Miejscowość Azenhas do Mar położona na stromym klifie w gminie Sintra
T09ARH1E

© TURISMO DE PORTUGAL/JOSE MANUEL

MAGDALENA BARTCZAK


Przyjazny śródziemnomorski klimat, egzotyczne krajobrazy, różnorodna kuchnia, fascynująca historia, bogactwo architektury, liczne plaże rozciągnięte nad Atlantykiem i ogromna gościnność mieszkańców to tylko niektóre z wielu zalet Portugalii. Ten nieduży kraj pełen turystycznych atrakcji leży na samym krańcu Europy. Dlatego przez długi czas jego terytorium określano mianem „finis terrae”, czyli „koniec świata” bądź „koniec lądu”.


Właśnie tu znajduje się najdalej na zachód wysunięty punkt stałego lądu kontynentu europejskiego – Cabo da Roca, skalisty przylądek położony ok. 40 km od Lizbony, w Parku Naturalnym Sintra-Cascais (Parque Natural de Sintra-Cascais). Od lat pozostaje jedną z najbardziej niezwykłych atrakcji Portugalii. Jest to miejsce magiczne i obdarzone niezaprzeczalnym urokiem, a to m.in. z tego powodu, że przez wieki, aż do pierwszych międzykontynentalnych ekspedycji i odkryć geograficznych było dla Europejczyków symbolicznym końcem znanego im świata. Świadczy o tym chociażby zdanie, które do dziś widnieje na tablicy umieszczonej na tutejszym obelisku. Pochodzi ono z eposu Luzjady autorstwa jednego z najsłynniejszych portugalskich mistrzów pióra, nazywanego księciem poetów, Luísa Vaza de Camõesa (ok. 1524–1580): Tu, gdzie ziemia się kończy, a morze zaczyna.


Najcharakterystyczniejszy punkt przylądka, od którego otrzymał on swoją nazwę, stanowi potężny klif (wnoszący się na 144 m n.p.m.), wspinający się pod niebo nad niespokojnymi wodami oceanu. Ponoć dokładnie tutaj, w miejscu zwanym przez starożytnych Rzymian Wielkim Przylądkiem (Promontorium Magnum), można podziwiać najpiękniejsze i najbardziej spektakularne zachody słońca w Portugalii. Urody Cabo da Roca dodaje zbudowana w 1772 r. latarnia morska (Farol do Cabo da Roca) i samo otoczenie – dziki, nieco opustoszały krajobraz przywodzący na myśl niepokojące obrazy z gotyckich powieści.


ZŁOCISTE WYBRZEŻE

Równie zjawiskowo prezentuje się całe portugalskie wybrzeże. W tym niewielkim kraju (ponad 92 tys. km² powierzchni i niemal 10,5 mln mieszkańców) mnóstwo jest urokliwych nadmorskich miasteczek, klimatycznych wiosek rybackich i pięknych, często nieodkrytych przez turystów plaż. W samej okolicy Cabo da Roca leży np. dzika i otoczona potężnymi skałami Plaża Niedźwiedzia (Praia da Ursa), na której ze względu na utrudniony dostęp raczej nie natkniemy się – nawet w sezonie – na tłumy ludzi. W pobliżu wspomnianego przylądka, także na terenie Parku Naturalnego Sintra-Cascais, znajduje się również rozległa i całkowicie piaszczysta Praia Grande (czyli Wielka Plaża), słynąca m.in. ze znakomitych warunków do uprawiania sportów wodnych. Ich miłośnicy ściągają tu z całego kraju, a przede wszystkim z położonej ok. 30 km na wschód stąd Lizbony.


W sąsiedztwie stolicy wybierzemy się też na dużo innych godnych polecenia plaż, które regularnie trafiają na listy najlepszych tego typu miejsc nie tylko w Portugalii, lecz także w Europie. Wiele z nich znajduje się w miejscowości Cascais. Od Lizbony dzieli ją zaledwie pół godziny jazdy podmiejskim pociągiem. Z założonej w XII w. osady rybackiej zmieniła się ona w elegancki kurort, kuszący uroczymi wąskimi uliczkami, wartym dłuższej wizyty targiem z rybami i owocami morza oraz licznymi parkami, skwerami i muzeami. To właśnie w sąsiedztwie Cascais, w pobliżu XVII-wiecznej fortecy zamienionej w hotel i restaurację (Fortaleza do Guincho) rozciąga się rozległa i złocista plaża Guincho (Praia do Guincho), nieco dzika i pełna soczyście zielonych wydm. Słynie ona z występujących w tym rejonie silnych wiatrów (znacznie łatwiej i przyjemniej jest tutaj więc uprawiać surfing, kite- i windsurfing niż się kąpać) i tego, że kilkakrotnie pojawiła się na dużym ekranie. Najbardziej znaną produkcją, w której posłużyła za scenerię, był jeden z filmów o przygodach Jamesa Bonda – W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości (1969). W tej okolicy brytyjski agent (grany przez George’a Lazenby’ego) ratował z burzliwych fal oceanu piękną Tracy (czyli Contessę Teresę di Vicenzo), kreowaną przez Dianę Rigg.


Mnóstwo cudownych portugalskich plaż – uznawanych za prawdziwe skarby przyrody – kryje również region Algarve, czyli najdalej na południe wysunięta część kraju. Znajdziemy tu m.in. otoczoną skałami, jaskiniami i klifami bajeczną Praia da Marinha czy Praia da Rocha, która zachwyca krystalicznie przejrzystą, lazurową wodą i grotami wyrzeźbionymi w wapieniu przez fale Atlantyku.


PORTUGALSKIE SMAKI

Kolejną zaletą portugalskiego wybrzeża jest niewątpliwie wspaniała kuchnia słynąca z ryb i owoców morza, dostępnych – oczywiście – w restauracjach, sklepikach i supermarketach w całym kraju, ale ze względu na codzienne połowy najlepiej smakujących właśnie nad oceanem. Portugalczycy – obok Islandczyków i Japończyków – należą do społeczeństw spożywających statystycznie najwięcej ryb na świecie (ok. 60 kg na osobę rocznie). Ich narodową potrawę stanowi dorsz (bacalhau), którego podobno przyrządza się tu na ponad 360 sposobów! Prawdziwym kulinarnym skarbem Portugalii są także sardynki (sardinhas), jedna z najpopularniejszych przekąsek. Zjada się je równie chętnie na słono, jak i na słodko.


Mieszkańcy tego kraju przepadają też za wszelkiego rodzaju gulaszami i zupami, a za najbardziej typową pozycję w ich menu uchodzi przysmak, który łączy w sobie te dwa typy dań. Caldeirada, bo o niej mowa, przypomina gęstą zupę rybną przygotowaną m.in. z dorsza bądź halibuta, małż, kalmarów i ostryg. Wydaje się zresztą, że zakochani w owocach morza Portugalczycy dodają je do niemal każdej potrawy. Wystarczy wspomnieć, iż jedno z najpopularniejszych dań mięsnych to porco à alentejana, czyli gotowana wieprzowina z małżami (wieprzowina po alentejańsku). Poza tym wśród mięs królują wołowina i baranina, często podawane w formie grillowanej, w towarzystwie znakomitej tutejszej oliwy (określanej ze względu na swoją wysoką jakość płynnym złotem) i licznych przypraw, m.in. czosnku, goździków i słodkiego pieprzu. Jedno można stwierdzić na pewno: choć miłość mieszkańców Portugalii do wszystkiego, co da się wyłowić z morza, jest od wieków niezmienna, to ich kuchnia szczyci się niezmiernie różnorodnymi smakami i inspiracjami. Przyczyniły się do tego np. panowanie Arabów, wyprawy odkrywcze i kolonizacja obszarów na innych kontynentach. Dziś w portugalskiej sztuce kulinarnej znajdziemy wpływy arabskie, chińskie, japońskie, hinduskie, brazylijskie bądź afrykańskie. To bez wątpienia sprawia, że uchodzi ona za jedną z najciekawszych i najbardziej zróżnicowanych na świecie.


Prawdziwą specjalność Portugalczyków stanowią również znakomite szlachetne trunki, m.in. produkowane na północnym zachodzie kraju vinho verde. Najsłynniejszym tutejszym wyrobem alkoholowym pozostaje jednak porto – najczęściej słodkie (choć zdarzają się także odmiany wytrawne i półwytrawne) wino wzmacniane, powstające w wyniku fermentacji winogron zbieranych na północy, w dolinie rzeki Douro. Zdecydowanie najlepiej smakuje ono w noszącym tę samą nazwę niemal 240-tysięcznym mieście, drugim pod względem wielkości po Lizbonie. W Porto i okolicy działa wiele znakomitych winiarni, do których warto wybrać się na degustację. Na zainteresowanie zasługują choćby te w miejscowości Vila Nova de Gaia (w obszarze metropolitalnym Porto), położone tuż nad rzeką. Rozciąga się stąd wspaniały widok na oba brzegi, a w pobliskim porcie wciąż można natknąć się na tradycyjne drewniane barki wykorzystywane niegdyś do przewozu wina w dół Douro.


CERAMICZNE OBRAZY

Malownicze krajobrazy regionu winiarskiego Alto Douro (Górne Douro)

7842182530 4b9846dd63 o
© PORTO CONVENTION & VISITORS BUREAU

W Porto powinno się spędzić co najmniej 2–3 dni, aby odkryć jego piękno i na spokojnie móc poddać się jego urokowi. Stare portugalskie przysłowie mówi: W Porto pracują, w Bradze się modlą, w Coimbrze studiują, a w Lizbonie wydają. To zdanie świetnie oddaje charakter tego ruchliwego, nieco zabieganego miasta, które od rana do wieczora tętni życiem. Spacer po nim najlepiej będzie rozpocząć od leżącej nad samą rzeką dzielnicy Ribeira, pełnej krętych, klimatycznych uliczek i interesujących zabytków. Do tych ostatnich należą m.in. potężna, a przy tym niezwykle surowa w swojej architekturze Katedra (Sé do Porto) z XII stulecia czy oszałamiający bogatym wystrojem Kościół św. Franciszka (Igreja de São Francisco), ukończony w 1410 r. Warto też skusić się na przechadzkę po ogromnym Mercado do Bolhão – najstarszym w Porto nieprzerwanie działającym targowisku, gdzie od samego rana można kupić przepyszne ryby, owoce morza, warzywa i owoce czy piękne kwiaty. W innym budynku (z 1885 r.), który niegdyś stanowił popularny targ, czyli Mercado Ferreira Borges, znajduje się dziś cieszące się dużym zainteresowaniem centrum kulturalne. Organizuje się w nim spektakle teatralne, happeningi, wystawy i koncerty. Z placu Wolności (Praça da Liberdade) przez aleję Aliantów (Avenida dos Aliados) dotrzemy z kolei do okazałego Ratusza Miejskiego (Paços do Concelho do Porto, Câmara Municipal do Porto), jednego z największych w Europie. Wygląda, jakby miał kilkaset lat, ale jego budowę rozpoczęto w 1920 r.


Ogromne wrażenie robi również pobliski późnobarokowy Kościół św. Ildefonsa (Igreja de Santo Ildefonso), ukończony w 1739 r. Jego fasadę zdobią azulejos – kwadratowe ceramiczne płytki stanowiące znak rozpoznawczy architektury portugalskich miast i miasteczek. Sposób ich wyrobu przywieźli ze sobą Maurowie. Dekorowanie nimi budynków stopniowo rozwinęło się w prawdziwą sztukę. Ułożone z nich mozaiki przedstawiają najczęściej ważne sceny z historii, motywy mitologiczne lub religijne bądź miejskie krajobrazy, kwiaty, drzewa i zwierzęta. Azulejos pokrywają całe ściany, podłogi i place w wielu parkach, pałacach, kościołach i klasztorach, a nawet zwykłych budynkach mieszkalnych.


Jeden z najwspanialszych w Portugalii przykładów wykorzystania tej techniki ozdabiania budowli stanowi Pałac Narodowy w Sintrze (Palácio Nacional de Sintra), położony ok. 25 km od Lizbony. Jego historia sięga jeszcze czasów islamskich, ale swoją współczesną postać zawdzięcza on przebudowom przeprowadzonym w XIV, XV i XVI w. już z inicjatywy portugalskich władców, którzy mieli tu swoją letnią rezydencję. Do dziś pałac ten (zachwycający oszałamiającymi wnętrzami wyłożonymi misterną siatką azulejos) należy do najdoskonalszych w całym kraju obiektów łączących styl manueliński i mauretański. Zdecydowanie zasługuje więc na dłuższą wizytę, podczas której będziemy mogli w pełni docenić jego czar.


STOLICA MELANCHOLII

Arco da Rua Augusta przy lizbońskim placu Handlowym ukończono w 1875 r.
Praca-do-Comercio-I

© TURISMO DE LISBOA VISITORS & CONVENTION BUREAU

Każde miasto świata wydaje się mieć w sobie smutek, z którego nie potrafi się wyzwolić. W pewnych miejscach jest on prawie niezauważalny, w innych stanowi element dominujący, wgryza się w każdy kąt i wypełnia ulice i skwery. Melancholia przenika roztańczone tangiem Buenos Aires, gdzie pojawia się pod postacią mufy. Nad Wiedniem unosi się Traurigkeit. Stambułowi natomiast lirycznej urody dodaje tzw. hüzün, czyli – jak pisał m.in. turecki noblista Orhan Pamuk – rodzaj zbiorowego smutku, na jaki cierpią jego mieszkańcy. Na liście miast, którym czaru i urody dodaje unoszący się w powietrzu melancholijny nastrój, niewątpliwie znajduje się też Lizbona, najdalej na zachód wysunięta stolica kontynentalnej Europy, zamieszkana (wraz z przedmieściami tworzącymi zespół metropolitalny) przez ponad 2,8 mln ludzi. Jej ulice, place i podwórka wydają się przesiąknięte saudade. To słowo, według Portugalczyków nieprzetłumaczalne na inne języki, kryje w sobie tęsknotę za przeszłością, doświadczanie przemijania bądź poczucie braku czegoś, co zostało utracone. Wydaje się, że ten „narodowy smutek”, jak nazywał go jeden z najbardziej znanych portugalskich autorów Fernando Pessoa (1888–1935), najmocniej odczuwalny bywa w Alfamie. Tej dzielnicy nie można ominąć przy okazji wizyty w Lizbonie. Właśnie w tym rejonie znajdują się najstarsze budynki w całym mieście, ponieważ był jedną z nielicznych jego części niedotkniętych przez potężne (i należące do największych w historii ludzkości) trzęsienie ziemi z 1 listopada 1755 r., które niemal doszczętnie zrujnowało stolicę Portugalii.


Do najsłynniejszych tutejszych budowli zalicza się Zamek św. Jerzego (Castelo de São Jorge), górująca nad okolicą twierdza, wzniesiona w połowie XI w. przez Maurów. Forteca pozostawała w ich rękach do października 1147 r. Wówczas w trakcie rekonkwisty odbił ją pierwszy portugalski król Alfons I Zdobywca (1109–1185). W połowie XIII stulecia, gdy przeniesiono stolicę królestwa z Coimbry do Lizbony, zamek stał się siedzibą dworu. Przez pewien okres służył również za koszary i więzienie. Wspomniane trzęsienie ziemi okazało się dla niego tragiczne w skutkach – został wtedy poważnie zniszczony i dopiero w latach 40. XX w. rozpoczęto w nim prace restauratorskie, przywracające mu wcześniejszą świetność i czyniące go wizytówką miasta. Położona malowniczo na wzgórzach Alfama pełna jest nie tylko historycznych atrakcji, ale też stromych brukowanych uliczek. Niektóre są tak wąskie, że niewskazane byłyby próby wjechania w nie samochodem. Wśród nastrojowych zaułków natkniemy się na mnóstwo barów i restauracji z graną na żywo muzyką fado. Narodziła się ona w XIX w. m.in. w tej dzielnicy, wówczas jednej z najuboższych w całej stolicy. Według samych Portugalczyków ten gatunek, określany także mianem portugalskiego bluesa, najlepiej wyraża ich poczucie melancholii i ma charakter trudny do podrobienia poza granicami kraju.


Kolejnym charakterystycznym elementem lirycznego pejzażu Alfamy jest żółty pojazd, który już na dobre stał się wizytówką Lizbony. Mowa o legendarnym tramwaju nr 28 (eléctrico 28). Należy on do starego taboru pochodzącego jeszcze z końca XIX w. i od tego czasu niemal nieprzerwanie służącego lizbończykom. Dla porządku warto jednak dodać, że choć ta linia, zainaugurowana w 1914 r., kojarzona bywa głównie z tą dzielnicą, to tak naprawdę prowadzi również przez inne części miasta, a swoją trasę zaczyna w parafii (freguesia) Campo de Ourique, obok której leży XIX-wieczny Cmentarz Prazeres (Cemitério dos Prazeres), ważne miejsce w stolicy. Po drodze tramwaj nr 28 przejeżdża też np. przez położony w centralnej dzielnicy Baixa reprezentacyjny plac Handlowy (Praça do Comércio) ze wznoszącymi się nad nim pomnikiem króla Józefa I Reformatora (1714–1777) i kamiennym łukiem triumfalnym (Arco da Rua Augusta). To bez wątpienia prawdziwe serce Lizbony. Właśnie tu znajduje się również m.in. najstarsza kawiarnia w całym mieście – Café-Restaurante Martinho da Arcada, która działa nieprzerwanie od kilku stuleci. Stała się ona jednym z ulubionych miejsc spotkań towarzyskich lizbończyków już w styczniu 1782 r.


Z tymi klimatycznymi, zanurzonymi w portowej atmosferze placami, ulicami i lokalami wydaje się kontrastować nowoczesna dzielnica o nazwie Park Narodów (Parque das Nações). Ten obszar rozwinął się pod koniec lat 90. XX w. przy okazji wystawy światowej Expo’98 zorganizowanej w 1998 r. w Lizbonie. Podziwiać tutaj można wiele budynków, które zachwycą nas swoim nowoczesnym minimalizmem. Wśród nich jest największe w Europie Oceanarium Lizbony (Oceanário de Lisboa) ze zgromadzonymi na powierzchni 20 tys. m² ponad 8 tys. stworzeń morskich reprezentujących 500 różnych gatunków. Od momentu powstania w 1998 r. uchodzi za jedną z najwspanialszych atrakcji turystycznych stolicy Portugalii. Inny symbol tutejszej architektury stanowi znajdujący się niedaleko oceanarium słynny most Vasco da Gamy (Ponte Vasco da Gama), łączący wchłoniętą już właściwie przez miasto miejscowość Sacavém z drugim brzegiem Tagu, a ściślej miasteczkami Montijo i Alcochete. Został on oddany do użytku jeszcze przed Expo’98, 29 marca 1998 r., w 500. rocznicę odkrycia drogi morskiej z Europy do Indii przez portugalskiego żeglarza. Rozpięta nad Tagiem konstrukcja robi ogromne wrażenie nie tylko ze względu na swój nowoczesny styl, lecz także rozmiary. Ponte Vasco da Gama ma ponad 17 km długości i 6 pasów ruchu, co czyni go najdłuższym mostem na kontynencie europejskim i jednym z najszerszych.


WIECZNA WIOSNA

Urokliwe miasto Câmara de Lobos

Camara Lobos TS Turismo da Madeira 01
© T. S./TURISMO DA MADEIRA

Portugalię często określa się mianem małego kraju pełnego wielkich marzycieli. To właśnie dzięki nim w przeszłości stała się ona potężnym imperium kolonialnym. Dzięki kolejnym wyprawom i odkryciom takich podróżników jak Ferdynand Magellan (1480–1521) czy Vasco da Gama (ok. 1460 lub 1469–1524) stopniowo poszerzała swoje pozaeuropejskie granice. Była zresztą pierwszym państwem ówczesnej Europy, które organizowało zamorskie podboje. Pierwsza tego typu wyprawa odbyła się w sierpniu 1415 r. i zakończyła się zdobyciem afrykańskiej Ceuty (przejętej później, w 1580 r., przez Hiszpanów). W czasach świetności Portugalia swoimi wpływami sięgała trzech kontynentów i panowała na kilkudziesięciu podbitych terytoriach – od Brazylii przez Mozambik i Angolę oraz znaczącą część Indii aż po tereny Dalekiego Wschodu, w tym m.in. Timor Portugalski i japońskie Nagasaki. Ten europejski kraj najdłużej zachował też swoje kolonie – ostatnim miejscem opuszczonym przez Portugalczyków było miasto Makau, przekazane w grudniu 1999 r. Chinom.


Do takich marzycieli podbijających świat należała również dwójka odkrywców, którzy w 1418 r. podczas jednego z rejsów za sprawą gwałtownego sztormu trafili przypadkiem na wysepkę Porto Santo (42,5 km² powierzchni) w bezludnym wówczas archipelagu leżącym niemal 1 tys. km od Lizbony i mniej więcej 700 km od wybrzeża Afryki. Żeglarze João Gonçalves Zarco (ok. 1390–1471) i Tristão Vaz Teixeira (ok. 1395–1480), do których dołączył Bartolomeu Perestrelo (ok. 1394–1457), służący w portugalskim wojsku, w kolejnych miesiącach przybili do następnych wysp położonych w pobliżu – niedużej Vermeli Fory i największej ze wszystkich (ponad 740 km2 powierzchni) Madery. Ta ostatnia od razu zachwyciła Portugalczyków swoją wielką urodą. Ze względu na wszechobecną soczystą zieleń i liczne drzewa zdecydowanie odróżniała się od innych, bardziej pustynnych rejonów archipelagu. Nazwana przez odkrywców „Wyspą Drewna” (madeira po portugalsku oznacza „drewno”), stała się prawdziwym skarbem rodzącego się portugalskiego imperium i stanowiła odtąd częsty cel kolejnych wypraw. Coraz liczniejsi mieszkańcy Madery, której kolonizacja rozpoczęła się w 1425 r., zaczęli bogacić się na współpracy handlowej nie tylko z kontynentalną częścią kraju, ale też nowoodkrytymi terenami w Ameryce Południowej (w 1500 r. Portugalczycy dopłynęli do brzegów późniejszej Brazylii), a region zyskiwał na znaczeniu.


Choć od tego czasu wiele zdążyło się zmienić, a Portugalia przestała być imperialną potęgą i straciła swoją wysoką pozycję polityczną, to odkryty przez trójkę żeglarzy archipelag do dziś przyciąga swoją egzotyczną urodą. Stanowi nieco zagadkową i trudną do zaklasyfikowania ziemię pogranicza – zagubioną wśród wód Oceanu Atlantyckiego, leżącą między Europą a Afryką, oddaloną o setki kilometrów od wybrzeży obu kontynentów. Ze względu na łagodny klimat nazywa się Maderę „krainą wiecznej wiosny”. Temperatury rzadko osiągają w tym rejonie ekstremalne wartości. Latem wynoszą nie więcej niż 25°C, a zimą – nie mniej niż 20. Dzięki doskonałym warunkom klimatycznym i żyznym wulkanicznym glebom panują tu znakomite warunki do wytwarzania wina madera, które obok porto ma opinię najlepszego w całym kraju. Historia produkcji tego szlachetnego trunku na archipelagu sięga ponad 300 lat wstecz. Obecnie jego sprzedaż jest najważniejszą częścią lokalnej gospodarki zaraz obok turystyki, która z roku na rok coraz bardziej się rozwija, co potwierdza m.in. fakt, że w 2016 r. w głosowaniu organizowanym wśród użytkowników największego na świecie serwisu podróżniczego TripAdvisor Madera, nazywana Perłą Atlantyku, została uznana za jedną z 10 najlepszych wysp w Europie. Czym zasłużyła sobie na taki tytuł? Niewątpliwie jednym z powodów była różnorodność przyrody, która robi tym większe wrażenie, jeśli uświadomimy sobie, na jak małym terytorium się rozwija. Na tym niewielkim lądzie znajdziemy zarówno gęsto zalesione, jak i piaszczyste góry, liczne wodospady i zatoki oraz oszałamiające skaliste klify wznoszące się nad Oceanem Atlantyckim. Najwyższym z nich jest liczący 589 m Cabo Girão, uważany jednocześnie za jeden z największych w całej Europie. Wyjątkowości temu miejscu dodaje zbudowany na nim w październiku 2012 r. szklany taras widokowy, z którego rozpościera się zachwycający widok na okolicę. Słynny klif oraz tutejsze wąwozy i szczyty (m.in. spektakularny Pico Ruivo – 1862 m n.p.m. – i Pico das Torres – 1851 m n.p.m.) są charakterystycznymi elementami pejzażu Madery, ukształtowanej w wyniku serii wybuchów podwodnego wulkanu.


SERCE MADERY

Zapierający dech w piersiach Cabo Girão leży na trasie łączącej dwa najważniejsze miasta na wyspie – Câmara de Lobos i Funchal (stolicę Madery). Pierwsze z nich, niewielkie, 18-tysięczne, położone tuż nad rozciągającą się w dole zatoką, wydaje się miejscem, w którym czas się zatrzymał. Na każdym kroku czuje się w nim, że jeszcze niedawno było skromną i niepozorną osadą rybacką. W porcie do dziś można natknąć się na kutry, których właściciele przed chwilą powrócili z połowów, a na wzgórzach – przespacerować się wśród uroczych białych domków tutejszych rybaków i żeglarzy. To właśnie w Câmara de Lobos znajduje się najstarsza świątynia katolicka na Maderze, wybudowana w 1420 r. Kaplica Matki Boskiej z Conceição (Capela de Nossa Senhora da Conceição). Kilka uliczek dalej przez jakiś czas mieszkał jeden z najsłynniejszych gości, którzy zawitali na tę wyspę, sam brytyjski premier Winston Churchill (1874–1965). Polityk oddawał się tutaj błogiemu odpoczynkowi, ale też rozwijał swoją artystyczną pasję. Zainspirowany otaczającymi go uroczymi krajobrazami uwieczniał je na obrazach.


Z drugim ze wspomnianych miast, liczącym 112 tys. mieszkańców Funchal związane są losy innej osobistości, tym razem ze świata sportu. W nim właśnie (w parafii Santo António) 31 lat temu urodził się słynny piłkarz Cristiano Ronaldo, świeżo upieczony mistrz Europy. O ile o obecności Winstona Churchilla na wyspie świadczy kilkanaście pejzaży i kawiarnia nazwana jego imieniem (w której miał on ponoć godzinami przesiadywać), o tyle osoba popularnego sportowca cieszy się obecnie zdecydowanie większym zainteresowaniem. Pod koniec 2014 r. w centrum Funchal postawiono mu wielki pomnik z brązu, a od trzech lat fanów piłki nożnej i jego samego przyciąga tu poświęcone mu Muzeum CR7 (nazwa pochodzi od pseudonimu Portugalczyka). Placówka szczyci się kolekcją liczącą ponad 150 eksponatów związanych z karierą Cristiano Ronaldo. Składają się na nią m.in. jego pierwsze piłkarskie trofea, prywatne zdjęcia, filmy i figura woskowa piłkarza.


Innym znakiem rozpoznawczym stolicy Madery jest położona w jej historycznym centrum , w dzielnicy Santa Maria Maior, potężna Forteca św. Jakuba (Fortaleza de São Tiago do Funchal), przyciągająca wzrok swoim intensywnie żółtym kolorem. Stanowi nie tylko znakomity punkt widokowy, z którego można podziwiać ocean i dużą część wyspy, lecz także największy na niej raj dla miłośników sztuki. Od 1992 r. w murach twierdzy działa Muzeum Sztuki Współczesnej Funchal (Museu de Arte Contemporânea do Funchal – MACFunchal) prezentujące portugalskie dzieła powstałe w ciągu ostatnich 50 lat. Wśród stromych uliczek dzielnicy São Pedro znajdziemy m.in. renesansowe i modernistyczne wille oraz pałace, ogromny Klasztor św. Klary (Convento de Santa Clara), którego dzieje rozpoczynają się pod koniec XV stulecia, oraz Muzeum Historii Naturalnej (Museu de História Natural do Funchal), najstarszą tego typu placówkę na archipelagu, funkcjonującą już od 1929 r. Równie dużo atrakcji oferuje cała rozległa Zona Velha, czyli najdawniejsza część Funchal, słynąca choćby z tego, że właśnie w jej rejonie wybudowali domy pierwsi osadnicy. Po spacerze wśród XV-wiecznych kamienic warto odwiedzić pobliski Targ Rolników (Mercado dos Lavradores) w przepięknym budynku otwartym w listopadzie 1940 r., utrzymanym w stylu art déco i modernizmu. Zobaczymy tu barwny dziedziniec kwiatowy, wspaniałe dekoracje z płytek azulejos i przejdziemy się między stoiskami z rękodziełem artystycznym i kolorowymi straganami, gdzie będziemy mogli spróbować najbardziej typowych lokalnych przysmaków – egzotycznych owoców, serów, wina, owoców morza i ryb, m.in. suszonego wedle tradycyjnej portugalskiej receptury dorsza (bacalhau). Wreszcie na sam koniec zwiedzania najlepiej zostawić sobie ok. 15-minutową wycieczkę koleją gondolową (Teleférico Funchal-Monte) łączącą Zona Velha z leżącą wyżej parafią Monte. Co ciekawe, ze szczytu można zjechać tradycyjnymi wiklinowymi saniami charakterystycznymi dla Funchal. Kierują nimi mężczyźni w słomkowych kapeluszach. Swoje pojazdy rozpędzają, odpychając się nogami od podłoża. Widok przypominających kosze sań w zestawieniu z nowoczesną kolejką znakomicie oddaje charakter zarówno samej Madery, jak i całej Portugalii, kraju na każdym kroku pełnego niespodzianek i harmonijnie łączącego w sobie melancholijny nastrój ze śródziemnomorską radością życia czy dawne tradycje z nowoczesnością.

Artykuły wybrane losowo

Kenia, Tanzania, Lamu i Zanzibar – 101 cudów Afryki

ELŻBIETA I ROBERT PAWEŁEK

 

<< Dla większości podróżników zakochanych w Czarnym Lądzie Kenia i Tanzania nie mają sobie równych. To kraje bajecznie piękne, magiczne i wciąż dzikie. Warto odwiedzić je szczególnie w porze tzw. Wielkiej Migracji, kiedy rozgrywa się jeden z najbardziej widowiskowych spektakli przyrody na ziemi. Jeśli przy okazji upolujemy aparatem fotograficznym całą Wielką Piątkę Afryki (lwa, słonia, bawoła, nosorożca czarnego i lamparta), nasze safari będziemy mogli zaliczyć do udanych i wyruszyć na zasłużony odpoczynek na afrykańskie wyspy – kenijską Lamu i słynny tanzański Zanzibar – prawdziwe miniaturowe wersje raju. >>

 FOT. KENYA TOURISM BOARD

Terytoria obu państw znajdowały się w swojej historii w granicach kolonii brytyjskiej. O czasach tych przypomina dzisiaj powszechny w sferze oficjalnej język angielski. Rdzenni mieszkańcy Kenii i Tanzanii posługują się jednak suahili, którego główny dialekt unguja pochodzi z wyspy Zanzibar.

Afryka jest mistyczna: dzika, piekielnie upalna, stanowi raj dla fotografujących i myśliwych, krainę utopii dla eskapistów. Jest tym, czego pragniesz, wymyka się wszelkim interpretacjom – pisała w swoich pamiętnikach West with the Night słynna kenijska pilotka urodzona w Wielkiej Brytanii Beryl Markham (1902–1986). Dla pasjonatów nieskażonej natury liczą się tu przede wszystkim dwa miejsca: Maasai Mara National Reserve (Rezerwat Narodowy Masai Mara) w Kenii i Serengeti National Park (Park Narodowy Serengeti) w Tanzanii. Jedną z największych atrakcji są w nich duże ssaki. Jednak ani gepard, ani lew, ani nawet sympatycznie wyglądające, choć groźne w rzeczywistości hipopotamy nie wystawią się nam same do zdjęcia. Niemal na każdym kroku napotkamy za to stada płochliwych oryksów czy żyjące gromadnie zebry, od których aż mieni się w oczach.

Więcej…

W ciepłym toskańskim słońcu

BEATA GARNCARSKA

<< Dzisiejsza Toskania – jedno z najpiękniejszych krajobrazowo miejsc we Włoszech, gdzie zagęszczenie zabytków na 1 km² przekracza wszelkie normy światowe, nazywana była niegdyś Etrurią bądź Tuscią. Od północy graniczy ona z Ligurią i Emilią-Romanią, od wschodu – z zieloną Umbrią i Marche, na południu – z majestatycznym Lacjum z Rzymem, a zachodnie jej krańce oblewają wody Morza Tyrreńskiego. Poza tym należą do niej także Wyspy Toskańskie, m.in. Elba, Giglio, Capraia, Montecristo czy Gorgona. >>

Więcej…

Peru w kolorach tęczy

 

LUCYNA LEWANDOWSKA

WWW.LUCYNA-LEWANDOWSKA.PL

 

Obchody Inti Raymi (Święta Słońca) w Cusco

025518 300

© HEINZ PLENGE PARDO/PROMPERÚ

 

W języku hiszpańskim nazwę „Peru” akcentuje się na ostatnią sylabę, przeciągając nieco literę „u”. W rozmowie z mieszkańcami zawsze warto wspomnieć, że bardzo podoba nam się ich ojczyzna. „Perú, hermoso país” („Peru, piękny kraj”) nie jest wcale jedynie kulturalną formułką, ponieważ to rzeczywiście wspaniałe miejsce na naszym globie, olśniewające niezmiernie zróżnicowanymi krajobrazami i fascynującą kulturą, ale chyba przede wszystkim zachwycające wręcz niesamowitą mozaiką barw.

 

Z podróży w te strony pozostają w pamięci soczysta zieleń Amazonii, błękit Oceanu Spokojnego, pomarańcz i brąz wyżyn oraz wielokolorowe stroje peruanos (Peruwiańczyków). Nic więc dziwnego, że wiphala, symbol kojarzony z imperium Inków (Tawantinsuyu), składa się z kwadratów w siedmiu kolorach. W swojej współczesnej wersji prezentują one spektrum światła widzialnego.

 

Już sam lot z Europy do Peru dostarcza barwnych widoków. Kiedy przemierzymy niebieski Atlantyk, przez kilka godzin przez okna samolotu możemy przyglądać się olbrzymiej puszczy amazońskiej. W pewnym momencie zielony las deszczowy niespodziewanie zamyka potężny łańcuch Andów. Gdy docieramy do mniej więcej 10-milionowej Limy, stolicy kraju, góry nagle ustępują miejsca kolejnemu oceanowi, tym razem Pacyfikowi.


KOLONIALNE MIASTO KRÓLÓW

 

Lima, niegdyś jeden z najbogatszych ośrodków Ameryki Południowej, nazywana bywa też miastem hiszpańskich konkwistadorów. Francisco Pizarro (1478–1541) założył ją prawie 500 lat temu (w styczniu 1535 r.) jako bazę do podboju państwa Inków. Aż do 1824 r. była stolicą Wicekrólestwa Peru. Pierwotnie tytułowano ją Miastem Królów (Ciudad de los Reyes). Mimo wielokrotnych trzęsień ziemi zabytki w Limie zachowały swój kolonialny charakter i wciąż przypominają o jej dawnym bogactwie. Świadczy o tym wpisanie w 1988 r. zabudowy historycznego centrum na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.

 

Najwięcej turystów przyciąga plac Broni (Plaza de Armas, inaczej Plaza Mayor). Nazwę tę nadawano dość często głównym placom w wielu miastach Ameryki Południowej, ponieważ tu podczas najazdów z zewnątrz rozdawano broń ludziom. W tym miejscu znajdują się największe zabytki kolonialne: Katedra (Catedral de Lima) z grobowcem Francisca Pizarra, Pałac Arcybiskupi (Palacio Arzobispal) z pięknymi zdobionymi balkonami i Pałac Wicekrólów, obecnie Pałac Rządu (Palacio de Gobierno), w którym w 1821 r. ogłoszono niepodległość Peru. Obowiązkowo należy również złożyć wizytę w XVII-wiecznej Bazylice św. Franciszka, tworzącej zespół architektoniczny wraz z pobliskim klasztorem (Basílica y Convento de San Francisco) i uchodzącej za jedną z najpiękniejszych budowli sakralnych na kontynencie. Za jej potężną fasadą kryje się wnętrze ozdobione freskami, pozłacanymi ołtarzami i malowidłami. Odwiedzających intrygują jednak przede wszystkim tajemnicze katakumby znajdujące się pod ziemią. Jak twierdzą przewodnicy, pochowano w nich 25 tys. osób. Po obejrzeniu złożonych w kolejnych salach kości i czaszek nabiera się przekonania, że liczba ta wcale nie jest zawyżona.

 

Prowincja Lima przyciąga turystów także nowoczesnym nadmorskim rejonem z widokiem na długie oceaniczne fale, idealne do surfowania. Prym na tym obszarze wiedzie ekskluzywny dystrykt Miraflores, położony praktycznie na skraju klifów. Władze regionu postanowiły stworzyć tutaj zespół parków z rzeźbami, oryginalnymi roślinami oraz ścieżkami do spacerów i uprawiania joggingu. W wysokich wieżowcach działają najlepsze w okolicy restauracje, sklepy, hotele i nocne kluby.

 

Na zainteresowanie zasługuje też limska kuchnia ze specjałem ceviche (cebiche), czyli marynowaną surową rybą podawaną z sokiem z limonki, z dodatkiem cebuli, papryki i soli. Warto zwrócić uwagę, że to tradycyjnie przyrządzane danie można spotkać zarówno w luksusowych lokalach, jak i małych ulicznych budkach. Poza tym limeños (mieszkańcy Limy) uwielbiają pisco – brandy wyprodukowane z winogron. Alkohol ten jest składnikiem koktajlu pisco sour, uznawanego niemal za symbol narodowy Peru.

 

INKASKI ŚWIAT

 

Dawna stolica Inków – Cusco (Cuzco) – leży na wysokości ok. 3400 m n.p.m., pośród łagodnych, najczęściej nagich wzgórz. W oddali wznoszą się przykryte śniegiem monumentalne andyjskie szczyty. Przed udaniem się w ten rejon warto sobie uświadomić, że Peru ze względu na swoje położenie blisko linii równika i zróżnicowane ukształtowanie terenu charakteryzuje się rozmaitymi rodzajami klimatu. W trakcie naszej zimy w tej okolicy bywa jednak dosyć ciepło. Choć nocą temperatura powietrza potrafi spaść do 0°C, to w ciągu dnia, na słońcu, wzrasta nawet do ponad 20°C.

 

Mimo iż blisko 84 proc. mieszkańców kraju posługuje się na co dzień hiszpańskim, ciągle używa się tu kilkunastu języków indiańskich, w tym keczua i ajmara. To właśnie od pochodzącego z tego ostatniego języka wyrażenia qusqu wanka („skała sowy”) wielu etymologów wywodzi nazwę Cusco. Według legendy założył je pierwszy inkaski władca Manco Cápac. Zgodnie z badaniami archeologów Inkowie przybyli tutaj na początku XIII stulecia. Ich ośrodek szybko stał się najważniejszym centrum gospodarczym i kulturalnym regionu, mogącym poszczycić się m.in. nowoczesnym systemem wodno-kanalizacyjnym. Prawdopodobnie stanowi najstarsze miasto na zachodniej półkuli zamieszkane nieprzerwanie do dziś.

 

Czas największego rozkwitu Cusco przypadł na XV w. Trzeba zaznaczyć, że państwo Inków (nazywane Tawantinsuyu, Tahuantinsuyo)liczyło wtedy ok. 14 mln mieszkańców i rozciągało się na terenach należących obecnie do Ekwadoru, Peru, Boliwii, Chile, Argentyny i Kolumbii. Ten wyjątkowy okres skończył się wraz z przybyciem Hiszpanów. W listopadzie 1533 r. Francisco Pizarro podbił miasto. Trzy lata później spalono je, aby stłumić antyhiszpańskie powstanie. Na gruzach Cusco kolonizatorzy postawili nowe budynki. Wznieśli je m.in. z pozostałości po inkaskiej zabudowie. Z biegiem czasu okazało się, że mury konstruowane przez Inków z odpowiednio ociosanych kamieni potrafią przetrwać kolejne trzęsienia ziemi, hiszpańska architektura natomiast często ulegała zniszczeniom i wiele obiektów trzeba było wciąż stawiać od nowa.

 

Do dzisiaj możemy podziwiać tu zarówno budowle konkwistadorów, jak i fragmenty pierwotnego miasta. Centralnym placem jest – oczywiście – Plaza de Armas, przy którym wznosiła się niegdyś świątynia ku czci boga słońca (Coricancha). Stanowiła ważny ośrodek kultu, miejsce koronacji i pochówku inkaskich królów. Obecnie znajduje się w tym rejonie Klasztor św. Dominika Guzmána (Convento de Santo Domingo), w którym obejrzymy pozostałości pierwotnego obiektu. Przy głównym placu stał również pałac XV-wiecznego władcy Inków Viracochy (Huiracocha Inca). Na jego fundamentach wybudowano Katedrę (Catedral del Cusco), symbol nowego miasta. Hiszpanie zakończyli prace nad kościołem po ponad 100 latach. W ich trakcie używali kamieni pochodzących z murów pobliskiej inkaskiej twierdzy Sacsayhuamán. W środku, oprócz bogatych dekoracji, możemy podziwiać m.in. obraz peruwiańskiego malarza Marcosa Zapaty (ok. 1710–1773) przedstawiający ostatnią wieczerzę. W odróżnieniu od europejskich wersji tej sceny na stole przed Jezusem i apostołami autor umieścił półmisek z daniem typowym dla Peru – pieczoną świnką morską (kawią domową).

 

O potędze Inków świadczy wspomniana twierdzaSacsayhuamán,która góruje nad Cusco. Chociaż do dziś przetrwały jedynie jej ruiny, nadal zachwyca turystów. Plan fortecy przypomina kształtem pysk pumy – zygzakowate mury przywodzą na myśl zęby. Została ona wzniesiona z gigantycznych kamiennych bloków idealnie przylegających do siebie bez zastosowania jakiejkolwiek zaprawy. Największe z zachowanych głazów ważą 300–350 t. Budowa twierdzy trwała mniej więcej 50 lat i według badaczy musiało przy niej pracować ok. 20 tys. robotników. Trzeba zdawać sobie sprawę z tego, że Inkowie nie znali koła, nie używali zwierząt pociągowych, a poszczególne kamienie dopasowywali do siebie jedynie za pomocą narzędzi.

 

Spacer ulicami Cusco to także doskonała okazja do przyjrzenia się niezwykłym ubraniom jego mieszkańców, łączącym tradycyjne elementy stroju ludowego z wpływami hiszpańskimi. W wielu rejonach Peru typowym kobiecym ubiorem jest suto marszczona, wielowarstwowa spódnica sięgająca kolan, ściągnięta szerokim i bogato zdobionym pasem. Zamiast torebek czy plecaków Peruwianki używają kolorowych, pasiastych tkanin zwanych mantami. Noszą w nich m.in. warzywa, drewno i… dzieci. Mężczyźni ubierają się na ogół po europejsku, choć można spotkać też panów w klasycznych, barwnych poncho. W okolicy Cusco i jeziora Titicaca dopełnieniem zarówno damskiego, jak i męskiego stroju są kapelusze podobne do meloników, zapewne pozostałość po hiszpańskich kolonizatorach.

 

SZLAKIEM INKÓW

 

Mimo iż dawna stolica Inków leży ok. 450 km w linii prostej od wybrzeża, a ze względu na ukształtowanie terenu od Pacyfiku dzieli ją trasa o długości ponad 650 km, to ryby złowione w oceanie trafiały świeże na stół ich władcy. Dzięki rozbudowanemu systemowi szlaków specjalnie przeszkoleni gońcy (chasquis) mogli przemieszczać się bardzo szybko. Również i dzisiaj turyści mają okazję docenić wielkość rozwijającej się w tym regionie cywilizacji.

 

Odtworzona kamienna Droga Inków (Camino Inca), wiodąca w dolinie Urubamby na północny zachód od Cusco, należy bez wątpienia do najpiękniejszych tras turystycznych świata. Dziennie wpuszcza się na nią maksymalnie tylko 500 osób, a rezerwacji trzeba dokonywać kilka miesięcy wcześniej z uwagi na dużą liczbę chętnych.

 

W ciągu od 2 do 5 dni przechodzi się zarówno przez las deszczowy z niezliczoną ilością egzotycznych kwiatów i ptactwa, jak i przez wysoko położone przełęcze, z których najwyższa to Warmiwañusqa (4200 m n.p.m.). Na odpoczynek uczestnicy wyprawy zatrzymują się w inkaskich ruinach, robiących imponujące wrażenie pośród górskiego krajobrazu. Zwieńczeniem całej wędrówki jest wizyta w najbardziej znanym mieście Inków – Machu Picchu (ok. 2430 m n.p.m.).

 

TAJEMNICA Z PRZESZŁOŚCI

 

Do słynnego ośrodka w Andach można dotrzeć nie tylko pieszo, ale także pociągiem PeruRail z Cusco. Dojeżdża się wówczas do miejscowości Aguas Calientes, skąd dalej o własnych siłach bądź autobusem należy udać się już bezpośrednio do zapierających dech w piersiach ruin.

 

Inkowie wznieśli kompleks Machu Picchu w połowie XV w., kiedy ich cywilizacja znajdowała się u szczytu potęgi. Mieszkali w nim zaledwie przez ponad 100 lat. Z nieznanych nam przyczyn opuścili miasto w 1572 r. Być może zrobili to ze względu na szerzącą się epidemię jakiejś choroby, brak wody lub stopniowy upadek państwa spowodowany hiszpańską inwazją, chociaż mimo niewielkiej odległości od Cusco (ok. 130 km), konkwistadorzy nigdy tu nie dotarli. W ciągu kolejnych 350 lat górskie ścieżki prowadzące do ośrodka zarosły, a wśród kamiennych budowli zaczęła rządzić natura. O istnieniu miejsca wiedzieli nieliczni Indianie. Dla świata odkrył je amerykański naukowiec Hiram Bingham III (1875–1956) 24 lipca 1911 r.

 

Otoczenie Machu Picchu wygląda niemal bajkowo. Miasto powstało na wysoko położonym siodle (ponad 2400 m n.p.m.), pomiędzy Młodym Szczytem (Huayna Picchu lub Wayna Picchu, ok. 2700 m n.p.m) a Starym Szczytem (Machu Picchu). W dolinie leżącej 400 m niżej wije się rzeka Urubamba, a stoki wokół porastają bujne lasy. Inkowie wykorzystali naturalne ukształtowanie terenu i rozplanowali swój ośrodek na tutejszych skalnych półkach. Do domów i pól uprawnych na specjalnie przygotowanych tarasach woda docierała licznymi kanałami tworzącymi razem rozbudowany system. Wszystkie budowle, zarówno mieszkalne, jak i te o znaczeniu religijnym, wzniesiono z ciosanych i dobrze dopasowanych kamieni.

 

Indianie zastosowali tu też swoją wiedzę dotyczącą astronomii. W Świątyni Trzech Okien (Templo de las Tres Ventanas) promienie słoneczne wpadają do wnętrza tylko w określonych porach dnia. Umieszczony natomiast na niewielkim wzgórzu kamień Intiwatana prawdopodobnie służył kapłanom jako kalendarz i zegar astronomiczny.

 

Do dziś badacze nie są pewni, jakie znaczenie miało Machu Picchu w inkaskim imperium. O wyjątkowości miasta świadczy nieduża liczba jego mieszkańców (prawdopodobnie żyło w nim od 300 do 1 tys. osób) i fakt, że na tutejszej nekropolii odkryto dużo więcej grobów kobiet niż mężczyzn. Być może stanowiło ono ośrodek religijny, na co wskazywałyby liczne obiekty kultu.

 

Widok na Machu Picchu z charakterystyczną sylwetką Huayna Picchu

022330 300

© PILAR OLIVARES/PROMPERÚ

 

LINIE NA PUSTYNI

 

Większość turystów odwiedzających Machu Picchu bywa tak zachwyconych oszałamiającymi widokami, że uznaje je za jedno z najwspanialszych stanowisk archeologicznych na świecie. Warto jednak zdawać sobie sprawę z tego, iż Inkowie byli nie tyle twórcami, ile spadkobiercami ludów andyjskich, żyjących znacznie wcześniej. Na terytorium dzisiejszego Peru rozwijały się po sobie kultury Vicús, Chavín, Cupisnique, Pucará, Recuay, Cajamarca, Lima, Huarpa (Warpa), Lambayeque (Sicán), Nasca (Nazca), Paracas, Tiahuanaco, Wari (Huari), Pachacámac (Pacha Kamaq), Chincha, Chachapoyas, Colla, Lupaca, Chiribaya, Maranga, Huamachuco, Huanca (Wanka), Chancay, Moche (Mochica) i Chimú. Do naszych czasów przetrwało dostatecznie wiele obiektów i przedmiotów świadczących o wielkich umiejętnościach i twórczej wyobraźni ich autorów. Są wśród nich zarówno monumentalne budowle, jak i wymyślne wyroby ze złota.

 

Do najbardziej niezwykłych przykładów starożytnej architektury krajobrazu należą ogromne znaki utrwalone na płaskowyżach oddalonych o ok. 90 km od wybrzeża Peru. Największe ich zagęszczenie znajdziemy w pustynnym rejonie Pampas de Jumana, między miejscowościami Nasca (Nazca) i Palpa. Tajemnicze linie i rysunki powstawały między VI w. p.n.e. a VI stuleciem n.e. Na temat ich pochodzenia i przeznaczenia wysunięto mnóstwo hipotez, a niekiedy wręcz sensacyjnych teorii. Znalezione w pobliżu przedmioty identyfikowane z kulturą Nasca mogą świadczyć o tym, że znaki te były dziełem mieszkańców tej okolicy. Według badaczy do stworzenia większości rytów wystarczyło tylko kilku ludzi wyposażonych w tyczki i sznurek jako prosty przyrząd mierniczy oraz miotłę. W jakim jednak celu powstały te osobliwe wzory, zapewne nigdy się już nie dowiemy.

 

Wyróżnia się tutaj szczególnie kilka rysunków, takich jak m.in. przedstawienia kolibrów, kondorów, czapli, żurawia, pelikana, mewy, papugi, małpy, pająka, ślimaka, psa, 27-metrowego walenia, węża, ryby, kaktusów i kwiatów. Ze względu na ich gigantyczne rozmiary geoglify te w całości można podziwiać wyłącznie z dużej wysokości, np. podczas lotu samolotem. W nieodległej miejscowości Nasca organizowane są tego typu wycieczki dla chętnych.

 

KRAINA SZEŚCIOTYSIĘCZNIKÓW

 

Z pustynnego płaskowyżu przenosimy się dla odmiany w ośnieżone Andy. Białe szczyty, ostre słońce i lazurowe jeziora – tym właśnie charakteryzuje się Park Narodowy Huascarán (Parque Nacional Huascarán), który dzięki swojej wyjątkowości został wpisany w 1985 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Znajduje się w nim na obszarze 3400 km² 296 akwenów, 41 rzek, ponad 660 lodowców i 27 sześciotysięczników, w tym najwyższa góra Peru, czyli Nevado Huascarán (6768 m n.p.m.), stanowiąca cel spragnionych wrażeń miłośników wspinaczki.

 

Na tym obszarze wyróżnia się siedem stref roślinnych: od wilgotnych lasów po formacje wysokogórskie. Rośnie tutaj np. kantuta (Cantua buxifolia), uznawana za narodowy kwiat Peru. Spośród żyjących w tych stronach zwierząt warto wymienić andoniedźwiedzia okularowego (niedźwiedzia peruwiańskiego), który jest jedynym gatunkiem z rodziny niedźwiedziowatych występującym w Ameryce Południowej.

 

Nie tylko amatorzy turystyki wysokogórskiej znajdą w parku coś dla siebie. Niektóre jego malownicze zakątki da się zwiedzić w ciągu jednego dnia, zarówno podczas wycieczki pieszej czy rowerowej, jak i wyprawy na mule.

 

LIŚCIE KOKI W FILIŻANCE

 

W trakcie przemierzania płaskowyżu Altiplano na pewno zauważymy, jak powszechnie miejscowi spożywają liście koki. W Peru można je kupić legalnie za niewielkie pieniądze na każdym targowisku, nierzadko nawet w sporych workach. Ludzie zamieszkujący te tereny już 8 tys. lat temu żuli kokę m.in. dlatego, że dzięki temu odczuwa się mniejszy głód, a wędrówka, dźwiganie bagażu lub wykonywanie innych czynności na dużych wysokościach nie wymagają tyle wysiłku co zazwyczaj.

 

Krzew kokainowy (Erythroxylum coca) odgrywa istotną rolę w kulturze andyjskiej. Jego liście, przypominające kształtem liście laurowe, ofiarowywane były bogom, a w czasach Inków używały ich głównie klasy uprzywilejowane. Ponad 100 lat temu (od 1885 do 1929 r.) wykorzystywano je do produkcji coca-coli. Obecnie mieszkańcy andyjskich wyżyn żują kokę i sporządzają z niej napar zwany mate de coca (lub té de coca). Napój ten (zwalczający objawy choroby wysokogórskiej), traktowany jak herbata, podawany jest nawet w ekskluzywnych hotelach. Liście z krzewu kokainowego stanowią też dodatek do tutejszych ciastek i cukierków. Warto pamiętać, że turyści mogą bez przeszkód wywozić z kraju tego typu produkty, ale nie samą roślinę.

 

WEŁNA BOGÓW

 

Stepowe płaskowyże Peru, pokryte niską roślinnością, są naturalnym środowiskiem życia dla bardzo sympatycznych i pożytecznych dla człowieka zwierząt. Lamy andyjskie, alpaki i wikunie andyjskie (wigonie) należą do jednej rodziny wielbłądowatych. Z daleka wyglądają podobnie, jednak alpaka trochę bardziej przypomina owcę, wikunia z kolei jest z nich wszystkich najbardziej smukła. Słowo llama (polskie „lama”) wywodzi się z języka keczua. Hiszpanie tłumaczyli je jako„owca”. Później za pośrednictwem języka hiszpańskiego wyraz przyswoili sobie inni mieszkańcy Europy.

 

Wikunie w Peru objęte są ochroną. Na trasach przelotowych, z dala od miast, można zobaczyć znaki informujące o ich występowaniu. W takich okolicach na drogach umieszczono specjalne progi spowalniające ruch samochodowy ze względu na pasące się zwierzęta. Lamy i alpaki w Ameryce Południowej odgrywały ważną rolę w gospodarstwie już ponad 5 tys. lat temu. Trzymano je dla pozyskiwanej z ich sierści przędzy oraz dobrego mięsa, które zawiera bardzo dużo białka i jednocześnie zaskakująco mało cholesterolu i tłuszczu. I choć hodowla lam bardziej się rozpowszechniła, to jedynie wełnę z alpak nazywa się wełną bogów.

 

Już w czasach Inków takie wełniane tkaniny kojarzono z luksusem, a ubrania z nich wykonane nosiła inkaska arystokracja. Także i dzisiaj tego typu odzież sporo kosztuje, ponieważ sama przędza jest wyjątkowo miękka, delikatna i lekka, a zrobione z niej rzeczy są trzy razy cieplejsze niż te z włókien owczych i trzykrotnie bardziej odporne na ścieranie. O niezwykłej wytrzymałości materiału mogą zaświadczyć odkrycia archeologiczne. W peruwiańskich grobowcach znaleziono przedmioty z wełny z alpak pochodzące jeszcze sprzed narodzin państwa Inków.

 

Wysepki Uros na jeziorze Titicaca

020838 300

© JUAN PUELLES/PROMPERÚ

 

DRYFUJĄCE WYSPY

 

Jeśli udamy się w góry na granicy z Boliwią, będziemy mogli podziwiać wyjątkowy krajobraz, który tworzą dwa pasy przepięknego błękitu przedzielone brązowymi wzgórzami i błyszczącymi od śniegu szczytami. Takie widoki zapewnia Titicaca – najwyżej położone żeglowne jezioro świata (3812 m n.p.m.). To również drugie co do wielkości jezioro w Ameryce Południowej (po Maracaibo w Wenezueli). W najszerszym miejscu mierzy niemal 80 km, a jego całkowita powierzchnia wynosi ok. 8400 km². Jest więc ok. 74 razy większe od polskich Śniardw.

 

Główne miasto w tym rejonie – 150-tysięczne Puno – stanowi bardzo dobrą bazę wypadową do poznawania okolicy. W porcie warto zobaczyć historyczną kanonierkę Yavarí, która została zbudowana w Wielkiej Brytanii w 1862 r., a potem w częściach dotarła nad Titicacę. Statek złożono ostatecznie w 1870 r. Był wykorzystywany przez ponad 100 lat (do 1975 r.).

 

Największą atrakcją jeziora są jednak wyspy Uros (Urus) z trzciny totora, które mogą… pływać (na terytorium Peru istnieje ich ponad 20). Kiedyś swobodnie dryfowały, terazprzycumowuje się je w jednym miejscu. Sama roślina przez wieki była podstawowym produktem dla tutejszej ludności. Indianie Uro (Uru) przygotowywali z niej herbatę, jedli słodki rdzeń, dorzucali ją do paleniska. Dzisiaj wciąż z trzciny buduje się domy i łodzie (tzw. caballitos de totora) oraz wyrabia meble i pamiątki. Średnio co trzy miesiące na zgniłe fragmenty wyspy kładzie się nową warstwę liści i łodyg. Po ok. 20 latach całą konstrukcję trzeba wymienić.

 

Część regionu pozostaje zamieszkana. Indianie żyją tu głównie z rybołówstwa, choć turystyka staje się coraz ważniejszym źródłem ich dochodów. Miejscowi często porzucają język uro (uru) na rzecz ajmara czy hiszpańskiego.

 

Na jeziorze znajdują się też naturalne wyspy. Taquile słynie z wyrobu tkanin. W 2008 r. ta sztuka została wpisana oficjalnie na Listę Reprezentatywną Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Jej mieszkańcy (taquileños) aż do lat 50. XX w. żyli w niemal całkowitej izolacji, dzięki czemu wciąż łączy ich silne poczucie wspólnoty. Noszą typowe jedynie dla Taquile stroje. Kobiety zakładają czarne lub czerwone spódnice (polleras) i różowe bluzki (almillas), a na głowę i ramiona długie, czarne chusty, które z tyłu sięgają kolan (chuku). Mężczyźni ubierają się przeważnie w czarne spodnie z szerokim, kolorowym pasem i białe koszule. Ten zwyczaj, inspirowany wyglądem hiszpańskich chłopów, pojawił się z końcem XVI w., kiedy to konkwistadorzy zabronili taquileños używania tradycyjnego ubioru.

 

Chociaż tkaniny wytwarza niemal cała lokalna społeczność, bez względu na wiek i płeć, to kobiety głównie przygotowują przędzę, a mężczyźni tkają i robią na drutach. Najbardziej charakterystycznymi częściami stroju są szeroki paskalendarzowy, przedstawiający coroczny cykl prac i obrzędów, oraz wełniana czapka chullo z nausznikami, która w różnych wariantach, nie tylko kolorystycznych, jest popularna w całym kraju.

 

KANION SZYBUJĄCYCH KONDORÓW

 

Polacy pozostawili po sobie w Peru dwa ważne ślady. Polski inżynier Ernest Malinowski (1818–1889) wybudował w nim drugą najwyżej położoną linię kolejową na świecie (Ferrocarril Central del Perú – Centralną Kolej Transandyjską). Natomiast w maju 1981 r. dziką, spienioną rzeką na dnie kanionu Colca po raz pierwszy w historii spłynęła grupa kajakarzy z Polski z Andrzejem Piętowskim (kierownikiem wyprawy) na czele. Wyczyn ten został wpisany do Księgi rekordów Guinnessa i przyniósł temu miejscu sławę. W dowód wdzięczności mieszkańcy pobliskiego miasteczka Chivay nazwali główną 6-kilometrową ulicę Avenida Polonia, czyli aleją Polska.

 

Cañón del Colca uważa się za drugi najgłębszy kanion na ziemi (po Cotahuasi, leżącym także w Peru). Panorama rozpościerająca się z jego stromych brzegów zapiera dech w piersiach. Górne krawędzie wznoszą się na wysokość 4–5 tys. m n.p.m. Dno znajduje się na poziomie od 950 do 3050 m n.p.m. W węższej części kanionu ściany pozbawione są roślinności. U jego wylotu, odległość między brzegami staje się coraz szersza, a na zboczach leżą przepiękne tarasy uprawne.

 

Największe wrażenie wywiera jednak widok kondorów wielkich o poranku. W miejscu zwanym Krzyżem Kondora (Cruz del Cóndor) pojawia się ich najwięcej. Te olbrzymie ptaki (o rozpiętości skrzydeł sięgającej ponad 3 m) przelatują często kilkanaście metrów ponad głowami turystów. Zjawiają się regularnie z samego rana. W wyniku stopniowego ogrzewania promieniami słońca zimnego powietrza z dna kanionu powstają wznoszące prądy, które kondorom widocznie bardzo odpowiadają.

 

TĘCZOWA KRAINA

 

W Peru wciąż spotyka się ślady po mieszkańcach dawnego imperium, którzy zdołali rozwinąć tu rolnictwo, zbudować potężne państwo i założyć miasta w rejonach pięknych, choć ciężkich do życia. Ludzie w tym regionie zawsze uczyli się pokonywać trudności. Widać to nie tylko w opuszczonym Machu Picchu, ale również w niemal 1-milionowej Arequipie, drugim co do wielkości ośrodku w kraju, otoczonym przez wulkany i nawiedzanym przez trzęsienia ziemi. Stare domy i świątynie zbudowane są w nim ze skamieniałej lawy. W bujnym amazońskim lesie równikowym, z dala od cywilizacji Indianie od setek lat zakładają swoje skromne osady.

 

To poza tym niezmiernie zaskakująca kraina. Na kolorowych procesjach i festynach rytuały prekolumbijskie przenikają się z tradycjami katolickimi i lokalnymi zwyczajami. Mężczyźni nad jeziorem Titicaca robią na drutach. Kobiety w górach noszą męskie kapelusze. Na obiad możemy zjeść tutaj pieczoną świnkę morską, a w hotelu zamówimy herbatę z liści koki. Nawet ziemniaki występują aż w kilkudziesięciu odmianach i mają różną barwę: od brązu i żółci po fiolet i czerwień. Dlatego żeby opisać Peru, trzeba użyć całej palety kolorów. W końcu nawet flagi w Cusco są tęczowe.

 

Cruz del Cóndor i Indianie oferujący turystom pamiątki i barwne tekstylia

025850 300

© JAMES POSSO/PROMPERÚ