pano2net.jpg

Widok na marinę w Alicante z Zamku św. Barbary na wzgórzu Benacantil

©AYUNTAMIENTO DE ALICANTE

MAGDALENA BARTCZAK


Choć wśród polskich turystów odwiedzających Hiszpanię wciąż największą popularnością cieszą się przede wszystkim Barcelona i region Costa Brava czy Wyspy Kanaryjskie – na czele z Fuerteventurą i Teneryfą – oraz Madryt, to warto pamiętać o tym, jak niezmiernie fascynującym miejscem jest południe tego kraju. Ten rozpalony słońcem fragment Półwyspu Iberyjskiego wypełniają piękne miasta i pokrywają liczne, wciąż jeszcze nieodkryte plaże. Koniecznie trzeba się o tym przekonać. 


Leżąca niemal na samym zachodnim krańcu Europy Hiszpania stała się prawdziwą turystyczną potęgą w latach 60. i 70. XX w., w okresie rządów generała Francisco Franco (1892–1975), który bardzo inwestował w rozwój turystyki, ponieważ uważał ją za ważną gałąź narodowego przemysłu. Szczyt jej największego rozkwitu przypadł na 1974 r., kiedy do kraju zawitało ponad 30 mln przybyszów z zagranicy, a więc dokładnie tyle, ile wynosiła wówczas jego populacja. Do dziś ojczyzna reżysera Pedra Almodóvara, zamieszkana obecnie przez ponad 46 mln obywateli, stanowi jedno z najchętniej odwiedzanych europejskich państw. Należy również do ulubionych kierunków podróży Polaków. W 2013 r. do Hiszpanii przyjechało aż 60,6 mln gości. Daje jej to trzecie miejsce na świecie pod względem liczby turystów zagranicznych – zaraz po Francji i Stanach Zjednoczonych. Sami Hiszpanie często lubią mówić o swoim kraju w liczbie mnogiej – Las Españas („Hiszpanie”). To słowo znakomicie oddaje bogactwo i różnorodność tutejszej kultury, wielość używanych języków i dialektów czy zróżnicowanie występujących na tym obszarze stref klimatycznych – od rześkiej i pełnej gęstych wrzosowisk północy po subtropikalne południe, przesycone słodkim zapachem granatów, mandarynek, pomarańczy i hibiskusów.

Tym, co łączy różne części Hiszpanii, posiadającej czwarte największe terytorium w Europie (po Rosji, Francji i Ukrainie), jest niesamowita witalność i energia, dostrzegalne tu niemal na każdym kroku i wpisane w krwiobieg całej krainy. Dają się one zauważyć w gwarnych kawiarniach i restauracjach, wśród tłumów ludzi korzystających z ciepłych wieczorów, w strzelistych budynkach barokowych kościołów oraz gotyckich katedr i wreszcie w języku hiszpańskim, melodyjnym i gorącym jak temperament Hiszpanów. Szczególnie mocno te cechy przejawiają się na południu – rozgrzanym upałem, cieszącym się niemal nieprzerwaną fiestą i zanurzonym w potężnym świecie wielokulturowych tradycji i niezwykłych legend.

Gotyckie zamki i zielone równiny

Naszą podróż po południowej Hiszpanii warto rozpocząć od autonomicznej Wspólnoty Walenckiej (Comunitat Valenciana), uważanej za jeden z najżyźniejszych obszarów w Europie, do którego można tanio i dość łatwo dotrzeć m.in. dzięki licznym promocjom lotniczym. Panuje w nim łagodny śródziemnomorski klimat, tutejsze pola wydają plony 3–4 razy do roku, a pobocza dróg wypełniają drzewa pomarańczowe i cytrynowe. Stolicę tej urodzajnej krainy stanowi 800-tysięczna Walencja, uznawana nieoficjalnie za ojczyznę płytek ceramicznych azulejos i rytmicznego tańca paso doble, rozsławiona w Cydzie Pierre’a Corneille’a (1606–1684). Tytułowym bohaterem tego XVII-wiecznego dramatu jest Rodrigo Díaz de Vivar (ok. 1043–1099), znany jako Waleczny (el Campeador), który po przybyciu do śródziemnomorskiego portu podobno oznajmił: Od dnia, w którym zobaczyłem to miasto, przypadło mi ono do serca. I zapragnąłem go, i poprosiłem Boga, żeby uczynił mnie jego panem. Tak właśnie się stało – rządzony przez muzułmanów od ponad 380 lat ośrodek w czerwcu 1094 r. trafił pod jego władzę. Po śmierci Rodriga Díaza de Vivara Walencja ponownie znalazła się pod jurysdykcją islamską i ten stan trwał do 1238 r., gdy włączono ją do Królestwa Aragonii. W 1262 r. zaczęto wznosić górującą nad zabudowaniami miasta Katedrę św. Marii (Catedral de Santa María de Valencia). Świątynia szybko stała się wizytówką tego miejsca. Jej najważniejszy punkt wyznacza 63-metrowa wieża El Miguelete (Micalet), z której można podziwiać panoramę okolicy. W gotyckich wnętrzach kościoła znajduje się XIV-wieczna Kaplica Świętego Kielicha (Capilla del Santo Cáliz) z legendarnym świętym Graalem, z którego miał korzystać Jezus podczas Ostatniej Wieczerzy.

Okres największego rozkwitu Walencja przeżywała w XV–XVI w. (tzw. Siglo de Oro Valenciano). To właśnie w tym okresie powstało wiele zdobiących ją obiektów architektonicznych. Należy do nich np. dawne Kolegium św. Piusa V (Colegio de San Pío V), w 1913 r. przemianowane na Muzeum Sztuk Pięknych Walencji (Museo de Bellas Artes de Valencia), i Lonja de la Seda (której nazwa w walenckim zapisie to Llotja de la Seda), od czasów renesansu pełniąca funkcję centrum handlu jedwabiem. Na początku XX stulecia naprzeciwko jej gmachu stanął Mercat Central (Mercado Central) – obecnie jedna z najdłużej działających hal targowych w Europie, mieszcząca nie tylko sklepy, ale też świetne restauracje. Dziś Walencja, trzeci po Madrycie i Barcelonie największy ośrodek w kraju, ponownie rozkwita i inwestuje w siebie. Wciąż pojawiają się w niej coraz nowocześniejsze ulice i osiedla, ruszają także kolejne śmiałe architektoniczne przedsięwzięcia. Jednym z nich jest Miasteczko Sztuki i Nauki (Ciudad de las Artes y las Ciencias), czyli zespół budynków okrzyknięty „dzielnicą przyszłości”. Zaprojektowany przez jednego z najbardziej znanych hiszpańskich architektów Santiaga Calatravę Vallsa, składa się m.in. z interaktywnego Muzeum Nauki Księcia Filipa (Museo de las Ciencias Príncipe Felipe) oraz ogromnej konstrukcji złożonej ze scen, na których wystawiane są opery i spektakle teatralne oraz odbywają się koncerty. Najciekawszą atrakcję futurystycznego kompleksu stanowi największe europejskie oceanarium (L’Oceanogràfic) o powierzchni 100 tys. m². Obejrzymy w nim ponad 40 tys. zwierząt reprezentujących 500 różnych gatunków, w tym umieszczone w specjalnie wydzielonym miejscu delfiny i uchatki (lwy morskie).

Walencja słynie też ze Święta Ognia (Fiesta de Las Fallas lub Las Fallas) – hucznie obchodzonego dnia św. Józefa (19 marca). Za jego charakterystyczny element uchodzą gigantyczne kukły z kartonu i drewna, nazywane ninots, które podczas procesji wynosi się na ulice i pali w ramach efektownego spektaklu. Choć najważniejsze wydarzenia wpisujące się w ten zwyczaj odbywają się w tygodniu, w którym wypada ten konkretny dzień, to miasto przygotowuje się do obchodów od początku miesiąca i codziennie organizuje pokazy pirotechniczne tzw. mascletà. Kulminacyjny punkt zabawy następuje 19 marca wieczorem, gdy wykonane specjalnie na tę okazję wielkie lalki trafiają na centralny plac miejski (Plaza del Ayuntamiento) i zaczynają płonąć wśród świateł, muzyki i sztucznych ogni. Występom w trakcie trwania Święta Ognia towarzyszą tańce, walki byków i koncerty muzyczne, idealnie wpisujące się w radosny charakter tutejszych fiest – prawdziwego sportu narodowego Hiszpanów, którzy są bardzo przywiązani do swoich tradycji i uwielbiają to okazywać w wyjątkowy, często dość spektakularny sposób.

ZŁOCISTE PIASKI COSTA BLANCA

Benidorm2.jpg

Miasto Benidorm chwali się prawdziwym lasem drapaczy chmur

©WIKIMEDIA COMMONS/SIOCAW



Ok. 150 km na południe od Walencji leży prowincja Alicante, której wschodnią granicę wyznacza Białe Wybrzeże (Costa Blanca). Chociaż jej nadmorskie miasteczka od lat cieszą się dużą popularnością wśród turystów, to nadal można tu znaleźć wiele ukrytych przed światem klifów, jaskiń, cypli i plaż, niemal nieskażonych obecnością człowieka. Jednym z miejsc, które zachowały taki autentyczny, niezmieniony przez ruch turystyczny klimat, jest 35-tysięczna miejscowość Villajoyosa (La Vila Joiosa), znana z urokliwego portu rybackiego, utrzymanej w soczystych kolorach zabudowy oraz wytwórni znakomitej czekolady. Odwiedzając „Radosne Miasto” (bo to właśnie oznacza jego oryginalna nazwa), nie sposób nie natknąć się wszędzie na ten lokalny specjał. Najlepiej spróbować go podanego razem z churros, czyli typowymi dla iberyjskiej kuchni smażonymi w głębokim tłuszczu pączkami (chrustami), najczęściej jadanymi przez Hiszpanów na śniadanie.

Jeszcze spokojniejsze i równie malowniczo położone są inne okoliczne miasteczka, m.in. Vall de Gallinera i Guadalest (El Castell de Guadalest), nad którym góruje XI-wieczny zamek (Castillo de San José) wybudowany jeszcze w czasach mauretańskich. Z ich sennym charakterem kontrastuje ożywiona atmosfera pobliskich kurortów. Do najchętniej odwiedzanych z nich należy bez wątpienia Benidorm, który jeszcze w latach 50. XX w. był niepozorną i zaciszną wioską rybacką. Dziś ta miejscowość słynie z licznych hoteli i wieżowców. Według międzynarodowych statystyk zajmuje ona drugie po Manhattanie miejsce na świecie pod względem liczby drapaczy chmur przypadających na 1 km² powierzchni i pierwsze – w przeliczeniu na jednego mieszkańca! Na terytorium niemal 39 km² żyje tu dziś niewiele ponad 69 tys. ludzi i stoi 40 tych wznoszących się pod niebo budynków (minimum 85-metrowych). Co więcej, właśnie w Benidormie znajduje się najwyższy hotel w całej Europie – mierzący 186 m śnieżnobiały Gran Hotel Bali.

Z tego gęsto zabudowanego miasta blisko już do równie ruchliwego i głośnego ponad 330-tysięcznego Alicante (Alacant), czyli założonego w 201 r. p.n.e. przez Rzymian portu (Lucentum), którego nazwa (Al-Laqant) oznacza po arabsku „Źródło Światła”. To poetyckie miano ma – oczywiście – historyczną genezę: od VIII do połowy XIII w. ośrodek należał do Maurów. Później został włączony do Królestwa Aragonii. Pobliski starożytny Zamek św. Barbary (Castillo de Santa Bárbara), szerokie nadmorskie paseos („pasaże”), pełne kawiarni ze stolikami na świeżym powietrzu, długie piaszczyste plaże i pięknie odnowiona stara część miasta, w której nie brakuje godnych uwagi zabytków – to wszystko sprawia, że niewątpliwie warto zatrzymać się w Alicante co najmniej na jeden dzień. Najlepiej przyjechać do niego na początku lata, gdy odbywa się tutaj najpopularniejsza lokalna fiesta zwana Fogueres de Sant Joan (Hogueras de San Juan), czyli Ognie św. Jana. Uroczystości trwają zazwyczaj od 20 do 24 czerwca. W tym czasie rozpala się na plaży ogniska, puszcza w niebo fajerwerki i zażywa morskich kąpieli. Głównymi bohaterami wydarzenia są zrobione z kartonów ogromne postaci (ninots), które ostatniego dnia obchodów zostają spalone (tzw. la cremà). Zgodnie z tradycyjnymi wierzeniami, rytualny ogień ma odpędzić złe duchy, stanowiące zagrożenie dla mieszkańców oraz ich rolniczych plonów.

Miłośników lokalnych świąt, regionalnej kuchni i architektury o wielokulturowym rodowodzie zachwyci także 440-tysięczna Murcja (Murcia), znajdująca się ok. 80 km na południowy zachód od Alicante. W tym założonym przez Maurów (25 lipca 825 r.) mieście jedną z najbardziej niezwykłych imprez jest tzw. pogrzeb sardynki (Entierro de la Sardina), obchodzony w sobotę po Wielkanocy (odmiennie niż w innych rejonach, gdzie kończy on zazwyczaj karnawał). Kiedyś podczas tego ludowego święta (uwiecznionego m.in. na płótnie Francisca Goi) organizowano procesje mieszkańców, którzy w przebraniach i z pochodniami szli nad rzekę, niosąc na czele pochodu wielką kukłę z rybą w ustach. Potem owiniętą w specjalne płótno sardynkę wkładali do skrzynki i puszczali na wodę, a lalkę palili na stosie. Współcześnie uczestnicy wydarzenia ograniczają się do spektakularnego podpalenia samej ryby, wykonanej najczęściej z papieru.

Do symboli tego wielokulturowego miasta należy budynek XIX-wiecznego kasyna (Real Casino de Murcia), które niegdyś było klubem miejskiej elity i pozostawało zamknięte dla turystów. Od kilku lat, po zakończonej w 2009 r. pieczołowitej restauracji, wnętrza udostępnia się zwiedzającym, a kryją one takie skarby, jak np. arabskie patio (Patio Árabe) z wejściem w orientalnym stylu mudéjar, neobarokową salę balową, bibliotekę, starą herbaciarnię i ozdobioną freskami damską toaletę. Za inny charakterystyczny obiekt w Murcji uchodzi potężna gotycko-renesansowo-barokowa Katedra (Catedral de Murcia), stojąca na fundamentach dawnego meczetu. Jej strzelista dzwonnica (Torre-Campanario) mierzy 98 m i jest trzecią najwyższą w całej Hiszpanii po słynnej Giraldzie w Sewilli i wieżach Świątyni Pokutnej Świętej Rodziny (Sagrada Família) w Barcelonie. Pod jej kopułą wisi aż 25 dzwonów, wybijających godzinę odpowiednią na obiad. Dobrych miejsc na zjedzenie posiłku w tym zabytkowym mieście nie brakuje. Na każdym kroku można tutaj znaleźć klimatyczne restauracje z lokalnymi przysmakami składającymi się na pyszną kuchnię Lewantu (jak określa się wschodnie wybrzeże Półwyspu Iberyjskiego, zwłaszcza region Murcji i Walencji), obfitującą przede wszystkim w wyśmienite owoce morza i warzywa. Właśnie z tej okolicy pochodzi zresztą jedna z najpopularniejszych obecnie hiszpańskich potraw, czyli paella(danie z ryżu współcześnie na ogół z dodatkiem owoców morza, szafranu i papryki – tzw. paella marinera). Należy jednak pamiętać o tym, że tradycyjna paella valenciana składa się z mięsa z kurczaka, kaczki i królika oraz ślimaków i warzyw. Równie smakowite pozycje z tutejszego menu, takie jak choćby pescaíto frito (rybę obtoczoną w mące i smażoną w głębokiej oliwie, podawaną z kawałkami cytryny) czy pochodzące z Malagi gazpachuelo (zupę rybną z majonezem czosnkowym, jajkiem, olejem z oliwek i ziemniakami), znajdziemy też w innych pobliskich miastach i miasteczkach, wypełniających Ciepłe Wybrzeże (Costa Cálida). Ta część regionu Murcja obfituje w przepiękne, wielokilometrowe plaże i laguny, wśród których wyróżnia się najefektowniejsza z nich lazurowa Mar Menor (Morze Mniejsze) słynąca m.in. ze znakomitych warunków do nurkowania i windsurfingu, nazywana „największym basenem na świecie”. W pobliżu leży także wart jednodniowej wizyty Park Regionalny Salin i Piasków San Pedro del Pinatar (Parque Regional de las Salinas y Arenales de San Pedro del Pinatar), dokąd na kilka miesięcy w roku przylatują flamingi różowe. Najwięcej tych uroczych ptaków spotkamy tu pod koniec lipca.  

Żar tropików i dźwięki flamenco

GRANADA-Alhambra.jpg

Alhambra w Granadzie to pełen wspaniałości warowny zespół pałacowy

©EMPRESA PÚBLICA PARA LA GESTIÓN DEL TURISMO Y DEL DEPORTE DE ANDALUCÍA, S. A



Wiele zachwycających pod względem przyrodniczym miejsc odkryjemy też w bardziej oddalonym na południe rejonie Hiszpanii – niemal przez okrągły rok rozpalonej słońcem Andaluzji. Jeśli ktoś lubi obcować z dziką naturą, to powinien odwiedzić tutaj leżący w prowincjach Huelva i Sewilla Park Narodowy Doñana (Parque Nacional de Doñana), największy w całym kraju (o powierzchni 54 252 ha) i imponujący różnorodnością fauny i flory. Wśród jego mokradeł, lasów, pustyń i wydm mieszkają np. rysie iberyjskie, jelenie, daniele, dziki i rozmaite gatunki gadów. Na surowość andaluzyjskich pejzaży ogromny wpływ ma upalny klimat, określany jako śródziemnomorski z elementami półpustynnego.

Innym znakiem rozpoznawczym tego regionu poza upałami jest fakt, że skupia on w sobie wszystko, z czym kojarzy się zwykle Hiszpania. Właśnie tu narodziło się rozdzierające serce flamenco – posiadający orientalne korzenie taniec andaluzyjskich Cyganów, wykonywany przy nieodłącznym akompaniamencie gitary i w romantycznym rytmie kastanietów. Z tym zmysłowym, artystycznym stylem wyrażania swoich emocji wiąże się zresztą całe zjawisko kulturowe, które obejmuje również śpiew, strój i zachowania. Flamenco to prawdziwa sztuka i filozofia życia. Nic więc dziwnego, że od 2010 r. znajdziemy je na Liście Reprezentatywnej Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Choć dziś ten gatunek muzyki cieszy się ogromną popularnością – kochają go już nie tylko Andaluzyjczycy, ale i cały świat – to jedno nie uległo zmianie: wielu jego wykonawców i wielbicieli nadal wywodzi się z uboższych warstw społecznych. Melancholijnymi i zarazem wyrazistymi dźwiękami flamenco rozkołysane są w Andaluzji restauracje, kawiarnie, bary i ulice. Wydaje się ono być stałym składnikiem tutejszego klimatu i pejzażu.

Z tego gorącego regionu pochodzi też inna słynna tradycja, z której Hiszpanie bywają jednak mniej dumni, czyli kontrowersyjna korrida (corrida de toros), sięgająca swoimi korzeniami do początków XII w. Krwawy spektakl od dłuższego czasu wzbudza dużo gorących dyskusji. Od lat zmniejsza się grono jego miłośników, a przeciwnikom coraz częściej udaje się doprowadzić do zakazania tego widowiska. Tak stało się w Katalonii w lipcu 2010 r., kiedy to miejscowy parlament (Parlament de Catalunya) zabronił świętowania walk byków na całym obszarze tej wspólnoty autonomicznej.

Na kolejny element tutejszej kultury, który jak w soczewce skupia w sobie różne cechy hiszpańskiej mentalności, składają się liczne ludowe zabawy i imprezy, znane jako fiestas, ferias i romerías. Do najciekawszych należą lutowy karnawał z pochodami przebierańców i koncertami flamenco (szczególnie ten z Kadyksu – Carnaval de Cádiz), Feria de Abril de Sevilla – barwne kwietniowe uroczystości w Sewilli (będące największym w Hiszpanii jarmarkiem), magiczne procesje organizowane w ramach Wielkiego Tygodnia (Semana Santa), majowa Feria del Caballo w Jerez de la Frontera, czerwcowo-lipcowe festiwale muzyczne, np. Festival de la Guitarra de Córdoba odbywający się w Kordobie, oraz sierpniowa Feria de Agosto w Maladze, nazywana „Wielką Fiestą Lata” (Gran Fiesta del Verano). Jedno jest pewne: 8,5-milionowa Andaluzja tętni życiem przez wszystkie dni w roku, chociaż – ze względu na warunki klimatyczne – przede wszystkim podczas mniej upalnych wieczorów.

Najbardziej ożywionym zakątkiem tej części kraju pozostaje niewątpliwie jej 700-tysięczna stolica Sewilla, bodaj najsilniej kuszące z miast południowej Hiszpanii. Uważa się ją przy tym za jeden z najgorętszych ośrodków Europy – średnie roczne temperatury powietrza sięgają w niej 19,2°C. Właśnie tu odnotowano prawdopodobnie najwyższy poziom słupka rtęci w historii całego kontynentu – 30 lipca 1876 r. termometry pokazały 51°C. Uroda tego miejsca została uczczona w refrenie dawnej lokalnej pieśni brzmiącym: Quien no ha visto Sevilla, no ha visto maravilla („Kto nie widział Sewilli, ten nie widział cudu”). W przeszłości to miasto cudów upodobało sobie wielu pisarzy i poetów. Właśnie tutaj swoje fikcyjne, pełne przygód życie prowadzili Carmen ze słynnej opery Georges’a Bizeta (1838–1875) oraz Don Juan z poematu George’a Gordona Byrona (1788–1824). Także współcześnie niezmiernie fascynująca Sewilla przyciąga miłośników literatury, muzyki, teatru i… pomarańczy. Największy andaluzyjski ośrodek nosi nieoficjalnie miano stolicy tych owoców, które można w nim spotkać właściwie na każdym kroku. Przekonamy się o tym szczególnie na wiosnę, kiedy tysiące sewilskich drzewek pokrywa się białymi kwiatami, a wszędzie unosi się słodki zapach cytrusów.

Wspaniałą Sewillę tworzą również zapierające dech w piersiach zabytki, m.in. Katedra Najświętszej Marii Panny (Catedral de Santa María de la Sede de Sevilla), uważana za jeden z największych i najświetniejszych budynków gotyckich na świecie. W swoich monumentalnych wnętrzach kryje liczne skarby, np. obrazy Bartolomé Estebana Murilla (1617–1682) i Francisca Goi (1746–1828) oraz krzyż wykonany z pierwszego złota, jakie Krzysztof Kolumb przywiózł z Ameryki do Europy. Niesamowite wrażenie robi też stanowiąca dziś serce sewilskiej bohemy stara dzielnica żydowska (Barrio de Santa Cruz) oraz okolice placu Hiszpanii (Plaza de España de Sevilla), ozdobionego wykonanymi z płytek ceramicznych (azulejos) herbami wszystkich prowincji kraju. Nie sposób także wyjechać z tego miasta bez wizyty w Alkazarze (Real Alcázar de Sevilla) – budynku dawnej mauretańskiej cytadeli, w którym przez blisko 700 lat mieszkali hiszpańscy królowie. Właśnie w jego murach podjęto decyzję o ekspedycji Ferdynanda Magellana (1480–1521) i to w nim Izabela I Katolicka (1451–1504) i Ferdynand II Katolicki (1452–1516) przyjęli Krzysztofa Kolumba po jego powrocie z Ameryki.

Podobne fascynujące historie związane są również z innymi pełnymi zabytków andaluzyjskimi miejscowościami, które warto odwiedzić, jeśli tylko jeszcze starczy nam czasu. Należy do nich bez wątpienia położona niezmiernie malowniczo, na wysokości ok. 680 m n.p.m., 240-tysięczna Granada, która była ostatnim bastionem i najtrwalszym ośrodkiem muzułmanów w Hiszpanii (do 2 stycznia 1492 r.). Ślady tego okresu odnajdziemy w atmosferze i budynkach miasta, szczególnie w jego starych dzielnicach Albaicín (Albayzín), Sacromonte czy Realejo-San Matías. Zdecydowanie największe wrażenie wywiera w nim potężna Alhambra, dawna mauretańska twierdza, która służyła jako siedziba władcy i dworu Emiratu Granady (Reino nazarí de Granada, Emirato de Granada) istniejącego w latach 1238–1492. Uznawana nieoficjalnie za jeden z cudów świata forteca zalicza się do szczytowych osiągnięć arabskiej architektury, inżynierii, wyobraźni i sztuki. Wygląda jak zamek z Księgi tysiąca i jednej nocy. Miłośników orientalnej kultury zachwycą też z pewnością 120-tysięczny Kadyks (Cádiz), założony w XII w. p.n.e. przez Fenicjan (jako Gádir) i będący jednym z najstarszych ośrodków na Półwyspie Iberyjskim, a także Ronda, 35-tysięczna miejscowość leżąca nad potężnym skalnym urwiskiem (Tajo de Ronda), które dzieli ją na dwie części połączone imponującym Nowym Mostem (Puente Nuevo) wzniesionym w latach 1759–1793.

Na pobliskim upalnym Wybrzeżu Słońca (Costa del Sol) istnieje zresztą mnóstwo równie urokliwych miast. Wiele z nich – tak jak elitarna i luksusowa 140-tysięczna Marbella czy większa, znacznie bardziej zatłoczona i gwarna Malaga (zamieszkiwana przez 570 tys. osób) – poza zabytkami szczyci się również rejonami idealnymi do beztroskiego wypoczynku. Niezaprzeczalną zaletą tego obszaru, podobnie zresztą jak całego południa kraju, jest też to, że z łatwością znajdziemy w nim dużo korzystnych ofert nieruchomości wakacyjnych do wynajęcia na kilka dni, tygodni i dłużej, jak także komfortowych willi czy apartamentów przeznaczonych na sprzedaż, jeżeli tylko chcemy posiadać swój drugi dom pod gorącym słońcem Hiszpanii. Warto tu skorzystać z pomocy doświadczonych firm, działających już na miejscu od wielu lat i zapewniających obsługę w języku polskim. Należą do nich m.in. Iberia Home, entradacasa, P&O Apartments w Marbelli na Costa del Sol, Costa Invest na Orihuela Costa w prowincji Alicante, Costa del Sol Rental z Malagi czy Star Nerja z miejscowości Nerja w historycznym regionie Andaluzji La Axarquía. Dużą popularnością cieszą się tutaj wakacyjne apartamenty i wille położone w takich kurortach, jak np. Altea, Dénia, Torremolinos, Almuñécar, Torrevieja czy Estepona, oraz okolicach Orihueli i Alicante, ale jeśli wybierzemy inne miasto, także bez problemu znajdziemy atrakcyjne lokum w dość przystępnej cenie. Niektóre agencje oferują wynajęcie mieszkania nawet za kwotę od 200 euro za tydzień, a czasem nieco taniej. Za bardziej luksusowe warunki trzeba – oczywiście – zapłacić znacznie więcej, ale urlop na pełnym atrakcji południu Hiszpanii, wśród ciepłych promieni słońca, wspaniałych zabytków, pachnących drzew owocowych i złocistych plaż, na pewno jest tego warty.

380.jpg

Gmach Ratusza wznoszący się przy placu Pomarańczy w kurorcie Marbella

©TURISMO Y PLANIFICACIÓN COSTA DEL SOL S.L.U

Artykuły wybrane losowo

Panama – na styku dwóch oceanów i Ameryk

Agnieszka Szwed

www.szwedacz.com

 

<< Jednym z pierwszych widoków witających przyjezdnych w stolicy Panamy (Ciudad de Panamá) jest skupisko szklanych wieżowców dumnie górujących nad wodami Zatoki Panamskiej. Panorama dzielnicy finansowej przywodzi na myśl nowoczesne metropolie i może sugerować, że przybyliśmy do kraju żyjącego w znanym nam europejskim rytmie. Gdy wyruszymy poza miasto, szybko uświadomimy sobie, że rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej. >>

Panama to wiecznie zielone lasy deszczowe, malownicze góry, rajskie wyspy i plaże oraz urokliwe miasteczka i ich serdeczni mieszkańcy. W tym kraju z karaibską duszą dzieje Indian przeplatają się z historią tworzoną przez konkwistadorów i pirackimi podbojami, o których do dziś krążą legendy. Prawdziwa egzotyka czeka w nim na odkrycie.

 

Nie pamiętam dokładnie, z czym kojarzyła mi się Panama, zanim się do niej udałam. Myślę, że był to, jak w przypadku wielu osób, słynny Kanał Panamski. Ten majstersztyk inżynierii swoich czasów, łączący Atlantyk z Pacyfikiem, który nieporównywalnie skrócił czas morskich podróży, nadal pozostaje jedną z najważniejszych dróg wodnych na świecie. Rocznie przeprawia się przez niego ok. 14 tys. statków. I choć od ponad 100 lat jest symbolem Panamy, to nie on zajmuje szczególne miejsce w mojej pamięci. Teraz ten piękny zakątek Ameryki Centralnej kojarzy mi się z czymś innym.

 

W TROPIKALNYM LESIE

Dziś ten kraj to dla mnie przede wszystkim tropikalne lasy, z dusznym, wilgotnym powietrzem i sufitem zieleni nad głową. I mimo iż Panama jest różnorodna, blisko 40 proc. jej powierzchni zajmują właśnie wiecznie zielone lasy deszczowe, odznaczające się niezwykłą rozmaitością roślin i zwierząt. Liczba występujących tu gatunków flory i fauny należy do największych na świecie. Ich rozwinięciu się sprzyjały nie tylko panujące w tym regionie warunki klimatyczne, lecz także fakt, że niczym most łączy on obie Ameryki. Dlatego zawsze stanowił miejsce mieszania się gatunków.

Różnorodność ta była niegdyś jeszcze większa, ale budowa wspomnianego Kanału Panamskiego i związane z nią wycinki odbiły się negatywnie na ekosystemie. Od wielu lat lasy w Panamie karczuje się również pod plantacje, a przede wszystkim pod pastwiska dla bydła. Sytuacja jest jednak pod pewnym względem paradoksalna. Otóż obszary leśne są ponoć niezbędne do nawadniania kanału i utrzymania jego żeglowności. Wbrew pozorom więc tutejsze lasy, zwłaszcza te w okolicach Ciudad de Panamá, wydają się nie być zagrożone, a to z powodów praktyczno-ekonomicznych. Możliwe zatem, że inwestycja, której zrealizowanie przyczyniło się niegdyś do tylu zniszczeń w środowisku, stanie się strażnikiem przyrody. Miejmy nadzieję, że tak właśnie będzie.

Tropikalny las deszczowy porasta wiele regionów kraju. Jednym z najłatwiej dostępnych jest Park Narodowy Soberanía, położony około pół godziny jazdy samochodem od centrum stolicy (mniej więcej 25 km). Choć leży w niedalekiej odległości od dużych ośrodków miejskich, to jednak nie niewielki skrawek leśnego obszaru, lecz rozległy teren o powierzchni ponad 195 km². Mimo niesamowitej wilgotności i mnogości chronionych gatunków nie napotkałam tutaj pijawek, co po moich dawniejszych doświadczeniach nie tylko mnie zaskoczyło, ale też ucieszyło. Przez park prowadzi 10-kilometrowa trasa, którą w XVI w. Hiszpanie przewozili złoto i towary z Kalifornii i Ameryki Południowej. Dziś Camino de Cruces jest jednym z kilku dostępnych miejscowych szlaków. Należą do nich m.in. Sendero El Charco (800 m długości) czy Camino del Oleoducto (17 km), z których można obserwować setki gatunków ptaków. Podczas wędrówki wśród tutejszej bujnej zieleni aż trudno uwierzyć, że tylko pół godziny dzieli ten park od zgiełku stolicy.

Połacie lasu deszczowego znajdują się także w okolicach Boquete w prowincji Chiriquí, niewielkiego, górskiego miasteczka założonego na początku XX stulecia. Miejsce to leżało na szlaku poszukiwaczy złota, pragnących odnaleźć najszybszą drogę do Pacyfiku. Z początku to właśnie oni zaczęli się tu osiedlać. Dziś Boquete znane jest jako mekka ekspatów. Przyciąga również miłośników jazzu, kawy, a przede wszystkim okolicznej przyrody, czyli gór i wulkanów obrośniętych mglistym, tropikalnym lasem.

Kiedy chmury nie zalegają zbyt nisko, już w drodze do miasteczka dostrzec można górujący nad wszystkim wulkan Barú (3475 m n.p.m.) – najwyższy szczyt Panamy. Zdobycie jego wierzchołka stawia sobie za cel wiele przybywających tutaj osób. Zapewne i my zrobilibyśmy tak samo, ale nie podjęliśmy tego wyzwania m.in. ze względu na brak czasu. Nie trzeba jednak wchodzić na wulkan, żeby docenić urok tego miejsca. Wystarczy wybrać się na wędrówkę którymś z leśnych szlaków. Podczas spaceru Sendero Los Quetzales (ok. 9,6 km długości) można wypatrzeć rzadko spotykane, pięknie ubarwione kwezale herbowe. Trasa Cascada Escondida, jak wskazuje jej nazwa, prowadzi do ukrytego wodospadu. I choć on sam nie wywarł na mnie dużego wrażenia, jego okolica, pełna majestatycznych drzew, warta jest każdej spędzonej w niej chwili.

Tropikalne lasy w rejonie Boquete skrywają także łakomy kąsek dla miłośników opuszczonych miejsc. Mowa o rezydencji w Bajo Mono, której budowę rozpoczął 40 lat temu niejaki José Domingo Serracín, bogaty posiadacz ziemski lepiej znany jako don Pepe. Atak serca położył kres jego życiu, a zarazem realizacji budowlanego projektu. Rezydencja nigdy nie została ukończona, gdyż rodzina inwestora raczej się nią nie interesowała. Dziś zamieszkały przez nietoperze pałac coraz bardziej wtapia się w krajobraz mglistego lasu. To jedno z piękniejszych opuszczonych miejsc, jakie miałam okazję zobaczyć.

W panamskich lasach rośnie też puchowiec (ceiba), zwany inaczej drzewem kapokowym. Według Majów on właśnie zrodził pierwszego człowieka i dlatego jest dla nich święty. Stanowi również pomost między rzeczywistością a niebiosami i światem podziemnym.

Na koniec trzeba jeszcze wspomnieć o przesmyku Darién (Tapón del Darién, Región del Darién), czyli najbardziej dzikim, niedostępnym i malarycznym fragmencie tropikalnego lasu, nie tylko w skali kraju, ale i świata. Oddziela on Panamę od Kolumbii i sprawia, że przekroczenie lądowej granicy między tymi państwami uchodzi za zadanie prawie niemożliwe. Z tego powodu przemieszczanie się pomiędzy Ameryką Centralną i Południową lądem jest niezwykle trudne (choć nielicznym się udaje). Darién to rozległe bagna porośnięte gęstym, ciemnym lasem, będące domem Indian Guna (Kuna) i Embera-Wounaan (Chocó) oraz schronieniem narkotykowych karteli i kolumbijskich rebeliantów. Aby zapuścić się głębiej w ten rejon, trzeba nie tylko wynająć lokalnego przewodnika, ale i skrupulatnie się przygotować.

 

FOLKLOR I FESTIWALE

Opuśćmy teraz zielone i wilgotne regiony Panamy, aby przenieść się w okolicę całkiem odmienną. Półwysep Azuero, bo o nim mowa, jest najgorętszym i najbardziej suchym miejscem w kraju. Nawet pora deszczowa omija część jego rejonów (wschodnie wybrzeże), w których ostatni deszcz widziano dawno temu. Tam, gdzie opady docierają, są rzadsze i mniej obfite niż w reszcie Panamy. Był to właśnie jeden z powodów, dla których tu trafiliśmy. Rozpoczynająca się w maju pora deszczowa dała nam się we znaki na tyle, że szukaliśmy schronienia przed strugami deszczu. Półwysep warto jednak odwiedzić nie tylko, aby uciec przed opadami. Miasteczka Azuero są głównymi ośrodkami panamskiego folkloru. W żadnej innej części kraju nie organizuje się tylu festiwali i nie obchodzi z takim zaangażowaniem karnawału. Imprezom towarzyszy rywalizacja w przygotowaniu barwnych kostiumów, występów, a i mocniejszych trunków nikt sobie specjalnie nie żałuje. Kiedy na półwyspie nie przypada czas fiesty, można zatopić się w powolnym rytmie życia niewielkich, spokojnych na co dzień miasteczek.

Historyczną i kulturalną stolicą regionu (i prowincji Herrera) jest Chitré, największe miasto na Azuero. Niewątpliwie ma ono swój urok, jednak pomiędzy festiwalami nie czeka w nim szczególnie wiele atrakcji. Znajduje się tutaj kilka zabytkowych kościołów oraz Museo de Herrera z pokaźnymi zbiorami sztuki prekolumbijskiej. Pierwszą osadą hiszpańską w regionie była Parita, założona w połowie XVI stulecia. Dziś to niewielkie, spokojne miasteczko uważane jest przez niektórych za jedno z najładniejszych w kraju. Jego centrum wyznacza Kościół św. Dominika Guzmána (Iglesia de Santo Domingo de Guzmán). To jedyna budowla w miejscowości wyższa niż poziom pierwszego piętra. W jej okolicy zbiegają się uliczki z kolorową kolonialną zabudową, która zachowała się w szczególnie dobrym stanie.

Warto odwiedzić również położone nieopodal Pedasí. To niewielkie, urokliwe miasteczko z domami w stylu kolonialnym. Sporą część jego mieszkańców stanowią emeryci, którzy postanowili właśnie tu spędzić resztę życia. W Pedasí możemy cieszyć się licznymi piaszczystymi plażami bez tłumów i kameralnymi knajpkami oraz korzystać z infrastruktury do uprawiania sportów wodnych (surfingu, kitesurfingu, wędkarstwa czy nurkowania). Warto stąd także popłynąć łódką na pobliską wysepkę Iguana.

 

Ze strąków nasiennych puchowca (ceiby) pozyskuje się włókno zwane kapokiem

© Agnies zka Szwed/www.szwedacz.com

 

TU RZĄDZĄ GADY

Isla Iguana oddalona jest od panamskiego wybrzeża o zaledwie ok. 5 km. Ma niewielką powierzchnię (mniej więcej 0,55 km²), jednak miłośnicy gadów, którzy chcieliby je spotkać w naturalnym środowisku, zdecydowanie powinni ją odwiedzić. Jak sama nazwa wskazuje, wyspę z jakiegoś powodu upodobały sobie iguany (a dokładniej legwany czarne i zielone). W jej okolicy żyje ich znacznie więcej niż ludzi. Niektóre z nich są zupełnie dzikie, inne – nieco oswojone. Chowają się w zaroślach lub wygrzewają na nadmorskich skałach. Choć legwany do dziś stanowią jedno ze źródeł mięsa w Ameryce Środkowej i Południowej, a bamboo chicken czy chicken of the tree (jak nazywa się ich mięso) dla wielu jest rarytasem, te z Iguany nie trafiają na miejscowe stoły. W utworzonym w 1981 r. na wyspie rezerwacie (Isla Iguana Wildlife Refuge) kategorycznie zabrania się polowań na wszelką zwierzynę – jaszczurki bywają w nim raczej dokarmiane niż zjadane. I chociaż same potrafią zapewnić sobie pożywienie, nie pogardzą również darowaną przez człowieka miską ryżu. Warto dodać, że gady niesłusznie uważane są za zwierzęta mało kontaktowe. Legwany rozwinęły cały system mowy ciała służący komunikacji między sobą, a także z innymi gatunkami. Poprzez kiwanie głową i ruchy fałdami skórnymi na podgardlu nawiązują i podtrzymują społeczne interakcje.

Na Iguanie roi się też od pustelników. Ze względu na brak pancerza na miękkim odwłoku skorupiaki te ukrywają go w znalezionych muszlach martwych mięczaków. W ciągu swojego życia muszą ich szukać kilka razy, gdyż kiedy urosną, potrzebują większego lokum. Zarówno rozmiar, jak i przydatność pancerza pustelnik bada szczypcami. Ponieważ muszle gwarantują temu skorupiakowi przetrwanie, nierzadko toczy o nie walki.

Spokój wyspy został drastycznie zakłócony podczas II wojny światowej, gdy armia Stanów Zjednoczonych zrobiła z niej poligon artyleryjski. W ramach ćwiczeń na Iguanę i otaczającą ją rafę koralową zrzucano bomby i pociski. Aby oczyścić teren, w latach 90. XX w. zdetonowano dwie bomby, które utknęły w pobliżu pod wodą. I choć na pierwszy rzut oka po tych wydarzeniach nie pozostał już żaden ślad, zachwiały one mocno tutejszym ekosystemem. Na szczęście dziś legwany i inne zwierzęta mają się świetnie, a dzika przyroda wciąż się rozwija.

Osoby planujące wizytę na wyspie muszą być przygotowane na uiszczenie opłaty za przebywanie na terenie rezerwatu. W przypadku przyjezdnych wynosi ona 10 dolarów amerykańskich, obywatele Panamy płacą mniej (4 dolary). Na Iguanie nie można nocować. Nie ma na niej także zaplecza gastronomicznego, dlatego trzeba wziąć ze sobą własny prowiant i zapas wody.

 

Ubrana w tradycyjny strój uczestniczka styczniowej Parady Tysiąca Polleras na Azuero

© Autoridad de Turismo de Panamá/Branly Bruneth

 

LAS DESZCZOWY INACZEJ

To jeszcze nie koniec atrakcji rzadko odwiedzanego półwyspu Azuero. W położonym tu Parku Narodowym Sarigua można zobaczyć las deszczowy w nietypowej, suchej odsłonie. Sam park powstał w 1984 r. i zajmuje powierzchnię 8 tys. ha. Na pierwszy rzut oka jego teren przywodzi na myśl półpustynię. Spaloną ziemię w odcieniu pomarańczowym pokrywają miejscami wyschnięte krzewy. Powietrze jest bardzo gorące i suche. Jak dowiemy się z informacji na ścieżce edukacyjnej, na powstanie tego jałowego krajobrazu miało wpływ wysokie stężenie soli w tutejszej glebie. Niegdyś obszar parku zajmowało morze, które przez wieki cofało się, pozostawiając rozległą, słoną lagunę zwaną albiną. Wiatry wywiewały zalegającą sól, co przyczyniło się do zaniku wegetacji w regionie. Dla wielu Panamczyków Sarigua jest też smutnym świadectwem destrukcyjnego wpływu człowieka na otaczającą go przyrodę. Od XIX stulecia głównym sprawcą postępujących na tym terenie zniszczeń są właśnie ludzie. Latami prowadzili wycinki i wypalanie okolicznej wątłej roślinności, żeby budować farmy, które i tak się tutaj nie utrzymały.

Mimo iż krajobraz parku może wydać się monotonny i budzić nie do końca przyjemne skojarzenia, uważam, że nie warto go omijać. Choćby dlatego, że wizyta w nim stanowi okazję do zobaczenia suchego lasu deszczowego. Na tego typu obszarach ilość opadów deszczu oscyluje w okolicach 1 m rocznie. Jednak przez trzy, cztery miesiące w roku nie spada na nich ani jedna kropla wody. W Parku Narodowym Sarigua taka sytuacja ma miejsce od stycznia do kwietnia. Suszę wzmagają silne, gorące wiatry. Suche lasy deszczowe Azuero są szczególnie narażone na pożary. Często powodują je rolnicy wypalający pola.

Poza tym Park Narodowy Sarigua to również ważny ośrodek kultury prekolumbijskiej. Znaleziono w nim fragmenty przedmiotów sprzed ponad 11 tys. lat. Według archeologów już wtedy istniała tu rybacka wioska, co oznacza, że może być to miejsce najstarszego ludzkiego osadnictwa w Panamie.

 

SPOTKANIE Z HISTORIĄ

Przenieśmy się znów w inny rejon kraju, do prowincji Colón, a konkretnie do Portobelo. To położone na północy Przesmyku Panamskiego, liczące ok. 5 tys. mieszkańców portowe miasto wygląda dziś dość niepozornie. Ruiny okazałych fortów (na czele z Castillo de San Jerónimo, Fuerte de San Jerónimo) pozwalają się jednak domyślać, że w przeszłości odgrywać mogło doniosłą rolę. I tak było w istocie. Portobelo stanowiło niegdyś najważniejszy port na ziemiach obecnej Panamy i uchodziło za jedno z najwspanialszych miast w ówczesnym świecie. To właśnie stąd Hiszpanie wywozili do Europy skarby Inków oraz innych rdzennych mieszkańców Ameryki Środkowej i Południowej. Na grabieże te zazdrośnie spoglądały pozostałe potęgi kolonialne, na czele z Brytyjczykami. Sytuacji nie poprawiały hiszpańskie ataki na angielskie statki. Wszystko to doprowadziło do wybuchu konfliktu. Walki o Portobelo toczyły się kilkakrotnie, a najsłynniejsza z nich znana jest jako wojna o ucho Jenkinsa.

Robert Jenkins był walijskim kapitanem żeglugi. Gdy jego statek Rebecca został zatrzymany w kwietniu 1731 r. przez Hiszpanów u wybrzeży Kuby, wdał się w potyczkę z jednym z hiszpańskich oficerów, który odciął mu ucho. Jenkins zabrał ze sobą odciętą małżowinę i pokazywał w świecie jako dowód na hiszpańskie okrucieństwo. Zwrócił się też do brytyjskich władz o wzięcie odwetu. I choć historia z uchem nie była faktycznym powodem wybuchu wojny, posłużyła za dość dobry pretekst. W listopadzie 1739 r. sześć statków dowodzonych przez admirała Edwarda Vernona rozpoczęło ostrzał Portobelo i po 24 godz. zdobył on miasto. Siły wystarczyło Brytyjczykom na trzy tygodnie okupacji, ale w tym niezbyt długim czasie zniszczyli zarówno forty, jak i wiele budynków, pozostawiając jeden z najwspanialszych portów ówczesnego świata w ruinie. Portobelo podźwignąć się z tego nieszczęścia miało dopiero ponad 170 lat później, po wybudowaniu Kanału Panamskiego.

Zanim jednak miasto spustoszyli Brytyjczycy, padało ono łupem największej i najgroźniejszej pirackiej braci, jaką znały Karaiby – bukanierów. Ich szeregi zasilali ludzie wyjęci spod prawa, a także byli żołnierze czy zbiegowie uciekający przed prześladowaniami religijnymi. Tak zwane Bractwo Wybrzeża organizowało łupieżcze wyprawy i plądrowało kraje czy wyspy w regionie karaibskim. Bukanierzy znani byli z okrucieństwa, szczególnie w stosunku do wszystkiego co hiszpańskie. Bezpieczny przyczółek znaleźli sobie w Port Royal, dawnej stolicy Jamajki. Mogli w nim liczyć na wsparcie lokalnych władz, a mieszkańcy wyspy uważali ich za obrońców i dźwignię miejscowego handlu.

Zdobycie Portobelo, z którego wypływały zagrabione peruwiańskie skarby, stanowiło dla piratów niemałe wyzwanie. Zadania podjął się ochrzczony królem bukanierów Walijczyk Henry Morgan. Osiągnięty sukces zapewnił mu szacunek współbraci i otworzył drogę do wielkiej pirackiej kariery. Jego ludzie zdobyte 11 lipca 1668 r. miasto okupowali przez dwa tygodnie. Spędzili je na piciu i świętowaniu oraz zuchwałych grabieżach, gwałtach i morderstwach. Opuścili Portobelo po wynegocjowaniu okupu w wysokości 100 tys. dolarów hiszpańskich (reales de a ocho). I choć była to kwota jak na tamte czasy bardzo wysoka, bukanierzy wydali ją w iście pirackim stylu – w barach i domach uciech Port Royal. Henry Morgan znany jest dziś przede wszystkim z etykiet jamajskiego rumu nazwanego jego imieniem – Captain Morgan. Produkował ponoć wyśmienity trunek, a jeśli wierzyć producentowi, receptura jego wyrobu od XVII w. nie uległa zmianie. Po tej napaści Portobelo wracało powoli do dawnego trybu życia. W końcu nie był to pierwszy ani ostatni atak, z jakim przyszło mu się zmierzyć. Żaden z nich nie podkopał znacząco pozycji słynnego portu. Uczyniła to dopiero wiele lat później wojna o ucho Jenkinsa.

Dziś w centrum miasta stoi Kościół św. Filipa (Iglesia de San Felipe), który został wzniesiony w drugiej dekadzie XIX stulecia. Jego budynek jest biały, w przeciwieństwie do czczonego w nim Czarnego Chrystusa (Cristo Negro). Tego typu przedstawienie Jezusa stanowi obiekt kultu w wielu krajach Afryki i Ameryki Łacińskiej. Łączy w sobie chrześcijaństwo z wierzeniami lokalnymi. Symbolizuje nadzieję wiernych na nadejście czarnego Mesjasza, który wyzwoli ciemnoskórych ludzi od zła utożsamianego z dominacją białego człowieka. W epoce kolonialnej chodziło głównie o dominację polityczną i ekonomiczną oraz związane z nią niewolnictwo, dziś rzecz tyczy się narzucania wzorców kulturowych.

 

Cayo Coral – malownicza wysepka sąsiadująca z Bastimentos w archipelagu Bocas del Toro

© Autoridad de Turismo de Panamá/Branly Bruneth

 

RAJSKIE ARCHIPELAGI

San Blas i Bocas del Toro to najbardziej rajskie archipelagi Panamy. Na tym pierwszym można nie tylko obcować z dziewiczą przyrodą, ale i zaznajomić się z grupą etniczną Guna (Kuna). Tych 365 wysepek położonych na Morzu Karaibskim należy do autonomicznego regionu Guna Yala (Kuna Yala).

Na północnym zachodzie kraju leży prowincja Bocas del Toro z archipelagiem o tej samej nazwie. To jedno z częściej odwiedzanych miejsc w Panamie, znane przede wszystkim z plaży Red Frog na wyspie Bastimentos, gdzie żyją wytwarzające jad, jaskrawe drzewołazy karłowate, a także plaży z licznymi rozgwiazdami (Playa de las Estrellas, Playa Estrella) na Wyspie Kolumba (Isla Colón). Na Bocas del Toro popularnością cieszy się też deep boarding, szerzej na świecie raczej nie praktykowany. W największym skrócie da się go określić jako nurkowanie za motorówką. Ciągnie ona za sobą człowieka trzymającego się deski przymocowanej do łodzi za pomocą liny. Podczas swoistego podwodnego lotu podziwia się rafy koralowe, ławice egzotycznych ryb i inne skarby Morza Karaibskiego. Należy jednak dobrze opanować manewrowanie trzymaną deską, bo od umiejętnego zwracania jej do góry zależy możliwość złapania oddechu. Do takiego nurkowania warto również założyć odpowiedni strój kąpielowy, gdyż ze względu na dużą prędkość i opór wody zaskakująco łatwo można zgubić ubranie.

Panama to w dalszym ciągu kraj dość mało popularny wśród polskich turystów. Szkoda, że tak się dzieje, bo znajduje się w niej wiele atrakcji. To kraina wspaniałych lasów deszczowych, pięknych wysepek, licznych gatunków flory i fauny oraz urokliwych miasteczek z karaibską duszą. Do tego zamieszkują ją gościnni i życzliwi ludzie, którzy chętnie zaznajomią nas z bogatą kulturą i historią swojej tropikalnej ojczyzny.

 

Wydanie jesień-zima 2018

 

 

Malezja – między sacrum a futurum

ANNA JANOWSKA

<< Jeśli Malezja kojarzyła Wam się do tej pory z leżeniem na plaży, snorkelingiem czy nurkowaniem wśród kolorowych raf i pływaniem z żółwiami, a nie ze scenami rodem z filmów science fiction, nie jesteście na bieżąco! Są tu budowane od fundamentów na potrzeby branży informatycznej cybermiasta kontrolowane przez maszyny, jak w „Pamięci absolutnej”. Jest rozświetlona neonami stolica, w której życie toczy się piętrowo jak w futurystycznym Nowy Jorku z „Piątego elementu”. W nieskażonych cywilizacją lasach rodem z „Avatara” nadal można jednak spotkać tajemnicze gatunki roślin i zwierząt nieznane naukowcom. >>

To niemal 30-milionowe państwo w Azji Południowo-Wschodniej leży nad wodami Morza Południowochińskiego na Półwyspie Malajskim i w północnej części wyspy Borneo. Niepodległość od Wielkiej Brytanii uzyskało w 1957 r. Dziś na czele tego kraju o ustroju monarchii konstytucyjnej stoi król (obecnie Tuanku Abdul Halim), który mianuje premiera. Na początku lat 90. XX w. ze względu na szybkie tempo wzrostu gospodarczego Malezję zaliczono do tzw. azjatyckich tygrysów.

Więcej…

Słoneczna Tajlandia pachnąca przyprawami

MS Borsang s umbrellas-Chiang Mai-036BB

Tajki malujące wzory kwiatowe na parasolkach w wiosce Bo Sang pod Chiang Mai

© TOURISM AUTHORITY OF THAILAND

 

MAGDALENA PINKWART

www.turystyka24.tv

 

Głośna Tajlandia z powietrzem przepełnionym egzotycznymi zapachami ma ponad 3,2 tys. km linii brzegowej. Plaże są tu zwykle usłane białym piaskiem i otoczone wysokimi palmami. Ten obraz rajskiej krainy dopełniają setki malowniczych wysepek, tysiące błyszczących złotem buddyjskich świątyń i dziko żyjące zwierzęta.

 

Wody w zatokach Tajlandii czasem przybierają kolor lazurowy, innym razem bardziej przypominają opalizujący w promieniach słonecznych szafir. Wszystko zależy od tego, czy patrzymy na nie rankiem czy o zachodzie słońca, z wysypanej drobnym piaskiem plaży czy pokładu jachtu, i – oczywiście – od pory roku. Tylko jedno się nie zmienia. Oblewające tajlandzkie wybrzeże wody są zawsze czyste i rozkosznie ciepłe, a kąpiel w nich jest jak seans w luksusowym gabinecie odnowy biologicznej.

 

Podróż po Tajlandii warto rozpocząć właśnie od wizyty w spa. Słynne na cały świat tajskie masaże relaksują jak nic innego. Wystarczy godzina czy dwie terapeutycznego dotyku doświadczonej masażystki, która ugniata skórę rękami albo delikatnie wciera w nią ciepłe, aromatyczne olejki, aby ciało stało się rozluźnione i wypoczęte, a dusza – lekka. Salony oferujące takie usługi znajdziemy tu niemal przy każdej ulicy, w eleganckich willach, ale także na licznych bazarach. Dla turysty z Europy tajskie masaże nie są zbyt dużym wydatkiem. Tutejsi masażyści stosujący wiedzę opartą na wielowiekowej tradycji potrafią zdziałać cuda.

 

RĘCE, KTÓRE LECZĄ

 

Takie właśnie cuda z pewnością będą nam potrzebne po długiej podróży. Jak każda droga do raju wyprawa do Tajlandii nie należy do najłatwiejszych. Ten kraj dzieli od Polski ponad 8 tys. km. Na razie nie ma regularnych bezpośrednich połączeń tradycyjnych linii lotniczych z żadnego polskiego miasta do Bangkoku, choć biura podróży organizują – oczywiście – loty czarterowe: Rainbow do tajskiej metropolii, a Itaka do miasta Krabi (ich ceny zaczynają się od ok. 2800 zł za jedną osobę w obie strony). Polacy muszą zatem na ogół lecieć z przesiadką np. w Zjednoczonych Emiratach Arabskich – Dubaju (Emirates), Katarze (Qatar Airways), Niemczech (Lufthansa), Francji (Air France), Szwajcarii (SWISS), Holandii (KLM), Austrii (Austrian Airlines z Wiednia) czy Rosji (Aeroflot). Ta sytuacja może się wprawdzie niedługo zmienić, bo tajlandzki tani przewoźnik Thai AirAsia X planuje wprowadzić bezpośrednie kursy do Warszawy z lotniska Bangkok-Don Mueang, ale póki co trzeba się pogodzić z tym, że podróż z naszego kraju do tej części Azji trwa zazwyczaj kilkanaście godzin. Do tego dochodzi zmiana strefy czasowej. Pomiędzy Polską a Tajlandią różnica czasu wynosi 5 godz. w okresie letnim i 6 godz. w okresie zimowym. Pierwszego dnia będziemy więc musieli przestawić swoje zegarki do przodu i zmierzyć się z przykrymi objawami jet lagu. Na takie dolegliwości nie ma na nic lepszego niż właśnie relaksujący tajski masaż i filiżanka rozgrzewającej zielonej herbaty z dodatkiem imbiru i mieszanki miejscowych ziół. Potem z nowymi siłami można rozpocząć zwiedzanie, a zdecydowanie jest tu co oglądać. Tajlandia to duży kraj (o powierzchni ponad 510 tys. km²) z wieloma zabytkami i bogatą kulturą. Poza tym znajdują się w nim również rajskie plaże, na których chciałoby się odpoczywać bez końca. Już sam gigantyczny wielopoziomowy Port Lotniczy Bangkok-Suvarnabhumi stanowi przedsmak głośnego, kolorowego, egzotycznego świata, w jakim mamy się zanurzyć. Co chwilę odlatują stąd samoloty do najciekawszych miast i regionów Tajlandii: Chiang Mai, Chiang Rai, Hat Yai, prowincji Krabi czy na wyspę Phuket. Zanim wybierzemy się do jednego z tych wakacyjnych rajów, warto poświęcić trochę czasu, żeby poznać tętniącą życiem stolicę kraju.

 

AZJATYCKIE MIASTO ANIOŁÓW

 

Bangkok to najgorętsza stolica świata, a zarazem obecnie najchętniej odwiedzane miasto na ziemi (przed Londynem i Paryżem). Jego pełna nazwa w języku tajskim brzmi Krung Thep Mahanakhon Amon Rattanakosin Mahinthara Ayuthaya Mahadilok Phop Noppharat Ratchathani Burirom Udomratchaniwet Mahasathan Amon Piman Awatan Sathit Sakkathattiya Witsanukam Prasit, w skrócie Krung Thep, czyli Miasto Aniołów. Żyje tu niemal 9 mln ludzi. Metropolia wystrzela w niebo setkami szklanych wieżowców, które mieszczą klimatyzowane biura i luksusowe hotele. Nad głowami przechodniów śmigają nowoczesne pociągi naziemnej kolei zwanej Skytrain. Tylko one i łodzie na rzece Menam (Chao Phraya) są w stanie uniknąć ciągłych korków. Warto pamiętać o tym, że Bangkok jest także drugim najbardziej zakorkowanym miastem świata (zaraz po stolicy Meksyku). Po plątaninie ulic w gigantycznych zatorach wolno przesuwają się tysiące samochodów. Pomiędzy nimi na pełnym gazie bohatersko przeciskają się setki skuterów i tuk-tuków. Jako kierowca zjeździłam wiele krajów, ale trzy razy zastanowiłabym się, zanim wyruszyłabym na przejażdżkę po tajlandzkiej metropolii. Poruszanie się po Bangkoku wymaga nie tylko niezwykłej sprawności i znajomości topografii miasta, ale też straceńczej odwagi. Z pewnością nie brakuje jej właścicielom tuk-tuków – małych, kolorowych trójkołowych pojazdów z pasażerską przyczepką. Choć niektórzy uważają jazdę pędzącą zmotoryzowaną rikszą bez pasów bezpieczeństwa za czyste szaleństwo, to zdecydowanie obowiązkowa atrakcja podczas każdej wycieczki do Tajlandii, zwłaszcza jeśli podróżujemy większą grupą. Gdy wyruszymy w trasę kilkoma tuk-tukami, ich kierowcy z dziką radością będą się ścigać, wyprzedzać i pogłaśniać azjatycką muzykę rozbrzmiewającą z małych radyjek. To przeżycie jedyne w swoim rodzaju, a koszt przejazdu jest niewygórowany. Trzeba jednak pamiętać, aby ostro negocjować cenę jeszcze przed zajęciem miejsca na siedzeniu pasażera, szczególnie w popularnych wśród turystów rejonach. Kierowców tuk-tuków ponosi nie tylko na drodze, ale także przy podawaniu początkowej kwoty opłaty za swoją usługę.

 

ULUBIENIEC NARODU

 

Pierwsze kroki kierujemy do największej atrakcji turystycznej miasta. Wielki Pałac Królewski jest sercem Bangkoku i stanowi obowiązkowy punkt wycieczki do stolicy. Zdobiony złotymi dachami, okazały kompleks był oficjalną rezydencją królów Tajlandii w latach 1782–1925. Leży w zakolu rzeki Menam, w samym centrum starej części miasta. Warto wybrać się tutaj do Wat Phra Kaew, aby zobaczyć słynnego Szmaragdowego Buddę wykonanego z zielonego jadeitu. Komnata, w której się znajduje, to najświętsze miejsce w kraju, a sama figura – choć niewielka (66-centymetrowa) – robi duże wrażenie. W tym rejonie Bangkoku pełno jest zabytkowych budowli i świątyń. Obok tłumnie odwiedzanych przez turystów obiektów wznoszą się zatopione w zieleni budynki rządowe i rezydencja króla Tajlandii (Amphorn Sathan Residential Hall).

 

Warto pamiętać, że w 2016 r. w wieku 88 lat zmarł ukochany władca narodu. W październiku, w rok po jego śmierci, odbędą się państwowe uroczystości pogrzebowe. Bhumibol Adulyadej, król Rama IX, rządził przez 70 lat, był wielkim reformatorem i dobroczyńcą swoich poddanych. Traktowano go tu jak dobrego ojca, a jego wspomnienie wywołuje u Tajów szczere łzy smutku. Od roku w całym kraju trwa żałoba narodowa, na ulicach rozstawione są zdjęcia władcy przepasane żałobnym kirem, a miejscowi noszą przypięte na piersi czarne wstążeczki. W samolotach tajskich przewoźników puszczane przed lotem komunikaty dotyczące bezpieczeństwa poprzedza informacja o pogrążonym w smutku narodzie. Turyści bywają zaskoczeni tym, że czasem nawet niewinna rozmowa na temat zmarłego króla może doprowadzić rozmówcę do płaczu. Dlatego w trakcie wizyty w Tajlandii należy okazywać szacunek zarówno samemu władcy, jak i wszystkim członkom rodziny panującej.

 

CHRUPIĄCE TARANTULE

 

Choć zajmujący ogromną powierzchnię Bangkok (niemal 1,6 tys. km², czyli mniej więcej trzy razy tyle co Warszawa) nie ma jednego wyraźnego centrum, wszystkie drogi prowadzą turystów odwiedzających miasto na Khao San. Ta głośna, zatłoczona ulica tętni życiem o każdej porze dnia i nocy. Można tu kupić pamiątki, ubrania i biżuterię, pyszne i bardzo tanie jedzenie przyrządzane na miejscu, owoce i świeże soki. Dla śmiałków znajdą się stragany ze smażonymi w głębokim tłuszczu larwami, skorpionami, szarańczami, chrupiącymi świerszczami i olbrzymimi tarantulami. Ci, którzy chcą poczuć dreszcz emocji, ale nie są gotowi na spróbowanie wielkiego pająka, mogą podjąć podobne kulinarne wyzwanie na targu owoców. Sprzedaje się na nim inną ciekawą osobliwość z tej części świata – kolczastego duriana. Ten nazywany królem owoców specjał wydziela mieszaninę woni z publicznej toalety i męskiej szatni pełnej graczy po wyczerpującym meczu. Nieprzyjemny zapach czuć już przez twardą skórę, dlatego sprzedawcy pracujący przy stoisku z durianami zakładają maseczki i rękawiczki, a dojrzałość towaru sprawdzają, tłukąc w niego kijem. Linie lotnicze zakazują przewożenia tego owocu w bagażu podręcznym. Hotelarze twierdzą, że jeśli ktoś zje go w pokoju, to pomieszczenie przez tydzień jest nie do użytku. Mimo tych przykrych doznań zapachowych durian uchodzi za wyjątkowo smaczny specjał wart wszelkich poświęceń… Według mnie przyjemność z jego jedzenia przypomina doznania przy delektowaniu się budyniem waniliowym z czosnkiem, ale najlepiej spróbować owocu samemu i wyrobić sobie własne zdanie.

 

AMERYKAŃSCY ŻOŁNIERZE I ŁAGODNE TAJKI

 

Bangkok- Chakri Maha Prasat Throne Hall

Kompleks Wielkiego Pałacu Królewskiego w Bangkoku

© TOURISM AUTHORITY OF THAILAND

 

Kiedy już nacieszymy się atmosferą Bangkoku, możemy ruszać na spotkanie z największymi atrakcjami kraju. Turyści lubiący plażowanie i luksusowy wypoczynek powinni wybrać się do pobliskiego miasta Pattaya położonego nad Zatoką Tajlandzką. Dziś to nowoczesny kurort z setkami hoteli na wybrzeżu, ale jeszcze w latach 60. XX w. był jedynie skromną wioską rybacką. Potem zaczęli tu przyjeżdżać amerykańscy żołnierze zwolnieni ze służby po walkach w Wietnamie. Chętnie zostawali na długie miesiące skuszeni ciepłymi wodami, świecącym przez cały rok słońcem, ciągnącą się wzdłuż miejscowości plażą w kształcie księżyca, pokrytą drobnym, białym piaskiem, i – oczywiście – niezwykłą urodą i łagodnym charakterem Tajek. Z czasem miejsce przekształciło się w popularny ośrodek turystyczny. W okolicy można nurkować, surfować, pływać na nartach wodnych, żeglować, wędkować, a także wybrać się łodzią na wycieczkę na pobliskie wyspy. Kilkugodzinne rejsy organizują touroperatorzy z Ocean Marina Yacht Club, jednej z najlepszych przystani w całej Azji. Wyprawy luksusowymi jachtami są tutaj znacznie tańsze niż w Europie. Katamaran kołysze się na falach i zawija do cichych zatoczek, gdzie można zeskoczyć do wody i poczuć na własnej skórze jej przyjemne ciepło. Jeśli podpłyniemy bliżej do jednej z zielonych wysepek, spotkamy dziko żyjące małpy, które z wdzięcznością przyjmą od nas podarki w postaci świeżych owoców serwowanych na pokładzie.

 

W Pattai koniecznie trzeba odwiedzić uważany za największy na świecie targ wodny (floating market). Na targowisko składają się łodzie wypełnione po burty owocami i drewniane budynki, w których można spróbować specjałów tajskiej kuchni. Kupimy tu też pamiątki wykonane ręcznie zgodnie z miejscową tradycją. Jeśli zechcemy nieco odetchnąć od upałów, powinniśmy odwiedzić miasteczko FROST Magical Ice of Siam. Pospacerujemy w nim wśród misternych rzeźb z lodu, a przy lodowym barze napijemy się drinków w lodowych szklankach, które możemy potem stłuc o lodową ścianę. Ta atrakcja nie będzie pewnie zbyt zaskakująca dla większości Europejczyków, ale przyjemnie jest popatrzeć na rozemocjonowanych Tajów po raz pierwszy widzących lód nie w szklance z whisky.

 

Chon Buri-Pattaya Beach

Oblegany przez turystów kurort Pattaya nad Zatoką Tajlandzką

© TOURISM AUTHORITY OF THAILAND

 

OŚWIECENIE I WINO

 

Jedną z wizytówek Pattai stanowi bogate życie nocne. Nieopodal centrum miasta rozciąga się ponad 3-kilometrowa plaża (Pattaya Beach). To zagłębie rozrywki z hotelami, restauracjami i galeriami handlowymi. W okolicy leży dzielnica Walking Street z setkami barów i dyskotek, słynąca również z usług erotycznych. Wbrew pozorom w Pattai znajdziemy coś nie tylko dla ciała, ale i dla ducha. Koniecznie trzeba odwiedzić ogromne ekumeniczne Sanktuarium Prawdy, poświęcone różnym odmianom buddyzmu i hinduizmu. Tę bogato zdobioną tysiącami rzeźb budowlę w całości wykonano z drewna, bez użycia gwoździ. Obiekt budowany jest od lat 80. XX w., wciąż jednak nie został ukończony. Zwiedzający muszą zakładać kaski, żeby wejść do środka, a przed sanktuarium mogą z pomocą pracujących tu cieśli wyrzeźbić dłutem własny wzór i pozostawić swój ślad w tym miejscu.

 

Pattaya potrafi także zaskoczyć atrakcjami unikatowymi w skali kraju. Tajlandia nie słynie wszak z regionów winiarskich, nic więc dziwnego, że większość turystów z lokalnych trunków zna jedynie whisky Mekhong (w rzeczywistości bliższą rumowi) czy orzeźwiające piwo Chang. Jednak od kilku lat rozwija się tu produkcja wina, a prawdziwym klejnotem w tym rejonie jest winnica znajdująca się niedaleko Pattai, czyli Silverlake Vineyard. Leży ona w dolinie w cieniu Khao Chi Chan (Góry Buddy) – olbrzymiej skały ze złotym wizerunkiem Buddy. W jej centrum stoi tonąca w kwiatach willa w stylu toskańskim. W tutejszej restauracji serwowane są dania kuchni tajskiej i europejskiej, do których podaje się świetne lokalne wina. Gospodynią winnicy jest znana tajska aktorka Supansa Nuangpirom, a oprócz degustacji urządza się tu wspaniałe imprezy muzyczne. Tuż obok znajduje się otwarty w maju 2016 r. park wodny – Ramayana Water Park, niezwykły kompleks ze zjeżdżalniami, sztucznymi falami, malowniczymi kanałami i wymyślnymi konstrukcjami. Można w nim spędzić relaksujące rodzinne popołudnie.

 

Ko Phi Phi

Widok na niewielką malowniczą zatokę Ton Sai na Ko Phi Phi Don

© TOURISM AUTHORITY OF THAILAND

 

WYSPY ROZKOSZY

 

Zupełnie inna atmosfera panuje w wyspiarskiej części kraju. Do Tajlandii należy kilkaset wysp i wysepek. Są one bardzo zróżnicowane, przyciągają więc rozmaitych turystów. Znajdą tutaj coś dla siebie wielbiciele luksusu, wytrawni backpackerzy, rodziny z dziećmi, osoby spragnione duchowych przeżyć i chcące wypocząć w spokoju w otoczeniu dziewiczej przyrody, a także imprezowicze. Jedną z najsłynniejszych wysp jest Ko Phi Phi Le położona w cieśninie Malakka, łączącej Morze Andamańskie z Południowochińskim. W 1999 r. kręcono na niej sceny do hollywoodzkiej produkcji Niebiańska plaża z Leonardem DiCaprio w roli głównej. Zachęcone tym filmem rzesze turystów zaczęły tu przyjeżdżać w poszukiwaniu raju na ziemi. Tym, którzy preferują gwarną wakacyjną atmosferę, spodoba się pobliska Ko Phi Phi Don, która składa się z dwóch grup wapiennych skał wyrastających z morza, połączonych ze sobą wąskim piaszczystym przesmykiem. Działa na niej mnóstwo hoteli, restauracji, barów, szkół sportów wodnych i dyskotek. Dla osób lubiących ciszę i kontakt z naturą idealna będzie Ko Muk, której nazwa w tłumaczeniu brzmi Wyspa Perłowa. Nie dotarła na nią jeszcze masowa turystyka. Znajdują się tutaj śnieżnobiałe plaże, skały porośnięte dziką roślinnością, plantacje kauczukowców i podwodne jaskinie, do których można dostać się łodzią. Na wyspie leży wioska rybacka, a świeże ryby i owoce morza są na niej znacznie tańsze niż w bardziej zatłoczonych rejonach popularnych wśród turystów.

 

TANIEC W ŚWIETLE KSIĘŻYCA

 

Miłośnicy dzikiej przyrody powinni odwiedzić Ko Phra Thong. Nie ma na niej utwardzonych dróg ani samochodów, a mieszkańcy żyją w tradycyjnych domach wtopionych w naturalne otoczenie. Brak rozwiniętej infrastruktury turystycznej wynagrodzi nam bogactwo fauny i flory. W Parku Narodowym Mu Ko Ra – Ko Phra Thong spotkamy żółwie morskie i makaki, zobaczymy lasy namorzynowe i zanurkujemy w lagunie kryjącej nietkniętą przez cywilizację rafę koralową. Osobom planującym wakacje z dziećmi przypadnie do gustu Ko Lanta. W tej okolicy nie ma głośnych barów i dyskotek, jest za to mnóstwo miejsc, które zachwycą najmłodszych – należą do nich wodospady, jaskinie czy gaje bananowe. Można też przejechać się na słoniu albo odwiedzić bajecznie kolorową farmę motyli.

 

Dla odmiany na Ko Pha Ngan, piątej co do wielkości wyspie Tajlandii (o powierzchni 125 km²), nie spotkamy raczej rodzin z dziećmi, ale natkniemy się na rzesze imprezowiczów. Raz w miesiącu odbywa się na niej największa na świecie i słynna w całej Azji impreza przy pełni księżyca (Full Moon Party). Młodzi ludzie przybywają wówczas z najbliższej okolicy i odległych rejonów kraju, a nawet naszego globu, żeby wziąć udział w tym niezwykłym święcie radości, tańca i muzyki. Nieco skromniejsze imprezy organizuje się na tutejszych plażach każdego dnia.

 

Królową tajlandzkich wysp jest z pewnością najsłynniejsza z nich, czyli Phuket. Jej największe miasto noszące tę samą nazwę (leżące w dystrykcie Mueang Phuket) to najpopularniejszy i chyba najbardziej zatłoczony kurort w Tajlandii. Pełno w nim eleganckich hoteli, klubów, restauracji i... domów uciech. Jednak nawet w tym królestwie cielesności Tajowie nie zapominają o sprawach duchowych. Nad miastem góruje Wat Khao Rang, świątynia z potężną, wysoką na 9 m złotą statuą siedzącego Buddy groźnie spoglądającego na położone w dole zabudowania. Na wyspie Phuket warto również zobaczyć Sanktuarium Dzikiej Przyrody Khao Phra Thaeo, chroniące dziewiczy las deszczowy. Można się tu zagubić w labiryncie egzotycznej roślinności pod koronami drzew sięgających nawet 50 m wysokości. Teren ten zamieszkują m.in. makaki, lamparty czy warany.

 

JEDWAB I SŁONIE

 

Jednak Tajlandia to nie tylko plaże i rajskie wysepki. Aby poznać zupełnie inne jej oblicze, warto wybrać się na północ do Chiang Mai. To jedno z największych miast w kraju (200-tysięczne) różni się zdecydowanie od Bangkoku – czas płynie w nim wolniej, a ludzie żyją znacznie spokojniej. Jego zabudowa w niczym nie przypomina lasu wieżowców typowych dla stolicy. W Chiang Mai większość mieszkańców nadal utrzymuje się z rolnictwa i rzemiosła. Na obrzeżach miasta znajdziemy zakłady, w których ręcznie wytwarza się papierowe parasolki i wachlarze malowane w misterne wzory. Natkniemy się tu także na fabryki słynnego tajskiego jedwabiu, gdzie na własne oczy zobaczymy, jak wygląda proces jego produkcji: od karmienia liśćmi morwy larw, poprzez gotowanie kokonów, aż po ręczne tkanie materiału na drewnianych krosnach. Historyczną część Chiang Mai otaczają pozostałości murów obronnych z bramami skierowanymi w różne strony świata. Nad miastem góruje ukryta wśród tropikalnej roślinności świątynia – Wat Phra That Doi Suthep. To prawdziwe cudo architektury, pełne przepychu, złota i misternych ozdób, a zarazem ważny ośrodek pielgrzymkowy. Z tutejszego tarasu rozciąga się szeroki widok na otoczoną górami równinę, na której leży Chiang Mai, a pomiędzy budynkami przechadzają się mnisi w ceglastoczerwonych szatach. W Tajlandii tradycja nakazuje, aby każdy mężczyzna przynajmniej raz w życiu wstąpił do klasztoru i został wyświęcony na mnicha. W klasztornych murach może spędzić całe życie albo tylko kilka miesięcy. Dopiero po tym doświadczeniu uznaje się go za dojrzałego i zdolnego do zawarcia związku małżeńskiego. Tradycji tej wierni są też tajlandzcy królowie. Mnisi żyją w ascezie, korzystają z darów dostarczanych im przez wiernych.

 

Ponad godzinę drogi od Chiang Mai znajduje się sanktuarium słoni. Elephant Nature Park zajmuje duży teren otoczony zalesionymi wzgórzami, po którym przechadzają się te majestatyczne zwierzęta. Żyją tu na wolności i to one są gospodarzami. Pod okiem opiekunów można karmić słonie świeżymi owocami albo brać udział w ich kąpieli w rzece. W parku dowiemy się także wiele o zwyczajach jego dostojnych mieszkańców. Sanktuarium działa charytatywnie na rzecz ratowania tych pięknych ssaków i dzikiej przyrody.

 

PIEKIELNIE SMACZNE

 

Na koniec kilka słów o tajskiej kuchni, która nie ma sobie równych na świecie i jest jedną z najlepszych i najzdrowszych na naszym globie. Jej podstawą są świeże przyprawy, zioła i warzywa. Niemal w każdym przepisie ważny składnik stanowią mleczko kokosowe, trawa cytrynowa, chili, liście limonki, imbir i kolendra. Naulicznych straganach wszystkie te cuda można kupić za grosze. W upalne dni zamiast niezdrowych przekąsek Tajowie (i odwiedzający Tajlandię turyści) raczą się soczystymi przysmakami wprost z drzewa. Spotkamy tu dziesiątki gatunków dziwnych, egzotycznych owoców, a niektóre nazwy trudno nawet wymówić. Na targach sprzedaje się kolczaste duriany, różowo-zielone pitaje, słodko-kwaśne longany, soczyste mangostany, orzeźwiające rambutany, ciężkie od mleka kokosy, delikatne pomelo i chyba najlepsze na świecie mango. Z tych ostatnich Tajowie robią rewelacyjny deser, niezwykle słodki, choć bez dodatku cukru. Pokrojone w kostkę mango podają z klejącym się ryżem zatopionym w mleczku kokosowym. Zresztą wszystko, co serwuje się w Tajlandii, zarówno na ulicznych straganach, jak i w wykwintnych restauracjach, jest po prostu obłędnie smaczne, czy to piekielnie pikantna zupa tom yum, smakowity makaron pad thai podawany ze słodkawymi orzeszkami, czy różne rodzaje ostrych curry lub dopiero co złowione i szybko przyrządzone owoce morza. Dzięki świeżym składnikom i lokalnym aromatycznym przyprawom potrawy tajskiej kuchni na długo zapadają w pamięć. Dla wielu osób są później jednym z ważnych powodów, aby odwiedzić ten azjatycki kraj ponownie...