PAWEŁ CHOIŃSKI
WWW.MOJA-MALTA.PL

<< Malta to jedno z najmniejszych państw Starego Kontynentu. Łączna powierzchnia wszystkich wysp archipelagu wynosi zaledwie 316 km2, a ich populacja – ok. 450 tys. mieszkańców. Jednak co roku kraj ten odwiedza mniej więcej 1,5 mln turystów. Co sprawia, że jest on aż tak chętnie wybieranym celem podróży? Na pewno duży wpływ na tę popularność ma miejscowy klimat. Jak mówią statystyki, w ciągu okrągłych 12 miesięcy zdarza się tu ok. 300 słonecznych dni, a średnia temperatura powietrza od maja do października utrzymuje się na poziomie powyżej 25oC, tak jak i temperatura wody w morzu w sierpniu i wrześniu. >>

Tym osobom, które nie przepadają za kąpielami morskimi lub opalaniem się, Wyspy Maltańskie oferują szereg innych atrakcji. Znajdują się na nich m.in. jedne z najstarszych budowli na świecie (datowane nawet na 3,5 tys. lat p.n.e.) oraz zabytki pozostawione przez władających tymi terenami Rzymian, joannitów czy Brytyjczyków. Malta jest też doskonałą bazą dla nurków, zarówno tych doświadczonych, jak i tych dopiero chcących rozpocząć swoją przygodę ze zwiedzaniem podwodnego świata. Poza tym ze względu na fakt, że archipelag przez ponad 160 lat był brytyjską kolonią, stanowi on idealne miejsce do nauki języka angielskiego.
Państwo Maltańczyków leży ok. 80 km w linii prostej od Sycylii, 284 km od Tunezji, 1,9 tys. km od Tel Awiwu-Jafy i 1,75 tys. km od Gibraltaru, czyli praktycznie w samym centrum Morza Śródziemnego. To świetny punkt do kontrolowania wszystkiego, co dzieje się między Europą a Afryką. Dlatego w przeszłości Malta przyciągała uwagę wielu narodów, którym marzyło się panowanie w tej części świata. W ciągu ostatnich trzech tysiącleci trafiała w ręce m.in. Fenicjan, Kartagińczyków, Rzymian, Wandalów, Bizantyjczyków, Arabów, Normanów, Suwerennego Rycerskiego Zakonu Szpitalników św. Jana, Francuzów i Brytyjczyków. Ich wpływy są widoczne do dziś. W samym języku maltańskim, choć bardzo mocno spokrewnionym z arabskim, znajdziemy również zapożyczenia z włoskiego czy angielskiego. Nic więc dziwnego, że podczas wizyty na archipelagu możemy poczuć się nieco jak w jednym z krajów arabskich, a trochę jak we Włoszech lub Wielkiej Brytanii.

 

OSOBLIWI WYSPIARZE
W ciągu tych stuleci burzliwych wydarzeń Maltańczycy musieli wybrać między dwoma drogami postępowania: mogli albo zamknąć się w swoim niewielkim świecie, starając się odgrodzić od wszystkiego, co przychodzi z zewnątrz, albo przyswoić sobie te elementy obcych kultur, które uważali za najcenniejsze. Na szczęście, zdecydowali się na to drugie wyjście, dzięki czemu współcześnie spotkamy na wyspach ludzi bardzo otwartych, przyjaźnie nastawionych do przyjezdnych i chętnie ofiarujących swoją pomoc.
     W mieszkańcach Malty odnajdziemy też mnóstwo cech charakterystycznych dla większości narodów basenu Morza Śródziemnego. Nigdzie się nie spieszą, wiedzą, że jeżeli coś ma być zrobione, to tak się stanie, choć niekoniecznie dziś. Jeśli zaś będziemy świadkami prowadzonej przez nich dyskusji, zauważymy, iż na tę rozmowę składają się nie tylko słowa (np. ciągłe używanie wieloznacznego wyrazu mela), lecz także ton wypowiedzi, zmieniający się co chwila od spokojnego głosu do prawie krzyku, i energiczna gestykulacja.

FOT. VIEWINGMALTA.COM

Malta słynie z hucznych odpustów


     Maltańczycy są poza tym bardzo religijni. Szczycą się tym, że chrześcijaństwo zaszczepił wśród nich ok. 60 r. n.e. sam św. Paweł, gdy statek, który wiózł go do Rzymu, rozbił się u tutejszych wybrzeży. Mówi się też, że na Malcie jest tyle kościołów, ile dni w roku. Wydaje mi się jednak, iż jeżeli policzy się wszystkie maltańskie świątynie włącznie z kaplicami, to wyjdzie ich znacznie więcej. Przywiązanie do religii nie przejawia się tylko w uczęszczaniu co niedzielę na mszę, ale również w wyjątkowo hucznych odpustach ku czci patronów miast i miasteczek, tzw. festach. W sezonie letnim praktycznie w każdy weekend w którejś z miejscowości odbywają się jakieś uroczystości. Na ulicach koło kościoła pojawiają się stragany z lokalnymi słodyczami i urządza się parady orkiestr dętych. W niedzielę przechodzi procesja z figurą świętego opiekuna parafii. Koniec wydarzenia wieńczą niesamowite, czasem trwające nawet ponad 20 min. pokazy fajerwerków.
     Warto wspomnieć o jeszcze jednej cesze Maltańczyków – zaufaniu, jakim darzą innych ludzi. Nikogo nie dziwi tu, że ktoś po zaparkowaniu nie zamyka samochodu i, jak gdyby nigdy nic, udaje się do sklepu. Jeśli natomiast ujrzymy w zamku w drzwiach domu klucze, nie oznacza to, że właściciel o nich zapomniał, lecz po prostu zostawił je tam specjalnie, bo sam musiał wyjść, a w czasie jego nieobecności może wrócić któryś z domowników lub przyjść jakiś znajomy.

 

„DO YOU SPEAK ENGLISH?”
W 1800 r. Malta znalazła się pod protektoratem Wielkiej Brytanii, a od 1814 r. oficjalnie stała się kolonią brytyjską. Naturalnym następstwem tych zdarzeń było wprowadzenie języka angielskiego jako państwowego. W 1934 r. dodano do niego także maltański. Od tego momentu po dzień dzisiejszy oba pełnią funkcję języków urzędowych. Choć Maltańczycy w rozmowach między sobą wolą używać ojczystej mowy, blisko 90 proc. z nich deklaruje znajomość angielskiego. Zresztą już od najmłodszych lat mieszkańcy wysp mają praktycznie codziennie z nim styczność. W szkołach podstawowych naucza się go od pierwszej klasy, a i większość czasopism oraz książek w tym kraju wydaje się właśnie w tym języku.
     Szansa na trafienie na kogoś mówiącego po angielsku w maltańskim mieście jest więc prawie identyczna jak na ulicach Londynu. Jeśli dodamy do tego niemal zawsze świecące słońce i krystalicznie czyste wody Morza Śródziemnego, okaże się, że Malta to wprost idealne miejsce na wyjazdowy kurs językowy. Do takiego też wniosku dochodzi rocznie ok. 70–80 tys. ludzi z całego świata, którzy przyjeżdżają tu na naukę. Mniej więcej 2 tys. osób z tej liczby stanowią nasi rodacy. 45 proc. z nich to młodzież w wieku do 18 lat, zaś 35 proc. – Polacy powyżej 35 roku życia.
     Na wyspach działa wiele renomowanych szkół językowych takich jak Berlitz, BELS, EF (Education First), EC czy Sprachcaffe. Znaczna część z nich znajduje się w okolicach Sliemy, St. Julian's i Buġibby, czyli największych lokalnych baz hotelowych. Ci, którzy potrzebują nieco spokojniejszych warunków, mogą wykupić pakiet lekcji na Gozo.
     W przypadku większości kursów mamy do wyboru zakwaterowanie zarówno w hotelu bądź apartamencie, jak i u maltańskiej rodziny. Niektóre placówki zapewniają pobyt bezpośrednio na swoim terenie, zwykle w 1- lub 2-osobowych pokojach. Oferta tutejszych szkół językowych jest bardzo bogata i skierowana do osób na każdym poziomie zaawansowania: od zupełnie początkujących do posiadających już duże umiejętności. Poza tym zapiszemy się również na zajęcia profilowane – biznesowe, medyczne, dla prawników czy związane z branżą turystyczną albo przygotowujące do jednego z kilku egzaminów, np. FCE – First Certificate in English, IELTS – International English Language Testing System bądź TOEFL – Test of English as a Foreign Language. Organizowane są lekcje indywidualne i grupowe, dostosowane do wieku uczniów (dla dzieci, młodzieży, dorosłych, a czasem nawet osób starszych).
     Programy wyjazdów językowych organizatorzy wzbogacają o dodatkowe atrakcje. Należą do nich zwiedzanie najciekawszych miejsc na archipelagu (przykładowo wycieczki do Valletty, Mdiny, stanowisk archeologicznych i jaskiń Blue Grotto), rejsy po Morzu Śródziemnym, imprezy sportowe, a nawet wieczory z barbecue na plaży. Oprócz nauki można się zatem tutaj też wspaniale bawić.

 

PODWODNA MALTA
Okolice Wysp Maltańskich uchodzą za jeden z najciekawszych akwenów dla nurków w Europie. Na amatorów podziwiania podwodnego świata czekają w nim zarówno bogata śródziemnomorska flora i fauna, ciekawe formacje skalne, jak i zatopione wraki. Na Malcie i Gozo funkcjonuje wiele świetnie przygotowanych wypożyczalni sprzętu i centrów nurkowych, w tym także baza prowadzona przez Polaków. Oferują one turystom kursy nurkowania (dla początkujących i zaawansowanych) oraz wyprawy w obrębie całego archipelagu, gdzie znajdziemy mnóstwo dobrze opisanych i przyszykowanych nurkowisk. Część z nich jest dostępna z brzegu, jednak zazwyczaj trzeba skorzystać z łodzi.
     Maltańskie podwodne królestwo tworzy przede wszystkim przyroda, tak ożywiona, jak i nieożywiona. Obejrzymy w nim rafy koralowe, niesamowite wapienne formacje skalne: łuki, groty, tunele i jaskinie oraz spotkamy gąbki, jeżowce, ośmiornice, barakudy, a nawet rekiny i delfiny. Cieszyć się tymi fantastycznymi widokami pozwala doskonała widoczność w tutejszych wodach, sięgająca do 40 m.

FOT. VIEWINGMALTA.COM

Statua Kristu tal-Baħħara koło Qawry


     Z pobytu na Malcie zadowoleni będą również miłośnicy nurkowania wrakowego. Niektóre obiekty zostały umieszczone na dnie morskim specjalnie z myślą o turystach, ale są tu też szczątki maszyn biorących udział w zaciekłych walkach, jakie toczyły się w czasie II wojny światowej w tym regionie. Pod powierzchnią morza kryją się m.in. wraki samolotów brytyjskich: myśliwców Bristol Beaufighter i De Havilland Mosquito oraz bombowca Bristol Blenheim, zatopione statki: niszczyciele HMS Southwold i HMS Maori, stawiacze min HMS Eddy i HMS St Angelo, okręt podwodny HMS Stubborn czy niemiecki kuter torpedowy S31. Poza tym duże zainteresowanie wzbudzają libijski tankowiec Um El Faroud i kursujący niegdyś pomiędzy Maltą i Gozo prom o nazwie Imperial Eagle. Jednostki leżą na różnych głębokościach, więc zaspakajają ambicje nurków zarówno rekreacyjnych, jak i technicznych.
     Możliwe także, że niedługo na mapie tego rejonu pojawi się jeszcze jeden warty zobaczenia obiekt, ogromnie cenny szczególnie dla Polaków. We wrześniu 2014 r. odnaleziono tutaj, po ponad 70 latach, wrak polskiego niszczyciela eskortowego z czasów II wojny światowej ORP Kujawiaka. Okręt ten w czerwcu 1942 r. po dopłynięciu do Malty w osłonie konwoju z zaopatrzeniem (operacja wojskowa „Harpoon”) wszedł na minę i zatonął u wybrzeży Valetty.
     Wreszcie trzeba wspomnieć o nieco innej atrakcji głębin. W 1990 r. w pobliżu Wysp św. Pawła zatopiona została 3-metrowa figura Jezusa Chrystusa (Kristu tal-Baħħara). W ceremonii tej uczestniczył papież Jan Paweł II. Wyciągnięto ją 10 lat później i ponownie złożono pod wodą, tym razem w pobliżu Qawry.

 

POD ŻAGLAMI
Maltański archipelag nie należy do rozległych, w związku z czym wyprawa żeglarska wokół niego nie trwa zbyt długo, ale dla wielu osób na pewno będzie to ciekawy sposób na spędzenie czasu. Czeka tu na nich sporo firm zajmujących się czarterem jachtów oraz kilka bardzo dobrze wyposażonych marin, wśród których do największych zaliczają się Grand Harbour Marina, Msida and Ta’ Xbiex Marina (obie na Malcie) oraz Mġarr Marina (na Gozo).
     Linia brzegowa wysp jest dość zróżnicowana, pełna mniejszych i większych zatoczek doskonale nadających się na kotwicowiska. Skaliste wybrzeże często urzeka przepięknymi formami skalnymi, jakie przez wieki drążyły w wapieniu morskie fale, takimi jak Lazurowe Okno (Azure Window) na Gozo i kompleks jaskiń Blue Grotto na Malcie. Można też zacumować przy kilku urokliwych piaszczystych plażach, np. Għajn Tuffieħa koło Manikaty czy w cieśninie Błękitna Laguna (Blue Lagoon) między Comino i Cominotto zachwycającej pięknym turkusowym kolorem wody.  

FOT. VIEWINGMALTA.COM/LESLIE VELLA

Cieśnina Błękitna Laguna oddziela wysepki Comino i Cominotto


     Od 1968 r. (z przerwą w latach 1984–1995) w październiku odbywają się w tej części basenu Morza Śródziemnego coroczne regaty Rolex Middle Sea Race. Trasa wyścigu zaczyna się i kończy na głównej wyspie archipelagu (start w Wielkim Porcie – Grand Harbour, meta w Marsamxett Harbour), a wiedzie wokół Sycylii, Pantellerii i Lampedusy. Jego 36. edycja ma rozpocząć się 17 października 2015 r.  
     Ze względu na niewielkie odległości rejsy po okolicy trwają zazwyczaj tydzień. Istnieje jednak możliwość wyczarterowania jachtu na dłużej i zorganizowania wycieczki również na Sycylię, Lampedusę, Pantellerię lub wybrzeże Tunezji. Najlepszy okres na żeglowanie wzdłuż brzegów Republiki Malty stanowią maj i czerwiec oraz wrzesień i październik. W środku lata bywa w ich pobliżu trochę ciasno.

 

KRÓLIK W POTRAWCE
Położenie kraju mogłoby sugerować, że w lokalnej kuchni powinny królować potrawy z ryb i owoców morza. Tak jednak nie jest. Maltańskie menu charakteryzuje się licznymi wpływami sztuki kulinarnej narodów władających w przeszłości tym regionem, szczególnie Włochów, czego przykładem są makarony czy pizza. Za typowo tradycyjne dania Malty uważa się potrawkę z królika (Stuffat tal-Fenek), podawaną także ze spaghetti, oraz lampukę – rybę z gatunku okoniokształtnych, znaną w Polsce pod nazwą koryfena i poławianą w sezonie od sierpnia do listopada. Turystom poleca się zazwyczaj te dwie pozycje, lecz warto spróbować też innych specjałów.
     Jeden z nich to pastizzi, czyli małe bułeczki z ciasta francuskiego nadziewane serem ricotta lub groszkiem. Kupimy je w niewielkich piekarniach, zwanych pastizzeriami. Znajdziemy ich kilka praktycznie w każdej miejscowości. Kolejną tutejszą specjalność stanowi maltański chleb, niezmiernie smaczny i zazwyczaj wypiekany wciąż w glinianych piecach opalanych drewnem. Często serwuje się go w postaci Ħobż biż-żejt, czyli kromek posmarowanych oliwą z oliwek z czosnkiem i pastą pomidorową. Jako placek chlebowy z dziurą w środku przybiera formę kanapki o nazwie ftira.
     Malta ma również swój lokalny gazowany napój bezalkoholowy – Kinnie. Posiada on słodko-gorzki smak i jest alternatywą dla coca-coli. Jego główne składniki to pomarańcze chinotto i aromatyczne zioła. Z kolei podczas wizyty na Gozo nie wolno zapomnieć o innym przysmaku: serze kozim Ġbejna.

 

WINNE TRADYCJE
W trakcie pobytu na Wyspach Maltańskich trzeba koniecznie skosztować regionalnych win. Zyskują one ostatnio coraz większą popularność na świecie i co roku produkty którejś z kilkunastu krajowych winnic zdobywają międzynarodowe nagrody. Uprawę winorośli na archipelagu rozpoczęli już Fenicjanie, ale początki współczesnego przemysłu winiarskiego sięgają dopiero XX w. Powstały wtedy dwie największe dziś winiarnie: Marsovin (1919 r.) i Delicata (1907 r.), obydwie założone w pobliżu miejscowości Paola na Malcie. Do najbardziej liczących się producentów zaliczają się jeszcze Meridiana Wine Estate oraz Ta’ Mena Estate i Tal-Massar Winery z Gozo.
     Obecnie Maltańczycy uprawiają ponad 30 szczepów. Są wśród nich m.in. Chardonnay, Merlot, Cabernet Sauvignon, Cabernet Franc, Syrah czy Petit Verdot. Jednak 70 proc. stanowią odmiany rodzime Girgentina (białe) i Ġellewża (czerwone). W kraju o niewielkiej powierzchni na winnice nie da się przeznaczyć znacznych obszarów. Szacuje się, że zajmują one zaledwie 700 ha, z czego największym terenem uprawnym dysponują Meridiana Wine Estate (19 ha) i Marsovin (18 ha). Miejscowi winiarze, żeby sprostać zapotrzebowaniu, część winogron importują z zagranicy, głównie z Włoch i Hiszpanii. Co ciekawe, wspomniana Meridiana Wine Estate wytwarza trunki wyłącznie z własnych owoców, lecz należących jedynie do szczepów międzynarodowych.
     Enoturystyczna wycieczka po Malcie może być interesującym sposobem na jej zwiedzanie. Największe firmy na rynku produkują od kilkunastu do kilkudziesięciu rodzajów wina – mamy więc w czym wybierać. Mimo iż popyt na maltańskie wyroby w ostatnich latach wciąż wzrasta, to – niestety – nie cieszą się one szczególną popularnością poza granicami kraju. Według szacunków 90 proc. z nich zostaje sprzedanych na miejscu. Tutejsze szlachetne trunki możemy kupić w sklepie, jak i zamówić w restauracji, ale zdecydowanie najlepiej skorzystać z oferty wytwórców. Wszyscy więksi producenci wina na wyspach zapraszają gości na oprowadzanie po swoich winiarniach, połączone z degustacją. Co roku organizuje się tu także festiwale wina: Qormi Wine Festival odbywa się na początku września w miejscowości Qormi na Malcie, The Marsovin Summer Wine Festival – w lipcu w Valletcie, a Delicata Classic Wine Festival – w sierpniu również w Valletcie i we wrześniu w Nadur na Gozo.

 

W BLASKU REFLEKTORÓW
Maltański archipelag doceniają też filmowcy. Ciągle powstają na nim zdjęcia do nowych produkcji. Trzy najważniejsze chyba filmy, których akcja toczy się wyspach, to Malta Story z 1953 r., w którym Alec Guinness (1914–2000) zagrał zakochanego w Maltance brytyjskiego lotnika z czasów II wojny światowej, Treasure in Malta (1963 r.) o dzieciach poszukujących starożytnego skarbu i śledzących ich bandytach oraz Czarny orzeł z 1988 r. z Jeanem-Claude’em Van Damme’em jako agentem KGB na tropie tajnego urządzenia pochodzącego z zestrzelonego amerykańskiego samolotu.
     Poza tym ten mały kraj niejednokrotnie służył jako plan filmowy dla niezwiązanych z nim obrazów. Na potrzeby Gladiatora (2000 r.) w reżyserii Ridleya Scotta w studiu nieopodal Fortu Rinella wybudowano replikę rzymskiego Koloseum. W Monachium (2005 r.) Stevena Spielberga Malta odegrała role Tel Awiwu, Cypru, Rzymu, Bejrutu czy Hajfy. W produkcji World War Z (2013 r.), w której wystąpił Brad Pitt, była Jerozolimą, a w Hrabim Monte Christo (2002 r.) – Marsylią i Rzymem. Świetnie spisała się również jako tło w Troi (2004 r.), Kodzie da Vinci (2006 r.) i popularnym serialu telewizyjnym Gra o tron (np. w okolicy Lazurowego Okna na Gozo odbyły się zaślubiny khala Drogo z Daenerys Targaryen).
     Z kolei do scen w wodzie wykorzystuje się dwa olbrzymie baseny w kompleksie Mediterranean Film Studios. W pierwszym, płytkim (1,8 m głębokości) i zbudowanym w 1964 r. kręcono m.in. Orkę – wieloryba zabójcę (1977 r.), Sztorm (1996 r.) oraz Wyspę piratów (1995 r.). Drugi, głębszy obiekt (11 m głębokości) skonstruowano w 1979 r. specjalnie z myślą o tytule Podnieść Titanica (1980 r.). Przydał się on później także twórcom U-571 (2000 r.).
     Przy tej okazji warto wspomnieć o pewnym szczególnym filmie Roberta Altmana Popeye z 1980 r. Swoją pierwszą główną rolę zagrał w nim zmarły niedawno aktor Robin Williams (1951–2014). W zatoce Anchor Bay wzniesiono wtedy na potrzeby scenografii małą wioskę złożoną z kilkunastu kolorowych drewnianych domów. Mimo iż minęło już 35 lat, stoi ona do dziś. Popeye Village, bo taką nosi teraz nazwę, stanowi obecnie wielką atrakcję dla najmłodszych turystów.

FOT. VIEWINGMALTA.COM/SEREN OZCAN

Popeye Village nad Anchor Bay


     Na Wyspach Maltańskich nagrywane są również teledyski do utworów gwiazd z całego świata. Wśród nich można wymienić choćby wideoklip zespołu Genesis do singla Congo (1997 r.). W ubiegłym roku materiał do piosenki GPS kręciła tutaj Honey (Honorata Skarbek).
     Na koniec jeszcze kilka polskich akcentów. Ten niewielki wyspiarski kraj pojawił się np. w odcinkach serialu Kryminalni (Oko za oko i Nie zabijaj) oraz w ostatnich minutach filmu Nie kłam, kochanie (2008 r.). Co ciekawe, w czasie gdy pracowano nad tą drugą produkcją, na archipelagu przebywał były prezydent RP Lech Wałęsa. Ekipie filmowej udało namówić się go do wzięcia udziału w kilkusekundowej scenie. Powstawał tu też Kill Cruise (1990 r.) austriackiego reżysera Petera Keglevica, z epizodyczną rolą Grażyny Szapołowskiej. Autorem zdjęć do niego jest Edward Kłosiński (1943–2008). Oprócz tego Maltę zobaczymy we fragmentach filmu Piraci z 1986 r., wyreżyserowanego przez Romana Polańskiego. Ten uroczy zakątek świata naprawdę zasługuje na to, żeby znajdować się w blasku reflektorów.

Artykuły wybrane losowo

Muzyczna podróż po Kolumbii

MAGDALENA LECHOWSKA
WWW. MAGDALENALECHOWSKA.MANIFO.COM

 

<< Kolumbia jest krajem niespotykanych bogactw naturalnych oraz wielkiej bioróżnorodności (pod tym względem zajmuje drugie miejsce na świecie, po Brazylii), niezmiernie malowniczych pejzaży i egzotycznych plaż, zapierających dech w piersiach widoków i oszałamiającej kolorami przyrody. Mało kto jednak wie, że to kolebka cumbii i vallenato: gatunków muzycznych, których dziś słucha cały świat. W jej karaibskim mieście Barranquilla stawiała swoje pierwsze kroki Shakira, z Medellín pochodzi Juanes, wykonawca piosenki „La Camisa Negra”, a z Santa Marty – piosenkarz, aktor i kompozytor Carlos Vives. Ci kolumbijscy artyści wielokrotnie zdobywali statuetki Grammy oraz MTV Video Music Awards. Każdy region w kraju ma swoje charakterystyczne melodie, tańce i festiwale. >>

Więcej…

Chiny – z przeszłości w przyszłość

PAWEŁ SKAWIŃSKI

 

<< Chiny są jednym z najciekawszych rejonów w Azji. W Pekinie, Hongkongu czy Szanghaju wspomnienie dawnej świetności cesarstwa ustępuje miejsca współczesnemu rozwojowi gospodarczemu. W ten sposób historia zatacza koło i Państwo Środka jak przed laty znów jawi się jako licząca się w świecie potęga handlowa. >

 FOT. WIKIPEDIA.COM/CHENSYUAN

Chińska Republika Ludowa, rządzona od 1949 r. przez Komunistyczną Partię Chin, stanowi trzeci pod względem powierzchni (ok. 9,6 mln km²) i pierwszy pod względem liczby ludności (prawie 1,4 mld) kraj na ziemi. To jednak tylko suche fakty, które nie wystarczą nam, aby zrozumieć Chiny i ich mieszkańców. Pomoże nam w tym natomiast odrobina historii.

Pióropusze sztucznych ogni rozświetliły niebo nad Portem Wiktorii w Hongkongu, gdzie Brytyjczycy panowali przez ostatnie 150 lat. W centrum konferencyjnym zasiedli przedstawiciele Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej: następca tronu książę Karol, premier Tony Blair i gubernator Hongkongu Chris Patten. Delegacja Chin na czele z przewodniczącym Chińskiej Republiki Ludowej Jiang Zeminem i premierem Li Pengiem z trudem ukrywała radość. Wkrótce 509 żołnierzy chińskiej armii przekroczyło granicę lądową między Państwem Środka i Hongkongiem. 1 lipca 1997 r. to jedno z najbogatszych miast na ziemi wróciło w ręce Chińczyków. Tego dnia Chiny ostatecznie zamknęły wstydliwy rozdział podległości wobec Zachodu i rozpoczęły marsz ku świetlanej przyszłości.

Więcej…

Poza utartym szlakiem w Tajlandii

 

Kinga Bielejec

www.gadulec.me

 

 Sukhotai z zabytkami związanymi z początkami architektury tajskiej

Sukhothai-000597

© TOURISM AUTHORITY OF THAILAND (TAT)

 

Tajlandia to jeden z najczęściej odwiedzanych krajów świata. Słynie z pięknych piaszczystych plaż, przejrzystych wód i przepysznej kuchni. Znajduje się tutaj mnóstwo buddyjskich świątyń i posągów. Tajlandzka stolica – Bangkok – nigdy nie zasypia. Nie wszyscy jednak wiedzą, że na krajobraz Tajlandii składają się też bujne zielone lasy i małe sielskie miasteczka, w których czas się zatrzymał.

 

Najlepsza pora na odwiedzenie tego azjatyckiego państwa to okres między listopadem a lutym. Trwa wtedy pora sucha, średnia temperatura powietrza waha się od 28 do 32°C, a opady należą do rzadkości. Jedynie na wschodnim wybrzeżu (w okolicy m.in. Koh Samui, Koh Tao, Phangan) może sporadycznie popadać. Te miesiące są również szczytem sezonu turystycznego, więc hotele w najpopularniejszych miejscach (w czasie Bożego Narodzenia i zabaw sylwestrowych do bardzo chętnie odwiedzanych zaliczają się szczególnie obiekty na wyspach) warto zarezerwować wcześniej.

 

Choć w biurach podróży Tajlandia cieszy się dużym zainteresowaniem, zazwyczaj turystom oferuje się program obejmujący mniej więcej te same atrakcje. Dlatego chciałabym zaproponować zejście z utartego szlaku zwiedzania. W tym kraju pozostało jeszcze wiele do odkrycia.

 

ZAGUBIENI W STOLICY

 

Przy wyborze zakwaterowania w stolicy Tajów korzystałam z portalu Couchsurfing. Ludzie z całego świata oferują w nim nocleg w swoim mieszkaniu i często wspólne spędzanie czasu. Zatrzymaliśmy się u Hosta, z pochodzenia Holendra. Które mniej znane miejsca w Bangkoku warto odwiedzić? – zapytałam go tuż po przylocie do tej prawie 10-milionowej metropolii. Najlepsze, co można zrobić, to się zgubić – odpowiedział. I faktycznie była to wskazówka idealna.

 

Okazało się, że największe miasto Tajlandii to nie tylko słynna ulica Khao San, okryty złą sławą Patpong (dzielnica występów ping pong show, ladyboyów, barów i ledwo trzymających się na nogach turystów), Wielki Pałac Królewski i liczne świątynie, lecz także targi oraz bazary pełne smaków, kolorów i zapachów. Koło ruchliwych skrzyżowań sprzedaje się kawałki kurczaka na patyku czy pad thai (smażony makaron z dodatkami), a na ulicznych straganach piętrzą się świeże egzotyczne owoce. Tutaj najlepszymi przewodnikami są nogi i nos. Do nieco mniej znanych, ale bardzo ciekawych atrakcji należą ulica industrialna (koło Kościoła Świętego Różańca) i Park Pałacowy Dusit, w którym znajdują się Pałac Vimanmek (największa budowla ze złotego drewna tekowego na świecie), sale tronowe, posąg króla Czulalongkorna (Chulalongkorna, Ramy V) i ogród zoologiczny.

 

TAJSKI ANGKOR WAT

 

W drodze z Bangkoku do Chiang Mai (na północy kraju) warto wysiąść na stacji Phitsanulok i wsiąść w autobus do Sukhothai. Początki tego miasta sięgają XIII w., a jego złoty okres przypada na panowanie króla Ramkhamhaenga (urodzonego między 1237 a 1247 i zmarłego w 1298 r.). To wtedy je rozbudowano i stało się jednym z największych na świecie ośrodków buddyzmu. Mniej więcej sto lat później, kiedy swoimi wpływami objęło te tereny Królestwo Ajutthaja (Królestwo Ayutthaya), Sukhothai straciło na znaczeniu. Zainteresowanie wzbudziło ponownie dopiero w XIX w. Przyczynił się do tego król Mongkut, Rama IV (1804–1868).

 

Obecnie odrestaurowane pozostałości tej historycznej stolicy Królestwa Sukhotai znajdują się na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Leżą one w odległości ponad 10 km od współczesnego miasteczka nazywanego Nowym Sukhothai (Sukhothai Thani). Aby dotrzeć do wspaniałych ruin, najlepiej wypożyczyć skuter na dworcu autobusowym lub podjechać tuk-tukiem (trójkołową motorikszą). Należy jednak pamiętać, że kompleks jest duży i dzieli się na kilka stref (wejście płatne osobno), pomiędzy którymi łatwiej (i szybciej) porusza się środkami transportu.

 

W DŻUNGLI ŻYCIA

 

Przepiękny wodospad Thi Lo Su na rzece Maeklong w dystrykcie Umphang

UMPHANGTak-000299

© TOURISM AUTHORITY OF THAILAND (TAT)

 

Z Sukhothai można udać się autobusem do Mae Sot, mało znanego miasta tuż przy granicy z Birmą (Mjanmą). Wyruszają stąd wycieczki do Umphang, miejscowości położonej na skraju dżungli, do której jedzie się ok. 165 km asfaltową drogą z 1219 zakrętami. Już sama podróż to niezapomniane przeżycie – nierzadko siedzi się w pick-upie wraz z miejscowymi żującymi betel oraz ich kurami i kogutami. Przewożenie ludzi (i zwierząt) na dachu samochodu jest tutaj normą. Na dodatek otaczające nas widoki zapierają dech w piersiach. A to dopiero początek przygody!

 

Do najpopularniejszych należą wycieczki czterodniowe. Pierwszego dnia dojeżdża się do Umphang i tu nocuje. Nazajutrz, tuż po śniadaniu, wyrusza się na spływ po niezbyt rwącej rzece Maeklong (Mae Klong). Kilka lat temu zmieniono przepisy i drewniane tratwy zastąpiono dmuchanymi pontonami. Po drodze można spotkać dzikie zwierzęta (węże, gibony, mundżaki, warany, krokodyle różańcowe) i wykąpać się w gorących źródłach. Po lunchu następuje główny punkt programu – kilkugodzinny trekking w dżungli. Oczywiście, cały czas jest się pod opieką doświadczonego lokalnego przewodnika, który zna te rejony od dziecka. Najlepiej nocować w namiocie pośrodku utworzonego w 1989 r. Sanktuarium Dzikiej Przyrody Umphang (Umphang Wildlife Sanctuary), gdzie zasypia się wśród niesamowitych odgłosów. Trzeciego dnia odwiedza się największy wodospad w Tajlandii o wdzięcznej nazwie Thi Lo Su (również Thee Lor Sue lub The Lor Sue). Ma ok. 250 m wysokości i 450 m szerokości. Robi ogromne wrażenie, w dodatku można się w nim kąpać, a niekiedy nawet z niego skakać (wszystko zależy od stanu wody). Popołudniu znów wyrusza się na trekking, a po kilku godzinach dociera się do wioski Karenów. Posługują się oni językami kareńskimi, całkiem innymi niż tajski, i dopiero od kilkunastu lat uczą się w szkołach podstawowych języka urzędowego kraju. W Tajlandii mieszka ok. 400 tys. Karenów. Zajmują się głównie rolnictwem i hodowlą. W wiosce, którą odwiedziliśmy w 2014 r., nie było zasięgu sieci komórkowych czy internetowych. Miejscowi kontaktowali się z resztą świata za pomocą aparatu umieszczonego w jedynej budce telefonicznej. Uczestnicy wycieczki śpią u lokalnej rodziny i razem z nią spożywają kolację i śniadanie. Czwartego dnia wracają do Umphang. Wiele agencji proponuje wyprawy urozmaicone półtoragodzinną przejażdżką na słoniu, po której wszyscy udają się jeepem do miasteczka. Warto dopytać o szczegóły takiej oferty, ponieważ dość często zdarza się, że zwierzęta są źle traktowane, bite i zakute w łańcuchy.

 

Okolice Mae Sot i Umphang rzadko bywają wspominane w przewodnikach czy na blogach podróżniczych. Z jednej strony można nad tym ubolewać, ponieważ to jeden z ciekawszych rejonów w Tajlandii, a z drugiej dzięki temu właśnie miejsce to nie stało się jeszcze tak oblegane przez turystów jak chociażby miasto Chiang Mai. W okolicy znajduje się także jaskinia Takobi i wspierany przez UNICEF 13-tysięczny obóz dla uchodźców z Birmy (głównie Karenów) – Umpiem Mai.

 

ODPOCZYNEK W PAI

 

Omijamy wspomniane turystyczne, chodź bardzo interesujące, Chiang Mai i udajemy się do Pai – jednego z najbardziej niezwykłych miasteczek w tym kraju. Tutaj czas się zatrzymał, życie płynie powoli, podobnie jak pobliska rzeka o tej samej nazwie. To idealne miejsce na odpoczynek od zgiełku i tłumów z całego świata. Mieszkańcy Pai mają tatuaże i dredy i słuchają Boba Marleya. Ciężko stwierdzić, czy właśnie oni przyciągnęli podobnych do siebie turystów, czy sami zaczęli naśladować styl Europejczyków, Amerykanów i Australijczyków. Jedno jest pewne – dziś to leniwe miasteczko uchodzi za mekkę backpackerów ze wszystkich stron świata. Znajdują się tu hostele, nieco bardziej luksusowe bungalowy z hamakami, na których można przeleżeć tydzień, klimatyczne restauracje i kafejki. Młodzi ludzie przyjeżdżają na 2–3 dni i zostają na tydzień (lub znacznie dłużej).

 

W Pai każdy spędzi przyjemnie czas. Jeśli odpoczynek już nam się znudzi, wystarczy wynająć skuter lub zapisać się na zorganizowaną wycieczkę. W okolicy jest mnóstwo atrakcji – kanion (Pai Canyon, Kong Lan), wodospady (w tym szczególnie malowniczy Pam Bok), gorące źródła, Most Pamięci. Po drodze warto wstąpić na pyszną kawę i ciasto do przepięknie położonej kawiarni „Coffee in Love”.

 

SŁONIE I LUDZIE

 

W odległości ok. 10 km od centrum Pai znajduje się Thom’s Elephant Camp, czyli wioska słoni, która oferuje kilkugodzinne przejażdżki na grzbiecie tych inteligentnych i wrażliwych zwierząt bądź kąpiele z nimi w pobliskiej rzece. Aby poznać je jeszcze bliżej, można odbyć tygodniowy lub dwutygodniowy wolontariat. Sens funkcjonowania miejsc, w których główną atrakcją są żywe stworzenia, to niezmiernie trudny i dyskusyjny temat. Nie inaczej jest w tej sytuacji.

 

Słonie od tysięcy lat pomagają tutejszym mieszkańcom w pracy i życiu codziennym. Niegdyś wykorzystywano je w trakcie działań wojennych i przy wycinaniu lasów. Obecnie stały się machiną do zarabiania pieniędzy. Prawie zawsze w wioskach słoni pracują samice, ponieważ samce są nieposłuszne i trudniej je kontrolować. Młode zabiera się od matek i tresuje, aby w przyszłości służyły człowiekowi. Takie szkolenia bywają niezwykle brutalne, gdyż panuje przekonanie, że każdego osobnika trzeba złamać. Trener, tzw. mahout, musi pokazać słoniowi, iż ma nad nim władzę. Nierzadko stosuje się łańcuchy i ostro zakończone kije – zarówno w trakcie szkolenia, jak i później, już podczas wykonywania określonych zadań. Zwierzęta i mahouci pracują od rana do wieczora, 7 dni w tygodniu, praktycznie przez okrągły rok, jeśli tylko jest na to zapotrzebowanie.

 

W Thom’s Elephant Camp w Pai słonie nie mają założonych łańcuchów, a turyści siedzą bezpośrednio na ich karku, a nie w niewygodnych, ciężkich krzesłach. Mimo wszystko zwierzęta muszą pracować bardzo dużo i spędzają całe życie w niewoli, posłusznie służąc swoim opiekunom. Najlepszym rozwiązaniem wydaje się przekształcenie wszystkich takich ośrodków w rezerwaty przyrody, jednak wtedy zatrudnienie straciłyby tysiące mahoutów, którzy najczęściej utrzymują wieloosobowe rodziny. Prawdopodobnie Tajlandia nie jest gotowa na tak radykalne zmiany, ale przed przejażdżką na słoniu powinniśmy zastanowić się nad wszystkimi wadami i zaletami tego typu atrakcji. Być może lepiej będzie odwiedzić wioskę, w której te piękne i dostojne zwierzęta dożywają swojej starości po latach pracy, a w Thom’s Elephant Camp jedynie dać słonicom banana i pogłaskać je po trąbie, a potem stąd odjechać.

 

NIEZWYKŁA ŚWIĄTYNIA

 

Na północy Tajlandii, tuż przy granicy z Laosem i Birmą leży miasto Chiang Rai. Można tu przyjechać na jednodniową wycieczkę z Chiang Mai lub zajrzeć w drodze do innego kraju Azji Południowo-Wschodniej. Kilka kilometrów od centrum znajduje się świątynia buddyjska inna niż wszystkie – Wat Rong Khun, zwana również White Temple (Białą Świątynią). Jej nowoczesny gmach zaprojektował tajski artysta Chalermchai Kositpipat. Budowa obiektu rozpoczęła się w 1997 r. i trwa do dzisiaj. Podobno pomysłodawca powiedział kiedyś, że zostanie ukończona ok. 60–90 lat po jego śmierci. Biała Świątynia jest pełna różnego rodzaju symboli. Do głównego budynku (ubosot) prowadzi mostek, który otacza las powykręcanych rąk i dłoni należących do udręczonych dusz próbujących wydostać się z piekła. Wnętrze, z pozoru mało interesujące, zdobią wizerunki bohaterów współczesnej kultury popularnej: Batmana, Spidermana, Supermana, Jacka Sparrowa czy Harry’ego Pottera (a nawet minionków, Angry Birds i Hello Kitty). Postacie te zostały umieszczone wraz z płonącymi wieżami nowojorskiego World Trade Center, co sugeruje, że nie są w stanie uratować naszego świata. W całym obrazie dominującą rolę odgrywa natomiast wielki demon, w oczach którego znajdują się twarze Osamy bin Ladena i George’a W. Busha. Ten osobliwy mural ma uświadomić patrzącemu, że tylko Budda może zbawić ludzkość.

 

Drugą interesującą budowlą w Chiang Rai jest Baan Dam, czyli Czarny Dom. Kompleks ten stworzył Taj Thawan Duchanee. Składa się na niego kilkadziesiąt budynków z drewna, szkła, terakoty i innych tworzyw. W ich wnętrzach można podziwiać m.in. ogromny zbiór trofeów myśliwskich artysty.

 

NA RAJSKICH WYSPACH

 

Wat Rong Khun – główna świątynia i prowadzący do niej mostek

IMG 3507

© KINGA BIELEJEC/GADULEC.ME

 

Południe Tajlandii to przede wszystkim liczne wyspy i piękne plaże. Tutaj trudniej o miejsca poza utartym szlakiem. Przy wschodnim wybrzeżu, w Zatoce Tajlandzkiej leżą jedne z najciekawszych wysp. Koh Tao to mekka nurków, na Koh Phangan odbywa się słynne Full Moon Party, a Koh Samui jest najspokojniejsza z całej trójki. Na każdej z nich warto wynająć skuter, aby zwiedzać okolicę we własnym tempie. Znajdziemy tu zarówno spektakularnie położone punkty widokowe (np. John-Suwan Viewpoint lub Chalok Viewpoint na Koh Tao), jak i rajskie plaże (chociażby Thian Og na Koh Tao czy Chaloklum albo Haad Salad na Koh Phangan).

 

Wody otaczające Koh Tao stanowią idealny rejon na kurs nurkowania. Przystępne ceny, instruktorzy mówiący w wielu językach i niezwykły podwodny świat sprawiają, że to właśnie na tę wyspę przyjeżdżają turyści spragnieni nowych doznań. W jej bezpośrednim sąsiedztwie wyróżnia się 25 atrakcyjnych miejsc nurkowych, wśród których najbardziej znane są Japanese Gardens, Red Rock, Shark Island, White Rock, Southwest Pinnacle, Mango Bay, Chumporn Pinnacle, Green Rock, Hin Wong, Sail Rock czy Twins Peak. Średnia głębokość wynosi mniej więcej 12–18 m, jednak bez problemu znajdziemy punkty dla bardziej zaawansowanych nurków (do 45 m głębokości). Widoczność sięga ok. 15, a nawet 30–40 m w sprzyjających warunkach.

 

Full Moon Party, Half Moon Party, zabawa sylwestrowa czy Boże Narodzenie – na Koh Phangan okazji do świętowania jest bez liku. Na plaży Haad Rin raz w miesiącu gromadzi się od 10 do 30 tys. młodych ludzi z całego świata. Ściągają tutaj, aby słuchać muzyki, tańczyć i popijać drinki z napoju energetycznego, soku i alkoholu (najczęściej lokalnego rumu) podawane z lodem w plastikowych wiaderkach, a zwane buckets. Imprezowicze krążą do białego rana między kilkoma różnymi scenami wystawionymi nad brzegiem Zatoki Tajlandzkiej. Wszyscy mają pomalowane twarze i odblaskowe koszulki, a kolejka do studia tatuażu ciągnie się przez pół ulicy. I pomyśleć, że wszystko zaczęło się w 1985 r., kiedy po raz pierwszy podczas pełni księżyca bawiła się tu grupa 20–30 turystów. Obecnie to jedna z największych plażowych imprez na świecie. Oprócz tego na Koh Phangan organizuje się także Black Moon Party na plaży Baan Tai (raz w miesiącu, gdy księżyc jest w nowiu) i Half Moon Party w małym lesie leżącym ok. 2 km w głąb lądu (dwa razy w miesiącu, w czasie pierwszej i ostatniej kwadry).

 

Na zachodnim wybrzeżu kraju znajdują się m.in. miasta Krabi i Ao Nang. Same w sobie nie są zbyt ciekawe, jednak będą doskonałymi bazami wypadowymi na maleńkie wysepki lub półwyspy. W Tajlandii obowiązkowo należy odwiedzić plażę Railay (Rai Leh) i archipelag Phi Phi. Na Koh Phi Phi Leh był kręcony słynny film Niebiańska plaża (2000 r.) z Leonardem DiCaprio w roli głównej. Półwysep Railay jest z kolei świetnym miejscem na odpoczynek i znakomitym rejonem dla miłośników wspinaczki skalnej. Niestety, zarówno jego, jak i archipelag Phi Phi oblegają tłumy turystów, szczególnie w okresie ferii świątecznych.

 

Blisko granicy z Malezją znajduje się wyspa idealna dla osób kochających dziką przyrodę, ceniących spokój i ciszę. Infrastruktura turystyczna na Koh Tarutao jest bardzo ograniczona, dlatego jej rejon pozostaje niemal dziewiczy i niezmieniony przez człowieka. Biuro Narodowego Parku Morskiego Tarutao udostępnia bungalowy do wynajęcia, można też rozbić tutaj namiot (swój lub wypożyczony na miejscu).

 

ULICZNE JEDZENIE

 

Tajska kuchnia uchodzi za jedną z najsmaczniejszych na świecie. Co ciekawe, bardzo często jedzenie uliczne, przygotowywane w budkach przez starsze kobiety, jest dużo lepsze niż w restauracjach. Do najpopularniejszych potraw należy pad thai – podsmażony makaron ryżowy z pastą z tamaryndowca, sosem rybnym, sokiem z limonki, jajkiem, chili, czosnkiem, kiełkami fasoli mung i kurczakiem lub krewetkami. Kolejne danie, którego trzeba spróbować w Tajlandii, to tom yum (tom yam). W tej kwaśno-ostrej zupie bazę stanowi wywar z kurczaka bądź wieprzowiny wzbogacony trawą cytrynową, liśćmi papedy, sokiem z limonki, przyprawą galangal, sosem rybnym i chili. Występuje w dwóch wersjach – z mleczkiem kokosowym i bez niego. Miłośnicy ostrych smaków powinni skosztować sałatki z zielonej papai (som tam). Oprócz cienkich pasków tego owocu dodaje się do niej m.in. fasolę, pomidory, czosnek, orzeszki ziemne, sos rybny, sok z limonki, cukier palmowy i chili. Koniecznie należy również spróbować różnych rodzajów curry – zielonego, żółtego i czerwonego. A na koniec warto zjeść jeden z najpyszniejszych deserów świata – mango sticky rice (khao niao mamuang), czyli kleisty ryż z mleczkiem kokosowym i świeżym mango. To prawdziwe niebo w gębie!

 

KRÓL TAJLANDII

 

W artykule o Tajlandii nie można pominąć tak istotnej kwestii, jaką jest rodzina królewska. Bhumibol Adulyadej (Rama IX) zmarł 13 października 2016 r. w Bangkoku w wieku 88 lat. Był najdłużej panującym monarchą na świecie (wstąpił na tron w czerwcu 1946 r.). Rodacy uwielbiali swojego króla, stanowił dla nich ogromny autorytet, zdjęcia z jego podobizną wisiały wszędzie, a o rodzinie królewskiej nie wypadało powiedzieć złego słowa. Tuż po śmierci władcy miliony osób opłakiwały go na ulicach, na tydzień (a nawet miesiąc) zamknięto wiele barów i klubów, w państwie ogłoszono roczną żałobę. Jego jedyny syn i następca, Maha Vajiralongkorn (Rama X), ma niezmiernie trudne zadanie. Król Bhumibol Adulyadej był powszechnie szanowany. Jego potomek natomiast jest równie powszechnie nielubiany.

 

Tajlandia to kraj kontrastów, rozmaitych smaków i kolorów. Mimo iż z roku na rok odwiedza ją coraz więcej turystów, wciąż można tu znaleźć miejsca mniej popularne, leżące z dala od zgiełku i rewirów naganiaczy. Niekiedy dotarcie do takich zakątków zajmuje sporo czasu, ale na pewno warto zejść z utartego szlaku i odwiedzić dżunglę w okolicy Umphang czy kanion i wodospady koło Pai. Promocje na loty do Bangkoku zdarzają się coraz częściej, aż żal z nich nie skorzystać. Na koniec trzeba dodać, że Tajlandia sprawdza się idealnie jako kraj na pierwszą podróż do Azji – jest egzotyczna, ale nie tak bardzo osobliwa i obca dla Europejczyka jak Indie bądź Indonezja.

 

Koh Phi Phi Leh – rajska zatoka Maya

ao-maya-mu-ko-phi-phi - Kopia

© TOURISM AUTHORITY OF THAILAND (TAT)