Z naszą rodaczką Małgorzatą Komenderą, właścicielką biura podróży Extreme Africa Travel z Republiki Południowej Afryki (RPA), rozmawia Michał Domański.

 FOT. EXTREME AFIKA TRAVEL

Jak to się stało, że znalazła się Pani w RPA? Dlaczego wybór padł właśnie na ten odległy południowoafrykański kraj?

Do RPA przyjechaliśmy w 1982 r. Nasze początki w tym afrykańskim państwie były bardzo standardowe, nie odbiegają od historii innych Polaków, którzy tu dotarli. Każdy z nas starał się podjąć pracę w znanym mu lub wykonywanym w Polsce zawodzie i większości się to udało. Z wykształcenia jestem księgową. Przepracowałam w tym zawodzie w RPA wiele lat, ale zamiłowanie do podróży i przygody popchnęło mnie do czegoś więcej – do organizacji wypraw po Afryce...

Dlaczego postanowiła Pani związać swoje życie z branżą turystyczną? Jakie były początki firmy Extreme Africa Travel?

Wszystko zaczęło się niewinnie, od znajomych, którzy przylecieli do RPA, żeby nas odwiedzić i poznać trochę naszą drugą ojczyznę. Przez 3 tygodnie podróżowaliśmy po tym pięknym kraju, podziwiając jego różne wspaniałe zakątki. Towarzystwo przyjaciół, dobry humor i doskonały nastrój dodawały uroku całej tej włóczędze. Nasi znajomi wyjechali zachwyceni, obiecując, że powrócą do RPA większą grupą. To właśnie dzięki nim postanowiłam zająć się także profesjonalnie turystyką, wykorzystując moje zamiłowanie do podróży, otwartą i pozytywnie nastawioną do świata osobowość, fascynację tym pięknym afrykańskim krajem i chęć przygotowywania czegoś więcej dla turystów niż tylko standardowe oferty wycieczek…

 

W jaki sposób organizuje Pani wyprawy po RPA i Afryce? Na co zwraca Pani przede wszystkim uwagę? 

Będąc w przeszłości pilotem samolotów turystycznych, a obecnie skoczkiem spadochronowym i płetwonurkiem, rozumiem doskonale znaczenie słowa „przygoda”. Wierzę w to, że wszystkie miejsca i obiekty można dać poznać ludziom w sposób pełny emocji i niezapomnianych wrażeń, a nie – jak to na ogół robią inni – na zasadzie szybkiego zaliczania kolejnych atrakcji... Tego typu podróżowanie to nie ze mną! Choć miałam raz grupę aż 92 osób, która przyjechała jedynie na kilka dni i program jej pobytu był niezmiernie napięty i męczący, udało mi się porozmawiać niemal ze wszystkimi uczestnikami tego wyjazdu. Wzruszający sposób, w jaki pożegnano mnie na lotnisku na koniec naszej wspólnej podróży, wycisnął mi łzy z oczu, a jednocześnie dodał skrzydeł i wiary w to, że mój pomysł na organizację wycieczek jest właśnie tym, jakiego oczekują turyści.

Staram się, jeśli to możliwe, poznać ludzi przed ich przybyciem do Afryki poprzez rozmowę przez skype lub korespondencję mailową. Tak wiele można dodać, zmienić i urozmaicić, kiedy się zna choć trochę charakter przyjeżdżających turystów. Próbuję dopasować program do ich wieku, temperamentu, zainteresowań, tego, co lubią, a czego nie… Jeżeli mi zdradzą swoje marzenia lub hobby, staram się zawsze zaskoczyć jakąś przyjemną niespodzianką (w zależności od tego, ile osób liczy grupa, jak wiele mamy czasu itd.). Największą radość stanowi dla mnie zadowolenie turystów, kiedy słyszę od nich przed powrotem do Polski takie słowa: Gosia to najpiękniejsze wakacje, jakie do tej pory przeżyliśmy… Jestem niepoprawną optymistką i romantyczką, pragnę organizować afrykańskie wyprawy pełne niespodzianek i wspaniałych wrażeń, realizować marzenia ludzi. Wierzę tylko w taką turystykę. Uśmiech i radość turystów są dla mnie niczym powietrze – niezbędne do oddychania…

Afryka, a szczególnie RPA, dla wielu w rzeczywistości okazuje się czymś zupełnie innym niż sobie wyobrażali. Tych, którzy przylatują na Czarny Ląd po raz pierwszy, mimo iż przeczytali wcześniej liczne przewodniki, zdobyli ważne informacje i obejrzeli filmy dokumentalne na jego temat, ten fascynujący kontynent zawsze oszołamia i zaskakuje.

Wszystkim turystom mówię, że potrzebny jest minimum 2-tygodniowy pobyt, aby móc poczuć i choć trochę zrozumieć atmosferę RPA oraz sąsiednich krajów, gdzie także dość często się wybieramy. Każdy program zależy głównie od tego, ile czasu przeznaczyli dani goście na urlop w Afryce.

 

Co – według Pani obserwacji – cieszy się największą popularnością wśród turystów z Polski odwiedzających RPA? O czym marzą goście z Europy przyjeżdżający na Czarny Ląd?  

Oczywiście, Kapsztad, bo bez wizyty w tym niepowtarzalnym, przepięknym mieście nie można powiedzieć, że się było w Południowej Afryce. Doskonałych na wspaniałe safari parków narodowych i rezerwatów przyrody istnieje tu całe mnóstwo… Wybieram więc zawsze te, które pragną zobaczyć klienci. Moim ukochanym miejscem w RPA są Góry Smocze (Drakensberg). Staram się odwiedzać je z turystami niemal za każdym razem. To malownicze pasmo górskie jest pełne piękna zamkniętego w ostrych skalnych szczytach lub łagodnych zielonych wzniesieniach, które przecinają niebieskie wstążki strumieni oraz urocze wodospady spadające kaskadami czy małe jeziora i stawy.

Zdarzają się jednak turyści reagujący na słowo „góra” niechęcią, wolący zdecydowanie słodkie lenistwo na plaży. W RPA czekają na nich dwa oceany – Atlantycki i Indyjski. Zapewniają one gościom z Europy dużą egzotykę oraz różnorodność linii brzegowej, prądów morskich i temperatury wody. Na wybrzeżu spotkamy m.in. piaski, kamienie, pomarańczową czy czerwoną glebę albo zielone połacie traw schodzące wprost do oceanu... Warto wybrać się łodziami na tzw. wodne safari, połów ryb czy też na nurkowanie na okolicznych bajecznych rafach koralowych, które nie ustępują swym bogactwem i pięknem tym najsłynniejszym na świecie.

W większej części kraju panuje na ogół słoneczny i suchy klimat. Umożliwia to zwiedzanie tego egzotycznego zakątku globu przez cały rok. Istnieją tu takie miejsca, gdzie zimą pogoda niewiele się zmienia, temperatura powietrza jest w dalszym ciągu wysoka, a wody – wyższa nawet niż latem.

Każdy, kto przyjeżdża do RPA, pragnie przede wszystkim zobaczyć dzikie zwierzęta i dziewicze, rozległe, zapierające dech w piersiach otwarte przestrzenie Afryki. Marzy o przeżyciu niezapomnianego safari na terenie jednego z tutejszych słynnych obszarów chronionej przyrody. Park Narodowy Krugera należy do największych tego typu miejsc do odwiedzenia. Tak naprawdę potrzeba co najmniej kilku dni, żeby zobaczyć wszystkie jego interesujące zakątki.

W RPA każda pora dnia ma swój niepowtarzalny urok. To, co widzimy w danym miejscu, gdzie indziej i kiedy indziej może przybrać inną formę lub nigdy się nie powtórzyć… Jedno jest pewne – Afryka oferuje podróżnikom niesamowite krajobrazy. Na północy RPA leży przepiękny kanion rzeki Blyde, drugi co do wielkości na kontynencie, znacznie bardziej zielony i pełen życia niż słynny Wielki Kanion Kolorado w USA. Co chwilę zmieniają się tu widoki i roślinność, a zachody słońca – szczególnie na terenach pustynnych – zapierają dech w piersiach.

Moim magicznym miejscem jest pustynia Tankwa Karoo, położona na północ od Kapsztadu, otoczona górami. Odwiedzając ją, znajdziemy się z dala od ludzi, telefonów i cywilizacji wielkich miast. Ten jeden z najbardziej suchych regionów Południowej Afryki w okresie wiosny staje się pełen życia, różnokolorowych kwiatów… Jaki to wówczas wspaniały widok!

Kocham turystów, którzy pragną poznać jak najlepiej RPA, zwiedzić jak najwięcej miejsc w tym kraju. Czeka tu na nich bogaty wybór zakwaterowania, m.in. luksusowe namioty, pensjonaty typu Bed & Breakfast, komfortowe hotele i safari lodge. Mają też nawet możliwość zamieszkania wśród lokalnych społeczności, poznając z bliska ich oryginalne kultury. 

Afryka stała się moją drugą ojczyzną. Dziś nie wyobrażam sobie życia gdzie indziej... Mogę pojechać do Polski odwiedzić miejsca mojego dzieciństwa, ale nie opuszczę już RPA, fascynującego kraju, który ciągle poznaję i odkrywam. Mimo upływu 30 lat, nadal mam wielki niedosyt wypraw po nim, cały czas pragnę jak najwięcej zobaczyć i przeżyć. Turystom przyjeżdżającym tu po raz pierwszy chciałabym pokazać wszystkie wspaniałości tego zakątka świata. Jest to zadanie praktycznie niemożliwe do wykonania podczas jednej wycieczki objazdowej (nawet miesięcznej!). Dlatego też warto powracać do RPA...

Największą radość stanowią zawsze dla mnie wymagający klienci, żądni wrażeń i prawdziwej przygody. Dla nich zmieniam często ustalony wcześniej program, dorzucam coś ekstra od siebie, pokazując im jeszcze jakieś dodatkowe atrakcje.

 

Dlaczego – Pani zdaniem – warto odwiedzić RPA i Czarną Afrykę? Co takiego magicznego jest w tym zakątku świata? 

RPA, jak cała Afryka, to mieszanka kultur i narodowości, a przede wszystkim niesamowite kolory i zapachy oraz przyjazny klimat i słońce, które świeci tutaj 365 dni w roku. Do tego należy dodać doskonałe jedzenie i wyśmienite południowoafrykańskie wina. Warto też wspomnieć o lokalnej muzyce, różniącej się w każdym regionie. RPA stanowi niezmiernie interesujący kierunek turystyczny, który ma do zaoferowania moc wspaniałych atrakcji.

Wszystkie państwa Czarnej Afryki są pełne magii i piękna. RPA, Zambia, Botswana, Namibia, Zimbabwe… –każdy z tych krajów jest inny i niepowtarzalny. Posuwając się z południowego krańca kontynentu na północ, w kierunku Tanzanii, zmienia się szata roślinna oraz styl życia mieszkańców. Słabiej jest tu rozwinięty przemysł, więcej biedy i ubóstwa, ale za to dookoła rozciągają się dziewicze tereny. Tanzania kojarzy mi się zawsze ze wspinaczką na magiczny szczyt Kilimandżaro… W czerwcu/lipcu 2013 r. organizujemy znowu wyprawę na tę najwyższą górę Afryki, połączoną ze zwiedzaniem przepięknych tanzańskich parków narodowych. Lista atrakcji Czarnego Lądu jest bardzo długa, miejsc wartych zobaczenia – bez liku. Dlatego też śpieszę się, żeby wszystko zdążyć poznać. Uwielbiam towarzystwo ciekawych ludzi – z nimi moje afrykańskie przygody i włóczęgi są czymś wspaniałym i niezapomnianym. Dzielę się z turystami tym, co kocham, i myślę, że wielu z nich będzie mnie długo pamiętać…

 

e-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.                                             www.extreme-africa-travel.com

 


 

 

Artykuły wybrane losowo

Sycylia, Sardynia i Elba – trzy oblicza Włoch

MAGDALENA CIACH-BAKLARZ

www.italiapozaszlakiem.com

 

<< Sycylia, Sardynia i Elba są trzema największymi włoskimi wyspami. Okalają Morze Tyrreńskie oblewające Półwysep Apeniński od południowego zachodu. Każda z nich ma zupełnie inny charakter. Aby je naprawdę poznać, nie wystarczy wpaść z krótką wakacyjną wizytą, trzeba zostać na dłużej lub wracać w ich gościnne progi wielokrotnie. >>

Więcej…

Rekordy Singapuru

JĘDRZEJ SAPTOWSKI

www.malyglobtroter.pl

 

<< Niewielka Republika Singapuru uzyskała niepodległość w 1965 r., aby wkrótce stać się jednym z azjatyckich tygrysów, niemal rokrocznie odnotowującym imponujące wzrosty gospodarcze. Dzięki stabilnym fundamentom ekonomicznym i rozwojowi całego regionu należy dziś do najważniejszych centrów finansowych na świecie. Poza tym zalicza się też do najzamożniejszych państw na naszym globie. >>

Ze względu na niewielkie terytorium (ok. 720 km² powierzchni) władze Singapuru od lat 70. XX w. wdrażają w życie nowoczesne koncepcje urbanistyczne. Znaczący budżet pozwala im na zatrudnianie światowej sławy architektów, wśród których znalazł się m.in. Polak Krystyn Olszewski (1921–2004). Jednocześnie dba się tu o zachowanie tożsamości lokalnych dzielnic (Little India czy Chinatown).

 

Taras na szczycie hotelu Marina Bay Sands

© Singapore Touris m Board /Andrew JK Tan

 

Singapur z racji swojego położenia na południowym krańcu Półwyspu Malajskiego sąsiaduje z Malezją i Indonezją. Stanowi więc świetną bazę wypadową na pobliskie wyspy, takie jak indonezyjskie Bintan i Batam w archipelagu Riau, uchodzące za raj dla kitesurferów i miłośników gry w golfa. Zapraszamy na krótką podróż śladami symboli rozkwitu tego wyjątkowego państwa-miasta.

 

NAJLEPSZE LOTNISKO ŚWIATA

Międzynarodowy Port Lotniczy Changi (Changi Airport) to dla większości turystów brama do Singapuru. Jest niczym dawne wrota starożytnych miast i świątyń, które miały za zadanie zadziwiać przekraczających ich progi. W 2018 r. został po raz szósty z rzędu nagrodzony tytułem Najlepszego lotniska świata (World’s Best Airport) w prestiżowym rankingu brytyjskiej firmy konsultingowej Skytrax. Co ważne, podstawę do tego wyróżnienia stanowią oceny osób odbywających tutaj loty.

Pierwsze, co rzuciło nam się w oczy, gdy zawitaliśmy do tego szóstego najruchliwszego międzynarodowego portu lotniczego na świecie (i drugiego w Azji!), który obsłużył w 2017 r. ponad 62 mln pasażerów z całego globu, to zieleń okalająca ściany terminalu przylotów oraz inne obiekty wewnątrz budynku. Poza tym na plus zaskoczyły nas szybka odprawa, doskonałe oznaczenia i bliskość wszystkich niezbędnych punktów, których poszukuje przybywający w nieznane miejsce turysta. Nie czuliśmy zagubienia czy niepewności. Wszystkie etapy podróży po wyjściu z samolotu przebiegały bezproblemowo, bez pośpiechu i opóźnień. Kiedy szliśmy po wygodnej wykładzinie, prostą i krótką drogą prowadzącą do stacji kolejki MRT (Mass Rapid Transit), którą mieliśmy dojechać do centrum, towarzyszyły nam tylko pozytywne emocje. Wszystkie zalety lotniska mogą w pełni docenić osoby spędzające na nim więcej czasu. Dzięki działającemu całą dobę kinu, basenowi, strefie relaksu, salonowi gier, placom zabaw dla dzieci, tematycznym ogrodom czy w końcu setkom sklepów najważniejszych światowych marek kolejne godziny oczekiwania mijają w tych komfortowych warunkach bardzo szybko.

W przyszłym roku (pod koniec marca) planowane jest otwarcie połączonego z terminalami 1, 2 i 3, wielkiego centrum handlowo-rozrywkowego Jewel. Wiszące ogrody i najwyższy na świecie wodospad wewnątrz budynku (40-metrowy) to tylko dwa przykłady atrakcji, jakie znajdą się w tym wspaniałym, oszklonym obiekcie zaprojektowanym przez światowej sławy architekta Moshe Safdiego, autora m.in. koncepcji singapurskiego resortu Marina Bay Sands. Lotnisko Changi pełni również funkcję bazy Singapore Airlines, którym w 2018 r. nadano tytuł Najlepszych linii lotniczych świata (World’s Best Airline według Skytrax). Uruchomione przez tego przewoźnika w październiku br. połączenie pomiędzy Singapurem i Newark koło Nowego Jorku (15 344 km) jest obecnie najdłuższym dostępnym (niemal 19-godzinnym) bezpośrednim lotem komercyjnym.

 

Bussorah Mall – sklepy, restauracje i kawiarnie w dzielnicy muzułmańskiej Kampong Glam

© Singapore Touris m Board

 

HINDUSI I MUZUŁMANIE

Z portu lotniczego do centrum dotarliśmy w ciągu godziny kolejką MRT. Po drodze mieliśmy jedną przesiadkę na stacji Tanah Merah, polegającą na przejściu na drugą stronę peronu do pociągu East West Line, którym dojechaliśmy do Bugis, gdzie przesiedliśmy się znowu, aby dojechać do Little India. W tej hinduskiej dzielnicy, na którą miejscowi mówią Tekka, zarezerwowaliśmy wcześniej noclegi. Po Singapurze poruszaliśmy się zazwyczaj pieszo i pociągami MRT, ale świetnym i niedrogim rozwiązaniem są przejazdy oferowane przez firmy Uber lub Grab. Ze względu m.in. na horrendalne ceny samochodów ruch na tutejszych ulicach jest jak na metropolię bardzo przyjazny, a korzystanie z tego typu taksówek stanowi najszybszy sposób dotarcia do dalej położonych atrakcji.

Ponad 500 tys. Hindusów tworzy trzecią pod względem liczebności grupę narodowościową w tym kraju (po Chińczykach i Malajach). Dzielnicę Little India założyli pierwsi robotnicy przybywający z subkontynentu indyjskiego do Singapuru pod koniec XVIII w. Dystrykt jest niewielki i aby go zwiedzić, wystarczy dwugodzinna przechadzka. Do tego należy zarezerwować sobie nieco czasu na wizytę w jednej z wielu fantastycznych restauracji. Najbardziej znana tutejsza świątynia to poświęcona bogini Kali Sri Veeramakaliamman z 1881 r. Kolorowa budowla, wyglądająca z zewnątrz na niewielką, zaskakuje liczbą zaułków i nisz z wizerunkami hinduskich bóstw. Warto tutaj dotrzeć w trakcie odbywających się cztery razy dziennie modlitw. Podczas spaceru po okolicznych uliczkach zajrzeliśmy na dziedziniec ukończonego w 1910 r. meczetu Abdul Gaffoor (Masjid Abdul Gaffoor). Ta żółto-zielona budowla z wieloma minaretami i ornamentami stanowi przykład architektury łączącej w sobie wpływy mauretańskie, europejskie i południowoindyjskie. Wielobarwna zabudowa dzielnicy nie robi oszałamiającego wrażenia, ale wyróżnia ją spośród innych części państwa-miasta. Ci, którzy znają Indie, uznają, że jest tu wyjątkowo czysto. Osoby oceniające to miejsce z perspektywy Singapuru dostrzegą nieznośny bałagan. Jednak chyba dla wszystkich świetnym kulinarnym doświadczeniem będzie zapoznanie się z tutejszą kuchnią, którą gorąco polecamy.

Aby dostać się do Kampong Glam, położonej po drugiej stronie kanału Rochor dzielnicy muzułmańskiej, można przejechać dwie stacje pociągiem MRT (z Little India do Bugis), ale my proponujemy niedługi spacer i obserwowanie zmieniającego się otoczenia. Do serca dzielnicy prowadzi Arab Street, przekształcająca się z początkowo dużej arterii w znacznie węższą uliczkę otoczoną niską zabudową. Idąc wzdłuż licznych sklepów z tkaninami i dywanami, dochodzimy do skrzyżowania z Baghdad Street, przy której znajduje się wiele polecanych restauracji. Stąd jest już niedaleko do najbardziej rozpoznawalnego rejonu Kampong Glam, czyli deptaków Bussorah i Muscat leżących tuż przy największym singapurskim meczecie – Masjid Sultan. Otwarto go oficjalnie w grudniu 1929 r. w miejscu świątyni z pierwszej połowy XIX w. Co ciekawe, obecną, przykrytą złotymi kopułami budowlę zaprojektował architekt Denis Santry z firmy Swan and Maclaren, która opracowała koncepcję głównego budynku słynnego hotelu Raffles Singapore. Dzielnicę muzułmańską warto odwiedzić ze względu na jej niezliczone kafejki, restauracje i sklepy oraz panującą w niej wieczorami żywą i pełną różnorodności atmosferę.

 

OGRÓD POD KOPUŁĄ

W deszczowe popołudnie szybko przemknęliśmy przez Dragonfly Bridge i zielony park wokół Supertree Grove (Gardens by the Bay). Spiesząc się do Kwiatowej Kopuły (Flower Dome) na wyznaczoną godzinę, wskazaną na zakupionym przez internet bilecie, spoglądaliśmy na olbrzymich rozmiarów futurystyczne konstrukcje i zawieszoną nad naszymi głowami kładkę o długości 128 m (OCBC Skyway). Mieliśmy nieodparte wrażenie, że choć na superdrzewach posadzono niemal 163 tys. roślin z ponad 200 gatunków z całego świata, to nadal jest to struktura wykreślona na architektonicznych deskach, dla której środowisko naturalne stanowi jedynie daleką inspirację. Po drodze zaglądaliśmy do ogrodów malajskiego, chińskiego i indyjskiego, aż wreszcie dotarliśmy do górującej nad zielenią Flower Dome. Ta największa na świecie szklana cieplarnia (o powierzchni ponad 1,2 tys. km²!), wpisana w 2015 r. do Księgi rekordów Guinnessa, kryje tysiące gatunków roślin. Podzielono ją na kilka części, prezentujących roślinność charakterystyczną dla obszarów klimatycznych Morza Śródziemnego, Kalifornii, Australii, Ameryki Południowej i Afryki. Zobaczymy tu m.in. gaj oliwny, baobaby, sukulenty, a w strefie kwiatów – niezliczone gatunki storczyków. W ogrodzie stoi też wiele wykonanych z kwiatów, drewna i metalu ciekawych rzeźb i pomników. To miejsce bardzo popularne wśród turystów i trudno w nim niestety znaleźć chwilę spokoju, dlatego warto odwiedzić je w godzinach porannych.

Po wyjściu z Flower Dome przeszliśmy na drugą stronę niewielkiego zadaszonego dziedzińca, żeby zajrzeć do Mglistego Lasu (Cloud Forest). Wewnątrz tej również imponującej szklanej konstrukcji znajduje się 35-metrowy wodospad na sztucznej górze pokrytej tropikalną roślinnością. Pierwsze wrażenie jest niesamowite. Kaskadowo spadająca woda i niezliczone gatunki flory ogląda się przez lekką mgłę unoszącą się wokół. Podczas spaceru wiszącymi kładkami poprowadzonymi naokoło i wewnątrz zielonej konstrukcji można z bliska podziwiać np. orchidee czy rośliny mięsożerne. Na szczycie góry usytuowano Zaginiony Świat (Lost World) – obszar z roślinnością występującą na wysokości ok. 2000 m n.p.m. Roztacza się stąd także piękny widok na zatokę Marina (Marina Bay).

Do wieczornego muzyczno-świetlnego spektaklu Garden Rhapsody w okolicy superdrzew mieliśmy jeszcze trochę czasu, który ku radości dzieci spędziliśmy na położonym tuż obok wodnym placu zabaw. Bieganie z rówieśnikami między podświetlanymi strumieniami tak wciągnęło maluchy, że dopiero dalekie odgłosy muzyki uświadomiły nam rozpoczęcie się widowiska. Pokazy odbywają się codziennie o 19.45 i 20.45 i przyciągają tłumy widzów. Stojąc pod superdrzewami, obserwowaliśmy feerię barw, która wraz z muzyką tworzyła magiczną atmosferę. Trochę żałowaliśmy, że nie jesteśmy na położonej 22 m wyżej kładce (OCBC Skyway), bo widowisko musiało z niej wyglądać spektakularnie. Po zakończeniu spektaklu przeszliśmy rozpiętym tuż nad wodą drewnianym pomostem w stronę słynnej rzeźby Planet. Polecamy taki krótki, wieczorny spacer ze względu na niesamowity widok na oświetlony resort Marina Bay Sands kontrastujący z ciszą i spokojem panującymi wokół. Przez kilkadziesiąt minut minęło nas raptem kilka osób. W pobliskich Gardens by the Bay jest ponad 40 rzeźb stworzonych przez znanych artystów. Szczególnie zależało nam, żeby zobaczyć tę autorstwa Brytyjczyka Marca Quinna. To długa na 9 m i wysoka na 3 m figura z pomalowanego na biało brązu, przedstawiająca dziecko, syna twórcy, Lucasa. Wspierająca się jedynie na dłoni postać sprawia wrażenie wiszącej w powietrzu.

 

HOTEL Z INSTAGRAMA

Marina Bay Sands był w 2017 r. najczęściej fotografowanym obiektem hotelowym na świecie, którego zdjęcia pojawiały się w serwisie Instagram. Wyprzedził m.in. Bellagio czy MGM Grand z Las Vegas. Swoją popularność zawdzięcza niesamowitej architekturze oraz luksusowym warunkom i atrakcjom, które czekają na gości. Jednak na pewno głównym powodem tej sławy jest niemal już ikoniczny basen położony na tarasie Sands SkyPark (na 57. piętrze). Wśród ponad 80 restauracji, które znajdują się w kompleksie, warto wymienić „Waku Ghin”, uważaną za jedną z najlepszych w całej Azji i oznaczoną dwoma gwiazdkami Michelin, serwującą dania kuchni japońskiej i europejskiej. Poza tym działa tu również lokal Wolfganga Pucka „CUT” oraz zajmujące kilka pięter, luksusowe centrum handlowe zdobywające najlepsze oceny wśród odwiedzających je klientów – po przecinającym je kanale można pływać łódką. Całe założenie architektoniczne stało się jedną z wizytówek Singapuru. Zobaczymy je także w niejednej filmowej superprodukcji.

 

MUZEUM W KWIECIE LOTOSU

Do kompleksu Marina Bay Sands należy ArtScience Museum. Budynek zaprojektowany w kształcie kwiatu lotosu gości wiele wystaw czasowych, ale znajduje się w nim też stała ekspozycja Future World: Where Art Meets Science. Ze względu na dużą popularność muzeum wybraliśmy się do niego o poranku, aby jako jedni z pierwszych rozpocząć zwiedzanie.

Wizyta tu jest niesamowitym przeżyciem szczególnie dla dzieci. Kolejne pomieszczenia wprowadzają nas w świat kolorowych, świetlnych iluzji, w których uczestniczymy i które możemy kreować. Na wielkim na całą ścianę ekranie pojawiają się narysowane przed momentem na kartce przez zwiedzających i zeskanowane obrazki. W salach animowane rysunki poruszają się w takt muzyki i reagują na obecność gości. Są tutaj ogromne, świecące piłki do skakania, świetlny wodospad imitujący wodę czy w końcu pomieszczenie roziskrzone maleńkimi diodami LED umocowanymi na długich przewodach zwisających z sufitu i tworzących labirynt. Wszystko to zadziwia i sprawia wspaniałe wrażenie.

Po wyjściu z muzeum warto skierować się w stronę Helix Bridge, skąd z czterech punktów widokowych można podziwiać niesamowitą panoramę Singapuru. Ten przeznaczony dla pieszych most został zaprojektowany na wzór struktury DNA i w roku otwarcia (2010) zdobył główną nagrodę w kategorii transport na największym festiwalu architektury na świecie – World Architecture Festival. Konstrukcja wykonana ze stali i szkła prowadzi nas do trybun przy pływającej na wodach zatoki platformie, na której odbywają się najważniejsze wydarzenia w tym państwie-mieście. Wzdłuż widowni przejeżdżają również bolidy Formuły 1 w trakcie organizowanego rokrocznie Grand Prix Singapuru (na torze Marina Bay Street Circuit) – pierwszego w historii tych zawodów wyścigu rozgrywanego w nocy przy sztucznym oświetleniu. Tu także doszło do niechlubnego incydentu uważanego za największy skandal Formuły 1. W 2008 r. prowadzący bolid Renault Brazylijczyk Nelsinho Piquet na polecenie swojego zespołu rozbił samochód, umożliwiając w ten sposób uzyskanie dogodnej pozycji na torze swojemu partnerowi i późniejszemu triumfatorowi Hiszpanowi Fernandowi Alonso. Po drugiej stronie pobliskich mostów znajduje się najwyższy w Azji diabelski młyn (165 m) – Singapore Flyer. To kolejna atrakcja, która pozwala spojrzeć na państwo-miasto z góry.

Stąd Deptak Królowej Elżbiety (Queen Elizabeth Walk) doprowadził nas do przeprawy położonej przy ujściu rzeki Singapur. Wybudowany w 2015 r. Most Jubileuszowy (Jubilee Bridge) jest częścią pieszego traktu upamiętniającego uzyskanie niepodległości przez republikę. Szlak ten (o długości 8 km) łączy historię z nowoczesnością. Podczas spaceru można oglądać budynki i miejsca istotne z punktu widzenia rozwoju Singapuru. My dotarliśmy nim do Merliona, czyli tryskającej wodą statui przedstawiającej pół lwa, pół rybę. Postać tę zaprojektował brytyjski ichtiolog Alec Frederick Fraser-Brunner (1906–1986). Była ona wykorzystywana od 1964 do 1997 r. jako logo Singapore Tourism Board, a konsekwentnie prowadzone działania marketingowe utrwaliły ją w świadomości nie tylko Singapurczyków.

 

NOWOCZESNE ZOO

Aby dostać się do Singapore Zoo, najlepiej skorzystać z taksówki lub usług Ubera. Bilety w cenie 35 i 23 dolarów singapurskich (odpowiednio dla dorosłych i dzieci, czyli ok. 95 i 63 złotych) możemy kupić przez internet (wówczas są ze zniżką i kosztują 29,75 i 19,55 dolarów singapurskich) lub na miejscu. Przy wejściu otrzymaliśmy dokładną mapę ogrodu i ruszyliśmy ścieżką prowadzeni przez świetnie zaprojektowane drogowskazy – zamiast strzałek zakończone są one podobiznami zwierząt, do których wiodą.

Początkowo trasa wiła się wśród roślinności. Przechodziliśmy przez drewniane mostki i ścieżki. W oddali słychać było pokrzykiwania małp. Zgodnie z planem chcieliśmy zdążyć na pierwsze karmienie słoni, bo mogą w nim uczestniczyć goście. Wczesna pora i deszcz sprawiły, że mijaliśmy pojedynczych turystów, a gdy doszliśmy do małej, drewnianej widowni przed wielkim wybiegiem, towarzyszyło nam kilka osób i tyle samo opiekunów zwierząt. Dzieci trzymające w rękach koszyczki z pokarmem stały przy balustradzie. Podeszły pod nią trzy słonie, które chętnie wyciągały trąby, odbierały od maluchów banany i wykonywały polecenia opiekunów równocześnie przybliżających zwyczaje tego gatunku. Oczywiście, radości było co niemiara, a my mieliśmy poczucie, że zwierzęta znajdują się tu pod dużo lepszą opieką niż w cieszących się złą sławą miejscach z innych części Azji.

Ponieważ rozpadało się na dobre i zakończyła się pora karmienia, skierowaliśmy się w stronę amfiteatru, gdzie zaplanowano na 10.30 Splash Safari Show z udziałem uszanki kalifornijskiej. Pierwsze rzędy podczas pokazu zarezerwowane są dla miłośników wodnych atrakcji. Dzieci, lekko już zmoczone ciepłym deszczem, z chęcią wskoczyły na wybrane miejsca, żeby po chwili przemoczyć się zupełnie. Uszanka kalifornijska wykonywała polecenia treserki, co jakiś czas efektownie wskakiwała do przeszklonego basenu i rozpryskiwała wodę, ochlapując roześmianą widownię. Po pokazie mokrzy, ale jeszcze bardziej radośni odwiedzaliśmy kolejne wybiegi. Na szczęście przestało padać.

W zoo znajduje się powyżej 2,4 tys. zwierząt z ponad 300 gatunków, z których ok. 34 proc. to gatunki zagrożone. Ogród, ceniony wśród odwiedzających, ma także renomę placówki dbającej o najwyższe standardy opieki nad zwierzętami, prowadzi doskonałe programy edukacyjne, zapewnia leczenie weterynaryjne i realizuje projekty hodowlane. Łącznie zajmuje powierzchnię 26 ha, a odwiedza go rocznie mniej więcej 1,9 mln turystów. Z każdą godziną podczas naszej wizyty wzrastała liczba gości, ale teren zoo jest tak rozległy, że z łatwością znajdowaliśmy miejsca, w których w samotności podziwialiśmy zwierzęta. Ogromne wrażenie zrobił na nas spacerujący po wybiegu i prezentujący dostojną sylwetkę biały tygrys. Z kolei krążący kilka centymetrów za szklaną przegrodą gepard grzywiasty aż przestraszył dzieci swoim spojrzeniem. W ciszy obserwowaliśmy nieruchome żółwie olbrzymie. Uśmiech na naszych twarzach wywołały lemury i kameleony, hipopotamy karłowate czy pingwiny. W wielu miejscach zwierzęta są tu niemal na wyciągnięcie ręki. Bliskie obcowanie z przyrodą sprawiło nam niesamowitą frajdę, dlatego wszystkim gorąco polecamy singapurski ogród zoologiczny. Szczególnie że jego mieszkańcy mają naprawdę znakomitą opiekę. Po obejrzeniu większości zwierząt i całkowitym wysuszeniu ubrań dzieci znowu chciały się trochę ochłodzić i z radością wskoczyły pod strumienie na tutejszym wodnym placu zabaw.

 

AKWARIUM NA WYSPIE

W czerwcu 2018 r. oczy całego politycznego świata zwrócone były na niewielką wyspę Sentosa (ok. 5 km² powierzchni), gdzie w luksusowym, 5-gwiazdkowym hotelu Cappella Singapore doszło do historycznego spotkania amerykańskiego prezydenta Donalda Trumpa z przywódcą Korei Północnej Kim Dzong Unem. Oby podpisane porozumienie i wymiana grzeczności stały się zapowiedzią trwałych i rewolucyjnych zmian na Półwyspie Koreańskim, równych metamorfozie, jaką przeszła w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat wspomniana Sentosa.

Ten niewielki skrawek lądu był w trakcie II wojny światowej świadkiem udręki wielu australijskich i brytyjskich więźniów z usytuowanego tu japońskiego obozu jenieckiego. Dopiero po odzyskaniu niepodległości władze Singapuru zaplanowały utworzenie na Sentosie kurortu z luksusowymi hotelami i atrakcjami turystycznymi. Wybudowano kolejkę gondolową (Singapore Cable Car) oraz most łączący wyspy. Zaprojektowano sztuczne plaże i powstanie nowoczesnych kompleksów rozrywki. Hasło promujące Sentosę jako The State of Fun w pełni oddaje charakter tego miejsca.

Można się tutaj dostać samochodem, kolejką lub autobusem. My wybraliśmy autokar, który dowiózł nas na podziemny parking w okolicach parku rozrywki Universal Studios Singapore. Po wyjściu na powierzchnię przeszliśmy przez okrągły i otoczony restauracjami plac (The Bull Ring), na którym stoi wirujący globus – symbol wytwórni. W pobliżu znajdują się także drzewa z różnej wielkości lizakami. To obowiązkowy punkt na wykonanie pamiątkowego zdjęcia dla każdego rodzica z dziećmi.

Nasz cel stanowiło S.E.A. Aquarium, w którym mieszka powyżej 100 tys. morskich zwierząt reprezentujących ponad tysiąc gatunków. Kilka lat temu zostało ono uznane przez użytkowników serwisu TripAdvisor za jedno z trzech najlepszych akwariów w Azji. Maluchy po raz kolejny były wniebowzięte, a my również poczuliśmy się niemal jak w bajkowym świecie z polsko-brytyjskiego filmu familijnego Wodne dzieci. Ogromne przeszklone zbiorniki, w których toczyło się życie, zadziwiały i przyciągały jak magnes. Moglibyśmy wpatrywać się godzinami w mureny, płaszczki, skrzydlice, delfiny, setki meduz, ławice kolorowych rybek, wielkie i małe ośmiornice. Stojąc w szklanym tunelu, obserwowaliśmy pływające nad naszymi głowami kilkadziesiąt rekinów, które w porze karmienia szybko pałaszowały wrzucane przez obsługę sporych rozmiarów kąski. W każdej sali odnajdywaliśmy dokładne opisy zwierząt i żałowaliśmy, że z braku czasu nie możemy wziąć udziału w programach edukacyjnych organizowanych przez akwarium. Wyjątkową propozycją jest np. spędzenie nocy w Galerii Otwartego Oceanu (Open Ocean Gallery) połączone ze zdobywaniem wiedzy o zachowaniach tutejszych stworzeń po zmroku.

Oczywiście, kilkudniowy pobyt w tym kraju nie wystarczy, aby poznać wszystkie jego atrakcje. Gdy wyjeżdżaliśmy, mieliśmy przeświadczenie, że to doskonałe miejsce na azjatycką podróż z dziećmi. Jest tu oczywiście bardzo czysto i bezpiecznie, a bary i restauracje z różnorodną kuchnią ułatwiają znalezienie potraw odpowiednich dla naszych pociech. Singapur bije wiele rekordów. Bardzo wysoki poziom edukacji, stałe promowanie innowacyjnych rozwiązań, konsekwentnie prowadzona polityka rozwoju i współpraca z najważniejszymi ośrodkami naukowymi na świecie gwarantują, że wkrótce usłyszymy o kolejnych osiągnięciach tego niewielkiego państwa-miasta. Czy będą to architektoniczne, inżynieryjne, kulturalne czy informatyczne nowości? Nie jest wykluczone, że Singapurczycy zaskoczą w wielu dziedzinach swoją pomysłowością lub umiejętnym wykorzystaniem pomysłów zatrudnionych tutaj specjalistów.

 

Wydanie jesień-zima 2018

Filipiny – kraina uśmiechniętych ludzi

ChocolateHills-3

© PHILIPPINE DEPARTMENT OF TOURISM

 

north luzon 23 highres

@ DAVID HETTICH/TOBIAS HAUSER

 

KINGA BIELEJEC

www.gadulec.me

 

Ten kraj, składający się z 7107 wysp, zamieszkuje niemal 104 mln osób. Stanowi on jedno z dwóch państw Azji, w których dominuje katolicyzm (drugim jest Timor Wschodni). Filipiny to wybuchowa mieszanka rajskich widoków, białego piasku, przezroczystej wody, aktywnych wulkanów, tarasów ryżowych i wiecznie zakorkowanych dużych miast. Tę krainę wesołych i niezwykle przyjaznych ludzi idealnie opisuje słowo „różnorodność”.

Więcej…