ALEKSANDRA PAKIEŁA

 

Budapeszt jest miastem tętniącym życiem, pełnym ciekawych miejsc, przepięknych pomników, mostów i zabytków, łączącym w sobie bogatą przeszłość i dynamiczną teraźniejszość. Stolica Węgier kojarzy się przede wszystkim z monumentalnym gmachem Parlamentu (Országház), ruinami rzymskimi – Aquincum, neogotyckim Kościołem Macieja (Mátyás templom), Zamkiem Królewskim (Budavári Palota) czy chętnie odwiedzanym przez turystów Węgierskim Muzeum Narodowym (Magyar Nemzeti Múzeum). Ta urocza metropolia oferuje jednak zdecydowanie więcej atrakcji. Warto je odkryć choćby teraz, podczas ciepłej i słonecznej węgierskiej jesieni…

 

Budapeszt jest niezmiernie interesującym kierunkiem turystycznym, nawet jeśli znamy go już doskonale, to stale potrafi nas zaskakiwać czymś nowym. Ta „perła Dunaju” za każdym razem jest inna, zmienia się bez przerwy, przygotowując dla swoich mieszkańców i gości z całego świata mnóstwo niespodzianek. Jeśli wybieramy się do stolicy Węgier jesienią, warto odwiedzić oryginalne miejscowe muzea, jak np. Dom Terroru(Terror Háza) czy uznawany za jeden z siedmiu podziemnych cudów świata Labirynt pod Zamkiem Królewskim(Budavári Labirintus). Koniecznie trzeba też wziąć udział w licznych festiwalach albo zapomnieć o otaczającym nas świecie w słynnych od wieków budapeszteńskich kąpieliskach termalnych.

W węgierskiej metropolii cały czas coś się dzieje, przez okrągły rok oferuje ona bogaty program ciekawych imprez o międzynarodowym znaczeniu. Nic więc dziwnego, że Budapeszt przyjęło się nazywać „Festiwalowym Miastem”. I tak np. zaraz po zakończeniu wakacji, w pierwszej połowie września, na Wzgórzu Zamkowym w Budzie odbywa się znany w całej Europie coroczny Festiwal Wina (Budavári Borfesztivál). W dniach od 8 do 17 października w ramach słynnego Budapeszteńskiego Festiwalu Jesiennego(Budapesti Őszi Fesztivál)poświęconego sztuce współczesnej można podziwiać występy wielu grup muzycznych, tanecznych, wystawy fotografii czy projekcje filmowe. Nemzeti Vágta, czyli Galop Narodowy, jest wydarzeniem, które z pewnością przypadnie do gustu wszystkim miłośnikom koni. Jego pierwszą edycję zorganizowano w 2008 r., a tegoroczną zaplanowano na 14–18 września. To stosunkowo młoda impreza, monumentalna rekonstrukcja ponad 1000-letniej węgierskiej historii i tradycji. Ma ona przybliżyć zarówno mieszkańcom Budapesztu, jak i gościom z całego świata, dawną świetność sławnej madziarskiej jazdy. W ubiegłym roku wzięło w niej udział aż 380 koni. Punktem kulminacyjnym programu jest narodowa gonitwa, w której walczą o zwycięstwo reprezentanci węgierskich miast i wiosek. Odbywa się ona w niedzielę wieczorem na placu Bohaterów (Hősök tere). W 2010 r. wygrał Zsolt Gajdos z miejscowości Demecser i zabrał ze sobą do domu tzw. Miecz Galopu (Kard Vágta) oraz główną nagrodę w wysokości 20 mln forintów, czyli ponad 300 tys. złotych. Finałowy dzień Nemzeti Vágta przyciągnął ponad 100 tys. widzów, z czego ok. 15 proc. stanowili zagraniczni turyści. Jak więc widać, wrzesień i październik w stolicy Węgier są wypełnione atrakcyjnymi imprezami. Niezależnie od tego, kiedy przyjedziemy do Budapesztu, na pewno nie będziemy się w nim nudzić…

 

PAŁAC CUDÓW – TU KAŻDY MOŻE ZOSTAĆ ODKRYWCĄ
Za jednego z najbardziej znanych węgierskich popularyzatorów nauki uważa się Józsefa Övegesa (1895–1979). Marzył on o powstaniu takiego budynku, w którym goście mogliby obserwować niesamowite zjawiska przyrodnicze, przeprowadzać eksperymenty i być bliżej nauki... Nadał temu miejscu nazwę Pałacu Cudów (Csodák Palotája).

Początki urzeczywistniania jego wizji sięgają 1993 r. Pałac Cudów pozwala dzisiaj każdemu chociaż na chwilę poczuć się jak prawdziwy naukowiec i odkrywca. Jest to pierwsza placówka w Europie Środkowej ze specjalną ekspozycją, na którą składają się różnego rodzaju gry i zabawy logiczne, eksperymenty fizyczne, chemiczne, matematyczne czy mechaniczne. Poprzez rozrywkę tłumaczone są tutaj skomplikowane zjawiska. Pałac Cudów to interaktywna wystawa naukowa oferująca w sposób przystępny, zabawny i widowiskowy możliwość zapoznania się z prawami natury, dziwami fizyki i zdumiewającym światem, jaki nas otacza. Wizyta w tym oryginalnym miejscu dostarczy niezapomnianych wrażeń nie tylko dzieciom, ale i całej rodzinie. Spacer po Księżycu, odpoczynek na łóżku fakira, przejażdżka samochodem o kwadratowych kołach… – to tylko kilka przykładów nieprawdopodobnych atrakcji, jakie czekają tutaj na zwiedzających.

Rozległy Park Milenijny (Millenáris Park), na którego terenie znajduje się Pałac Cudów, to nowoczesny kompleks z salami wystawowymi, teatrem, galeriami i kawiarniami. Dawne budynki przemysłowe zostały tu przekształcone w areny ważnych imprez kulturalnych, edukacyjnych i naukowych. Otacza je doskonale utrzymany malowniczy park z jeziorami, niezmiernie popularny wśród rodzin z małymi dziećmi. Millenáris to cudowne miejsce na piknik i na odpoczynek od zgiełku wielkiego miasta albo na posłuchanie koncertu czy obejrzenie przedstawienia. Program wydarzeń kulturalnych, niezależnie od pory roku, jest tu niezmiernie bogaty.

 

PLANETARIUM, CZYLI PODRÓŻ W KOSMOS
Jak połączyć dobrą zabawę z nauką? Wystarczy wybrać się do Planetarium w Budapeszcie (TIT Budapesti Planetárium) mieszczącego się na terenie parku Népliget (parku Ludowego). Do 2010 r. znane było ono jako Teatr Laserów (LézerSzínház). Organizowano tutaj wówczas przede wszystkim pokazy typu „światło i dźwięk” do muzyki m.in. Mike’a Oldfielda, Pink Floyd, Queen, Led Zeppelin, Genesis, Jeana Michela-Jarre’a, Depeche Mode, U2, Dire Straits, Vangelisa, The Beatles, Michaela Jacksona, Madonny czy Mozarta i Bacha. Dzisiaj w Planetarium możemy podziwiać instalacje, prezentacje i filmy w technice 3D poświęcone Wielkiemu Wybuchowi, powstaniu Wszechświata, życiu pozaziemskiemu i Gwieździe Betlejemskiej.

Każdy program dostosowany jest tutaj do odpowiedniej grupy wiekowej. Bogaty wybór filmów zapewnia rozrywkę dla całej rodziny. Jaki stosunek mają naukowcy do kalendarza Majów i do teorii na temat końca świata w 2012 r.? Czy na Marsie istnieje życie? Jak umierają gwiazdy? Na tego typu pytania (i na wiele innych) możemy znaleźć odpowiedzi, oglądając wybrane filmy i prezentacje w budapeszteńskim Planetarium.

 

ZASŁUŻONA SŁAWA WZGÓRZA GELLERTA
Moc atrakcji znajdziemy na wznoszącym się na wysokość 235 m n.p.m. malowniczym Wzgórzu Gellerta (Gellért-hegy), na którym stoją dwie potężne budowle – Cytadela (Citadella) i Statua Wolności (Szabadság-szobor). Niegdyś miejsce to cieszyło się złą sławą wśród mieszkańców Budapesztu. Podobno na górze odbywały się zloty czarownic, w co wierzono w XVII i XVIII w. Obecnie Wzgórze Gellerta jest jedną z głównych atrakcji turystycznych węgierskiej metropolii, obowiązkowym punktem programu dla miłośników fotografii, ponieważ rozciąga się stąd zapierająca dech w piersiach panorama na całe miasto i przepływający przez nie Dunaj. Z kolei amatorów astronomii przyciąga tutaj Obserwatorium Urania (Uránia Csillagvizsgáló). Wejście do niego kosztuje 300 forintów, czyli niecałe 5 złotych. Nieważne, czy patrzymy ze szczytu góry w dół, na uroczy Budapeszt, czy też wznosimy nasze oczy ku niebu, obserwując przez lunety i zabytkowy 90-letni teleskop Kosmos – widoki ze Wzgórza Gellerta są zawsze cudowne.

Po upadku węgierskiej Wiosny Ludów (powstania narodowego z lat 1848–1849, które miało doprowadzić do wyzwolenia kraju spod panowania austriackiego) z rozkazu cesarza Franciszka Józefa I wzniesiono tu groźnie wyglądającą Cytadelę. Miała ona przypominać budapeszteńczykom o przegranej rewolucji, a 60 dział wycelowanych z niej w centrum miasta – pełnić rolę straszaka i wybić z głowy Madziarom ich niepodległościowe dążenia. Wojska cesarskie stacjonowały tutaj do 1897 r. Dwa lata później Cytadelę przekazano władzom Budapesztu, które przekształciły ją w obiekt cywilny. Jak się miało okazać w niedalekiej przyszłości, w XX w., twierdzę tę wykorzystano jeszcze dwukrotnie do celów militarnych. Pod koniec II wojny światowej, w 1945 r., wojska niemieckie broniły się stąd przed atakującymi od strony Pesztu oddziałami Armii Czerwonej. W 1956 r., podczas rewolucji węgierskiej, radzieckie czołgi stojące na Wzgórzu Gellerta prowadziły ostrzał stolicy Węgier. Na początku lat 60. ubiegłego stulecia pojawił się pomysł rozebrania dawnej austriackiej Cytadeli, ale w 1967 r. zdecydowano ostatecznie o jej zachowaniu i przekształceniu w atrakcję turystyczną. Dzisiaj nikt tego nie żałuje, gdyż mury tej twierdzy przyciągają tłumy gości z całego świata chcących podziwiać stąd wspaniałe widoki na całą „perłę Dunaju”.

Obecnie na terenie Cytadeli mieści się panoramiczna restauracja Citadella, muzea oraz niewielki 1-gwiazdkowy hotel Citadella. Istnieje również plan stworzenia w tym miejscu nowoczesnej wieży widokowej – Budapest Eye (Budapest Szeme), która ma stać się jednym z głównych symboli miasta.Osoby zainteresowane historią Węgier mogą się zapoznać tutaj z ciekawymi wystawami. Są wśród nich ekspozycje zdjęć pt. Węgierscy święci (w panoramicznej galerii hotelu Citadella) czy Budapest Anno 1850–1945 (na północnych murach fortecy). Wielką atrakcją budapeszteńskiej Cytadeli jest bunkier, w którym znajduje się Muzeum Figur Woskowych. Zbudowano go podczas II wojny światowej w samym centrum twierdzy. Posiada on trzy piętra i ma aż 17 pomieszczeń o łącznej powierzchni 750 m2. W muzeum możemy podziwiać interesującą ekspozycję poświęconą historycznym wydarzeniom z okresu II wojny światowej. Wszystko zaprezentowano tutaj – oczywiście – za pomocą wosku. W bunkrze mieści się także fascynująca wystawa pt. Oblężenie Budapesztu w 1944 r. (Budapest ostroma 1944).

 

CZUWANIE NAD PAMIĘCIĄ OFIAR TERRORU
Węgierska metropolia ma mnóstwo wspaniałych niespodzianek dla miłośników zabytków i historii. Wystarczy tylko zejść z malowniczego Wzgórza Gellerta, z potężnych murów Cytadeli i udać się na spacer piękną aleją Andrássyego (Andrássy út), żeby natrafić na kolejną wielką atrakcję Budapesztu – słynny Terror Háza, czyli Dom Terroru. Te niezmiernie interesujące muzeum poświęcono ofiarom totalitaryzmu na Węgrzech, zbrodniom komunistycznym i nazistowskim oraz bohaterom rewolucji z 1956 r. Miejsce na tego typu placówkę zostało wybrane nieprzypadkowo. Otóż w latach 1937–1944 w budynku tym znajdowała się siedziba, a następnie także więzienie faszystowskiego, antykomunistycznego i antysemickiego ugrupowania Strzałokrzyżowców (Nyilaskereszteses Párt). Po zakończeniu II wojny światowej urzędowała tutaj do 1956 r. stalinowska policja polityczna ÁVH (Államvédelmi Hatóság), odpowiednik naszego Urzędu Bezpieczeństwa (UB). Warto wspomnieć, że jedna z obecnych wystaw czasowych w Domu Terroru poświęcona jest zbrodni katyńskiej i nosi nazwę Katyń – Ludobójstwo, Polityka i Moralność. Można ją oglądać na 3. piętrze muzeum. W tym niezwykłym miejscu, jak chyba nigdzie indziej na świecie, w niezmiernie dobitny sposób pokazano podobieństwo dwóch zbrodniczych systemów totalitarnych: nazizmu i stalinizmu. Jedno jest pewne – wizyta w Terror Háza nikogo nie pozostawi obojętnym…

 

BUDAPESZTEŃSKI PODZIEMNY CUD
Węgierska metropolia może się pochwalić unikalnym w skali światowej naturalnym systemem jaskiń, jaki znajduje się pod Zamkiem Królewskim. Jest to niepowtarzalne miejsce – zarówno ze względu na genezę swojego powstania, jak i samą historię. Przez setki tysięcy lat tutejsze gorące źródła drążyły skały, tworząc rozległe podziemne groty. Mieszkańcy Wzgórza Zamkowego dosyć szybko odkryli to wspaniałe dzieło natury i rozpoczęli jego użytkowanie, powiększanie i przebudowę. W ten sposób pod Zamkiem Królewskim w Budapeszcie (Budavári Palota)powstał niesamowity 10-kilometrowy, głęboki na 10–15 metrów, system połączonych ze sobą jaskiń, piwnic (w tym z wybornymi węgierskimi winami!) i wijących się tuneli. Po wybuchu II wojny światowej władze miasta uznały, że mógłby on służyć jako schron przeciwlotniczy na wypadek bombardowania. Następnie ówczesny burmistrz Budapesztu – Károly Szendy – zarządził pod koniec 1939 r. stworzenie w tym miejscu szpitala wojskowego, który był niezmiernie nowoczesny na swoje czasy. Uruchomiono go w lutym 1944 r. Zapewniał on ochronę przeciwlotniczą i doskonałą opiekę lekarską. W tzw. Szpitalu w Skale (Sziklakórház) w okresie oblężenia Budapesztu (od 29 grudnia 1944 r. do 13 lutego 1945 r.) przebywało jednocześnie aż 650–700 rannych. Po wojnie zamknięto go, a na początku lat 50. XX w. całemu miejscu nadano klauzulę „ściśle tajne” (aż do 2002 r.). Szpital w Skale otworzono ponownie w październiku 1956 r., podczas rewolucji węgierskiej, dla rannych cywilów i żołnierzy. W latach 1958–1962 został on powiększony do dzisiejszych rozmiarów i zbudowano w nim ogromny, tajny schron przeciwatomowy. W 2007 r. z inicjatywy Instytutu i Muzeum Wojskowości dawny szpital został zrekonstruowany. Otwarto go oficjalnie dla publiczności w marcu 2008 r. i nadano mu nazwę „Szpital w Skale – tajny szpital wojskowy i bunkier przeciwatomowy”. Obecnie można w nim podziwiać ciekawe stałe ekspozycje. Poświęcone są one m.in. historii szpitala podczas oblężenia Budapesztu w latach 1944–1945 oraz w okresie rewolucji z 1956 r., niemieckiej komendzie i poczcie, które działały tutaj w 1945 r., schronowi przeciwatomowemu i obronie cywilnej w czasie zimnej wojny oraz sprzętowi medycznemu używanemu w tym miejscu w latach 1944–1980. Ten niegdyś ściśle tajny obiekt przyciąga dzisiaj wielu turystów z całego świata. Już sama jego nazwa – Szpital w Skale – budzi wielkie zainteresowanie podróżników…

Inną niepowtarzalną atrakcją systemu jaskiń, położoną tuż obok, jest Labirynt pod Zamkiem Królewskim(Budavári Labirintus). Ten fascynujący, podziemny świat co roku przyciąga uwagę tysięcy osób odwiedzających Budapeszt. Podczas jego modernizacji, którą przeprowadzono w latach 1996–1997, przywrócono przedwojenny wygląd piwnic i korytarzy oraz przygotowano tajemniczą, magiczną ekspozycję opowiadającą historię Madziarów – od prehistorii (tzw. Labirynt Prehistorii), poprzez takie wydarzenia, jak np. najazd Hunów czy chrzest Węgier, aż po wyobrażenia o przyszłości kraju (Labirynt Inny Świat). Delikatny wystrój tworzą tutaj kryształy gipsowe oraz rzadko spotykane w Europie nacieki w formie bąbelków (przypominające kalafior bądź winogrona). Na zwiedzanie tego wspaniałego labiryntu warto zdecydować się po godzinie 18.00, gdy gasną wszystkie światła, a turyści otrzymują lampki oliwne, które delikatnie oświetlają eksponaty i dodają całej wyprawie atmosfery tajemniczości…

W celu uczczenia przewodnictwa Węgier w Radzie Unii Europejskiej (w I połowie 2011 r.) w Labiryncie pod Wzgórzem Zamkowym został stworzony nowy nocny program. Na zwiedzających czekają interesujące 40-minutowe Wędrówki z Wielkimi Osobistościami Europy (np. Lisztem, Beethovenem, Mozartem, Shakespearem, Pascalem, Bachem, Dantem, Goethem, Dostojewskim, Vivaldim, Kafką, Sofoklesem itd.). W II połowie 2011 r. prezydencję w Unii Europejskiej objęła po Węgrzech Polska i w związku z tym miłośnicy budapeszteńskiego labiryntu mogli głosować na Facebooku na polskiego artystę, z którym chcieliby pospacerować nocą po systemie jaskiń pod Zamkiem Królewskim. W wyniku konkursu do Wędrówek z Wielkimi Osobistościami Europy dołączył Fryderyk Chopin. Niestety, od 29 lipca br. Labirynt pod Zamkiem Królewskim (Budavári Labirintus) jest czasowo zamknięty. Warto więc obserwować jego stronę internetową www.labirintus.com, żeby – będąc w węgierskiej metropolii – nie przegapić okazji odkrycia tej wielkiej, niezmiernie klimatycznej, podziemnej atrakcji Budapesztu.

 

NIE MASZ WINA NAD WĘGRZYNA!
Odwiedzić Budapeszt i nie napić się wyśmienitego węgierskiego wina, to jak przyjechać do Paryża i nie zobaczyć Wieży Eiffla, być we Włoszech i nie zjeść pizzy czy spacerować po Sopocie i nie wejść na molo… Nie masz wina nad węgrzyna! – to powiedzenie znają chyba wszyscy polscy miłośnicy tego szlachetnego trunku. Madziarzy należą do światowej czołówki producentów wina, a wiele tutejszych marek znanych jest i cenionych na całym świecie – wystarczy wspomnieć tylko Tokaj aszú albo słynną czerwoną Egerską byczą krew (Egri bikavér).

Każdego roku od sierpnia do października wszystko na Węgrzech kręci się wokół wina. Liczne święta i festiwale zapraszają turystów do wspólnego winobrania, świętowania i picia. W kraju naszych bratanków nie brakuje interesujących szlaków wina, które dają możliwość przyjrzenia się z bliska kulturze uprawy winorośli oraz produkcji szlachetnego trunku. Oczywiście, zwiedzanie malowniczych winnic kończy się zawsze degustacją…

Produkty ze wszystkich 22 węgierskich regionów winiarskich można spróbować np. w Domu Węgierskich Win (Magyar Borok Háza). Jest to duża, 500-metrowa piwnica pod Zamkiem Królewskim w Budapeszcie. Znajduje się tu także duża sala wielofunkcyjna, mogąca pomieścić od 80 do 100 gości, gdzie odbywają się degustacje win, kursy sommelierskie oraz różne wystawy i koncerty.

W stolicy Węgier, na Wzgórzu Zamkowym w Budzie, organizowany jest od 20 lat słynny Festiwal Wina (Budavári Borfesztivál). W tym roku zaplanowano go na 7–11 września. Cieszy się on renomą jednego z najbardziej prestiżowych wydarzeń winiarskich w Europie. Dziesiątki tysięcy ludzi co roku przyjeżdżają do Budapesztu, żeby posłuchać o sposobach uprawy winorośli, produkcji wina oraz zwyczajach z nim związanych. Festiwalowi towarzyszą m.in. Uniwersytet Wina, targi, koncerty, występy folklorystyczne i pokazy tańca. Podczas tej 5-dniowej wielkiej imprezy zwiedzający mogą spróbować zarówno węgierskich win z najwyższej półki, jak również tych wytwarzanych za granicą. Gościem honorowym jubileuszowej, 20. edycji Budavári Borfesztivál wybrano Francję. Bilet na wybrany jeden dzień festiwalowy kosztuje 2500 forintów, czyli ok. 38 złotych, a wejściówka na całą imprezę – 7000 forintów (ok. 106 złotych).

Tym, którzy wolą mocniejsze trunki, z pewnością przypadnie do gustu coroczny Festiwal Palinki (Budapesti Pálinkafesztivál). W maju br. na Wzgórzu Zamkowym odbyła się jego 6. edycja. Węgierskie palinki, czyli tradycyjne wódki owocowe, produkowane są m.in. ze śliwek, brzoskwiń, gruszek, jabłek, moreli czy czereśni. Będąc w Budapeszcie, polecamy choć raz spróbować tego mocnego trunku. Najlepiej – naszym zdaniem – jest wybrać palinkę o smaku śliwkowym lub brzoskwiniowym. Możemy być pewni, że zarówno po Budavári Borfesztivál, jak i po Budapesti Pálinkafesztivál, będziemy mieć wspaniałe wspomnienia. Prawdziwą duszę Węgrów odkryjemy jedynie wtedy, kiedy poznamy ich narodowe trunki – wyborne wina i mocne palinki…

 

JEDYNA EUROPEJSKA STOLICA-UZDROWISKO
Jak więc widać, „perła Dunaju” oferuje nam degustacje win i palinek, zwiedzanie interesujących i oryginalnych muzeów, odkrywanie swoich podziemnych tajemnic czy udaną zabawę podczas rozmaitych festiwali… Czy życie może być jeszcze piękniejsze? Tak, jeśli zdecydujemy się dodatkowo na relaks w jednym ze znajdujących się w Budapeszcie słynnych kąpielisk.

            Węgierska metropolia nosi nazwę „Miasta SPA”, ponieważ znajduje się tutaj więcej wód termalnych i leczniczych gorących źródeł niż w jakiejkolwiek innej stolicy na świecie. Z ich dobrodziejstw korzystali już starożytni Rzymianie. Dopiero jednak okupacja turecka w XVI w. pozwoliła w pełni zabłysnąć miejscowym kąpieliskom. Specyfiką Budapesztu jest dzisiaj jego uzdrowiskowy charakter. W całym mieście występuje aż 118 gorących źródeł, które dostarczają dziennie 70 mln litrów wody termalnej o temperaturze od 21 do 78 st. C.

Do najbardziej znanych budapeszteńskich kąpielisk należą: Gellért, Király, Lukács, Rudas w Budzie oraz Széchenyi w Peszcie. To ostatnie (Széchenyi gyógyfürdő) uważa się za najpiękniejsze w stolicy Węgier. Mieści się ono na terenie popularnego, pełnego atrakcji, niezmiernie malowniczego Parku Miejskiego (Városliget). Z kolei Király gyógyfürdő to wspaniała łaźnia będąca pamiątką po okupacji tureckiej. Zbudowano ją w II połowie XVI w. Wznosi się nad nią kopuła z sześciokątnymi otworami mającymi stanowić źródło światła. Bez wątpienia jest to prawdziwa perełka pośród kąpielisk Budapesztu.

Wiele ciekawych miejsc, przepięknych pomników i zabytków, a także ogromna liczba cyklicznych festiwali – to wszystko sprawia, że węgierska metropolia przyciąga niczym magnes tłumy turystów z całego świata o różnorodnych zainteresowaniach. Ta interesująca stolica, pełna przez okrągły rok licznych atrakcji, oferuje mnóstwo niespodzianek i wciąż nieodkrytych tajemnic. Warto się do niej wybrać jesienią, żeby odkryć choć kilka z nich…

 

Artykuły wybrane losowo

Sycylia od kuchni

Stragany na uliczce w Palermo uginają się od świeżych warzyw
food-and-wine-palermo-street-markets

© WWW.SICILY.CO.UK

Dominika Friedrich

www.sycyliabocznymidrogami.pl


Sycylia należy do tzw. Mezzogiorno, południowych regionów Włoch. To najbardziej odległy od kontynentalnej Europy zakątek kraju, oddzielony od niej Cieśniną Mesyńską, i najbliższy reszcie świata. Trójkątny ląd otaczają trzy morza – Jońskie, Tyrreńskie i Śródziemne.

Więcej…

Dotrzymać kroku Jamajce

TOMASZ ŁADA
www.najamajke.pl

<< Na hasło „Jamajka” wyobraźnia najczęściej podsuwa nam obraz egzotycznego, porośniętego palmami kraju, leżącego gdzieś na końcu świata i zamieszkanego przez wyluzowanych, beztroskich i kolorowo ubranych ludzi z dredami i tlącym się w ustach papierosem z marihuany. Poza tym ta karaibska wyspa kojarzy się także z Bobem Marleyem, muzyką reggae, rajskimi plażami, piratami i najszybszymi sprinterami na ziemi (na czele z Usainem Boltem, rekordzistą na dystansie 100 i 200 m). Taki właśnie jej wizerunek jest bardzo bliski rzeczywistości, z którą spotykają się każdego roku przybywający tu turyści. Zapraszamy na krótką podróż po liczącej blisko 3 mln mieszkańców Jamajce, odkrytej w 1494 r. przez Krzysztofa Kolumba i uznanej przez niego za najpiękniejsze miejsce, jakie kiedykolwiek widział. >>

To karaibskie państwo, zajmujące jedną z wysp Wielkich Antyli (do archipelagu należą też Kuba, Hispaniola – Haiti i Portoryko), uzyskało niepodległość dopiero w sierpniu 1962 r. Dzisiaj znaczące dochody przynosi mu turystyka. Funkcje stolicy pełni w nim Kingston, założone na południowo-wschodnim wybrzeżu Jamajki pod koniec XVII w. Oficjalny język kraju to angielski, ale Jamajczycy posługują się najczęściej kreolskim Jamaican Patois (jamajski patois).

Więcej…

Nieodkryta Armenia

 Tatev Monastery

Klasztor Tatew stoi na krawędzi wąwozu

© ARMENIA AND TRAVEL, OFFICIAL TOURISM WEBSITE OF ARMENIA

 

PAWEŁ SAKOWSKI

 

Armenia jest jednym z małych krajów – ma powierzchnię niemal 30 tys. km², a żyje tu ok. 3 mln ludzi, z czego ponad jedna trzecia mieszka w stołecznym Erywaniu. Wciąż nie cieszy się ona raczej zbyt dużą popularnością wśród turystów z Europy, ale zupełnie niezasłużenie. Zdecydowanie warto odwiedzić to wyjątkowe miejsce na naszym globie.

 

Podobno ormiańska diaspora rozsiana po świecie liczy aż ok. 10 mln osób. Niektórzy twierdzą wręcz, że za stolicę Armenii powinien uchodzić obszar metropolitalny Los Angeles, bo mieszka na nim więcej Ormian niż w Erywaniu (prawie 1,5 mln). Historia tego ostatniego sięga niemal 3 tys. lat wstecz. Jednak jednocześnie to armeńskie miasto jest jedną z najmłodszych stolic świata. Tę funkcję nadano mu dopiero w 1918 r., ale dwa lata później kraj znalazł się pod okupacją Armii Czerwonej. Stołecznym ośrodkiem niezależnego państwa Erywań stał się z powrotem wewrześniu 1991 r., po ponownym odzyskaniu niepodległości przez republikę. Armenia to naprawdę wyjątkowy kraj, w którym wszystko jest najstarsze i najlepsze. Tak przynajmniej twierdzą jego mieszkańcy. Ormianie stworzyli jedną z najstarszych cywilizacji na świecie. Jako pierwsi oficjalnie przyjęli chrześcijaństwo (w 301 r. n.e.), co czyni ich ojczyznę najstarszym chrześcijańskim państwem na ziemi. Tutejszy narodowy Kościół (Ormiański Kościół Apostolski) nie podlega władzy Watykanu.

 

Bezpośredni lot z Warszawy do Erywania trwa mniej więcej 3 godz. i 30 min. Różnica czasu między Armenią a Polską wynosi 2 godz. w okresie letnim i 3 godz. w okresie zimowym. Polacy nie muszą wyrabiać wizy, aby przekroczyć granicę, jeśli planują pobyt do 180 dni. Walutę kraju stanowi dram (AMD). Płatności w euro czy dolarach amerykańskich nie są obsługiwane, ale na szczęście kantorów i banków oferujących prawie identyczny kurs jest mnóstwo. Warto przygotować się na to, że po wyjściu z lotniska w Erywaniu turystów oblegają taksówkarze i inne osoby wykonujące przewozy. Standardowa cena za kurs do centrum miasta to 2–3 tys. dramów, czyli ok. 15–22 złotych. Kierowcy proponujący swoje usługi świeżo przybyłym oferują promocyjny przejazd za 15 tys. dramów (mniej więcej 110 złotych). Należy więc im ze spokojem podziękować i udać się na oficjalny postój tuż obok terminala lub zamówić taksówkę w okienku informacyjnym na lotnisku.

               

W STOLICY

 

Erywań jest specyficzny i ma swój niepowtarzalny urok. To młoda stolica, ale niezmiernie stare miasto. Na pewno warto zobaczyć w nim Kaskady, jeden z najbardziej rozpoznawalnych tutejszych obiektów. Ta monumentalna konstrukcja składa się z 572 schodów i łączy punkty, które dzielą od siebie 302 m wysokości. Ze szczytu rozciąga się malowniczy widok na cały Erywań. Widać też świętą górę Ormian, czyli Ararat (5137 m n.p.m.), odległą o ok. 50 km i znajdującą się obecnie na terytorium Turcji.

 

Ciekawym miejscem jest powstały na wzgórzu Cicernakaberd kompleks upamiętniający ofiary ludobójstwa, którego w 1915 r. dopuścili się Turcy na Ormianach. Po ormiańsku zbrodnię tę określa się mianem Mec Jeghern, czyli Wielkie Nieszczęście. Szacuje się, że śmierć poniosło wówczas ok. 1,5 mln ludzi. Większość z tych, którzy przeżyli, rozjechała się po świecie i stworzyła ogromną ormiańską diasporę. Na wzgórzu stoi wysoki na 44 m, stożkowaty słup, spod którego doskonale widać Ararat. Obok niego umieszczono 12 pochylonych płyt formujących okrąg, w jego środku płonie wieczny ogień otaczany codziennie świeżymi kwiatami. Gdy odwiedzam to miejsce, mimo zwiększającego się upału zawsze robi mi się zimno. Na terenie, na którym znajduje się kompleks, rośnie mnóstwo młodych drzew. Sadzili je tutaj znani ludzie z całego świata. W pierwszym szeregu widzę drzewa zasadzone przez prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego i papieża Jana Pawła II.

 

Wróćmy jednak do centrum miasta. Z placu Republiki rozchodzą się koncentrycznie ulice w różnych kierunkach. Najciekawsza jest chyba urocza ulica Abowiana, utrzymana w przedwojennym stylu, ze starą zabudową oraz mnóstwem kafejek i restauracji, czasami ukrytych w zaułkach i bramach.

Warto też przejść się otwartą w 2007 r. aleją Północną, przy której można posiedzieć w jednej z licznych kawiarenek nad filiżanką gęstej, pioruńsko mocnej ormiańskiej kawy. Większość ulic w centrum Erywania zawdzięcza swoje nazwy słynnym pisarzom, poetom, artystom, wynalazcom czy bohaterom narodowym, tymczasem tę jedną z najważniejszych arterii, główny deptak stolicy prowadzący niemal od placu Republiki aż do Opery, nazwano po prostu od kierunku świata. Jest to w pewnym sensie wynik prac planistycznych rozpoczętych w latach 20. XX w. przez wybitnego ormiańskiego intelektualistę Aleksandra Tamaniana (1878–1936), który chciał zaproponować nowy układ urbanistyczny miasta i aleja Północna miała być jego ważnym elementem. Jednak współczesne działania władz Erywania odbiegają raczej od zamierzeń planisty. Cała stara zabudowa została tutaj wyburzona, a w jej miejsce powstały nowoczesne apartamentowce wzniesione przez elitę finansową, w których... nikt nie mieszka. Są one po prostu zbyt drogie nawet dla tych w miarę zamożnych Ormian. Dlatego arteria ta często nazywana jest przez miejscowych ulicą duchów. Gdy spaceruje się nią wieczorami, można dostrzec niewielki ruch w dole, ale wszystkie okna budynków pozostają ciemne.

 

Jeśli chodzi o nocleg, ceny w hotelach wyższej kategorii w Armenii bywają porównywalne z polskimi. Jeżeli dla kogoś jest to za wysoki koszt, ma możliwość zatrzymania się w obiekcie niższej klasy bądź hostelu lub wynajęcia mieszkania. Hostele są w większości przyzwoitej jakości, ale chyba najwygodniejsze wyjście, zwłaszcza przy wielodniowym wyjeździe, stanowi po prostu wynajem. Najlepiej zdecydować się na Erywań. Kraj jest na tyle mały (ma powierzchnię mniej więcej naszego województwa wielkopolskiego), że zrobienie sobie bazy wypadowej w stolicy to świetny pomysł w przypadku pobytów dłuższych niż jeden tydzień. W Armenii warto szukać lokalu do wynajęcia poprzez miejscowy serwis hyurservice.com. W jego bazie zebrano bardzo dużo nieruchomości (apartamentów, domów i hoteli) w dogodnych lokalizacjach, w dobrym standardzie i świetnych cenach. Można znaleźć mieszkanie już za jakieś 15 tys. dramów za dzień (czyli w przybliżeniu 110 złotych), co ma swoje zalety, zwłaszcza gdy podróżuje się w towarzystwie, bo za wynajem nie płaci się od osoby. W trakcie szukania dobrej lokalizacji najlepiej na mapie Erywania wyrysować sobie okrąg, którego promień zaczynać się będzie na placu Republiki, a kończyć przy Operze. Mieszkania położone w jego obrębie znakomicie nadają się na bazę wypadową podczas pobytu w Armenii.

 

W stolicy jest mnóstwo małych, kameralnych teatrów. Mimo iż przedstawienia są najczęściej w języku ormiańskim, warto odwiedzić jeden z nich. Każdy spektakl dostarcza niezapomnianych wrażeń wizualnych i stanowi wyjątkowe artystyczne przeżycie. Zamiłowanie Ormian do sztuki widać zresztą wszędzie.

 

Wieczory polecam spędzać w licznych pubach lub klubach położonych w ścisłym centrum. Panuje w nich świetna atmosfera, w wielu miejscach można posłuchać doskonałej muzyki na żywo. Do wyboru mamy takie gatunki jak jazz, blues, rock czy folk. Trzeba jednak pamiętać, że w Armenii wciąż wszędzie wolno palić, dlatego lokale bywają zadymione, chociaż w wielu skutecznie działa klimatyzacja.

 

OD KUCHNI

 

Warto wspomnieć także o tutejszych specjałach kulinarnych. Prawdziwym skarbem tego kraju jest lawasz – tradycyjny ormiański chleb wypiekany tą samą metodą od tysięcy lat (w 2014 r. wpisany na prestiżową Listę Reprezentatywną Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO). Można go zjeść wszędzie. Ma formę niesamowicie cienkiego placka, dużo delikatniejszego niż pita. Prawdziwego odkrycia dokonałem, gdy w jakimś małym lokalu zamówiłem lahmajo, czyli lekko słonawą pizzę na bazie tego właśnie chleba. Składa się ją w kostkę i je z ręki. Smakuje cudownie, zwłaszcza z piwem. Na obiad proponuję chinkali – tradycyjną kaukaską potrawę, kojarzoną bardziej z Gruzją, ale Ormianie też ją przygotowują, w swojej wyśmienitej wersji. To pierożki, które spożywa się w specyficzny sposób: najpierw należy przegryźć ciasto i wyssać płynną zawartość, a potem ze spokojem zjeść resztę. Chinkali są gotowane lub smażone (w tym drugim wariancie, moim zdaniem, smakują zdecydowanie lepiej). Do picia polecam bardzo popularną lemoniadę gruszkową podawaną np. w restauracji „Tumanyani Khinkali” w Erewaniu. Poza tym wszędzie króluje dolma, czyli coś na kształt naszych gołąbków. W wersji tradycyjnej farsz zawija się w liście winogron. Dla mnie to danie w takiej formie było trochę za gorzkie, dlatego wybierałem je w wariancie z liśćmi kapuścianymi. Bardzo charakterystyczne dla Armenii jest również chaczapuri – zapiekany placek typowy dla kuchni gruzińskiej. Mnie najbardziej zasmakowało w wersji adżarskiej, czyli z jajkiem.

 

Warto wspomnieć także o słodkościach. Dużą popularnością cieszy się owocowy lawasz. Powstaje on w specjalny sposób: najpierw z owoców wyciska się sok, potem rozlewa się go na dnie płaskiego naczynia i wystawia na słońce, aby wysechł. Następnie tę zaschniętą cienką warstwę zdziera się i roluje. Taki rulonik nie zawiera dodatku cukru i konserwantów. To samo zdrowie!

 

Narodowym trunkiem Armenii jest brandy (koniak). Ponoć właśnie tutaj ją wymyślono i zaczęto produkować. Występuje we wszystkich smakach i odmianach. Poza tym Ormianie kochają wino, i to nie tylko z winogron. Ciekawie smakuje np. wino morwowe.

 

Z kawą w Armenii miałem pewien problem. Z podobną sytuacją spotkałem się zresztą w krajach Europy Południowej. Tutaj po prostu nie podaje się czegoś takiego jak duża kawa z mlekiem. W małych filiżankach serwuje się za to mocny, gorący, gęsty płyn o ciemnobrązowym kolorze, po wypiciu którego język staje na baczność. Gdy prosiłem o dużą kawę z mlekiem, dostawałem podwójną porcję tego napoju i mleko w osobnym pojemniku. Jednak po dodaniu mleka nie da się wypić tej mikstury – jest zupełnie pozbawiona smaku i pomimo słodzenia pozostaje gorzka.

 

Aby w pełni poznać różnorodność kulinarną Armenii, najlepiej udać się do jednej z licznych w Erywaniu restauracji Karas. To lokalna sieć podobna do McDonald’s (co ciekawe, w tym kraju nie ma ani jednego baru tej amerykańskiej marki). W samym centrum znajduje się pięć jej lokali. Każdy z nich serwuje to samo menu, na które w całości składają się narodowe potrawy. Ceny są bardzo dobre, jakość jedzenia również. Dzięki dużemu zróżnicowaniu podczas pobytu w Armenii można niemal codziennie spróbować innego lokalnego dania.

 

Yerevan Cascade 02 

Fontanna i rzeźba Gość na drugim poziomie erywańskich Kaskad

© ARMENIA AND TRAVEL, OFFICIAL TOURISM WEBSITE OF ARMENIA

 

WIEKOWE ZABYTKI

 

Z Erywania warto wyruszyć na poznawanie reszty kraju, zwłaszcza że jego obszar jest niewielki i wszędzie mamy blisko. Ja wybrałem na początek trzy niezmiernie atrakcyjne miejsca.

 

Najpierw odwiedziłem jedyną grecko-rzymską pozostałość w Armenii, czyli świątynię w Garni z I w. n.e., która stała się letnią siedzibą siostry króla Tiridatesa III (panującego mniej więcej w latach 287–330) – Chosrowiducht – i zapewne tylko dlatego przetrwała. Licząca sobie niemal 2 tys. lat budowla robi duże wrażenie. Co ciekawe, na murach rzymskich łaźni, które zostały dobudowane później, wyryto napis w grece: „Pracowaliśmy tutaj i nie otrzymaliśmy zapłaty za swoją pracę”. W odległości półgodzinnej przejażdżki stąd leży malowniczy zespół klasztorny Geghard z IV w., wpisany w 2000 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Był on wielokrotnie niszczony i odbudowywany. Dalej drogi już nie ma. Wydaje się, że tu kończy się świat. W podziemiach klasztoru bije źródło. Uważa się, że wypływająca z niego święta woda ma cudowną moc, podobno nawet zapewnia nieśmiertelność. Na wszelki wypadek zamoczyłem w niej stopę. Miejsca te znajdują się w odległości ok. 1 godz. drogi od Erywania. Cała wyprawa trwała w sumie 5 godz., a kosztowała 8 tys. dramów (mniej więcej 60 złotych), które wydałem na taksówkę.

 

Podczas kolejnej wycieczki docieram niemal na szczyt masywu wulkanicznego Aragac, najwyższej góry Armenii (4090 m n.p.m.). Samochodem można podjechać na wysokość 3190 m n.p.m., nad brzeg polodowcowego jeziora Kari, czyli Jeziora z Kamienia. Widoki, jakie już stąd się roztaczają, są oszałamiające. Większość turystów zatrzymuje się tutaj, aby zrobić kilka zdjęć, a potem wraca, skąd przybyła. Ja jednak zostałem dłużej, żeby wybrać się na trekking z zamiarem wejścia na wierzchołek południowy (3888 m n.p.m.). Trasa nie jest łatwa, ale do pokonania. Mimo to nie polecam wspinać się samemu. Asekuracja naprawdę się przydaje. Ja samodzielnie dotarłem na wysokość 3500 m n.p.m., lecz pogoda zmusiła mnie do odwrotu. Nie ma tu żadnego szlaku i trzeba samemu szukać najlepszego przejścia wśród bazaltowych głazów, co bywa trudne i grozi złamaniem lub skręceniem nogi. Jeśli ktoś zdecyduje się więc na taką wyprawę, powinien uprzedzić kogoś na dole o planowanej godzinie powrotu.

 

W drodze powrotnej warto zwiedzić twierdzę Amberd. Jej nazwa oznacza Fortecę w Chmurach. Wzniesiona została na szczycie wzgórza królującego nad doliną (na wysokości 2300 m n.p.m.), w której łączą się dwie rzeki – Arkaszen i Amberd. Stoi na nim już od 14 stuleci. Mimo tak doskonałego położenia nie obroniła się przed żadnym atakiem. Zdobywali ją kolejno Turcy pod panowaniem Seldżuków, Mongołowie i Tatarzy. Dzisiaj warto odwiedzić twierdzę Amberd, bo jest wyjątkowo urokliwa. Oprócz tego można podziwiać wokół cudowne krajobrazy.

 

Poza tym udało mi się obejrzeć jeszcze jeden zapomniany zabytek, do którego nawet taksówkarz nie bardzo wiedział jak dojechać. Nie było w tym miejscu nikogo i niczego dookoła. Budowla ta to wspaniały stary kościół Tegher, który istnieje od 800 lat. Co ciekawe, wciąż jest otwarty. W środku było pięknie, ale pusto. Może drzwi zostawiono otwarte, bo i tak nikt tu nie przyjeżdża? Ja jednak dotarłem w to czarujące miejsce. Naprawdę było warto. Tak zakończyła się moja druga wycieczka. Zapłaciłem za nią 14 tys. dramów (ok. 100 złotych), które znów wydałem na taksówkę, a miałem ją do dyspozycji przez cały dzień.

 

Amberd-3

Ruiny twierdzy Amberd z VII stulecia

© ARMENIA AND TRAVEL, OFFICIAL TOURISM WEBSITE OF ARMENIA

 

KLASZTOR NAD PRZEPAŚCIĄ

 

Moją najdłuższą wyprawą w Armenii był wyjazd do klasztoru Tatew. Tym razem skorzystałem z usługi sprawdzonego lokalnego biura podróży. Wyjechaliśmy bladym świtem, a wróciliśmy nocą. Wycieczka kosztowała 18 tys. dramów (mniej więcej 130 złotych).

 

Do wspomnianego klasztoru jedzie się główną magistralą łączącą zachód i wschód kraju. Droga jest koszmarna, a to przecież ważna trasa! Mijamy widoczną u podnóża góry jaskinię (Areni-1), w której znaleziono w 2008 r. pierwszy but na świecie (mający aż 5,5 tys. lat!), starszy niż egipskie piramidy. Kilka razy musimy zatrzymywać się, aby przepuścić owce przechodzące przez drogę. Stada poganiają zarośnięci pasterze w kożuchach, jadący na małych, krępych koniach. Czas cofa się na chwilę o kilkaset lat.

 

Na miejscu jesteśmy po 5 godz. jazdy z Erywania. Widok na wąwóz przy słynnym klasztorze zapiera dech w piersiach. Za chwilę całej okolicy będę przyglądał się z lotu ptaka. Krawędzie wąwozu łączą Skrzydła Tatewu – to najdłuższa jednosekcyjna, dwukierunkowa, pasażerska kolei linowa na świecie. Jej wagonik pokonuje trasę o długości prawie 6 km (5752 m). Przejazd w jedną stronę trwa aż 11 min. i 25 sek. Z okien rozpościerają się oszałamiające widoki. Według jednej z legend w okolicy klasztoru arabscy najeźdźcy gonili młodą dziewicę. Dziewczyna dobiegła do szczytu wzgórza nad wąwozem. Szybko zrozumiała, że nie ma już gdzie uciekać, więc chcąc uniknąć pohańbienia, rozłożyła ręce, zawołała Tatew! (co w wolnym tłumaczeniu znaczy „Boże, daj mi skrzydła!”) i rzuciła się w przepaść. Przekaz nie mówi o tym, czy jej modlitwa została wysłuchana, ale władze Armenii postanowiły najwidoczniej rozwiać wątpliwości i otwartą w październiku 2010 r. podniebną kolej nazwano właśnie Skrzydłami Tatewu.

 

Docieramy do klasztoru. Główne zabudowania powstały w IX w. Największa budowla to Kościół św. św. Piotra i Pawła. Pod jego nawami zostały ponoć ukryte relikwie obu tych uczniów Jezusa. Po prawej stronie świątyni można podziwiać kilkanaście starych chaczkarów, czyli ormiańskich kamiennych płyt mających upamiętniać konkretne zdarzenia lub osoby. Obok nich stoi mniej więcej ośmiometrowa kolumna pochodząca z X stulecia ostrzegająca przed trzęsieniami ziemi. Gdy jej wierzchołek zaczynał się chwiać, wiadomo było, że zbliża się kataklizm, co dawało mnichom czas, aby udać się w bezpieczne miejsce. Klasztor przetrwał kilka trzęsień ziemi, największe z nich, z kwietnia 1931 r., spowodowało poważne uszkodzenia. Prace renowacyjne nadal się odbywają i – niestety – ich końca wciąż nie widać, ale to, co można oglądać, i tak robi wielkie wrażenie. W jednym z pomieszczeń natykam się na starą bibliotekę i czytelnię, obecnie – oczywiście – bez książek. W klasztorze Tatew działał niegdyś prężnie uniwersytet (w XIV i XV w.), w którym uczyło się ponad tysiąc studentów.

 

Klasztor nadal jest czynnym miejscem kultu. Przebywa w nim… aż dwóch mnichów! Jeden z nich uchodzi za świętego. Podobno gdy pada deszcz, ziemia wokół niego jest sucha i nigdy nie moknie, a trawa pod jego stopami zielenieje, kiedy po niej chodzi. Ludzie z całej Armenii, a nawet świata, przyjeżdżają tu specjalnie po jego błogosławieństwo – wierzą, że czyni cuda. Mnie – niestety – nie pomógł, ale być może zabrakło mi wiary. Jednak i tak obdarzam Tatew głębokim uczuciem. I wiem, że to miłość wieczna i bezwarunkowa. Ciekawe, czy jest również odwzajemniona…

 

Na koniec zatrzymujemy się przed bramą klasztoru. Na krzesełku siedzi kobieta, która wygląda, jakby miała 100 lat. Dalej na straganie sprzedawcy oferują wszelkie lokalne przysmaki, w tym brandy, wina i wódki. Straganiarze częstują turystów, a ponoć nie wypada odmówić. Ja jednak im grzecznie dziękuję, bo przede mną jeszcze pięciogodzinna podróż do Erywania.

 

W drodze powrotnej podziwiam wiszący „tańczący” most w okolicy miasta Goris, w wiosce Chyndzoresk. Ma długość mniej więcej 160 m, jest wysoki na 63 m w najwyższym punkcie i waży 14 t. Most naprawdę tańczy, gdy się po nim idzie. Mniej odważni trzymają się kurczowo lin po obu stronach. Wrażenia z przechadzki są jednak warte tej odrobiny strachu.

 

Alternatywę dla opisanej wycieczki stanowi dwudniowa wyprawa do klasztoru Tatew. Jej program różni się tym, że w okolicy Goris uczestnicy zatrzymują się na nocleg, a po drodze dodatkowo odwiedza się starą winiarnię, w której można zobaczyć, jak produkowano niegdyś w Armenii wina i spróbować przeróżnych trunków. Jednak dodatkową atrakcją jest przede wszystkim wizyta w klasztorze Chor Wirap. Jego nazwę tłumaczy się jako Głębokie Lochy. Budowla często była wykorzystywana jako więzienie polityczne. Przetrzymywano w niej np. św. Grzegorza Oświeciciela (ok. 257–ok. 331), założyciela i patrona Ormiańskiego Kościoła Apostolskiego, apostoła Armenii. Dlatego to najpewniej Chor Wirap stanowi najczęściej odwiedzane miejsce pielgrzymkowe w kraju.

 

W Armenii warto też wybrać się nad Sewan, największe jezioro Kaukazu (1260 km² powierzchni) i jedno z najwyżej położonych na świecie (ok. 1900 m n.p.m.). Dla Ormian jest niczym morze. Słynie z endemicznych gatunków ryb (np. pstrąga sewańskiego – Salmo ischchan) i niespotykanej nigdzie indziej roślinności. Poza tym widoki nad jego brzegiem są zachwycające.

 

Za godny polecenia uważam także Stepanakert, czyli największe miasto (55-tysięczne) i tak naprawdę stolicę nieuznawanej nigdzie na świecie Republiki Górskiego Karabachu, a właściwie Arcachu, jak ją nazywają sami Ormianie. Formalnie leży na terytorium Azerbejdżanu, ale teren ten zamieszkują w przeważającej większości Ormianie, którzy w grudniu 1991 r. ogłosili niepodległość. Armenia również oficjalnie nie uznaje nowego państwa, ale nieformalnie je wspiera. To właśnie na terytorium Arcachu najczęściej dochodzi do incydentów pomiędzy żołnierzami ormiańskimi a azerbejdżańskimi. Nie polecam trekkingu przy granicy z Azerbejdżanem, ale sam Stepanakert jest raczej spokojny i niewątpliwie urokliwy.

 

Gdy przyjechałem po raz pierwszy do Armenii i pytano mnie, skąd pochodzę, odpowiadałem po angielsku: I'm from Poland. Teraz mówię: Es Lehastanits, co znaczy to samo, tylko po ormiańsku. Nie zapewnia mi to zniżek w restauracjach czy sklepach, ale zupełnie satysfakcjonują mnie zdziwione twarze moich rozmówców i ich uśmiechy sympatii. Armenia to naprawdę piękny i pełen atrakcji kraj, ale bardzo słabo rozreklamowany. W rankingach popularności przegrywa zdecydowanie z sąsiednią Gruzją, a moim zdaniem jest dużo ciekawszym celem podróży.

 

Khndzoresk 2

Wiszący „tańczący” most w wiosce Chyndzoresk łączący dwa brzegi wąwozu

© ARMENIA AND TRAVEL, OFFICIAL TOURISM WEBSITE OF ARMENIA