzie wokół Sycylii, Pantellerii i Lampedusy. Jego 36. edycja ma rozpocząć się 17 października 2015 r.  
     Ze względu na niewielkie odległości rejsy po okolicy trwają zazwyczaj tydzień. Istnieje jednak możliwość wyczarterowania jachtu na dłużej i zorganizowania wycieczki również na Sycylię, Lampedusę, Pantellerię lub wybrzeże Tunezji. Najlepszy okres na żeglowanie wzdłuż brzegów Republiki Malty stanowią maj i czerwiec oraz wrzesień i październik. W środku lata bywa w ich pobliżu trochę ciasno.

 

KRÓLIK W POTRAWCE
Położenie kraju mogłoby sugerować, że w lokalnej kuchni powinny królować potrawy z ryb i owoców morza. Tak jednak nie jest. Maltańskie menu charakteryzuje się licznymi wpływami sztuki kulinarnej narodów władających w przeszłości tym regionem, szczególnie Włochów, czego przykładem są makarony czy pizza. Za typowo tradycyjne dania Malty uważa się potrawkę z królika (Stuffat tal-Fenek), podawaną także ze spaghetti, oraz lampukę – rybę z gatunku okoniokształtnych, znaną w Polsce pod nazwą koryfena i poławianą w sezonie od sierpnia do listopada. Turystom poleca się zazwyczaj te dwie pozycje, lecz warto spróbować też innych specjałów.
     Jeden z nich to pastizzi, czyli małe bułeczki z ciasta francuskiego nadziewane serem ricotta lub groszkiem. Kupimy je w niewielkich piekarniach, zwanych pastizzeriami. Znajdziemy ich kilka praktycznie w każdej miejscowości. Kolejną tutejszą specjalność stanowi maltański chleb, niezmiernie smaczny i zazwyczaj wypiekany wciąż w glinianych piecach opalanych drewnem. Często serwuje się go w postaci Ħobż biż-żejt, czyli kromek posmarowanych oliwą z oliwek z czosnkiem i pastą pomidorową. Jako placek chlebowy z dziurą w środku przybiera formę kanapki o nazwie ftira.
     Malta ma również swój lokalny gazowany napój bezalkoholowy – Kinnie. Posiada on słodko-gorzki smak i jest alternatywą dla coca-coli. Jego główne składniki to pomarańcze chinotto i aromatyczne zioła. Z kolei podczas wizyty na Gozo nie wolno zapomnieć o innym przysmaku: serze kozim Ġbejna.

 

WINNE TRADYCJE
W trakcie pobytu na Wyspach Maltańskich trzeba koniecznie skosztować regionalnych win. Zyskują one ostatnio coraz większą popularność na świecie i co roku produkty którejś z kilkunastu krajowych winnic zdobywają międzynarodowe nagrody. Uprawę winorośli na archipelagu rozpoczęli już Fenicjanie, ale początki współczesnego przemysłu winiarskiego sięgają dopiero XX w. Powstały wtedy dwie największe dziś winiarnie: Marsovin (1919 r.) i Delicata (1907 r.), obydwie założone w pobliżu miejscowości Paola na Malcie. Do najbardziej liczących się producentów zaliczają się jeszcze Meridiana Wine Estate oraz Ta’ Mena Estate i Tal-Massar Winery z Gozo.
     Obecnie Maltańczycy uprawiają ponad 30 szczepów. Są wśród nich m.in. Chardonnay, Merlot, Cabernet Sauvignon, Cabernet Franc, Syrah czy Petit Verdot. Jednak 70 proc. stanowią odmiany rodzime Girgentina (białe) i Ġellewża (czerwone). W kraju o niewielkiej powierzchni na winnice nie da się przeznaczyć znacznych obszarów. Szacuje się, że zajmują one zaledwie 700 ha, z czego największym terenem uprawnym dysponują Meridiana Wine Estate (19 ha) i Marsovin (18 ha). Miejscowi winiarze, żeby sprostać zapotrzebowaniu, część winogron importują z zagranicy, głównie z Włoch i Hiszpanii. Co ciekawe, wspomniana Meridiana Wine Estate wytwarza trunki wyłącznie z własnych owoców, lecz należących jedynie do szczepów międzynarodowych.
     Enoturystyczna wycieczka po Malcie może być interesującym sposobem na jej zwiedzanie. Największe firmy na rynku produkują od kilkunastu do kilkudziesięciu rodzajów wina – mamy więc w czym wybierać. Mimo iż popyt na maltańskie wyroby w ostatnich latach wciąż wzrasta, to – niestety – nie cieszą się one szczególną popularnością poza granicami kraju. Według szacunków 90 proc. z nich zostaje sprzedanych na miejscu. Tutejsze szlachetne trunki możemy kupić w sklepie, jak i zamówić w restauracji, ale zdecydowanie najlepiej skorzystać z oferty wytwórców. Wszyscy więksi producenci wina na wyspach zapraszają gości na oprowadzanie po swoich winiarniach, połączone z degustacją. Co roku organizuje się tu także festiwale wina: Qormi Wine Festival odbywa się na początku września w miejscowości Qormi na Malcie, The Marsovin Summer Wine Festival – w lipcu w Valletcie, a Delicata Classic Wine Festival – w sierpniu również w Valletcie i we wrześniu w Nadur na Gozo.

 

W BLASKU REFLEKTORÓW
Maltański archipelag doceniają też filmowcy. Ciągle powstają na nim zdjęcia do nowych produkcji. Trzy najważniejsze chyba filmy, których akcja toczy się wyspach, to Malta Story z 1953 r., w którym Alec Guinness (1914–2000) zagrał zakochanego w Maltance brytyjskiego lotnika z czasów II wojny światowej, Treasure in Malta (1963 r.) o dzieciach poszukujących starożytnego skarbu i śledzących ich bandytach oraz Czarny orzeł z 1988 r. z Jeanem-Claude’em Van Damme’em jako agentem KGB na tropie tajnego urządzenia pochodzącego z zestrzelonego amerykańskiego samolotu.
     Poza tym ten mały kraj niejednokrotnie służył jako plan filmowy dla niezwiązanych z nim obrazów. Na potrzeby Gladiatora (2000 r.) w reżyserii Ridleya Scotta w studiu nieopodal Fortu Rinella wybudowano replikę rzymskiego Koloseum. W Monachium (2005 r.) Stevena Spielberga Malta odegrała role Tel Awiwu, Cypru, Rzymu, Bejrutu czy Hajfy. W produkcji World War Z (2013 r.), w której wystąpił Brad Pitt, była Jerozolimą, a w Hrabim Monte Christo (2002 r.) – Marsylią i Rzymem. Świetnie spisała się również jako tło w Troi (2004 r.), Kodzie da Vinci (2006 r.) i popularnym serialu telewizyjnym Gra o tron (np. w okolicy Lazurowego Okna na Gozo odbyły się zaślubiny khala Drogo z Daenerys Targaryen).
     Z kolei do scen w wodzie wykorzystuje się dwa olbrzymie baseny w kompleksie Mediterranean Film Studios. W pierwszym, płytkim (1,8 m głębokości) i zbudowanym w 1964 r. kręcono m.in. Orkę – wieloryba zabójcę (1977 r.), Sztorm (1996 r.) oraz Wyspę piratów (1995 r.). Drugi, głębszy obiekt (11 m głębokości) skonstruowano w 1979 r. specjalnie z myślą o tytule Podnieść Titanica (1980 r.). Przydał się on później także twórcom U-571 (2000 r.).
     Przy tej okazji warto wspomnieć o pewnym szczególnym filmie Roberta Altmana Popeye z 1980 r. Swoją pierwszą główną rolę zagrał w nim zmarły niedawno aktor Robin Williams (1951–2014). W zatoce Anchor Bay wzniesiono wtedy na potrzeby scenografii małą wioskę złożoną z kilkunastu kolorowych drewnianych domów. Mimo iż minęło już 35 lat, stoi ona do dziś. Popeye Village, bo taką nosi teraz nazwę, stanowi obecnie wielką atrakcję dla najmłodszych turystów.

FOT. VIEWINGMALTA.COM/SEREN OZCAN

Popeye Village nad Anchor Bay


     Na Wyspach Maltańskich nagrywane są również teledyski do utworów gwiazd z całego świata. Wśród nich można wymienić choćby wideoklip zespołu Genesis do singla Congo (1997 r.). W ubiegłym roku materiał do piosenki GPS kręciła tutaj Honey (Honorata Skarbek).
     Na koniec jeszcze kilka polskich akcentów. Ten niewielki wyspiarski kraj pojawił się np. w odcinkach serialu Kryminalni (Oko za oko i Nie zabijaj) oraz w ostatnich minutach filmu Nie kłam, kochanie (2008 r.). Co ciekawe, w czasie gdy pracowano nad tą drugą produkcją, na archipelagu przebywał były prezydent RP Lech Wałęsa. Ekipie filmowej udało namówić się go do wzięcia udziału w kilkusekundowej scenie. Powstawał tu też Kill Cruise (1990 r.) austriackiego reżysera Petera Keglevica, z epizodyczną rolą Grażyny Szapołowskiej. Autorem zdjęć do niego jest Edward Kłosiński (1943–2008). Oprócz tego Maltę zobaczymy we fragmentach filmu Piraci z 1986 r., wyreżyserowanego przez Romana Polańskiego. Ten uroczy zakątek świata naprawdę zasługuje na to, żeby znajdować się w blasku reflektorów.

Artykuły wybrane losowo

W kalejdoskopie Stanów Zjednoczonych

CTTC100318162748121.jpg

Golden Gate Bridge w San Francisco

©CALIFORNIA TRAVEL AND TOURISM COMMISSION/ANDREAS HUB

 

LUCYNA LEWANDOWSKA

www.lucyna-lewandowska.pl

 

Od kilku stuleci ludzie przybywający do Ameryki przywożą ze sobą swoje wyobrażenia, nadzieje i marzenia. W dzisiejszych czasach Stany Zjednoczone są dodatkowo postrzegane przez pryzmat kadrów z licznych amerykańskich filmów. Z pamięci widzów wyłania się więc specyficzny obraz kraju, na który składają się drapacze chmur, przepaściste kaniony, neony kasyn i bezkresne drogi. 

Więcej…

Kostaryka – podróż od wschodu do zachodu słońca

24182453665 8d5ff41d97 o Tortuguero

© COSTA RICAN TOURISM BOARD

 

Jerzy Pawleta

www.jerzypawleta.pl 

 

Gdzie w ciągu jednego dnia można zobaczyć wschód i zachód słońca nad dwoma różnymi oceanami – pierwszy nad należącym do basenu Atlantyku Morzem Karaibskim, a drugi nad Pacyfikiem? Szansę na to mamy w uroczej Kostaryce. Najmniejsza odległość, jaka dzieli oba malownicze wybrzeża w tym kraju, to ponad 100 km. Z karaibskich plaż nad pacyficzny brzeg dostaniemy się bez problemu samochodem albo autobusem. Szybciej pokonamy ten dystans, jeśli skorzystamy z usług lokalnych przewoźników – SANSA czy Nature Air – oferujących przeloty samolotami na kilka lub kilkanaście osób.

Więcej…

W Argentynie, kraju różnorodności

 

KAROLINA WUDNIAK

www.tropimyprzygody.pl

 

 Wieczór z tangiem w Buenos Aires, degustacja wina w Mendozie, delektowanie się stekami w niemal każdym rejonie w kraju – to tylko kilka atrakcji czekających na turystów w Argentynie. Poza tym znajdą tu oni otwarte przestrzenie Patagonii, lodowce, wodospady i wybrzeże oceanu. Są też wulkany okryte śniegiem, pustynia zasypana solą i chłodna Ziemia Ognista. W Argentynie jest po prostu wszystko i jeszcze więcej.

 

Taka różnorodność krajobrazu i klimatu nie powinna dziwić. Ten drugi po Brazylii największy kraj Ameryki Południowej zajmuje ponad 15 proc. całego kontynentu (ma ok. 2,8 mln km² powierzchni). Dzieli niemal 6,7 tys. km granicy z Chile i ma prawie 5 tys. km linii brzegowej. Wilgotne lasy z wodospadami Iguazú na północy, majestatyczne Andy z najwyższym szczytem Aconcagua (6961 m n.p.m.) i najwyższym aktywnym wulkanem na ziemi Ojos del Salado (6893 m n.p.m.) na zachodzie, surowe krajobrazy najdalej na południe wysuniętych zakątków kontynentu i bezkres oceanu na wschodzie – jedno życie nie wystarczy na zobaczenie i poznanie wszystkich skarbów Argentyny, ale warto próbować.

 

Ponieważ miejsc do odwiedzenia w tym południowoamerykańskim kraju jest tak wiele, wyjazd trzeba dobrze zaplanować. Nie ma jednego sposobu na udaną wyprawę. Jednak właśnie dlatego każda wizyta w Argentynie staje się wyjątkowym przeżyciem.

 

34465836134 7d01e9dd81 o

Para tańcząca tango w San Telmo, jednej z najstarszych dzielnic Buenos Aires

© ENTE DE TURISMO DE LA CIUDAD DE BUENOS AIRES

 

TANGO I KOLOROWE ULICE

 

Naszą podróż zaczniemy od stolicy kraju, która przyciąga jak magnes turystów i miłośników tanga z całego świata. Szczerze mówiąc, nigdy nie przypuszczałam, że będę tańczyć ten zmysłowy taniec w Buenos Aires, czyli tu, gdzie się narodził, choć tak naprawdę o miano kolebki tanga to argentyńskie miasto walczy z urugwajskim Montevideo. Wszak to w obu tych ośrodkach, leżących po dwóch stronach La Platy (Río de la Plata – Srebrnej Rzeki), cieszyło się ono rosnącą popularnością od połowy XIX w. Rozpowszechniać zaczęli je imigranci, choć nie wiadomo, czy pierwsi byli ci z Montevideo czy Buenos Aires. Jednak nie to jest najważniejsze, a fakt, że taniec zyskał sobie grono miłośników nie tylko w tym regionie, ale i na całym świecie. Dziś istnieje co najmniej kilkanaście różnych jego odmian. Poza tym w 2009 r. na wspólny wniosek Argentyny i Urugwaju tango zostało wpisane na Listę Reprezentatywną Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.

 

Być w Buenos Aires i nie zobaczyć pokazu tanecznego to moim zdaniem duży błąd. Występy profesjonalnych tancerzy w klubach tanga naprawdę zachwycają. Jeszcze lepszym doświadczeniem będzie nauka tańca. W argentyńskiej stolicy znajduje się wiele miejsc, w których oferuje się płatne lub darmowe lekcje. Wystarczy przejść się wieczorem wąskimi ulicami dzielnicy San Telmo, żeby na nie trafić. Do tego rejonu Buenos Aires warto również wybrać się w poszukiwaniu pamiątek – w każdą niedzielę zamienia się on w wielkie targowisko ze starociami, rękodziełem i najróżniejszymi drobiazgami (Feria de San Telmo). Niedaleko tej urokliwej dzielnicy pełnej kawiarń i sklepów ze starymi, pięknie stylizowanymi szyldami, w samym ścisłym centrum (Microcentro) stoi Różowy Dom (Casa Rosada) –siedziba prezydenta kraju, z której okna Madonna wcielająca się w rolę Evy Perón (1919–1952) w filmie Evita śpiewała piosenkę Don’t cry for me Argentina (Nie płacz za mną, Argentyno).

 

Na zwiedzanie argentyńskiej stolicy trzeba przeznaczyć co najmniej tydzień. Do zobaczenia poza San Telmo i Microcentro jest jeszcze Puerto Madero – nowoczesny port, jeden z piękniejszych i najbardziej znanych cmentarzy świata, czyli Cementerio de la Recoleta, Palermo – dzielnica hipsterskich kawiarń, klubów i nowoczesnych hosteli, a do tego ciekawe muzea, zabytkowa i bardzo kolorowa dzielnica La Boca i tysiące ciekawych murali rozsianych w najróżniejszych rejonach. Buenos Aires upodobali sobie uliczni malarze z całego świata, dzięki czemu podczas poznawania miasta można odkrywać ich dzieła w zaskakujących miejscach.

 

Stolica Argentyny leży, jak wspomniałam, nad La Platą – estuarium (szerokim lejkowatym ujściem), które tworzą wody rzek Paraná i Urugwaj przed połączeniem się z Oceanem Atlantyckim. Argentyńczycy i Urugwajczycy nazywają je rzeką, choć wedle definicji geograficznych mogłoby być także zatoką lub morzem przybrzeżnym. Río de la Plata ma ok. 290 km długości oraz zaledwie kilka kilometrów szerokości w głębi lądu i 220 km przy granicy z Atlantykiem. Warto wybrać się tu na rejs na pokładzie jednego z niewielkich promów, które pływają z Buenos Aires do urugwajskiego miasteczka Colonia del Sacramento – ulubionego celu weekendowych wycieczek wielu Porteños (jak nazywają siebie mieszkańcy portowego argentyńskiego miasta). Ponad 400 km na południe od stolicy Argentyny leży Mar del Plata (Morze Srebra). To 700-tysięczne miasto słynie z piaszczystych, ale też zatłoczonych plaż, bogatego życia nocnego, kasyn i kuchni opartej na rybach i owocach morza. Porteños bardzo chętnie spędzają w nim wakacje.

 

WODOSPADY I MISJE JEZUICKIE

 

Skoro jesteśmy przy temacie rzek i wody, nie sposób nie wspomnieć o wodospadach Iguazú – jednej z największych atrakcji całego kontynentu. Nazwa tego niezwykłego cudu natury wywodzi się z języka guarani, którego użytkownicy zamieszkiwali tutejsze tereny na długo przed wytyczeniem granic dzielących Argentynę z Brazylią i Paragwajem. Iguazú, a właściwie Yguasu, znaczy po prostu Wielka Woda, co znakomicie oddaje rzeczywistość. Wodospady mają szerokość ok. 2,7 km, a woda w najwyższym punkcie (Garganta del Diablo, czyli Diabelska Gardziel) spada z wysokości aż 80 m. Są więc dużo potężniejsze od Niagary w Ameryce Północnej czy Wielkiej Siklawy w polskich Tatrach Wysokich. Podobno sama pierwsza dama Stanów Zjednoczonych Eleanor Roosevelt (1884–1962) straciła respekt dla majestatu Niagary, gdy ujrzała Iguazú. Warto zobaczyć je na własne oczy. Po argentyńskiej stronie można chodzić przed kaskadami, obok nich i nad nimi (a nawet pod nie podpłynąć). Na podziwianiu wodospadów z bliska da się spędzić nawet cały dzień. Z części brazylijskiej rozpościera się jednak lepszy widok na całe Iguazú. Najlepiej więc wybrać się na zwiedzanie po obu stronach granicy.

 

Te wspaniałe wodospady leżą w prowincji Misiones wciśniętej pomiędzy Brazylię i Paragwaj. To niezmiernie atrakcyjny region, choć – niestety – często odwiedzany tylko ze względu na Iguazú. W tych tropikalnych, porośniętych gęstymi, soczyście zielonymi lasami okolicach znajdują się pozostałości jezuickich misji (zwanych również redukcjami), które powstawały w XVII w. w tej części Ameryki Południowej na terenie dzisiejszego Paragwaju, Argentyny i Brazylii. Jezuici nawracali miejscowych Indian Guarani na wiarę katolicką, dzieci posyłali do szkoły, a dorosłych przyuczali do wykonywania zawodów rzemieślniczych. W drugiej połowie XVIII stulecia misje jezuickie zostały zlikwidowane w wyniku działań politycznych i wojskowych Hiszpanów i Portugalczyków, a misjonarze wypędzeni. Dziś w każdym z trzech krajów można odnaleźć pozostałości po nich. W Argentynie najlepiej zachowała się redukcja San Ignacio Miní, ale oprócz niej warte obejrzenia są jeszcze Santa Ana, Nuestra Señora de Loreto i Santa María la Mayor. Wszystkie umieszczono w 1984 r. na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Choć z jednej strony wydają się do siebie podobne, każda z nich jest jednocześnie inna.

 

POLACY I YERBA MATE

 

Kolejny powód do odwiedzenia prowincji Misiones można nazwać patriotycznym. W tym regionie żyje sporo potomków naszych rodaków, którzy wyemigrowali do Argentyny pod koniec XIX i na początku XX w. Pierwszym Polakom nie było łatwo. Zastali tu żyzną, ale porośniętą gęstym lasem ziemię, a kiedy opuścili pokład statku, zostali zdani tylko na siebie. Musieli zmagać się z nieznośnym upałem, komarami i tropikalnymi chorobami. Mieli jednak ręce gotowe do pracy i tymi rękoma karczowali lasy i przygotowywali glebę pod uprawy, żeby przeżyć. Rolnictwa uczyli się od nowa, na miejscu, wszak z uwagi na inny klimat wiedza przywieziona z Europy niemal na nic się zdała. Wielu z nich zmarło, a ci, którzy przetrwali, pomimo odniesionego sukcesu (imigranci ujarzmili nieprzyjazne człowiekowi tereny i zaczęli żyć z roli) nie byli do końca szczęśliwi. Brakowało im polskiego jedzenia, języka i tradycji. Starali się więc kultywować rodzime zwyczaje w swoich domach. Dziś wielu ich potomków wciąż pamięta o tych korzeniach, interesuje się kulturą przywiezioną przez przodków i nie pozwala jej zaniknąć. Działają tutaj zespoły taneczne, odbywają się lekcje języka polskiego i sprzedaje się przysmaki i dania naszej kuchni. W miastach i miasteczkach, takich jak Posadas (stolica prowincji Misiones), Wanda, Oberá czy Apóstoles, można odkryć polskie nazwy ulic, przykłady architektury, kościoły, młyny i odnaleźć polskie domy i stowarzyszenia oraz spotkać potomków emigrantów.

 

W Oberze co roku we wrześniu odbywa się Fiesta Nacional del Inmigrante, czyli Narodowy Festiwal Imigrantów, którzy przybywali tu od początku XX w. z wielu krajów świata. W tej barwnej imprezie biorą udział wspólnoty popularyzujące kulturę i zwyczaje przywiezione przez przodków ze swoich ojczyzn. Wydarzenie organizowane jest w Parku Narodów (Parque de las Naciones), w którym stoi 14 tradycyjnych domów poszczególnych społeczności imigranckich. Polskę reprezentuje duży, piękny budynek w stylu zakopiańskim. W środku można spróbować lepionych na miejscu pierogów czy golonki lub wypić kieliszek polskiej wódki. Obserwowanie Argentyńczyków z pieczołowitością i zapałem kultywujących tradycje przekazane im przez rodziców lub dziadków to naprawdę wzruszające przeżycie.

 

W Apóstoles znajduje się za to Muzeum Historyczne Jana Szychowskiego (Museo Histórico Juan Szychowski) poświęcone Polakowi, który stworzył jedną z najbardziej znanych na świecie marek produkujących yerba mate – Amandę. Sam zbudował maszyny do mielenia ryżu, mąki kukurydzianej i liści ostrokrzewu paragwajskiego (z tej rośliny powstaje yerba mate) i w latach 20. XX w. rozpoczął produkcję. Dziś torebki z yerba mate z logo tej firmy można kupić praktycznie w każdym zakątku naszego globu.

 

Argentyńczycy piją napar z ostrokrzewu paragwajskiego niemal bez przerwy. Nie rozstają się z mate (naczyniem zrobionym z tykwy, drewna, metali, ceramiki, a nawet plastiku), bombillą (specjalną rurką do picia) i termosem z gorącą wodą, służącą do ponownego zalewania suszu. W Misiones, jak też w Paragwaju i na południu Brazylii, równie popularna jest wersja yerba mate zwana tereré, czyli przygotowywana na zimno, z kostkami lodu, ziołami i często również z sokiem z owoców. Taki napój idealnie orzeźwia w upalne dni! Napar nie tylko odpowiednio się przyrządza, lecz także pija w grupie w określony sposób: każde zalanie suszu przeznaczone zostaje dla jednej osoby, ale wszyscy korzystają z tego samego mate i używają jednej bombilli. Kiedy ktoś wypije swoją porcję, przekazuje naczynie posiadaczowi termosu, a on ponownie je uzupełnia dla następnego członka grupy. I tak trwa to kilka tur, aż yerba mate przestanie nadawać smak wodzie. Jeśli jakaś osoba nie ma już ochoty na picie, gdy oddaje mate, mówi gracias, czyli dziękuję – to znak dla nalewającego, żeby więcej nie wręczał jej naparu.

 

Activa - Turismo de Aventura - Trecking - Tolar Grande Salta

Trekking w okolicy wioski Tolar Grande (ponad 3500 m n.p.m.) w prowincji Salta

© INSTITUTO NACIONAL DE PROMOCIÓN TURÍSTICA DE ARGENTINA

 

POCIĄG DO CHMUR I GÓRY

 

Na północy Argentyny znajduje się wiele ciekawych miejsc. W drodze z Misiones na zachód warto się zatrzymać na spacer po mieście Corrientes leżącym nad rzeką Paraná. Kolonialna architektura miesza się tutaj z nowoczesnym budownictwem. Znakiem rozpoznawczym tego miejsca jest wielki most generała Manuela Belgrano, który łączy Corrientes z miastem Resistencia położonym już w sąsiedniej prowincji – Chaco. Podczas wyprawy na zachód kraju przez tę ostatnią warto zawitać do Salty. Ma ona ciekawą kolonialną zabudowę, ale turystów przyciąga ze względu na swoje położenie. Miasto stanowi dobrą bazę wypadową w Andy, u stóp których leży. W okolicy można wybrać się na trekking, pojeździć na rowerach górskich lub koniach. Popularną atrakcją jest Pociąg do Chmur (Tren a las Nubes). Wprawdzie od dwóch lat nie odjeżdża on już z samej Salty, jednak stąd najłatwiej wyruszyć na wycieczkę. Rano autobus zabiera chętnych do San Antonio de los Cobres, gdzie wsiadają do wagonów. Pociąg wwozi pasażerów na wiadukt La Polvorilla położony na wysokości 4200 m n.p.m. To dzieło inżynierii z lat 30. XX w. stanowi najbardziej malowniczy punkt krótkiej trasy. Wiadukt jest wysoki na 63 m i waży prawie 1,6 tys. t. W założeniu linia kolejowa miała połączyć Argentynę z Chile i służyć mieszkańcom, ale w 1971 r. postanowiono zrobić z niej atrakcję turystyczną, która dziś przyciąga zarówno miłośników kolejnictwa, jak i osoby lubiące piękne górskie widoki. W drodze powrotnej do Salty autobus zatrzymuje się w małej wiosce Santa Rosa de Tastil, przy której znajdują się ruiny XIV- i XV-wiecznego miasta Tastil zbudowanego tylko z kamienia, bez użycia żadnej zaprawy. Pod koniec XV stulecia, zanim dotarli do niego Inkowie, mieszkało tu ponad 2 tys. osób. Ludność ta trudniła się uprawą kwinoa i kukurydzy oraz wypasaniem lam.

 

Z Salty warto się także wybrać na północ, do miasta Jujuy, a właściwie San Salvador de Jujuy, które leży u wejścia do wąwozu Humahuaca (Quebrada de Humahuaca). Ta niezwykła głęboka dolina ma ok. 150 km długości. Zimą jest sucha, a latem wypełnia ją Rzeka Wielka (Río Grande). W 2003 r. Humahuaca trafiła na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Jedną z największych atrakcji okolicy stanowi Wzgórze Siedmiu Kolorów (Cerro de los Siete Colores), wznoszące się nad małą, urokliwą miejscowością Purmamarca. Swoje barwne warstwy zawdzięcza ono procesom geologicznym. Legenda mówi jednak, że zboczy nie zdobiły kolorowe pasy, gdy powstała Purmamarca. Miejscowym dzieciom zamarzyła się wielobarwna góra, która ożywiłaby okolicę, ale ich rodzice nie chcieli o tym słuchać. Dlatego przez siedem nocy ich pociechy wymykały się z domów i domalowywały kolejne warstwy na skalnych ścianach, dzięki czemu dziś możemy podziwiać ten prawdziwie malowniczy widok. Warto zostać chwilę w Purmamarce i przyjrzeć się spokojnemu życiu tego górskiego miasteczka.

 

Komu będzie jeszcze mało pięknych krajobrazów z górami w roli głównej, powinien zajrzeć do Cafayate, skąd wyrusza się na wycieczki do dolin Calchaquíes (Valles Calchaquíes). Można w nich podziwiać wspaniałe widoki na kolorowe formacje skalne, wśród których dominują wszelkie odcienie pomarańczu. Ze względu na żyzne ziemie okolica słynie z produkcji wyśmienitych win.

 

MIASTO NIEPODLEGŁOŚCI I KOLONIALNA PERŁA

 

Ważne miasto dla Argentyńczyków stanowi San Miguel de Tucumán. To właśnie tutaj 9 lipca 1816 r. podpisano deklarację niepodległości. Co roku, na ten jeden dzień San Miguel de Tucumán zostaje stolicą Argentyny. Szczególnie hucznie obchodzono 200. rocznicę podpisania dokumentu (w 2016 r.) i to nie tylko w tym miejscu. W Buenos Aires przygotowano piękny spektakl przedstawiający najważniejsze wydarzenia z historii kraju. Miałam szczęście zarówno oglądać samo przedstawienie, jak i podziwiać ogromny tłum Argentyńczyków śpiewających znane patriotyczne piosenki wraz z artystami ze sceny. To był naprawdę wzruszający widok!

 

Kolejnym interesującym miejscem jest położona ponad 550 km na południe od San Miguel de Tucumán 1,5-milionowa Córdoba (założona już w 1573 r.). To drugi największy pod względem liczby ludności ośrodek w Argentynie po jej stolicy. Należy do najstarszych kolonialnych miast w kraju – znajduje się tu pierwszy argentyński uniwersytet (Narodowy Uniwersytet w Córdobie – Universidad Nacional de Córdoba, utworzony w 1613 r.). Warto pochodzić wśród historycznej zabudowy i zwiedzić wpisaną na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO dzielnicę jezuicką z urokliwą architekturą (Manzana Jesuítica). Jak przystało na ośrodek studencki, w Córdobie kwitnie również życie kulturalne i nocne.

 

Z miasta polecam przenieść się na łono natury – do Parku Narodowego Talampaya leżącego w prowincji La Rioja przy granicy z prowincją San Juan. Można w nim oglądać spektakularny kanion czy niezwykłą formację skalną Talampaya mierzącą 143 m. Do tego obszaru przylega Park Prowincjonalny Ischigualasto (Parque Provincial Ischigualasto, położony już w prowincji San Juan), zwany także Doliną Księżycową (Valle de la Luna) ze względu na nieziemski krajobraz, jaki rozpościera się tu przed oczami przybyłych.

 

KRAINA WINA, STEKÓW I „ASADO”

 

Zarówno prowincje La Rioja i San Juan, jak i Mendoza, Salta, Córdoba czy Catamarca słyną z win. Argentyna jest obecnie szóstym krajem na świecie pod względem wytwarzanych ilości tego produktu. Argentyńczycy piją bardzo dużo czerwonego wina, więc nie ma się co dziwić, że jego butelka bywa tańsza od wody. Poza tym w 2010 r. wino zostało ogłoszone tu narodowym trunkiem, a to zobowiązuje.

 

Kieliszek miejscowego malbecu idealnie pasuje do tutejszych steków wołowych, z których – zasłużenie – ten kraj słynie na całym świecie. Tak wielką popularność temu daniu przyniosła nie tylko wysoka jakość argentyńskiej wołowiny, ale również sposób, w jaki Argentyńczycy potrafią ją przyrządzić. Weekend spędzony ze znajomymi będzie nieważny, jeśli przynajmniej raz nie zorganizuje się asado. Nazwa ta oznacza zarówno spotkanie przy typowym argentyńskim grillu, jak i samo grillowane mięso. Upieczona na ogniu lub nad żarem z węgla drzewnego wołowina z lampką czerwonego wina smakuje wyśmienicie! Do tego podaje się zwykle jakąś zieloną sałatkę i pieczywo, ale dla wielu Argentyńczyków są one tylko niezbyt istotnym dodatkiem. Na ruszcie porcji znajduje się zawsze za dużo, a to dlatego, że jak mawiają niektórzy, asado jest nieudane, jeśli całe mięso zostało zjedzone.

 

R5B 2 - Gourmet - Gastronomia - Asado Buenos Aires

Asado – baranina pieczona w stylu patagońskim z lampką argentyńskiego wina

© INSTITUTO NACIONAL DE PROMOCIÓN TURÍSTICA DE ARGENTINA

 

LODOWCE I KONIEC ŚWIATA

 

Autentica - Patrimonio de la Humanidad - Ballenas Puerto Madryn Chubut

W okolicach Puerto Madryn można od czerwca do grudnia podziwiać walenie

© INSTITUTO NACIONAL DE PROMOCIÓN TURÍSTICA DE ARGENTINA

 

W Argentynie im przemieszczamy się dalej na południe, tym robi się bardziej surowo i zimno, ale i ciekawiej. Patagonia słynie z ogromnych przestrzeni, niezwykłych krajobrazów i swoich letnich wiatrów, które niemal urywają głowy. Ten region leży w strefie ryczących czterdziestek (stałych wiatrów zachodnich o bardzo dużej prędkości wiejących pomiędzy 40 i 50° szerokości geograficznej). Jednym z najbardziej znanych miast tej krainy jest 120-tysięczne San Carlos de Bariloche, położone nad południowym brzegiem pięknego polodowcowego jeziora Nahuel Huapi, na terenie parku narodowego o tej samej nazwie, niedaleko granicy z Chile. W okolicy trudno się nudzić. Latem można wybrać się na trekking w góry lub wyruszyć do któregoś z punktów widokowych, a zimą zjeżdżać na nartach czy snowboardzie na ośnieżonych stokach największego w Argentynie kompleksu narciarskiego. Szczególnie wart uwagi jest lodowiec Czarna Zaspa (Ventisquero Negro) na wygasłym wulkanie Tronador (Cerro Tronador, 3491 m n.p.m.). Woda spływa z niego po wysokim klifie, tworząc malowniczy wodospad.

 

Dla odmiany nad Atlantykiem znajduje się półwysep Valdés. To miejsce, wpisane w 1999 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO, stanowi ważny obszar ochrony życia morskiego. Można tutaj zobaczyć m.in. walenie południowe (zazwyczaj od maja do grudnia), pingwiny magellańskie, uchatki patagońskie, orki, kotiki południowe, słonie morskie (mirungi) czy toniny (delfiny) czarnogłowe. To prawdziwy raj dla miłośników fauny.

 

Dalej na południe, w Parku Narodowym Lodowców (Parque Nacional Los Glaciares) panuje już wieczna zima. Swoimi granicami obejmuje on Południowy Lądolód Patagoński, który jest trzecim największym lądolodem na ziemi po tych na Antarktydzie i Grenlandii. Na tym terenie znajduje się 49 dużych lodowców (leżących w Argentynie i Chile), w tym najbardziej popularny wśród turystów Perito Moreno (zajmujący powierzchnię ponad 250 km²). Ten ostatni robi naprawdę olbrzymie wrażenie na oglądających – sunie do przodu, stuka, trzeszczy, a bryły wielkości autobusu odłupują się od niego i spadają do wody z hukiem przypominającym wybuch bomby. Do tego ten argentyński lodowiec mieni się odcieniami bieli i błękitu. Perito Moreno ma 5 km szerokości, 30 km długości i wystaje nad poziom jeziora Argentino średnio na wysokość 74 m, czyli mierzy mniej więcej tyle, ile ok. 20-piętrowy budynek! Większa jego część (jeszcze jakieś 100 m) kryje się pod powierzchnią wody. To jeden z niewielu lodowców na świecie, który postępuje zamiast się cofać.

 

Podczas pobytu w tej części Argentyny nie można odpuścić sobie wizyty w 60-tysięcznej Ushuai, uchodzącej za położone najdalej na południe miasto na naszym globie (choć dalej znajduje się jeszcze chilijska miejscowość Puerto Williams). Leży ona na archipelagu Ziemia Ognista (Tierra del Fuego) oddzielonym od kontynentu Cieśniną Magellana. Rejs po Kanale Beagle, podglądanie uchatek patagońskich, amfitryt lamparcich (lampartów morskich), mirung oraz pingwinów królewskich, magellańskich i maskowych (latem), wizyta w Parku Narodowym Ziemia Ognista (Parque Nacional Tierra del Fuego) czy odwiedziny w muzeum morskim (Museo Marítimo) mieszczącym się w dawnym więzieniu (Ushuaia była niegdyś kolonią karną) to obowiązkowe atrakcje turystyczne w tym mieście na końcu świata. Pod względem kulinarnym Ushuaia słynie z wielkich krabów królewskich, które można sobie samemu złowić przed przygotowaniem przez kucharza – takie doświadczenie będzie prawdziwą gratką dla odważnych smakoszy. Wreszcie, to tu kończy się słynna Droga Panamerykańska (hiszp. Carretera Panamericana) wiodąca przez obie Ameryki aż od Alaski (przerwana tylko przez przesmyk Darién) i tutaj następuje kres naszej wspaniałej podróży. Argentyno, do zobaczenia następnym razem!