PAWEŁ WIŚNIEWSKI

 

Mieszkańcy pełnej magii Toskanii mówią, że mają wszystko – od wysokich gór na północy, ze śniegiem w zimie (Apenin Toskański), przez bardzo żyzne rolnicze obszary Valdery, którymi spływa do Morza Liguryjskiego rzeka Arno, po przepiękne tereny nadmorskie ciągnące się od granic Ligurii i do prowincji Grosseto na południowych krańcach regionu. Poza tym są tu jeszcze malownicze Wyspy Toskańskie, na czele z Elbą, objęte ochroną w ramach parku narodowego. W opinii Toskańczyków trudno więc doszukiwać się choćby odrobiny przesady.

 

Nazwa tej krainy historycznej i zarazem regionu administracyjnego w środkowych Włoszech wiąże się z Etruskami (łac. Etrusci lub Tusci), ludem zamieszkującym w starożytności Etrurię (rejon znajdujący się w centralnej części Półwyspu Apenińskiego, pokrywający się mniej więcej z dzisiejszą Toskanią, zachodnią Umbrią i północnym Lacjum) od ok. VIII w. p.n.e. do I stulecia p.n.e. W miastach i miasteczkach na każdym kroku można znaleźć ślady etruskiego dziedzictwa. Przypominają o nim stare mury miejskie, zachowane budowle i kamieniste dukty piesze.

 

Toskania jest niezmiernie zróżnicowana pod względem zarówno geologicznym, jak i krajobrazowym. Na północy leżą piękne górskie tereny, włączone częściowo do Parku Narodowego Apeninu Toskańsko-Emiliańskiego (Parco Nazionale dell’Appennino Tosco-Emiliano – również w regionie Emilia-Romania). Apenin Toskański zajmuje obszar od przełęczy Cisa do źródeł rzeki Tyber. W granicach Toskanii wznosi się należący do niego nieduży łańcuch zwany Alpami Apuańskimi. Najwyższym szczytem tych ostatnich jest Monte Pisanino (1946 m n.p.m.). Tutaj znajdują się złoża znanego na całym świecie szlachetnego białego marmuru z Carrary (marmuru karraryjskiego). Jego wydobywanie wyrządza – niestety – dość znaczne szkody w środowisku naturalnym. Głębokie wyżłobienia w zboczach widać z odległości wielu kilometrów. Na ten problem zwracają uwagę włoskie ruchy ekologiczne, ale korzyści ekonomiczne płynące ze sprzedaży marmuru są tak duże, że państwo ciągle przyznaje prywatnym podmiotom nowe licencje na jego wydobycie. Poza tym w Toskanii zbiegają się wilgotne i gorące prądy morskie i kontynentalne. Dlatego lata bywają tu upalne i parne, a wilgotność powietrza dochodzi w tym czasie nawet do 70–80 proc.

 

WŁOSKA SIELANKA

 

Rytm tutejszego życia, zwłaszcza na prowincji, wyznacza pogoda. Tak w przypadku rolników, jak i innych mieszkańców Toskanii to ona wpływa na codzienny rozkład dnia.

 

Z samego rana budzi Toskańczyków śpiew ptaków, beczenie kóz i dźwięk kościelnego dzwonu. Włosi do kościoła chodzą często bardziej ze względów towarzyskich niż religijnych. W małych miejscowościach do wypełnionej ludźmi świątyni zaglądają też czasem psy czy koty w poszukiwaniu swoich właścicieli. Sama msza to przede wszystkim okazja do spotkania. Przed jej rozpoczęciem nie siedzi się w ciszy, lecz prowadzi ożywione rozmowy na temat najnowszych lokalnych wydarzeń. Włoskie nabożeństwa są krótkie i konkretne, bo ważniejszą częścią poranka jest śniadanie (colazione), jadane zazwyczaj w pobliskim barze.

 

W takim lokalu umiejscowionym w tzw. circolo w budynkach gminnych koncentruje się życie zarówno towarzyskie, jak i kulturalne. Obowiązkowy element pierwszego posiłku stanowi kawa, doskonała nawet w najmniejszym barze. Włochów można oszukać na różnych rzeczach, ale nie na jakości ich ulubionego napoju. Dlatego zazwyczaj najgorszą kawę podaje się w takich obiektach jak dworce czy lotniska, gdzie pojawia się więcej turystów niż miejscowych. Jedne z najlepszych barowych ekspresów produkuje się właśnie we Włoszech. Do kawy zwykle zamawia się coś słodkiego (dolce), a sam rytuał picia trwa minimum kilka minut. Dobry bar można rozpoznać już z daleka po aromacie unoszącym się na ulicy i dużej liczbie miejscowych. Pyszny włoski napój serwuje się też w tzw. pasticceriach, czyli odpowiednikach polskich cukierni. Często prowadzą je kolejni potomkowie jednej rodziny wytwarzający własne niepowtarzalne wypieki i korzystający z sekretnych przepisów.

 

Po śniadaniu Toskańczycy udają się do pracy. Mieszkańcy tego regionu nierzadko mają małe warsztaty i rodzinne firmy w swoich domach. Do południa Włosi myślą o pranzo, czyli obiedzie, i niemal wszędzie toczą rozmowy właśnie na ten temat. Pracę zresztą wykonują zwykle bez pośpiechu w oczekiwaniu na sjestę. Gdy zbliża się godzina 13.00, wszyscy wychodzą coś zjeść. Znawcy twierdzą, że tożsamość i kultura Włochów kształtowały się i kształtują właśnie podczas posiłków, które wzmacniają przecież więzi. 

 

W toskańskiej kuchni jest dużo świeżych produktów, w tym warzyw i aromatycznych ziół. Na pierwsze danie często podaje się minestrę (minestrone to za długie słowo dla Toskańczyka), czyli zupę warzywną. Każda gospodyni ma na nią swój własny przepis. Na drugie zazwyczaj serwuje się pastę (makaron) np. z sosem pomidorowym, niejednokrotnie z przydomowych pomidorów, i mięso, zwłaszcza drobiowe lub wołowe, bardzo rzadko wieprzowe, zastępowane dziczyzną. W Toskanii często przyrządza się specjalne hodowlane gołębie, a także wróble (paserotti). Wyjątkowo smaczne jest też pieczywo z małych rodzinnych piekarni z długoletnią tradycją, jedzone z oliwą i czosnkiem. Na stole pojawiają się również owoce, zwłaszcza cocomero, czyli arbuz, który syci i zaspokaja pragnienie.

 

Po obiedzie każdy udaje się na sjestę czy krótką drzemkę. Kto wie, jak wygląda toskańskie lato z temperaturami powietrza do ok. 40°C i wysoką wilgotnością, nie dziwi się temu zwyczajowi. W takich warunkach po sutym włoskim posiłku zwyczajnie nie da się utrzymać na nogach. Po sjeście jedni wracają do pracy, a inni do swoich domowych obowiązków i… zaczynają odliczać czas do kolacji. Cena trwa tu często godzinami. W lecie zasiada się do niej pod gołym niebem i urozmaica się ją dużą ilością wina lub grappy. Toskańczycy spożywają kolacje w domu albo licznych barach i osteriach. Potem siedzą długo na nieśmiertelnych plastikowych krzesełkach ustawionych wzdłuż knajpek czy na podwórkach i zastanawiają się, jaka ma być jutro pogoda i co będą jedli.

 

HISTORIA MIEJSKICH MURÓW

 

IMG 4160

Panorama uroczej Florencji z ogromną kopułą wspaniałej Katedry Matki Boskiej Kwietnej i wieżą Starego Pałacu

© MAGAZYN ALL INCLUSIVE/PAWEŁ PAKIEŁA

 

PH VOLTERRA VAL CECINA 136

Volterra – widok na Baptysterium św. Jana i katedralną dzwonnicę

© ARCHIVIO CONSORZIO TURISTICO VOLTERRA

 

W Toskanii warto odwiedzić jej klimatyczne, malownicze i zabytkowe miasta. Nad rzeką Serchio leży 90-tysięczna Lukka (Lucca). Główne atrakcje turystyczne znajdują się tutaj w obrębie renesansowych murów. Ośrodek założyli Etruskowie, a w 180 r. p.n.e. stał się on kolonią rzymską. Lukka przez ok. 200 lat (w IX i X w.) była głównym miastem Toskanii, aż w końcu utraciła swoje znaczenie, gdy toskańską stolicą została Florencja.

 

Wspomniane mury obronne, otaczające rejon historycznej zabudowy, zachowały się do dziś w bardzo dobrym stanie. Głównym placem jest Piazza dell’Anfiteatro, na którym wznosił się kiedyś rzymski amfiteatr. Symbol Lukki stanowi Katedra św. Marcina (Cattedrale di San Martino), wybudowana w tzw. stylu romańsko-pizańskim w drugiej połowie XI stulecia. Przylega do niej charakterystyczna 58-metrowa wieża kościelna z brązowego marmuru w części dolnej i białego w części górnej. Warto zobaczyć również Kościół św. Michała Archanioła (Chiesa di San Michele in Foro) z XI–XIV w. Uwagę zwraca przede wszystkim jego piękny fronton z kolumnadami. W mieście każdego lata odbywa się znany w Europie festiwal muzyczny Lucca Summer Festival, na który przyjeżdżają gwiazdy z całego świata (jego jubileuszową, 20. edycję zaplanowano na dni od 14 czerwca do 23 lipca 2017 r.).

 

Niedaleko Lukki leży Piza słynąca głównie z jednego z symboli Włoch, czyli niemal 56-metrowej Krzywej Wieży (Torre Pendente). Właściwie gdyby nie przypadek i błąd budowniczych, to miejsce nie cieszyłoby się tak dużą popularnością wśród turystów. Budowla została jednak wzniesiona częściowo na obszarach bagiennych, dlatego z czasem zaczęła się przechylać w jedną stronę. Od wielu lat wieża poddawana jest zabiegom mającym zabezpieczyć ją przed upadkiem i dzięki temu ciągle można wchodzić na jej szczyt i podziwiać panoramę miasta.

 

Pizę także założyli Etruskowie. Między XI i XIII w. była potężną republiką (istniejącą do 1406 r.), która wzbogacała się na wyprawach przeciw Saracenom na Sycylii i Sardynii. Od początku XVI stulecia miasto zaczęło podupadać. Nanoszone przez rzekę Arno muł i piasek utrudniały funkcjonowanie portu. 

 

Do najbardziej znanych pizańskich zabytków należy plac Katedralny (Piazza del Duomo), inaczej plac Cudów (Piazza dei Miracoli). Oprócz Krzywej Wieży (czyli dzwonnicy) znajduje się na nim Katedra (Duomo di Pisa), Baptysterium św. Jana Chrzciciela (Battistero di San Giovanni Battista) i historyczny cmentarz (Camposanto Monumentale). Poza tym warto obejrzeć też Bazylikę św. Piotra Apostoła (Basilica di San Pietro Apostolo, San Piero a Grado), Kościół Matki Boskiej od Ciernia (Chiesa di Santa Maria della Spina) czy plac Rycerzy (Piazza dei Cavalieri). 

 

Livorno to przede wszystkim ważny port morski. W pierwszej połowie XVII w. wielki książę Toskanii Ferdynand II Medycejski (1610–1670) postanowił powiększyć miasto – tak powstał poprzecinany kanałami handlowy dystrykt Nowa Wenecja (Venezia Nuova). W tej okolicy znajdują się dawne obiekty obronne: Stara i Nowa Forteca (Fortezza Vecchia i Fortezza Nuova). Przy placu Wielkim (Piazza Grande) stoi natomiast Katedra św. Franciszka (Cattedrale di San Francesco), którą rozpoczęto budować pod koniec XVI stulecia. Główną ulicę tego rejonu Livorno stanowi Via Grande z butikami znanych marek.

 

Podczas zwiedzania Toskanii nie wolno pominąć ponad 380-tysięcznej Florencji. Miasto swoją nazwę zawdzięcza Juliuszowi Cezarowi, który w 59 r. p.n.e. tutejszą kolonię dla żołnierzy ochrzcił mianem Florentii. Początki ośrodka związane są z Etruskami, a największy jego rozkwit nastąpił za czasów rządów słynnego włoskiego rodu – Medyceuszy.

 

Najważniejszym florenckim zabytkiem jest Katedra Matki Boskiej Kwietnej (Cattedrale di Santa Maria del Fiore lub po prostu Duomo). W tym miejscu znajdowała się pierwsza tutejsza chrześcijańska katedra. Świątynię pod wezwaniem św. Reparaty wzniesiono prawdopodobnie na przełomie IV i V w., a po zburzeniu przez Ostrogotów w VI stuleciu odbudowano. Obecna budowla powstawała w latach 1296–1436 i ma największą ceglaną kopułę na świecie projektu Filippa Brunelleschiego (1377–1446). Z tej kopuły lub sąsiedniej Dzwonnicy Giotta (Campanile di Giotto) można podziwiać przepiękną panoramę całej Florencji. Warto odwiedzić także Ogród Boboli (Giardino di Boboli) i plac Michała Anioła (Piazzale Michelangelo). Po drugiej stronie rzeki Arno wznosi się Bazylika Matki Boskiej (Basilica di Santa Maria Novella) z zegarem słonecznym i sferą armilarną (sferycznym astrolabium) – przyrządem do wyznaczania współrzędnych ciał niebieskich z 1572 r.

 

Poza tym do najciekawszych tutejszych zabytków należą jeszcze Baptysterium św. Jana (Battistero di San Giovanni), Stary Pałac (Palazzo Vecchio) z repliką rzeźby Dawid Michała Anioła (1475–1564), Bazylika św. Krzyża (Basilica di Santa Croce) i Galeria Uffizi (Galleria degli Uffizi). Ta ostatnia jest mekką miłośników malarstwa – znajdują się w niej największe arcydzieła takich artystów jak Sandro Botticelli, Leonardo da Vinci, Tycjan, Rafael Santi, Michał Anioł, Caravaggio, Albrecht Dürer, Peter Paul Rubens, Rembrandt czy Antoon van Dyck.

 

WIEŻE, KONIE I WINO

 

Jeśli chcemy poczuć atmosferę dawnych czasów, koniecznie musimy odwiedzić urokliwe miasto Volterra (zwane kiedyś Volaterrae). Zostało ono zbudowane na skale, na wysokości ponad 530 m n.p.m. W okolicy wydobywa się alabaster, co do dziś stanowi ważną dziedzinę tutejszej gospodarki. 

 

Ośrodek ten należał niegdyś do 12 głównych miast starożytnej Etrurii. Już w tamtych czasach Etruskowie wykorzystywali alabaster do produkcji urn i sarkofagów. Z tego okresu zachowały się mury miasta, w granicach których znajduje się większość atrakcji turystycznych Volterry. Pod koniec III w. p.n.e. ośrodek włączono do imperium rzymskiego. Obecnie przypominają o tym ruiny antycznego teatru.

 

Najbardziej znaną bramą miejską jest Porta all’Arco (wzniesiona od południa), na której wciąż widać starożytne rzeźby. Centrum miasta wyznacza plac Priori (Piazza dei Priori) z Pałacem Priori (Palazzo dei Priori, czyli ratuszem) zbudowanym w latach 1208–1257. Oprócz tego warto zobaczyć także Pałac Pretorianów (Palazzo Pretorio) oraz plac św. Jana (Piazza San Giovanni) z Baptysterium św. Jana (Battistero di San Giovanni) i Katedrą Wniebowzięcia NMP (Cattedrale di Santa Maria Assunta) z XII stulecia. Gdy zbliżamy się do Volterry, z daleka możemy już dostrzec potężną Fortecę Medyceuszy (Fortezza Medicea – obecnie mieści się tu więzienie). Cenne eksponaty z czasów Etrusków obejrzymy w Museo Etrusco Guarnacci.

 

Duch przeszłości unosi się również w położonym na wzgórzu, na wysokości 324 m n.p.m., San Gimignano zwanym średniowiecznym Manhattanem ze względu na widoczne już z oddali wysokie czworokątne wieże przypominające współczesne drapacze chmur. Nazwa miasta wywodzi się od imienia biskupa Modeny – św. Geminiana (312–397). Wspomniane wieże powstawały pomiędzy XIII i XV w. i do dziś zachowało się ich 14. Oprócz podnoszenia prestiżu swoich właścicieli pełniły też funkcje obronne. 

 

Centralny punkt miasta stanowi plac Katedralny (Piazza del Duomo) z Kolegiatą Wniebowzięcia NMP (Collegiata di Santa Maria Assunta). Wewnątrz świątyni znajdują się freski w stylu szkoły sieneńskiej. Obok wznosi się ratusz miejski (Palazzo Comunale) z muzeum, zwany także Palazzo del Popolo lub Palazzo Nuovo del Podestà. Stojąca tuż przy nim 54-metrowa wieża – Torre Grossa – jest najwyższa w San Gimignano. W pobliżu wzbija się w niebo z kolei najstarsza tutejsza tego typu budowla – Torre Rognosa (Torre dell’Orologio albo Torre del Podestà) z początku XIII stulecia (należąca do Palazzo Vecchio del Podestà).

 

Położona na południowy wschód stąd niemal 55-tysięczna Sienasłynie przede wszystkim z Il Palio – widowiskowego wyścigu konnego w centrum miasta, odbywającego się podczas festynu na cześć Matki Boskiej. Pierwotnie powstała tu etruska osada. W V w. ośrodek stał się siedzibą biskupów. Siena wzbogaciła się dzięki rozwojowi handlu i usytuowaniu na ważnych szlakach handlowych. Od dawna pozostawała jednak w konflikcie z Florencją i do dziś znajduje się w jej cieniu. 

 

Nad głównym sieneńskim placem – Piazza del Campo – góruje Torre del Mangia. Wieża ta ma 88 m wysokości, a z umieszczonego na niej punktu widokowego można podziwiać przepiękną panoramę. Tuż obok znajduje się też Palazzo Pubblico, w którym aktualnie funkcjonuje Muzeum Miejskie (Museo Civico). Ważnym zabytkiem jest katedra z XIII–XIV w. – Duomo di Siena.

 

Dwa razy w roku (2 lipca i 16 sierpnia) odbywa się tutaj wspomniany wyścig Palio di Siena na cześć Matki Boskiej. Poprzedzają go parady, pochody i zawody rozgrywane między 17 dzielnicami miasta (contradami). Oprócz gonitwy najbardziej widowiskowo prezentuje się żonglowanie wielkimi jedwabnymi chorągwiami.

 

Podczas wizyty w Toskanii nie wolno nie zajrzeć również do regionu cenionego przez koneserów i smakoszy wina. Obejmuje on tereny sześciu prowincji: Florencji, Sieny, Arezzo, Pizy, Prato i Pistoi. Znajdują się tu urocze wzgórza Chianti (Colline del Chianti). Winorośl uprawiali na tym obszarze już Etruskowie, a na szeroką skalę wino zaczęto wytwarzać w czasach średniowiecza. Sposób produkcji właściwego chianti opracowano w XVII lub XVIII w., kiedy rozpoczęto wykorzystywać szczep sangiovese wraz z innymi odmianami (w zdecydowanie mniejszych proporcjach). Słynne Chianti Classico powstaje od 1716 r. tylko na tym historycznym terenie (w prowincjach Florencja i Siena). Tutejsze winnice mają prawo do umieszczania symbolu regionu – Gallo Nero, czyli czarnego koguta, który kiedyś był znakiem utworzonej w 1384 r. Ligi Chianti (Lega del Chianti). Logo to obecnie gwarantuje, że wino zostało wyprodukowane zgodnie z wielowiekową recepturą. Do atrakcji krajobrazowych w tym rejonie należy droga o długości ok. 61,5 km, zwana Chiantigianą, która prowadzi z Florencji do Sieny przez jedne z najbardziej malowniczych obszarów Włoch, wykorzystywane często jako tło w produkcjach filmowych.

 

Jeśli o filmach już mowa, trzeba koniecznie wspomnieć o tych związanych z magiczną Toskanią. Sceny do pierwszej części wzruszającego obrazu Życie jest piękne (1997) Roberta Benigniego, kiedy to Guido zabiega o Dorę, kręcono w mieście Arezzo. Tłem dla Angielskiego pacjenta (1996) z Juliette Binoche i Ralphem Fiennesem było Montepulciano, Forte dei Marmi, Ripafratta (w gminie San Giuliano Terme) i okolice Pienzy. Ta francuska aktorka zagrała zresztą także w innym filmie, w którym wykorzystano urocze toskańskie krajobrazy, a mianowicie Zapiskach z Toskanii (2010). W Livorno rozgrywa się akcja niezmiernie klimatycznego włoskiego dramatu Coś pięknego z 2010 r. ze wspaniałą ścieżką dźwiękową. Jednym z najbardziej znanych obrazów kojarzonych z tym regionem Włoch jest Pod słońcem Toskanii (2003) – jego bohaterka, amerykańska pisarka (grana przez Diane Lane), zakochuje się w tym miejscu i jego mieszkańcach, gdy przenosi się do tutejszej starej Willi Bramasole w malowniczej Cortonie. Scenariusz do niego powstał na podstawie autobiograficznej książki Frances Mayes. Ta włoska kraina prezentuje się też wyjątkowo pięknie w kadrach dramatu Ukryte pragnienia (1996) Bernarda Bertolucciego.

 

POWIEW MORSKIEJ BRYZY

 

Na południu Toskanii warto wybrać się do kilku miejsc. W 30-tysięcznym Piombino funkcjonuje drugi co do wielkości port w regionie (po Livorno). Historyczna część miasta leży na wysuniętym cyplu otoczonym z trzech stron wodą. W tej okolicy Morze Liguryjskie łączy się z Tyrreńskim. Nadmorską aleją Ludu (Viale del Popolo) dotrzemy do kamiennych schodków prowadzących na kamieniste wybrzeże. W samym centrum Piombino znajduje się mała piaszczysta plaża. Z placu Bovia (Piazza Bovio) rozciąga się piękny widok na morze, a przy sprzyjających warunkach można stąd zobaczyć nawet odległą Korsykę.

 

Grosseto to z kolei typowe toskańskie miasto z historią etruską i rzymską. Najbardziej znanym reliktem z czasów panowania Rzymian w tej okolicy jest Via Aurelia (starożytna droga łącząca Rzym z Pizą, zbudowana w III w. p.n.e.). Na wygląd Grosseto znaczny wpływ miała potężna rodzina Medyceuszy. Symbol tego stanowi choćby plac Dantego (Piazza Dante), przy którym stoją najstarsze i najważniejsze budynki miasta. Ciekawym obiektem jest tutaj Palazzo Aldobrandeschi, neogotycki pałac z 1903 r. obłożony w dolnej części trawertynem, obecnie siedziba władz prowincji Grosseto.

 

Położony dalej na południe półwysep Monte Argentario (Promontorio dell’Argentario) był kiedyś wyspą, ale został połączony ze stałym lądem dwoma piaszczystymi pasami: Tombolo della Giannella i Tombolo della Feniglia. Pasmo wapiennych gór kontrastuje tu z błękitem Morza Tyrreńskiego. W tej okolicy znajdziemy przepiękne piaszczyste plaże i urocze zatoczki. Dwie tutejsze dawne osady rybackie – Porto Ercole i Porto Santo Stefano – zmieniły się dziś w modne kurorty turystyczne. W miejscu, w którym zaczyna się Tombolo della Feniglia, usytuowana jest malownicza Ansedonia (gmina Orbetello). Na górującym nad nią cyplu zachowały się ruiny starożytnej kolonii rzymskiej Cosa (założonej w 273 r. p.n.e.). W miejscowym muzeum archeologicznym (Museo Archeologico Nazionale e Antica Città di Cosa) można obejrzeć związane z nią eksponaty. 

 

Na półwysep ze stałego lądu prowadzą trzy drogi. Jedna z nich, wiodąca wzdłuż skierowanego w stronę Monte Argentario cyplu, przecina malowniczą miejscowość Orbetello. Obecnie to głównie elegancki kurort, w którym zachowało się wiele cennych zabytków etruskich, średniowiecznych i hiszpańskich. Na teren historycznej części miasteczka prowadzi Porta Medina Coeli (Porta Nuova) – brama wzniesiona w 1697 r. Poza tym na zainteresowanie zasługuje Konkatedra Wniebowzięcia NMP (Concattedrale di Santa Maria Assunta), Pałac Gubernatora (Palazzo del Governatore), Kościół Matki Boskiej Łaskawej (Chiesa della Madonna delle Grazie) z drugiej połowy XIII stulecia i pozostałości fortyfikacji zbudowanych przez Hiszpanów z dawną prochownią Polveriera Guzman z 1692 r., w której działa obecnie muzeum archeologiczne.  

 

U wybrzeży Toskanii leży również inny niezmiernie atrakcyjny turystycznie zakątek Włoch. Mowa o archipelagu rozciągniętym wzdłuż wschodnich brzegów francuskiej Korsyki. Tworzy go siedem głównych wysp: Elba, Giglio, Capraia, Montecristo, Pianosa, Giannutri i Gorgona oraz wiele mniejszych wysepek i skał (Palmaiola, Cerboli czy Formiche di Grosseto). Nie przypominają one zbyt mocno reszty kraju, dlatego można się na nich poczuć niemal jak na innym kontynencie.

 

Wyspy Toskańskie zostały ukształtowane w okresie triasu, czyli ok. 250–200 mln lat temu. Występuje tu wiele chronionych gatunków flory i fauny, w tym endemicznych, np. ślimaki Oxychilus pilula i Oxychilus gorgonianus, motyl Coenonympha elbana czypodgatunki żmii żebrowanej Vipera aspis francisciredi i Vipera aspis montecristi. Cały archipelag (zwłaszcza Gorgona, Palmaiola, Cerboli, Montecristo oraz w nieco mniejszym stopniu Capraia i Elba) jest miejscem odpoczynku i sezonowego pobytu licznych gatunków ptaków podczas migracji z północy na południe (i w drugą stronę). Zaskoczeniem dla europejskiego turysty może być także fakt, że w tej czarującej okolicy obserwuje się delfiny i migrujące płetwale zwyczajne czy kaszaloty. 

 

Region objęto ochroną utworzonego w 1996 r. dziewiczego Parku Narodowego Wysp Toskańskich (Parco Nazionale Arcipelago Toscano), który zajmuje obecnie powierzchnię aż ponad 790 km². Najwyższym punktem jest tutaj Monte Capanne (1019 m n.p.m.), góra znajdująca się na Elbie (w jej zachodniej części). 

 

DUCH NAPOLEONA

 

Pocztówkowa Elba, nazywana „Królową Archipelagu” (La Regina dell’Arcipelago), to trzecia co do wielkości włoska wyspa (po Sycylii i Sardynii). Ma powierzchnię 223,5 km2i wybrzeże o długości 147 km. Leży na Morzu Tyrreńskim w odległości 10 km od portu Piombino i 50 km od francuskiej Korsyki w granicach administracyjnych prowincji Livorno. 

 

Gdy wyspę zamieszkiwali Ligurowie, jej nazwa brzmiała Ilvates. Starożytni Grecy ląd ten zwali Aithàle, Aithàleia lub Aithalìa, co pochodzi od greckiego słowa określającego dym (aithàle). W tym czasie prowadzono tu wytop metali w paleniskach. Atrakcyjną Elbę najeżdżali Etruskowie, Kartagińczycy i Rzymianie, a później Ostrogoci, Longobardowie i Saraceni. Następnie wyspa stała się częścią Republiki Pizy, a później nabyta została przez władcę Piombino (Signoria di Piombino), gdy Piza w 1399 r. trafiła w ręce włoskiego rodu arystokratycznego Visconti. W 1534, 1544 oraz 1553 i 1555 r. w całym regionie dokonali zniszczeń tureccy korsarze – najpierw pod wodzą słynnego Barbarossy (ok. 1478–1546), a następnie admirała floty osmańskiej Turguta (1485–1565). W 1548 r. książę Toskanii Kosma I Medyceusz (1519–1574) rozkazał architektowi Giovanniemu Cameriniemu stworzyć projekt potężnie ufortyfikowanego miasta nazwanego wówczas Cosmopoli (dzisiejsze Portoferraio). Od 1557 r. strategicznie położona wyspa staje się zależna od Hiszpanii jako tzw. Stato dei Presidi („Państwo Garnizonów”, istniejące do 1801 r.). W XVIII stuleciu znajdowała się również we władaniu Austriaków i Królestwa Neapolu. W 1802 r. ten kuszący wiele mocarstw malowniczy skrawek lądu przeszedł na własność Francuzów i rozkwitł ekonomicznie.

 

Po zmuszeniu do abdykacji w 1814 r. 3 maja przybył do Portoferraio, największego miasta wyspy, Napoleon Bonaparte (1769–1821). Towarzyszyło mu 600 żołnierzy Gwardii Cesarskiej, a wśród nich także szwadron polskich szwoleżerów zwany Szwadronem Elby. Formację tę utworzył ówczesny major Paweł Jan Jerzmanowski herbu Dołęga (1779–1862). Miała ona być częścią nowej armii francuskiego wodza. Żołnierze polscy byli znani z doskonałego wyszkolenia i świetnego posługiwania się bronią. Napoleon zamieszkał w Portoferraio, najpierw na chwilę w ratuszu, później w Villi dei Mulini. Korzystał też z letniej rezydencji w San Martino (Villa di San Martino). Odwiedzali go głównie najbliżsi: matka Letycja, siostra Paulina i kochanka Maria Walewska. Wyspiarze do dziś wspominają 10-miesięczny pobyt w tych stronach cesarza Francuzów, ponieważ zainicjował on budowę dróg, szkół, teatru i wodociągów, stworzył obowiązującą obecnie flagę Elby i zreformował miejscowe podatki. 

 

Na kongresie wiedeńskim wyspę włączono do Wielkiego Księstwa Toskanii, a w 1860 r. stała się ona częścią jednoczącego się Królestwa Włoch. W dniach 17–20 czerwca 1944 r. wojska francusko-senegalskie wyzwoliły ją spod okupacji niemieckiej (tzw. Operacja „Brassard”).

 

Dziś Elba stanowi głównie prawdziwy raj dla turystów, wielbicieli wyśmienitej kuchni i znawców win. Dominuje tutaj klimat śródziemnomorski za wyjątkiem najwyższego punktu wyspy, czyli Monte Capanne, gdzie podczas zimy bywa dość chłodno i czasem nawet może padać śnieg. Średnie roczne temperatury powietrza wynoszą ok. 11,5–17°C, latem termometry wskazują nawet do 36°C. Elba jest bardzo dobrze połączona z kontynentalną częścią Toskanii i resztą Włoch. Kursuje na nią wiele promów z Piombino, w miejscowości Marina di Campo znajduje się także nieduże lotnisko.

 

Główne miasto wyspy stanowi ponad 10-tysięczne Portoferraio, które zbudowała rodzina Medyceuszy. Historia ośrodka i jego nazwa związana jest z okolicznymi kopalniami rudy żelaza (ferro znaczy po włosku właśnie „żelazo”). Po wyczerpaniu złóż w 1981 r. miasto zamieniło się w cel wyjazdów turystycznych z przepiękną mariną dla jachtów i malowniczymi plażami w okolicy.

 

Blisko centrum Portoferraio leży Villa dei Mulini (Palazzina dei Mulini), w której znajdowała się oficjalna rezydencja Napoleona. W rzeczywistości to dawne zabudowania przy starym młynie dostosowane do potrzeb francuskiego wodza. Można tu obejrzeć wnętrza, które urządzono specjalnie dla niego.

 

Na wyspie warto odwiedzić również Marinę di Campo w gminie Campo nell’Elba. Znajdziemy w niej wszystko, co potrzebne jest do udanego wypoczynku: piaszczyste plaże, urocze widoki oraz bary, kawiarnie i restauracje z pysznym jedzeniem.

 

R

Krystalicznie czyste wody wokół Elby

© ROBERTO RIDI

 

Elba i okoliczne wysepki są rajem dla miłośników eksploracji morskich głębin. To dobre miejsce zarówno do zrobienia kursu nurkowego i rozwijania swoich umiejętności, jak i do nurkowania rekreacyjnego. Wokół wyspy nurkowie znajdą naturalne atrakcje jak jaskinie, tunele, groty, ściany pełne barwnych koralowców, a także wraki statków i samolotów oraz wspaniałą dziewiczą przyrodę. Można tu zaobserwować m.in. gorgonie, korale szlachetne, gąbki, graniki wielkie, barakudy, prażmy, dorady, ośmiornice, strzępiele, kielczaki i mureny śródziemnomorskie, kraby, krewetki czy skorpeny. Urokliwe zatoczki są odpowiednie dla osób początkujących, jaskinie – dla bardziej zaawansowanych. 

 

Koło formacji o nazwie Formiche della Zanca (obok Capo Sant’Andrea) odkryjemy podwodne tunele i przejścia, pionową ścianę o wysokości od 20 do 40 m z mnóstwem czerwonych gorgonii oraz bogatą faunę, np. barakudy, tuńczyki i strzępiele. W pobliżu Mariny di Campo znajduje się Scoglio della Triglia, grupa skał, niedaleko której na dnie spoczywa posąg Matki Boskiej. Między Elbą a Giglio leżą trzy skalne wysepki zwane Formiche di Grosseto – zaawansowani nurkowie schodzą w tym miejscu na głębokość 200 m wzdłuż ściany obrośniętej czarnymi koralowcami i gąbkami, wśród graników wielkich, kongerów, muren, tuńczyków, barakud, homarów i langust. Sama Giglio, znana głównie z powodu wypadku włoskiego statku wycieczkowego Costa Concordia ze stycznia 2012 r., przyciąga wspaniałą przejrzystością wody i ciekawym podwodnym światem. 

 

Nurkom przypadną też do gustu z pewnością dziewicze rejony Scoglietto di Portoferraio (zejście na głębokość ok. 20–35 m), Capo Sant’Andrea i zatoka Nisporto z uroczą plażą (koło Rio nell’Elba). U północnych wybrzeży Elby dostępne są zarówno naturalne atrakcje, np. groty, jak i interesujące wraki. Do najsłynniejszych należą frachtowiec Elviscot koło miejscowości Pomonte w gminie Marciana (tzw. Relitto di Pomonte), zbudowany w 1960 r. dla armatora z Neapolu (zatonął 10 stycznia 1972 r.), i niemiecki samolot Junkers Ju 52 (zestrzelony 9 września 1944 r.) w pobliżu Portoferraio.

 

Niezmiernie dużą popularnością na wyspie cieszy się również turystyka rowerowa. Na Elbie jest wiele tras dla cyklistów, o różnym poziomie trudności. Najbardziej polecane są te wiodące po rozległym Capoliveri Bike Park, droga prowadząca z Porto Azzurro do Rio nell’Elba z tzw. La Fonte di Coppi (źródłem nazwanym tak na cześć słynnego włoskiego kolarza torowego i szosowego Fausta Coppiego (1919–1960), a także malownicze tereny wokół Monte Calamita (413 m n.p.m.) na południowym wschodzie, szczytu Cima del Monte (516 m n.p.m.) na wschodzie, miejscowości San Martino w centrum lądu (w gminie Portoferraio) i Monte Capanne na zachodzie. Poza tym panują tu znakomite warunki do uprawiania żeglarstwa, wind- czy kitesurfingu.

 

Warto poznać tutejsze tradycje kulinarne mające wiele wieków. Prosta i zdrowa kuchnia łączy smaki owoców morza, ryb i świeżych produktów pochodzących z wyspy. Do każdego dania można dobrać lokalne wino doskonałej jakości, np. białe Elba Ansonica DOC czy Elba Moscato DOC, różowe Elba Rosato DOC, musujące Elba Bianco Spumante DOC oraz wyśmienite słodkie czerwone Elba Aleatico Passito DOCG. Na niewielkich miejscowych targach kupimy też wyroby z małych gospodarstw takie jak oliwy, sery, wędliny, pieczywa, makarony, miody, marmolady, słodkości czy likiery. Na wyspie powstaje niezmiernie ceniony miód z rozmarynu (miele di rosmarino), który uznano w 2002 r. na popularnym konkursie w toskańskim Montalcino za najlepszy w całych Włoszech. Na tym czarującym lądzie należy również spróbować dwóch tutejszych pysznych likierów. Pierwszy z nich to karmazynowy alkermes, dzięki przyprawom korzennym (cynamonowi, goździkom, kardamonowi, wanilii czy kolendrze) bardzo aromatyczny. Był to napój alkoholowy niezmiernie lubiany przez członków rodziny Medyceuszy, dlatego nazywano go „likierem Medyceuszy” (liquore dei Medici). Doskonała mortella zawdzięcza z kolei swój intensywny zapach mirtowi.   

 

Najbardziej docenianymi i znanymi produktami z Elby są obecnie wyśmienite kosmetyki marki Acqua dell’Elba (wody toaletowe i perfumowane, żele pod prysznic, kremy do ciała). Na wyspie znajduje się też siedziba firmy Locman (założonej w 1986 r.) wytwarzającej ekskluzywne zegarki, charakteryzujące się oryginalnym stylem, perfekcją wykonania i zaawansowaną technologią. Tę markę doceniają gwiazdy filmu, mediów, muzyki i sportu.

 

WŚRÓD WYSP ARCHIPELAGU

 

Villa Romana Giannutri Roberto Ridi

Ruiny rzymskiej Villi Domizia (Villi Domitia) z I–II w. n.e. na Giannutri

© ROBERTO RIDI

 

Przy okazji wizyty na magicznej Elbie warto zainteresować się pozostałymi wyspami archipelagu. Giglio (24 km2) przyciąga turystów piaszczystymi brzegami, malowniczymi klifami i urokliwymi zatoczkami, a także spokojnymi szlakami pieszymi prowadzącymi przez dziewicze tereny oraz wymarzonymi wręcz warunkami dla miłośników nurkowania i wspinaczki. Na uwagę zasługują tutejsze czarujące plaże Campese, Cannelle, Caldane i Aranella z krystalicznie czystą wodą. 

 

Capraia ma 19,3 km2 powierzchni i leży pomiędzy Gorgoną a Elbą. Jest trzecia co do wielkości w archipelagu. Turyści przypływają na tę wyspę cieszyć się przepięknymi krajobrazami i wspaniałą naturą. Znajduje się tu m.in. Forte di San Giorgio z XVI w.

 

Natomiast Montecristo (10,4 km²) została objęta ochroną ścisłego rezerwatu przyrody i dostęp do niej mają jedynie naukowcy, studenci czy dziennikarze (maksymalnie 1000 osób rocznie po otrzymaniu specjalnego pozwolenia, na które czeka się średnio ok. 3 lat). W swojej powieści Hrabia Monte Christo uwiecznił ją francuski pisarz Aleksander Dumas (1802–1870). Autor odwiedził ponoć tę wyspę w 1842 r. i dlatego uznał ją za znakomite miejsce do rozgrywania się części akcji swojej książki.

 

Pianosa (10,3 km² powierzchni) w najwyższym punkcie osiąga zaledwie 29 m n.p.m. Przez wiele lat funkcjonowała na niej kolonia karna, a od 1968 r. więzienie dla groźnych przestępców należących głównie do włoskiej mafii. Dziś dawne więzienne zabudowania są główną atrakcją historyczną wysepki, a liczba odwiedzających turystów jest ściśle limitowana (może tu przybyć tylko do 250 osób dziennie) ze względu na ochronę bioróżnorodności.

 

Niewielka Giannutri (2,6 km²) w kształcie półksiężyca to najbardziej wysunięta na południe wysepka archipelagu. Znajdują się na niej m.in. ruiny rezydencji z I–II w. n.e. należącej do rodziny cesarza Nerona (Villa Domizia, Villa Domitia), pozostałości rzymskiej świątyni (Conventaccio) i portu (Porto Romano).

 

Dla odmiany Gorgona leży najdalej na północ. Ma powierzchnię 2,25 km2, a jej najwyższy punkt mierzy 255 m n.p.m. Obecnie działa tu od 1869 r. kolonia karna. Turyści mogą odwiedzać tę urokliwą wyspę po uzyskaniu zgody włoskiego Ministerstwa Sprawiedliwości i władz więziennych. 

 

Podróż po kontynentalnej Toskanii i jej dziewiczym archipelagu ze zniewalającą Elbą na czele dostarcza rozmaitego rodzaju emocji i wrażeń: od zachwytu nad pięknem przyrody i różnorodnością krajobrazów przez zdumienie rodzące się, gdy zaczynamy dostrzegać niezmiernie bogatą historię zaklętą w architekturze, aż po błogość, jaką przynosi delektowanie się wyśmienitymi specjałami lokalnej kuchni, których nie spróbujemy nigdzie indziej na świecie. Dlatego każdy powinien dobrze się zastanowić, zanim wybierze się do tego cudownego, pełnego magii regionu Włoch. Kto raz tutaj przyjedzie, zakocha się w tym czarującym miejscu na zawsze, a od tej miłości nie ma ucieczki.

Artykuły wybrane losowo

Dziewiczy Honduras – tutaj jest wszystko

 

MICHAŁ DOMAŃSKI

 

Ten mało znany w Polsce kraj uważa się za jeden z najpiękniejszych w Ameryce Środkowej, a jednocześnie niezadeptany przez turystów i ciągle dziewiczy. Serca podróżników zdobywają w nim malownicze, soczyście zielone góry porośnięte gęstymi lasami, rwące rzeki, bezcenne zabytki Majów, rajskie wyspy na Morzu Karaibskim, przepiękna rafa barierowa, olbrzymia dziewicza tropikalna dżungla, sympatyczni i gościnni mieszkańcy czy też wyśmienita miejscowa kawa… Doskonale czują się tutaj miłośnicy prekolumbijskich kultur, latynoskiej muzyki, plażowania oraz amatorzy raftingu, nurkowania i trekkingu. O jakim kraju mowa? O tajemniczym i zapierającym dech w piersiach Hondurasie…

Więcej…

Madagaskar a sprawa polska

MAREK RACHOŃ

www.e-rachon.pl

Wyobraźcie sobie egzotyczny kraj, oddalony od Warszawy o jakieś 10 godzin lotu, gdzie pół Polski z całymi rodzinami wyrusza co roku na wakacje. Do tego bez przerwy świeci tam słońce i jest przyjemnie ciepło… Wyobraźcie sobie ląd, na którym tubylcy o skórze w kolorze przypieczonego chleba mówią po polsku. Takim miejscem mógł być Madagaskar. Oczywiście, gdyby historia potoczyła się nieco inaczej. Gdyby Francuzi w latach 30. ubiegłego wieku przekazali nam tę wyspę, a naszym rodakom udało się ją skolonizować. Mielibyśmy wówczas w Afryce trochę polskiej kultury i kuchni, na plażach swojsko brzmiące napisy, a w głębi lądu przewodników posługujących się językiem Miłosza i Gombrowicza. Nasze narodowe linie lotnicze obrałyby Madagaskar za jeden ze swoich głównych wakacyjnych kierunków, a dzieci w szkole uczyłyby się historii tego kraju. Szkoda wam trochę? Bo mnie tak.

Madagaskar ma jednak jeden polski akcent. Chodzi tu o Maurycego Beniowskiego (1746–1786). Malgasze obwołali go w 1776 r. królem wyspy. Chociaż urodził się w Verbó (obecnie słowackie miasteczko Vrbové), na terenie ówczesnych Węgier, uważał się za Polaka, co podkreślał w swoim Pamiętniku.  

Więcej…

Panama z dwóch stron

taboga Island 2

Statki w Zatoce Panamskiej u brzegów Tabogi

© HOVER TOURS

 

MARCIN WESOŁY

www.caribeya.pl

 

Słowo „Panama” ma w sobie siłę i melodię. Ilekroć je słyszę, zawsze pobudza moją wyobraźnię. Przed oczami staje mi scena, w której w tropikalnym klimacie literat pracuje nad swoją książką. Na suficie szumi wiatrak, na kolonialnym biurku stoi maszyna do pisania i butelka postarzonego rumu. Panamska rzeczywistość oczarowała pisarzy takich jak choćby Graham Greene, Joseph Conrad czy John le Carré. Ten ostatni zresztą tutaj właśnie umieścił akcję swojej powieści „Krawiec z Panamy”.

 

Kiedy trafiła się więc okazja, aby pojechać do tego kraju w Ameryce Środkowej, natychmiast z niej skorzystałem. Ta wyprawa dała mi mnóstwo radości. Odnajdywałem ją wszędzie: w ludziach, języku, na stoiskach z ulicznym jedzeniem i w przebogatej przyrodzie, której wcześniej nie znałem. Codziennie wstawałem o 5.00 lub 6.00, żeby nowa przygoda nie musiała na mnie czekać, i ciągle nabierałem apetytu na więcej. Na pierwszy rzut oka Panama wydaje się krajem lepiej zorganizowanym niż np. Dominikana. Ale bez obaw! Nie brakuje w niej naturalnego luzu. Wciąż odnajdziemy tu jedyny w swoim rodzaju, uroczy latynoski rozgardiasz. Do Polski wróciłem ogrzany promieniami słońca, naładowany pozytywną energią oraz wzmocniony witaminami ze świeżych soczystych owoców tropikalnych i życzliwością Panamczyków.

 

Z wyprawy do Panamy z największym sentymentem wspominam wizyty na dwóch wyspach: Taboga (Isla de Taboga) i Kolumba (Isla Colón). Pierwszą z nich oblewają wody Oceanu Spokojnego (Zatoki Panamskiej), a druga należy do archipelagu Bocas del Toro na Morzu Karaibskim. Udało mi się więc poznać ten kraj od strony obu jego wybrzeży.

 

Z MIASTA NA WYSPĘ KWIATÓW

 

Mieszkańcy miasta Panama i przyjeżdżający w odwiedziny do tej tętniącej życiem, ale też niezmiernie głośnej, chaotycznej i dzień w dzień potwornie zakorkowanej panamskiej stolicy mają wiele szczęścia. Z tej wielkomiejskiej przestrzeni naznaczonej gęstym lasem połyskujących w słońcu drapaczy chmur, wypełnionych filiami chyba wszystkich kluczowych banków świata czy kancelarii prawniczych, miejsca przypominającego do złudzenia betonową dżunglę Hongkongu albo Singapuru, dosyć łatwo się wydostać. Wystarczy 30 min. i 10 dolarów amerykańskich w kieszeni, aby dopłynąć do wyspy Taboga leżącej w Zatoce Panamskiej (ok. 20 km od wybrzeża kontynentu). Niebiesko-biały katamaran armatora Taboga Express lawiruje co i rusz między majestatycznymi stalowymi bestiami, czyli ogromnymi statkami flot handlowych. Większość z tych wyczekujących wejścia do Kanału Panamskiego wielotonowych kontenerowców, drobnicowców, tankowców czy masowców zarejestrowano w krajach tzw. tanich bander, jak choćby Bahamy, Antigua i Barbuda, oczywiście, Panama i daleka, położona w Afryce Zachodniej Liberia (w jej stolicy, Monrowii, rejestruje się najwięcej jednostek pod względem liczby i tonażu).

 

Na Tabodze dzięki jej wulkanicznemu pochodzeniu i żyznym glebom rozwinęła się niesamowicie bogata przyroda. Tutejsze wzniesienia pokryte są bujnym tropikalnym lasem. Najwyższe z nich – Cerro Vigía – mierzy 307 m wysokości. Wzgórze Krzyża (Cerro de la Cruz) osiąga z kolei 169 m, a wieńczy je okazały sześciometrowy krzyż. Podczas II wojny światowej oba służyły amerykańskim żołnierzom jako punkty obserwacyjne. Stany Zjednoczone ulokowały na wyspie bazę wojskową, co ponoć poprawiło znacznie status ekonomiczny jej mieszkańców. Obecnie na szczyty wzniesień prowadzą ścieżki, których pokonanie wymaga mniejszego lub większego wysiłku. Zmieniające się nachylenie terenu i duchota, panująca szczególnie na odcinkach zadrzewionych, stanowią czasem nie lada wyzwanie. Jednak warto podjąć ten trud dla późniejszych widoków, które po prostu zachwycają. Nieco niepokojący wydaje się fakt, że nad głowami osób wchodzących na górę krążą pojedynczo lub stadnie urubu czarne (sępniki czarne), padlinożerne ptaki z rodziny kondorowatych, zwane w Panamie gallotes lub gallinazos (Coragyps atratus). Monitorują kondycję wchodzących, jakby wyczekiwały swojej szansy.

 

Niemal jedna trzecia powierzchni lądu została tu objęta obszarem chronionym. Taboga zwana jest również całkiem zasadnie Wyspą Kwiatów (Isla de las Flores). Zapach tychże dolatuje do nozdrzy, gdy tylko człowiek postawi nogę na molo niewielkiej przystani promowej – ta woń od razu upaja, wprawia w dobry nastrój, zwiastuje przyjemność wakacyjnej laby. Potem zaczyna się zauważać, że kwiaty rosną wszędzie. Mury i balustrady pokrywają bugenwille w kolorze szaty biskupiej, swoje okazałe kielichy kierują do słońca hibiskusy o barwie stroju kardynalskiego. Rośliny kwitną tu bez przerwy, soczystą, radującą oczy zieleń urozmaica mnóstwo wielobarwnych akcentów. Kwiaty zdobią pobocza wąskich uliczek, jakże spokojnych i urokliwych, upiększają domowe tarasy i przydrożne, zadbane kapliczki, których na wyspie nie brakuje. Najokazalsze z tych ostatnich poświęcone są Matce Boskiej z góry Karmel (Nuestra Señora del Carmen), patronce rybaków. Co roku 16 lipca na jej cześć odbywa się zachwycająca procesja na morzu. Świętuje wówczas cała wyspa. Wokół rozbrzmiewa muzyka, wszyscy tańczą do utraty tchu, a wieczorne niebo roziskrzają pokazy sztucznych ogni.

 

Colon Island 3

Kolorowe domy na karaibskiej Wyspie Kolumba

© HOVER TOURS

 

HISZPAŃSCY KONKWISTADORZY

 

Według legendy przekazywanej od pokoleń Matka Boska miała uwolnić miejscowych od najazdów piratów, którzy nękali tę okolicę w XVI w. Ponoć ukazała się intruzom na plaży jako przywódczyni zbrojnej grupy gotowej na odparcie ataku. Piraci zlękli się i wycofali. Wyspiarze pobiegli więc do kościoła, żeby podziękować Bogu za ten cud. W świątyni ujrzeli ślady mokrych stóp prowadzące do ołtarza. Stojący na nim posąg Maryi był mokry i pokryty piaskiem. Wtedy ludzie zrozumieli, komu ten cud zawdzięczają. Dlatego też czczą swoją patronkę do dziś z niesłabnącym oddaniem.

 

Wspomniany Kościół św. Piotra (Iglesia de San Pedro) jest podobno drugą najstarszą świątynią na półkuli zachodniej. Obecnie pieczołowicie odrestaurowany wyróżnia się bielą murów, jednak wyraźnie chropowatych, pamiętających odległą przeszłość. Mimo wielu budynków stojących w sąsiedztwie kościół już z daleka daje się namierzyć po typowej wieży z dzwonnicą. Wygląda niezmiernie malowniczo. Przed nim rozpościera się niewielki plac, gdzie starsi przychodzą, aby przysiąść i poplotkować, a młodsi, żeby pograć w koszykówkę. Świątynia powstała niedługo po tym, jak w 1524 r. przybył na wyspę hiszpański ksiądz Hernando de Luque i nad brzegiem oceanu założył osadę San Pedro. Najpierw była tu mała kaplica, w której m.in. przed wyprawą konkwistadorską komunię przyjęli poddani Królestwa Hiszpanii Diego de Almagro i Francisco Pizarro. Później, jak głosi historia, ten pierwszy odkrył Chile, a drugi podbił Peru. Datę odkrycia samej Tabogi, której nazwa pochodzi od słowa aboga znaczącego w języku dawnej rdzennej ludności „obfitość ryb”, podaje ceramiczna tablica umieszczona na urokliwym skwerku tuż przy nadmorskiej promenadzie. Według niej czynu tego dokonał w 1513 r. najbardziej kojarzony z Panamą konkwistador – Vasco Núñez de Balboa. Jako pierwszy Europejczyk pokonał Przesmyk Panamski i dotarł do Oceanu Spokojnego, któremu nadał nazwę Mar del Sur – Morze Południowe. Z Santo Domingo na wyspie Hispaniola (gdzie mieszkał i popadł w długi) dostał się do ówczesnej Złotej Kastylii, czyli północnego wybrzeża dzisiejszej Panamy, w nadzwyczaj zuchwały sposób. Ukrył się w beczce na solone mięso.

 

Ciudad de Panama-DSC 8755

Avenida Balboa i drapacze chmur stojące wzdłuż wybrzeża (Ciudad de Panamá)

© AUTORIDAD DE TURISMO DE PANAMÁ

 

WYDŁUŻAJĄCA SIĘ PLAŻA

 

Taboga przyciąga zarówno Panamczyków, jak i obcokrajowców sielskością i wciąż odczuwalną atmosferą czasów kolonialnych. Najwięcej turystów z kontynentu gości w trakcie świąt i weekendów. Dla tych, którzy odwiedzają kosmopolityczne miasto Panama w interesach lub innym celu i marzą, aby choć przez moment odprężyć się poza stolicą, ta wyspa stanowi najwłaściwszy wybór. Znajdują się na niej całkiem przyjemne plaże, obmywane łagodnymi falami Pacyfiku, jak Playa Honda i Playa La Restinga. Wyjątkową cechą tej drugiej jest to, że podczas odpływu można z niej przejść na inną, znacznie mniejszą, pagórkowatą wysepkę zwaną El Morro. Nadal da się tu dostrzec ślady dawnej stoczni. Warto nadmienić, że w połowie XIX stulecia Taboga pełniła funkcję znaczącego panamskiego portu. Miejsce obfituje w owoce tropikalne i owoce morza. Papaje i karambole dojrzewają dziko i w przydomowych ogrodach. Serwowane w lokalnych knajpkach ryby, jak podawana na różne sposoby corvina (Cilus gilberti), będąca panamską specjalnością, czy wszelakie owoce morza są tu zawsze świeże i wyśmienite. Smażona corvina najlepiej smakuje z także smażonymi bananami warzywnymi – platanami (plátanos verdes), popijana lodowatym piwem Balboa albo Panama. Wśród dań z owoców morza prawdziwą rozkosz dla podniebienia stanowią almejas al ajillo – delikatne małże z czosnkiem duszone w winie, doprawione odrobiną ostrej papryki i pietruszki. Uśmiech na niejednej twarzy wywoła na pewno rachunek wypisany odręcznie na kawałku tektury, będącej fragmentem jakiegoś opakowania.

 

UROKI SAN PEDRO

 

Po wyśmienitym posiłku warto udać się na sjestę albo pospacerować po okolicy. Już na obrzeżach San Pedro tutejsza nieposkromiona natura daje o sobie znać. Wszędzie coś rośnie, wije się, pleni. Co chwilę słychać chrobot w konarach drzew, ptasie trele i kwilenie, szelest pośród opadłych, wysuszonych liści lub gdzieś w trawie. Człowiek ma ciągle wrażenie, że nie jest sam, że coś mu dotrzymuje kroku i go obserwuje. Pełno tu jaszczurek śmigających między plamami słońca a cieniem. Jedne są małe i szybkie jak pocisk, inne – całkiem spore, wolniejsze i leniwe. Czasem trafi się wąż, lecz zaraz odpełza w swoją stronę.

 

Po powrocie do miasteczka trafimy na kury grzebiące w cieniu bananowców i na gallos de pelea, czyli koguty bojowe zamknięte w klatkach, odkarmione i zadziorne. Wśród nich znajduje się pewnie przyszły el campeón – czempion. Wtedy skojarzymy, że to, co wcześniej widzieliśmy i co przypominało okrągły basen dla dzieci, ze szczątkami piór zamiast wody, jest w istocie areną do kogucich walk. San Pedro ma też cmentarz. Nekropolie w tropiku zawsze sprawiają wrażenie osobliwych, hipnotyzują. Tworzą przestrzeń z pogranicza jawy i snu, gdzie realizm magiczny, który słynny kolumbijski pisarz Gabriel García Márquez zaklął w swoich powieściach, wkracza do rzeczywistości. Najmocniej intrygują mnie takie nieco chaotyczne, skromne cmentarze. Złożone są one z białych jak wyschnięte piszczele grobowców z typowymi niszami, w które wsuwa się trumny. Część z grobów jest zapadnięta, część powleczona pajęczyną czarnych zacieków, bo wilgoć wypełza w tropiku z każdego kąta. Czasem widać tylko gołe krzyże wyrastające z suchej ziemi. Nie mogę się napatrzeć na takie cmentarze. Fascynuje mnie ten ich jakiś letargiczny charakter, pociągają te wszystkie tajemnice pozaszywane w cieniach i zapisane w osobliwych epitafiach.

 

W drodze do hotelu obowiązkowo należy zajrzeć do sklepu, gdzie Chińczyk mówiący po hiszpańsku płynnie i bez akcentu sprzedaje wyborny panamski rum Abuelo trzy razy drożej niż w kontynentalnej części kraju i narodowy trunek wysokoprocentowy z trzciny cukrowej Seco Herrerano w normalnej cenie. Co ciekawe, chińska społeczność w Panamie jest najliczniejsza w całej Ameryce Środkowej (między 135 tys. a 200 tys. mieszkańców, czyli ok. 4 proc. ludności tej ponad 4-milionowej republiki). Nie zaszkodzi zakupić oba trunki i jeszcze kilka limonek, zupełnie innych niż te, jakie znamy. Skórkę mają odrobinę zbrązowiałą, lecz ledwo przekrojone pachną jak marzenie bukietem aromatów pomarańczy i cytryn. Poza tym można z nich wycisnąć pyszny sok do drinka z rumem i coca colą, jeśli ktoś chciałby napić się cuba libre w wolnej Panamie. W hotelu, w położonym na najwyższym piętrze pokoju z wiatrakiem na suficie patrzę z balkonu na rozświetlony wieczorem Pacyfik – dziesiątki statków wyczekują wejścia do Kanału Panamskiego. O zmierzchu rozbrzmiewają żabie serenady. Niesforne psy ganiają się po sąsiednich podwórkach. Wreszcie przychodzi zasłużony sen.

 

O poranku wschodzące słońce odbija się pomarańczowo w otwartych na oścież drzwiach balkonowych. Na śniadanie dostaję smażone jajka, tosty i kawę, jak zawsze przepyszną. Na plaży na krótko przed wejściem na powrotny prom do Panamy wypijam jeszcze wodę z wielkiego, zielonego, dobrze schłodzonego orzecha kokosowego, w którym zmieściłyby się trzy szklanki płynu. Spoglądam na urzekającą Tabogę i żegnam się z nią: Hasta la próxima! („Do następnego razu!”).

 

WIECZÓR W TROPIKU

 

Po wizycie nad Pacyfikiem trafiam dla odmiany na Wyspę Kolumba (Isla Colón) leżącą na Morzu Karaibskim w prowincji Bocas del Toro (w archipelagu o tej nazwie). Jest późne popołudnie, prawie wieczór. Palmy kokosowe, zalane złotym kolorem zachodzącego słońca strzelają ponad skorodowane rdzą dachy z blachy falistej. Czaple białe wzbijają się nad gęste korony namorzynów, zataczają dwa, może trzy kręgi i siadają. Po drugiej stronie ulicy rozgrywa się scena jak z powieści Gabriela Garcíi Márqueza. Tęga doña z wałkami we włosach, odziana w bufiastą, pstrokatą sukienkę, spoczywa na bujanym fotelu przed domem i chłodzi się wachlarzem. Czasem ofuknie dzieciaki próbujące zwaśnić psa z kotem, jakby obu było mało kłótni na co dzień. W klatce o rozmiarach kredensu kuśtyka po drążku papuga o zielonożółtej głowie z czerwonymi policzkami, zapewne rudosterka żółtoskrzydła, występująca tu pod nazwą cotorra catana (Pyrrhura hoffmanni). Ptak skrzeczy, jakby chciał komuś naubliżać. Trzy młode Mulatki, ubrane w mundurki szkolne, kartkują jakąś opasłą książkę, coś w niej zaznaczają, trajkoczą i śmieją się. W tle za nimi znajduje się bananowy zagajnik, wyrośnięty mangowiec jeszcze bez owoców i drzewo chlebowe z owocami wielkimi jak bomby. Zapalają się pierwsze światła domowych lamp. Woda w zatoce mieni się najpierw złotem, potem różem i fioletem, odbijając kolory gasnącego nieba. Kiedy w tropiku kończy się dzień, wiadomo, że zmierzch zapadnie szybko.

 

Na Wyspie Kolumba warto wybrać się na Plażę Gwiazd (Playa de las Estrellas) z piaskiem drobnym i jasnym jak mąka, gdzie w płytkiej, przezroczystej wodzie niemal przy samym brzegu wylegują się okazałe rozgwiazdy: pomarańczowe, czerwone, żółte, nakrapiane. Są ich tu dziesiątki, leżą czasem jedna obok drugiej, w tercetach, kwartetach… Aby je podziwiać, trzeba podjechać lokalnym minibusem z Bocas Town (Bocas del Toro) do osady zwanej Boca del Drago (bilet kosztuje 5 dolarów amerykańskich) i dalej powędrować ścieżką biegnącą blisko namorzynów, kryjących setki pociesznych krabów. Idzie się pośród gajów palmowych, migdałowców i powykręcanych konarów kokkoloby gronowej (Coccoloba uvifera), której hiszpańska nazwa brzmi uva de playa, czyli „winogrono plażowe”. Po nacieszeniu się widokiem rozgwiazd można zamówić smażoną rybę z dodatkami w przyplażowej restauracyjce. Przeważnie w ofercie jest pargo rojo, czyli lucjan czerwony (Lutjanus campechanus), który smakuje znakomicie za każdym razem (zwłaszcza ze zmrożonym panamskim piwem). Warto zerknąć najpierw na świeże sztuki, dopiero co przyniesione z łodzi, i wybrać tę najbardziej nam odpowiadającą, szczególnie z uwagi na cenę.

 

HOTEL NA PALACH

 

Ostatniego dnia pobytu na Wyspie Kolumba wychodzę na werandę hotelu o lirycznej nazwie Olas de la Madrugada (Fale Wczesnego Poranka). Przy barze zwisa malowniczo kiść miniaturowych bananów. Wybieram dwa dojrzałe owoce, obieram nieśpiesznie i zjadam. Gdzieś w oddali puszczają w radio panamski reggaeton. Ta muzyka jest z natury głośna, rytmiczna i dość erotyczna, zwłaszcza jeśli chodzi o teksty i choreografię w teledyskach. Zrodziła się w wyniku wymiany kulturalnej i muzycznej między Panamą i Portoryko w latach 90. XX w. Zdaniem wielu badaczy reggaeton, nazywany wcześniej reggae po hiszpańsku (reggae en español), pochodzi właśnie z okolic Przesmyku Panamskiego. Dźwięki utworów tego szaleńczego latynoskiego gatunku muzycznego rozchodzą się po wodzie niewielkiej zatoki, ale dystans sprawia, że do moich uszu docierają cichsze, łagodniejsze, co staje się całkiem przyjemnym doznaniem. Pamiętam jeden z usłyszanych kawałków – nazywa się Muchachita. Nagrał go w 2015 r. Fernando Cabrera Guzmán, znany jako Mr. Saik. To dominikański artysta, który zrobił karierę w Panamie.

 

Spoglądam przed siebie. Widzę domy w pastelowych kolorach osadzone na palach, niektóre świeżo pomalowane, inne już nieco zmurszałe, lecz wciąż bijące jakąś radością. Podobnie wygląda mój hotel: żółto-niebieski, trzymający się na filarach zagłębionych w dnie zatoki. Woda jest tu uderzająco przejrzysta i nie brakuje w niej ławic drobnych ryb. Przypomina mi się fragment z Wojny futbolowej Ryszarda Kapuścińskiego, w którym autor opisuje swój tymczasowy dom w stolicy Ghany – Akrze. Mieszkam na tratwie, w bocznej uliczce handlowej dzielnicy Akry. Tratwa stoi wyniesiona na słupach do wysokości pierwszego piętra i nazywa się Hotel Metropol. W porze deszczów ten dziwoląg architektoniczny gnije i pleśnieje, a w miesiącach suszy – rozsycha się i trzeszczy. Ale się trzyma! Pośrodku tratwy stoi zabudowanie podzielone na osiem przegród. To nasze pokoje. Reszta miejsca objęta rzeźbioną balustradą nazywa się werandą. Tam mamy wielki stół do posiłków i kilka małych stolików, przy których pijemy whisky i piwo. Poza tym, że moja kwatera cechuje się zdecydowanie lepszym stanem, ten opis nawet by do niej pasował. Co najwyżej whisky zamieniłbym na wyśmienity panamski rum.

 

KARAIBSKIE REFLEKSJE

 

Ciężko było mi wyjeżdżać z Bocas Town (Bocas del Toro) na Wyspie Kolumba, a szczególnie żegnać się z tym miejscem o świcie. Za dobrze się tu czułem. Klimat Karaibów potrafi niezmiennie człowieka rozczulić. Niebywałe, jak umie go także zmienić przez pokazanie mu innego życia, często bardzo skromnego, choć kto wie, czy nie lepszego, pełniejszego, bliższego ludzkim sprawom. Wielu wraca z karaibskich tropików, myśląc, że być może mieć mniej znaczy mieć więcej. Dużo jest w tej krainie serdeczności, przyjaznych spojrzeń, pomocnych gestów. Ciągle odczuwa się potrzebę bliskości, towarzystwa drugiego człowieka niezbędnego do tańczenia, gry w domino, wypicia szklaneczki rumu. Poza tym wszyscy cały czas pragną tutaj rozmawiać. Na Karaibach komunikacja jest podstawą codziennego życia. Te rozmowy nigdzie tak szybko nie ujawniają charakteru rozmówców, ich temperamentu i emocji. Dyskutuje się głośno, bez umiaru, gestykulując przy tym żywiołowo. Czy rozmawiają dwie sędziwe matrony w zatłoczonym busie, czy nastolatki jazgoczące do swoich wymuskanych telefonów komórkowych – każdy wykazuje ogromne zaangażowanie. O tym właśnie najbardziej marzą ludzie uciekający z poukładanej północy na bezładne, nieprzewidywalne południe. Chcą doświadczyć obfitości życia i jego barwności we wszystkim, pociągającego luzu i braku pośpiechu, tej chwilowej, ale wyczekiwanej wolności.

 

DESZCZ NA POŻEGNANIE

 

O 5.00 lało jak z cebra. O 6.30 deszcz nie ustawał. Z nieba, jaśniejącego z oporem, spadały krople wielkości awokado. To była prawdziwa tropikalna ulewa. Nie chciała wypuścić mnie z hotelu i wyspy. Właściwie nie czułem się tym zmartwiony. Samolot linii Air Panama odlatywał za ponad godzinę, a do lotniska miałem niespełna 800 m. Najpierw planowałem dotrzeć na nie piechotą i po drodze spojrzeć ostatni raz na malownicze, budzące się domy. Jednak w tym potopie mój plan wydawał się bez sensu. Wyskoczyłem na ulicę i pobiegłem do centrum miasteczka, aby złapać taksówkę. Kierowca tej jedynej w zasięgu wzroku zaczynał dopiero dzień. Dopijał kawę w żółtym kubku z logo „Café Durán”, najpopularniejszej sieci w Panamie. Byłem jego pierwszym pasażerem, do tego przemokniętym do suchej nitki. Podrzucił mnie na miejsce, bo mu się nawinąłem, lecz wyczułem, że chętnie przedłużyłby sobie ten kawowy poranek.

 

Na lotnisku ociekający wodą turbośmigłowy samolot Fokker 50 czekał na poprawę pogody. Tą maszyną miałem odlecieć do stolicy. W końcu przestało padać i wyszło słońce. Ściana deszczu zwykle zmienia widoki w tropiku w coś na kształt kontrolnego obrazu z telewizora. Na szczęście promienie słoneczne przywróciły wszelkie utracone barwy. Rozejrzałem się – miałem przed sobą niewielkie lotnisko, mały samolot i krótki pas startowy. Za to karta pokładowa w mojej dłoni była długa jak spory rachunek z supermarketu. W bliskim sąsiedztwie pasa rosły bananowce i palmy. Natomiast tam, gdzie się kończył, zaczynało się boisko do baseballu i piłki nożnej. Niedawno Panama po raz pierwszy w historii awansowała na mundial (mistrzostwa świata odbędą się w Rosji w czerwcu i lipcu 2018 r.). Można więc przypuszczać, w co chętniej będą teraz grać wyspiarze koło lotniska. Lot z Wyspy Kolumba do Ciudad de Panamá trwał 45 min. W odwrotnym kierunku podróżowałem nocnym autobusem linii Tranceibosa (jedynej obsługującej bezpośrednie połączenie) przeszło 10 godz. Co więcej, klimatyzacja w pojeździe była chyba ustawiona na mrożenie pasażerów. Nie pomogła piersiówka z panamskim rumem. Potem, już o świcie, na przystani w miasteczku Almirante wskoczyłem do szybkiej łodzi płynącej do Bocas Town. Przyznam jednak, że pokonałbym tę całą trasę ponownie, każdym środkiem transportu, bo warto dotrzeć na czarujący archipelag Bocas del Toro, w ten czy inny sposób. To w końcu Karaiby!

 

5  Buceo Bocas del Toro1

Malowniczy bar z pomostem na Wyspie Kolumba zbudowany na palach na wodzie

© AUTORIDAD DE TURISMO DE PANAMÁ

 

BYSTRE OKO KINOMANA

 

Kiedy oglądam film i widzę w różnych scenach urzekające tropikalne plenery, jak choćby parujący las deszczowy, wybrzeże usiane wysmukłymi palmami kokosowymi albo fragment wiekowej kolonialnej zabudowy, natychmiast zaczynam szukać w internecie informacji, gdzie nakręcono te ujęcia. Szczególnie gdy tropik prezentuje się wyjątkowo realnie i niemal czuć ten bijący z ekranu żar, jaki oblepia aktorów – czoła im błyszczą, a włosy skręcają się w sprężynki od niepojętej wilgoci. Tego nie można sfabrykować. Jeśli tropik jest prawdziwy, od razu to wiadomo.

 

Tak było z filmem Escobar: Historia nieznana z 2014 r. z Benicio del Toro w roli tytułowej, do tego bardzo wyrazistej i przekonującej. Ten wszechstronny portorykański aktor grał dotąd m.in. wilkołaka, baseballistę czy Ernesta Che Guevarę, a w końcu wcielił się w postać kolumbijskiego barona narkotykowego. Jednak we wspomnianym filmie nie ujrzymy tak naprawdę Kolumbii. Zastąpiła ją Panama, czyli sąsiadka zza miedzy (nawiasem mówiąc, niezmiernie szerokiej, bagnistej i malarycznej, jeśli uznamy za nią przesmyk Darién oddzielający oba kraje). Panamskie pejzaże zostały tutaj zaprezentowane tak, że człowiek od razu nabiera ochoty, aby znaleźć się w okolicy z kadrów. Panama jest wyjątkowo fotogeniczna i skutecznie kusi nieujarzmionym interiorem. Najbardziej cieszy mnie powtórne – choć tym razem ograniczone do filmowych scen – odkrywanie miejsc, które już widziałem na własne oczy. Nieraz zdarzają się niespodzianki. Ostatnio okazało się, że Benicio del Toro gościł wraz z ekipą filmowców na... Bocas del Toro! Właśnie tam jeździłem rowerem: wzdłuż długiej i spektakularnej plaży Bluff na Wyspie Kolumba albo w Bocas Town. Oba miejsca pokazano w filmie kilka razy. Benicio del Toro na Bocas del Toro – brzmi to niesamowicie i zabawnie. Uwielbiam takie odkrycia. A Panama jest po prostu piękna!