Elżbieta Kuźma

 

Wycieczka do Brukseli to niewątpliwie atrakcja dla każdego turysty. Zarówno dorośli, jak i dzieci czy młodzież znajdą tutaj ciekawe i warte zobaczenia miejsca. I to niezależnie od pogody, która akurat w tej stolicy Europy nikogo nie rozpieszcza. Belgia zaprasza zresztą również do innych swoich regionów, w tym malowniczej francuskojęzycznej Walonii. Nie dajmy się więc dłużej prosić.

 

Bruxelles, ma belle („Brukselo, moja piękna”) – tymi słowami holenderski piosenkarz Dick Annegarn opiewał urok belgijskiej stolicy. To klimatyczne, tajemnicze i niezmiernie różnorodne miasto przyciąga co roku tysiące turystów ze wszystkich zakątków świata. Tutaj nowoczesność miesza się z tradycją, swoje siedziby mają Komisja Europejska, Rada Unii Europejskiej, Rada Europejska, NATO, Euratom i król Belgów Filip I Koburg. Poza tym Bruksela stanowi dobrą bazę wypadową do wycieczek po okolicy.

 

Odwiedzenie tego ciekawego i intrygującego kraju i jego stolicy ułatwia dobre połączenie z wieloma ośrodkami w Europie, w tym Polsce. Bezpośrednie i niedrogie loty na międzynarodowe lotnisko usytuowane pod Brukselą i Charleroi (Brussels South Charleroi Airport) odbywają się z kilku polskich miast (Modlina, Krakowa, Gdańska i Warszawy). To chyba wystarczająca zachęta do tego, aby wybrać się osobiście na słynne belgijskie frytki, gofry, praliny, małże i piwo.

 

WIELOBARWNA STOLICA

 

Historyczne centrum Brukseli zachwyca jednym z najpiękniejszych rynków w Europie – Wielkim Placem (La Grand-Place, Grote Markt), otoczonym XVII-wiecznymi domami cechów kupieckich i kamienicami. Mieszczą się w nich obecnie muzea, restauracje, kawiarnie i sklepy z belgijskimi czekoladkami. Jedyną średniowieczną budowlą jest tutaj późnogotycki Ratusz, czyli Hôtel de Ville de Bruxelles, w którym obraduje rada miasta. Swoją urodą zwraca uwagę także Dom Króla (Maison du Roi), gdzie funkcjonuje muzeum poświęcone historii Brukseli (Musée de la Ville de Bruxelles). Podczas spaceru po rynku i otaczających go malowniczych uliczkach można dotrzeć do zaułku ze znaną na niemal całym świecie figurką sikającego chłopca – Manneken-Pis. Ta wykonana z brązu rzeźba, będąca symbolem miasta, szczyci się posiadaniem bogatej kolekcji ponad 950 zestawów ubrań, w które jest przebierana zgodnie z okazją wypadającą w kalendarzu. Oprócz kostiumów strażaka, policjanta, św. Mikołaja czy sprzątaczki Manneken-Pis nosi stroje narodowe i regionalne z różnych stron naszego globu, miał już na sobie np. ubiór krakowiaka. 

 

Przywiązanie brukselczyków do lokalnego folkloru i tradycji przejawia się nie tylko w przebieraniu osobliwej figurki, ale również w licznych świętach i uroczystych obchodach rozmaitych rocznic. Jedną z najciekawszych imprez tego rodzaju jest organizowana dwa razy do roku (na przełomie czerwca i lipca) słynna parada Ommegang i towarzyszące jej spektakle. Główny jej temat stanowi przybycie do Brukseli w 1549 r. cesarza Karola V Habsburga (1500–1558). Tego wielobarwnego pochodu, w którym bierze udział ponad 1,4 tys. osób ubranych w kostiumy z epoki, nie można przegapić. Spektakle z nim związane w 2017 r. odbędą się 5 i 7 lipca. 

 

W połowie sierpnia z kolei, co dwa lata, brukselski rynek pokrywa ok. 300 tys. begonii składających się na kwiatowy dywan zwany tapis de fleurs. Za każdym razem inny jest jego motyw przewodni, który oddają odpowiednio dobrane wzory i kolory, ale zawsze robi on ogromne wrażenie. Tę wyjątkową w skali światowej atrakcję najlepiej oglądać z góry – ze stopni lub okien okolicznych kamienic. Będzie można ją znów podziwiać dopiero od 16 do 19 sierpnia 2018 r.


COŚ DLA DUSZY

 

Media-5740

Uczestnicy barwnej corocznej parady Ommegang w historycznych strojach

© WWW.VISITBRUSSELS.BE/ERIC DANHIER

 

Zabytkowe centrum Brukseli to idealne miejsce dla miłośników architektury i sztuki. W najbliższej okolicy znajdują się liczne placówki muzealne, jak również galerie obrazów, rzeźby i grafiki. Jednymi z najciekawszych z nich są niewątpliwie Królewskie Muzea Sztuk Pięknych Belgii (Musées royaux des Beaux-Arts de la Belgique), podzielone na sześć instytucji, w tym m.in. Muzeum Sztuki Nowoczesnej (Musée Modern Museum), Muzeum Starych Mistrzów (Musée Oldmasters Museum), Muzeum Końca XIX w. (Musée Fin-de-Siècle Museum) i Muzeum Magritte’a (Musée Magritte Museum) poświęcone pracom słynnego belgijskiego surrealisty René Magritte’a (1898–1967). Zdecydowanie nie da się ich bogatych zbiorów obejrzeć w jeden dzień.

 

Zwiedzający zainteresowani nieco inną tematyką mają do wyboru trzy obiekty usytuowane zaledwie kilka kroków od samego serca miasta: Muzeum Kostiumów i Koronki (Musée du Costume et de la Dentelle), Muzeum Browarników Belgijskich (Musée des Brasseurs Belges) oraz Muzeum Kakao i Czekolady (Musée du Cacao et du Chocolat de Bruxelles). Wizyta w tych dwóch ostatnich połączona jest z degustacją lokalnych wyrobów, co dla wielu turystów stanowi zachętę do odwiedzin. 

 

Kilkaset metrów od Wielkiego Placu znajduje się też powstałe prawie 28 lat temu Belgijskie Centrum Komiksu (Centre Belge de la Bande Dessinée). Stałe i czasowe ekspozycje, które prezentują niezwykle bogaty dorobek belgijskich mistrzów tej sztuki, zainteresują zarówno starszych, jak i młodszych miłośników obrazkowych historii. Na odwiedzających czeka słynny Tintin ze swoim białym pieskiem Milusiem, wioska smerfów, a także Lucky Luke z braćmi Daltonami. Postacie z komiksów oglądać można również poza placówką. Wystarczy wybrać się na spacer specjalnym szlakiem (Parcours BD), który wiedzie głównie wokół historycznego centrum miasta. Na elewacjach ponad 50 kamienic powstały ogromne murale z najbardziej popularnymi bohaterami. Nie bez powodu Brukselę nazywa się kolebką europejskiego komiksu. 

 

COŚ DLA CIAŁA

 

Gdy ktoś już raz spróbuje belgijskich czekoladek, a także lokalnego piwa, z pewnością będzie chciał skosztować kolejnych słodkości i trunków. Okolice Wielkiego Placu są do tego idealnym miejscem. Liczne sklepiki najlepszych krajowych producentów czekolady (Neuhaus, Godiva, Galler, Pierre Marcolini, Leonidas, Maison Dandoy, Corné Port-Royal) zachwycają różnorodnością smaków i kształtów swoich wyrobów. Znajduje się w nich wszystko: od klasycznych pralinek nadziewanych lekkimi musami przez owoce w polewie po czekoladowe biusty, sikających chłopców i piłki futbolowe. 

 

Dziesiątki pubów, kawiarni i barów usytuowanych w centrum Brukseli oferują naprawdę duży wybór narodowego belgijskiego trunku. Belgowie szczycą się wytwarzaniem ponad 1,5 tys. różnych gatunków piwa pochodzących z 250 browarów. Najbardziej znane są piwa jasne, czerwone, klasztorne (wyrabiane tradycyjnymi metodami), w tym trapistów (bardzo mocne), i owocowe. Kultura produkcji i picia napoju z pianką jest w Belgii rozpowszechniona do tego stopnia, że w listopadzie 2016 r. została wpisana na Listę Reprezentatywną Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. 

 

Rodowici brukselczycy mają swoje ulubione miejsca, gdzie raczą się narodowym napitkiem. Jedno z nich stanowi już ponad 110-letni lokal „À la Mort Subite” („Nagła śmierć”, pod obecnym adresem od 1928 r.), gdzie lubił godzinami przesiadywać m.in. słynny belgijski piosenkarz i kompozytor Jacques Brel (1929–1978). Wizyta tutaj to znakomita okazja nie tylko do napicia się piwa, ale również spróbowania dań lokalnej kuchni i podziwiania wystroju typowej stołecznej knajpki zwanej brasserie. Innym cenionym punktem na mapie brukselskich barów jest „Delirium Café”. W karcie napojów widnieje ponad 3 tys. piw z różnych stron świata. Za atrakcję tego modnego miejsca wieczornych spotkań uchodzą litrowe szklanice w kształcie kozaka.

 

Odwiedziny w Brukseli to także znakomita okazja do spróbowania regionalnej kuchni, w której królują małże przyrządzane na kilkadziesiąt różnych sposobów (w białym winie, sosie pomidorowym, z estragonem itd.) oraz krokiety z krewetek i sera. Typowe dania belgijskie nie należą może do szczególnie wyrafinowanych, ale są pożywne, smaczne i przygotowywane z lokalnych produktów. Wśród potraw mięsnych najbardziej znany jest królik duszony w piwie kriek lub gueuze i gulasz wołowy po flamandzku (carbonade flamande). Belgowie lubują się też w szparagach w sosie, cykorii zapiekanej z szynką i... frytkach. Budki z tym ostatnim przysmakiem można spotkać w całej stolicy. Kupuje się go jako przekąskę i jada od południa do późnych godzin nocnych. Frytki sprzedawane są w specjalnych tekturowych rożkach i podawane solone, z musztardą, majonezem albo rozmaitymi sosami. Popularnością cieszą się również ciepłe, bardzo słodkie gofry, które najlepiej smakują bez żadnych dodatków.

 

CENTRUM ROZRYWKI

 

1F8C8336

Brukselski Wielki Plac w parku Mini-Europe, w tle srebrne kule Atomium

© MINI EUROPE

 

Mimo niewielkiego terytorium, jakie zajmuje Belgia (ponad 30,5 tys. km²), kraj ten szczyci się mnóstwem atrakcji turystycznych usytuowanych we wszystkich jego częściach. Wśród nich liczne grono odwiedzających przyciągają szczególnie parki wodne, wioski tematyczne, wesołe miasteczka i multikina. 

 

Podczas pobytu w Brukseli warto przeznaczyć choć jeden dzień na wizytę w stołecznym Bruparcku leżącym nieopodal królewskiej rezydencji w Laeken. To ulubione miejsce nie tylko wielu brukselczyków, ale także przybywających do miasta turystów. Jego niewątpliwym atutem są trzy wielkie kompleksy rozrywkowo-rekreacyjne – Océade, Kinepolis i Mini-Europe, usytuowane blisko siebie.

 

Ten pierwszy jest parkiem wodnym szczycącym się 14 zjeżdżalniami, na których chętni mogą uzyskiwać prędkości na miarę zawodów olimpijskich. Został on podzielony na część krytą i położoną na świeżym powietrzu, dlatego można tu szaleć niezależnie od pogody. Oprócz zażywania kąpieli, pływania czy zjeżdżania do wody w Océade skorzystamy też np. z jacuzzi, saun i hammamu (w sektorze Saunaland – tylko dla dorosłych). Warto wspomnieć, że w parku znajduje się strefa Aquafun House przeznaczona dla dzieci powyżej 4. roku życia, w której rodzice mogą bawić się spokojnie ze swoimi pociechami. Wyposażono ją w fontanny, natryski i zjeżdżalnie, a baseny nie mają więcej niż 40 cm głębokości. Każdy maluch powinien być uszczęśliwiony. Océade jest rajem dla amatorów dobrej zabawy. W basenach znajdują się różnorodne atrakcje wodne, sztuczne prądy i fale, a wystrój kompleksu przypomina tropikalną krainę z palmami, wodospadami i egzotyczną roślinnością. Nawet w najbardziej deszczowy i ponury dzień można poczuć się tutaj jak na karaibskiej wyspie. Wrażenie to potęguje jeszcze temperatura w zadaszonej części obiektu utrzymywana w granicach 30°C.

 

W Bruparcku warto zajrzeć również do Kinepolis, pierwszego na świecie tego typu olbrzymiego kina (otwartego w 1988 r.). W 24 supernowoczesnych salach kinowych wyświetlany jest bogaty repertuar dla dzieci i dorosłych. Poza filmami w kompleksie można oglądać transmitowane przez satelitę koncerty, balety i opery. W ofercie Kinepolis znajdują się także specjalne seanse wyłącznie dla kobiet, miłośników horrorów, dzieci czy seniorów. Wizyta w kompleksie poprawi nam humor nie tylko w deszczowy dzień.

 

Chyba najbardziej znaną część Bruparcku stanowi jednak Mini-Europe, gdzie wyruszymy w osobliwą podróż przez kontynent europejski, która może mieć jednocześnie charakter rozrywkowy i edukacyjny. Spodoba się tu zarówno dorosłym, jak i dzieciom. W tym działającym od 1989 r. parku miniatur obejrzymy najpopularniejsze i najczęściej podziwiane zabytki i atrakcje Europy odwzorowane w skali 1:25. Na stosunkowo niewielkiej powierzchni (zaledwie 24 tys. m²) znajduje się 350 obiektów z poszczególnych państw naszego kontynentu (w sumie 28). Można m.in. zobaczyć słynną londyńską wieżę zegarową Big Ben, paryską wieżę Eiffla i Łuk Triumfalny, Katedrę z Santiago de Compostela w Hiszpanii, Krzywą Wieżę z Pizy, Bramę Brandenburską i Mur Berliński, holenderskie wiatraki z Kinderdijk na tle tulipanowych pól czy też brukselski Wielki Plac. Polskę reprezentuje gdański Pomnik Poległych Stoczniowców 1970 i Dwór Artusa z Fontanną Neptuna. Oglądanie bardzo dokładnie odtworzonych budowli i miejsc urozmaicają ruchome elementy ekspozycji i efekty specjalne. Naciśnięciem guzika możemy obudzić śpiącego Wezuwiusza i na własne oczy zobaczyć wybuch wulkanu poprzedzony trzęsieniem ziemi, które również delikatnie odczujemy. W innej części Mini-Europe przyjrzymy się korridzie na miniaturowej arenie walk z bykami w Sewilli (Plaza de Toros de la Maestranza) i przekonamy się, dokąd pędzi po torach francuski szybkobieżny pociąg TGV. Dla turystów odwiedzających park tego lata przygotowano dodatkową propozycję w postaci nocnego zwiedzania urozmaiconego spektaklem światła i dźwięku oraz pokazem sztucznych ogni (w każdą sobotę od 5 do 19 sierpnia 2017 r. o godz. 22.30). Wizyta w pełnej atrakcji brukselskiej krainie miniatur to także okazja do lepszego poznania Unii Europejskiej i jej historii. Na interaktywnej wystawie Spirit of Europe (Duch Europy) każdy może sprawdzić swoją wiedzę w tym temacie i nauczyć się czegoś nowego o zjednoczeniu naszego kontynentu. 

 

W trakcie spaceru pomiędzy makietami charakterystycznych obiektów Europy znajdującymi się w Mini-Europe trudno nie zauważyć błyszczących nieopodal kul Atomium. Oryginalna konstrukcja przedstawiająca powiększony 165 mld razy model kryształu żelaza powstała z okazji Wystawy Światowej w 1958 r. i szybko stała się kolejnym – poza figurką Manneken-Pis – symbolem Brukseli. Dziewięć metalowych kul (atomów) połączono ze sobą korytarzami ze schodami (ruchomymi i zwykłymi). Z tej umieszczonej najwyżej rozpościera się wyjątkowa panorama okolicy – linia horyzontu leży daleko poza granicami miasta. W bezchmurne słoneczne dni można stąd dostrzec nawet odległą o 45 km Antwerpię! Atomium to jednak przede wszystkim interesujące muzeum. Mieszczą się w nim wystawy poświęcone nie tylko historii budowli, ale również rozmaitym innym tematom, jak chociażby nieistniejącym już belgijskim liniom lotniczym Sabena (ekspozycja czasowa dostępna od 24 listopada 2016 r. do 10 września 2017 r.). Ta gigantyczna konstrukcja stała się też ulubionym miejscem na oświadczyny dla wielu zakochanych. Widok z najwyższej platformy potrafi w końcu u niejednego wywołać prawdziwy zawrót głowy.

 

POCIĄGI I TRAMWAJE 

 

Belgia szczyci się doskonale rozwiniętą infrastrukturą kolejową – gęsta sieć torów oplata cały kraj. Wszystkie najważniejsze trasy przebiegają przez region stołeczny, na obszarze którego znajdują się aż 33 dworce obsługujące natężony ruch pociągów. Jednym z ciekawszych miejsc na mapie Brukseli jest niewątpliwie Train World w gminie Schaerbeek. W tym muzeum kolei, mieszczącym się na terenie secesyjnej stacji, można zobaczyć replikę najstarszej belgijskiej lokomotywy parowej (z 1835 r.) zwanej Belgiem (Le Belge), poznać historię tutejszego kolejnictwa i podziwiać unikatową kolekcję pociągów. Podczas wizyty w Train World dowiemy się, że Belgia była pierwszym krajem w Europie, gdzie wprowadzono publiczny transport pociągami (5 maja 1835 r.), sprawdzimy, jak odbywał się kiedyś przewóz przesyłek pocztowych i jak wyglądała luksusowa podróż słynnym Orient Expressem. Warty zainteresowania jest także sam budynek stacji, który po niedawnym remoncie odzyskał swój blask. Z przeszklonej hali rozpościera się piękny widok na miasto i biegnące w różnych kierunkach tory kolejowe. 

 

Miłośnikom historii transportu trzeba również polecić odwiedziny w Muzeum Tramwaju (Musée du Tram, Musée du Transport Urbain Bruxellois) w gminie Woluwe-Saint-Pierre. Bogata ekspozycja tramwajów i autobusów, które poruszały się po brukselskich ulicach w trakcie ostatnich 100 lat, spodoba się starszym i młodszym zwiedzającym. Dodatkowo w weekendy i święta można udać się na przejażdżkę zabytkowym pojazdem, dostarczającą niesamowitych wrażeń zwłaszcza małym turystom. 

 

NA POŁUDNIE

 

 LesLacsdelEaudHeure

 

 

Jeziora Eau d’Heure cieszą się popularnością wśród miłośników żeglarstwa

© LES LACS DE L’EAU D’HEURE

 

Obszar południowej Belgii zajmuje nizinno-górzysty, francuskojęzyczny Region Waloński (nazywany Walonią) o wielu walorach turystycznych. Na szczególną uwagę zasługuje rejon sztucznych jezior Eau d’Heure (Les Lacs de l’Eau d’Heure, powierzchnia akwenów to 6,17 km²) otoczony lasami, łąkami i polami. Dotarcie do tego uroczego miejsca samochodem z lotniska pod Charleroi zajmuje ok. 40 min., a z Brukseli – nieco ponad godzinę. Wśród malowniczych jezior powstał tu gigantyczny kompleks sportowo-rekreacyjny, oferujący różnorodne formy spędzania wolnego czasu. Czekają na nas w tej okolicy m.in. park wodny i rowerowy, centrum odnowy biologicznej, restauracje, baseny i plaże. Można popłynąć w rejs amfibią zwaną Czerwonym Krokodylem (Le Crocodile Rouge) lub przejechać się turystycznym pociągiem Croco Express. Swój raj na ziemi mają tutaj miłośnicy sportów wodnych. W rejonie jezior Eau d’Heure panują znakomite warunki do żeglowania, wędkowania, pływania kajakiem, gry w golfa na wodzie, nurkowania, windsurfingu, wakeboardingu i jazdy na nartach lub skuterach wodnych. Na gości zainteresowanych dłuższym wypoczynkiem w tym urokliwym miejscu czeka rozbudowana baza noclegowa – doskonale przygotowane pola dla samochodów kempingowych i kamperów, komfortowe i nowoczesne wakacyjne domy do wynajęcia (Golden Lakes Village lub Landal Village) oraz okoliczne pensjonaty i hotele. 

 

339886 Dinant cWBT-J

Pomnik Charles’a de Gaulle’a, Dinant

© WBT/JEAN-PAUL REMY

 

W Walonii warto zwiedzić też dwa pobliskie niezmiernie ciekawe i zabytkowe miasta: ponad 110-tysięczne Namur i 15-tysięczne Dinant. Pierwsze z nich, położone malowniczo u ujścia Sambry do Mozy, pełni funkcję stolicy regionu i należy do najbardziej urokliwych w Belgii. Przyjemnie się po nim spaceruje niezależnie od pogody. W ciepły, słoneczny dzień można popłynąć w rejs statkiem, aby podziwiać panoramę od strony rzeki, lub przejść się po klimatycznych uliczkach centrum, przy których kuszą turystów liczne butiki z ubraniami i lokalnymi specjałami. W czasie deszczu lepiej udać się na oglądanie potężnej Cytadeli górującej nad miastem, Teatru (Théâtre de Namur), dawnego Pałacu Biskupów (obecnie siedziby władz prowincji Namur) lub Kościoła św. Jana Chrzciciela. Oryginalną formę zwiedzania Namur stanowi wycieczka wypożyczonymi segwayami. Godna polecenia jest także przejażdżka jedną z zadaszonych rikszy, którą można udać się do okolicznych miejscowości słynących z uprawy najlepszych w Belgii truskawek. W tutejszej kuchni królują dania z ryb, sery – z krowim maredsous na czele – i truskawki z wioski Wépion (ok. 8 km na południe od centrum Namur). Za wyjątkową atrakcję okolicy uchodzi szlak wina i sera (route du vin et du fromage du Pays de Namur) – na odcinku 159 km znajduje się zarówno 12 winnic produkujących tradycyjne i musujące szlachetne trunki, jak również liczne manufaktury wyrabiające smakowite sery kozie, krowie i owcze. 

 

Dinant przyciąga turystów przede wszystkim zabytkową Cytadelą górującą nad miastem (odbudowaną w 1815 r.). Wjazd kolejką linową pod jej mury i zwiedzanie tego militarnego obiektu spodoba się przede wszystkim miłośnikom historii, ale wielbiciele przepięknych widoków też nie będą zawiedzeni. Kolejna miejscowa największa atrakcja usytuowana jest dla odmiany głęboko pod ziemią. To grota La Merveilleuse, którą odkryto w 1904 r. Uznawana za jedną z najpiękniejszych jaskiń w Belgii, zachwyca licznymi stalaktytami, stalagmitami i skalnymi kaskadami. Trwająca niespełna godzinę wycieczka po podziemnej krainie stanowi dobry pomysł zwłaszcza na upalne dni. Chłodne powietrze groty orzeźwia zwiedzających, uspokaja niesforne dzieci i pozwala na chwilę odpocząć od świata zewnętrznego. Dinant to rodzinne miasto Adolphe’a Saxa (1814–1894) – wynalazcy saksofonu. Na jednym z placów można zobaczyć pomnik na jego cześć, oczywiście, w postaci wymyślonego przez niego instrumentu muzycznego. Poza tym warto tu zajrzeć do jednego ze sklepów wędliniarskich sprzedających lokalne wyroby mięsne. Słynne są szczególnie suszone kiełbaski, niekiedy o oryginalnym kształcie świnki, pasztety ardeńskie i wędzone szynki. Centrum Dinant przecina rzeka Moza, po której pływają statki turystyczne oferujące rejsy do pobliskich miejscowości. W malowniczych wioskach regionu znajduje się wiele browarów produkujących znakomite trunki. Warto zwiedzić choćby manufakturę wytwarzającą już od niemal 800 lat słynne belgijskie piwo klasztorne Leffe (Maison Leffe) czy Brasserie du Bocq (w Purnode koło Yvoir), a także minibrowar Brasserie Caracole w Falmignoul (część gminy Dinant). 

 

Belgia to znakomity kraj na dłuższy lub krótszy wyjazd. W zależności od wieku uczestników wycieczki, ich zainteresowań i budżetu można zaplanować taką trasę wyprawy, dzięki której uda się poznać wyjątkowo atrakcyjne miejsca w tej części Europy. Bruksela i Region Waloński z pewnością przypadną do gustu każdemu turyście poszukującemu ciekawych śladów historii, bogatej kultury, lokalnych produktów, świetnych warunków do rekreacji na świeżym powietrzu i przyjaznej atmosfery.

Artykuły wybrane losowo

Tajlandia zmysłowa

 

 

temple_of_the_emerald_buddha.jpg

Bangkocka Świątynia Szmaragdowego Buddy

©TOURISM AUTHORITY OF THAILAND

Katarzyna Byrtek

 

Prawdopodobnie większość Europejczyków słyszała o tajskich niebiańskich plażach, białym piasku i lazurowej wodzie. Jednak Tajlandia to nie tylko rajska kraina uśmiechów, idealna na wakacyjny leniwy wypoczynek, lecz także kraj dostarczający różnorodnych i mocnych wrażeń. Zapewnią nam je m.in. degustacje najlepszej kuchni świata, oglądanie emocjonujących walk boksu syjamskiego („muay thai”) na ringu i zwiedzanie niezmiernie kolorowego podwodnego królestwa zamieszkanego przez wyjątkowe stworzenia. 

Z klimatyzowanego samolotu przez klimatyzowany terminal docieram aż do metra prowadzącego do centrum Bangkoku. Wagon pociągu jest tak wychłodzony, że nie zdejmuję i nie chowam swojego europejskiego swetra. Wkrótce dojeżdżamy jednak do stacji końcowej i wysiadam w bangkocką noc – parną, duszną, gorącą tak, że fala ciepła zatrzymuje mnie na peronie na ułamek sekundy. Moje ciało ciągle pamięta środek warszawskiej zimy. Jak ja tu będę żyć przez dwa miesiące – myślę. W Tajlandii w najchłodniejszym okresie temperatura sięga 30°C, a woda w morzu nagrzewa się do 26°C. W trakcie naszej jesieni i zimy trwa w tym rejonie pora sucha, a powietrze jest przyjemniejsze i mniej wilgotne niż np. w lecie, kiedy część kraju dręczą uparte monsuny i deszcze. Wytchnienie dają klimatyzowane pomieszczenia. Zresztą mieszkańcy całej Azji Południowo-Wschodniej mają niemal obsesję na punkcie chłodzenia się. Klimatyzacja zwykle bywa nastawiona nie na komfortowe dla Europejczyka 20–22°C, ale na temperaturę znacznie niższą. Dlatego do kina zawsze trzeba się ciepło ubrać, przed podróżą nocnym autobusem wyjąć bluzę i szal, a nawet narzucić coś na siebie przy każdej przejażdżce metrem.

Tajlandia cieszy się dużą popularnością wśród turystów z całego świata głównie ze względu na przepiękne plaże i lazurowe morze. Warto jednak wyjść nieco poza ten schemat, zrezygnować z błogiego wylegiwania się na złotym piasku choć na kilka dni i przeżyć o wiele więcej. To idealny cel wyjazdów dosłownie dla wszystkich – rodzin z dziećmi, backpackerów, którzy muszą nieraz zaciskać pasa, miłośników sportów i wielbicieli leniuchowania, samodzielnych podróżników czy królów imprez.

Raj dla kubków smakowych

Jedzenie stanowi wielką atrakcję w czasie wizyty w Tajlandii. Nie bez powodu kuchnia tajska uważana jest za najciekawszą i najlepszą na świecie. Niespróbowanie miejscowych przysmaków byłoby prawdziwym grzechem. Trzeba jednak pamiętać, że tosty zapiekane z szynką sprzedawane w popularnej sieci sklepów 7-Eleven wcinają tylko przyjezdni, a tutejsze śniadanie, obiad i kolacja niespecjalnie się od siebie różnią – rano można spokojnie zajadać się grillowaną wieprzowiną, kurczakiem czy dużą miską wywaru mięsnego z makaronem ryżowym.

Jeśli do obiadu nie dostaliście pałeczek, lecz sztućce, nie martwcie się, nikt nie zwątpił w wasze umiejętności posługiwania się nimi. W Tajlandii większość dań je się po prostu łyżką i widelcem (noże to rzadkość). Pałeczki, razem z łyżką, podawane są najczęściej do zupy z makaronem ryżowym.

W kuchni tajskiej wszystko kręci się wokół ryżu (zamówić go można nawet w miejscowym KFC), intensywnych przypraw i różnych rodzajów mięsa. Najsłynniejsze jest boskie pad thai, czyli smażony makaron ryżowy m.in. z jajkiem, sosem rybnym, orzeszkami, krewetkami, serwowany z połówką limonki i kiełkami. Nie wolno nie spróbować chociaż jednej z wersji curry (mieszanki przypraw rozprowadzanej w mleku kokosowym podawanej z mięsem, warzywami i ryżem) – do wyboru czerwone, zielone, żółte bądź łagodniejsze phanaeng curry (panang curry lub penang curry). Z kolei tom yam (tom yum) to intensywna kwaśno-pikantna zupa na mleku kokosowym. Ciekawą propozycję na lunch stanowi też sałatka z papai. Na deser często zamawia się lepki ryż khao niaw z bananem, mlekiem kokosowym czy jajkiem.

Przed wyruszeniem na wędrówkę w poszukiwaniu tajskich specjałów trzeba również odrzucić restrykcyjne zasady polskiego sanepidu, aby móc beztrosko zapuścić się w uliczki, gdzie na każdym kroku spotkać można dymiące wózki pełne świeżo przygotowanych smakołyków (wspomnianej zupy albo np. nadzianego na patyki mięsa). Wokół nich chaotycznie poustawiane są małe stoliki z niskimi plastikowymi krzesłami – nie ma na nich serwetek i sztućców, ale atmosfera jedzenia na ulicy jest niepowtarzalna. We wszystkich miastach i punktach, gdzie zatrzymują się autobusy dalekobieżne, znajduje się przynajmniej kilka niewielkich targów, na których oprócz świeżych owoców czy ryb sprzedaje się przeróżne mieszanki mięsa z lokalnymi warzywami przyprawione prawdziwie po tajsku. Posiłki na wynos pakuje się do zawiązywanych woreczków. Duża część lokali typowo restauracyjnych powstała dla turystów, dlatego ceny bywają w nich nawet kilkakrotnie większe, a dania – nie zawsze oryginalne.

W słynnej nadmorskiej miejscowości wypoczynkowej Pattaya,uchodzącej za jedno z centrów seksbiznesu,koniecznie należy odwiedzić chińsko-tajskie restauracje z rodzaju all you can eat (pol. jesz, ile chcesz). Pośrodku stołu znajduje się w nich wielki rozgrzany gar, w którym goście samodzielnie gotują lub przysmażają jedzenie. W formie szwedzkiego stołu wystawione są przeróżne warzywa, owoce, mięsa i najrozmaitsze owoce morza. Większe porcje tych dwóch ostatnich składników można wybrać samemu i oddać w ręce obsługi, która przygotuje je na grillu.

Moje własne curry

W Tajlandii przyrządzimy też miejscowe przysmaki samodzielnie pod okiem doświadczonego szefa kuchni w czasie kursu gotowania. Nawet największym obżartuchom powinien wystarczyć półdniowy wariant takiego szkolenia, w trakcie którego przygotowuje się kilka dań, a potem je konsumuje. W menu pojawiają się doskonała zupa kokosowa tom kha czy wspomniana już tom yam, makaronowe pad thai, jeden z rodzajów sajgonek i deser. W moździerzu uciera się również proszek curry, którego później dodaje się do potrawy z ryżem. Takie własnoręcznie przyrządzone specjały to prawdziwe niebo w gębie.

Największy wybór godnych polecenia kursów gotowania znajdziemy w mieście Chiang Mai, położonym w północnej części kraju. To jeden ze standardowych przystanków wszystkich turystów w Tajlandii, dlatego zaplecze usługowe jest w nim na tyle rozwinięte, że przyjezdni mogą siedzieć tu ponad tydzień i nigdy się nie nudzić.

Dzień najlepiej zacząć na lokalnym targu. Niektóre sprzedawane na nim produkty są tak niezwykłe, że człowiek z Europy Środkowej nie tylko dziwi się, że Tajowie je jedzą, ale też zastanawia, jak to robią. Do najsłynniejszych tego typu osobliwości należy zielonkawy durian z grubą skórką przypominającą nieco kolce. Ciągnie się za nim opinia najbardziej śmierdzącego owocu świata. Kiedy w pokoju w hostelu czuć zapach starych skarpetek, niekoniecznie winę za to musi ponosić niechlujny współlokator. Może ktoś nielegalnie (większość obiektów noclegowych wywiesza kartki z rysunkiem przekreślonego duriana) przemycił cuchnący smakołyk. Podobno nie wolno spożywać go także z alkoholem lub kawą.

Ciało do ciała

Po spacerze z orzeźwiającym świeżo zmiksowanym sokiem z owoców egzotycznych w ręce przychodzi czas na relaks. Wbrew obiegowej opinii większość tajskich masaży wcale nie kończy się zaspokojeniem seksualnym. Zabieg ten ma długą historię, a za jego legendarnego twórcę uchodzi sam lekarz Buddy – Shivago Komarpaj (Jīvaka Komarabhācca), żyjący ok. VI w. p.n.e. W rzeczywistości rozwój tej techniki masowania był bardziej złożony, bo czerpie ona z tradycji Chin, Indii i innych południowoazjatyckich krajów.

Wizyta w miejscowym salonie bywa niełatwym przeżyciem dla osób nieśmiałych i kruchych – taki masaż jest wyjątkowo kontaktowy i intensywny. Przed nim rozbieramy się do majtek albo zakładamy coś w rodzaju luźnego szlafroka i kładziemy się na materacu lub specjalnej leżance. W trakcie zabiegu masażystka używa różnych części ciała: łokci, stóp, kciuków bądź przedramion, może na nas siadać, trzymać za rękę, przyciskać nasze ciało do swojego. W przypadku tej techniki nie chodzi tyle o delikatne ugniatanie mięśni i skóry, co o naciskanie odpowiednich punktów i rozciąganie. Tajski masaż łączy elementy akupresury, pasywnej jogi i refleksologii. Czasem wywołuje chwilowy ból, ale po wszystkim człowiekowi wydaje się, że jest na tyle rozciągnięty, iż urósł kilka centymetrów. Taka sesja niesamowicie odpręża, dlatego zaleca się korzystanie z jej dobrodziejstw przynajmniej raz w tygodniu, nie tylko na urlopie. Osoby krępujące się tak bliskiego kontaktu z obcym człowiekiem mogą skusić się na wymasowanie stóp czy karku i głowy. Salony masażu znajdziemy tutaj dosłownie wszędzie, m.in. na południowych wyspach, w Bangkoku lub północnym Chiang Mai (gdzie działa zresztą najbardziej renomowana szkoła masażu).

Wielki błękit

scuba_diving_andaman_sea.jpg

W wodach Morza Andamańskiego nurkowie spotkają m.in. rekiny brodate

©THAITRAVELMART.COM



Ciepłe przejrzyste morze, bogactwo kolorowych ryb i zapierające dech w piersiach rafy koralowe przyciągają co roku do południowej Tajlandii tysiące turystów, a podwodny świat tego regionu od zawsze trafia do pierwszych dziesiątek rankingów najciekawszych nurkowisk na ziemi. Jeśli ktoś nie wie nic o nurkowaniu, to nic nie szkodzi. Może kupić albo wypożyczyć maskę, rurkę oraz płetwy i wybrać się na eksplorację dna morskiego na własną rękę na płytkie wody blisko brzegu. Dobrze dopytać się o lokalne warunki – w niektórych miejscach występują silne prądy lub fale, które wyrzucają na skały czy rafy. Najlepsze do snorkelingu są okolice wysp Koh Lipe, Koh Chang i Koh Samui.

Warto jednak zarezerwować sobie kilka dni bądź tydzień i wykupić podstawowy kurs nurkowy ze sprzętem – tutejsze ceny należą do najkorzystniejszych na świecie, a to, co zobaczymy pod powierzchnią morza w Tajlandii, jest zdecydowanie atrakcyjniejsze niż widoki podczas szkoleń prowadzonych na basenie i jeziorach w Polsce. Co więcej, sprzyjające warunki panują tu cały rok (z małymi wyjątkami), temperatura wody w zasadzie nie spada poniżej 26°C, a najlepszy okres do nurkowania to styczeń–marzec, czyli szczyt tajskiego sezonu. Zwykle nie ma konieczności zapisywania się na lekcje z wyprzedzeniem. Nawet na mniejszych turystycznych wyspach działa po kilka firm, bez problemu już na miejscu sprawdzimy ceny, dostępność i terminy kursów. Dobrze też zainteresować się, jakie certyfikaty posiada instruktor, czy dogadamy się z nim w jakimś języku, którym władamy, i co dokładnie zawiera dana oferta.

Cisza pod wodą, otaczające człowieka rozległe przestrzenie czy uczucie latania to dodatkowe argumenty przemawiające za spróbowaniem nurkowania. Niemal 75 proc. wszystkich gatunków fauny morskiej i koralowców na świecie występuje właśnie w Azji Południowo-Wschodniej – od malutkich koników morskich, przez płaszczki, ośmiornice, węże wodne, po kilku- lub kilkunastometrowe ryby. Spotkania z tymi stworzeniami nigdy się nie zapomina. Zachwycają również podwodne jaskinie, bloki skalne i wraki łodzi. Tajlandię można podzielić na trzy rejony idealne dla nurków. Pierwszy z nich stanowi zachodnie wybrzeże ze słynną wyspą Phuket oraz archipelagiem Phi Phi, leżący na północ od niego obszar, na który składają się wyspy Similan, Koh Bon, Koh Tachai i Skała Richelieu (Richelieu Rock), a także region południowy, czyli Koh Haa, Hin Daeng, Hin Muang i Koh Lipe. Z kolei w północnej części Zatoki Tajlandzkiej warto odwiedzić Pattayę i Koh Chang. Natomiast na jej południowym terenie miłośników podwodnych przygód przyciągają Koh Tao i Koh Samui.

Na siedzeniu tuk-tuka

phi-ph-island-1.jpg

Koh Phi Phi Don jest największą wyspą w archipelagu Phi Phi

©TOURISM AUTHORITY OF THAILAND



Istnieje wiele sposobów podróżowania po kraju Tajów. Wielką frajdą będzie na pewno zwiedzanie wybranej wyspy na własną rękę wypożyczonym na jeden lub kilka dni skuterem. Samodzielne prowadzenie środka transportu (wynajęcie samochodu bywa znacznie droższe) daje dużą niezależność. Nie tylko nie jesteśmy wówczas uzależnieni od rozkładów jazdy, lecz także bez problemu możemy zatrzymać się przy opuszczonej rajskiej plaży i wskoczyć wprost do orzeźwiającej wody.

W dużym mieście warto choć raz przejechać się tuk-tukiem, czyli autorikszą pełniącą funkcję taksówki. Taki trzykołowy pojazd wygląda jak motor z dobudowanym z tyłu wózkiem, który pomieści kilka osób. Jazda zatłoczonymi ulicami Bangkoku podniesie ciśnienie krwi niejednemu Europejczykowi. Jeśli ktoś podróżuje samodzielnie, może skorzystać z taksówek motorowych i skuterowych. Pasażer plecak wkłada pod kierownicę i wskakuje na siedzenie za kierowcą, który pędzi, przeciskając się między samochodami i ignorując większość znaków drogowych. Trudno powiedzieć, czy to aby na pewno bezpieczne, ale przeżycia z takiej przejażdżki są z pewnością niezapomniane.

Tajlandia to wręcz wymarzone miejsce dla miłośników morza i wysp, a co za tym idzie, zapalonych żeglarzy. Wystarczy zebrać grupę znajomych i wypożyczyć jacht albo katamaran, aby przemierzać bezkresną Zatokę Tajlandzką, a podczas rejsu zatrzymywać się w każdej chwili przy opuszczonych lądach, opalać bez towarzystwa tłumu turystów i nurkować z maską wśród bajecznych raf koralowych.

W świetle księżyca

shopping_at_khao_san_road1.jpg

Ulicę Khao San w centrum Bangkoku odwiedzają tłumy turystó

©THAITRAVELMART.COM



Wieczorem siadamy w jednym z barów. Noc jest gorąca, w środku stoją plastikowe krzesła i stół bilardowy, gra głośna muzyka. Podają tutaj tajskie piwa Chang i Singha bądź popularnego Tigera z Singapuru, czasem z lodem. Dla niektórych wakacje to moment, kiedy wreszcie mogą beztrosko imprezować i nie martwić się wczesnym wstawaniem. Do najlepszych do tego miejsc należy Bangkok – znajdziemy w nim słynną ulicę dla backpackerów Khao San, luksusowe bary na dachach wieżowców (rooftop bars) czy dzielnicę czerwonych latarni Patpong odwiedzaną przez licznych zagranicznych przybyszów. Wiele osób przyciągają kolorowe nocne światła położonego na wybrzeżu miasta Pattaya, centrum tajskiego seksbiznesu, w którym przy głównej ulicy działają kluby dla gejów oraz lokale oferujące pokazy erotyczne lub występy kathoey, czyli tzw. ladyboys (osób, które przyswoiły sobie cechy przeciwnej płci, uważanych w buddyzmie za trzecią płeć). Dzikie noce w ociekającej alkoholem i seksem Pattayi niezbyt przypadną do gustu osobom ceniącym zwykłego typu rozrywki czy rodzinom z dziećmi. Trzeba też zdawać sobie sprawę z tego, że seksturystyka to nie tylko niewinna wakacyjna zabawa, lecz także branża kontrolowana przez mafie i związana z wykorzystywaniem kobiet oraz zmuszaniem nieletnich do prostytucji.


Bawić można się wszędzie, ale dobre towarzystwo i odpowiedni termin to czasem podstawa. Tajlandia słynie na świecie z full moon party, czyli całonocnych imprez nad brzegiem morza organizowanych na południu kraju w dzień przed pełnią księżyca, w jej trakcie albo dzień po niej. Zwyczaj ten zainicjowano na plaży Haad Rin na wyspie Phangan w południowo-wschodniej części Zatoki Tajlandzkiej. W 1985 r. odbyło się pierwsze takie wydarzenie dla kilkudziesięciu osób. Wkrótce zyskało sławę i dziś przyciąga przynajmniej kilka tysięcy uczestników, w większości turystów, a jego odpowiedniki spotkamy również na innych wyspach. Na full moon party usłyszymy muzykę reggae, trance, rhythm and blues, techno, house czy drum and bass. Alkohol leje się strumieniami, nierzadko pojawiają się też inne środki odurzające. Trzeba jednak wiedzieć, że kary za posiadanie i sprzedawanie narkotyków w Tajlandii są wyjątkowo surowe.

Emocje na ringu

Wielbiciele widowisk podnoszących poziom adrenaliny we krwi także nie będą się w tym kraju nudzić. Muay thai, czyli boks tajski (boks syjamski), to bardzo popularna sztuka walki, szczycąca się niemal statusem sportu narodowego i przyciągająca tysiące żądnych wrażeń Tajów i zagranicznych turystów. Zwykle podoba się nawet osobom, które nie są fanami bijatyk na ringu. Ma wielowiekową tradycję, a wiele ze starych elementów przetrwało do dzisiaj – pojedynek zaczyna się od rytualnego tańca wojownika wai khru. Kiedyś w jego trakcie prezentowano region, z którego pochodził zawodnik. Ta część stanowi jednocześnie rozgrzewkę. Cała walka odbywa się na stojąco, przeciwnicy używają niskich kopnięć okrężnych, uderzeń łokciami i kolanami oraz tzw. klinczu, czyli chwytu klamrowego rękami. Niesamowitą atmosferę na widowni tworzy rozemocjonowana publiczność zawsze reagująca na silniejszy cios, przekrzykująca się, obstawiająca wynik w każdym momencie spotkania. Walczą w większości Tajowie, ale zdarzają się też zawodnicy z innych krajów. Niektórzy z nich są bardzo młodzi – trafiają się nawet 15-latkowie. Za najlepsze areny bokserskie uchodzą Lumpinee Boxing Stadium i Rajadamnern Stadium w Bangkoku oraz te na Phuket i Koh Samui czy w Chiang Mai.

Noc w dżungli

Liczne parki narodowe, dziewicza przyroda i zielona dżungla, w głąb której urządza się kilkudniowe wędrówki, czekają na wszystkich mających odwagę zejść nieco ze standardowego szlaku pełnego piaszczystych plaż i taniego piwa Chang. Leśnych ścieżek i zorganizowanych wycieczek szukać można w różnych częściach kraju, zarówno na popularnej północy, jak i w regionie wschodnim, często omijanym przez turystów. Dużo wypraw trekkingowych organizuje się w prowincjach Chiang Mai i Chiang Rai, Mae Hong Son, Kanchanaburi, Krabi, dystrykcie Mae Sot czy Parku Narodowym Khao Yai. Jeśli musimy wybrać jedno miejsce, warto zaufać ekspertom z UNESCO i odwiedzić Kompleks Leśny Dong Phayayen-Khao Yai, leżący w środkowej Tajlandii, stosunkowo niedaleko od stolicy. Podczas planowania wędrówek należy brać pod uwagę porę roku. Inaczej niż na wybrzeżu w okresie zimowym temperatura powietrza na terenach wyżej położonych bywa znacznie niższa od tej panującej w pozostałych miesiącach.

Światło i dym

Tajlandia to kraj o długiej historii i bogatej tradycji, dobrze więc poświęcić trochę czasu na zapoznanie się z jej najważniejszymi zabytkami i dowiedzenie się czegoś więcej o dominującym tutaj buddyzmie. Do obowiązkowych miejsc do zwiedzenia w Bangkoku zaliczają się przepiękny Wielki Pałac Królewski z Wat Phra Kaew (Świątynią Szmaragdowego Buddy), jedna z najstarszych tajskich budowli sakralnych Wat Pho (Świątynia Leżącego Buddy) oraz Wat Suthat z 28 chińskimi pagodami symbolizującymi 28 postaci Buddy. Na prestiżowej Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO znajdują się m.in. stanowisko archeologiczne Ban Chiang, dawna stolica Syjamu Ayutthaya, ruiny miasta Sukhothai czy rezerwaty dzikiej przyrody rozciągające się wzdłuż granicy z Birmą występujące pod wspólną nazwą Thung Yai-Huai Kha Khaeng.

Choć flaga Tajlandii jest niebiesko-biało-czerwona, to zdecydowanie dominują tu kolory pomarańczowy, złoty i biały. Można się o tym przekonać w trakcie jednego z buddyjskich świąt. W jakimkolwiek mieście wtedy będziemy, udajmy się do najbliższej świątyni i przeżyjmy je razem z Tajami. W czasie pełni księżyca obchodzi się Makha Bucha (Magha Puja), kiedy to rozbłyskają setki świateł, a w powietrzu unosi się dym. Pochód ze świeczkami i kwiatami prowadzony przez ubranych na pomarańczowo mnichów okrąża kilkakrotnie kompleks świątynny. Z kolei Songkran to tradycyjny tajski Nowy Rok (wypada na połowę kwietnia). Na ogół spędza się go w gronie rodziny, a do jego zwyczajów należy obmywanie posągów Buddy w świątyniach lub w czasie procesji (przewozi się je na bagażnikach samochodów). Przez kilka dni ulice pełne są roześmianych ludzi, którzy malują się białą kredą i oblewają wodą. Przypomina to trochę nasz śmigus-dyngus.

Tajskie niezwykłości

W Tajlandii zaskoczy nas wiele rzeczy. Na śniadanie dostaniemy ryż z mięsem lub zupę z makaronem ryżowym, a niedojrzałe mango serwuje się tu z sosem rybnym albo chilli. Do większości potraw otrzymamy łyżkę i widelec. Piwo z kolei często podaje się z lodem.

Do zwykłych widoków należą w tym kraju mnich bawiący się telefonem komórkowym czy słonie spacerujące po ulicach. Na drogach trzeba zachować ostrożność, bo przepisy dla uczestników ruchu traktuje się raczej jako wskazówki niż nakazy i zakazy.

Niemal wszystkie kremy dostępne w sklepach przeznaczone są do rozjaśniania skóry. Klimatyzacja w środkach komunikacji i pomieszczeniach ustawiona jest na dość niską temperaturę – sweter w autobusie to konieczność. Hymn państwowy rozbrzmiewa z głośników dwa razy dziennie, dodatkowo również przed każdym seansem w kinie.

Koleją przez Meksyk – ah, Chihuahua!

MAJA ZAWIERZENIEC

 

Kraj ten, należący do pierwszej dwudziestki największych państw świata, powszechnie kojarzy się z kukurydzą, tequilą i kulturą prekolumbijską. Turyści odwiedzają Meksyk, aby podziwiać zarówno dawną monumentalną architekturę, jak i przepiękną przyrodę. Nie każdy jednak zdaje sobie sprawę z tego, że można i warto zejść z utartych szlaków i spojrzeć na tę część Ameryki Łacińskiej z innej perspektywy. Wystarczy wykupić bilet na przejazd koleją z Chihuahua do Topolobampo, aby w trakcie takiej wycieczki odkrywać nieznane oblicza Meksyku stacja po stacji…

Więcej…

Costa Rica, czyli Bogate Wybrzeże

MAGDALENA ŁADANAJ


Kostaryka jestpołożona między dwoma oceanami (Atlantyckim i Spokojnym), od północy graniczy z Nikaraguą, a od południa – z Panamą. W ciągu jednego dnia można więc podziwiać w niej magiczny wschód słońca nad Morzem Karaibskim i zniewalający zachód słońca na plaży nad Pacyfikiem. Niegdyś w tym regionie Ameryki Środkowej żyła głównie rdzenna ludność, dziś pozostało niewielu jej potomków. Starają się jednak pielęgnować swoje zwyczaje i tradycje, np. mieszkający na południu kraju Indianie Bribri nadal wytwarzają pyszną naturalną czekoladę.

Więcej…