Kurort Tossa de Mar na Costa Brava
151126 MAALV 1208

© AGENCIA CATALANA DE TURISME

ANETA KOTARSKA


Katalonia to część Hiszpanii, która kryje w sobie wiele przeciwieństw. Katalończycy obrali za swój symbol osła reprezentującego mądre i spokojne, lecz uparte dążenie do celu, Hiszpanie natomiast – byka ucieleśniającego temperament i siłę. Katalońskie tradycje mieszają się tu z hiszpańskimi, obok siebie współistnieją też dwa języki, kosmopolityzm łączy się z nacjonalizmem, sztuka z przemysłem, ruiny rzymskie z modernizmem. Nawet pod względem geograficznym region charakteryzują kontrasty – morze przeplata się w nim z górami.


Ta wielowymiarowość Katalonii czyni z niej jeszcze bardziej intrygującą krainę. Sprawia także, że jej odkrywanie może stać się dla nas fascynującą przygodą. Na dodatek tutejsze malownicze miejscowości są znakomitymi miejscami na udany wypoczynek.


Naszą podróż zaczniemy od najbardziej znanego miasta tej wspólnoty autonomicznej, czyli Barcelony. Odgrywa ona jednocześnie rolę ośrodka kulturalnego i administracyjnego. Potem ruszymy na rozgrzane słońcem katalońskie wybrzeże.


MIASTO PEŁNE UROKU

Barcelona kojarzy się z wieloma różnymi rzeczami – słynnym kościołem Antoniego Gaudíego Sagrada Família, stadionem Fútbol Club Barcelona Camp Nou, wąskimi uliczkami Dzielnicy Gotyckiej (Barri Gòtic) bądź plażą nad Morzem Śródziemnym. Ta metropolia tętni życiem przez cały rok, nieustannie nas zaskakuje i wciąż inspiruje swoim bogactwem kulturowym. Na ten jej specyficzny charakter wpływa fakt, że stała się ona tyglem, w którym mieszają się różne narody, kultury czy języki, i to właśnie wyróżnia ją na tle innych europejskich ośrodków. Z tego też względu mnóstwo osób po pierwszej wizycie w stolicy Katalonii wraca do niej co roku. Każdy zaspokoi tutaj swój głód nowych wrażeń, zarówno w sensie estetycznym, jak i muzycznym lub kulinarnym.


Na różnorodność Barcelony składa się wiele elementów, jednak przede wszystkim tę jej cechę znakomicie oddaje dobrze zachowana architektura reprezentująca odmienne style. Kiedy chodzimy po Barri Gòtic i dzielnicy La Ribera, oprócz średniowiecznych budowli, tj. gotyckiej Katedry św. Eulalii lub Bazyliki Santa María del Mar (znanej z powieści historycznej Ildefonsa Falconesa Katedra w Barcelonie), czy XIV-wiecznym kwartale żydowskim El Call, możemy oglądać pozostałości dawnego ośrodka Barcino, który należał do Imperium Rzymskiego. Stolica Katalonii to miasto na mieście, dlatego wśród uliczek Dzielnicy Gotyckiej odnajdziemy fragmenty rzymskich akweduktów i murów miejskich bądź kolumny świątyni Augusta. Poza tym natrafimy tu także na perełki z okresu modernizmu, takie jak Casa Bruno Cuadros, inaczej Casa dels Paraigües, czyli Dom Parasolek, i 4 Gats (Els Quatre Gats – Cztery Koty) – restaurację, która od czerwca 1897 r. gromadziła bohemę artystyczną skupioną wokół katalońskich modernistów, a później była silnie związana z Pablem Picassem. Wszystkie te style krzyżują się na niewielkim obszarze starej barcelońskiej dzielnicy, mającej niepowtarzalną atmosferę i zachęcającej do zgubienia się w jej zaułkach.

 
Praktycznie na każdym kroku natkniemy się w Barcelonie na coś intrygującego i godnego zwiedzania. Takie zagęszczenie zabytków wynika z faktu, że nie zajmuje ona tak dużej powierzchni, jak mogłoby nam się wydawać (101,4 km²). Jednak choć miasto jest niezbyt rozległe, na 1 km2 przypada w nim średnio niemal 16 tys. osób, dlatego też bary i restauracje są pełne za dnia i w nocy, a widok ludzi siedzących przy stolikach, jedzących tapas, pijących wino, głośno rozmawiających i po prostu cieszących się chwilą nie należy do rzadkości. Oczywiście, na popularność tego sposobu spędzania wolnego czasu wpływają duże znaczenie życia we wspólnocie i sprzyjająca pogoda. Barcelona charakteryzuje się klimatem śródziemnomorskim z łagodnymi zimami i ciepłymi latami. Raczej tutaj nie zmarzniemy, średnia roczna temperatura wynosi ok. 20°C. Czasem doskwierać nam może natomiast wysoka wilgotność powietrza. Przetrwać gorące miesiące letnie pomaga chłodzenie się na barcelońskich tarasach. Mają je zarówno restauracje czy bary, jak i hotele. Warto w tych miejscach odetchnąć i skorzystać z szerokiej oferty atrakcji – od muzyki na żywo do imprez w basenie.


SZLAKIEM MODERNIZMU

Jeśli natomiast chcemy mimo upału podążać śladami Antoniego Gaudíego, powinniśmy skierować się ku modernistycznej dzielnicy Eixample (hiszp. Ensanche). Znajduje się w niej najbardziej znany i najczęściej odwiedzany obiekt zaprojektowany przez katalońskiego architekta – Sagrada Família (Temple Expiatori de la Sagrada Família, czyli Świątynia Pokutna Świętej Rodziny), która od 134 lat (od 1882 r.) jest w budowie. Mimo to zadziwia swoją oryginalną naturalistyczną formą i bogactwem symboli, umieszczonych na fasadach i we wnętrzu bazyliki, a tworzących cały labirynt znaczeń. Z tego zresztą względu nazywano Gaudíego Dantem architektury i geniuszem swojej epoki.


Gdy przestępujemy próg Sagrady Famílii, czujemy się, jakbyśmy wchodzili do ogromnego lasu, ponieważ kolumny kościoła przypominają pnie drzew, które rozgałęziają się w wyższych partiach, aby rozłożyć swoje liście na sklepieniu. Słynny artysta eksperymentował nie tylko z formą, lecz także ze światłem, dlatego też ogromne wrażenie robią tu witraże dające efekt naturalnej tęczy. Mimo iż duża część oryginalnych planów i makiet Gaudíego uległa zniszczeniu podczas hiszpańskiej wojny domowej (1936–1939), architekci trzymają się koncepcji mistrza. Choć ciężko im określić dokładną datę ukończenia prac (wspomina się o 2026–2028 r., ale ten termin jest mało prawdopodobny), wiadomo już, że po wybudowaniu środkowej wieży, która ma mierzyć 172,5 m, Sagrada Família stanie się najwyższą świątynią na świecie.


Innymi nietypowymi projektami Gaudíego są domy Casa Milà (La Pedrera, czyli Kamieniołom) i Casa Batlló oraz Pałac Güell (Palau Güell) i Park Güell. Zadziwiają nieregularnymi kształtami zainspirowanymi naturą, kolorową mozaiką czy połączeniem różnych materiałów, m.in. szkła, kamienia i żelaza. Formy zaobserwowane w przyrodzie udało się artyście oddać w obiektach architektonicznych nie tylko w ornamentyce (tak jak jego poprzednikom), lecz także w samych ich konstrukcjach. W ten sposób „ożywił” swoje budowle, które w pewnym sensie stały się samodzielnymi organizmami. Dzięki temu Gaudí uchodzi za pioniera antropomorfizmu w architekturze i przeszedł do historii jako jeden z najważniejszych przedstawicieli modernizmu. Był również wzorem dla wielu późniejszych twórców.


FIESTA, FIESTA, FIESTA

Taras na dachu kamienicy Casa Milà projektu Antoniego Gaudíego

IMAS 07 1555
© AGENCIA CATALANA DE TURISME

Przyjezdni mogą się zastanawiać, dlaczego dach Casa Batlló został pokryty łuskami smoka, a motyw tego fikcyjnego stwora tak często pojawia się w tym mieście. Wytłumaczenie okazuje się dość proste. Patronem Katalonii jest św. Jerzy (Sant Jordi), który według legendy pokonał właśnie smoka. Krzyż pogromcy potwora znajduje się też w herbie Barcelony. Święto opiekuna katalońskiej stolicy, które wypada 23 kwietnia, także obchodzi się w całym regionie w szczególny sposób. Jak mówi podanie, ze smoczej krwi wyrosła róża, dlatego w tym dniu kobiety otrzymują od mężczyzn te piękne czerwone kwiaty. Same z kolei wręczają panom książki (22 kwietnia to rocznica śmierci pisarza Miguela de Cervantesa, zmarłego w 1616 r. w Madrycie). Na wszystkich ulicach rozstawiają się wówczas stoiska z rozmaitymi publikacjami i kwiatami, a tutejsi autorzy podpisują egzemplarze swoich dzieł.


W Katalonii, podobnie jak w ogóle w Hiszpanii, organizuje się mnóstwo fiest, w które angażuje się cała lokalna społeczność. W Barcelonie najważniejsze są obchody La Mercè, czyli święta Matki Boskiej Łaskawej (24 września). Możemy wtedy podziwiać najpiękniejsze tradycje katalońskie. Do ciekawszych zwyczajów należą castells – wieże z ludzi, mające nawet dziesięć poziomów. Oprócz tego obejrzymy też pochód diabłów zwany correfoc. Towarzyszą mu pokazy sztucznych ogni czy typowego tańca katalońskiego sardana. Istotną rolę odgrywają również giganci (gegants) – figury reprezentujące popularne archetypy bądź postacie historyczne ważne dla lokalnej społeczności. Huczne obchody La Mercè trwają kilka dni, podczas których odbywają się liczne koncerty, spektakle, widowiska pirotechniczne i audiowizualne.


Początek lata świętuje się natomiast wraz z wigilią św. Jana 23 czerwca (Nit de Sant Joan). Katalończycy idą wtedy na plażę, rozpalają ogniska, słuchają muzyki, tańczą, jedzą tradycyjne ciasto coca de Sant Joan i bawią się do białego rana. Noc świętojańska związana jest z wodą i ogniem, dlatego fiesty ożywiają blask fajerwerków i huk petard, a zabawę czasem urozmaica się kąpielą w morzu.


WOKÓŁ WZGÓRZA

W Barcelonie warto wybrać się kolejką linową na Montjuïc, czyli Wzgórze Żydowskie (ok. 178 m n.p.m.). Rozpościera się stąd wspaniały widok na Stary Port (Port Vell), Pomnik Kolumba (Monument a Colom) i molo. Na szczycie możemy zwiedzić zamek (Castell de Montjuïc) pochodzący z końca XVII stulecia. Podczas hiszpańskiej wojny domowej służył jako więzienie, w którym stracono tysiące osób walczących po obu stronach. Mniej więcej w połowie wzniesienia znajduje się Stadion Olimpijski Montjuïc Lluísa Companysa (Estadi Olímpic de Montjuïc Lluís Companys). Stanowił on główną arenę XXV Letnich Igrzysk Olimpijskich w 1992 r. Dla Barcelony był to niezmiernie ważny moment. Rozwinęła się wówczas, zaistniała na arenie międzynarodowej i zainwestowała pieniądze w różne przedsięwzięcia promujące miasto. Po tym wydarzeniu zachowała się również Wioska Olimpijska (La Vila Olímpica del Poblenou) leżąca na północ od portu, w dzielnicy Sant Martí.


Po drodze z Montjuïc można odwiedzić także plac Hiszpanii (Plaça d’Espanya) usytuowany u podnóża góry. Jego centralnym punktem jest dawna arena byków (Plaça de toros de les Arenes), na której od czerwca 1900 r. odbywały się korridy. Walki byków zostały w Katalonii zakazane od lipca 2010 r. W pobliżu znajduje się też Pałac Narodowy (Palau Nacional), w którym obecnie mieści się Muzeum Narodowe Sztuki Katalonii (Museu Nacional d'Art de Catalunya). Rozciąga się stąd wspaniała panorama całego miasta. Obok Palau Nacional odbywają się pokazy fontann w aranżacji muzycznej i świetlnej. Warto również zwiedzić Poble Espanyol, czyli Wioskę Hiszpańską, stanowiącą wizytówkę kulturalną, kulinarną, a przede wszystkim architektoniczną regionu i kraju. Obejrzymy tutaj przykłady różnych stylów architektury z całej Hiszpanii.


DUMA KATALONII

Klasztor Montserrat (720 m n.p.m.), ważny cel pielgrzymek w Katalonii

Montserrat
© AGENCIA CATALANA DE TURISME/ABADIA DE MONTSERRAT

Fani piłki nożnej powinni z kolei wybrać się na Camp Nou. Największą atrakcją jest – oczywiście –  oglądanie na nim meczu. Jednak już sama wizyta w klubowym muzeum i wejście na stadion Fútbol Club Barcelona na pewno dostarczą wielu wrażeń. Zobaczymy tu puchary i koszulki piłkarzy, dział poświęcony Lionelowi Messiemu, a także zwiedzimy Camp Nou od kuchni, czyli zajrzymy do szatni sportowców, kabin przeznaczonych dla dziennikarzy itd. Jeśli dopisze nam szczęście i będziemy w mieście w czasie, kiedy słynny barceloński klub zdobył właśnie jakiś puchar, może natrafimy też na przejazd drużyny przez Barcelonę i uda nam się pomachać naszym ulubionym piłkarzom. Ciekawe i pełne emocji doświadczenie stanowi również oglądanie meczu z lokalnymi kibicami w jednym z miejscowych barów.


Dzieciom, oprócz stadionu, spodoba się oceanarium w Akwarium Barcelony (L’Aquàrium de Barcelona) z 80-metrowym tunelem pod powierzchnią wody czy Muzeum Czekolady (Museu de la Xocolata) z czekoladową korridą lub słodką figurką Lionela Messiego. Niepowtarzalnym przeżyciem dla całej rodziny jest wjazd na Tibidabo (516,2 m n.p.m.) – górę, na której znajduje się kościół (Temple Expiatori del Sagrat Cor) i najstarsze wesołe miasteczko w Hiszpanii (Parc d’Atraccions Tibidabo), otwarte w październiku 1901 r. Możemy tutaj podziwiać panoramę stolicy Katalonii z kabiny diabelskiego młyna. Jeśli przyjechaliśmy z dziećmi i mamy dużo czasu, powinniśmy rozważyć zakup biletów do całego parku rozrywki (wejściówka dla dorosłych pozwalająca na korzystanie ze wszystkich atrakcji kosztuje 28,50 euro, dla dzieci do 120 cm wzrostu – 10,30 euro, najmłodsi, którzy nie mierzą jeszcze 90 cm, wchodzą za darmo).


KUCHNIA I MUZYKA

Ludzie kochają Barcelonę również za bogatą ofertę kulinarną. Z katalońskich przysmaków koniecznie musimy spróbować takich potraw jak botifarra (kiełbasa z siekanego mięsa wieprzowego podawana na gorąco), escalivada (sałatka z bakłażana, czerwonej papryki i cebuli), chleb z pomidorem (pa amb tomàquet, rodzaj tapas) i cebule dymki (calçots) z pikantnym sosem romesco. Na deser natomiast trzeba zamówić krem kataloński (crema catalana) i kieliszek tutejszego wyśmienitego wina musującego cava, podobnego do szampana. Dowiedzieć się czegoś więcej o tym szlachetnym trunku i tradycyjnych metodach jego wytwarzania można podczas wycieczki do regionu Penedès, a zwłaszcza miejscowości Sant Sadurní d’Anoia, gdzie powstaje. Najbardziej znanymi producentami są Codorníu i Freixenet. Ta informacja przyda się nam, jeśli oprócz zwiedzania zdecydujemy się także na degustację. W Barcelonie jedną z atrakcji jest również wizyta na targu, których znajduje się tu aż kilkadziesiąt. Najsłynniejszy i najstarszy z nich – La Boqueria (Mercat de Sant Josep) – działa w hali z pięknym modernistycznym zadaszeniem, otwartej w 1840 r. Warto wybrać się też na inne targowiska, np. Mercat de Santa Caterina czy Mercat de la Concepció, oferujące mnóstwo różnych naturalnych produktów i mające bardziej lokalny charakter.


W stolicy Katalonii odbywa się wiele koncertów znanych muzyków i sporo festiwali, m.in. Primavera Sound (na przełomie maja i czerwca), Sónar (w połowie czerwca) czy Cruïlla (w pierwszej połowie lipca). Oprócz tego Barcelona stanowi ważny ośrodek flamenco. Mimo iż samo zjawisko kulturowe pochodzi z Andaluzji, czyli południa Hiszpanii, to właśnie w tym mieście spotkamy najważniejszych artystów z całego kraju popularyzujących ten element cygańskiego folkloru (np. Mayte Martín, Miguela Povedę czy Juana Manuela Cañizaresa). Występują zarówno na spektaklach we wspaniałym Pałacu Muzyki Katalońskiej (Palau de la Música Catalana), jak i w bardziej kameralnych lokalach tablaos.


Z Barcelony warto pojechać także na oddalony od niej o niemal 50 km na północny zachód masyw Montserrat (z najwyższym szczytem Sant Jeroni – 1236 m n.p.m.). Jego nazwa oznacza dosłownie „Postrzępioną Górę”, co znakomicie oddaje wygląd tej formacji. Rozciąga się stąd widok na cały region. Na tutejszych zboczach, na wysokości 720 m n.p.m., znajduje się klasztor benedyktyński (Monestir de Santa Maria de Montserrat) z figurą Czarnej Madonny (tzw. La Moreneta). To miejsce pielgrzymkowe odegrało ważną rolę podczas dyktatury Francisco Franco. Używanie języka katalońskiego było wtedy zakazane, a Montserrat stało się schronieniem dla artystów i intelektualistów zaangażowanych w działalność ruchu oporu. Stanowiło twierdzę nie do zdobycia. Do tej pory mieści się tu drukarnia i muzeum (Museo de Montserrat) z wieloma dziełami malarskimi.


WŚRÓD NADMORSKICH SKAŁ

Charakterystyczne kolorowe fasady domów nad rzeką Onyar w Gironie

151126 117079086
© AGENCIA CATALANA DE TURISME

Pora opuścić Barcelonę i jej najbliższą okolicę, żeby zwiedzić inne zakątki Katalonii. Swoimi pięknymi plażami i urwistą linią brzegową na pewno zachwyci nas Dzikie Wybrzeże (Costa Brava) położone w północno-wschodniej części regionu. Aby odpocząć od zgiełku miasta, najlepiej wybrać się do mniej znanego kurortu, takiego jak Tossa de Mar czy Cadaqués. Ta pierwsza miejscowość, zwana czasem „niebieskim rajem”, oprócz wspaniałej plaży może pochwalić się jednym z najlepiej zachowanych średniowiecznych zespołów miejskich (Vila Vella) i fortyfikacjami obronnymi z XII w., z których rozciąga się niezmiernie urokliwy widok na brzegi Morza Śródziemnego. Cadaqués z kolei, ponieważ jest odgrodzone od reszty półwyspu górami Pení (Puig Pení – 606,6 m n.p.m.) i Bufadors (Puig dels Bufadors – 431,7 m n.p.m.), do końca XIX stulecia było odciętą od świata wioską rybacką. Dzięki temu jego architektura orientalna (białe domy z niebieskimi okiennicami) dotrwała praktycznie w nienaruszonym stanie aż do dzisiaj. W XX w. miasteczko przyciągało wielu artystów. Francuski malarz Marcel Duchamp od 1958 r. spędzał w nim każde lato. Również surrealista Salvador Dalí miał niedaleko swój dom (w wiosce Portlligat), w którym obecnie mieści się muzeum (Casa-Museu Salvador Dalí). Odwiedzał go tu słynny andaluzyjski poeta i wielbiciel flamenco Federico García Lorca. Do Cadaqués przyjeżdżali też Pablo Picasso, Joan Miró i inni reprezentanci awangardy. Gdy już obejrzymy wszystkie związane z nimi miejsca, koniecznie musimy spróbować tutejszych sardeli (anchoas de Cadaqués).


U podnóży Gór Katalońskich leży Girona – jeden z największych ośrodków Katalonii (niemal 100 tys. mieszkańców). Szczyci się znakomicie zachowanym średniowiecznym centrum (Barri Vell) i historyczną dzielnicą żydowską (Barri Jueu). Uroku dodają miastu przepływające przez nie dwie rzeki Ter i Onyar, nad którymi rozciąga się wiele mostów łączących Barri Vell z rejonem Mercadal. Jeden z nich – Pont de les Peixateries Velles z 1877 r. – został zaprojektowany przez firmę Gustave’a Eiffela, konstruktora paryskiej wieży. Nad brzegiem Onyaru wznoszą się kolorowe domy stawiane przede wszystkim w XIX w. (tzw. cases de l’Onyar lub cases del Riu), prezentujące się szczególnie wspaniale o zachodzie słońca. Nad nimi górują potężna katedra, której budowę rozpoczęto już w XI stuleciu (Catedral de Santa Maria de Girona), i Bazylika św. Feliksa (Basílica de Sant Feliu). Warto wybrać się także na spacer po fortyfikacjach obronnych pochodzących z czasów rzymskich (muralles de Girona) i spojrzeć na Gironę z wieży Gironella (Torre Gironella), w średniowieczu pełniącej funkcję zamku.


W zachodniej części Katalonii nad rzeką Segre położona jest 140-tysięczna Lleida. Przez cztery wieki znajdowała się ona pod panowaniem muzułmanów (719–1149). Leżała wówczas na obrzeżach Al-Andalus (ziem Półwyspu Iberyjskiego podbitych przez wyznawców islamu). Na terenie miasta krzyżowały się wpływy trzech kultur: arabskiej, żydowskiej i chrześcijańskiej, co odzwierciedla jego architektura. Najbardziej charakterystyczny punkt Lleidy stanowi XIII-wieczna Stara Katedra (La Seu Vella) wzniesiona na gruzach dawnego meczetu. Nad świątynią odnajdziemy pozostałości arabskiej twierdzy Suda, która została później przekształcona w Zamek Królewski (Castell del Rei). Niezmiernie ciekawy jest również program wizyt w Zamku Gardeny (Castell de Gardeny) zbudowanym przez templariuszy w połowie XII w. Rodziny z dziećmi mogą wybrać się na zwiedzanie nocą bądź sprawdzić, jak wyglądał typowy dzień rycerza zakonnego.


ZŁOTE PIASKI

Jeśli udamy się na południowy wschód Katalonii, dotrzemy do Złotego Wybrzeża (Costa Daurada, Costa Dorada). Jak wskazuje nazwa, to region rozległych i piaszczystych plaż. Ciągną się one przez 81 km aż do ujścia rzeki Ebro. Jedną z piękniejszych stanowi wciąż dziewicza Cala Fonda, nazywana też Waikiki (od swojego pierwowzoru z Hawajów). Pobliska Tarragona jest głównym miastem w tym rejonie (ponad 130 tys. mieszkańców). W III w. p.n.e. Rzymianie założyli tu ośrodek Tarraco. W czasach Imperium Rzymskiego był on obozem warownym, służącym jako baza do podboju ziem Półwyspu Iberyjskiego. Dziś przypomina o tym zespół archeologiczny, w tym pozostałości amfiteatru nad brzegiem morza, fragmenty muru otaczającego miasto, akweduktu de les Ferreres (na obrzeżach Tarragony), dwóch forów (fòrum provincial i fòrum colonial), nekropolii i cyrku, na arenie którego odbywały się wyścigi rydwanów.


Osoby szukające mocnych wrażeń powinny wybrać się do parku rozrywki PortAventura World przy miejscowości Salou, oddalonej o niecałe 10 km od Tarragony. Jest to jedno z największych wesołych miasteczek w Hiszpanii (zajmuje obszar 825,7 ha), pełne atrakcji dla całej rodziny, z podobno najwyższym i najszybszym rollercoasterem w Europie (Shambhala: Expedició a l’Himàlaia), który wznosi się na 76 m i opada z maksymalną prędkością 134 km/godz. pod kątem ponad 85°. Obecnie powstaje w nim także pierwszy park tematyczny poświęcony marce Ferrari na naszym kontynencie (Ferrari Land). W planach znajduje się wybudowanie kolejki górskiej o maksymalnej wysokości 112 m, osiągającej prędkość 180 km/godz. w zaledwie 5 s. Dzięki takiemu przyśpieszeniu będziemy mogli poczuć się jak kierowcy bolidów Formuły 1. Ukończenie prac ma nastąpić jeszcze w tym roku, a otwarcie parku o powierzchni 60 tys. m² przewidziano na kwiecień 2017 r.


Pomiędzy Barceloną i Tarragoną leży malownicza miejscowość Sitges. Miasto, oprócz znanego kąpieliska, zachwyca piękną nadmorską promenadą i krętymi uliczkami, przy których jest mnóstwo barów i małych sklepów, najczęściej z rękodziełem. Warto skierować się ku plaży San Sebastián i usiąść w jednej z tutejszych restauracji. Możemy w nich spróbować świeżych ryb i owoców morza, a jednocześnie rozkoszować się uroczym widokiem na Morze Śródziemne. Właśnie w Sitges założono pierwszy w Hiszpanii lokal chiringuito (rodzaj baru na plaży). Pomysł na niego przywędrował w 1913 r. aż z Kuby wraz z kapitanem Calafellem. Ta miejscowość stanowi też kolebkę słynnego rumu Bacardi, dlatego warto wybrać się do Casa Bacardí, aby dowiedzieć się czegoś więcej o historii samej marki, jej twórcy Facundzie Bacardí i Massó oraz procesie powstawania trunku. Po drodze przejdziemy obok XVII-wiecznego Kościoła św. Bartłomieja i św. Tekli (L’església de Sant Bartomeu i Santa Tecla), przy którym zawsze występują muzycy. W Sitges życie nocne toczy się przez cały rok, tutaj również odbywa się najbardziej znany karnawał w Katalonii (Carnaval de Sitges), rozpoczynający się w tłusty czwartek i ściągający tłumy ludzi, zawsze barwnie poprzebieranych i bawiących się hucznie przez kilka dni.


Na koniec zostawiłam ciekawostkę szczególnie interesującą dla polskich czytelników. Otóż Katalończyków w Hiszpanii nazywa się los polacos. Nie jest to co prawda związane z jakimkolwiek pokrewieństwem między naszymi narodami, ale wskazuje na pewne podobieństwo. Hiszpanie używają tego określenia, ponieważ język kataloński brzmi inaczej niż hiszpański i wydaje im się po prostu trudny do zrozumienia, zupełnie jak polski. Niektórzy dostrzegają wśród Katalończyków i Polaków także wspólne cechy, np. dużą motywację do walki o niepodległość i tendencję do jednoczenia się w sprawie narodowej, co można zaobserwować zwłaszcza 11 września, czyli w Narodowy Dzień Katalonii (to rocznica zdobycia Barcelony przez wojska Burbonów w 1714 r. podczas wojny o sukcesję hiszpańską). Z pewnością jednak doszukalibyśmy się i innych podobieństw. Żeby się o tym przekonać, musimy koniecznie odwiedzić tę wyjątkową wspólnotę autonomiczną Hiszpanii.

Artykuły wybrane losowo

Kambodża śladami Lary Croft

MAŁGORZATA GAŁKOWSKA-BŁĄDEK

www.myfengstyle.com

                                      

<< Kiedy Europejczyk słyszy o Kambodży, często przed oczami stają mu pola minowe i zasieki, a na myśl przychodzi bieda i śmierć setek tysięcy ludzi za krwawych rządów Czerwonych Khmerów. Za tą nazwą kryje się jednak przepiękny krajobrazowo kraj o niezwykłej kulturze, szczycący się wieloma wspaniałymi zabytkami, w tym słynnym kompleksem Angkor ze świątynią Ta Prohm, gdzie Lara Croft w filmie „Lara Croft: Tomb Raider” zwinnie przeskakiwała z jednej komnaty do drugiej. Większość osób nie ma pojęcia o tym, jak bardzo jest interesujący. Kambodża dopiero zaczyna zyskiwać popularność jako cel podróży. Dlatego warto ją odwiedzić, aby wyrobić sobie własną opinię. Najlepiej wyruszyć w drogę już teraz, póki jeszcze wszystkie magiczne zakątki nie zostały zadeptane przez tłumy turystów. Również i mnie przyciągnęła tu właśnie ciekawość. >>

 

Deptak Pub Street w mieście Siem Reap tętni życiem zwłaszcza po zmroku

© MAŁGORZATA GAŁKOWSKA-BŁĄDEK/WWW.MYFENGSTYLE.COM

 

Przekraczanie kambodżańskiej granicy już samo w sobie stanowi przygodę. Od turystów pobierane są odciski palców, fotografuje się także twarze przybywających. Obywateli Polski obowiązują wizy, ale można je bez problemu załatwić przy wjeździe do kraju. Trzeba być jednak przygotowanym na długie kolejki. My przyjechaliśmy do Kambodży z Tajlandii, przez tajlandzkie miasto graniczne Aranyapradet (Aranyaprathet). Sama przeprawa z urzędnikami może trwać wiele godzin albo… niecałą godzinę. Podobnie jak w większości krajów tak i tutaj odpowiednia suma pieniędzy otwiera każde drzwi. Nieoficjalna zasada każe wręczyć pewną kwotę obsłudze, aby przyspieszyć odprawę bagażu. Po przekazaniu datku pojawia się życzliwy człowiek z wozem drabiniastym, na który ładuje się walizki, żeby odebrać je już po właściwej stronie granicy. Nie mam pojęcia, czy ktoś w ogóle ogląda bagaże. Prawdopodobnie (sądząc po ilości czasu) nikt ich nie sprawdza, są przewożone wprost przez przejście. Słyszeliśmy za to opowieści o turystach, którzy chcieli oszczędzić na tej łapówce i spróbować przejść całą procedurę normalnie. Niewykluczone, że wciąż jeszcze czekają na wszystkie swoje walizki, torby czy plecaki…

Gdy wreszcie przekraczamy w Poipet (sąsiadującym z Aranyapradet) bramę z napisem Królestwo Kambodży, towarzyszy nam niezwykłe uczucie. Już sam wjazd zapowiada krainę piękna, tajemniczości i przygód. Przed nami otwiera swoje podwoje wspaniały kraj, z ciekawą, choć smutną, historią i życzliwymi, pracowitymi mieszkańcami.

 

KAMBODŻAŃSKA CODZIENNOŚĆ

Naszym celem był kompleks Angkor i okolice miasta Siem Reap (Siĕm Réab). Poza tym nastawiliśmy się na chłonięcie tutejszej atmosfery. Zdaję sobie sprawę, że nie widzieliśmy różnych innych ciekawych miejsc ani stolicy czy pozostałych miast, ale to, co zobaczyliśmy, i tak wystarczyło, aby Kambodża zapadła nam mocno w pamięć i na zawsze zamieszkała w naszych sercach. Przede wszystkim zwróciliśmy uwagę na ludzi: drobnych, ze zmęczonymi, ale nieraz pięknymi twarzami, bardzo uczynnych, wręcz usłużnych. Co ciekawe, nie spotkaliśmy osób żebrzących. Dostrzegaliśmy biedę panującą wokół, lecz też poczucie godności i zaradność mieszkańców. Zamiast usiąść na ulicy i żebrać każdy coś ze sobą niósł czy ciągnął: obwoźną garkuchnię, wyciskarkę soków lub towary do sprzedania. Potrawy przygotowywane na takich prowizorycznych stoiskach są niezmiernie smaczne i można je bezpiecznie jeść. Wybór jest bardzo szeroki – spróbujemy zarówno miejscowych specjałów, takich jak szaszłyki z larw, pająków i różnych owadów, jak i bardziej tradycyjnych zup lub pieczonych mięs i ryb. Gdziekolwiek trafiamy, zawsze staramy się zaznajomić z lokalną kuchnią, bo w ten sposób bliżej poznaje się dane miejsce.

                Lepiej też odwiedzać lokale, gdzie jadają Kambodżanie, niż te nastawione na turystów. Kuchnia kambodżańska jest zbliżona do tajskiej, wiele w niej słodkich smaków, ale również ostrych przypraw. Koniecznie trzeba spróbować miejscowych lodów zamrażanych na płycie i zwijanych w rulonik – niebo w gębie! Przeróżne soki świeżo wyciskane z tropikalnych owoców znakomicie gaszą pragnienie podczas upału. Jednak prawdziwym przebojem w gorące dni jest dobrze schłodzona woda kokosowa podawana w orzechu z wetkniętą słomką. Jeden taki napój wystarczy, aby się nieco orzeźwić i odzyskać siły. Sprzedawcy kokosów są niemal wszędzie, stoją praktycznie na każdym rogu ulicy, spotkamy ich nawet przy świątyniach kompleksu Angkor.

 

Uliczne stoisko z przysmakami – szaszłykami z larw, pająków i owadów

© MAŁGORZATA GAŁKOWSKA-BŁĄDEK/WWW.MYFENGSTYLE.COM

 

NA PROWINCJI

Jeśli zamierzamy przywieźć z naszej podróży pamiątki, pomyślmy o czymś niestandardowym. Warto zatrzymać się po drodze przy wiejskiej chacie i kupić świeży kambodżański ryż, prawie prosto z pola. Ma zupełnie inny aromat i smak niż ten ze sklepu. Można także przyjrzeć się, jak miejscowi robią cukierki z owoców palmy cukrowej (arengi pierzastej) i przy okazji zakupić trochę takich słodyczy. Przy domach często znajdują się stoły z wystawionymi na sprzedaż naczyniami i ozdobami wyplatanymi z liści palmy czy z trzciny. Mieszkańcy Kambodży w ten sposób zarabiają na życie i dzięki kupującym mogą stanąć na nogi i polepszyć swój byt. W wielu miejscach sprzedaje się też niezwykłą kambodżańską herbatę w różnych smakach i kolorach. Odwiedziliśmy jeden z takich prywatnych domów i gospodarze z radością pokazali nam jego wnętrze oraz nową, umieszczoną na zewnątrz „łazienkę”, gdzie z dumą wskazali na pompę wodną, stanowiącą luksus na prowincji. Dostęp do świeżej wody wciąż jest tu utrudniony. Po wielu latach wojny część brzegów rzek i pola są nadal zaminowane. Co roku wiele osób ginie od min przeciwpiechotnych podczas uprawiania ziemi lub czerpania wody. Swoje uprawy miejscowi podlewają często wodą przyniesioną z daleka, każda zwyczajna czynność bywa więc okupiona dużym trudem, ale nikt nie okazuje niezadowolenia czy zniechęcenia. Mieszkańcy kambodżańskiej wsi ciężko pracują i nie mają czasu na narzekanie. O dziwo, do życia są nastawieni optymistycznie i życzliwie odnoszą się do innych. To jest właśnie niesamowite w tym kraju. Wielu lokalnych przewodników wycieczek prowadzi wśród turystów zbiórki niewykorzystanych hotelowych kosmetyków czy jednorazowych szczoteczek do zębów i grzebieni. Potem te podarki jadą na wieś, a w zamian można otrzymać woreczek świeżego ryżu. Czyż to nie cudowna wymiana?

 

SMUTEK I RADOŚĆ

Aby lepiej zrozumieć Kambodżę, jej mieszkańców i ich problemy, warto udać się do Muzeum Min Lądowych w pobliżu miasta Siem Reap. Założył je Aki Ra, który jako dziecko został siłą wcielony do wojska Czerwonych Khmerów. Później walczył przeciwko nim, a po wojnie poświęcił się szukaniu i rozbrajaniu min. W muzeum można dowiedzieć się, jakiego ogromu cierpienia ten naród doświadczył w przeszłości i – niestety – znaleźć też akcent polski: granaty i miny produkowane w Polsce…

                Z tego miejsca wychodzi się przygnębionym, ale na szczęście potem niemal od razu wtapiamy się w różnokolorowy, optymistyczny i pracowity tłum w Siem Reap. To całkiem duże miasto (ok. 200-tysięczne) i stanowi wspaniałą bazę wypadową do kompleksów świątynnych. Znajdują się w nim przyjemne, a nawet eleganckie hotele, wiele sklepów (m.in. wielki sklep bezcłowy, świetnie zaopatrzony i z korzystnymi cenami), a także Pub Street – deptak słynący z bogatego nocnego życia, mnóstwa knajpek i ulicznych występów. To właśnie przy nim działa znany klub „Angkor What? Bar”, gdzie drinki serwowane są w… wiadrach.

                Pub Street najlepiej odwiedzić wieczorem, ponieważ wtedy otwierają się puby, restauracje, przeróżne kluby i sklepy. Wszystko rozbłyskuje kolorowymi światłami. Deptak zastawiony jest przenośnymi garkuchniami i rozmaitymi stoiskami, a wszędzie dookoła przelewa się rzeka ludzi mówiących w niezliczonych językach. Czasem turystę zaczepi właściciel tutejszej knajpki czy klubu i wręczy ulotkę z aktualnymi promocjami. Trochę dalej ktoś gra na jakimś instrumencie, magik pokazuje sprytne sztuczki. W innym miejscu znów skąpo ubrane hostessy zapraszają do klubu go-go. Na Pub Street zagraniczni goście spędzają wiele godzin, ani chwili się nie nudząc. Można tu wtopić się w wielobarwny tłum i płynąć łagodnie z punktu do punktu albo zasiąść w którejś z knajpek na tarasie i obserwować żywą rzekę z góry, sącząc jakiegoś drinka lub zajadając się lokalnym rarytasem. Nie trzeba się przejmować brakiem miejscowej waluty, ponieważ podstawowym środkiem płatniczym jest tutaj dolar amerykański, a ceny są bardzo przystępne.

 

W CIENIU ZABYTKÓW

W Siem Reap zatrzymaliśmy się w miejscu, które szczerze polecam – to Mémoire d’Angkor Boutique Hotel. Wnętrza wyglądają przepięknie, urządzono je ze smakiem, a obsługa staje na rzęsach, aby goście byli zadowoleni. Codziennie w pokoju pojawia się też taca z owocami i butelkowana woda. Picie tej ostatniej jest w Kambodży koniecznością. Należy pamiętać o tym, że lokalna woda nie nadaje się dla zagranicznych turystów. Miejscowi są przyzwyczajeni do specyficznej flory bakteryjnej i jakości tutejszej wody, przyjezdni po jej spożyciu mogą – niestety – cierpieć na nieprzyjemne dolegliwości. Co zaskakujące, bezprzewodowy internet działa w hotelach i pubach bardzo dobrze. Wynika to z tego, że infrastruktura sieci komunikacyjnych została w kraju zbudowana niedawno i zastosowane rozwiązania nadal uchodzą za w miarę nowoczesne.

Jednak najciekawsze i najcenniejsze w Kambodży są świątynie i dawne miasta. To prawdziwe perły architektury, ukryte głęboko w dżungli. Wśród nich znajduje się kompleks Angkor – kiedyś głośny i zatłoczony, dziś opuszczony i poprzerastany niezwykłymi drzewami i pnączami. Natura, zgodnie z odwiecznym prawem, zaczęła w nim powracać na swoje. Tutejsze budowle były niemym świadkiem historii i ludzkich dramatów. Z niewiadomych przyczyn mieszkańcy porzucili to miejsce, aby już nigdy do niego nie powrócić. Przez wieki świątynie okradano, później niszczyły je przechodzące tędy oddziały Czerwonych Khmerów. Historycy mówią, że gdyby materiały wybuchowe były bardziej dostępne, z pewnością cały kompleks zostałby wysadzony w powietrze, na zawsze grzebiąc pod gruzami ten fragment dziejów Kambodży. Na szczęście tak się nie stało, chociaż w wielu miejscach widać ślady po kulach. Dżungla i deszcze dokonały reszty zniszczeń. To, co ocalało, wciąż robi jednak ogromne wrażenie. Angkor został w 1992 r. wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO i obecnie napędza rozwój turystyki w kraju. Sylwetka Angkor Wat (najbardziej znanej tutejszej świątyni) znajduje się nawet na fladze Kambodży.

 

Ruiny wspaniałej świątyni buddyjskiej Bajon

© MAŁGORZATA GAŁKOWSKA-BŁĄDEK/WWW.MYFENGSTYLE.COM

 

NAJCENNEJSZY SKARB

Angkor warto odwiedzić o świcie. Budowle oświetlają wtedy ciepłe promienie słońca. Wieże Angkor Wat odbijają się przepięknie w wodach stawu. Do kompleksu wchodzi się długim mostem. Z Siem Reap można tu dojechać wypożyczonym rowerem lub popularnym w Azji tuk-tukiem. Droga jest całkiem przyzwoita i dobrze oznaczona.

                Cały kompleks zajmuje dość rozległy teren, ale największe zainteresowanie wzbudza główna świątynia – Angkor Wat – do której prowadzą bardzo strome schody. U ich stóp strażnicy kontrolują strój wchodzących. Trzeba pamiętać, że obowiązuje tutaj zwyczaj zakrywania ramion, dekoltów i kolan u kobiet. Również mężczyźni nie wejdą w szortach. Należy także zapomnieć o klapkach (sandały nie będą źle widziane). Miejsce to nadal uchodzi za święte i wciąż składa się w nim ofiary, pali kadzidła i wznosi modły.

Podczas wędrówki po labiryncie komnat za każdym narożnikiem można odkryć coś ciekawego: ukryty w małej wnęce posąg Buddy z palącymi się przed nim kadzidełkami lub fragment dziedzińca z porozrzucanymi kawałkami murów dekorowanych pięknymi reliefami. Ściany zdobią płaskorzeźby przedstawiające boginie, bóstwa i tancerki w niezwykłych pozach. Tu też znajduje się jeden z największych skarbów Angkoru – kamienny relief mający ponad 900 m długości i prezentujący sceny z indyjskich eposów: Ramajany i Mahabharaty.

                Świątynię zaczęto budować w pierwszej połowie XII w., za panowania władcy Imperium Khmerskiego Surjawarmana II (1113–1150), i pierwotnie była poświęcona hinduistycznemu bogu Wisznu. Potem przez pewien czas służyła buddystom, aż w końcu przywrócono jej pierwotny charakter. Wiele osób uważa, że Angkor Wat jest najpiękniejszą budowlą sakralną świata. Oczywiście, to raczej kwestia gustu, ale niewątpliwie ta niepowtarzalna świątynia, tajemnicza i magiczna, potrafi zachwycić swoją surowością i majestatem.

 

MIASTO I FILMOWA SŁAWA

Innym wspaniałym i równie ciekawym obiektem w okolicy są pozostałości miasta Angkor Thom, ostatniej stolicy państwa Khmerów. Prowadzi do niej most i pięknie zdobiona Brama Południowa. Po obu stronach tego pierwszego umieszczono posągi strażników strzegących wjazdu do stolicy.

                Obecnie z dawnej świetności zostało już niewiele, ale u schyłku średniowiecza Angkor Thom było jednym z najludniejszych miast świata i miało mniej więcej 150 tys. mieszkańców. Właśnie tutaj znajduje się przepiękna świątynia buddyjska Bajon ze słynnymi wieżami ozdobionymi głowami Awalokiteśwary, za którego wcielenie uważał się król Imperium Khmerskiego Dżajawarman VII (panujący w latach 1181–1218). Spacer pośród krzyżujących się spojrzeń kamiennych twarzy z zastygłym delikatnym uśmiechem dostarcza niezapomnianych wrażeń.

                Z miasta zostały już tylko ruiny. Większość budynków jest zawalonych i poprzerastanych korzeniami drzew, ale cały ten obszar stanowi niesamowity labirynt, w którym czas się zatrzymał.

Niedaleko świątyni Bajon znajduje się Taras Słoni długi na niemal 350 m i wysoki na ok. 4 m. Jego mur pokrywają realistyczne płaskorzeźby słoni. Stąd oglądano parady wojskowe, zawody sportowe i widowiska. Podczas oficjalnych wizyt i audiencji taras zamieniał się w trybunę. Prawdopodobnie stanowił część pałacu królewskiego, ale sam pałac zachował się tylko w szczątkowym stanie. Pozostały z niego ruiny, rzeźby, piękne schody i fragmenty takich udogodnień jak łaźnia. Ponieważ dużo zabudowań było drewnianych, niestety, nie przetrwały do naszych czasów. Wciąż jednak wzrok przyciągają tu piękne zdobienia w formie kwiatów i ślady po fosie broniącej dostępu do pałacu.

                Kolejna świątynia, choć niewielka, jest niemal tak samo znana jak Angkor Wat. Nazywa się Ta Prohm i to właśnie w niej kręcono w 2000 r. słynne sceny do filmu Lara Croft: Tomb Raider z Angeliną Jolie w roli Lary Croft. Tropikalna roślinność rozsadza tutaj korzeniami każdy mur i podważa każdy kamień. Tak wygląda prawdziwa walka z naturą. Dżungla skutecznie sięga po swoją własność. Przy Ta Prohm zbiera się zazwyczaj wielu turystów i trzeba zaczekać w kolejce, aby móc ją uwiecznić na fotografii. Powstały na przełomie XII i XIII stulecia obiekt służył nie tylko jako świątynia. Znajdował się tu również buddyjski uniwersytet, biblioteka i świetnie zaopatrzony skarbiec. Przechowywano w nim podobno 5 t srebra, diamenty i tysiące drogocennych kamieni szlachetnych. Warto zejść z głównego szlaku i pochodzić wśród murów i rozrzuconych brył. Gdy uważnie się patrzy, można czasem wśród wijących się jak węże korzeni drzew odnaleźć twarz tancerki zdobiącą oderwany kawałek reliefu.

 

NIEPOZORNY KLEJNOT

Mniej więcej 25 km od Angkor Wat i Angkor Thom znajduje się jeszcze jedna przepiękna świątynia, zwana Twierdzą Kobiet – Banteay Srei. Została ona wzniesiona w X w., jednak nie na polecenie khmerskich władców – jak te już wspomniane – a dwóch braminów i doradców królewskich. Jeśli ktoś widział misterne arabskie ornamenty wyrzeźbione w drewnie, od razu dostrzeże tę samą precyzję w wykonaniu tutejszych zdobień w kamieniu. Ta mała świątynia jest prawdziwą perełką. Zbudowano ją w większości z czerwonego piaskowca, co nadaje jej niezwykły wygląd. Szczególnie wspaniale prezentuje się o zachodzie słońca, gdy jego promienie nasycają czerwień ścian, a koronkowe reliefy pokrywające dosłownie każdy metr muru zachwycają bardziej niż w innych porach dnia. Całość stanowi ciekawą kompozycję przestrzenną – wiele bram występuje tutaj w szeregu. Ma się zatem wrażenie, jakby oglądało się widoki otoczone podwójną czy nawet potrójną ramą obrazu. W Banteay Srei uprawiano kult hinduistycznego boga Śiwy, ale dlaczego budowlę nazwano Twierdzą Kobiet (w innych źródłach – Cytadelą Kobiet lub Cytadelą Piękna), niestety, nie wiadomo. Być może nazwa ta nawiązuje do delikatnych, jakby utkanych kobiecą ręką wzorów na kamiennych ścianach…

                Na tyłach świątyni jest piękny staw otoczony bujną roślinnością. Zazwyczaj panuje nad nim cisza, bo nie docierają tu tłumy turystów skupionych głównie na bramach i komnatach po drugiej stronie. W tym cichym zakątku można więc w spokoju kontemplować magiczne piękno tego miejsca.

 

Kambodżańskie tancerki podczas wykonywania tradycyjnego tańca khmerskiego

©MAŁGORZATA GAŁKOWSKA-BŁĄDEK/WWW.MYFENGSTYLE.COM

 

WSKAZÓWKI DLA ZWIEDZAJĄCYCH

Podczas pobytu w okolicy poza zwiedzaniem świątyń warto wybrać się na organizowane w Siem Reap przedstawienia i pokazy dawnych tańców khmerskich. Polecam szczególnie „Restaurację Koulen”, w której podaje się wspaniałe potrawy lokalnej kuchni. Odbywają się w niej występy taneczne i prezentacje różnych miejscowych rytuałów. Takie pokazy najlepiej oglądać po wizycie w Angkor Wat i Angkor Thom oraz pozostałych wspomnianych obiektach. Wtedy ma się wrażenie, że apsary – przepiękne i zwinne indyjskie boginki zaklęte w reliefach na murach świątyń – ożywają na naszych oczach. Na moment zapomina się o codziennym życiu i zanurza w świecie magicznych ceremonii, bajecznie kolorowych strojów i poruszających się z ogromnym wdziękiem khmerskich tancerek. Na zakończenie można zrobić sobie z nimi pamiątkowe zdjęcie.

                Jaki okres jest najlepszy na zwiedzanie Kambodży? My podróżowaliśmy w porze deszczowej, w czerwcu. Deszcz padał raz dziennie, około południa, potem wychodziło słońce. Co kilka dni zdarzała się wieczorna ulewa trwająca mniej więcej godzinę lub dwie, ale nie przypominała opadów, jakie obserwujemy w Polsce. Z nieba spływała ściana wody, a ulice zamieniały się w rwące potoki. Sam deszcz nie stanowi problemu, bo można go gdzieś przeczekać. Dużo bardziej uciążliwa jest wysoka wilgotność powietrza powodująca, że po kilku krokach człowiek staje się cały mokry od potu. Osoby odwiedzające częściej tę część Azji twierdzą jednak, że pora sucha znacznie bardziej daje się we znaki, bo ze względu na upał ciężko zwiedzać cokolwiek. Dla nas istotny był fakt, że w porze deszczowej do Kambodży przyjeżdża mniej turystów i dzięki temu przyjemniej poznaje się ten kraj. Mniej jest kolejek i tłumów, a ceny bywają nieco niższe. Zamiast peleryn przeciwdeszczowych lepiej jednak zabrać ze sobą parasol, ponieważ przy wysokich temperaturach i wilgotności pod nieprzepuszczającym powietrza materiałem człowiek przemaka od… potu. Nie zaszkodzi też krem do opalania z filtrem i dobry środek odstraszający komary (przeznaczony do używania w warunkach tropikalnych). Tych ostatnich nie ma zbyt wiele i w okolicy głównych atrakcji Kambodży nie trzeba obawiać się zagrożenia chorobami przez nie przenoszonymi. Tak zaopatrzeni możemy śmiało ruszać na odkrywanie tego tajemniczego kraju.

 

Wydanien Lato 2018

Indonezja – archipelag marzeń

Bali-_Tanah_Loot.jpg

Popularna balijska świątynia Tanah Lot

©TOURISMUS-INDONESIEN.DE

KAROLINA SYPNIEWSKA-WIDA

www.karolinasypniewska.pl

 

Indonezyjskie motto narodowe „Bhinneka Tunggal Ika”, czyli „Jedność w różnorodności”, idealnie określa to państwo położone na największym na ziemi Archipelagu Malajskim, złożonym z ponad 25 tys. wysp. Trudno znaleźć na naszym globie drugie takie miejsce, które może poszczycić się równie długą historią, bogactwem natury oraz wielokulturowością. Nowoczesne kurorty na znanej chyba każdemu na świecie wyspie Bali sąsiadują z historycznymi jawajskimi świątyniami. Z kolei wschodni kraniec kraju – Papua – to kraina rytuałów i wodzów wiosek, odcięta od rzeczywistości, jakby zatrzymana w czasoprzestrzeni. Jawa tętni życiem olbrzymiej stolicy Dżakarty, a sylwetki jej licznych wulkanów majaczą złowieszczo na horyzoncie. Poszukiwacze mocnych wrażeń będą mieli szansę zajrzeć w oczy słynnemu waranowi z Komodo. Zapaleni nurkowie zachwycą się wielobarwnym podwodnym królestwem okolic Bali. Czwarty najbardziej zaludniony kraj na ziemi to prawdziwy raj dla podróżników. 

Więcej…

Na szlakach Brandenburgii

JOANNA CZUPRYNA

<< Można by pomyśleć, że lasy, jeziora, pagórki, ruiny budowli z cegły, kościelne wieże i wiejskie zagrody tworzą krajobraz, jakich wiele. Po przejechaniu granicy w Świecku kierowców wita tablica kraju związkowego Niemiec i… monotonia za oknem. „Zielone pustkowie” – zanotował w drugiej połowie XIX w. Theodor Fontane (1819–1898), najsłynniejszy pisarz regionu, który przez kilkanaście lat niestrudzenie podróżował po swojej małej ojczyźnie, aby na końcu stwierdzić – „Przemierzyłem Brandenburgię, uznając ją za bogatszą, aniżeli śmiałem przypuszczać”. Pięć tomów „Wędrówek po Marchii Brandenburskiej” jest dobrym przykładem na to, że pierwsze, często pobieżne wrażenia mogą mylić i pozbawić nas szansy na przeżycie czegoś wspaniałego. Dlatego proponuję zwolnić, zjechać z autostrady i pomknąć w głąb krainy, która ma znacznie więcej do zaoferowania niż pozornie niczym się nie wyróżniające widoki. >>

Więcej…