SYLWIA JEDLAK

<< Kiedy już nadejdą długie zimowe wieczory wielu z nas marzy jedynie o kubku herbaty i ciepłym kocu lub rozgrzewającej kąpieli. A gdyby tak zanurzyć się w basenie wypełnionym wodą z gorących źródeł, gdy wokół leży biały puszysty śnieg... Tę fantazję można urzeczywistnić na niezmiernie gościnnych, bliskich naszym sercom Węgrzech! >>

Polacy korzystali z dobroczynnego wpływu źródeł termalnych już w średniowieczu, ale zagraniczne  wyjazdy do wód zaczęły się cieszyć większą popularnością dopiero w XVII w. Na tego typu podróże mogli sobie wtedy pozwolić raczej tylko przedstawiciele arystokracji. Do Baden pod Wiedniem (Baden bei Wien) jeździł nawet król Władysław IV Waza (1595–1648). Kuracje lecznicze szybko stały się dla niektórych jedynie pretekstem do towarzyskich spotkań lub alternatywą dla wycieczek do najbardziej znaczących europejskich miast. Sama Izabela Czartoryska (1746–1835), żona księcia Adama Kazimierza Czartoryskiego (1734–1823), jeździła do Spa (obecnie w Belgii) wraz ze swoimi adoratorami. Dziś turystyka uzdrowiskowa razem z sektorem spa i wellness jest dostępna dla każdego i ciągle się rozwija. Coraz częściej podróżujący w celach zdrowotnych uzupełniają swój pobyt w kurortach interesującymi wyprawami krajoznawczymi.

 

Węgierskie uzdrowiska zyskały sobie zasłużoną sławę w Europie. Co więcej, Madziarzy znakomicie potrafili wykorzystać dary, które otrzymali od natury. W całym kraju funkcjonuje mnóstwo ośrodków łączących lecznicze walory źródeł termalnych z relaksującym wpływem zabiegów spa oraz rekreacją w kompleksach basenowych, a za najsłynniejsze centrum uzdrowiskowe śmiało może uchodzić stołeczny Budapeszt, nazywany „miastem-zdrojem”.

 FOT. BUDAPEST THERMAL BATHS AND HOT SPRINGS CO. LTD. Kąpielisko Széchenyi Gyógyfürdő és Uszoda w Budapeszcie

 

Termy hrabiego

Chcecie zobaczyć Węgrów grających w szachy w basenie? W takim razie musicie się wybrać do Széchenyi Gyógyfürdő és Uszóda w malowniczym budapeszteńskim Városliget (Lasku Miejskim). Neobarokowe budynki kompleksu zaprojektował znany miejscowy architekt Győző Czigler (1850–1905). W czerwcu 1913 r. kąpielisko oddano do użytku publicznego. Nazwano je na cześć węgierskiego hrabiego Istvána Széchenyiego (1791–1860), uważanego za jednego z największych mężów stanów w dziejach tego ponad 1000-letniego kraju. Szecska, jak mówią o nim pieszczotliwie budapeszteńczycy, to 15 basenów krytych i 3 zewnętrzne. Tutejsze wody lecznicze pochodzą z dwu odwiertów. Z ich dobroczynnych właściwości można skorzystać zarówno podczas kąpieli, jak i krenoterapii (kuracji pitnej). Poza tym na terenie Széchenyi Gyógyfürdő znajdują się również sauny i łaźnie parowe oraz gabinety masażu.

                Po wizycie w Szecsce warto zwiedzić sam Lasek Miejski ze wspaniałym Vajdahunyad vára (Zamkiem Vajdahunyad), który postanowiono wznieść po uroczystych obchodach 1000-lecia państwa węgierskiego w 1896 r. Zimą niedaleko budowli działa sztuczne lodowisko. W północno-zachodniej części tego popularnego parku leży natomiast budapeszteńskie zoo – jedno z najstarszych na świecie, otwarte już w 1866 r. Wiele jego pawilonów zaprojektowano na początku XX w., w tym najbardziej charakterystyczny Elefántház (Dom Słoni) z niebieską kopułą i wieżyczką w kształcie minaretu. W ogrodzie zoologicznym zobaczymy m.in. największą na ziemi jaszczurkę, czyli warana z Komodo.

FOT. UTAZAS.SKZamek Vajdahunyad w Lasku Miejskim

 

                Miłośnicy sztuki powinni wybrać się do Szépművészeti Múzeum (Muzeum Sztuk Pięknych) i galerii Műcsarnok (nazywanej Pałacem Sztuki), które stoją po dwóch przeciwległych stronach Hősök tere (placu Bohaterów). Oba budynki powstały według planów Alberta Schickedanza (1846–1915) i Ferenca Fülöpa Herzoga (1860–1925). Bogate zbiory muzeum obejmują obrazy tak wielkich artystów, jak np. Giotto di Bondone, Rafael Santi, Tycjan, Canaletto, Antoon van Dyck, El Greco, Diego Velázquez, Francisco Goya, Albrecht Dürer, Claude Monet, Paul Cézanne, Paul Gauguin czy József Rippl-Rónai. Wśród dzieł współczesnych twórców znajdziemy tutaj m.in. kompozycję polskiej rzeźbiarki Magdaleny Abakanowicz Klatka II. W hali Műcsarnok organizowane są dla odmiany wystawy czasowe.

FOT. MAGYAR TURIZMUS ZRT. FOTOTÁRHősök tere to najbardziej znany plac w stolicy Węgier

 

                Jeżeli po relaksującej kąpieli w Széchenyi Gyógyfürdő i zwiedzaniu Lasku Miejskiego oraz okazałego placu Bohaterów poczujemy głód, możemy udać się do słynnej restauracji Gundel (Gundel étterem), zawdzięczającej swoją sławę Karolowi Gundelowi (1883–1956), który przejął lokal w 1910 r. O miejscu tym pisał niegdyś nawet amerykański dziennik The New York Times. Do dziś jeden z typowych węgierskich deserów stanowią Gundel palacsinta (naleśniki à la Gundel) z rumowo-orzechowym nadzieniem i sosem czekoladowym. Te w wersji klasycznej kosztują tu 2400 forintów (ok. 34 zł), płonące – 2800 forintów (mniej więcej 40 zł). Ceny pozostałych dań w karcie, jak na restaurację z ugruntowaną pozycją przystało, są odpowiednio wysokie.

 

Urok secesji

Po drugiej stronie Dunaju, w Budzie, u podnóża 235-metrowego Gellérthegy (Wzgórza Gellérta) wznosi się secesyjny Danubius Hotel Gellért, otwarty w 1918 r. wraz z basenami Gellért Gyógyfürdő. Już w średniowieczu działał jednak w tym miejscu szpital, w którym leczono pacjentów wodą pochodzącą z tutejszych gorących źródeł. Po zdobyciu Budy w 1541 r. ich moc docenili także Turcy. Później kąpielisko otrzymało nazwę Sárosfürdő. Co ciekawe, to tu kontrowersyjna polska artystka Katarzyna Kozyra nakręciła film Łaźnia męska, który zaprezentowała w 1999 r. na 48. Biennale w Wenecji. W Gellért Gyógyfürdő popływamy w basenach w odrestaurowanych kilka lat temu wnętrzach (ozdobionych m.in. piękną porcelanową mozaiką ze znanej fabryki Zsolnay) oraz tych na świeżym powietrzu. Oprócz sesji w saunie czy różnorodnych masaży kąpielisko ma w swojej ofercie także np. okłady błotne.

                Na prawym brzegu Dunaju zachowały się również łaźnie z XVI stulecia, z okresu, gdy Budapeszt okupowali Turcy: Rudas Gyógyfürdő i Király Gyógyfürdő. Posiadają typowe dla ówczesnej architektury tureckiej kopuły oraz ośmiokątne baseny. Mimo iż kompleksy te są mniejsze niż dwa wspomniane wcześniej, to warto do nich zajrzeć choćby po to, aby zobaczyć, jak światło słoneczne wpada do środka przez okrągłe otwory w dachu, usiąść pod jednym z łuków i wyobrazić sobie czasy, kiedy kąpał się w nich pasza Imperium Osmańskiego.

                Samo Wzgórze Gellérta oraz 175-metrowe Várhegy (Wzgórze Zamkowe) i jego okolica stanowią zawsze obowiązkowy punkt wycieczek po stolicy Węgier. Na szczycie Gellérthegy stoją poaustriacka cytadela (Citadella) i Szabadság-szobor (Pomnik Wolności) – sylwetka kobiety trzymającej nad głową liść palmowy. W jego zboczu natomiast znajduje się Sziklatemplom, czyli Kościół Skalny pod opieką ojców paulinów. Wisi w nim replika obrazu częstochowskiej Czarnej Madonny. Budavári Palota (Zamek Królewski w Budapeszcie) majestatycznie góruje nad okolicą. Dzięki swojemu malowniczemu położeniu na Wzgórzu Zamkowym często występuje na pocztówkach i fotografiach z węgierskiej metropolii. Szczególnie pięknie prezentuje się po zmierzchu, gdy wspaniale oświetlony odbija się w wodach Dunaju. W jego budynkach funkcjonują dziś muzea i biblioteka. W pobliżu nie wolno przegapić również Mátyás-templom (Kościoła Macieja) z charakterystycznym dachem z kolorowych dachówek ceramicznych oraz neoromańskiej Halászbástya (Baszty Rybackiej) zaprojektowanej przez Frigyesa Schuleka (1841–1919).

 FOT. MAGYAR TURIZMUS ZRT. FOTOTÁR Pięknie oświetlony budapeszteński Zamek Królewski nocą

 

W Zakolu Dunaju

Jeżeli ktoś marzy o spokojnym wypoczynku z dala od gwarnej metropolii, ale nie chce rezygnować z jakości usług, jakie oferuje stolica, powinien wybrać się do zabytkowego Wyszegradu (węg. Visegrád), który leży ok. 40 km na północ od Budapesztu w niezmiernie malowniczym Zakolu Dunaju (Dunakanyar). Tutejsze znakomite warunki naturalne docenili już starożytni Rzymianie. Pozostałości ich warownego obozu obejrzymy na Sibrik-domb, czyli Wzgórzu Sibrik. Nad miasteczkiem dominuje Fellegvár (Zamek Górny), wzniesiony przez króla Bélę IV (1206–1270) i unowocześniany przez kolejnych władców Węgier. Bliżej brzegu Dunaju dojrzymy sylwetkę XIII-wiecznej Salamon-torony (Wieży Salomona), która miała strzec mieszkańców przed najazdami wroga. Warto także zwiedzić Királyi Palota (Pałac Królewski), a raczej jego fragmenty, zrekonstruowane przez archeologów po odnalezieniu ruin budowli.

                Znakomitym miejscem na kilkudniowy pobyt w Wyszegradzie jest 4-gwiazdkowy Thermal Hotel Visegrád z rozbudowanym i komfortowym Lepence Spa. Skorzystamy w nim m.in. z sauny, łaźni parowej oraz basenów: zewnętrznego, wewnętrznego oraz termalnego. W ofercie tego centrum spa & wellness znajdują się również masaże i zabiegi upiększające. W tzw. tepidarium napijemy się też leczniczej wody wpływającej dobroczynnie na pracę układu trawiennego i nerek. Wyszegradzki hotel to obiekt przyjazny dla rodzin z dziećmi. Posiada basen dla maluchów, dania dla najmłodszych w restauracyjnym menu i specjalny pokój zabaw Némó Klub.

 

Śladami historii

Prawie 65 km na południowy wschód od Budapesztu odkryjemy jedno z najstarszych węgierskich miast, zwane niegdyś po polsku Stołecznym Białogrodem – Székesfehérvár. Chociaż ta dawna siedziba królów została zniszczona podczas najazdu Turków w XVI stuleciu, podniosła się z upadku i obecnie możemy podziwiać w niej wiele wspaniałych zabytków w stylu barokowym, np. zabudowania historycznego centrum czy XVIII-wieczną Katedrę św. Stefana (Szent István-székesegyház). Najstarszym zachowanym obiektem architektonicznym jest tu późnogotycka Szent Anna Kápolna, czyli Kaplica św. Anny. Warto odwiedzić również Püspöki Palota (Pałac Biskupi), przed którym stoi Országalma – pomnik z czerwonego marmuru w kształcie królewskiego jabłka upamiętniający króla Stefana I Świętego (969–1038), oraz muzeum apteczne Fekete Sas Patikamúzeum, prezentujące wyposażenie z XVIII w. i historię apteki prowadzonej na początku przez zakon jezuitów.

                W dniu 31 grudnia 1905 r. otwarto w Székesfehérvárze kąpielisko Árpád Fürdő według projektu Jenő Hübnera (1863–1929). Podobno było to ulubione miejsce relaksu znanej węgierskiej śpiewaczki i aktorki z przełomu XIX i XX w. Lujzy Blahy (1850–1926). Obok ośrodka leczniczego powstał także hotel, jednak różne zawirowania historyczne sprawiły, że we wrześniu 1989 r. oba obiekty zostały zamknięte. Od 2010 r. kąpielisko pełni znów swoją dawną funkcję, a dodatkowo wyposażono je w saunę, komnatę solną i gabinety masażu.

 

Średniowieczne mury

Niewielki Zsámbék zyskał sobie zainteresowanie turystów ze względu na malownicze ruiny XIII-wiecznego kościoła romańskiego, zbudowanego wraz z klasztorem, do którego sprowadzono norbertanów. Patronem świątyni został św. Jan Chrzciciel. Niestety, po trzęsieniu ziemi w 1763 r. budowli nigdy nie odrestaurowano.

                W tym mieście, położonym ok. 30 km na zachód od stolicy Węgier, znajduje się 4-gwiazdkowy Szépia Bio & Art Hotel. Jego goście mogą skorzystać m.in. z dwóch basenów (wewnętrznego i zewnętrznego), sauny fińskiej, czterech kortów tenisowych, sal do gry w squasha oraz siłowni i kręgielni. Oferta nowoczesnej strefy wellness obejmuje masaże (np. z użyciem olejków zapachowych lub alg) czy też sesję aromaterapeutyczną w łaźni parowej. W hotelowej restauracji Nyárfás Étterem zjemy zarówno tradycyjne węgierskie dania, jak i lekkie potrawy zdrowej kuchni.

***

Na Węgrzech istnieje jeszcze bardzo wiele miejsc, w których skarby natury służą poprawie ludzkiego zdrowia i samopoczucia, jak choćby uzdrowisko Hévíz niedaleko Balatonu czy jaskinie krasowe w Miszkolc-Tapolca na północy kraju. W okolicy każdego z nich znajdziemy też mnóstwo rzeczy wartych zobaczenia. Niestety, nie sposób zapoznać się ze wszystkimi węgierskimi atrakcjami podczas jednego wyjazdu. Jednak dzięki temu zawsze będziemy mieli pretekst, aby powrócić na ziemię naszych bratanków przy najbliższej okazji, bo gdy znów zawieje zimny wiatr, na pewno zatęsknimy za tutejszymi wspaniałymi gorącymi źródłami, rozgrzewającą palinką i wyśmienitymi winami oraz ciepłymi i serdecznymi Madziarami.


 

Artykuły wybrane losowo

Dominikana na dużym ekranie

 catedral de america S

Świątynia w Santo Domingo nazywana Pierwszą Katedrą Ameryki

© MINISTERIO DE TURISMO DE REPÚBLICA DOMINICANA

 

MARCIN WESOŁY

www.caribeya.pl

 

Dominikana jest jak naturalne, wielkometrażowe studio filmowe z plenerami zapierającymi dech w piersiach i przepiękną kolonialną zabudową, która idealnie nadaje się na tło. Od lat pamiętają o tym filmowcy, szczególnie ci z Hollywoodu. Swoje dzieła kręcili tutaj Francis Ford Coppola, Sydney Pollack, Robert De Niro czy Andy García. Coraz chętniej z dominikańskich krajobrazów korzystają również lokalni artyści. Warto wspomnieć choćby o filmie „Stróż” („El hombre que cuida”), który w październiku 2017 r. był pokazywany w Polsce w ramach 33. Warszawskiego Festiwalu Filmowego.

 

Wiele znakomitych ujęć, znanych z takich produkcji jak Ojciec chrzestny II (1974) czy Hawana – miasto utracone (2005), powstało właśnie w tym karaibskim kraju. Kiedy trzeba, Dominikana odgrywa także samą siebie bez zbytniego upiększania. Często bywa jednak świetnym dublerem innych miejsc, choćby tych leżących w sąsiedztwie. Działa tu magia kina. Filmową Hawanę, energetyczną stolicę Kuby z czasów Fulgencia Batisty, czyli sprzed rewolucji, z różnych powodów łatwiej uchwycić w… dzisiejszym rozpalonym słońcem Santo Domingo. Dla osób, które wiedzą o tym fakcie, odkrywanie zakątków tego tropikalnego, tętniącego życiem miasta jest jeszcze ciekawsze. Scenerię z filmów bez trudu można rozpoznać, najczęściej odnajduje się ją na obszarze Zona Colonial (Ciudad Colonial). Tędy przemykał m.in. Al Pacino jako Michael Corleone w Ojcu chrzestnym II.

 

Poza stolicą z murami sprzed ponad pięciu wieków prawdziwym rajem dla scenografów filmowych jawi się fascynujący interior Dominikany. Warunki krajobrazowe są w tym kraju szalenie zróżnicowane. Na północy na półwyspie Samaná i na wschodzie w okolicach Punta Cana można usiąść w cieniu rozwichrzonych palm kokosowych, targanych morską bryzą, albo na plaży w kolorze mąki kukurydzianej, z piaskiem równie drobnym jak ona. W centrum Dominikany w dolinie Cibao znajdują się zielone pola ryżowe, jakby żywcem wyjęte z azjatyckich scenerii, rozległe plantacje bananów i szczyty Kordyliery Środkowej wyższe niż Tatry. Stąd wyrusza się pod samą granicę z Republiką Haiti przez dominikański Dziki Zachód – po drodze mija się czerwone ziemie, spłaszczone akacje, suchy busz i kaktusy o kształcie wielkich proc, pod którymi wylegują się ospałe dominikańskie smoki, czyli legwany nosorogie (Cyclura cornuta) i legwany z Hispanioli (Cyclura ricordi). Okolica przypomina meksykańską prerię, znaną z westernów, albo afrykańską sawannę, pokazaną w filmie Pożegnanie z Afryką (1985) Sydneya Pollacka. Może Oliver Stone powinien pójść w ślady Francisa Forda Coppoli i uwiecznić w swoim obrazie The Doors (1991) coś z Dominikany, choćby jaskinie z piktogramami Indian Taíno. Sceny do Czasu apokalipsy (1979) kręcone wzdłuż rzeki Chavón (Río Chavón) wyszły Coppoli wspaniale. Z kolei miejsce, gdzie kokosowe gaje ustępują pola szumiącej trzcinie cukrowej, umiejętnie wykorzystał aktor i reżyser Andy García. W jednej z efektownych scen Hawany – miasta utraconego Ernesto Che Guevara z kompanią rebeldes (rewolucjonistów) wynurzają się z falujących na wietrze zielonych łanów. Dla odmiany zamglone góry w Demokratycznej Republice Konga lub Rwandzie przypomina pasmo Sierra de Bahoruco albo wspomniana Kordyliera Środkowa. Do dawnego Konga Belgijskiego (granego przez Dominikanę) i jego ówczesnej stolicy Léopoldville (w rzeczywistości Santo Domingo) zabiera widza Robert De Niro w wyreżyserowanym przez siebie dramacie Dobry agent (2006). Jak widać Republika Dominikańska jest nieprawdopodobnym, niezmiernie zróżnicowanym krajem, a leży na wyspie Haiti (Hispanioli) odkrytej przez Krzysztofa Kolumba w 1492 r. To ją upodobał sobie najbardziej ze wszystkich. Współcześnie Dominikanę odkrywa się ponownie, intensywnie, również z twórczym nastawieniem, a jednocześnie z ogromną pasją i przyjemnością. Robią to zarówno filmowcy, jak i rzesze turystów.

 

 Samaní 12

Półwysep Samaná słynie z rajskich plaż

© MINISTERIO DE TURISMO DE REPÚBLICA DOMINICANA

 

WSZECHŚWIAT NA ULICY

 

Do Santo Domingo przyjechałem pierwszy raz niemal 11 lat temu. Wszystko wydawało mi się wówczas nowe, świeże, fascynujące, rozszalałe w swoim chaosie, intensywnie rozkwitające, zanurzone w gęstym i lepkim powietrzu, nasyconym jakąś niemożliwą pożądliwością. Było to dokładnie 30 maja, w kolejną rocznicę el tiranicidio – „tyranobójstwa”, czyli zamachu z 1961 r. na Kozła (El Chivo), jak zwano dyktatora Rafaela Leónidasa Trujillo Molinę ze względu na jego nadmierny apetyt seksualny.

 

Doskonale pamiętam tamtą rozwibrowaną gorącem, nasyconą zapachami i wypełnioną odgłosami cykad karaibską noc. Z lotniska do hotelu w dzielnicy Bella Vista w Santo Domingo dotarłem nad ranem. Taksówkarz wiózł mnie do stolicy wzdłuż wybrzeża Morza Karaibskiego, bo tak prowadzi autostrada Las Américas. Czułem zmęczenie długim lotem z Europy, ale pamiętam, że byłem przeszczęśliwy, choć nie wiedziałem jeszcze, co to za uczucie, skąd się ono bierze, jak długo we mnie zostanie. Miałem przed sobą tyle niewiadomych, tyle obcych mi wówczas hiszpańskich słów, tyle wszystkiego w kraju, który dopiero zaczynałem odkrywać. Czekała mnie jakaś przygoda, wiedziałem, że nie będę mógł się jej oprzeć. Napawałem się chwilą. Opuściłem do oporu szybę w oknie i od razu poczułem orzeźwiający zapach morskiej bryzy.

 

Gdy dojechałem na miejsce, było ciemno i podejrzanie cicho, jakbym utrafił w ten ledwie uchwytny wycinek nocy, kiedy Dominikana faktycznie śpi: w końcu posnęli kochankowie na wymiętych prześcieradłach, psy na chłodniejszych patiach, zmęczeni ochroniarze w swoich stróżówkach, a właścicielki pokątnych przybytków rozkoszy pogasiły ostatnie światła. Powietrze stało się parne i wilgotne, zbierało się na deszcz, który potem o świcie uderzył z impetem w asyście rwących niebo grzmotów. Tak przywitało mnie Santo Domingo.

 

Zawsze powtarzam, że w stolicy Dominikany zatrzymuje człowieka ulica. Ten koncept świetnie oddał noblista V.S. Naipaul (Vidiadhar Surajprasad Naipaul) z Trynidadu i Tobago. Wyrosły na Karaibach brytyjski pisarz stworzył niegdyś zbiór znakomitych opowiadań Nasza ulica (oryginalny tytuł Miguel Street), w których sportretował trynidadzki mikrokosmos. Za pomocą wycinka rzeczywistości przedstawił wyspę Trynidad w pigułce wraz z jej barwnym codziennym życiem. Dominikańska ulica także potrafi wciągnąć człowieka w swoje uniwersum, z którego nie chce go później wypuścić. Można to polubić, choć niekoniecznie od razu. Warto jednak poczuć rytm tej nie dającej się opanować latynoskiej codzienności. To przeważnie inna rzeczywistość niż ta, którą znamy. Tu potrzebny jest dystans właściwie do wszystkiego. Znacznie łatwiej odnaleźć się w tym świecie, jeżeli pozwoli się, aby czas płynął wolniej, jak robią to mieszkańcy Karaibów.

 

BUDOWLE NOWEGO ŚWIATA

 

3a

Ruiny XVI-wiecznego Szpitala św. Mikołaja z Bari w stolicy Dominikany

© MARCIN WESOŁY/WWW.CARIBEYA.PL

 

W Santo Domingo nie sposób się nudzić. Ekscytujących wrażeń dostarcza tutaj choćby spacer wśród wspaniałych budynków z czasów kolonizacji Nowego Świata. Do pierwszych obiektów postawionych na wyspie Haiti (dawniej La Españoli) należą Katedra (Catedral Primada de América), Szpital św. Mikołaja z Bari (Hospital San Nicolás de Bari) czy kościół i klasztor dominikański (Iglesia y Convento de los Dominicos). Nie można przejść obok nich obojętnie, bez zachwytów i zadumy. Przecież tędy chodzili kiedyś potomkowie i następcy Krzysztofa Kolumba.

 

Za pomnikiem admirała w parku noszącym jego imię (Parque Colón) wznosi się wspomniana najstarsza katedra w Nowym Świecie. Legenda głosi, że zajęła miejsce małego ascetycznego kościoła, krytego liśćmi palmowymi, gdzie w porze deszczowej zawieszano nabożeństwa. Obiekt, który możemy podziwiać obecnie, postawiono niemal w całości z bloków wapienia. Na dziedzińcu odsłonięto w 2008 r. popiersie papieża Jana Pawła II na pamiątkę jego pierwszej wizyty w Republice Dominikańskiej w styczniu 1979 r. Znacznie wcześniej, bo w 1586 r., wtargnął do Santo Domingo korsarz Francis Drake, który służył angielskiej monarchini Elżbiecie I. Hiszpanie nadali mu przydomek El Draque, co w dawnym języku hiszpańskim miało znaczyć „Smok”. Przezwisko idealnie oddawało jego temperament. Francis Drake spalił i splądrował miasto, a świątynię zbezcześcił, urządzając w niej koszary dla swoich kompanów. Ponoć pełniła również funkcje składu win, rzeźni i więzienia. Nie wiadomo, czy ktoś w niej wówczas w ogóle się modlił, być może tylko niepewni swojego losu skazańcy.

 

Do ruin Szpitala św. Mikołaja z Bari dotrzemy ulicą Hostos (Calle Hostos). Obiekt powstał z inicjatywy Nicolása de Ovando, obrotnego i okrutnego gubernatora Hispanioli i innych kolonii hiszpańskich w Ameryce, który wyjątkowo krwawo rozprawiał się z rdzenną ludnością. Szpital wznoszono etapami przez kilka dekad, począwszy od 1503 r. Budowa finansowana była z datków zamożniejszych mieszkańców kolonii. Na początku stanął tutaj jedynie namiot z pryczami dla kilku osób, gdzie chorych doglądały wolontariuszki. Wreszcie ukończono obiekt, który stanowił później wzorzec architektoniczny dla placówek medycznych powstających w całej hiszpańskiej Ameryce. Niestety, szpital uległ zniszczeniom podczas grabieżczych wypraw Francisa Drake’a, huraganów i trzęsień ziemi i obecnie można podziwiać jedynie jego ruiny. Pośród nich czeka zwiedzających niespodzianka. Zadomowiły się tu rozkrzyczane zielone papugi zwane coticas (Amazona ventralis). Są gatunkiem endemicznym w Republice Dominikańskiej i Haiti. Podobno łatwiej je znaleźć wśród starych miejskich murów niż w tropikalnym lesie. Wypatrywanie tych papug sprawia wiele radości. Łatwo je namierzyć, bo niesamowicie hałasują. To chyba najsympatyczniejsze przedstawicielki dominikańskiej fauny.

 

FILMOWE ODKRYCIA

 

W stolicy Dominikany warto zatrzymać się przez moment u zbiegu ulic Hostos (Calle Hostos) i Mercedes (Calle Las Mercedes). W kolonialnej kamienicy działa tu klimatyczna księgarnia – Librería La Filantrópica. Założył ją przed laty były student prawa Daniel Liberato, który narzekał na brak książek i podręczników z literatury przedmiotu. Obecnie oprócz publikacji prawniczych stoi w niej na półkach mnóstwo innych pozycji, obejmujących choćby dominikańską historię, język czy folklor. Reżyser Francis Ford Coppola na początku lat 70. XX w. kręcił nieopodal jedną z pamiętnych scen Ojca chrzestnego II. Przypomnę, że Santo Domingo zastępowało w niej Hawanę. Sama scena wyglądała następująco: limuzyna Michaela Corleone (w tej roli świetny Al Pacino) hamuje w jednej z wąskich hawańskich ulic (w rzeczywistości to pochyły, kamienny i chyba najbardziej urokliwy odcinek właśnie Calle Hostos na obszarze Zona Colonial). Przejazd blokuje wojsko i policja. Johnny Ola – powiernik i prawa ręka gangstera Hymana Rotha, obeznany z miejscowymi realiami, wyjaśnia, że schwytano wywrotowców. Stoją pod murem z rękami na głowie. Nagle jeden wyrywa się spod lufy karabinu, chwyta któregoś z mundurowych i wpycha go do samochodu ustawionego w poprzek drogi. Wtedy wybucha granat. Samobójczy atak przynosi dwie ofiary. Incydent robi wrażenie na Michaelu Corleone. Na Kubie prawdopodobnie coś się szykuje... W tle widać kawałek parceli odgrodzonej palmami królewskimi, gdzie znajdują się wspomniane ruiny Szpitala św. Mikołaja z Bari. Przyznam, że jako fan mafijnej sagi nakręconej przez Coppolę wielokrotnie odtwarzałem sobie przytoczoną scenę w wyobraźni – kilka lat temu mieszkałem przez jakiś czas po drugiej stronie Calle Hostos.

 

Niesamowite wrażenie wywiera zawsze na zwiedzających majestatyczny kompleks klasztorny dominikanów. Dociera się do niego ulicą Ojca Billiniego (Calle Padre Billini). Najbardziej fotogeniczny fragment budowli stanowi ceglastopomarańczowa fasada zachodnia, zdobiona tuż nad bramą motywem przywodzącym na myśl splecioną winorośl. Kompleks zbudowali mnisi z zakonu św. Dominika, którzy przybyli na wyspę z początkiem XVI w. W 2016 r. minęło 800 lat od powstania tego zgromadzenia. Należeli do niego m.in. żarliwy obrońca praw Indian Bartolomé de Las Casas (wizytował ten klasztor) i inkwizytor Bernard Gui, którego Umberto Eco wprowadził do swojej powieści Imię róży. Ten kościelno-klasztorny przybytek ma ciekawą historię. Za sprawą decyzji papieża Pawła III z 1538 r. funkcjonował w nim pierwszy uniwersytet w Nowym Świecie. Obecnie jego tradycję kontynuuje Uniwersytet Autonomiczny w Santo Domingo (Universidad Autónoma de Santo Domingo, UASD). Mimo licznych klęsk żywiołowych występujących na przestrzeni stuleci mury zachowały się w znakomitej kondycji. Budowlę można podziwiać w pełnej okazałości, zarówno na żywo, jak i w filmowych kadrach. Wykorzystali ją w swoich filmach np. Robert De Niro (Dobry agent) i Andy García (Hawana – miasto utracone).

 

BOHATER I PAŁAC

 4a

Pomnik Juana Pabla Duarte znajdujący się w parku jego imienia

© MARCIN WESOŁY/WWW.CARIBEYA.PL

 

Podczas zwiedzania nie sposób pominąć parku imienia jednego z trzech ojców założycieli Republiki Dominikańskiej – Juana Pabla Duarte (Parque Duarte; pozostałymi dwoma postaciami są Matías Ramón Mella i Francisco del Rosario Sánchez). To miejsce należy zdecydowanie do najprzyjemniejszych zakątków historycznej części Santo Domingo. Można tu odpocząć (albo pograć z miejscowymi w domino, popijając piwo Presidente) w otoczeniu palm, bugenwilli i drzew flamboyán (wianowłostek królewskich), zwanych płomieniami Afryki ze względu na liczne intensywnie czerwone kwiaty (pojawiające się przeważnie w czerwcu). Środek tutejszego placu zajmuje pomnik wspomnianego bohatera walk o niepodległość kraju. Park i jego najbliższe sąsiedztwo również docenili znani filmowcy. W kinowych produkcjach zagrała m.in. poczerniała, przypominająca dom, w którym straszy, kamienica z 1936 r. (dziś wystawiona na sprzedaż) zwana Edificio Elmúdesi. Niegdyś była w niej prywatna klinika. Budynek pojawił się w co najmniej dwóch hollywoodzkich filmach: Hawanie – mieście utraconym i Dobrym agencie. O ile Andy García wykorzystał stare Santo Domingo do odwzorowania stolicy Kuby, o tyle Robert De Niro poszedł jeszcze dalej. Sceny z jego obrazu miały przedstawiać Léopoldville, dzisiejszą Kinszasę, stolicę Demokratycznej Republiki Konga w środkowej części Afryki.

 

Władze Dominikany są jak dotąd przychylne zagranicznym ekipom filmowym. Bez większych problemów wpuszczają je także do własnych siedzib, przede wszystkim do Pałacu Narodowego (Palacio Nacional), gdzie urzęduje prezydent kraju. Przekonali się o tym Francis Ford Coppola, Sydney Pollack i Andy García. W ich filmach charakterystyczny gmach wcielił się w rolę El Capitolio w Hawanie, który przed 1959 r. był bastionem Fulgencia Batisty, dyktatora z Kuby. Trudno o bardziej fotogeniczną lokalizację w Santo Domingo, gdy temat kinowy dotyka wielkiej władzy i polityki. Zawsze ciekawiło mnie, ile mogła kosztować niezbędna w tym przypadku zamiana powiewającej przed pałacem flagi dominikańskiej na kubańską. Siedziba prezydenta Dominikany jest imponująca – gmach w kolorze piaskowym uchodzi za architektoniczną perłę zdominowaną przez styl neoklasycystyczny. Powstał na zlecenie dyktatora Rafaela Leónidasa Trujillo Moliny. Miał odzwierciedlać nieśmiertelne aspiracje wodza. Budowę rozpoczęto dokładnie 27 lutego 1944 r. Chodziło o datę symboliczną – setną rocznicę proklamowania niepodległości Republiki Dominikańskiej (w 1844 r.). Pracę ukończono w ponad trzy lata. Do głównego wejścia pałacu prowadzą masywne schody wykute z szarego marmuru. Strzegą ich lwy z brązu. Dokładnie po tych schodach zbiegał Al Pacino jako Michael Corleone w Ojcu chrzestnym II. Wcześniej, podczas balu noworocznego w pałacu, złożył swojemu bratu Fredowi (który go zdradził) słynny pocałunek śmierci.

 

STOLICA MAŁYCH RADOŚCI

 

W Santo Domingo cieszą również rzeczy drobne, codzienne, czasem niczym się nie wyróżniające. W sklepie na rogu, gdzie dudni muzyka, sprzedają Presidente – najzimniejsze piwo na świecie w oszronionej zielonej butelce, a miejscowi żartują od rana i grają w domino. Radość sprawia też jazda publiczną, wieloosobową taksówką (tzw. carro público) z ośmioma współpasażerami zamiast pięciu, bo w innym przypadku szoferowi nie opłaca się jechać. Tu rzeczywistość ciągle się zmienia, nieprzerwanie kwitnie i marnieje, po czym w niesłychanym tempie odradza się znowu.

 

Nie każdemu podoba się Santo Domingo, nie każdego do niego ciągnie. Turyści często chętniej wybierają Hawanę albo stolicę Portoryko – San Juan. Te miasta, powstałe w podobnych okolicznościach historycznych, stanowią naturalną konkurencję dla stolicy Dominikany. Oczywiście, Santo Domingo potrafi zadbać o siebie. Upiększa się makijażem, raz mocnym i wyrazistym, kiedy indziej stonowanym, bardziej wysmakowanym. Umiejętnie wabi świeżością i zachęca do bliższego poznania. Jednak jednocześnie cierpi na udręki typowe dla latynoskich miast. Bywa także miejscem przytłaczającym: rozgrzanym do bólu, dusznym, głośnym, zaśmieconym. Z różnych stron w niesłychanym natężeniu nacierają na człowieka kaskady dźwięków wydawanych przez sznury pojazdów, dużych i mniejszych, nowych i starych, a często wręcz bezlitośnie zdezelowanych gruchotów, które już dawno powinny dogorywać na złomowisku.

 

Na dodatek w powietrzu czuć drażniące nozdrza spaliny, zapach paliw wyciekających spod reperowanych aut, wyziewy wydobywające się z ujść labiryntów kanalizacji. Te aromaty mieszają się z kolei z orzeźwiającą słoną bryzą znad Morza Karaibskiego i wonią przejrzałych owoców – ananasów, gujaw, mango, kawy parzonej gdziekolwiek i lanej z termosów do małych plastykowych kubków, rarytasów kuchni ulicznej oferowanych na każdym rogu, prania wywieszonego na finezyjnych balkonach, kulek naftalinowych, wilgoci wyzierającej zewsząd, wyganianej przeciągami z ciemnych kątów, liści tytoniowych gotowych do zwijania w skromnych manufakturach, samego dymu popalanych cygar, naperfumowanych ludzkich ciał, lakieru utrwalającego włosy kobiet czy żelu kładzionego na fryzury młodych kawalerów.

 

Santo Domingo pachnie tropikiem. Jest nienasyconym karaibskim miastem z niezbadaną tajemnicą. Z jednej strony pozostaje zatrzymane w odległym czasie, sędziwe, nieco zmurszałe, śniące o kolonialnej przeszłości, o której wyraźnie przypomina, zwłaszcza w trakcie spaceru po historycznym rejonie. Gdzie indziej wydaje się nazbyt nowoczesne, chaotyczne, wyzywające; wypełniają je szklane biurowce, drapacze chmur i gigantyczne bilbordy ze sloganami znanych marek. Oferuje niemal wszystko, czego dusza ludzka zapragnie, o każdej porze, wszędzie. Jeśli przymknie się oko na jego bolączki, potrafi być urocze i zajmujące. Do tego jest miastem wyjątkowo lubianym przez twórców kina, również tego hollywoodzkiego. Jednak nie każdy o tym wie. Często nie są świadomi tego faktu nawet sami Dominikańczycy. Santo Domingo może opowiedzieć sporo zaskakujących historii. Wspaniałe, wykwintne architektonicznie i co ważne pieczołowicie odrestaurowane obiekty z obszaru Zona Colonial zyskują nowe życie, nowe przeznaczenie, nowe uznanie. Trzeba tu dotrzeć, przynajmniej raz, i zobaczyć to wszystko samemu, aby móc potem miło wspominać swoją wizytę, np. podczas filmowego seansu. Bo Santo Domingo zostało uwiecznione przez kino wielokrotnie. Poszukajmy zatem niektórych scenerii z filmów, choćby według wskazówek zawartych w tym artykule. Z pewnością będzie to przyjemne urozmaicenie spacerów po zachwycającej stolicy Dominikany, a jednocześnie swoista filmowa przygoda na gościnnej dominikańskiej ziemi.

 

Malezja – między sacrum a futurum

ANNA JANOWSKA

<< Jeśli Malezja kojarzyła Wam się do tej pory z leżeniem na plaży, snorkelingiem czy nurkowaniem wśród kolorowych raf i pływaniem z żółwiami, a nie ze scenami rodem z filmów science fiction, nie jesteście na bieżąco! Są tu budowane od fundamentów na potrzeby branży informatycznej cybermiasta kontrolowane przez maszyny, jak w „Pamięci absolutnej”. Jest rozświetlona neonami stolica, w której życie toczy się piętrowo jak w futurystycznym Nowy Jorku z „Piątego elementu”. W nieskażonych cywilizacją lasach rodem z „Avatara” nadal można jednak spotkać tajemnicze gatunki roślin i zwierząt nieznane naukowcom. >>

To niemal 30-milionowe państwo w Azji Południowo-Wschodniej leży nad wodami Morza Południowochińskiego na Półwyspie Malajskim i w północnej części wyspy Borneo. Niepodległość od Wielkiej Brytanii uzyskało w 1957 r. Dziś na czele tego kraju o ustroju monarchii konstytucyjnej stoi król (obecnie Tuanku Abdul Halim), który mianuje premiera. Na początku lat 90. XX w. ze względu na szybkie tempo wzrostu gospodarczego Malezję zaliczono do tzw. azjatyckich tygrysów.

Więcej…

Na ścieżkach współczesnych Majów w Meksyku i Gwatemali

NATALIA ŚWIĘCHOWICZ

 

<< Olbrzymia różnorodność Meksyku i Gwatemali onieśmiela podróżnika i zaskakuje go na każdym kroku. Codziennie odkrywa on w tych krajach coś nowego i niepowtarzalnego, spotyka na swojej drodze niesamowitych ludzi i dowiaduje się o zupełnie nieznanych mu wcześniej rzeczach. Może to wszystko sprawia duch Majów, którego obecność wyczuwa się często wśród górskich szczytów, nad taflami jezior, w bujnych lasach i potężnych dolinach, pośród ruin starożytnych piramid i ścian współczesnych chat, a nawet biorąc w dłoń najmniejszy kamień pochodzący z tutejszej ziemi… >>

Hiszpańscy konkwistadorzy widzieli w Nowym Świecie przede wszystkim krainę pełną ukrytych bogactw. Wielkie miasta i wspaniałe budowle, które tu zastali, utwierdziły ich tylko w tej nadziei. Dlatego zagarnęli te ziemie, nie licząc się zupełnie z rdzennymi mieszkańcami i tym wszystkim, co przez wieki zdążyli oni stworzyć. Historii nie da się zmienić, ale z pewnością wielu z nas zastanawiało się często nad tym, jak potoczyłyby się dalsze losy tych indiańskich plemion, gdyby nie zetknęły się z wojskami odkrywców...  

Więcej…