Magdalena Ciach-Baklarz


W tej charyzmatycznej i gwarnej metropolii z przepięknymi jeziorami położonymi w samym jej sercu działa prężnie olbrzymi port zapewniający jej bogactwo. Hamburg zawsze był i do dziś jest wolnym miastem, tak kulturowo, jak i obyczajowo i politycznie. To tu żyją najszczęśliwsi mieszkańcy Niemiec, choć z drugiej strony to podobno najmniej niemiecki ośrodek w kraju.Warto sprawdzić, jak dziś wygląda dawne centrum handlu należące do Hanzy.


Hamburg leży w pobliżu ujścia Łaby do Morza Północnego. Posiada prawa kraju związkowego. Graniczy ze Szlezwikiem-Holsztynem i Dolną Saksonią. Zamieszkuje go niemal 1,8 mln ludzi.


Moin Moin! – tak witają się hamburczycy, obywatele tego najbardziej morskiego z miast nie leżących nad morzem, podzielonego kanałami i połączonego mostami. Znajduje się ich tutaj ok. 2,5 tys., czyli więcej niż w Wenecji, Londynie i Amsterdamie razem wziętych. Hamburg stanowi prawdziwą perłę północnych Niemiec.

W centrum

Suedwestansicht_der_Elbphilharmonie_am_Tag_Raetzke_150826.jpg

12 stycznia 2017 r. ma odbyć się pierwszy koncert w Filharmonii nad Łabą

©MEDIASERVER.HAMBURG.DE/THIES RAETZKE



Zwiedzanie miasta zaczniemy od jego centrum, które wyznacza budynek Hamburger Rathaus. To jeden z najwyższych ratuszy w Europie – jego usytuowana centralnie wieża mierzy 112 m. Znajduje się w nim też więcej komnat i pomieszczeń (aż 647!) niż w słynnym Pałacu Buckingham w Londynie. Gmach, który dziś możemy podziwiać, został oddany do użytku w październiku 1897 r. Poprzednia budowla uległa zniszczeniu w wielkim pożarze z maja 1842 r. Spłonęła wówczas również większa część śródmieścia. Fasada ratusza rozprasza, nie wiadomo, na co patrzeć najpierw. Jest tak bogato zdobiona, że trudno skupić wzrok na jednym elemencie. Między niszami okiennymi umieszczono posągi kolejnych dwudziestu cesarzy I Rzeszy Niemieckiej, począwszy od Karola I Wielkiego (ok. 742 lub 747–814) aż po Franciszka II Habsburga (1768–1835). Dwie cienkie kolumny stojące przed gmachem wieńczą wspaniałe statki.

               
Z placu Ratuszowego (Rathausmarkt) udajemy się nad rzekę Alster, oddaloną od niego zaledwie o kilka kroków. W okolicy brzegu zobaczymy mnóstwo ptactwa wodnego domagającego się poczęstunku. Tutejsze łabędzie – Alsterschwäne–to jeden z najbardziej charakterystycznych symboli Hamburga. Dlatego też od 1818 r. mają swojego opiekuna zwanego Schwanenvater. Ten „ojciec łabędzi” odpowiada za zdrowie ptaków wodnych żyjących w tym rejonie.

               
Kilkadziesiąt metrów dalej na rzece leżą dwa sztuczne jeziora oddzielone dwoma mostami – mniejsze Binnenalster (0,2 km² powierzchni) ze strzelistą fontanną działającą w lecie i większe Außenalster (1,64 km²). To jedna z najatrakcyjniejszych części miasta. Znajdują się tutaj najdroższe hotele i restauracje, słynne pasaże i deptaki handlowe, a także najważniejsze konsulaty czy banki. Budynki są przepiękne, ale i różnorodne. Aby się o tym przekonać, wystarczy spojrzeć choćby na niezwykłą siedzibę grupy ubezpieczeniowej HanseMerkur przy placu Zygfryda Wedellsa (Siegfried-Wedells-Platz 1). Ten przyjazny dla środowiska gmach pełni jednocześnie funkcję miejsca pracy, galerii sztuki i atrakcji turystycznej. Ostatnio odbyła się w nim nawet wystawa zdjęć obecnego prezydenta Niemiec Joachima Gaucka.

             
 W sezonie na Außenalster ujrzymy mnóstwo białych żagli. W tej okolicy działają liczne szkółki żeglarskie i istnieją przystanie wioślarskie. Wzdłuż brzegów akwenu rozciąga się Alsterpark, do którego przybywają tłumnie hamburczycy, aby wypocząć wśród zieleni. Można w nim pospacerować 1,5-kilometrową promenadą lub usiąść w jednej z kawiarni. Wiosną kwitną tu wiśnie, a wieczorami mieszkańcy spędzają czas z przyjaciółmi i znajomymi. To bardzo popularne miejsce spotkań towarzyskich do białego rana. Alsterpark przypomina Hyde Park w Londynie czy Central Park w Nowym Jorku.

               
Ta część Hamburga tętni życiem w dzień i w nocy. Nawet zimą, gdy jeziora zamarzają, ludzie przychodzą na łyżwy lub po prostu na spacer po lodzie. Polecam szczególnie rejs statkiem wycieczkowym tzw. białej floty (Weiße Flotte), dzięki któremu zwiedzimy oba akweny.             

Stare magazyny i nowe nabrzeże

 

Usytuowane wzdłuż kanałów ceglane spichlerze portowe w Speicherstadt

©MEDIASERVER.HAMBURG.DE/CHRISTIAN SPAHRBIER



Zupełnie inaczej wygląda Miasto Spichrzów (Speicherstadt). Ta historyczna dzielnica Hamburga została wpisana w lipcu 2015 r. na prestiżową Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Mieszkańcy nie kryli dużej radości z tego faktu. Tutejsze charakterystyczne magazyny z czerwonej cegły powstawały od lat 80. XIX w. na potrzeby rozwijającego się portu wolnocłowego. Jest ich ok. 100 i ciągną się na długości mniej więcej 1,5 km. Każdy taki spichlerz ma dwa wejścia – od strony ulicy i kanału. Dawniej składowano tutaj sprowadzane z całego świata towary, takie jak kawę, herbatę, kakao, przyprawy czy tytoń. Dziś Miasto Spichrzów wypełniają ciekawe placówki wystawiennicze, np. Miniatur Wunderland, siedziby firm, ale i magazyny. To niezmiernie urokliwy zakątek Hamburga. Stworzono w nim sieć praktycznych mostów i kładek, które w razie wysokiego poziomu wody pozwalają przemieszczać się po okolicy suchą stopą.

               
Podczas wędrówki uliczkami Miasta Spichrzów musimy w końcu dojść do nowoczesnej dzielnicy HafenCity. Na tym obszarze realizuje się jeden z największych projektów miejskich w Europie (zajmujący powierzchnię ok. 2,4 km²!), który polega na przekształceniu starego nabrzeża przemysłowego we współczesną przestrzeń architektoniczną. W jego ramach do ok. 2020–2030 r. powstaną biurowce mogące pomieścić 40 tys. pracowników, budynki mieszkalne dla 12 tys. osób, hotele i sklepy. Symbolem tego miejsca jest Filharmonia nad Łabą (Elbphilharmonie), futurystyczny budynek osiągający wysokość 110 m. W 2015 r. zniknęły stąd wreszcie dźwigi budowlane, będące od kwietnia 2007 r. niemalże stałym elementem krajobrazu w tym rejonie. Na dachu dawnego magazynu kakao została wzniesiona szklana kopuła przypominająca namiot. W największej sali koncertowej obiektu (Großer Konzertsaal) ma zmieścić się 2100 widzów. Na razie wciąż trwają tu prace (ich zakończenie przewiduje się na początek listopada 2016 r.), więc póki co pomniejszoną wersję Filharmonii nad Łabą można podziwiać w Miniatur Wunderland. Makieta powstała w zaledwie… 364 dni.

               
HafenCity zmieniło się już we wspaniałą dzielnicę. Ceny apartamentów i powierzchni biurowych osiągają tutaj niebotyczny poziom. Szklane budynki zajmują światowe korporacje i każdy, kogo stać na prestiż mieszkania w takim miejscu. W centrum tego rejonu miasta znajdują się marina, przystań statków wycieczkowych i wygodne platformy do odpoczynku, na których można uciąć sobie popołudniową drzemkę lub urządzić piknik, duży plac zabaw i oddane do użytku w listopadzie 2012 r. dwie stacje metra – Überseequartier i HafenCity Universität. Bardzo lubię spacerować po tej dzielnicy.

Port i okolice

VOF_03_q_064.jpg

5–8 maja 2016 r. port w Hamburgu będzie świętował swoje 827. urodziny

©MEDIASERVER.HAMBURG.DE/CHRISTIAN SPAHRBIER



Pora udać się do najchętniej odwiedzanej przez turystów części Hamburga, czyli portu. Od zawsze był on dla hamburczyków oknem na świat i jednocześnie zapewniał im dobrobyt. Dziś cumują w nim największe kontenerowce na ziemi. Ten drugi co do wielkości port w Europie (po holenderskim Rotterdamie) zajmuje wraz z wodami obszar o powierzchni ok. 74 km2, co stanowi aż 9,8 proc. terytorium miasta. Wystarczy wysiąść z wagonu szybkiej kolejki miejskiej (S-Bahn) lub metra (U-Bahn) na stacji Landungsbrücken i wejść na pokład jednej z licznych łodzi oferujących wycieczki po kanałach, aby po kilku minutach znaleźć się pod rufą olbrzymiego statku. Ogromny kontenerowiec robi z bliska niezmiernie duże wrażenie. Polecam też każdemu powrót w te okolice o zachodzie słońca. Dźwigi portowe wyglądają wówczas niesamowicie, a zapalające się światła rozbudzają marzenia o dalekich podróżach.

               
Życie toczy się tu przez całą dobę. Jeszcze na początku XX w. Hamburg był największym portem świata. Stąd odpływały do Ameryki statki z emigrantami marzącymi o nowej, lepszej przyszłości. Z kolei schodzący na ląd marynarze szukali prostych uciech. To z myślą o nich przy ulicy Reeperbahn przybywało karczm i domów publicznych. Te ostatnie działają w tym miejscu i dziś, a wielu turystów traktuje ten punkt na mapie jako obowiązkowy, choć według mnie hamburska dzielnica czerwonych latarni – St. Pauli – nie jest warta grzechu. Mimo to bez wątpienia stanowi ona centrum życia nocnego. Jej ulice wypełniają kluby ze striptizem, domy publiczne, sex-shopy i lokale z występami dla dorosłych. Mnóstwo tutaj również teatrów rewiowych, dyskotek, kasyn, restauracji i klubów muzycznych. Natomiast założony w 1910 r. klub piłkarski FC St. Pauliuchodzi za jeden z symboli całego miasta.

               
Co ciekawe, w tej dzielnicy Hamburga często występował zespół The Beatles, zanim jeszcze stał się sławny. Przy ulicy Große Freiheit działał w latach 1962–1969 popularny wśród miłośników muzyki rockowej Star-Club. Beatlesi grali w nim od 13 kwietnia do 31 maja, od 1 do 14 listopada i od 18 do 31 grudnia 1962 r. Dziś można zobaczyć w tym miejscu tablicę upamiętniającą ten fakt. Od 11 września 2008 r. na tutejszym placu (Beatles-Platz) w kształcie płyty winylowej stoją figury członków brytyjskiej grupy.

             
Kierujemy się na wschód od St. Pauli-Landungsbrücken („Pomostów St. Pauli”) do moich dwóch ulubionych muzealnych statków. Pierwszy z nich to pomalowany na zielono trójmasztowiec z 1896 r. Rickmer Rickmers,symbol miasta. W swoim czasie pływał na trasach międzykontynentalnych. Obecnie każdy może stanąć za jego sterem. Latem warto zajrzeć do miejscowej restauracji i posiedzieć w cieniu tego majestatycznego żaglowca.

             
Nieco dalej stoi frachtowiec z 1961 r. Cap San Diego. Jego smukła, biała sylwetka robi duże wrażenie, szczególnie w zamglone wieczory, gdy snop mocnego światła dziobowego przebija ciemność. Choć „biały łabędź południowego Atlantyku”, jak bywał nazywany ten okręt, stoi tu nieprzerwanie od 1986 r., wydaje się być gotowy do podróży w każdej chwili. Na pokładzie statku można też przenocować. Wystarczy wcześniej zgłosić taką chęć pracownikom muzeum.

            
Jeżeli uda nam się przebić przez tłum turystów, z tego miejsca powinniśmy wypatrzeć drogowskazy kierujące na Targ Rybny Hamburg-Altona (Fischmarkt Hamburg-Altona). Po drodze zapewne zauważymy po prawej stronie wejście do zabytkowego tunelu łączącego oba brzegi Łaby. St. Pauli-Elbtunnel (Alter Elbtunnel) został oddany do użytku w 1911 r. i według niektórych osób przypomina bardzo długą łazienkę, a to ze względu na fakt, że cały wyłożony jest kaflami. Ma on 426,5 m długości i znajduje się na głębokości 24 m. Na początku XX w. jego konstrukcja należała do najnowocześniejszych rozwiązań technicznych na świecie. Uwagę przykuwa również ciemna bryła umieszczona w wodach Łaby. ToU-434 z 1976 r., największa na ziemi łódź podwodna z konwencjonalnym napędem. Dni chwały jako jednostka B-515 marynarki wojennej ZSRR ma już za sobą. Obecnie funkcjonuje w niej muzeum. Wizyta w nim będzie gratką dla osób interesujących się historią, marynistyką i radziecką myślą techniczną. Nie polecam natomiast zwiedzania wnętrza łodzi turystom z klaustrofobią.

               
W końcu dochodzimy do historycznej Hali Aukcji Rybnych (Fischauktionshalle), której dzieje sięgają 1894 r.To tutaj w każdą niedzielę odbywa się legendarny hamburski targ rybny, istniejący już od 1703 r. Niestety, aby go odwiedzić, trzeba wstać wcześnie rano. Stoiska czynne są w godzinach od 5.00 (kwiecień–październik) lub 6.00 (listopad–marzec) do 9.30. Oprócz ryb i przetworów rybnych, świeżych warzyw i owoców można kupić na nich także pamiątki i ubrania. Każdy turysta pragnący poznać prawdziwe oblicze Hamburga powinien odwiedzić to charakterystyczne miejsce.

               
Za Fischauktionshalle, niedaleko przystanku tramwaju wodnego znajduje się nowoczesny szklany biurowiec Dockland, który przypomina swoim kształtem statek. Największą atrakcją tego budynku jest możliwość wejścia na dach po zewnętrznych schodach. Z jego wysokości rozpościera się niesamowity widok na okolice portu. Polecam wybrać się tu o zachodzie słońca i po zmroku, kiedy zarówno sam biurowiec nad Łabą, jak i wszystko wokół rozbłyska światłami.


Spotkanie z kulturą

3881.jpg

Heinrich-Hertz-Turm, wieża radiowo-telekomunikacyjna koło Planten un Blomen

©DZT/PLANTEN UN BLOMEN/MICHAEL PASDZIOR



Dla mnie Hamburg to przede wszystkim miasto wielu kultur i języków. Kocham go za ogromne zielone parki, tysiące ścieżek rowerowych i uśmiechy przechodniów. Dzieci uczą się tutaj tolerancji już od najmłodszych lat – bardzo często chodzą do jednej klasy z kolegami z różnych stron świata.

              
Warto poznać też kulturalne oblicze Hamburga. Współcześnie działa w nim ok. 60 teatrów, 30 kin, 100 klubów muzycznych i 60 muzeów. Co ciekawe, niemiecki ośrodek stanowi trzecie miasto musicalowe na świecie po Nowym Jorku i Londynie. To tu znajduje się najwięcej w Niemczech dużych sal koncertowych. Hamburg tętni życiem. Jego puls czuć nawet w najmniej oczywistych miejscach. W samym centrum miasta, w pobliżu dworca kolejowego Hamburg Dammtor leży duży park Planten un Blomen („Rośliny i Kwiaty”) o powierzchni 0,47 km². Słynie on z darmowych spektakli typu światło, woda i dźwięk odbywających się codziennie od maja do sierpnia o godz. 22.00 i od września do października o godz. 21.00. Podczas półgodzinnego pokazu usłyszymy utwory muzyki klasycznej lub filmowej, a także tango. Czasem można odnieść wrażenie, że niemal wszyscy hamburczycy spotykają się w tym parku, aby nasycić oczy niezwykłym widowiskiem. Na terenie Planten un Blomen organizuje się również liczne przedstawienia teatralne i koncerty. Mieści się tutaj też jeden z największych ogrodów japońskich w Europie (Japanischer Garten), w którym niekiedy w specjalnym pawilonie (Teehaus) odbywa się ceremonia parzenia herbaty.

               
Rodzinom z dziećmi spodoba się za to na pewno rozległy Park Miejski (Stadtpark Hamburg) o powierzchni 1,48 km². Na jego obszarze wyznaczono mnóstwo miejsc piknikowych i stanowisk odpowiednich do rozpalenia grilla. Oprócz tego można w tej okolicy pograć w piłkę lub uprawiać jogging, skorzystać z kilku placów zabaw i pływalni, a latem przyprowadzić maluchy do specjalnie dla nich przygotowanego basenu. Tu także weźmiemy udział w licznych koncertach i imprezach. W Parku Miejskim znajduje się Planetarium z muzeum, salami wykładowymi i teatrem. Nocny obraz nieba wyświetlany jest na kopule o średnicy ok. 21 m. Niestety, z uwagi na rozpoczętą właśnie wielką rozbudowę ta interesująca placówka zamknięta jest dla zwiedzających do stycznia 2017 r.

MUZEA

Warte zwiedzenia w Hamburgu są też stałe ekspozycje. Nieważne, ile mamy lat, z pewnością zachwyci nas wspomniana wystawa Miniatur Wunderland, nazywana „Krainą Cudów”. To największa na świecie makieta kolejarska. W jej ramach stworzono już m.in. ok. 16 tys. m szyn, 15 tys. wagonów, a najdłuższy z mniej więcej 1 tys. pociągów ciągnie się aż na 14,51 m. Zobaczymy tutaj 9 sekcji tematycznych z pomniejszonymi wersjami masywu górskiego Harz, Austrii, Hamburga, amerykańskich atrakcji turystycznych – Wielkiego Kanionu Kolorado, Las Vegas, Gór Skalistych, Miami, Parku Narodowego Everglades, Strefy 51, przylądka Canaveral, a także Danii, Szwecji, Norwegii, Finlandii, Szwajcarii i międzynarodowego lotniska, a niedługo (w 2017 r.) również i odwzorowanie Włoch. Miniaturowe statki pływają, samoloty latają, a pociągi i samochody jeżdżą nawet pod naszymi stopami. W tej krainie marzeń, ukrytych skarbów, elfów i nurkujących krów trzeba spędzić przynajmniej kilka godzin. Bilety najlepiej zarezerwować na określoną godzinę (13 euro dla dorosłych i 6,50 euro dla dzieci poniżej 16 lat) za pośrednictwem strony internetowej (www.miniatur-wunderland.com), ponieważ w sezonie chętnych na zwiedzanie bywa tak dużo, że nie wszyscy zostają wpuszczeni do środka.

               
Jeśli ktoś po wizycie w Miniatur Wunderland stwierdzi, że widział już wszystko, powinien zajrzeć jeszcze do Międzynarodowego Muzeum Morskiego (Internationales Maritimes Museum), a będzie przecierać oczy ze zdumienia. Ogromny zbiór modeli statków czy fotografii może spowodować zawrót głowy u odwiedzających. Jednak to tylko niewielka część kolekcji tej wspaniałej placówki, której wnętrza najlepiej przemierzać od ostatniego piętra do pierwszego. W kolejnych salach przedstawiono związek człowieka z morzem od dawnych czasów do współczesności. Nie brakuje również historii najnowszej i opisów badań nad wpływem wielkich zbiorników wodnych na życie naszej planety. W muzeum obejrzymy także sztukę marynistyczną, mundury i broń oraz ekspozycję poświęconą Klausowi Störtebekerowi (ok. 1360–1401). Ten słynny pirat dowodził tzw. Braciami Witalijskimi (Likedeelers) wynajętymi początkowo przez króla szwedzkiego Albrechta Meklemburskiego (ok. 1338–1412) przeciwko królowej Danii Małgorzacie I (1353–1412). Legenda „dzielącego po równo” dobrego rozbójnika jest wciąż żywa, a w całym mieście jego imię ujrzymy w wielu miejscach.

               
Z kolei Muzeum Hamburga(Hamburg Museum)zabiera swoich gości w podróż do przeszłości. Zobaczymy w nim np. dom kupca i schron przeciwlotniczy, strażaków gaszących kolejny pożar miejskich budynków i karczmę z dzielnicy portowej. Choć ten obiekt nie bywa zbyt często wymieniany w przewodnikach, przyjemnie tu uciec od zgiełku na ulicy i tłumów na nabrzeżu.

Nie tylko kościoły

Panoramę Hamburga wyznaczają wieże jego pięciu najważniejszych budowli sakralnych (tzw. Hamburger Hauptkirchen). Najbardziej znane wśród nich to Kościół Główny św. Michała (Hauptkirche Sankt Michaelis), Kościół Główny św. Mikołaja (Ehemalige Hauptkirche Sankt Nikolai) oraz Kościół Główny św. Piotra (Hauptkirche Sankt Petri). Na wszystkich trzech znajdują się platformy widokowe, z których można podziwiać miasto.

               
Kościół Główny św. Michała, nazywany pieszczotliwie Michel, należy do najsłynniejszych hamburskich obiektów architektonicznych. Zakończona miedzianą kopułą ponad 132-metrowa barokowa wieża świątyni od stuleci stanowiła pierwszy rozpoznawalny punkt w krajobrazie Hamburga dla ludzi przybywających od strony morza. Z tarasu widokowego umieszczonego na wysokości 83 m pod hełmem rozciągają się fantastyczne widoki. Wejdziemy na niego po 453 schodach lub wjedziemy windą zamontowaną w 1907 r.

               
W latach 1874–1876 Kościół Główny św. Mikołaja był najwyższą budowlą na świecie – jego wieża miała 147,3 m. W czasie II wojny światowej odegrał jednak zupełnie nieoczekiwaną rolę. Ze względu na swoje rozmiary stał się punktem orientacyjnym i tym samym celem nalotów dywanowych wojsk alianckich. 28 lipca 1943 r. w uszkodzonej świątyni zapadł się dach. Wnętrze uległo zniszczeniu, ale ściany i wieża ocalały. Po zakończeniu wojny postanowiono nie odbudowywać kościoła, aby ruiny budowli przypominały o jej ofiarach. Od 2005 r. można tutaj wjechać windą na wysokość 75,3 m. Rozpościerający się stąd widok na Miasto Spichrzów i okolice zapiera dech w piersiach.

               
Zupełnie niezwykłe miejsce stanowi też Friedhof Ohlsdorf, największy na świecie cmentarz niewojskowy (391 ha powierzchni). Od 1877 r. odbyło się na nim już ponad 1,5 mln pogrzebów. Po terenie nekropolii kursują dwie linie autobusowe (170 i 270) z 25 przystankami.

Sport, rozrywka i kuchnia

Drużyna piłki nożnej Hamburskiego Klubu Sportowego (Hamburger Sport-Verein, w skrócie HSV), założonego w 1887 r., gra w Bundeslidze nieprzerwanie od 1963 r. Choć lata jej świetności minęły już dawno, nie oznacza to, że nie można jej kibicować całym sercem. To prawdopodobnie jedyny klub, który nie ma w swoim logo żadnych liczb ani liter. Charakterystyczny biało-czarny romb na niebieskim tle ujrzymy w Hamburgu niemal wszędzie. Zwiedzanie należącego do HSV 57-tysięcznego Volksparkstadion (Imtech Arena) odbywa się wyłącznie z przewodnikiem (również w języku angielskim). Za prywatną wycieczkę zapłacimy 35 euro, do czego musimy dodać jeszcze koszt biletów.

               
Miliony osób spragnionych rozrywki odwiedzają Hamburger DOM. Ten niesamowity lunapark jest czynny w ciągu roku w wyznaczonych terminach. Jego atrakcje naprawdę warte są swojej ceny, dlatego lepiej wybrać się tu z większą sumą pieniędzy, zwłaszcza że zabawa wciąga.

               
Wbrew pozorom specjalności Hamburga nie stanowią hamburgery. W mieście króluje raczej prosta kuchnia. Wielu Niemców spędza poranki w piekarniach oferujących nie tylko świeże pieczywo, ale przede wszystkim śniadania. Lokalnym przysmakiem są słodkie bułeczki z ciasta francuskiego z cynamonem, tzw. Franzbrötchen. Wielką popularnością cieszą się też kanapki z surowym mięsem mielonym (metką tatarską), cebulą, solą i pieprzem. Na lunch jada się np. Currywurst, czyli gotowaną kiełbasę polaną ketchupem i posypaną dużą ilością curry. Często serwuje się także rybę w bułce (Fischbrötchen) i słynną sałatkę ziemniaczaną (Kartoffelsalat).

Komunikacja miejska

Hamburg jest krainą rowerów. Miejscowi jeżdżą nimi praktycznie przez okrągły rok. W mieście znajduje się wiele wypożyczalni jednośladów. Jeśli zamierzamy z nich skorzystać, sprawdźmy najpierw, jakie zasady obowiązują w konkretnych punktach.

             
Metro (U-Bahn), szybka kolejka miejska (S-Bahn), tramwaje wodne HVV i autobusy stanowią najlepsze środki transportu w Hamburgu. Jeżeli planujemy przemieszczać się w grupie 2–5 osób, najkorzystniej będzie kupić 9-Uhr-Gruppenkarte. Jej koszt w 2015 r. to 11,20 euro. Karta jest ważna od godz. 9.00 do 6.00 następnego dnia w okresie od poniedziałku do piątku i całą dobę w weekendy. Cena biletu dla jednej osoby dorosłej obowiązującego w tych samych godzinach (9-Uhr-Tageskarte) wynosi 6 euro, a całodziennego (Ganztageskarte) – 7,50 euro. Koszt pojedynczego przejazdu zależy od długości wybranej trasy. Informacje na ten temat znajdziemy na stronie internetowej www.hvv.de. Osoby chcące spędzić w mieście jeden dzień lub kilka powinny zastanowić się nad zakupem Hamburg CARD. W jej cenę (od 9,5 euro) wliczone są przejazdy komunikacją miejską oraz zniżki na bilety wstępu do galerii i muzeów.

               
Jak widać, poruszanie się po Hamburgu jest łatwe i przyjemne. To jednak tylko jedna z wielu rzeczy, które zachęcają do odwiedzenia tej pełnej atrakcji prawdziwej perły północnych Niemiec.

Artykuły wybrane losowo

W Wietnamie, krainie czerwonego smoka

MAGDALENA BARTCZAK

 

<< Pełen smaków, zapachów, barw i magii Wietnam wydaje się stanowić idealny cel podróży zarówno dla osób dopiero rozpoczynających przygodę z Azją, jak i dla tych, którzy już znają ten kontynent dość dobrze. Jeśli ktoś chce spróbować dań pysznej kuchni, odkryć liczne zabytki, przejechać się z kilkoma współpasażerami jednym skuterem lub po prostu zrelaksować na jednej z tropikalnych plaż, powinien postawić właśnie na ten kraj. Tutaj to wszystko jest możliwe. >>

 

Noworoczne lampiony w kolorze czerwonym przynoszącym szczęście

© MAGDALENA BARTCZAK

 

Przez długi czas, zanim jeszcze wybrałam się w pierwszą podróż do Azji, wiedzę na jej temat czerpałam głównie z reportaży i filmów, zarówno dokumentalnych, jak i fabularnych. Jednym z moich ulubionych azjatyckich twórców stał się Trần Anh Hùng, wietnamski reżyser mieszkający od 1975 r. we Francji, gdzie wyemigrował wraz z rodzicami pod koniec wojny wietnamskiej (II wojny indochińskiej). Oglądając Zapach zielonej papai (1993 r.), Rykszarza (1995 r.) czy Schyłek lata (2000 r.), wyobrażałam sobie jego ojczyznę jako kraj pełen soczystych kolorów, intensywnych zapachów, ulicznego gwaru i ciężkiego, tropikalnego powietrza. Jak przyznaje w wywiadach reżyser, w swoich produkcjach często powraca do Wietnamu z czasów własnego dzieciństwa – przedstawia go więc takim, jakim go zapamiętał przed emigracją. Jego filmy, nostalgiczne i zmysłowe, zachęciły mnie, żeby odwiedzić ten kraj. Szybko zagościł więc na mojej liście wymarzonych miejsc do zobaczenia i długo nie pozwalał mi o sobie zapomnieć.

Gdy marzenie wreszcie się spełniło i po raz pierwszy wybrałam się do ojczyzny Trần Anh Hùnga, już po wyjściu z potężnego lotniska w Ho Chi Minh przekonałam się, że wilgotne i lepkie powietrze, które przenikało jego filmowe opowieści, stanowi stały element klimatu Wietnamu, szczególnie na południu. Wszystko tu niemal od pierwszej chwili wydało mi się intensywne, aromatyczne, przesycone dźwiękami i kolorami. Szybko też okazało się, że ten piękny i długi kraj pełen jest skarbów przyrody oraz zniewalających smaków, które jeszcze długo po podróży pozostają w pamięci.

 

BOGATA HISTORIA

Wietnam leży na Półwyspie Indochińskim, od północy graniczy z Chinami, a od zachodu – z Kambodżą i Laosem. Choć pod względem powierzchni nieco przewyższa Polskę (zajmuje powyżej 331 tys. km²), to mieszka w nim ponad dwa razy więcej ludzi niż w naszym kraju (ok. 95 mln) i żyją co najmniej 54 mniejszości etniczne, które mają własne pismo, tradycje i język. Także dialekty w obrębie wietnamskiego znacznie różnią się od siebie – często te same słowa oznaczają coś zupełnie innego na północy, w centrum i na południu. Regiony charakteryzują się również odmiennymi warunkami pogodowymi. W północnych rejonach występuje klimat wilgotny podzwrotnikowy, w środkowej części – zwrotnikowy z porą deszczową i suchą, a na południowym obszarze – zwrotnikowy w odmianie monsunowej. Warto o tym pamiętać przy planowaniu podróży. Różnice w temperaturze między północą i południem mogą sięgać nawet 15–20°C. Wietnam jest też wyjątkowo różnorodny pod względem kultury, która przez wieki czerpała inspiracje m.in. z Chin, Indonezji i Francji. Specyfikę tego kraju stanowi jednak fakt, że dzięki silnemu zakorzenieniu w lokalnych tradycjach Wietnamczycy nie ulegli znacząco wpływom z zewnątrz. Przyswoili je w zmodyfikowanej formie i wzbogacili tym samym własne dziedzictwo kulturowe, oparte na wzorcach zaczerpniętych z buddyzmu, konfucjanizmu i taoizmu.

Według legend państwo wietnamskie, określane mianem krainy smoka (ze względu na rolę, jaką to stworzenie odgrywa w jego mitologii), zostało założone prawie 5 tys. lat temu przez dynastię Hồng Bàng (ok. 2879 r. p.n.e.). Od tego czasu wielokrotnie musiało bronić swoich ziem przed podbojami. Przez ponad tysiąc lat (od 111 r. p.n.e. do 938 r. n.e.) znajdowało się pod chińską okupacją. Potem kilkukrotnie było najeżdżane przez wojska mongolskie, w drugiej połowie XIX w. stało się częścią Indochin Francuskich, a w 1940 r. kontrolę nad jego terytorium przejęła Japonia. Po II wojnie światowej o swoją dawną kolonię upomnieli się Francuzi, co doprowadziło do wybuchu I wojny indochińskiej (1946–1954). W jej wyniku kraj podzielono na północną komunistyczną Demokratyczną Republikę Wietnamu i południową Republikę Wietnamu. Wkrótce potem między oboma państwami wybuchł konflikt zbrojny (wojna wietnamska 1955–1975), który okazał się jednym z najdłuższych i najkrwawszych w regionie.

 

ŚWIAT DUCHÓW I PRZODKÓW

Ze względu na trudną przeszłość i konieczność częstego konfrontowania się z innymi narodami, próbującymi narzucić im swój porządek, Wietnamczycy charakteryzują się dumą z własnych tradycji i patriotyzmem. Poza tym do ich głównych cech należy zaliczyć też niewątpliwie zamiłowanie do targowania się, które – szczególnie w mniejszych sklepikach i na targach – jest tu uważane za naturalny element zakupów. Jeśli ktoś nie podejmuje próby zbicia ceny, wzbudza podejrzenia, a w najlepszym wypadku wywołuje rozbawienie lub niedowierzanie wśród miejscowych. Chcesz kupić kilogram bananów, a sprzedawca życzy sobie 30 tys. dongów (w przeliczeniu na złotówki ok. 4,50 PLN)? Najprawdopodobniej kosztuje on nie więcej niż 10 tys. dongów, więc śmiało możesz powiedzieć quá đắt, czyli „zbyt drogo”, i rozpocząć negocjacje. Nie należy przy tym zapominać o uśmiechu, cenionym przez Wietnamczyków tym bardziej, że jako naród mają również opinię pomocnych, radosnych i uprzejmych ludzi.

Miejscowych cechuje także przywiązanie do przesądów, chroniących przed nieszczęściem i pozwalających (przynajmniej pozornie) utrzymać kontrolę nad otaczającą rzeczywistością, w postrzeganiu której zdroworozsądkowe myślenie często miesza się z fantastycznymi wyobrażeniami i wiarą w magię. Warto wymienić choć kilka popularnych zasad i zwyczajów. Wietnamczycy nie zostawiają pałeczek wetkniętych w jedzenie, ponieważ w ten sposób umieszczają je tylko w posiłku stawianym na ołtarzykach dla zmarłych. Źle widziane jest też otwieranie parasola w domu, gdyż może to doprowadzić do uwolnienia przyczepionych do niego duchów i sprowadzić nieszczęście. Z podobnego powodu nie należy sprzątać ani tym bardziej zamiatać domu pierwszego dnia Nowego Roku (Tết Nguyên Đán, w skrócie Tết), świętowanego przez trzy dni i celebrowanego w Wietnamie, zgodnie z kalendarzem księżycowo-słonecznym, zwykle między drugą połową stycznia a połową lutego (w 2019 r. wypadnie on 5 lutego). Wysprzątanie domowych pomieszczeń oznacza pozbycie się dobrych duchów i szans na pomyślność w kolejnych miesiącach.

Z Nowym Rokiem wiąże się zresztą wiele innych przesądów. Przed jego końcem trzeba zwrócić wszystkie długi – w przeciwnym razie w nadchodzącym roku będziemy mieć problemy finansowe. Podczas noworocznych wizyt rodzinnych nie należy mieć na sobie stroju w jednolitym kolorze, ponieważ to przynosi pecha. Dla Wietnamczyków Nowy Rok to najważniejsze święto ze wszystkich, przygotowują się do niego bardzo skrupulatnie. Około tygodnia wcześniej odwiedzają groby bliskich, gdzie palą kadzidła i modlą się, zachęcając duchy przodków, aby zeszły na ziemię i towarzyszyły im w świętowaniu. Przez trzy świąteczne dni, po okresie zakupowej gorączki i przygotowań, wszystkie sklepy są już zamknięte, a ulice i skwery przyozdobione kwiatami, dekoracjami i lampionami. Ulicami przechodzą parady z tańczącym smokiem i towarzyszeniem muzyki. Nowy Rok jest jednak głównie czasem spotkań z najbliższymi, pogłębiania więzi i oddawania czci duchom przodków. Nieodłączny element świętowania stanowi rodzinna kolacja, na której nie może zabraknąć jednego z najbardziej tradycyjnych dań podawanych na tę okazję – bánh chưng (ciasta z ryżu kleistego, wieprzowiny i fasoli mung, gotowanego w bananowych liściach).

 

Wietnamka przygotowująca pyszną zupę pho na ulicznym stoisku w Hanoi

© MAGDALENA BARTCZAK

 

CAŁA PALETA SMAKÓW

Skoro mowa o kuchni, warto wspomnieć o tym, że Wietnamczycy przejawiają również poważne podejście do gotowania, które uchodzi za ważną część codziennego życia. Widać to zresztą w misternie przygotowywanych potrawach – choćby sajgonkach, czyli starannie zawijanych krokietach z papieru ryżowego z farszem z makaronu ryżowego z dodatkiem mięsa, warzyw lub krewetek, doprawionym kolendrą. W Wietnamie podaje się je nie tylko w wersji smażonej, ale też na surowo (gỏi cuốn). W tym drugim wariancie są zdrowsze i orzeźwiają w tropikalne upały. Warto zresztą dodać, że pełna smaków i kolorów kuchnia Wietnamu jest uważana za jedną z najzdrowszych na świecie. Jej dania powstają zgodnie z założeniami zbilansowanej diety, komponuje się je według reguły pięciu smaków (słodkiego, kwaśnego, gorzkiego, ostrego i słonego) oraz koncepcji yin-yang – dwóch uzupełniających się przeciwieństw. W potrawach używa się dużej ilości świeżych przypraw i ziół, takich jak kolendra, trawa cytrynowa czy mięta. Często występującymi w nich składnikami są ryż, limonka, sos rybny i sojowy.

                Wietnamską kuchnię – podobnie jak w wypadku pogody czy przyrody – cechuje różnorodność, a jej regionalne odmiany różnią się między sobą m.in. z powodu klimatu, dostępności produktów i przyswojonych tradycji. Nawet najpopularniejsze tutejsze danie – zupa pho (phở), czyli rosół z makaronem ryżowym, kawałkami wołowiny lub kurczaka, kolendrą, imbirem, sosem rybnym i limonką – ma swoje rozmaite wersje w zależności od regionu. Choć obcokrajowiec nie poczuje dużej różnicy pomiędzy nimi, to według Wietnamczyków pho smakuje zupełnie inaczej w Hanoi niż w Ho Chi Minh. Warto przy tej okazji dodać, że północna część kraju pozostaje pod wpływem chińskich tradycji kulinarnych – przyrządza się tu wiele potraw smażonych (m.in. różnych rodzajów makaronu czy pierożków bánh gối), obficie polewanych sosem sojowym. W menu południa, które czerpie inspiracje ze zwyczajów kolonialnej Francji, znajdziemy więcej ryb, warzyw i owoców morza. Z kolei kuchnia centralnego Wietnamu, wywodząca się z kręgu cesarskiego, uchodzi za najostrzejszą, a przy tym najbardziej wykwintną, kolorową i wytwornie podawaną. Do klasycznych dań należą w tym rejonie m.in. chrupiące naleśniki z ryżowego ciasta, wypełnione wieprzowiną, krewetkami i kiełkami, ozdobione bazylią, kolendrą i miętą (bánh xèo).

 

Malownicze tarasowe pola ryżowe w górzystej okolicy miejscowości Sa Pa

© TITC – WWW.VIETNAMTOURISM.COM

 

BARWNA STOLICA

Terytorium Wietnamu, które zdaje układać się w kształt litery s, przez samych mieszkańców bywa porównywane do smoka. Według legendy głowę tego stworzenia stanowi północ, a jego oko – leżące w delcie Rzeki Czerwonej Hanoi. To centrum polityczne, kulturalne i gospodarcze współczesnego kraju. Miasto jest różnorodne, pełne kontrastów, z jednej strony przywiązane do tradycji, z drugiej – otwarte na zmiany. Choć przy pierwszej wizycie ta 8-milionowa metropolia może przytłoczyć i oszołomić hałasem i energią, to trudno oprzeć się jej urokowi. Mnie od pierwszego wejrzenia zauroczyło przede wszystkim historyczne centrum, od którego zaczęłam włóczęgę po Hanoi. Stanowi ono prawdziwy żywioł: zatłoczone uliczne restauracyjki i bary sąsiadują tu z warsztatami, sklepikami i bazarami, gdzie wśród przepełnionych stoisk znajdziemy worki ryżu, mięsa, ziół, owoców i warzyw. Między nimi manewrują sprzedawcy oferujący świeże owoce, różnego rodzaju przekąski czy turystyczne pamiątki. Nad wąskimi ulicami z kolonialną architekturą królują malownicze plątaniny kabli, które są jednym z tych widoków, do jakich należy się przyzwyczaić w Wietnamie. Stanowią one równie naturalny element miejskiej tkanki jak gwar, tłok i wszechobecne skutery, nierzadko zajęte przez kilku pasażerów naraz.

Jeśli będziemy chcieli odpocząć od zgiełku, powinniśmy wybrać się do otoczonej ogrodami Świątyni Literatury (Văn Miếu), barwnego konfucjańskiego kompleksu, w którym w drugiej połowie XI w. założono pierwszy uniwersytet w całym Wietnamie. Inną wartą odwiedzenia atrakcją jest liczące ok. 700 m długości Jezioro Zwróconego Miecza (Hồ Hoàn Kiếm), usytuowane w centrum miasta. Jego nazwa pochodzi od legendy o wyłowionym z niego mieczu, dzięki któremu przyszły cesarz i założyciel dynastii, Lê Lợi (ok. 1384–1433), miał pokonać przeciwników i wyzwolić ojczyznę spod chińskiego panowania. Pewnego dnia po broń zgłosił się jednak jej prawowity właściciel, czyli… wielki żółw mieszkający w wodach jeziora. Miecz sam wrócił do zwierzęcia, a władca uznał je za opiekuńczego ducha tego miejsca i aby oddać mu cześć, kazał postawić na tutejszej wysepce Wieżę Żółwia (Tháp Rùa), która stała się symbolem pokoju oraz samego Hanoi.

Podczas pobytu w wietnamskiej stolicy nie można także przegapić innej historycznej ciekawostki, jaką jest monumentalne Mauzoleum Ho Chi Minha, działacza komunistycznego i przywódcy Demokratycznej Republiki Wietnamu, przez jednych kochanego, a przez innych nienawidzonego wujka Ho (1890–1969). Obiekt otwarto w 1975 r. w samym sercu dawnej Dzielnicy Francuskiej na placu Ba Đình. Właśnie w tym miejscu, otoczonym dziś szerokimi bulwarami, eleganckimi willami i ambasadami, Ho Chi Minh ogłosił we wrześniu 1945 r. niepodległość kraju. Mauzoleum stanowi atrakcję również dla samych Wietnamczyków, którzy chętnie je odwiedzają. Ubrani skromnie, ale odświętnie, ustawiają się w kilometrowych kolejkach do wejścia. Czekają wyciszeni i podekscytowani perspektywą ujrzenia z bliska grobu dawnego bohatera.

 

Zatoka Hạ Long od 1994 r. na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO

© TITC – WWW.VIETNAMTOURISM.COM

 

MAGICZNA PRZYRODA

Północny Wietnam fascynuje nie tylko widocznymi na każdym kroku śladami historii, ale też wspaniałą przyrodą, którą można podziwiać m.in. w licznych parkach narodowych. Najstarszym z nich jest założony w 1986 r. Park Narodowy Cát Bà, rozciągający się na prawie całej powierzchni wyspy o tej samej nazwie. Turystów przyciąga on lasami, wodospadami, jeziorami i jaskiniami skrywającymi się w wapiennych górach. Leży w południowym rejonie malowniczej zatoki Hạ Long. Na jej dnie według legendy śpi smok, który w przeszłości miał pomagać Wietnamczykom w zmaganiach z najeźdźcami. Słynna zatoka, uważana za jeden z największych skarbów przyrodniczych Wietnamu, ma powierzchnię ponad 1,5 tys. km². W jej granicach znajduje się ok. 2 tys. skalistych wysp i wysepek. Na wizytę w okolicy warto przeznaczyć przynajmniej jeden lub dwa dni. Najlepiej zwiedzać ją podczas rejsu, który można zorganizować nawet z Hanoi – zatoka wraz z parkiem narodowym położone są mniej więcej 170 km na wschód od miasta.

Z kolei ok. 300 km na północny zachód od stolicy, tuż przy granicy z Chinami, znajduje się górzysty Park Narodowy Hoàng Liên (utworzony w 2002 r.) – jeden z moich ulubionych, a to ze względu na rześkie powietrze, soczystą zieleń i unoszące się tu melancholijne mgły. Rozciąga się on w pobliżu pasma górskiego Hoàng Liên Sơn, którego najwyższą górą (a zarazem najwyższym szczytem Wietnamu i całych Indochin) jest Fansipan (Phan Xi Păng, 3143 m n.p.m.). W okolicy leżą pola ryżu, należącego do kluczowych produktów eksportowych kraju. Malownicze tarasy ryżowe można podziwiać m.in. z zagubionej wśród deszczowych lasów górskiej miejscowości Sa Pa, cieszącej się zasłużoną popularnością wśród turystów dzięki rozpościerającym się wokół wspaniałym krajobrazom i panującemu w tym rejonie przyjemnemu, choć dość deszczowemu, klimatowi. Najlepiej wybrać się tutaj w porze suchej (która wypada od listopada do maja), aby w pełni móc cieszyć się widokiem na pobliskie tarasowe pola uprawne. Warto także zajrzeć na lokalny targ w Sa Pa – spotkamy na nim m.in. przedstawicieli górskich grup etnicznych Hmong i Dao (Yao), będących jednymi z wielu mniejszości zamieszkujących wielokulturowy Wietnam.

 

ZAPACH TROPIKÓW

Jeśli wymieniamy skarby wietnamskiej przyrody, to nie możemy nie wspomnieć o ciągnącym się przez niemal 3,5 tys. km wybrzeżu, należącym do najpiękniejszych i najdłuższych w regionie. Znajdziemy na nim wiele pięknych, złocistych plaż, choćby w okolicy portowego Đà Nẵng w środkowej części kraju (takich jak zapełnione bungalowami An Bang i Cửa Đại). Osoby chcące odpocząć od chaosu dużych miast powinny odwiedzić Mũi Né. Ta niegdyś niewielka osada rybacka w połowie lat 90. XX w. zaczęła zamieniać się w kurort turystyczny. Leży tutaj przepiękna 15-kilometrowa plaża, którą otaczają niezwykłe wydmy i laguny.

Jeżeli pojedziemy dalej na południowy zachód, dotrzemy do delty rzeki Mekong – miejsca, gdzie odnogi jednej z największych rzek świata tworzą jeziora i kanały wpadające do Morza Południowochińskiego. Oplatają one wyspy i wysepki, których mieszkańcy całe swoje życie związali z wodą. Pływające domy, szkoły, świątynie, urzędy i sklepy stoją na samym brzegu lądu lub bezpośrednio na wodzie. Transport lądowy właściwie tu nie istnieje, do większości wiosek można się dostać tylko łodzią. Okolica robi niesamowite wrażenie i stanowi jeden z najbardziej niezwykłych rejonów w Wietnamie.

Osoby mające więcej czasu mogą zajrzeć na położony ok. 80 km na południe od delty archipelag Côn Đảo. Składa się on z 16 tropikalnych wysepek (o łącznej powierzchni 75,15 km²), z których większość do dziś nie jest na stałe zamieszkana. Ponieważ utworzono tutaj w 1993 r. park narodowy, ruch turystyczny podlega kontroli. Dzięki takim warunkom archipelag zachował swój prawdziwie rajski charakter. Wydaje się, że nigdzie indziej w Wietnamie nie znajdziemy plaż, które byłyby równie czyste i jasnozłote, ani tak błękitnej wody. Na największej z wysp, Côn Sơn (51,52 km² powierzchni i ok. 4 tys. mieszkańców), działa lotnisko. Można na niej m.in. uprawiać trekking i nurkowanie. Pobliskie rafy koralowe uważa się za najpiękniejsze w kraju.

 

KRÓLEWSKE MIASTA

Na wielką atrakcyjność środkowo-południowych rejonów Wietnamu wpływają też wspaniałe miasta i miejscowości, przypominające o tym, że jego kultura jest jedną z najstarszych i najbogatszych w Azji Południowo-Wschodniej. Podczas wizyty tutaj nie wolno ominąć Huế – dawnej stolicy imperium dynastii Nguyễn (1802–1945), leżącej nad Rzeką Perfumową. Miasto dość mocno ucierpiało w trakcie wojny wietnamskiej. Jeden z zabytków, które udało się odrestaurować, stanowi Zakazane Purpurowe Miasto – otoczona potężnymi murami cytadeli dawna siedziba cesarza z rozległym kompleksem świątyń i pałaców. Warte uwagi są również położone w okolicy Huế buddyjskie grobowce cesarzy. Najłatwiej dotrzeć do nich skuterem lub łodzią.

Z kolei ok. 130 km na południowy wschód stąd znajduje się jedno z moich ulubionych azjatyckich miast, senne Hội An, uchodzące za najbardziej urokliwe w Wietnamie. W XVI–XVIII stuleciu należało do najważniejszych portów na jedwabnym szlaku, ściągającym kupców z całego świata, czemu zawdzięcza niepowtarzalny styl i atmosferę. Obce wpływy dostrzega się w nim do dziś. Między niskie budynki mieszkalne z piękną ceramiczną dachówką wciśnięte są chińskie domy zgromadzeń i świątynie, a jedną z największych atrakcji jest zabytkowy kryty Most Japoński. Nie można także zapomnieć o ważnym polskim akcencie związanym z najnowszą historią tego miejsca. W połowie lat 90. XX w. władze Hội An przedstawiły plan wyburzenia starszej jego części i wzniesienia w jej rejonie nowoczesnych bloków mieszkalnych. Do odstąpienia od tego pomysłu namówił jednak włodarzy miasta Kazimierz Kwiatkowski (1944–1997), architekt i konserwator zabytków pochodzący z Lublina, który od początku lat 80. minionego stulecia mieszkał i pracował w Wietnamie, gdzie był znany jako Kazik. Z pomocą Polaka udało się odrestaurować historyczne centrum. Dzięki temu trafiło ono w 1999 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Wdzięczna społeczność Hội An nazwała imieniem Kazimierza Kwiatkowskiego miejscowy park, a w 10. rocznicę jego śmierci postawiła mu pomnik.

Na koniec naszej podróży po Wietnamie docieramy do jego dawnej stolicy i największej metropolii – Ho Chi Minh, które do dziś wielu mieszkańców nadal nazywa Sajgonem. W tym potężnym i głośnym ośrodku żyje obecnie blisko 9 mln ludzi, a miasto wciąż się rozrasta i wystrzeliwuje w niebo ostrzami nowych drapaczy chmur. To jedna z tych metropolii, które nigdy nie zasypiają i zdają się odnajdywać równowagę w swoim gwarnym chaosie. Warto odkrywać ją powoli, a jeśli damy jej szansę, z pewnością wyczujemy przyjemną, swojską, nieco nostalgiczną atmosferę dawnego Sajgonu. Ho Chi Minh pełne jest zieleni, galerii, muzeów, targowisk, klimatycznych zaułków i placyków z kawiarniami, chyba najlepszymi w całym kraju.

                Gdybym zresztą musiała wybrać jeden zapach, którym pachnie dla mnie ten Paryż Orientu lub Perła Dalekiego Wschodu, to niewątpliwie byłaby to właśnie kawa (cà phê), kolejny obok ryżu popularny towar eksportowy Wietnamu. Jej uprawę wprowadzili tu w połowie XIX w. Francuzi i od tego czasu stała się prawdziwym skarbem narodowym. Wietnamczycy wypracowali swój niepowtarzalny sposób jej przyrządzania, który ma zarówno gorących zwolenników, jak i przeciwników. Warto samemu wyrobić sobie zdanie na ten temat. Okazji z pewnością nie zabraknie, bo Wietnam jest prawdziwym rajem dla kawoszy. Kawy można tutaj spróbować praktycznie wszędzie: od przenośnych straganów, przez budki i sklepiki, po eleganckie kafeterie i restauracje. Jednym z najlepszych do tego miejsc są kawiarnie przy placu Lam Sơn w Ho Chi Minh. Po jednej jego stronie wznosi się gmach Opery, a po drugiej – historyczny Hotel Continental Saigon. Nad okolicą góruje neoromańska Katedra Notre-Dame, ukończona w 1880 r., obok której stoi jeden z najpiękniejszych budynków w mieście, czyli Poczta Główna, zaprojektowana przez Alfreda Foulhoux. Przez chwilę można się tu poczuć jak w Paryżu, ale to tylko złudzenie. Lekki podmuch tropikalnego powietrza i widok unoszących się liści pobliskich palm przypomina nam o tym, że znajdujemy się w Wietnamie – kraju pełnym kolorów i serdecznych ludzi, stanowiącym wyjątkowo smaczną esencję Azji Południowo-Wschodniej.

 

Wydanie Wiosna 2018

Zobaczyć Izrael

MAGDALENA ZDRENKA

 

Izrael to wciąż miejsce mistyczne. Jego bogata kultura nierozerwalnie łączy się z ogromnym znaczeniem religijnym. Jednak ten kraj posiada również urokliwe plaże, sprzyjający klimat i ciepłe morze. Podróż w te strony jest więc idealnym połączeniem wyprawy śladami korzeni wielkich monoteistycznych religii świata z błogim wypoczynkiem w promieniach słońca.

Według Żydów to Bóg podarował im krainę, w której mieli zamieszkać, ich ziemię obiecaną. Przez wieki istnienia narodu szczęście nie sprzyjało losom państwa izraelskiego. Jego tereny były obszarem targanym konfliktami, przechodzącym z rąk do rąk. Od lat też miejsce to fascynowało wszelkiego rodzaju artystów. Wyprawę do Ziemi Świętej podjął przecież nawet nasz słynny poeta Juliusz Słowacki. Dziś sami możemy się przekonać, jak wielka siła przyciągania tkwi w Izraelu.

Więcej…

KOSTARYKA – LATYNOSKA OAZA SZCZĘŚCIA

HANNA BORA

www.sledznas.pl

 

<< Niewielka Kostaryka zdecydowanie wyróżnia się na tle pozostałych krajów Ameryki Centralnej. Nie znajdziemy tu dawnych miast prekolumbijskich cywilizacji, barwnych grup etnicznych czy uroczych, kolonialnych miasteczek. Największym jej bogactwem jest dziewicza natura: gęste lasy tropikalne, piękne plaże ciągnące się kilometrami, majestatyczne wulkany i krystalicznie czyste wodospady oraz niezwykła różnorodność flory i fauny. Na powierzchni sześć razy mniejszej niż terytorium Polski występuje ponad 500 tys. gatunków roślin i zwierząt, z czego aż 10 proc. to endemity. Powyżej 25 proc. obszaru państwa stanowią tereny objęte ochroną – należą do parków narodowych i rezerwatów. Kostaryka jest prawdziwym rajem dla miłośników przyrody. >>

 

Park Narodowy Manuel Antonio na pacyficznym wybrzeżu kraju, koło miasta Quepos

© JACEK ŚLEDZIŃSKI/WWW.SLEDZNAS.PL

 

Nazwa kraju w języku hiszpańskim – Costa Rica – oznacza Bogate Wybrzeże. Wymyślił ją podobno sam Krzysztof Kolumb, który jako pierwszy Europejczyk dotarł tu we wrześniu 1502 r. Na widok złotych ozdób miejscowej ludności zaświeciły mu się oczy. Był przekonany, że znajdzie w tych stronach niemałe pokłady tego drogocennego kruszcu. Poszukiwania nie przyniosły jednak oczekiwanego rezultatu. Dodatkowo utrudniała je dzika roślinność karaibskiego wybrzeża. Zainteresowanie kolonizatorów tym trudnym i niedostępnym terenem osłabło.

Obecnie Kostaryka jest jednym z najlepiej rozwiniętych państw regionu. Jej mieszkańcy, którzy sami mówią na siebie ticos i ticas, według wielu rankingów (takich jak np. Happy Planet Index) są najszczęśliwszym narodem świata. Do tego na tle burzliwej przeszłości, problemów politycznych i społecznych swoich sąsiadów kraj ten wydaje się prawdziwą oazą pokoju i spokoju. W grudniu 1948 r. w Kostaryce została rozwiązana armia. Ówczesne władze zadecydowały, że zamiast w wojsko wolą zainwestować w edukację i opiekę medyczną. Dzięki temu dziś wskaźnik analfabetyzmu w kraju jest bardzo niski. Nie znaczy to jednak, że Kostaryka nie boryka się z żadnymi problemami. Gołym okiem widać ogromne dysproporcje społeczne, a niemal jedna piąta ludności żyje w ubóstwie.

 

EKOLOGICZNY PRYMUS

Przekraczając granicę Nikaragui z Kostaryką, byliśmy do nowego kraju nastawieni dość sceptycznie. Trochę przerażały nas historie o wysokich cenach, tłumach amerykańskich turystów i komercji. Naszym pierwszym przystankiem stało się wybrzeże prowincji Guanacaste. To jeden z najbardziej suchych regionów w Kostaryce, a my czuliśmy się spragnieni tej bujnej, tropikalnej zieleni, którą kojarzyliśmy ze zdjęć. Plaże w Nikaragui wcale nie wyglądały gorzej, a przynajmniej ludzi było mniej – komentowaliśmy, mijając kolejne hotele i restauracje. Trafiliśmy akurat na weekend i iście piknikową atmosferę. Spotykaliśmy liczne rodziny i grupy przyjaciół, wokół roznosił się zapach grillowanego mięsa.

Pomimo sporej liczby ludzi kostarykańskie plaże są zaskakująco czyste. Wszyscy sprzątają po sobie, a śmieci lądują na swoim miejscu – w koszu. Wyjątkowo spokojna woda Pacyfiku jest przyjemnie ciepła i ma piękny, turkusowoszmaragdowy kolor. Pierwszy raz czuliśmy, że coś w nas mięknie i nie możemy przestać się uśmiechać. W trakcie naszej długiej podróży po Ameryce Centralnej widzieliśmy wiele pięknych miejsc. Często jednak nie byliśmy w stanie do końca się nimi cieszyć, bo całą radość psuły nam sterty papierków, plastikowe woreczki i butelki. W Kostaryce na szczęście jest inaczej.

Większość mieszkańców kraju naprawdę dba o przyrodę. Kolejne rządy bardzo angażują się w działalność na rzecz ekologii. Dzięki dużym opadom deszczu i aktywności geotermalnej Kostaryka jest pionierem na skalę światową, jeśli chodzi o wykorzystanie alternatywnych źródeł energii. Obecnie stawia sobie za cel osiągnięcie neutralności pod względem emisji dwutlenku węgla oraz całkowitą eliminację plastikowych produktów jednorazowego użytku, takich jak reklamówki, butelki, słomki itp. Te zadania kraj chce spełnić do 2021 r.

 

„PURA VIDA”

Kiedy pytamy miejscowych, jak dojechać na kolejną plażę, tłumaczą nam cierpliwie kolejne odcinki trasy. Na nasze podziękowania uśmiechają się od ucha do ucha i odpowiadają zgodnym chórem: Pura vida!. To samo słyszymy od kobiety, od której kupujemy przy drodze banany i ananasa. Tak witają nas też inni plażowicze, gdy rozkładamy się koło nich z naszym dobytkiem.

W dosłownym tłumaczeniu wyrażenie to znaczy „czyste życie”. Służy jako pozdrowienie, podziękowanie, odpowiedź na pytanie Co słychać?. Jest idealne na niemal każdą okazję i zawsze wyratuje nas w sytuacji, gdy nie wiadomo, co powiedzieć. Wcześniej wydawało nam się, że to nic innego jak reklamowe hasło mające przyciągnąć i zaintrygować turystów. Nic bardziej mylnego! Dla ticos i ticas oznacza zdecydowanie coś więcej. To piękna filozofia życia wyrażająca radość, poszanowanie dla natury i bliskich. Ludzie tutaj dbają o swoje dobre samopoczucie, unikają konfliktów i nie tworzą sztucznych problemów. Czym można się martwić, skoro wokół jest tak pięknie?

 

NA TROPIE LENIWCA

Po kilku dniach na wybrzeżu stwierdzamy, że plażowania mamy dość i ruszamy w stronę słynnego Rezerwatu Lasu Mglistego Monteverde (Reserva Biológica Bosque Nuboso Monteverde). Po dwóch godzinach jazdy zarówno krajobraz, jak i pogoda zmieniają się diametralnie. Droga wije się wśród zielonych gór (Sierra de Tilarán). W pewnym momencie asfalt się kończy i dalej jedziemy już wąską szutrówką. Robi się znacznie chłodniej, a niebo zasnuwa się ciemnymi chmurami. Roślinność staje się coraz gęstsza, coraz bardziej onieśmielająca.

Na miejsce dojeżdżamy już po zmroku. Okolice Monteverde to prawdziwe zagłębie turystyczne. Poza spacerem po słynnym mglistym lesie można tu wybrać się do ranarium (parku żab) lub mariposarium (motylarni) czy odwiedzić plantację kawy. Nie brakuje też atrakcji dla osób szukających mocniejszych wrażeń: wiszące mosty, zjazd na linie między koronami drzew. Zatrzymujemy się na spokojnym polu namiotowym przy pięknej polance. Jego właściciel namawia nas na nocne poszukiwania leniwców. Chwilę się zastanawiamy, ale jesteśmy zmęczeni po podróży i trochę odstrasza nas deszcz. Kiedy godzinę później widzimy grupę liczącą ponad 20 osób, nie żałujemy, że się nie zdecydowaliśmy. Znajdziemy leniwca sami.

Rano przy naszym obozowisku buszuje aguti. To całkiem spory gryzoń o złocistorudej sierści, charakterystyczny dla tropikalnych lasów Ameryki Środkowej i Południowej. Kiedy zdaje sobie sprawę z naszej obecności, od razu ucieka. Uznajemy to jednak za dobry znak i tuż po śniadaniu ruszamy wytropić leniwca. Nie jest to takie proste zadanie. Zwierzęta te prowadzą nocny tryb życia, a w ciągu dnia większość czasu śpią gdzieś wysoko w koronie drzew. Ich nazwa nie wzięła się znikąd. Leniwce poruszają się niespiesznie, wolno jedzą i trawią, a na ziemie schodzą jedynie raz w tygodniu, aby się wypróżnić.

Zadzieramy wysoko głowy i szukamy włochatej kuli między gałęziami. Kilka razy wydaje nam się, że już go mamy. Po bliższym przyjrzeniu się zauważamy jednak, że to jedynie guzy na pniu drzewa. Nie poddajemy się. Spacer po lesie okazuje się prawdziwą przyjemnością. Po wczorajszym deszczu wciąż jest bardzo wilgotno, a lekka mgła otula wierzchołki drzew. Gęsta roślinność plącze się wokół nas i tworzy swoisty labirynt. Przyglądamy się konarom porośniętym mchem i ogromnym paprociom. W pewnym momencie dociera do nas charakterystyczne stukanie. Tuż obok dostrzegamy dzięcioła. Znów rozglądamy się wokół i nagle… jest! Tym razem nie ma mowy o pomyłce. Widzimy delikatny ruch łapy i zarys pazurów. Robimy zdjęcia i dla pewności powiększamy obraz na ekranie aparatu. Wszystko się zgadza, pierwszy leniwiec upolowany.

 

Samica leniwca z młodym w tropikalnym lesie w okolicach miasteczka La Fortuna

© JACEK ŚLEDZIŃSKI/WWW.SLEDZNAS.PL

 

ŻYCIE W CIENIU WULKANU

Naszym kolejnym przystankiem jest jezioro Arenal, nad którym góruje imponujący wulkan o tej samej nazwie (1670 m n.p.m.). Przez setki lat nie wykazywał żadnej aktywności. Mieszkańcy nie traktowali go jako zagrożenie. Zaczęli wręcz o nim mówić jak o zwykłym górskim szczycie wyrastającym z tropikalnego lasu deszczowego. W lipcu 1968 r. zupełnie niespodziewanie olbrzym obudził się w sposób nagły i gwałtowny. Erupcje trwały kilka dni, a wulkan wypluwał w szale dym, lawę, kamienie i popiół. Trzy niewielkie wioski – Tabacón, Pueblo Nuevo i San Luís – zostały zmiecione z powierzchni ziemi, 87 osób zginęło.

Przez 42 lata Arenal był jednym z najbardziej aktywnych wulkanów świata i stał się wizytówką Kostaryki. Tłumy turystów przyjeżdżały do miasteczka La Fortuna, żeby obserwować jego napady złości. Nieoczekiwanie osiem lat temu uspokoił się. Wciąż zdarza mu się groźnie zabulgotać lub wyrzucić kolumnę popiołu, ale już nie w tak spektakularny sposób jak wcześniej. Arenal nadal przyciąga jednak przyjezdnych jak magnes. Wulkaniczna magma podgrzewa wodę w gorących źródłach, bardzo licznych w tej okolicy. Najpiękniejsze z nich należą do Tabacón Thermal Resort & Spa. Można tu znaleźć urocze kaskady i naturalne baseny otoczone tropikalną roślinnością. Właściciele chwalą się, że jako jedyni nie ingerują w działania przyrody. Odpoczynek w tych niecodziennych okolicznościach i luksusowych warunkach ma dość wygórowaną cenę. Na szczęście w pobliżu znajdują się gorące źródła na każdą kieszeń, nawet darmowe.

Kostaryka należy do światowych liderów ekoturystyki. Powstaje tutaj wiele obiektów, które za cel stawiają sobie harmonijne współistnienie z naturą. Jednym z nich jest Finca Luna Nueva Lodge. Można go określić jako hotel w sercu lasu deszczowego, ale to coś znacznie więcej. Nad krzewami otaczającymi ścieżkę unoszą się kolorowe kolibry. Przy basenie tukany skubią owoce palm. Największą gwiazdą jest tu jednak kilkutygodniowy leniwiec, który wczepiony w mamę nieśmiało spogląda na świat. Niedługo matka będzie musiała go opuścić – tłumaczy nam Alberto, prawdziwy pasjonat przyrody. Wybierze mu najbezpieczniejsze miejsce z najlepszym dostępem do pożywienia i zostawi go, żeby nauczył się samodzielności. To będzie dla niego szok. Porzucony maluch zaczyna wtedy rozpaczać i płakać. Brzmi to niemal jak płacz dziecka. Często ludzie znajdują takie leniwce, litują się nad nimi i zabierają do różnych ośrodków dla zwierząt, a tak naprawdę właśnie w ten sposób mogą im zaszkodzić.

Alberto pokazuje nam sporą część farmy. To tutaj uprawia się niemal wszystko, co można znaleźć na talerzu w hotelowej restauracji. Zaczęło się od imbiru i kurkumy. Obecnie na farmie są uprawy egzotycznych owoców, warzyw, ziół i przypraw. Nasz przewodnik odkrywa przed nami fascynujący świat roślin. Daje nam do spróbowania różnego rodzaju liście. Niektóre z nich wykorzystuje się w medycynie, inne podaje wojownikom przed walką, jeszcze inne mogą pomóc wyeliminować wroga. W zasadzie mam tutaj pod ręką wszystko, czego potrzebuję – śmieje się Alberto.

 

AROMATYCZNE ZIARNO ZŁOTA

Podczas pobytu w okolicach San José, Cartago czy Alajueli grzechem byłoby nie odwiedzić jednej z licznych plantacji kawy. Obszar kotliny Meseta Central (Valle Central) charakteryzuje się żyzną, wulkaniczną glebą. Panują tu idealne warunki do uprawy kawowca. Kawa odegrała bardzo ważną rolę w historii Kostaryki i wciąż ma duże znaczenie dla gospodarki tego kraju. Często nazywana jest grano de oro, co znaczy „ziarno złota”. Przywieziono ją ok. 1776–1779 r. z Jamajki. Jej uprawa szybko stała się głównym źródłem dochodów miejscowych, a sam produkt został ważniejszym towarem eksportowym niż cukier, tytoń i kakao. Początkowo kostarykańska kawa była eksportowana do Chile, skąd wysyłano ją do Wielkiej Brytanii jako pochodzącą z Valparaíso (Café Chileno de Valparaíso). Kiedy Anglicy odkryli źródło pochodzenia produktu, postanowili zainwestować w Kostaryce. Rozwój przemysłu kawowego pozwolił na modernizację kraju. Powstały pierwsze linie kolejowe, a San José stało się drugim po Nowym Jorku miastem Ameryk z publicznym oświetleniem elektrycznym.

Kostarykańska kawa uchodzi za jedną z najlepszych na świecie. Jedyna dopuszczalna w uprawie odmiana to arabica. Popularna w Brazylii robusta jest wręcz zakazana. W kraju działa Instytut Kawy (ICAFE – Instituto del Café de Costa Rica), który wyznacza najwyższe standardy jakości i kontroluje, czy zostają spełnione. Mamy tutaj idealne warunki glebowe i klimatyczne do uprawy kawowca – opowiada nam Alejandro, nasz przewodnik na plantacji Espíritu Santo w prowincji Alajuela. Plantacje w Kostaryce są zdecydowanie mniejsze niż te w Brazylii. To raczej niewielkie, rodzinne biznesy. Priorytet stanowi dla nas jakość. Z tego powodu najważniejszym etapem jest selekcja odpowiednich ziaren. Owoce dojrzewają w różnym tempie, dlatego nie używamy żadnych maszyn, wszystko zbiera się ręcznie. Pokazuje nam tradycyjny kosz, z którego korzystają pracownicy. Jest całkiem spory i pojemny. Stawka za pełny kosz owoców to 2 dolary amerykańskie. Większość pracowników plantacji pochodzi z sąsiedniej Nikaragui i przyjeżdża tu jedynie na czas zbiorów.

 

Śniadanie z ryżem z czarną fasolą (gallo pinto), jajecznicą, platanami i owocami

© JACEK ŚLEDZIŃSKI/WWW.SLEDZNAS.PL

 

GANGI SZOPÓW NA PLAŻY

Choć Manuel Antonio (Parque Nacional Manuel Antonio) to jeden z najmniejszych parków narodowych w Kostaryce, obecnie bije rekordy popularności. Trudno się temu dziwić. Malownicze położenie, złote plaże na skraju tropikalnego lasu, liczne trasy spacerowe oraz duża liczba zwierząt przyciągają turystów. Znajomi radzą nam odwiedzić park w tygodniu i zjawić się w nim jak najwcześniej. Mimo iż jesteśmy przed bramą o 7.30, na miejscu spotykamy już kilka grup. Niektórym towarzyszy przewodnik, kroczący na przedzie ze sporym teleskopem i wypatrujący mieszkańców lasu.

Szybko wymijamy innych i schodzimy w stronę plaży. Na niej harcują już kapucynki czarno-białe – jeden z czterech gatunków małp występujących w Kostaryce. Mają czarne futro, jedynie na twarzy i w okolicy ramion sierść jest biała. Są bardzo energiczne i szybko się przemieszczają. Na piasku wygrzewają się w słońcu pokaźnych rozmiarów iguany. Po krótkim odpoczynku na plaży decydujemy się przejść na punkty widokowe. Kilkaset metrów dalej, pod drzewami, zauważamy dość duże zgromadzenie. Gałęzie okupują niewielkie, urocze sajmiri rdzawogrzbiete. Zgrabnie przeskakują ponad głowami turystów, którzy próbują uwiecznić ich wyczyny.

Ścieżka zaczyna piąć się w górę. Jest gorąco, słońce świeci bardzo intensywnie. Na szczęście wysokie drzewa dają nam sporo cienia. Wchłaniamy zapachy i odgłosy lasu. Nad nami krążą różne gatunki ptaków, a co jakiś czas słyszymy w liściach szuranie aguti. Gdzieś z oddali dobiega głośne wołanie wyjców. Docieramy na punkt widokowy, z którego rozciąga się piękna panorama wybrzeża. Turkusowa woda lśni w popołudniowym słońcu. Piaszczyste plaże wyłaniają się spomiędzy zielonych wzgórz porośniętych gęstym lasem. Siadamy na ławce i rozkoszujemy się tym widokiem.

Kiedy wracamy na główną plażę w porze lunchu, jest na niej już całkiem duży tłok. Plażowicze odpoczywają, cieszą się słońcem i ciepłą wodą Pacyfiku. Niektórzy z tej błogości przysypiają. Właśnie na taki moment czekają szopy. Pojawiają się w niewielkich grupach i podkradają do plecaków czy toreb wypełnionych przysmakami. Wykorzystują chwilę nieuwagi, żeby uciec z cennym łupem. Co kilka minut słychać głośne okrzyki i można zobaczyć komiczny pościg za rabusiem. Szopy nic sobie z tego nie robią i po krótkiej przerwie próbują szczęścia ponownie.

 

PÓŁWYSEP OSA

Po kilku tygodniach spędzonych w Kostaryce mieliśmy wrażenie, że zobaczyliśmy już naprawdę wiele i mało rzeczy jest nas w stanie zaskoczyć. Jednak kiedy dojechaliśmy na półwysep Osa, zmieniliśmy zdanie. Według towarzystwa geograficznego National Geographic Society to jedno z miejsc o największej biologicznej różnorodności na świecie.

Głównym miastem jest tu niewielkie Puerto Jiménez. Zatrzymujemy się na przyjemnym kempingu nieopodal siedliska krokodyli. Jego właściciel, Adonis, wita nas szerokim uśmiechem. Naprawdę jesteście z Polski? – dopytuje z niedowierzaniem. A wiecie, że jeden z naszych prezydentów miał polskie korzenie? Rzeczywiście, Teodoro Picado Michalski (1900–1960) rządził tym pięknym krajem Ameryki Centralnej od 1944 do 1948 r. Jego matka, Jadwiga Michalska, pochodziła z Radomska i była prawdopodobnie pierwszą kobietą lekarzem w Kostaryce.

Chociaż nasz kemping znajduje się przy pasie startowym niewielkiego lotniska, czujemy się trochę jak w zoo. Nad głowami latają nam przepiękne, czerwone ary, po trawie leniwie kroczą iguany, kolorowe tukany przysiadają się poskubać bananowce, a wieczorem tuż koło nas przechodzi mrówkojad. Rano Adonis zaprasza nas na wspólne śniadanie. Główną pozycją w menu jest – oczywiście – gallo pinto (gallopinto), w dosłownym tłumaczeniu „malowany kogut”. To mieszanka ryżu z czarną fasolą, kawałkami cebuli i pomidora, doprawiona kolendrą. Do tego dostajemy jajka, tortille, smażone platany i sporo świeżych owoców.

Po posiłku ruszamy w stronę Carate – bramy Parku Narodowego Corcovado i miejsca, które kilkadziesiąt lat temu opanowała prawdziwa gorączka złota. Trasa ma zaledwie 40 km, prowadzi jednak po nierównej, szutrowej drodze. Kilka razy trzeba też przekroczyć rzekę. Na szczęście podróżujemy w porze suchej i nie sprawia to nam żadnego problemu. Po drodze zatrzymujemy się jeszcze przy pięknej plaży Matapalo na krótką kąpiel i przyglądamy się wyczynom surferów.

Półwysep Osa to jedno z takich miejsc, gdzie człowiek odkrywa na nowo potęgę natury. Gdy spacerujemy po prastarym lesie deszczowym, w którym bujna roślinność wypełnia szczelnie niemal każdy centymetr przestrzeni aż po brzeg Pacyfiku, znów mamy w sobie ciekawość dziecka. Czujemy, że znaleźliśmy się w odległej i trudno dostępnej okolicy, gdzie nie można polegać na oklepanych schematach. Otaczająca nas przyroda jest fascynująca. Chłoniemy dziesiątki nieznanych dźwięków. Z podziwem patrzymy na ogromne drzewa o potężnych korzeniach. Między kolorowymi kwiatami lśnią niebieskie skrzydła motyla z rodzaju Morpho. Jak zahipnotyzowani patrzymy na jego lot. Nad głowami przeskakują nam czepiaki czarnorękie. Są niezwykle zwinne. Przyglądają się nam nieufnie i rzucają w nas patykami. Pokazują, że wprosiliśmy się na ich terytorium.

Otoczona tropikalną roślinnością wulkaniczna plaża Carate ciągnie się kilometrami. To właśnie tutaj bierzemy udział w niezwykłym wydarzeniu: pierwszym marszu małych żółwi do oceanu. Jak tłumaczy nam José z organizacji COTORCO (Conservación de Tortugas Marinas de Corcovado-Carate), te zwierzęta na całym świecie zagrożone są wyginięciem. A najbardziej niebezpieczny jest dla nich człowiek – mówi. Żółwie zaplątują się w sieci rybackie, połykają śmieci, które mylą z pożywieniem. Wciąż jeszcze wiele osób próbuje wykraść żółwie jaja. Niektórzy uważają je za afrodyzjak i można na nich zarobić. Właśnie dlatego patrolujemy plaże, zbieramy jaja i przenosimy je do naszych inkubatorów.

Na plaży zgromadziło się kilkanaście osób. José ostrzega nas, że nie możemy żółwi dotykać i musimy trzymać się w bezpiecznej odległości, aby przypadkiem na nie nie nadepnąć. Ostrożnie kładzie zwierzęta na piasku. Niektóre są niezmiernie energiczne i niemal pędzą do wody. Inne wydają się zdezorientowane, ruszają się bardzo wolno i niepewnie. Patrzymy, jak kolejne fale zabierają ze sobą małe stworzenia. Mija pół godziny i zostajemy na plaży sami. Niestety, szanse na przeżycie mają tylko nieliczne żółwie, udaje się to jedynie jednemu osobnikowi na tysiąc. Te, które przetrwają, wrócą na tę samą plażę za 20 lat, żeby złożyć jaja. Trafiają podobno bezbłędnie, jakby posługiwały się wbudowanym urządzeniem GPS.

 

Drewniana kładka w Parku Narodowym Cahuita

© JACEK ŚLEDZIŃSKI/WWW.SLEDZNAS.PL

 

KARAIBSKIE WYBRZEŻE

Naszą przygodę z Kostaryką chcemy zakończyć na karaibskim wybrzeżu. Aby się na nie dostać, musimy przejechać krętą drogą, która pnie się wysoko w górach. Kiedy wyjeżdżamy z Puerto Jiménez, upał daje się we znaki, wieczorem z kolei temperatura spada do zaledwie kilku stopni. Noc spędzamy na szczycie masywu górskiego o mało zachęcającej nazwie Cerro de la Muerte (Wzgórze Śmierci – 3451 m n.p.m.). Przy porannej kawie obserwujemy dymiący wulkan Turrialba (3340 m n.p.m.) – jeden z siedmiu czynnych wulkanów w Kostaryce. Sześć godzin później na horyzoncie znowu pojawiają się palmy. Witamy na Karaibach!

W południowej części wybrzeża najbardziej popularnym miastem jest Puerto Viejo de Talamanca (Puerto Viejo), gdzie życie toczy się spokojnym, leniwym rytmem przy dźwiękach muzyki reggae. Panuje tu atmosfera luzu i radości. Przez chwilę można poczuć się trochę jak w innym kraju. To właśnie w tym regionie mieszka największa grupa osób pochodzenia afrykańskiego. Dominuje w nim trochę bardziej egzotyczna kuchnia, częściej słychać język angielski. Za największą atrakcję okolicy uchodzi Park Narodowy Cahuita. Jest wyjątkowy na skalę kraju, bo jego dochody pochodzą z darowizn. Szerokie plaże otoczone są tu gęstą, tropikalną roślinnością. W trakcie kilkugodzinnego spaceru natykamy się na małpy, szopy, leniwce, węże i różne gatunki ptaków. Późnym popołudniem siadamy w jednym z klimatycznych lokalnych barów i rozkoszujemy się uroczym zachodem słońca. Pura Vida!

 

Wydanie Lato 2018