Elżbieta Kuźma

 

Wycieczka do Brukseli to niewątpliwie atrakcja dla każdego turysty. Zarówno dorośli, jak i dzieci czy młodzież znajdą tutaj ciekawe i warte zobaczenia miejsca. I to niezależnie od pogody, która akurat w tej stolicy Europy nikogo nie rozpieszcza. Belgia zaprasza zresztą również do innych swoich regionów, w tym malowniczej francuskojęzycznej Walonii. Nie dajmy się więc dłużej prosić.

 

Bruxelles, ma belle („Brukselo, moja piękna”) – tymi słowami holenderski piosenkarz Dick Annegarn opiewał urok belgijskiej stolicy. To klimatyczne, tajemnicze i niezmiernie różnorodne miasto przyciąga co roku tysiące turystów ze wszystkich zakątków świata. Tutaj nowoczesność miesza się z tradycją, swoje siedziby mają Komisja Europejska, Rada Unii Europejskiej, Rada Europejska, NATO, Euratom i król Belgów Filip I Koburg. Poza tym Bruksela stanowi dobrą bazę wypadową do wycieczek po okolicy.

 

Odwiedzenie tego ciekawego i intrygującego kraju i jego stolicy ułatwia dobre połączenie z wieloma ośrodkami w Europie, w tym Polsce. Bezpośrednie i niedrogie loty na międzynarodowe lotnisko usytuowane pod Brukselą i Charleroi (Brussels South Charleroi Airport) odbywają się z kilku polskich miast (Modlina, Krakowa, Gdańska i Warszawy). To chyba wystarczająca zachęta do tego, aby wybrać się osobiście na słynne belgijskie frytki, gofry, praliny, małże i piwo.

 

WIELOBARWNA STOLICA

 

Historyczne centrum Brukseli zachwyca jednym z najpiękniejszych rynków w Europie – Wielkim Placem (La Grand-Place, Grote Markt), otoczonym XVII-wiecznymi domami cechów kupieckich i kamienicami. Mieszczą się w nich obecnie muzea, restauracje, kawiarnie i sklepy z belgijskimi czekoladkami. Jedyną średniowieczną budowlą jest tutaj późnogotycki Ratusz, czyli Hôtel de Ville de Bruxelles, w którym obraduje rada miasta. Swoją urodą zwraca uwagę także Dom Króla (Maison du Roi), gdzie funkcjonuje muzeum poświęcone historii Brukseli (Musée de la Ville de Bruxelles). Podczas spaceru po rynku i otaczających go malowniczych uliczkach można dotrzeć do zaułku ze znaną na niemal całym świecie figurką sikającego chłopca – Manneken-Pis. Ta wykonana z brązu rzeźba, będąca symbolem miasta, szczyci się posiadaniem bogatej kolekcji ponad 950 zestawów ubrań, w które jest przebierana zgodnie z okazją wypadającą w kalendarzu. Oprócz kostiumów strażaka, policjanta, św. Mikołaja czy sprzątaczki Manneken-Pis nosi stroje narodowe i regionalne z różnych stron naszego globu, miał już na sobie np. ubiór krakowiaka. 

 

Przywiązanie brukselczyków do lokalnego folkloru i tradycji przejawia się nie tylko w przebieraniu osobliwej figurki, ale również w licznych świętach i uroczystych obchodach rozmaitych rocznic. Jedną z najciekawszych imprez tego rodzaju jest organizowana dwa razy do roku (na przełomie czerwca i lipca) słynna parada Ommegang i towarzyszące jej spektakle. Główny jej temat stanowi przybycie do Brukseli w 1549 r. cesarza Karola V Habsburga (1500–1558). Tego wielobarwnego pochodu, w którym bierze udział ponad 1,4 tys. osób ubranych w kostiumy z epoki, nie można przegapić. Spektakle z nim związane w 2017 r. odbędą się 5 i 7 lipca. 

 

W połowie sierpnia z kolei, co dwa lata, brukselski rynek pokrywa ok. 300 tys. begonii składających się na kwiatowy dywan zwany tapis de fleurs. Za każdym razem inny jest jego motyw przewodni, który oddają odpowiednio dobrane wzory i kolory, ale zawsze robi on ogromne wrażenie. Tę wyjątkową w skali światowej atrakcję najlepiej oglądać z góry – ze stopni lub okien okolicznych kamienic. Będzie można ją znów podziwiać dopiero od 16 do 19 sierpnia 2018 r.


COŚ DLA DUSZY

 

Media-5740

Uczestnicy barwnej corocznej parady Ommegang w historycznych strojach

© WWW.VISITBRUSSELS.BE/ERIC DANHIER

 

Zabytkowe centrum Brukseli to idealne miejsce dla miłośników architektury i sztuki. W najbliższej okolicy znajdują się liczne placówki muzealne, jak również galerie obrazów, rzeźby i grafiki. Jednymi z najciekawszych z nich są niewątpliwie Królewskie Muzea Sztuk Pięknych Belgii (Musées royaux des Beaux-Arts de la Belgique), podzielone na sześć instytucji, w tym m.in. Muzeum Sztuki Nowoczesnej (Musée Modern Museum), Muzeum Starych Mistrzów (Musée Oldmasters Museum), Muzeum Końca XIX w. (Musée Fin-de-Siècle Museum) i Muzeum Magritte’a (Musée Magritte Museum) poświęcone pracom słynnego belgijskiego surrealisty René Magritte’a (1898–1967). Zdecydowanie nie da się ich bogatych zbiorów obejrzeć w jeden dzień.

 

Zwiedzający zainteresowani nieco inną tematyką mają do wyboru trzy obiekty usytuowane zaledwie kilka kroków od samego serca miasta: Muzeum Kostiumów i Koronki (Musée du Costume et de la Dentelle), Muzeum Browarników Belgijskich (Musée des Brasseurs Belges) oraz Muzeum Kakao i Czekolady (Musée du Cacao et du Chocolat de Bruxelles). Wizyta w tych dwóch ostatnich połączona jest z degustacją lokalnych wyrobów, co dla wielu turystów stanowi zachętę do odwiedzin. 

 

Kilkaset metrów od Wielkiego Placu znajduje się też powstałe prawie 28 lat temu Belgijskie Centrum Komiksu (Centre Belge de la Bande Dessinée). Stałe i czasowe ekspozycje, które prezentują niezwykle bogaty dorobek belgijskich mistrzów tej sztuki, zainteresują zarówno starszych, jak i młodszych miłośników obrazkowych historii. Na odwiedzających czeka słynny Tintin ze swoim białym pieskiem Milusiem, wioska smerfów, a także Lucky Luke z braćmi Daltonami. Postacie z komiksów oglądać można również poza placówką. Wystarczy wybrać się na spacer specjalnym szlakiem (Parcours BD), który wiedzie głównie wokół historycznego centrum miasta. Na elewacjach ponad 50 kamienic powstały ogromne murale z najbardziej popularnymi bohaterami. Nie bez powodu Brukselę nazywa się kolebką europejskiego komiksu. 

 

COŚ DLA CIAŁA

 

Gdy ktoś już raz spróbuje belgijskich czekoladek, a także lokalnego piwa, z pewnością będzie chciał skosztować kolejnych słodkości i trunków. Okolice Wielkiego Placu są do tego idealnym miejscem. Liczne sklepiki najlepszych krajowych producentów czekolady (Neuhaus, Godiva, Galler, Pierre Marcolini, Leonidas, Maison Dandoy, Corné Port-Royal) zachwycają różnorodnością smaków i kształtów swoich wyrobów. Znajduje się w nich wszystko: od klasycznych pralinek nadziewanych lekkimi musami przez owoce w polewie po czekoladowe biusty, sikających chłopców i piłki futbolowe. 

 

Dziesiątki pubów, kawiarni i barów usytuowanych w centrum Brukseli oferują naprawdę duży wybór narodowego belgijskiego trunku. Belgowie szczycą się wytwarzaniem ponad 1,5 tys. różnych gatunków piwa pochodzących z 250 browarów. Najbardziej znane są piwa jasne, czerwone, klasztorne (wyrabiane tradycyjnymi metodami), w tym trapistów (bardzo mocne), i owocowe. Kultura produkcji i picia napoju z pianką jest w Belgii rozpowszechniona do tego stopnia, że w listopadzie 2016 r. została wpisana na Listę Reprezentatywną Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. 

 

Rodowici brukselczycy mają swoje ulubione miejsca, gdzie raczą się narodowym napitkiem. Jedno z nich stanowi już ponad 110-letni lokal „À la Mort Subite” („Nagła śmierć”, pod obecnym adresem od 1928 r.), gdzie lubił godzinami przesiadywać m.in. słynny belgijski piosenkarz i kompozytor Jacques Brel (1929–1978). Wizyta tutaj to znakomita okazja nie tylko do napicia się piwa, ale również spróbowania dań lokalnej kuchni i podziwiania wystroju typowej stołecznej knajpki zwanej brasserie. Innym cenionym punktem na mapie brukselskich barów jest „Delirium Café”. W karcie napojów widnieje ponad 3 tys. piw z różnych stron świata. Za atrakcję tego modnego miejsca wieczornych spotkań uchodzą litrowe szklanice w kształcie kozaka.

 

Odwiedziny w Brukseli to także znakomita okazja do spróbowania regionalnej kuchni, w której królują małże przyrządzane na kilkadziesiąt różnych sposobów (w białym winie, sosie pomidorowym, z estragonem itd.) oraz krokiety z krewetek i sera. Typowe dania belgijskie nie należą może do szczególnie wyrafinowanych, ale są pożywne, smaczne i przygotowywane z lokalnych produktów. Wśród potraw mięsnych najbardziej znany jest królik duszony w piwie kriek lub gueuze i gulasz wołowy po flamandzku (carbonade flamande). Belgowie lubują się też w szparagach w sosie, cykorii zapiekanej z szynką i... frytkach. Budki z tym ostatnim przysmakiem można spotkać w całej stolicy. Kupuje się go jako przekąskę i jada od południa do późnych godzin nocnych. Frytki sprzedawane są w specjalnych tekturowych rożkach i podawane solone, z musztardą, majonezem albo rozmaitymi sosami. Popularnością cieszą się również ciepłe, bardzo słodkie gofry, które najlepiej smakują bez żadnych dodatków.

 

CENTRUM ROZRYWKI

 

1F8C8336

Brukselski Wielki Plac w parku Mini-Europe, w tle srebrne kule Atomium

© MINI EUROPE

 

Mimo niewielkiego terytorium, jakie zajmuje Belgia (ponad 30,5 tys. km²), kraj ten szczyci się mnóstwem atrakcji turystycznych usytuowanych we wszystkich jego częściach. Wśród nich liczne grono odwiedzających przyciągają szczególnie parki wodne, wioski tematyczne, wesołe miasteczka i multikina. 

 

Podczas pobytu w Brukseli warto przeznaczyć choć jeden dzień na wizytę w stołecznym Bruparcku leżącym nieopodal królewskiej rezydencji w Laeken. To ulubione miejsce nie tylko wielu brukselczyków, ale także przybywających do miasta turystów. Jego niewątpliwym atutem są trzy wielkie kompleksy rozrywkowo-rekreacyjne – Océade, Kinepolis i Mini-Europe, usytuowane blisko siebie.

 

Ten pierwszy jest parkiem wodnym szczycącym się 14 zjeżdżalniami, na których chętni mogą uzyskiwać prędkości na miarę zawodów olimpijskich. Został on podzielony na część krytą i położoną na świeżym powietrzu, dlatego można tu szaleć niezależnie od pogody. Oprócz zażywania kąpieli, pływania czy zjeżdżania do wody w Océade skorzystamy też np. z jacuzzi, saun i hammamu (w sektorze Saunaland – tylko dla dorosłych). Warto wspomnieć, że w parku znajduje się strefa Aquafun House przeznaczona dla dzieci powyżej 4. roku życia, w której rodzice mogą bawić się spokojnie ze swoimi pociechami. Wyposażono ją w fontanny, natryski i zjeżdżalnie, a baseny nie mają więcej niż 40 cm głębokości. Każdy maluch powinien być uszczęśliwiony. Océade jest rajem dla amatorów dobrej zabawy. W basenach znajdują się różnorodne atrakcje wodne, sztuczne prądy i fale, a wystrój kompleksu przypomina tropikalną krainę z palmami, wodospadami i egzotyczną roślinnością. Nawet w najbardziej deszczowy i ponury dzień można poczuć się tutaj jak na karaibskiej wyspie. Wrażenie to potęguje jeszcze temperatura w zadaszonej części obiektu utrzymywana w granicach 30°C.

 

W Bruparcku warto zajrzeć również do Kinepolis, pierwszego na świecie tego typu olbrzymiego kina (otwartego w 1988 r.). W 24 supernowoczesnych salach kinowych wyświetlany jest bogaty repertuar dla dzieci i dorosłych. Poza filmami w kompleksie można oglądać transmitowane przez satelitę koncerty, balety i opery. W ofercie Kinepolis znajdują się także specjalne seanse wyłącznie dla kobiet, miłośników horrorów, dzieci czy seniorów. Wizyta w kompleksie poprawi nam humor nie tylko w deszczowy dzień.

 

Chyba najbardziej znaną część Bruparcku stanowi jednak Mini-Europe, gdzie wyruszymy w osobliwą podróż przez kontynent europejski, która może mieć jednocześnie charakter rozrywkowy i edukacyjny. Spodoba się tu zarówno dorosłym, jak i dzieciom. W tym działającym od 1989 r. parku miniatur obejrzymy najpopularniejsze i najczęściej podziwiane zabytki i atrakcje Europy odwzorowane w skali 1:25. Na stosunkowo niewielkiej powierzchni (zaledwie 24 tys. m²) znajduje się 350 obiektów z poszczególnych państw naszego kontynentu (w sumie 28). Można m.in. zobaczyć słynną londyńską wieżę zegarową Big Ben, paryską wieżę Eiffla i Łuk Triumfalny, Katedrę z Santiago de Compostela w Hiszpanii, Krzywą Wieżę z Pizy, Bramę Brandenburską i Mur Berliński, holenderskie wiatraki z Kinderdijk na tle tulipanowych pól czy też brukselski Wielki Plac. Polskę reprezentuje gdański Pomnik Poległych Stoczniowców 1970 i Dwór Artusa z Fontanną Neptuna. Oglądanie bardzo dokładnie odtworzonych budowli i miejsc urozmaicają ruchome elementy ekspozycji i efekty specjalne. Naciśnięciem guzika możemy obudzić śpiącego Wezuwiusza i na własne oczy zobaczyć wybuch wulkanu poprzedzony trzęsieniem ziemi, które również delikatnie odczujemy. W innej części Mini-Europe przyjrzymy się korridzie na miniaturowej arenie walk z bykami w Sewilli (Plaza de Toros de la Maestranza) i przekonamy się, dokąd pędzi po torach francuski szybkobieżny pociąg TGV. Dla turystów odwiedzających park tego lata przygotowano dodatkową propozycję w postaci nocnego zwiedzania urozmaiconego spektaklem światła i dźwięku oraz pokazem sztucznych ogni (w każdą sobotę od 5 do 19 sierpnia 2017 r. o godz. 22.30). Wizyta w pełnej atrakcji brukselskiej krainie miniatur to także okazja do lepszego poznania Unii Europejskiej i jej historii. Na interaktywnej wystawie Spirit of Europe (Duch Europy) każdy może sprawdzić swoją wiedzę w tym temacie i nauczyć się czegoś nowego o zjednoczeniu naszego kontynentu. 

 

W trakcie spaceru pomiędzy makietami charakterystycznych obiektów Europy znajdującymi się w Mini-Europe trudno nie zauważyć błyszczących nieopodal kul Atomium. Oryginalna konstrukcja przedstawiająca powiększony 165 mld razy model kryształu żelaza powstała z okazji Wystawy Światowej w 1958 r. i szybko stała się kolejnym – poza figurką Manneken-Pis – symbolem Brukseli. Dziewięć metalowych kul (atomów) połączono ze sobą korytarzami ze schodami (ruchomymi i zwykłymi). Z tej umieszczonej najwyżej rozpościera się wyjątkowa panorama okolicy – linia horyzontu leży daleko poza granicami miasta. W bezchmurne słoneczne dni można stąd dostrzec nawet odległą o 45 km Antwerpię! Atomium to jednak przede wszystkim interesujące muzeum. Mieszczą się w nim wystawy poświęcone nie tylko historii budowli, ale również rozmaitym innym tematom, jak chociażby nieistniejącym już belgijskim liniom lotniczym Sabena (ekspozycja czasowa dostępna od 24 listopada 2016 r. do 10 września 2017 r.). Ta gigantyczna konstrukcja stała się też ulubionym miejscem na oświadczyny dla wielu zakochanych. Widok z najwyższej platformy potrafi w końcu u niejednego wywołać prawdziwy zawrót głowy.

 

POCIĄGI I TRAMWAJE 

 

Belgia szczyci się doskonale rozwiniętą infrastrukturą kolejową – gęsta sieć torów oplata cały kraj. Wszystkie najważniejsze trasy przebiegają przez region stołeczny, na obszarze którego znajdują się aż 33 dworce obsługujące natężony ruch pociągów. Jednym z ciekawszych miejsc na mapie Brukseli jest niewątpliwie Train World w gminie Schaerbeek. W tym muzeum kolei, mieszczącym się na terenie secesyjnej stacji, można zobaczyć replikę najstarszej belgijskiej lokomotywy parowej (z 1835 r.) zwanej Belgiem (Le Belge), poznać historię tutejszego kolejnictwa i podziwiać unikatową kolekcję pociągów. Podczas wizyty w Train World dowiemy się, że Belgia była pierwszym krajem w Europie, gdzie wprowadzono publiczny transport pociągami (5 maja 1835 r.), sprawdzimy, jak odbywał się kiedyś przewóz przesyłek pocztowych i jak wyglądała luksusowa podróż słynnym Orient Expressem. Warty zainteresowania jest także sam budynek stacji, który po niedawnym remoncie odzyskał swój blask. Z przeszklonej hali rozpościera się piękny widok na miasto i biegnące w różnych kierunkach tory kolejowe. 

 

Miłośnikom historii transportu trzeba również polecić odwiedziny w Muzeum Tramwaju (Musée du Tram, Musée du Transport Urbain Bruxellois) w gminie Woluwe-Saint-Pierre. Bogata ekspozycja tramwajów i autobusów, które poruszały się po brukselskich ulicach w trakcie ostatnich 100 lat, spodoba się starszym i młodszym zwiedzającym. Dodatkowo w weekendy i święta można udać się na przejażdżkę zabytkowym pojazdem, dostarczającą niesamowitych wrażeń zwłaszcza małym turystom. 

 

NA POŁUDNIE

 

 LesLacsdelEaudHeure

 

 

Jeziora Eau d’Heure cieszą się popularnością wśród miłośników żeglarstwa

© LES LACS DE L’EAU D’HEURE

 

Obszar południowej Belgii zajmuje nizinno-górzysty, francuskojęzyczny Region Waloński (nazywany Walonią) o wielu walorach turystycznych. Na szczególną uwagę zasługuje rejon sztucznych jezior Eau d’Heure (Les Lacs de l’Eau d’Heure, powierzchnia akwenów to 6,17 km²) otoczony lasami, łąkami i polami. Dotarcie do tego uroczego miejsca samochodem z lotniska pod Charleroi zajmuje ok. 40 min., a z Brukseli – nieco ponad godzinę. Wśród malowniczych jezior powstał tu gigantyczny kompleks sportowo-rekreacyjny, oferujący różnorodne formy spędzania wolnego czasu. Czekają na nas w tej okolicy m.in. park wodny i rowerowy, centrum odnowy biologicznej, restauracje, baseny i plaże. Można popłynąć w rejs amfibią zwaną Czerwonym Krokodylem (Le Crocodile Rouge) lub przejechać się turystycznym pociągiem Croco Express. Swój raj na ziemi mają tutaj miłośnicy sportów wodnych. W rejonie jezior Eau d’Heure panują znakomite warunki do żeglowania, wędkowania, pływania kajakiem, gry w golfa na wodzie, nurkowania, windsurfingu, wakeboardingu i jazdy na nartach lub skuterach wodnych. Na gości zainteresowanych dłuższym wypoczynkiem w tym urokliwym miejscu czeka rozbudowana baza noclegowa – doskonale przygotowane pola dla samochodów kempingowych i kamperów, komfortowe i nowoczesne wakacyjne domy do wynajęcia (Golden Lakes Village lub Landal Village) oraz okoliczne pensjonaty i hotele. 

 

339886 Dinant cWBT-J

Pomnik Charles’a de Gaulle’a, Dinant

© WBT/JEAN-PAUL REMY

 

W Walonii warto zwiedzić też dwa pobliskie niezmiernie ciekawe i zabytkowe miasta: ponad 110-tysięczne Namur i 15-tysięczne Dinant. Pierwsze z nich, położone malowniczo u ujścia Sambry do Mozy, pełni funkcję stolicy regionu i należy do najbardziej urokliwych w Belgii. Przyjemnie się po nim spaceruje niezależnie od pogody. W ciepły, słoneczny dzień można popłynąć w rejs statkiem, aby podziwiać panoramę od strony rzeki, lub przejść się po klimatycznych uliczkach centrum, przy których kuszą turystów liczne butiki z ubraniami i lokalnymi specjałami. W czasie deszczu lepiej udać się na oglądanie potężnej Cytadeli górującej nad miastem, Teatru (Théâtre de Namur), dawnego Pałacu Biskupów (obecnie siedziby władz prowincji Namur) lub Kościoła św. Jana Chrzciciela. Oryginalną formę zwiedzania Namur stanowi wycieczka wypożyczonymi segwayami. Godna polecenia jest także przejażdżka jedną z zadaszonych rikszy, którą można udać się do okolicznych miejscowości słynących z uprawy najlepszych w Belgii truskawek. W tutejszej kuchni królują dania z ryb, sery – z krowim maredsous na czele – i truskawki z wioski Wépion (ok. 8 km na południe od centrum Namur). Za wyjątkową atrakcję okolicy uchodzi szlak wina i sera (route du vin et du fromage du Pays de Namur) – na odcinku 159 km znajduje się zarówno 12 winnic produkujących tradycyjne i musujące szlachetne trunki, jak również liczne manufaktury wyrabiające smakowite sery kozie, krowie i owcze. 

 

Dinant przyciąga turystów przede wszystkim zabytkową Cytadelą górującą nad miastem (odbudowaną w 1815 r.). Wjazd kolejką linową pod jej mury i zwiedzanie tego militarnego obiektu spodoba się przede wszystkim miłośnikom historii, ale wielbiciele przepięknych widoków też nie będą zawiedzeni. Kolejna miejscowa największa atrakcja usytuowana jest dla odmiany głęboko pod ziemią. To grota La Merveilleuse, którą odkryto w 1904 r. Uznawana za jedną z najpiękniejszych jaskiń w Belgii, zachwyca licznymi stalaktytami, stalagmitami i skalnymi kaskadami. Trwająca niespełna godzinę wycieczka po podziemnej krainie stanowi dobry pomysł zwłaszcza na upalne dni. Chłodne powietrze groty orzeźwia zwiedzających, uspokaja niesforne dzieci i pozwala na chwilę odpocząć od świata zewnętrznego. Dinant to rodzinne miasto Adolphe’a Saxa (1814–1894) – wynalazcy saksofonu. Na jednym z placów można zobaczyć pomnik na jego cześć, oczywiście, w postaci wymyślonego przez niego instrumentu muzycznego. Poza tym warto tu zajrzeć do jednego ze sklepów wędliniarskich sprzedających lokalne wyroby mięsne. Słynne są szczególnie suszone kiełbaski, niekiedy o oryginalnym kształcie świnki, pasztety ardeńskie i wędzone szynki. Centrum Dinant przecina rzeka Moza, po której pływają statki turystyczne oferujące rejsy do pobliskich miejscowości. W malowniczych wioskach regionu znajduje się wiele browarów produkujących znakomite trunki. Warto zwiedzić choćby manufakturę wytwarzającą już od niemal 800 lat słynne belgijskie piwo klasztorne Leffe (Maison Leffe) czy Brasserie du Bocq (w Purnode koło Yvoir), a także minibrowar Brasserie Caracole w Falmignoul (część gminy Dinant). 

 

Belgia to znakomity kraj na dłuższy lub krótszy wyjazd. W zależności od wieku uczestników wycieczki, ich zainteresowań i budżetu można zaplanować taką trasę wyprawy, dzięki której uda się poznać wyjątkowo atrakcyjne miejsca w tej części Europy. Bruksela i Region Waloński z pewnością przypadną do gustu każdemu turyście poszukującemu ciekawych śladów historii, bogatej kultury, lokalnych produktów, świetnych warunków do rekreacji na świeżym powietrzu i przyjaznej atmosfery.

Artykuły wybrane losowo

W Argentynie, kraju różnorodności

 

KAROLINA WUDNIAK

www.tropimyprzygody.pl

 

 Wieczór z tangiem w Buenos Aires, degustacja wina w Mendozie, delektowanie się stekami w niemal każdym rejonie w kraju – to tylko kilka atrakcji czekających na turystów w Argentynie. Poza tym znajdą tu oni otwarte przestrzenie Patagonii, lodowce, wodospady i wybrzeże oceanu. Są też wulkany okryte śniegiem, pustynia zasypana solą i chłodna Ziemia Ognista. W Argentynie jest po prostu wszystko i jeszcze więcej.

 

Taka różnorodność krajobrazu i klimatu nie powinna dziwić. Ten drugi po Brazylii największy kraj Ameryki Południowej zajmuje ponad 15 proc. całego kontynentu (ma ok. 2,8 mln km² powierzchni). Dzieli niemal 6,7 tys. km granicy z Chile i ma prawie 5 tys. km linii brzegowej. Wilgotne lasy z wodospadami Iguazú na północy, majestatyczne Andy z najwyższym szczytem Aconcagua (6961 m n.p.m.) i najwyższym aktywnym wulkanem na ziemi Ojos del Salado (6893 m n.p.m.) na zachodzie, surowe krajobrazy najdalej na południe wysuniętych zakątków kontynentu i bezkres oceanu na wschodzie – jedno życie nie wystarczy na zobaczenie i poznanie wszystkich skarbów Argentyny, ale warto próbować.

 

Ponieważ miejsc do odwiedzenia w tym południowoamerykańskim kraju jest tak wiele, wyjazd trzeba dobrze zaplanować. Nie ma jednego sposobu na udaną wyprawę. Jednak właśnie dlatego każda wizyta w Argentynie staje się wyjątkowym przeżyciem.

 

34465836134 7d01e9dd81 o

Para tańcząca tango w San Telmo, jednej z najstarszych dzielnic Buenos Aires

© ENTE DE TURISMO DE LA CIUDAD DE BUENOS AIRES

 

TANGO I KOLOROWE ULICE

 

Naszą podróż zaczniemy od stolicy kraju, która przyciąga jak magnes turystów i miłośników tanga z całego świata. Szczerze mówiąc, nigdy nie przypuszczałam, że będę tańczyć ten zmysłowy taniec w Buenos Aires, czyli tu, gdzie się narodził, choć tak naprawdę o miano kolebki tanga to argentyńskie miasto walczy z urugwajskim Montevideo. Wszak to w obu tych ośrodkach, leżących po dwóch stronach La Platy (Río de la Plata – Srebrnej Rzeki), cieszyło się ono rosnącą popularnością od połowy XIX w. Rozpowszechniać zaczęli je imigranci, choć nie wiadomo, czy pierwsi byli ci z Montevideo czy Buenos Aires. Jednak nie to jest najważniejsze, a fakt, że taniec zyskał sobie grono miłośników nie tylko w tym regionie, ale i na całym świecie. Dziś istnieje co najmniej kilkanaście różnych jego odmian. Poza tym w 2009 r. na wspólny wniosek Argentyny i Urugwaju tango zostało wpisane na Listę Reprezentatywną Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.

 

Być w Buenos Aires i nie zobaczyć pokazu tanecznego to moim zdaniem duży błąd. Występy profesjonalnych tancerzy w klubach tanga naprawdę zachwycają. Jeszcze lepszym doświadczeniem będzie nauka tańca. W argentyńskiej stolicy znajduje się wiele miejsc, w których oferuje się płatne lub darmowe lekcje. Wystarczy przejść się wieczorem wąskimi ulicami dzielnicy San Telmo, żeby na nie trafić. Do tego rejonu Buenos Aires warto również wybrać się w poszukiwaniu pamiątek – w każdą niedzielę zamienia się on w wielkie targowisko ze starociami, rękodziełem i najróżniejszymi drobiazgami (Feria de San Telmo). Niedaleko tej urokliwej dzielnicy pełnej kawiarń i sklepów ze starymi, pięknie stylizowanymi szyldami, w samym ścisłym centrum (Microcentro) stoi Różowy Dom (Casa Rosada) –siedziba prezydenta kraju, z której okna Madonna wcielająca się w rolę Evy Perón (1919–1952) w filmie Evita śpiewała piosenkę Don’t cry for me Argentina (Nie płacz za mną, Argentyno).

 

Na zwiedzanie argentyńskiej stolicy trzeba przeznaczyć co najmniej tydzień. Do zobaczenia poza San Telmo i Microcentro jest jeszcze Puerto Madero – nowoczesny port, jeden z piękniejszych i najbardziej znanych cmentarzy świata, czyli Cementerio de la Recoleta, Palermo – dzielnica hipsterskich kawiarń, klubów i nowoczesnych hosteli, a do tego ciekawe muzea, zabytkowa i bardzo kolorowa dzielnica La Boca i tysiące ciekawych murali rozsianych w najróżniejszych rejonach. Buenos Aires upodobali sobie uliczni malarze z całego świata, dzięki czemu podczas poznawania miasta można odkrywać ich dzieła w zaskakujących miejscach.

 

Stolica Argentyny leży, jak wspomniałam, nad La Platą – estuarium (szerokim lejkowatym ujściem), które tworzą wody rzek Paraná i Urugwaj przed połączeniem się z Oceanem Atlantyckim. Argentyńczycy i Urugwajczycy nazywają je rzeką, choć wedle definicji geograficznych mogłoby być także zatoką lub morzem przybrzeżnym. Río de la Plata ma ok. 290 km długości oraz zaledwie kilka kilometrów szerokości w głębi lądu i 220 km przy granicy z Atlantykiem. Warto wybrać się tu na rejs na pokładzie jednego z niewielkich promów, które pływają z Buenos Aires do urugwajskiego miasteczka Colonia del Sacramento – ulubionego celu weekendowych wycieczek wielu Porteños (jak nazywają siebie mieszkańcy portowego argentyńskiego miasta). Ponad 400 km na południe od stolicy Argentyny leży Mar del Plata (Morze Srebra). To 700-tysięczne miasto słynie z piaszczystych, ale też zatłoczonych plaż, bogatego życia nocnego, kasyn i kuchni opartej na rybach i owocach morza. Porteños bardzo chętnie spędzają w nim wakacje.

 

WODOSPADY I MISJE JEZUICKIE

 

Skoro jesteśmy przy temacie rzek i wody, nie sposób nie wspomnieć o wodospadach Iguazú – jednej z największych atrakcji całego kontynentu. Nazwa tego niezwykłego cudu natury wywodzi się z języka guarani, którego użytkownicy zamieszkiwali tutejsze tereny na długo przed wytyczeniem granic dzielących Argentynę z Brazylią i Paragwajem. Iguazú, a właściwie Yguasu, znaczy po prostu Wielka Woda, co znakomicie oddaje rzeczywistość. Wodospady mają szerokość ok. 2,7 km, a woda w najwyższym punkcie (Garganta del Diablo, czyli Diabelska Gardziel) spada z wysokości aż 80 m. Są więc dużo potężniejsze od Niagary w Ameryce Północnej czy Wielkiej Siklawy w polskich Tatrach Wysokich. Podobno sama pierwsza dama Stanów Zjednoczonych Eleanor Roosevelt (1884–1962) straciła respekt dla majestatu Niagary, gdy ujrzała Iguazú. Warto zobaczyć je na własne oczy. Po argentyńskiej stronie można chodzić przed kaskadami, obok nich i nad nimi (a nawet pod nie podpłynąć). Na podziwianiu wodospadów z bliska da się spędzić nawet cały dzień. Z części brazylijskiej rozpościera się jednak lepszy widok na całe Iguazú. Najlepiej więc wybrać się na zwiedzanie po obu stronach granicy.

 

Te wspaniałe wodospady leżą w prowincji Misiones wciśniętej pomiędzy Brazylię i Paragwaj. To niezmiernie atrakcyjny region, choć – niestety – często odwiedzany tylko ze względu na Iguazú. W tych tropikalnych, porośniętych gęstymi, soczyście zielonymi lasami okolicach znajdują się pozostałości jezuickich misji (zwanych również redukcjami), które powstawały w XVII w. w tej części Ameryki Południowej na terenie dzisiejszego Paragwaju, Argentyny i Brazylii. Jezuici nawracali miejscowych Indian Guarani na wiarę katolicką, dzieci posyłali do szkoły, a dorosłych przyuczali do wykonywania zawodów rzemieślniczych. W drugiej połowie XVIII stulecia misje jezuickie zostały zlikwidowane w wyniku działań politycznych i wojskowych Hiszpanów i Portugalczyków, a misjonarze wypędzeni. Dziś w każdym z trzech krajów można odnaleźć pozostałości po nich. W Argentynie najlepiej zachowała się redukcja San Ignacio Miní, ale oprócz niej warte obejrzenia są jeszcze Santa Ana, Nuestra Señora de Loreto i Santa María la Mayor. Wszystkie umieszczono w 1984 r. na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Choć z jednej strony wydają się do siebie podobne, każda z nich jest jednocześnie inna.

 

POLACY I YERBA MATE

 

Kolejny powód do odwiedzenia prowincji Misiones można nazwać patriotycznym. W tym regionie żyje sporo potomków naszych rodaków, którzy wyemigrowali do Argentyny pod koniec XIX i na początku XX w. Pierwszym Polakom nie było łatwo. Zastali tu żyzną, ale porośniętą gęstym lasem ziemię, a kiedy opuścili pokład statku, zostali zdani tylko na siebie. Musieli zmagać się z nieznośnym upałem, komarami i tropikalnymi chorobami. Mieli jednak ręce gotowe do pracy i tymi rękoma karczowali lasy i przygotowywali glebę pod uprawy, żeby przeżyć. Rolnictwa uczyli się od nowa, na miejscu, wszak z uwagi na inny klimat wiedza przywieziona z Europy niemal na nic się zdała. Wielu z nich zmarło, a ci, którzy przetrwali, pomimo odniesionego sukcesu (imigranci ujarzmili nieprzyjazne człowiekowi tereny i zaczęli żyć z roli) nie byli do końca szczęśliwi. Brakowało im polskiego jedzenia, języka i tradycji. Starali się więc kultywować rodzime zwyczaje w swoich domach. Dziś wielu ich potomków wciąż pamięta o tych korzeniach, interesuje się kulturą przywiezioną przez przodków i nie pozwala jej zaniknąć. Działają tutaj zespoły taneczne, odbywają się lekcje języka polskiego i sprzedaje się przysmaki i dania naszej kuchni. W miastach i miasteczkach, takich jak Posadas (stolica prowincji Misiones), Wanda, Oberá czy Apóstoles, można odkryć polskie nazwy ulic, przykłady architektury, kościoły, młyny i odnaleźć polskie domy i stowarzyszenia oraz spotkać potomków emigrantów.

 

W Oberze co roku we wrześniu odbywa się Fiesta Nacional del Inmigrante, czyli Narodowy Festiwal Imigrantów, którzy przybywali tu od początku XX w. z wielu krajów świata. W tej barwnej imprezie biorą udział wspólnoty popularyzujące kulturę i zwyczaje przywiezione przez przodków ze swoich ojczyzn. Wydarzenie organizowane jest w Parku Narodów (Parque de las Naciones), w którym stoi 14 tradycyjnych domów poszczególnych społeczności imigranckich. Polskę reprezentuje duży, piękny budynek w stylu zakopiańskim. W środku można spróbować lepionych na miejscu pierogów czy golonki lub wypić kieliszek polskiej wódki. Obserwowanie Argentyńczyków z pieczołowitością i zapałem kultywujących tradycje przekazane im przez rodziców lub dziadków to naprawdę wzruszające przeżycie.

 

W Apóstoles znajduje się za to Muzeum Historyczne Jana Szychowskiego (Museo Histórico Juan Szychowski) poświęcone Polakowi, który stworzył jedną z najbardziej znanych na świecie marek produkujących yerba mate – Amandę. Sam zbudował maszyny do mielenia ryżu, mąki kukurydzianej i liści ostrokrzewu paragwajskiego (z tej rośliny powstaje yerba mate) i w latach 20. XX w. rozpoczął produkcję. Dziś torebki z yerba mate z logo tej firmy można kupić praktycznie w każdym zakątku naszego globu.

 

Argentyńczycy piją napar z ostrokrzewu paragwajskiego niemal bez przerwy. Nie rozstają się z mate (naczyniem zrobionym z tykwy, drewna, metali, ceramiki, a nawet plastiku), bombillą (specjalną rurką do picia) i termosem z gorącą wodą, służącą do ponownego zalewania suszu. W Misiones, jak też w Paragwaju i na południu Brazylii, równie popularna jest wersja yerba mate zwana tereré, czyli przygotowywana na zimno, z kostkami lodu, ziołami i często również z sokiem z owoców. Taki napój idealnie orzeźwia w upalne dni! Napar nie tylko odpowiednio się przyrządza, lecz także pija w grupie w określony sposób: każde zalanie suszu przeznaczone zostaje dla jednej osoby, ale wszyscy korzystają z tego samego mate i używają jednej bombilli. Kiedy ktoś wypije swoją porcję, przekazuje naczynie posiadaczowi termosu, a on ponownie je uzupełnia dla następnego członka grupy. I tak trwa to kilka tur, aż yerba mate przestanie nadawać smak wodzie. Jeśli jakaś osoba nie ma już ochoty na picie, gdy oddaje mate, mówi gracias, czyli dziękuję – to znak dla nalewającego, żeby więcej nie wręczał jej naparu.

 

Activa - Turismo de Aventura - Trecking - Tolar Grande Salta

Trekking w okolicy wioski Tolar Grande (ponad 3500 m n.p.m.) w prowincji Salta

© INSTITUTO NACIONAL DE PROMOCIÓN TURÍSTICA DE ARGENTINA

 

POCIĄG DO CHMUR I GÓRY

 

Na północy Argentyny znajduje się wiele ciekawych miejsc. W drodze z Misiones na zachód warto się zatrzymać na spacer po mieście Corrientes leżącym nad rzeką Paraná. Kolonialna architektura miesza się tutaj z nowoczesnym budownictwem. Znakiem rozpoznawczym tego miejsca jest wielki most generała Manuela Belgrano, który łączy Corrientes z miastem Resistencia położonym już w sąsiedniej prowincji – Chaco. Podczas wyprawy na zachód kraju przez tę ostatnią warto zawitać do Salty. Ma ona ciekawą kolonialną zabudowę, ale turystów przyciąga ze względu na swoje położenie. Miasto stanowi dobrą bazę wypadową w Andy, u stóp których leży. W okolicy można wybrać się na trekking, pojeździć na rowerach górskich lub koniach. Popularną atrakcją jest Pociąg do Chmur (Tren a las Nubes). Wprawdzie od dwóch lat nie odjeżdża on już z samej Salty, jednak stąd najłatwiej wyruszyć na wycieczkę. Rano autobus zabiera chętnych do San Antonio de los Cobres, gdzie wsiadają do wagonów. Pociąg wwozi pasażerów na wiadukt La Polvorilla położony na wysokości 4200 m n.p.m. To dzieło inżynierii z lat 30. XX w. stanowi najbardziej malowniczy punkt krótkiej trasy. Wiadukt jest wysoki na 63 m i waży prawie 1,6 tys. t. W założeniu linia kolejowa miała połączyć Argentynę z Chile i służyć mieszkańcom, ale w 1971 r. postanowiono zrobić z niej atrakcję turystyczną, która dziś przyciąga zarówno miłośników kolejnictwa, jak i osoby lubiące piękne górskie widoki. W drodze powrotnej do Salty autobus zatrzymuje się w małej wiosce Santa Rosa de Tastil, przy której znajdują się ruiny XIV- i XV-wiecznego miasta Tastil zbudowanego tylko z kamienia, bez użycia żadnej zaprawy. Pod koniec XV stulecia, zanim dotarli do niego Inkowie, mieszkało tu ponad 2 tys. osób. Ludność ta trudniła się uprawą kwinoa i kukurydzy oraz wypasaniem lam.

 

Z Salty warto się także wybrać na północ, do miasta Jujuy, a właściwie San Salvador de Jujuy, które leży u wejścia do wąwozu Humahuaca (Quebrada de Humahuaca). Ta niezwykła głęboka dolina ma ok. 150 km długości. Zimą jest sucha, a latem wypełnia ją Rzeka Wielka (Río Grande). W 2003 r. Humahuaca trafiła na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Jedną z największych atrakcji okolicy stanowi Wzgórze Siedmiu Kolorów (Cerro de los Siete Colores), wznoszące się nad małą, urokliwą miejscowością Purmamarca. Swoje barwne warstwy zawdzięcza ono procesom geologicznym. Legenda mówi jednak, że zboczy nie zdobiły kolorowe pasy, gdy powstała Purmamarca. Miejscowym dzieciom zamarzyła się wielobarwna góra, która ożywiłaby okolicę, ale ich rodzice nie chcieli o tym słuchać. Dlatego przez siedem nocy ich pociechy wymykały się z domów i domalowywały kolejne warstwy na skalnych ścianach, dzięki czemu dziś możemy podziwiać ten prawdziwie malowniczy widok. Warto zostać chwilę w Purmamarce i przyjrzeć się spokojnemu życiu tego górskiego miasteczka.

 

Komu będzie jeszcze mało pięknych krajobrazów z górami w roli głównej, powinien zajrzeć do Cafayate, skąd wyrusza się na wycieczki do dolin Calchaquíes (Valles Calchaquíes). Można w nich podziwiać wspaniałe widoki na kolorowe formacje skalne, wśród których dominują wszelkie odcienie pomarańczu. Ze względu na żyzne ziemie okolica słynie z produkcji wyśmienitych win.

 

MIASTO NIEPODLEGŁOŚCI I KOLONIALNA PERŁA

 

Ważne miasto dla Argentyńczyków stanowi San Miguel de Tucumán. To właśnie tutaj 9 lipca 1816 r. podpisano deklarację niepodległości. Co roku, na ten jeden dzień San Miguel de Tucumán zostaje stolicą Argentyny. Szczególnie hucznie obchodzono 200. rocznicę podpisania dokumentu (w 2016 r.) i to nie tylko w tym miejscu. W Buenos Aires przygotowano piękny spektakl przedstawiający najważniejsze wydarzenia z historii kraju. Miałam szczęście zarówno oglądać samo przedstawienie, jak i podziwiać ogromny tłum Argentyńczyków śpiewających znane patriotyczne piosenki wraz z artystami ze sceny. To był naprawdę wzruszający widok!

 

Kolejnym interesującym miejscem jest położona ponad 550 km na południe od San Miguel de Tucumán 1,5-milionowa Córdoba (założona już w 1573 r.). To drugi największy pod względem liczby ludności ośrodek w Argentynie po jej stolicy. Należy do najstarszych kolonialnych miast w kraju – znajduje się tu pierwszy argentyński uniwersytet (Narodowy Uniwersytet w Córdobie – Universidad Nacional de Córdoba, utworzony w 1613 r.). Warto pochodzić wśród historycznej zabudowy i zwiedzić wpisaną na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO dzielnicę jezuicką z urokliwą architekturą (Manzana Jesuítica). Jak przystało na ośrodek studencki, w Córdobie kwitnie również życie kulturalne i nocne.

 

Z miasta polecam przenieść się na łono natury – do Parku Narodowego Talampaya leżącego w prowincji La Rioja przy granicy z prowincją San Juan. Można w nim oglądać spektakularny kanion czy niezwykłą formację skalną Talampaya mierzącą 143 m. Do tego obszaru przylega Park Prowincjonalny Ischigualasto (Parque Provincial Ischigualasto, położony już w prowincji San Juan), zwany także Doliną Księżycową (Valle de la Luna) ze względu na nieziemski krajobraz, jaki rozpościera się tu przed oczami przybyłych.

 

KRAINA WINA, STEKÓW I „ASADO”

 

Zarówno prowincje La Rioja i San Juan, jak i Mendoza, Salta, Córdoba czy Catamarca słyną z win. Argentyna jest obecnie szóstym krajem na świecie pod względem wytwarzanych ilości tego produktu. Argentyńczycy piją bardzo dużo czerwonego wina, więc nie ma się co dziwić, że jego butelka bywa tańsza od wody. Poza tym w 2010 r. wino zostało ogłoszone tu narodowym trunkiem, a to zobowiązuje.

 

Kieliszek miejscowego malbecu idealnie pasuje do tutejszych steków wołowych, z których – zasłużenie – ten kraj słynie na całym świecie. Tak wielką popularność temu daniu przyniosła nie tylko wysoka jakość argentyńskiej wołowiny, ale również sposób, w jaki Argentyńczycy potrafią ją przyrządzić. Weekend spędzony ze znajomymi będzie nieważny, jeśli przynajmniej raz nie zorganizuje się asado. Nazwa ta oznacza zarówno spotkanie przy typowym argentyńskim grillu, jak i samo grillowane mięso. Upieczona na ogniu lub nad żarem z węgla drzewnego wołowina z lampką czerwonego wina smakuje wyśmienicie! Do tego podaje się zwykle jakąś zieloną sałatkę i pieczywo, ale dla wielu Argentyńczyków są one tylko niezbyt istotnym dodatkiem. Na ruszcie porcji znajduje się zawsze za dużo, a to dlatego, że jak mawiają niektórzy, asado jest nieudane, jeśli całe mięso zostało zjedzone.

 

R5B 2 - Gourmet - Gastronomia - Asado Buenos Aires

Asado – baranina pieczona w stylu patagońskim z lampką argentyńskiego wina

© INSTITUTO NACIONAL DE PROMOCIÓN TURÍSTICA DE ARGENTINA

 

LODOWCE I KONIEC ŚWIATA

 

Autentica - Patrimonio de la Humanidad - Ballenas Puerto Madryn Chubut

W okolicach Puerto Madryn można od czerwca do grudnia podziwiać walenie

© INSTITUTO NACIONAL DE PROMOCIÓN TURÍSTICA DE ARGENTINA

 

W Argentynie im przemieszczamy się dalej na południe, tym robi się bardziej surowo i zimno, ale i ciekawiej. Patagonia słynie z ogromnych przestrzeni, niezwykłych krajobrazów i swoich letnich wiatrów, które niemal urywają głowy. Ten region leży w strefie ryczących czterdziestek (stałych wiatrów zachodnich o bardzo dużej prędkości wiejących pomiędzy 40 i 50° szerokości geograficznej). Jednym z najbardziej znanych miast tej krainy jest 120-tysięczne San Carlos de Bariloche, położone nad południowym brzegiem pięknego polodowcowego jeziora Nahuel Huapi, na terenie parku narodowego o tej samej nazwie, niedaleko granicy z Chile. W okolicy trudno się nudzić. Latem można wybrać się na trekking w góry lub wyruszyć do któregoś z punktów widokowych, a zimą zjeżdżać na nartach czy snowboardzie na ośnieżonych stokach największego w Argentynie kompleksu narciarskiego. Szczególnie wart uwagi jest lodowiec Czarna Zaspa (Ventisquero Negro) na wygasłym wulkanie Tronador (Cerro Tronador, 3491 m n.p.m.). Woda spływa z niego po wysokim klifie, tworząc malowniczy wodospad.

 

Dla odmiany nad Atlantykiem znajduje się półwysep Valdés. To miejsce, wpisane w 1999 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO, stanowi ważny obszar ochrony życia morskiego. Można tutaj zobaczyć m.in. walenie południowe (zazwyczaj od maja do grudnia), pingwiny magellańskie, uchatki patagońskie, orki, kotiki południowe, słonie morskie (mirungi) czy toniny (delfiny) czarnogłowe. To prawdziwy raj dla miłośników fauny.

 

Dalej na południe, w Parku Narodowym Lodowców (Parque Nacional Los Glaciares) panuje już wieczna zima. Swoimi granicami obejmuje on Południowy Lądolód Patagoński, który jest trzecim największym lądolodem na ziemi po tych na Antarktydzie i Grenlandii. Na tym terenie znajduje się 49 dużych lodowców (leżących w Argentynie i Chile), w tym najbardziej popularny wśród turystów Perito Moreno (zajmujący powierzchnię ponad 250 km²). Ten ostatni robi naprawdę olbrzymie wrażenie na oglądających – sunie do przodu, stuka, trzeszczy, a bryły wielkości autobusu odłupują się od niego i spadają do wody z hukiem przypominającym wybuch bomby. Do tego ten argentyński lodowiec mieni się odcieniami bieli i błękitu. Perito Moreno ma 5 km szerokości, 30 km długości i wystaje nad poziom jeziora Argentino średnio na wysokość 74 m, czyli mierzy mniej więcej tyle, ile ok. 20-piętrowy budynek! Większa jego część (jeszcze jakieś 100 m) kryje się pod powierzchnią wody. To jeden z niewielu lodowców na świecie, który postępuje zamiast się cofać.

 

Podczas pobytu w tej części Argentyny nie można odpuścić sobie wizyty w 60-tysięcznej Ushuai, uchodzącej za położone najdalej na południe miasto na naszym globie (choć dalej znajduje się jeszcze chilijska miejscowość Puerto Williams). Leży ona na archipelagu Ziemia Ognista (Tierra del Fuego) oddzielonym od kontynentu Cieśniną Magellana. Rejs po Kanale Beagle, podglądanie uchatek patagońskich, amfitryt lamparcich (lampartów morskich), mirung oraz pingwinów królewskich, magellańskich i maskowych (latem), wizyta w Parku Narodowym Ziemia Ognista (Parque Nacional Tierra del Fuego) czy odwiedziny w muzeum morskim (Museo Marítimo) mieszczącym się w dawnym więzieniu (Ushuaia była niegdyś kolonią karną) to obowiązkowe atrakcje turystyczne w tym mieście na końcu świata. Pod względem kulinarnym Ushuaia słynie z wielkich krabów królewskich, które można sobie samemu złowić przed przygotowaniem przez kucharza – takie doświadczenie będzie prawdziwą gratką dla odważnych smakoszy. Wreszcie, to tu kończy się słynna Droga Panamerykańska (hiszp. Carretera Panamericana) wiodąca przez obie Ameryki aż od Alaski (przerwana tylko przez przesmyk Darién) i tutaj następuje kres naszej wspaniałej podróży. Argentyno, do zobaczenia następnym razem!

 

Moc przygód w słonecznej Słowenii

MICHAŁ DOMAŃSKI

 

Słowenia nazywana jest Europą w miniaturze, ponieważ można tu spotkać praktycznie każdy rodzaj krajobrazu – wysokie, ośnieżone zimą szczyty Alp Julijskich, rozległe równiny, bujne lasy, rwące górskie rzeki, malownicze winnice, lecznicze wody termalne, sympatyczne kurorty nad Adriatykiem czy zabytkowe miasta i urocze zamki (na czele ze słynnym średniowiecznym Predjamskim gradem). W tym małym państwie znajdziemy również rozbudowaną bazę hotelową, nowoczesną infrastrukturę narciarską i pyszną kuchnię. Magnesem przyciągającym do niego zagranicznych turystów (w tym coraz więcej Polaków) są unikalne cuda przyrody – wspaniałe zjawiska krasowe, bajkowy podziemny świat (jaskinia Postojna i Jaskinie Szkocjańskie) czy zniewalające jeziora (Bled i Bohinj). Słowenia to także wymarzony kierunek (przez okrągły rok!) dla miłośników aktywnego wypoczynku: narciarstwa (zarówno biegowego, jak i zjazdowego), snowboardingu, wspinaczki sportowej (Osp), jazdy konnej (Lipica), raftingu i kanioningu (śliczna szmaragdowo-zielona Socza), wędkarstwa (tutejsze alpejskie rzeki obfitują w pstrągi), żeglarstwa, golfa, kolarstwa górskiego, pływania (w ciepłym Morzu Adriatyckim lub olbrzymich aquaparkach z licznymi basenami) czy podwodnych przygód (doskonałe miejsca nurkowe na wybrzeżu między Piranem a Strunjanem albo niezmiernie głębokie Divje Jezero, czyli „Dzikie Jezioro”, koło Idriji). Nic więc dziwnego, że o tym maleńkim kraju, zapewniającym dużą dawkę adrenaliny, mówi się, że leży po słonecznej stronie Alp.  

Więcej…

Brazylia o smaku açaí

 

MAJA KAŹMIERCZAK-BARTHEL

www.TRAVELINGROCKHOPPER.COM

 

Brazylia nie jest typowym turystycznym rajem. Z jednej strony kojarzy się z pięknymi piaszczystymi plażami i słoneczną pogodą, a z drugiej – z ogromną biedą i przestępczością. Oczywiście, nie można zapominać, że dla wielu to po prostu królestwo piłki nożnej, a ten sport ma tutaj prawie status religii. Turyści, którzy odwiedzili kraj Brazylijczyków, zakochują się za to w smaku açaí, czyli owoców euterpy warzywnej, jednego z gatunków tropikalnych palm z Ameryki Południowej.

 

FozIguacu0797

Park Narodowy Iguaçu od 1986 r. znajduje się pod ochroną UNESCO

© EMBRATUR IMAGE BANK

 

Od 1960 r. stolicą Brazylii jest 3-milionowa Brasília. Wcześniej tę funkcję pełniło Rio de Janeiro. Władze zdecydowały jednak, że najważniejszy ośrodek administracyjny państwa powinien znajdować się raczej w głębi kraju. Nowe miasto zbudowano w ciągu 41 miesięcy na niemal niezamieszkanym terenie. Jego wygląd i układ zostały precyzyjnie zaplanowane. Co ciekawe, Brasílię zaprojektowano w taki sposób, żeby widziana z góry przypominała swoim kształtem ptaka albo samolot. Brazylijska stolica to swojego rodzaju ciekawostka turystyczno-architektoniczna. Niestety, leży dość daleko od głównych atrakcji kraju i dlatego turyści często ją omijają. Trafiają tu zwykle raczej miłośnicy architektury i urbanistyki.

 

Brazylia to największe państwo Ameryki Południowej – ma ponad 8,5 mln km² powierzchni i prawie 210 mln mieszkańców. Jest niesamowicie różnorodna, także pod względem przyrodniczym. Z tego powodu trudno opisać ją w krótkim artykule. Postaram się jednak nieco przybliżyć ten kraj.

 

Bondinho e Morro da Urca vistos Foto Alexandre Macieira Riotur

Bondinho do Pão de Açúcar – kolejka linowa kursująca na Głowę Cukru

© ALEXANDRE MACIEIRA/RIOTUR

 

JAGODY Z PALMY

 

Zacznę od wspomnianych już owoców, z którymi często Brazylia kojarzy się osobom ją zwiedzającym. Açaí (czyt. asai) wyglądają jak małe fioletowe winogrona albo duże borówki – pewnie dlatego bywają nazywane jagodami. Są ważnym składnikiem diety mieszkańców lasów tropikalnych w dorzeczu Amazonki.

 

W wielu miejscach w Brazylii można natrafić na pyszne desery z açaí, takie jak açaí na tigela (w dosłownym tłumaczeniu „açaí w misce”). To mrożony mus z tych jagód z dodatkiem cukru i innych owoców. Obowiązkowo należy go spróbować podczas wizyty w tym kraju. Polecam też sprawdzić, jak smakują same açaí. Deser jest dosładzany, z reguły zbyt mocno, więc warto od razu poprosić o mniejszą ilość cukru.

 

Poza Ameryką Południową te osobliwe owoce uważane są za tzw. superżywność. Od kilku lat promuje się je jako produkt pomagający w odchudzaniu, zawierający mnóstwo składników mineralnych i odżywczych. Również w Polsce można kupić rozmaite suplementy diety zawierające açaí. Część rozpowszechnianych informacji na temat jagód euterpy warzywnej nie jest oparta na żadnych badaniach naukowych. Jednak od lat eksportuje się z Brazylii coraz więcej tych owoców, czasem kosztem lokalnej ludności, która traci ważne źródło witamin.

 

Gdy wracałam z mojej brazylijskiej wyprawy, już zakochana w niezwykłych jagodach, zamarzyło mi się, aby zabrać je do domu. Niestety, açaí bardzo szybko się psują. W Rio de Janeiro znalazłam owoce w proszku, które od razu kupiłam i szczęśliwa wróciłam do Polski. Okazało się jednak, że po takim przetworzeniu nie smakują one jak w brazylijskim deserze. Przez jakiś czas byłam bardzo zdeterminowana w swoich poszukiwaniach i gdziekolwiek zobaczyłam produkt spożywczy z açaí (lody, czekoladę, suszone jagody itd.), natychmiast go kupowałam. W końcu przekonałam się, że te owoce powinno się jeść tylko w Brazylii. Może dzięki temu są one takie wyjątkowe… A jeżeli ktoś chce zdrowo się odżywiać, to idealnym składnikiem jego diety będą zwykłe polskie jagody, porzeczki, maliny, żurawiny czy borówki. Nie dajmy się oszukiwać rozmaitym firmom obiecującym, że ich produkty z açaí odmienią nasze życie.

 

TROPIKALNA AMAZONKA

 

Odpowiedź na pytanie, która rzeka na ziemi jest najdłuższa, okazuje się nie taka oczywista. Nauczyciele z Ameryki Południowej mają często na ten temat inne zdanie niż ci z Europy – pierwsi nieraz przyznają pierwszeństwo Amazonce, a drudzy Nilowi. W obu przypadkach można podeprzeć się źródłami i opiniami badaczy potwierdzającymi słuszność danego stwierdzenia. Nie zmienia to jednak faktu, że obie rzeki są wyjątkowe.

 

W trakcie pobytu w Brazylii, jeżeli tylko jest taka możliwość, warto spędzić trochę czasu w tropikalnym lesie. Nawet w Amazonii udaje się znaleźć różne formy zakwaterowania: od wygodnych hoteli po prymitywne miejsca noclegowe. Jeśli ktoś obawia się nocować w otoczeniu dzikiej przyrody, wystarczy, że wybierze się na kilkugodzinny rejs po Amazonce. W tak krótkim czasie również można dostrzec wyjątkowość tej wspaniałej rzeki, spotkać niesamowite zwierzęta i zobaczyć rozmaite rośliny. Szczególnie polecam nasłuchiwać odgłosów ptaków i rozglądać się za tymi bajecznie kolorowymi!

 

MOTYLE ZNAD IGUAÇU

 

Gdy wspominam brazylijską przyrodę, mam przed oczyma ogromne liście palm, papugi i tukany oraz barwne motyle spotkane przy wodospadach Iguaçu. Te ostanie leżą na granicy Brazylii i Argentyny, na rzece o tej samej nazwie. Niedaleko rozciąga się już terytorium Paragwaju, ale na jego terenie główną atrakcją jest potężna zapora Itaipú na rzece Paranie. Najlepsze punkty widokowe znajdują się po brazylijskiej i argentyńskiej stronie, odpowiednio w miastach Foz do Iguaçu i Puerto Iguazú.

 

Iguaçu są jednymi z największych wodospadów na świecie, a według mnie należą do najbardziej imponujących. Warto przeznaczyć nawet dwa dni na samo ich podziwianie z rozmaitych miejsc w Brazylii i Argentynie. Podczas spaceru ścieżkami w tej okolicy można spotkać różne ptaki i zwierzęta, a przede wszystkim ogromną ilość kolorowych motyli. Osobiście uważam, że argentyńska część wodospadów prezentuje się dużo lepiej niż brazylijska, jest także bardziej zróżnicowana (aż ok. 80 proc. powierzchni Iguaçu leży w Argentynie). Ta druga też ma sporo uroku i w niej nad kaskadami z reguły łatwiej tworzy się tęcza.

 

KRAJ W MINIATURZE

 

Czasem mówię, trochę przekornie, że jeżeli nie odwiedziliśmy jakiegoś miejsca w danym kraju, to tak jakbyśmy wcale w nim nie byli. W przypadku Brazylii chodzi zdecydowanie o Rio de Janeiro. Może takie stwierdzenie wydaje się trochę na wyrost, ale to 6,5-milionowe miasto i jego okolice odzwierciedlają charakter ojczyzny Brazylijczyków z rozmaitymi jej cechami: tymi najlepszymi, najciekawszymi, ale i najgorszymi. W Rio de Janeiro każdy znajdzie coś dla siebie, niezależnie, czy w podróżach najbardziej fascynuje go przyroda, uprawianie sportu, kultura, zabytki, jedzenie, plażowanie czy szalona zabawa.

 

Są tu trzy takie miejsca, które koniecznie trzeba zobaczyć – pomnik Chrystusa Odkupiciela (Cristo Redentor), Głowa Cukru (Pão de Açúcar) i plaża Copacabana. Warto także wybrać się do Parku Narodowego Tijuca (Parque Nacional da Tijuca), pospacerować po najstarszej dzielnicy miasta i wypić w niej kawę, zajrzeć na plażę Ipanema, a z daleka przyjrzeć się fawelom. Każdego dnia polecam pić soki z pysznych świeżych owoców dostępnych na każdym rogu ulicy i obowiązkowo rozkoszować się açaí.

 

DWA WZGÓRZA

 

Pomnik Chrystusa Odkupiciela w Rio de Janeiro został zbudowany w dużej mierze dzięki datkom brazylijskich katolików. Zaprojektował go francuski rzeźbiarz polskiego pochodzenia Paul Landowski (1875–1961). Statuę wykonano we Francji i w 1931 r. przewieziono do Brazylii. Pomnik jest ogromny, mierzy 30 m (bez 8-metrowego cokołu), a rozpiętość ramion Chrystusa (od końca palców jednej ręki do drugiej) wynosi 28 m.

 

Figura stoi w niezmiernie urokliwym miejscu, na wzgórzu Corcovado (710 m n.p.m.). Jeżeli kogoś nie interesują zabytki religijne, i tak powinien się tutaj wybrać, bo rozpościera się stąd wspaniały widok na okolicę. Do pomnika można dojść na piechotę lub część trasy pokonać kolejką (Trem do Corcovado). Jeżeli według prognozy pogody na dany dzień przewidziano burze, lepiej przełożyć wycieczkę na Corcovado. W wysoką statuę czasami uderzają pioruny. W styczniu 2014 r. w ten właśnie sposób została ona uszkodzona.

 

Wzgórze Głowa Cukru jest niemal o połowę niższe od Corcovado (osiąga wysokość 396 m n.p.m.). Stanowi ono kolejny świetny punkt widokowy w Rio de Janeiro, który zdecydowanie warto odwiedzić. Co więcej, to bardzo charakterystyczny symbol miasta – ze względu na nietypowy kształt łatwo rozpoznać go na każdym zdjęciu. Na szczyt można wjechać kolejką linową (Bondinho do Pão de Açúcar) albo się wspiąć. Tutejsze trasy wspinaczkowe z pewnością zadowolą miłośników sportów ekstremalnych.

 

CUDOWNE PLAŻE

 

Podobno najpiękniejsze na świecie plaże znajdują się w Brazylii. To stwierdzenie nie wzięło się znikąd! Piaszczyste wybrzeże ciągnie się tu kilometrami (linia brzegowa tego kraju ma aż 7491 km!). Najbardziej znane plaże leżą w stanach: Bahia, Ceará i Pernambuco (jego granice obejmują cudowny archipelag Fernando de Noronha). W Rio de Janeiro na zainteresowanie zasługują przede wszystkim dwie.

 

Copacabana jest położona w dzielnicy o tej samej nazwie. To prawdopodobnie najsłynniejsza plaża na świecie i wręcz kultowe miejsce w mieście. Oczywiście, można na niej się opalać, kąpać, grać w siatkówkę i obowiązkowo piłkę nożną. Poza tym odbywają się tutaj rozmaite imprezy kulturalne i sportowe. Charakterystyczny wzór pokrywający miejscową promenadę umieszcza się na wielu pamiątkach z Brazylii. Copacabana ma długość ponad 4 km. Sąsiaduje z inną piękną plażą, którą także warto zobaczyć – Ipanemą.

 

BRAZYLIJSKA MIŁOŚĆ DO PIŁKI

 

Nie jestem pewna, czy istnieje na świecie drugi taki kraj, którego mieszkańców tak silnie łączy wspólna pasja – miłość do piłki nożnej. Brzmi to wręcz jak stereotyp, jednak nie da się ukryć, że każde brazylijskie miasto ma przynajmniej jeden stadion piłkarski, a podczas spaceru w Brazylii, czy to wzdłuż plaży, czy ulicy, prawie zawsze dostrzeżemy kogoś biegającego za piłką.

 

Narodową fascynację tym sportem widać szczególnie w trakcie międzynarodowych mistrzostw. Cały kraj wygląda wtedy jak sparaliżowany – sklepy są zamykane, dzieciom skraca się zajęcia w szkołach, a w większych firmach pracodawcy zapewniają telewizory, aby pracownicy mieli szansę śledzić przebieg meczów. Choć w wielu innych stronach świata mundial wzbudza podobne emocje, Brazylię opanowuje istne szaleństwo.

 

Wydawać by się mogło, że piłka nożna od zawsze była tutaj częścią kultury. Jednak dopiero pod koniec XIX w. szkoccy i angielscy emigranci rozpowszechnili ten sport (za ojca brazylijskiego futbolu uważa się Charlesa Millera). Bardzo szybko zyskał on ogromną popularność w Brazylii. Każdy mógł grać w piłkę nożną. Potrzebne było jedynie miejsce do gry i coś okrągłego do kopania.

 

GORĄCE RYTMY

 

24389490043 0dd320be9d o

Największą atrakcją karnawału w Rio de Janeiro jest parada szkół samby

© FERNANDO GRILLI/RIOTUR

 

Co jest bardziej brazylijskie: piłka nożna czy samba? Ani jedno, ani drugie nie narodziło się w tym kraju, ale obie rzeczy są zdecydowanie jego symbolami.

 

Samba to taniec towarzyski. Wywodzi się prawdopodobnie ze zwyczajów afrykańskich niewolników z ludów Bantu, choć niektórzy dopatrują się w nim również europejskich wpływów. Co ciekawe, dość długo był uważany za nieprzyzwoity i bogaci Brazylijczycy go nie tańczyli. Obecnie samba ma bardzo wiele stylów: od klasycznego prezentowanego w parach na turniejach do swobodnego, ekspresyjnego, rodem z dyskoteki, a pewne jej elementy przeniesiono nawet do sali sportowej.

 

Z tym widowiskowym tańcem nieodłącznie wiąże się karnawał w Rio de Janeiro, kolejny symbol Brazylii. Impreza trwa od piątku do Środy Popielcowej (w 2018 r. od 9 do 13 lutego) i szacuje się, że codziennie bawi się na niej ok. 2 mln ludzi. W większości są to Brazylijczycy, mniej więcej 20 proc. stanowią obcokrajowcy. Świętuje się nie tylko na słynnym sambodromie (Sambódromo da Marquês de Sapucaí), ulicach miasta, ale także na plażach, w barach i klubach – wszędzie, gdzie tylko się da.

 

Spędzenie karnawału w Rio de Janeiro ma swoje wady i zalety. Na pewno jest to jedyne w swoim rodzaju doświadczenie. Z drugiej strony trzeba pamiętać, że w tym czasie znalezienie tu noclegu będzie bardzo trudne, więc należy wszystko zarezerwować z dużym wyprzedzeniem. Poza tym towarzystwo ogromnych tłumów po jednym dniu szaleństwa może stać się uciążliwe, szczególnie dla osób nieprzyzwyczajonych. W takim ścisku łatwiej też paść ofiarą kradzieży czy nawet napaści.

 

ŚRODKI OSTROŻNOŚCI

 

Niestety, opowieści o przestępczości w Brazylii nie są wyssane z palca. Choć wszędzie na świecie może nam się przytrafić coś złego i nie brakuje złych ludzi, w pewnych miejscach w tym kraju trzeba bardziej uważać. Jeśli zachowamy zdrowy rozsądek, nie będziemy chodzić sami nocą po ulicach i plażach itp., najpewniej wrócimy do domu bogatsi tylko o pozytywne doświadczenia.

 

Przed wyjazdem do Brazylii, a przede wszystkim do Rio de Janeiro, mój znajomy Brazylijczyk ostrzegał mnie, że jest tu bardzo niebezpiecznie i dawał rozmaite porady. Opowiadał, że gdy sam odwiedza to miasto, nosi ze sobą zawsze dwa portfele. Jeden, ten z dokumentami i gotówką chowa głębiej, a drugi, przeznaczony dla ewentualnego złodzieja i wypełniony drobnymi pieniędzmi, żeby wyglądał w miarę wiarygodnie, trzyma gdzieś na wierzchu. Jeżeli ktoś w Rio de Janeiro zechce zabrać nam portfel czy cokolwiek innego, lepiej zbytnio nie protestować, aby nie pogorszyć sytuacji.

 

INNE OBLICZE RAJU

 

Przestępczość w Rio de Janeiro związana jest w dużej mierze z miejscami największej biedy – fawelami. Nazywa się tak ubogie dzielnice, położone wokół centrów miast, często na wzgórzach, w których domy zbudowane są dosłownie z czegokolwiek, np. z materiałów znalezionych na śmietniskach – tektury, sklejek, desek, blach itp. Szacuje się, że ok. 6 proc. ludności Brazylii mieszka w fawelach. W samym Rio de Janeiro jest to zdecydowanie większy odsetek (mniej więcej 22 proc.).

 

Fawele prawdopodobnie powstały pod koniec XIX w., gdy wyzwoleni niewolnicy lub żołnierze, którzy nigdy nie otrzymali swojej zapłaty, szukali miejsca do życia. Nie mieli niczego, zaczęli więc budować sobie domy z materiałów, jakie były pod ręką. Z czasem bieda doprowadziła do wzrostu przestępczości, nierzadko związanej z narkotykami. Fawele rządzą się swoimi prawami, więc nawet policja unika wkraczania na ich teren.

 

Jest wiele filmów pokazujących życie w Brazylii. Warto obejrzeć kilka z nich przed wizytą w tym kraju albo po niej. Do bardziej znanych należy Miasto Boga z 2002 r. Produkcję oparto na książce brazylijskiego pisarza Paula Linsa, która opowiada o życiu młodych chłopców z faweli w Rio de Janeiro.

 

W te rejony w Brazylii turysta nie powinien wybierać się sam. Taka przygoda może być niebezpieczna i bardzo źle się skończyć. Od kilku lat lokalne biura podróży oferują zwiedzanie faweli, ale z reguły tych dość rozwiniętych i względnie bezpiecznych, które dostają pomoc finansową od organizatorów wycieczek. Jest także wiele agencji organizujących przejazdy opancerzonym autobusem przez losowo wybrane dzielnice biedy. Z tego typu atrakcji lepiej zrezygnować – fawele to nie zoo, a osiedla, gdzie mieszkają ludzie, którzy nie mieli w życiu tyle szczęścia co my.

 

Salvador0362

Dzielnica Pelourinho w Salvadorze z arcydziełami brazylijskiego baroku

© EMBRATUR IMAGE BANK

 

MIASTO NAD ZATOKĄ

 

Stan Bahia należy do tych części Brazylii, które słyną ze wspaniałych plaż. Dodatkowo nad Zatoką Wszystkich Świętych (Baía de Todos os Santos) znajduje się tutaj region Recôncavo, uznawany za miejsce narodzin samby de roda, wpisanej na Listę Reprezentatywną Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Stolicą Bahii jest klimatyczny Salvador (Salvador da Bahia), który koniecznie trzeba odwiedzić. Jeśli mamy do wyboru wizytę w tym mieście lub Brasílii, zdecydowanie warto zdecydować się na to pierwsze.

 

W Salvadorze czeka na turystów wiele atrakcji, łącznie z tutejszym niezmiernie barwnym karnawałem. Najciekawsza wydaje się być historyczna dzielnica Pelourinho. Kojarzy mi się ona z La Bocą w Buenos Aires w Argentynie. Oba miejsca są wypełnione kolorowymi budynkami, tańcem i muzyką, dzięki czemu przyciągają licznych przybyszów z zagranicy.

 

SKARBY PRZYRODY

 

Na zakończenie chciałabym wspomnieć o kilku parkach narodowych. Brazylia jest jednym z największych państw na świecie, więc na jej terytorium znajduje się ich wiele. Do może mniej znanych niż bardzo popularne wśród turystów Park Narodowy Iguaçu i Park Narodowy Tijuca, ale z pewnością niezmiernie ciekawych należą: Lençóis Maranhenses (w stanie Maranhão), Aparados da Serra (na granicy Rio Grande do Sul i Santa Catarina), Serra da Bodoquena (na terenie Mato Grosso do Sul), Pantanal Matogrossense (na obszarze Mato Grosso), Chapada dos Veadeiros (w Goiás) i Fernando de Noronha (w Pernambuco). Warto odwiedzić każdy z nich, ale jeśli kogoś w podróży goni czas, polecam szczególnie wizytę w tym pierwszym. Zwykle robi on na przybyszach zaskakujące wrażenie, bo nie wygląda jak typowy brazylijski region – w kraju kojarzonym z rozległymi lasami deszczowymi i dziewiczą Amazonią nie spodziewamy się zazwyczaj pustynnych pejzaży. A jednak olbrzymi obszar Parku Narodowego Lençóis Maranhenses (Parque Nacional dos Lençóis Maranhenses) pokrywają piaszczyste wydmy. W porze deszczowej pomiędzy nimi powstają malownicze jeziora. Widoki są tu wręcz bajeczne!

 

NA ZDROWIE!

 

Brazylia to ogromny, bardzo różnorodny kraj, zachwycający piękną przyrodą i mnóstwem atrakcji. Trzeba jednak pamiętać, że doniesienia o dość wysokiej przestępczości w tym państwie bywają nierzadko prawdziwe. Mimo to ostrożność i zdrowy rozsądek powinny zapewnić nam bezpieczną podróż.

 

A jeżeli moje opowieści o açaí kogoś nie przekonały, dodam coś jeszcze na temat dwóch typowych brazylijskich napoi. Po pierwsze, niektórzy uważają, że najlepsza kawa na naszym globie pochodzi z Brazylii. Można też spotkać się z opinią mówiącą, że w tym przypadku ilość zwycięża nad jakością. Według mnie prawda leży gdzieś pośrodku. Brazylia jest największym światowym eksporterem kawy, więc nastawienie na masową produkcję nie powinno dziwić. Dlatego jakość napoju czasem nie zadowala prawdziwych smakoszy. Jednak i tu znajdują się mniejsze plantacje, które w pierwszej kolejności stawiają na uzyskanie jak najlepszych ziaren.

 

Inny tradycyjny brazylijski napitek to caipirinha, koktajl na bazie miejscowego alkoholu z fermentowanego soku z trzciny cukrowej, zwanego cachaçą, z limonką, cukrem i lodem. Bez większych problemów można przygotować ją samemu w domu, a jeszcze łatwiej zamówić ten drink w barze. Jednak caipirinha pita w pasjonującej Brazylii na pewno będzie smakować inaczej.