BEATA GARNCARSKA

 

<< Toskania to jedna z najpiękniejszych i najczęściej odwiedzanych części Włoch. Jednak większość turystów skupia się w niej na zwiedzaniu takich miast jak Florencja, Piza czy Siena lub regionu Chianti, który słynie z winnic, a zapomina o innych jej magicznych zakątkach. Należy do nich m.in. Arcipelago Toscano (po polsku Wyspy Toskańskie), wchodzący w skład przepięknego Parco Nazionale Arcipelago Toscano (Parku Narodowego Wysp Toskańskich). >>

Archipelag leży między toskańskim wybrzeżem a francuską Korsyką. Otaczają go wody kilku akwenów: od północy Morza Liguryjskiego, od południa Morza Tyrreńskiego, od wschodu kanału Piombino, a od zachodu Kanału Korsykańskiego. Według legendy siedem głównych wysp powstało, gdy bogini Wenus przez nieuwagę upuściła kilka pereł w morską otchłań. Największą z nich jest Elba (223 km2) – trzecia co do wielkości we Włoszech (po Sycylii i Sardynii), a drugą – Giglio (24 km2), zwana słusznie niebieską perłą. Pozostałe to wulkaniczna Capraia (19 km2), dzika i niedostępna Montecristo (10,39 km2), płaska Pianosa (10,30 km2), Giannutri (2,6 km2) o kształcie półksiężyca i malutka Gorgona (2,25 km2). Sąsiadują z nimi również mniejsze wysepki np. Formiche di Grosseto, Palmaiola i Cerboli bądź Scoglio d’Africa. Wszystkie od 1996 r. są chronione ze względu na ich wspaniałą i dziką przyrodę, zróżnicowane środowisko naturalne, wiele gatunków roślin i zwierząt, także endemicznych, oraz czyste okoliczne wody, w których rozwija się bujne życie. Dzisiaj obszar ten jest jednym z największych parków morskich w Europie. Spora część archipelagu znajduje się pod ścisłą ochroną, co oznacza, że zwiedzanie w tych miejscach odbywa się tylko o określonej porze roku, z przewodnikiem i po wyznaczonych szlakach. Warto upewnić się, jak dokładnie wyglądają te zasady, zanim wybierzemy się na wycieczkę, gdyż za ich naruszenie grozi wysoka kara.
Te urocze wysepki przyciągają wielu podróżników. Jedni szukają tutaj wytchnienia na licznych pięknych plażach Elby czy Giglio, inni uciekają w te strony od miejskiego zgiełku, aby błądzić po szlakach, wzdłuż których leżą małe romańskie kościółki, sanktuaria, ruiny starożytnych rzymskich willi czy opuszczone więzienia. Są i tacy, co przybywają na archipelag, żeby podziwiać urokliwe średniowieczne miasteczka rozciągnięte na zboczach gór, zobaczyć dawne kopalnie i miejsca związane z Napoleonem Bonapartem (1769–1821). Na koniec zostają jeszcze miłośnicy odkrywania podwodnego świata, trekkingu czy też wycieczek na dwóch kółkach. Każdy znajdzie tu coś dla siebie, a przyjazny śródziemnomorski klimat sprzyja odwiedzinom przez cały rok.

FOT. HOTELIERS’ ASSOCIATION OF THE ISLAND OF ELBA/NENA&TOMY

Plaża Cotoncello – Sant’Andrea

 

WŁODARZE ARCHIPELAGU
Te bogate w surowce i minerały wyspy kusiły swoimi skarbami i strategicznym położeniem kolejnych zdobywców. Ok. VII w. p.n.e. przybyli tutaj Etruskowie – cywilizacja zamieszkująca m.in. na terenie dzisiejszej Toskanii. Od nich pochodzi nazwa odcinka wybrzeża biegnącego od Livorno do Piombino – Costa degli Etruschi (Wybrzeże Etrusków) oraz samego historycznego regionu Tuscia. Zainteresowali się Elbą ze względu na złoża rud żelaza, które przyczyniły się do powstania i umocnienia ich kultury. Na stałym lądzie stworzyli sieć państw twierdz. Niektóre z nich możemy nadal podziwiać (Volterra, Arezzo, Populonia, Vetulonia). Surowiec początkowo wydobywano i przetwarzano na wyspie, ale gdy zaczęły się kurczyć na niej lasy, a co za tym idzie kończyło się drewno potrzebne do przeróbki, rudy żelaza przewożono do pobliskiej Populonii, jednego z ważniejszych miast Etrusków i jedynego ośrodka założonego na wybrzeżu.
     Przejąwszy władzę nad tymi obszarami, Rzymianie zaanektowali wszystkie etruskie twierdze, łącznie z kopalniami na Elbie. Kontynuowali oni eksploatację złóż, przyczyniając się tym samym do wyniszczenia lasów. Co ciekawe, pierwsze miecze, których używali rzymscy żołnierze podczas podboju Europy, pochodziły z tutejszego surowca. Wkrótce również rozpoczęło się wydobycie granitu. Powstawały z niego olbrzymie rzeźby, kolumny i budynki, zdobiące nowe miasta. Jeszcze dzisiaj na Elbie znajdziemy ślady rzymskich, ale też i średniowiecznych kamieniołomów. Na porzucone jakby w pośpiechu elementy konstrukcyjne natkniemy się m.in. na Costa del Sole (Wybrzeżu Słońca) w Cavoli i Seccheto.
     Począwszy od wieków średnich, przez wiele stuleci toskańskie wybrzeże i jego wyspy były celem ataków piratów, którzy grabili i mordowali całe wioski. Jako kryjówki niejednokrotnie służyły im tutejsze zatoczki i groty. Dlatego Pizańczycy, Genueńczycy, książę Toskanii Kosma I Medyceusz (1519–1574) oraz Hiszpanie wznosili w tym rejonie budowle obronne: wieże, twierdze, forty i zamki. Miały one na celu chronić lokalną ludność przed częstymi grabieżami. Jednak najsłynniejszym mieszkańcem archipelagu, a dokładnie Elby, pozostaje do dziś bez wątpienia Napoleon Bonaparte. Wyspiarze wspominają go dobrze nawet obecnie.

 

W DRODZE ZE STAŁEGO LĄDU
Na wyspy dostaniemy się z kilku portów na toskańskim wybrzeżu, np. z Piombino na Elbę do miejscowości Portoferraio, Cavo i Rio Marina (promy Moby Lines i Toremar) i na Pianosę przez Rio Marinę (Toremar) czy z Livorno na Capraię i Gorgonę (Toremar). W sezonie wiosenno-letnim funkcjonuje także wiele połączeń z innych miasteczek, m.in. z San Vincenzo (Aquavision) oraz z Piombino do wspomnianego Portoferraio (BluNavy – od 27 marca do 4 października br., Corsica Ferries – Sardinia Ferries (Elba Ferries) – od czerwca do września). Z Porto Santo Stefano (prowincja Grosseto) są też promy na Giglio i Giannutri (Toremar). Z Elby popłyniemy również Corsica Ferries – Sardinia Ferries (Elba Ferries) i Aquavision na Korsykę (np. do miasta Bastia).
     Jeśli planujemy wyjazd w lato, powinniśmy wykupić bilety wcześniej (szczególnie na Giglio), ponieważ może się okazać, że zabraknie wolnych miejsc. Dokonując zakupu na stronach internetowych, należy liczyć się jednak z dodatkową opłatą transakcyjną. Na Elbę i Giglio przeprawimy się wraz z samochodem. Jeżeli nie dysponujemy autem, poruszanie się po lądzie ułatwią nam publiczne linie autobusowe. Pozostałe wyspy są tak małe, że z łatwością zwiedzimy je pieszo lub rowerem w ciągu jednego dnia.
     W okresie wiosenno-letnim wielu przewoźników oprócz standardowych kursów oferuje duży wybór jednodniowych rejsów (minicrociere) po archipelagu połączonych z wizytami we wszystkich jego zakątkach (m.in. Aquavision, Maregiglio). W miejscowości La Pila (Campo nell’Elba) na Elbie znajduje się także niewielkie lotnisko – Aeroporto di Marina di Campo. Nie obsługuje ono jednak bezpośrednich połączeń z Polską. Lądują na nim małe samoloty z Niemiec, Austrii (austriackiej linii InterSky) lub Szwajcarii (SkyWork Airlines, czartery Air-Glaciers) albo włoskich miast: Pizy, Florencji, Lugano i Mediolanu (Silver Air Italia).

 

PO PIERWSZE: ELBA
Naszą podróż po archipelagu rozpoczniemy od największej jego wyspy, na której żyje obecnie na stałe 35 tys. osób. Zasiedlało ją wiele cywilizacji. Grecy mówili o niej Aethalia, czyli „Dym”, co kojarzy się z ogniem licznych pieców z epoki Etrusków czy Rzymian, którzy dla odmiany zwali ją Ilva, ponieważ zamieszkiwali tu Ilwatowie (Ilvates), ludność pochodzenia liguryjskiego. Na Elbę dostaniemy się przez cały rok z 35-tysięcznego miasta Piombino, które znajduje się ok. 90 km na południe od Livorno. Leży ona mniej więcej 10 km od kontynentu, jak zwykli nazywać Półwysep Apeniński wyspiarze, i jakieś 50 km od Korsyki. Jej obszar podzielono na 8 gmin: Portoferraio, Campo nell’Elba, Capolivieri, Porto Azzurro, Rio Marina, Marciana, Marciana Marina i Rio nell’Elba.
     Na zwiedzanie wyspy warto poświęcić kilka dni. Najlepiej poruszać się po niej samochodem, który bez problemu wypożyczymy już na miejscu. To pozwoli nam na objechanie całego terenu i dotarcie do każdego zakątka. Wyjątkowy charakter Elby tworzy jej ogromna różnorodność. Górzysty ląd kształtem przypomina rybę. Pełno tutaj krętych dróg, cypli wysuniętych w morze, zatoczek, plaż, klimatycznych starych miasteczek ukrytych wśród zielonych wzgórz i makii śródziemnomorskiej, osad rybackich, a także starych kopalni. Wyspa spodoba się zarówno miłośnikom aktywnego wypoczynku, jak i osobom preferującym kąpiele słoneczne.

 

WIELKI WÓDZ NA ZESŁANIU
Portoferraio, największe miasto Elby (13 tys. mieszkańców), kojarzy się głównie z postacią francuskiego cesarza. Napoleon Bonaparte został tu zesłany na mocy traktatu z Fontainebleau w kwietniu 1814 r. Dopłynął do brzegów 3 maja i spędził na wyspie niecałe 10 miesięcy (opuścił ją 26 lutego 1815 r.). Mimo tak krótkiego pobytu przyczynił się do znacznego jej rozwoju, za co do dzisiaj są mu wdzięczni tutejsi mieszkańcy. Główną rezydencję wodza Francuzów i jego ulubionej siostry Pauliny (1780–1825) stanowiła Villa dei Mulini (Palazzina dei Mulini), którą powiększył on i udoskonalił na wzór francuskich posiadłości. Obiekt położony jest malowniczo w górnej części miasta, a rozpościera się z niego wspaniały widok na port pomiędzy imponującymi XVI-wiecznymi fortami Stella i Falcone. Obecnie działa w nim interesujące muzeum.
     Zaledwie kilka kilometrów od Portoferraio znajduje się z kolei letnia rezydencja Napoleona – Villa di San Martino. Powiewającą gdzieniegdzie na wietrze flagę Elby również wybrał właśnie cesarz Francuzów, kiedy stał się suwerenem tego terytorium. Za duże atrakcje okolicy uchodzą Villa Romana delle Grotte z I w. p.n.e., ruiny twierdzy Castello (Fortezza) del Volterraio, jako jedyne nigdy nie zdobyte przez piratów i górujące nad miastem (wzniesione na wysokości 394 m n.p.m.), oraz miejskie mury obronne postawione na rozkaz księcia Toskanii Kosmy I Medyceusza.
     Podczas wyprawy na zachód wzdłuż wybrzeża warto zatrzymać się na krótki spacer stromymi i wąskimi uliczkami średniowiecznej miejscowości Marciana. To jeden z najstarszych ośrodków na wyspie, położony w cieniu XII-wiecznej twierdzy zbudowanej przez Pizańczyków – Fortezza Pisana (415 m n.p.m.). Z tutejszych punktów widokowych roztacza się cudowna panorama portowego miasteczka Marciana Marina i okolic. W miejscowym muzeum archeologicznym (Museo Civico Archeologico di Marciana) przechowuje się eksponaty pochodzące m.in. z epoki Etrusków i Rzymian. Kilka minut drogi od centrum Marciany natkniemy się na stację kolei gondolowej (cabinovia), która zabierze nas na najwyższy szczyt Elby – Monte Capanne (1019 m n.p.m.). Z miejscowości wyrusza wiele szlaków, np. do Santuario della Madonna del Monte, gdzie od 23 sierpnia do 5 września 1814 r. przebywał Napoleon Bonaparte. W trakcie jego krótkiego pobytu w tym sanktuarium 1 września 1814 r. złożyła mu trzydniową wizytę jego kochanka Maria Walewska (1786–1817) wraz z synem Aleksandrem (1810–1868). Była ona jedyną kobietą oprócz matki i siostry francuskiego wodza, która odwiedziła go na zesłaniu. W pobliżu Poggio, niezmiernie uroczej górskiej wioski (330 m n.p.m.), bije natomiast źródło wody mineralnej zwane Fonte di Napoleone. Podobno pił z niego sam Napoleon Bonaparte.

 

TURYSTYKA, WINO I GÓRNICTWO
Nieopodal Marciany znajdziemy Capo Sant’Andrea, magiczny zakątek słynący z granitowych głazów nazywanych Cote Piane. Piękne lazurowe morze i kwitnące na wiosnę różowe kwiaty tworzą niepowtarzalny krajobraz i robią niesamowite wrażenie.
     Zachodnie wybrzeże usiane jest małymi turystycznymi miejscowościami. To jeden z najczęściej wybieranych rejonów przez amatorów opalania. Nic więc dziwnego, że otrzymał nazwę Costa del Sole (Wybrzeże Słońca). W pobliskich górach leży urocza osada San Piero in Campo (227 m n.p.m.), centrum wydobycia granitu już w epoce rzymskiej.
     Do najbardziej obleganych kurortów należy Marina di Campo – siedziba władz gminy Campo nell’Elba, położona w głęboko wciętej zatoce na samym południu Elby. Posiada ona bogatą bazę noclegową (hotele, kempingi, apartamenty) i restauracyjną, a także szeroką ofertę usług turystycznych (wycieczki, wypożyczalnie, szkoły nurkowania). Latem wypływają stąd łodzie w rejsy po archipelagu i do niektórych wysp (zwłaszcza na pobliską Pianosę).
     Przyjezdnych może też zainteresować bogata historia lokalnego górnictwa. We wschodniej części Elby już od czasów dominacji Etrusków wydobywano rudy żelaza. W 1981 r. została zamknięta ostatnia kopalnia, ale ślady przeszłości odkryjemy nie tylko w kilku ważnych muzeach. W specjalnie utworzonym Parku Górniczym Wyspy Elba (Parco Minerario dell’Isola d’Elba) organizuje się wycieczki i warsztaty edukacyjne. Znaczący ośrodek górnictwa stanowiło miasteczko Rio nell’Elba. Poza tym warto odwiedzić również 4-tysięczne Capoliveri. Usytuowane jest ono na wzgórzu (167 m n.p.m.) z cudownym widokiem na morze oraz Rio Marinę, zwaną stolicą żelaza, z której wyruszymy na oglądanie specyficznych czerwonych jeziorek. To właśnie w tej ostatniej miejscowości działa wspomniany Park Górniczy Wyspy Elba z Muzeum Minerałów z mniej więcej tysiącem okazów pochodzących z wyspy.
Elba słynie także z wyśmienitych win. Winorośl uprawiali na niej już Etruskowie. Kiedyś uprawy zajmowały większą część lądu, ale dzisiaj jest to zaledwie ok. 350 ha. Wyspa leży na interesującym Szlaku Wina i Oliwy Wybrzeża Etrusków (Strada del Vino e dell’Olio Costa degli Etruschi). Koniecznie trzeba się wybrać do miejscowych producentów na zwiedzanie i degustację. Do najbardziej znanych win należą słodkie czerwone Elba Aleatico Passito (Aleatico Passito dell’Elba) DOCG oraz Elba Ansonica DOC, Elba Bianco DOC i Elba Rosso DOC.
 
COŚ DLA AKTYWNYCH
Archipelag zachwyca dziką przyrodą. Wytyczono na nim wiele malowniczych szlaków do wycieczek pieszych, rowerowych, a nawet konnych. Jedną z najciekawszych i najbardziej widokowych tras jest Anello Occidentale, czyli Zachodni Pierścień, biegnąca przez niemal 50 km wzdłuż zachodniego wybrzeża Elby z Procchio do miasteczka Marina di Campo i przechodząca przez ważniejsze miejscowości w tym rejonie.
     Piesze wędrówki są doskonałą okazją do poznania niezwykłej flory i fauny, zatopienia się w makii śródziemnomorskiej i ciszy oraz obserwowania natury. W zależności od pory roku natkniemy się tutaj na liczne endemiczne rośliny i kwitnące dzikie orchidee. Ujrzymy też muflony i różne gatunki ptaków, np. mewę śródziemnomorską, orła południowego (orzełka Bonellego) czy gadożera zwyczajnego. Najlepsza na takie wyprawy będzie wiosna, kiedy archipelag zamienia się w pachnący raj i budzi do życia po szarych, wietrznych zimowych dniach, lub nostalgiczna jesień. W obu tych okresach odbywa się Festival del Camminare (Walking Festiwal) – cykl darmowych wycieczek z przewodnikiem. Głównym tematem tegorocznej edycji (od 21 kwietnia do 4 maja oraz od 20 września do 12 października) pt. „Sui passi di Napoleone” jest słynny cesarz Francuzów i miejsca z nim związane.
     W okolicy Poggio na górze Monte Perone (630 m n.p.m.) znajdziemy 2-kilometrowy szlak nazywany Sanktuarium Motyli (Santuario delle Farfalle). Na terenie Parku Narodowego Wysp Toskańskich można zobaczyć także delfiny, a nawet finwale i kaszaloty. Wszystkie wyspy są częścią Sanktuarium Pelagos dla Śródziemnomorskich Ssaków Morskich, obejmującego powierzchnię 87,5 tys. km2 i ponad 2 tys. km wybrzeża. Jego obszar ustalono na drodze umowy między Włochami, Monako i Francją.
     Dla miłośników wypraw rowerowych powstał natomiast Capoliveri Bike Park na Monte Calamita (413 m n.p.m.) w miasteczku Capoliveri. 5 jego tras ma łączną długość ponad 100 km i różne poziomy trudności. W pobliżu Portoferraio (Biodola) działa również przepięknie położone 9-dołkowe pole golfowe – Golf Club Hermitage, otwarte od kwietnia do października. Poza tym na Elbie odważniejsi turyści mogą uprawiać też paralotniarstwo.

 

NIE TYLKO NA LATO
147 km zróżnicowanej linii brzegowej Elby urozmaicają zatoczki o krystalicznie czystej wodzie. Do najpiękniejszych plaż należą te z Wybrzeża Słońca (Costa del Sole): piaszczysta i długa Cavoli, idealna dla rodzin z dziećmi, lub Seccheto i Fetovaia. W sąsiedztwie Portoferraio rozciągają się pokryta piaskiem Biodola oraz otoczone białymi skałami żwirowe Padulella, Sansone, Le Ghiaie i Capo Bianco. Osobom szukającym zacisznych miejsc, szczególnie latem, warto polecić dzikie kamieniste brzegi na Capo Sant’Andrea, koło Chiessi czy Patresi.

FOT. HOTELIERS’ ASSOCIATION OF THE ISLAND OF ELBA/R. RIDI

Przepiękna plaża Fetovaia otoczona śródziemnomorską makią


     Okolice archipelagu są prawdziwym rajem dla nurków. Pod wodą mogą oni podziwiać łąki posidonii, czerwone koralowce, gorgonie, mureny i rzadko spotykane gatunki ryb albo eksplorować zatopione wraki. Do wyjątkowych atrakcji zalicza się włoski statek handlowy Elviscot osiadły w 1972 r. niedaleko Scoglio dell’Ogliera obok miejscowości Pomonte. Poza tym licznych miłośników wielkiego błękitu przyciągają tu również wspaniałe podwodne oazy gorgonii (nieopodal Capo Sant’Andrea i Capo di Stella), wysepka Scoglietto di Portoferraio oraz wiele innych.
     O każdej porze roku weźmiemy za to udział w różnorodnych interesujących imprezach organizowanych na głównej wyspie archipelagu. Warto wymienić wśród nich choćby takie jak Maggio Napoleonico (w maju) czy festiwale z Capoliveri: Festa del Cavatore, która odbywa się zazwyczaj na początku czerwca, Festa dell’Innamorata (14 lipca) lub Festa dell’Uva z przełomu września i października. Natomiast w Poggio już od 36 lat obchodzi się festyn kasztanów La Castagnata (ostatnia niedziela października).
     Co istotne, na Elbie z łatwością zarezerwujemy nocleg. Większość komfortowych kempingów leży na południu w miasteczkach Marina di Campo, Capoliveri bądź Porto Azzurro czy koło Capo di Stella (Lacona, Laconella). Na niektóre natkniemy się również w okolicy Portoferraio. Z kolei kilkugwiazdkowe hotele, pensjonaty typu bed and breakfast i liczne apartamenty znajdziemy we wszystkich większych miastach.

 

DWIE SĄSIADKI
Giglio, druga pod względem wielkości wyspa archipelagu, zamieszkana przez 1,5 tys. osób, położona jest na wprost cypla Monte Argentario w niewielkiej odległości od wybrzeża kontynentalnych Włoch (16 km). Słynie głównie z pięknych piaszczystych plaż, uroczych zatoczek, szmaragdowego morza i bogactwa roślinności. Założono na niej jedynie trzy miejscowości: malownicze Giglio Porto, będące kiedyś osadą rybacką, a dzisiaj uchodzące za ośrodek handlowy, Giglio Campese, popularny kurort nadmorski, który przyciąga turystów i miłośników nurkowania, oraz średniowieczne Giglio Castello, stolicę leżącą w górnej części lądu (na wysokości 405 m n.p.m.). Na wyspę dostaniemy się przez cały rok z Porto Santo Stefano na cyplu Monte Argentario (prowincja Grosseto) dzięki firmom Maregiglio i Toremar, a wiosną i latem z Porto Azzurro na Elbie (trasa obsługiwana przez Aquavision). W okresie wiosenno-letnim (od końca kwietnia do początku października) najlepiej wcześniej zarezerwować zarówno bilety na prom, jak i miejsca noclegowe. Do wyboru mamy różne formy zakwaterowania: od kempingów do hoteli. Po Giglio można poruszać się lokalnym transportem publicznym – autobusami Tiemme Toscana Mobilità.

FOT. HOTELIERS’ ASSOCIATION OF THE ISLAND OF ELBA/NENA&TOMY

W Fortecy św. Jakuba w Porto Azzurro działa dziś więzienie


     Grecy przypominającą kształtem półksiężyc Giannutri nazywali Artemisia, a Rzymianie – Dianium. To najbardziej na południe wysunięta wyspa archipelagu. Skalisty, wapienny ląd o poszarpanym wybrzeżu z licznymi grotami dawał schronienie piratom grasującym w basenie Morza Śródziemnego. Tutejszą atrakcję stanowi rzymska willa z II w. Bogata podwodna flora i fauna oraz liczne wraki statków (Anna Bianca, Nasim) przyciągają natomiast wielu nurków. Oprócz tego spotkamy tu rzadkie żółwie morskie karetta (Caretta caretta), liczne gatunki ptaków, w tym mew (dlatego na Giannutri mówi się Isola dei Gabbiani – „Wyspa Mew”), a także dzikie króliki. Najwyższy miejscowy szczyt Poggio Capel Rosso wznosi się na 88 m n.p.m. Zimą wyspa pustoszeje i jedynie w Cala Spalmatoio zostaje kilkunastu stałych mieszkańców. Główne porty powstały tu w malowniczych zatoczkach Cala Spalmatoio (na południowym wschodzie) i Cala Maestra (na północnym zachodzie). Na Giannutri obowiązuje zakaz biwakowania, nie ma też hoteli, ale turyści mogą wynająć prywatne apartamenty. Przybysze przypływają do jej brzegów z Porto Santo Stefano lub Giglio.

 

GRANITOWA SKAŁA
Wszystkie wyspy udostępniono zwiedzającym, jednak poruszanie się po niektórych z nich podlega ograniczeniom, ponieważ znajdują się pod ścisłą ochroną lub były czy też wciąż są więzieniami. Odwiedziny na nich odbywają się więc pod opieką przewodnika.
     Najbardziej niedostępna w archipelagu, mała granitowa Montecristo (Monte Cristo) nosiła kiedyś nazwę Oglasa. Wygląda niczym stroma piramida. Najwyższy jej szczyt to Monte della Fortezza (645 m n.p.m.). Rozgłos przyniosła jej powieść francuskiego pisarza Aleksandra Dumasa (1802–1870) Hrabia Monte Christo (1844–1846). Na wyspie istnieje rezerwat biogenetyczny „Isola di Montecristo” objęty ścisłą ochroną. Z tego powodu rocznie może odwiedzać ten niewielki skrawek lądu jedynie 1000 gości, i to po otrzymaniu specjalnego pozwolenia. Czas oczekiwania na taki dokument wynosi nawet do 3 lat. Szczęśliwym turystom zejść na Montecristo wolno tylko przez kilka miesięcy w roku (od kwietnia do października). Zamieszkuje ją na stałe zaledwie kilka osób – strażników parku. Swoją siedzibę mają w Cala Maestra, dokąd prowadzi jedyna dostępna droga morska. Poza tym spotkamy tu również zagrożony wyginięciem gatunek dzikiej kozy – capra di Montecristo (Capra aegagrus hircus). Na wolności żyje tylko ok. 250 okazów tych zwierząt.  
 
W ODOSOBNIENIU
Wspomniane wysepki więzienne to Pianosa, Capraia oraz Gorgona (do dziś wykorzystywana w tym celu). Pierwsza z nich, położona zaledwie 13 km na południowy zachód od Elby, charakteryzuje się niewielkimi wzniesieniami (najwyższy szczyt ma 29 m n.p.m.). Z tego powodu zyskała właśnie przydomek Pianosa, czyli „Płaska”. W latach 1863–1998 służyła jako więzienie o zaostrzonym rygorze, dzięki czemu jej przyroda zachowała swoją dziewiczość. Od 2011 r. wolno ją odwiedzać, ale tylko z przewodnikiem i jedynie 250 osobom dziennie. Do najciekawszych tutejszych aktywności należą wycieczki piesze i rowerowe, objazd całego obszaru busem lub opłynięcie brzegów kajakiem oraz nurkowanie. Na wyspę dostaniemy się z Elby (Marina di Campo lub Rio Marina) i z San Vincenzo lub Piombino (tylko w sezonie). Do ceny biletu musimy doliczyć dodatkową opłatę za wejście na teren Parku Narodowego Wysp Toskańskich. Na Pianosie działa tylko jeden nieduży i skromny hotel (Hotel Milena).

FOT. HOTELIERS’ ASSOCIATION OF THE ISLAND OF ELBA/NENA&TOMY

Pomost do załadunku surowca z kopalni w okolicy Rio Mariny


     Capraia od 1873 do 1986 r. była kolonią karną (Colonia Penale Agricola di Capraia). Jej północna część do dziś nie jest w pełni dostępna dla przyjezdnych. Tą piękną i dziką wulkaniczną wyspą rządzi natura. Grecy mówili o niej Aigylion („Wyspa Kóz”). Genueńczycy zostawili na niej po sobie kilka budowli obronnych, np. Forte di San Giorgio z XVI w. Obecnie garstka mieszkańców (ponad 400) skupia się w jedynym porcie i miasteczku, które połączono drogą asfaltową o ok. 900 m długości. Dlatego też samochód nie będzie nam na niej potrzebny. Ta górzysta wyspa o stromych brzegach leży bliżej Korsyki niż Toskanii. Jej jedyna piaszczysta plaża to Cala della Mortola, która znika i pojawia się w zależności od prądów morskich. Najwyższy szczyt na lądzie Monte Castello osiąga wysokość 447 m n.p.m. Capraia przyciąga przede wszystkim miłośników wędrówek, jazdy na rowerze oraz nurkowania. Znajduje się na niej jedyne naturalne jezioro na archipelagu – malutkie Laghetto (inaczej Stagnone). Najpiękniejsza z miejscowych zatoczek Cala Rossa powstała w wyniku erozji. W tym uroczym zakątku widać doskonale wulkaniczny charakter wyspy. Strome czerwone skały odbijają się tutaj w błękicie wód. Najlepiej oglądać je z pokładu statku wycieczkowego. Na południu przy cyplu Zenobito wznosi się XVI-wieczna wieża genueńska – Torre dello Zenobito. Na początku listopada odbywa się tu Sagra del Totano. Podczas tego wydarzenia spróbujemy typowych dań z kalmara i weźmiemy udział w zawodach wędkarskich. Capraię pokrywa w większości zielona makia śródziemnomorska. Miejscowa baza noclegowa jest raczej skromna (hotele, kemping), a turyści przybijają do tutejszych brzegów z portu w Livorno (Toremar), a w sezonie wiosenno-letnim także z San Vincenzo oraz Portoferraio i Mariny di Campo na Elbie.
     Gorgona, najmniejsza z 7 toskańskich sióstr, stanowi ostatnią wyspę więzienie we Włoszech. Wysunięta najbardziej na północ, leży naprzeciw Livorno, 37 km od wybrzeża. Zachowały się na niej 2 fortyfikacje: pizańska Torre Vecchia z mniej więcej XIII w. i medycejska Torre Nuova z XVII stulecia. Ciekawymi atrakcjami są również Kościół św. Gorgoniusza (Chiesa di San Gorgonio) i Villa Margherita wzniesiona na ruinach etruskich i rzymskich budowli. Na wyspie znajduje się jaskinia Bove Marino, w której niegdyś żyły mniszki śródziemnomorskie (ssaki z rodziny fokowatych). Oprócz więźniów, strażników, policjantów i garstki rybaków ląd zamieszkuje wiele gatunków ptaków. Zwiedzanie odbywa się tylko pod opieką przewodnika, po uprzedniej rezerwacji w instytucji Cooperativa Parco Naturale „Isola di Gorgona”. Dostaniemy się tu z Livorno. W okresie wiosenno-letnim z miejscowości Cecina organizuje się sporadycznie jednodniowe wycieczki na Gorgonę.
     Dziewicze Wyspy Toskańskie z rozsławioną przez Napoleona Bonapartego rajską Elbą na czele stanowią bez wątpienia wielką atrakcję turystyczną Włoch. Na turystów czekają tutaj krystalicznie czyste morze, zjawiskowe plaże i zatoczki, malownicze widoki, które zapierają dech w piersiach nawet najbardziej wybrednym podróżnikom, oraz dużo interesujących zabytków. To z pewnością jeden z najpiękniejszych zakątków magicznej Toskanii. Nic więc dziwnego, że zakochało się w nim już wiele osób, które co roku odwiedzają ten niezmiernie czarujący archipelag.

Artykuły wybrane losowo

Kolumbia – istnieje duże ryzyko zakochania

MICHAŁ DOMAŃSKI

 

Kolumbia jest niewiarygodnie różnorodnym i czarującym tropikalnym krajem. Słynie z wybornej kawy i nieskazitelnie czystych, najpiękniejszych szmaragdów na świecie. To właśnie na tej fascynującej ziemi narodziła się słynna legenda o El Dorado oraz magiczna wioska Macondo stworzona przez Gabriela Garcíę Márqueza, kolumbijskiego powieściopisarza, laureata Nagrody Nobla. W Kolumbii znajdziemy niesłychanie piękne krajobrazy i rozległe, dziewicze plaże. Ten południowoamerykański kraj zamieszkują również ciepli, otwarci, sympatyczni i gościnni ludzie. Nie dziwi więc fakt, że promuje go na całym świecie kampania zatytułowana Colombia, el riesgo es que te quieras quedar, co oznacza Kolumbia, jedyne ryzyko jest takie, że będziesz chciał zostać. I rzeczywiście, łatwo zakochać się w tutejszych pocztówkowych widokach, cudownej muzyce i żywiołowych tańcach, przyjaznych mieszkańcach, pysznej kuchni, szalonych karnawałach, kolorowych targach, barwnych lokalnych świętach i spontanicznych fiestach, czy też we wspaniałym rękodziele artystycznym... Odwiedzając ten fascynujący kraj, ryzykujemy, że może stać się on naszą pasją!        

Więcej…

Zerwij z rutyną w Meksyku

 

BARTEK JANKOWSKI

WWW.TROPIKEY.COM

 

 Gdyby zapytać przeciętnego Polaka, które regiony geograficzne lub miasta kojarzą mu się z Meksykiem, wspomniałby zapewne o Cancún, Acapulco czy półwyspie Jukatan. Od osób nieco bardziej zaznajomionych z tym krajem usłyszelibyśmy może o jego stolicy (także noszącej nazwę Meksyk – po hiszpańsku Ciudad de México), ośrodkach starożytnych Majów Chichén Itzá i Tulum bądź okrytym złą sławą przygranicznym Ciudad Juárez. Idę jednak o zakład, że Akumal, Mahahual (Majahual), Bacalar albo Mismayolę wymieniłaby jedynie garstka naszych rodaków. Czas zatem zboczyć z utartych turystycznych szlaków i zajrzeć do kilku mniej znanych zakątków znajdujących się w meksykańskich granicach.

 

Jesteśmy w samolocie gdzieś nad Atlantykiem. Nie wiem, kto wpadł na pomysł, żeby na liście filmów dostępnych w systemie rozrywki pokładowej umieścić Sicario (2015 r.). Kto widział co prawda świetne dzieło kanadyjskiego reżysera Denisa Villeneuve’a, opowiadające o misji przeciwko meksykańskiemu kartelowi narkotykowemu, zrozumie, dlaczego uważam taki wybór za nieodpowiedni na trasie do tego kraju. To trochę tak, jakby obcokrajowcom lecącym do Polski z Azji lub Ameryki Północnej proponować twórczość Wojciecha Smarzowskiego. Gdyby repertuar zależał ode mnie, pasażerowie mogliby oglądać raczej I twoją matkę też (2001 r.) Alfonsa Cuaróna, bo pokazuje Meksyk mniej oczywisty, klasyczną Noc iguany (1964 r.) Johna Hustona nakręconą w stanie Jalisco i koniecznie Nad morzem z 2009 r. (oryginalny tytuł brzmi Alamar). Właśnie ten ostatni paradokument o kilkuletnim Natanie, jego ojcu i dziadku pchnął nas na głębokie południe półwyspu Jukatan, niemal pod granicę z Belize. Chcieliśmy zobaczyć na własne oczy choć część tego, co sfilmował Pedro González-Rubio.

 

Ciągnącą się przez całe wschodnie wybrzeże Jukatanu szosą 307 (Carretera Federal 307) uciekamy czym prędzej od zgiełku Cancún. Niegdyś było ono perłą stanu Quintana Roo. Dziś pozostało już tylko maszynką do wysysania dolarów z rzeszy głównie amerykańskich i kanadyjskich turystów znęconych neonami obiecującymi wszelkiego rodzaju uciechy życia doczesnego. Wypełniony monstrualnymi hotelami piaszczysty skrawek lądu, który odcina lagunę Nichupté (Laguna de Nichupté) od błękitnego Morza Karaibskiego, należy do najbardziej chyba przygnębiających przykładów degradacji krajobrazu przez branżę hotelarską. Im jednak dalej na południe od Cancún, tym okolica staje się coraz bardziej przyjemna dla oczu. W tym rejonie dominuje soczyście zielony gąszcz lasów tropikalnych, z którego co kilka kilometrów wyłaniają się masywne bramy obwieszczające, że gdzieś za nimi kryje się kolejny 5-gwiazdkowy obiekt jednego z potentatów przemysłu wypoczynkowego.

 

TROCHĘ NA UBOCZU

 

Kolorowe wnętrze baru dla gości w pensjonacie Mayan Beach Garden

diningroom

© MAYAN BEACH GARDEN/MAYANBEACHGARDEN.COM

 

Na mapie tej części Jukatanu miejsce niezwykłe stanowi Akumal. Mimo iż i tu przy samej plaży znajdują się dwa hotele z najwyższej półki, ta mała, przytulona do olśniewająco lazurowej zatoki miejscowość wciąż może uchodzić za prowincjonalną. Do lat 60. XX w. była ona znana tylko poszukiwaczom skarbów, których kusiły legendy o bogactwach kryjących się we wraku hiszpańskiego galeonu „El Matanceros” (zatonął w tutejszych wodach 22 lutego 1742 r.). Należał do nich m.in. meksykański biznesmen, nurek, pisarz, historyk i archeolog Pablo Bush Romero. Zakochał się w tym miejscu do tego stopnia, że w 1962 r. odkupił Akumal wraz z kilkudziesięcioma hektarami pobliskiej ziemi od dotychczasowego właściciela Argimira Argüellesa i zaczął powoli przekształcać ogromną plantację palm kokosowych w ośrodek nurkowania i turystyki ekologicznej. Jego największym skarbem są żyjące w okolicznych wodach żółwie zielone. To podobno one dały nazwę tej miejscowości (ponoć w języku Majów Akumal znaczy „miejsce żółwi”) i nadal odgrywają pierwszoplanową rolę w tutejszej podwodnej krainie. Większość czasu spędzają na jedzeniu trawy morskiej porastającej rozległe łąki na dnie. Wystarczy jednak poczekać kilka minut, aby ujrzeć niekiedy nawet 200-kilogramowego osobnika, który wynurza się z Morza Karaibskiego, nabiera powietrza i nurkuje z gracją z powrotem. Mimo to większego szyku zadaje tu inne stworzenie. Orleń cętkowany (narinari) to prawdziwy arbiter elegantiarum zatoki Akumal (Bahía de Akumal). Jego majestatyczne, nakrapiane jasnymi plamami płetwy piersiowe o rozpiętości dochodzącej do nawet ponad 3 m można zaobserwować znacznie rzadziej niż sympatyczne pyski żółwi czy płaskie ciała szukających schronienia w piachu ogończy. Gdy jednak już nam się to uda, trudno oderwać wzrok od tej osobliwej ryby. Tańczący niczym baletnica orleń sunie dumnie przez wodę i zatacza szerokie łuki kilkumetrowym ogonem. Jeśli jest w dobrym humorze, zupełnie jak celebryta ignoruje zachwycone miny nurków, łaskawie pozwala gawiedzi podążać za sobą i się fotografować. Miejmy nadzieję, że pojawiające się coraz częściej na forach i blogach podróżniczych wpisy polecające ten rejon nie staną się przekleństwem dla wspaniałych mieszkańców tutejszej zatoki.

 

Pobyt w Akumal trzeba koniecznie połączyć z wizytą w jednym z jukatańskich ośrodków wzniesionych kiedyś przez Majów. Zdecydowanie najbliżej znajdują się ruiny wyjątkowego, położonego nad samym brzegiem morza Tulum ze słynną wieżą wyrastającą z wapiennego klifu. Wystarczy jednak pojechać ponad 40 km w głąb lądu, żeby dotrzeć do pozostałości dużo ciekawszego i bardziej okazałego miasta Cobá. Mimo iż przybywa do niego coraz więcej turystów, nadal bywa ono mniej oblegane i pozostaje słabiej skomercjalizowane od najbardziej znanego majańskiego zabytku – Chichén Itzá. Po ukrytych w gęstym tropikalnym lesie ścieżkach warto jeździć rikszą. Ruiny rozrzucone są na dużym obszarze, więc tym środkiem transportu będziemy poruszać się szybciej niż na piechotę. Na dodatek, kierujący rikszami, choć to nie wykwalifikowani przewodnicy turystyczni, raczą swoich pasażerów wieloma ciekawymi informacjami o poszczególnych obiektach. Największym zainteresowaniem na terenie Coby cieszy się 42-metrowa piramida Nohoch Mul, ostatnia na Jukatanie, na którą wciąż jeszcze można się wspinać. Gorący klimat nie sprzyja temu zadaniu, ale opłaca się podjąć taki wysiłek, bo ze szczytu rozciąga się imponujący widok. Ukojenie po wyczerpującej wspinaczce przyniesie kąpiel w jednej z trzech naturalnych studni (zwanych cenotami) utworzonych w skałach wapiennych, oddalonych od ruin o 10 min. jazdy autem. Najwspanialszą z nich stanowi Multum-Ha. Kręcone schody prowadzą kilkanaście metrów pod ziemię, gdzie w dużej jaskini przez tysiąclecia gromadziła się przyjemnie chłodna i nieprawdopodobnie przejrzysta woda. Kąpiel w tym miejscu warta jest wszystkich peso, które w niemałej kwocie trzeba wręczyć kasjerowi przed udaniem się na dół.

 

Cobá – wciąż jeszcze udostępniona dla turystów piramida Nohoch Mul

22

© IMAGENXPEDITION.COM

 

PO ASFALCIE I SZUTRZE

 

Meksyk nie cieszy się opinią kraju odpowiedniego do samodzielnych podróży samochodem. Z różnych stron docierają ostrzeżenia przed wysoką przestępczością, skorumpowaną policją czy oszustwami na stacjach benzynowych i w wypożyczalniach aut. Jak wygląda to w rzeczywistości? W stanie Quintana Roo pokonaliśmy ponad 1 tys. km i nie spotkała nas żadna sytuacja z listy często wymienianych przeciwności i zagrożeń. Powiem nawet więcej, chciałbym, aby w Polsce jeździło się równie przyjemnie jak po głównych drogach na wschodnim wybrzeżu Jukatanu. Najważniejsza z nich – bezpłatna szosa nr 307 – jest bardzo szeroka, ma świetnie utrzymaną nawierzchnię, a ciągnące się kilometrami proste odcinki pozwalają prowadzić bez stresu. Jedynym utrudnieniem, do którego trzeba przywyknąć, są topes, czyli przeszkody ustawione w miastach w poprzek ulic, wymuszające zredukowanie prędkości. Nasze progi zwalniające to przy nich okruchy rozsypane na jezdni. Na szczęście, w zdecydowanej większości zapowiadają je odpowiednie znaki ostrzegawcze i wystarczy zachować zwykłą czujność, żeby uniknąć urwania zawieszenia.

 

Na Jukatanie są jednak i drogi, które skazują samochód i jego pasażerów na niemal piekielne męki, nawet gdy auto ma napęd na cztery koła. Takim narzędziem tortur jest choćby piętnastka wiodąca z Tulum do wioski Javier Rojo Gómez, znanej jako Punta Allen (od nazwy przylądka, na którym się znajduje). Sformułowanie „pokonanie trasy” nabiera tutaj nowego, wyjątkowo dosłownego znaczenia. Początkowo asfaltowa nawierzchnia traci po jakimś czasie swoje właściwości i przemienia się w niemiłosiernie dziurawą i pofałdowaną żwirową wstęgę, która wije się przez tropikalny las porastający wybrzeże. Dotarcie do jej końca potrafi zająć nawet 3 godz., choć cały odcinek ma długość raptem 50 km. Czy zatem warto w ogóle tędy jechać? Niewątpliwie powinni się na to zdecydować miłośnicy natury i wielbiciele dzikich, ustronnych plaż, nawet jeśli po drodze poobijają się w podskakującym na nierównościach samochodzie. Tutejsze wybrzeże to część ogromnego, bo zajmującego aż niemal 5,3 tys. km² powierzchni, Rezerwatu Biosfery Sian Ka’an. Utworzono go 20 stycznia 1986 r. w celu ochrony niezwykłej przyrody, a już w następnym roku organizacja UNESCO wpisała ten zapierający dech w piersiach obszar na prestiżową Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości. W jego gęstych lasach tropikalnych mieszkają pumy płowe, jaguary amerykańskie, oceloty, pekari, wyjce jukatańskie, tapiry panamskie i tukany tęczodziobe. Rozległe bagniste tereny poprzecinane licznymi kanałami i porośnięte soczyście zielonymi namorzynami to królestwo krokodyli amerykańskich i meksykańskich oraz flamingów karmazynowych. W przybrzeżnych wodach nietrudno natrafić na żółwie i delfiny. Warto zatrzymać się tu na kilka dni, aby obcowanie z dziewiczą naturą zrekompensowało trudy podróży.

 

W ŚLAD ZA NATANEM

 

Przypominającą pas startowy, 50-kilometrową odnogą szosy nr 307 docieramy do naszego głównego celu podróży. Oto Mahahual (Majahual) i odcinek malowniczego karaibskiego wybrzeża Meksyku zwany dumnie Costa Maya. W to miejsce, na atol Banco Chinchorro rusza kilkuletni Natan i jego ojciec Jorge, bohaterowie niesamowitego filmu Nad morzem (w oryginale Alamar). Zmierzają do dziadka chłopca, mieszkającego w małej chatce na palach. Mają tutaj spędzić ostatnie chwile razem przed wyjazdem Natana z matką na stałe do Włoch. W tym czasie chłopiec poznaje życie w świecie bez prądu, telewizji i internetu, zaprzyjaźnia się z czaplą Blanquitą, a co najważniejsze, zawiera nierozerwalny pakt z ojcem i dziadkiem. Ten ostatni ponoć nadal trudni się połowami i pływa między Mahahual na stałym lądzie a oddalonym o ok. 20 mil morskich od brzegu skromnym domem osadzonym na chwiejnych palach wystających z atolu. Tak w każdym razie twierdzą Kim i Marcia, Amerykanie prowadzący od ponad 20 lat pensjonat Mayan Beach Garden w osadzie Punta Placer, położonej o pół godziny drogi od Mahahual. Rytm dnia wyznacza w niej natura. Gdy morze jest wystarczająco spokojne, zanurzamy się w płytkich wodach przybrzeżnych, których granicę wytycza Wielka Mezoamerykańska Rafa Koralowa. Przebiega tu ona wyjątkowo blisko brzegu, więc dotarcie do niej wpław nie wymaga dużego wysiłku. Jak okiem sięgnąć, nie widać nikogo oprócz nas. Wokół są tylko koralowce, papugoryby, homary, lucjany, graniki i dziesiątki innych gatunków stworzeń. Zdarza się i orleń cętkowany (narinari), choć ten woli rejony o nieco większej głębokości. Nad naszymi głowami co rusz przelatują zblazowane pelikany i dostojne fregaty. Costa Maya, czyli Wybrzeże Majów, stanowi również dom dla niezmiernie rzadkiego ssaka manata karaibskiego. Największą szansę na jego zobaczenie mamy we wrzynającej się mocno w ląd zatoce Chetumal.

 

Kiedy zbliża się wieczór, goście Kima i Marcii gromadzą się przy wspólnym stole, żeby w wielonarodowym gronie porozmawiać o przeżyciach mijającego dnia. Sącząc dobrze schłodzone ciemne piwo León, czekamy na kolejny pyszny posiłek przygotowywany przez uroczą Lupę i jej koleżanki. Zarówno kolacje, jak i śniadania to istny majstersztyk i esencja tego, co najlepsze w meksykańskiej kuchni. W zależności od pory dnia na stołach lądują placki zwane salbutes, czyli smażone w głębokim tłuszczu tortille przykryte posiekaną sałatą i innymi warzywami, empanadas – nadziewane pierożki zapiekane w piekarniku, ryby i drób przyrządzane na wszelakie sposoby oraz znakomite desery. A do wszystkiego obowiązkowo należy zjeść trójkątne nachos z sosem z awokado albo fasoli. Uczta trwa zawsze do nocy, bo biesiadnicy mają ciągle nowy temat do przedyskutowania. Potem przychodzi czas na najdoskonalszą formę relaksu – kołysanie się w hamaku w rytm szumu fal Morza Karaibskiego i wpatrywanie się w tysiące gwiazd mrugających na nocnym niebie wolnym od sztucznej poświaty.

 

Sielankowy obraz tego miejsca burzą trochę grożące mu niebezpieczeństwa. W sierpniu 2007 r. przetoczył się tędy bezwzględny i okrutny huragan Dean. Pod jego naporem padały nie tylko wiotkie chatki, lecz także solidne budynki, w tym molo w Mahahual. Od tamtej pory niemal wszystko zostało naprawione, jednak ryzyko kolejnego tropikalnego cyklonu wciąż istnieje. Niestety, tutejsi mieszkańcy muszą jeszcze prowadzić nierówną walkę z masami odpadków niesionych przez prądy morskie, ale też wyrzucanych beztrosko przez pasażerów ogromnych statków wycieczkowych zawijających do Mahahual kilkaset razy w ciągu każdego roku. Kim i Marcia oraz właściciele innych nieruchomości przy plaży starają się dbać o otoczenie i codziennie sprzątają swoje rewiry, lecz są i takie miejsca, w których obłożony śmieciami brzeg sprawia dość przygnębiające wrażenie. Pewne obawy budzi również planowane na 2017 r. uruchomienie międzynarodowych lotów z pobliskiego miasta Chetumal. Dzisiaj, kiedy z lotniska w Cancún trzeba tu jechać ponad 5 godz., niewiele osób decyduje się na wakacje na Costa Maya. Pojawiają się głównie kilkugodzinni wycieczkowicze ze statków cumujących w Mahahual. Wprowadzenie regularnych połączeń międzynarodowych z Chetumal może nie tylko oznaczać znaczny wzrost liczby turystów, ale i zwabić inwestorów z branży hotelarskiej. Oby jednak ten urokliwy region nie przeobraził się w nową enklawę wypoczynkową, przypominającą te z północy Jukatanu.

 

MAJOWIE I PIRACI

 

W czasie gdy Kim i Marcia przeprowadzali się do Punta Placer, przebycie 75-kilometrowego dystansu między drogą nr 307 a ich nowym domem zajmowało ponad 6 godz. Dopiero wiele lat później, w związku z planowanym uruchomieniem pirsu w porcie w Mahahual, powstała szeroka i gładka jak stół trasa. Dziś jej nawierzchnia jest już gdzieniegdzie pomarszczona, ale i tak serce raduje się na myśl, że nie musimy poruszać się po dawnej dziurawej szutrówce. Kawałek za wioską Pedro Antonio Santos skręcamy w prawo i drogą nr 293 dojeżdżamy do ruin Chacchobén. To jedno z dziesiątek miejsc na Jukatanie, gdzie z gęstwiny tropikalnego lasu i spod naniesionej przez wieki warstwy ziemi archeolodzy wydobyli zapomniane miasto Majów. W przeciwieństwie do słynnych kompleksów Chichén Itzá i Tulum nie znajdziemy w nim tłumów. Chacchobén (czyli w języku Majów „miejsce czerwonej kukurydzy”) zwiedzamy w towarzystwie zaledwie kilkunastu innych osób, choć niewykluczone, że kiedy do Mahahual przybywa ogromny statek wycieczkowy, robi się w nim bardziej tłoczno. Odkryte tu przez archeologów budowle nie wyglądają aż tak spektakularnie jak te na terenie wykopalisk na północy półwyspu, ale ich otoczenie jest wyjątkowe. Ścieżka dla zwiedzających prowadzi przez gęsty, dający wytchnienie od słońca las tropikalny, rozbrzmiewający co chwilę krzykami małp (czepiaków czy wyjców). Dopiero u podnóża głównej świątyni, do której wiedzie kilkadziesiąt masywnych schodów, krajobraz ulega zmianie. Równo przystrzyżona trawa przypomina, że to jednak muzeum. Takich mniej znanych i rzadko odwiedzanych ruin ze starożytnych czasów znajduje się w tym rejonie więcej. W Dzibanché, które od ok. 200 r. p.n.e. do aż XIII w. n.e. było jednym z ważniejszych miast Majów, zajmującym powierzchnię ponad 40 km2, wiele obiektów pozostaje wciąż przykrytych ziemią i roślinnością. Spacer wśród tych odsłoniętych przenosi nas w przeszłość, do dawnego ośrodka władzy. Masywne świątynie i pałace zbudowane na podstawach kamiennych piramid wraz z przestronnymi placami pokazują, jak prężnie musiało rozwijać się to miasto w okresie swojej świetności w trakcie panowania potężnej dynastii Kaan.

 

Droga między Chacchobén i Dzibanché prowadzi wzdłuż prawdziwego cudu natury tego regionu Meksyku – oszałamiającego swoimi odcieniami jeziora Bacalar (Laguna de Bacalar). Z lotu ptaka zbiornik, rozciągnięty na długości 42 km i szeroki na maksymalnie niecałe 4 km, przypomina azurytową skazę w malachicie. Niesamowita gra kolorów powstaje częściowo za sprawą niemal białego wapiennego dna. Na płyciznach woda jest jasnobłękitna, ale wraz ze wzrostem głębokości staje się coraz ciemniejsza. W Cenote Azul, owalnym naturalnym basenie (głębokim na aż ok. 90 m), przybiera barwę ciemnego granatu. Bacalar wygląda zupełnie jak jezioro Kourna na Krecie, tyle że ponad sto razy większe. Okolicę najlepiej podziwiać podczas kilkugodzinnego rejsu jedną z łodzi cumujących przy licznych pomostach. W jego trakcie docieramy do każdego z odcieni błękitu tego akwenu i wypatrujemy sekretnych kanałów, którymi z Morza Karaibskiego i rzeki Hondo (Río Hondo) dostawali się tu w XVII i XVIII stuleciu piraci napadający na miasto. Mieszkańców bronić przed nimi miał solidny Fort św. Filipa w Bacalar (Fuerte de San Felipe de Bacalar), ukończony w 1729 r. Dziś działa w nim ciekawe muzeum opowiadające m.in. historię XVII-wiecznego Kubańczyka Diega el Mulata i innych karaibskich awanturników.

 

Pustelnia JOHNA HUSTONA

 

Laguna de Bacalar niedaleko Chetumal to tzw. Jezioro Siedmiu Kolorów

LagunaBacalar

© BARTEK JANKOWSKI/TROPIKEY.COM

 

W odległości ponad 2,1 tys. km na zachód od Cancún leży Guadalajara, stolica stanu Jalisco. Dwoma najbardziej znanymi na świecie towarami eksportowymi tego regionu są tak bardzo popularna w Polsce tequila, której nazwa pochodzi od miejscowości położonej na północy, i urodzony w 1947 r. w Autlán de Navarro wirtuoz gitary Carlos Santana. Dzięki połączeniom oferowanym zarówno przez meksykańskiego przewoźnika narodowego (Aeroméxico), jak i kilka linii niskobudżetowych (Interjet, Magnicharters, Viva Aerobus, Volaris) dotarcie tutaj z Cancún zajmuje ok. 2,5 godz. Poza tym na jesieni 2016 r. uruchomiono bezpośrednie loty czarterowe między Warszawą i Puerto Vallarta. To nie przypadek, że wybrano właśnie ten ostatni kurort, a nie przereklamowane Acapulco, które dawno już (podobnie jak Cancún) przeobraziło się w skupisko betonowych molochów. Mimo iż złote wybrzeże Zatoki Flag (Bahía de Banderas) opanowały w wielu miejscach luksusowe hotele, w samym Puerto Vallarta w dużej mierze udało się zachować urok kąpieliska w dawnym stylu. Jego sercem jest Viejo Vallarta, romantyczna najstarsza część miasta z przyległą uroczą plażą o zdecydowanie mniej przyjemnej nazwie – Playa los Muertos (Plaża Zmarłych). Jej nowoczesnym symbolem stało się molo z instalacją do złudzenia przypominającą słynny dubajski wieżowiec Burdż Al Arab (Burj Al Arab). Niegdyś była tu osada rybaków i poławiaczy pereł, ale już od końca XIX w. do szmaragdowych wód Pacyfiku zaczęli przybywać pierwsi letnicy.

 

Prawdziwy rozgłos Puerto Vallarta zyskało jednak w 1964 r., po premierze Nocy iguany z Richardem Burtonem w roli duchownego kuszonego przez kobiety i alkohol. Znaczną część ujęć nakręcono właśnie w tym mieście i na położonej nieopodal malowniczej plaży Mismaloya. Widok ciemnego oceanu kontrastującego z nadbrzeżnymi złotymi skałami i szczytami Sierra Madre Zachodniej (Sierra Madre Occidental) urzekł amerykańskiego reżysera filmu Johna Hustona (1906–1987) tak bardzo, że kupił w tym rejonie willę. Później, kiedy szukał miejsca odizolowanego od świata, znalazł dostępną tylko łodzią plażę Las Caletas. Wydzierżawił ten teren od Indian Chacala i spędził tutaj swoje sędziwe lata, żyjąc w skromnych warunkach, blisko przyrody i z dala od zgiełku filmowego środowiska. Po śmierci Johna Hustona pieczę nad jego azylem objęła ponownie społeczność indiańska, u której dbałość o naturę w pewnym stopniu zastąpiło merkantylne spojrzenie na życie. Dziś działa w tym rejonie agencja turystyczna organizująca dzienne i wieczorne wycieczki łodzią na plażę Las Caletas połączone z relaksującymi zabiegami spa i widowiskowymi występami folklorystycznymi.

 

Wakacje w Meksyku wciąż jeszcze kojarzą nam się głównie z dwutygodniowym leżakowaniem przy basenie w którymś ze wspaniałych kurortów na karaibskiej Riwierze Majów (Riviera Maya). Taka forma wypoczynku ma swoje zalety, ale pobyt w tym kraju może być dużo bardziej urozmaicony i nie musi oznaczać przywiązania do jednego miejsca. Warto ruszyć na wyprawę po innych regionach i to niekoniecznie wypożyczonym samochodem. Dzięki gęstej sieci połączeń autobusowych różnej klasy dotrzemy do mniej zatłoczonych zakątków Meksyku bez ponoszenia znacznych kosztów i bez stresu związanego z prowadzeniem auta. Choć samodzielnego poruszania się po meksykańskich drogach nie trzeba się wcale obawiać, bo tutejsze warunki nie różnią się specjalnie od panujących w naszym kraju. Przy planowaniu w przyszłości wyjazdu do tej fascynującej części świata można zatem rozważyć i taką formę podróżowania.

 

W turystycznym Puerto Vallarta znajdziemy wiele historycznych budowli

Puerto-Vallarta-sunset

© MEDIAKIT.VISITPUERTOVALLARTA.COM

 

Filipiny – kraina uśmiechniętych ludzi

ChocolateHills-3

© PHILIPPINE DEPARTMENT OF TOURISM

 

north luzon 23 highres

@ DAVID HETTICH/TOBIAS HAUSER

 

KINGA BIELEJEC

www.gadulec.me

 

Ten kraj, składający się z 7107 wysp, zamieszkuje niemal 104 mln osób. Stanowi on jedno z dwóch państw Azji, w których dominuje katolicyzm (drugim jest Timor Wschodni). Filipiny to wybuchowa mieszanka rajskich widoków, białego piasku, przezroczystej wody, aktywnych wulkanów, tarasów ryżowych i wiecznie zakorkowanych dużych miast. Tę krainę wesołych i niezwykle przyjaznych ludzi idealnie opisuje słowo „różnorodność”.

Więcej…