Z naszą rodaczką Małgorzatą Komenderą, właścicielką biura podróży Extreme Africa Travel z Republiki Południowej Afryki (RPA), rozmawia Michał Domański.

 FOT. EXTREME AFIKA TRAVEL

Jak to się stało, że znalazła się Pani w RPA? Dlaczego wybór padł właśnie na ten odległy południowoafrykański kraj?

Do RPA przyjechaliśmy w 1982 r. Nasze początki w tym afrykańskim państwie były bardzo standardowe, nie odbiegają od historii innych Polaków, którzy tu dotarli. Każdy z nas starał się podjąć pracę w znanym mu lub wykonywanym w Polsce zawodzie i większości się to udało. Z wykształcenia jestem księgową. Przepracowałam w tym zawodzie w RPA wiele lat, ale zamiłowanie do podróży i przygody popchnęło mnie do czegoś więcej – do organizacji wypraw po Afryce...

Dlaczego postanowiła Pani związać swoje życie z branżą turystyczną? Jakie były początki firmy Extreme Africa Travel?

Wszystko zaczęło się niewinnie, od znajomych, którzy przylecieli do RPA, żeby nas odwiedzić i poznać trochę naszą drugą ojczyznę. Przez 3 tygodnie podróżowaliśmy po tym pięknym kraju, podziwiając jego różne wspaniałe zakątki. Towarzystwo przyjaciół, dobry humor i doskonały nastrój dodawały uroku całej tej włóczędze. Nasi znajomi wyjechali zachwyceni, obiecując, że powrócą do RPA większą grupą. To właśnie dzięki nim postanowiłam zająć się także profesjonalnie turystyką, wykorzystując moje zamiłowanie do podróży, otwartą i pozytywnie nastawioną do świata osobowość, fascynację tym pięknym afrykańskim krajem i chęć przygotowywania czegoś więcej dla turystów niż tylko standardowe oferty wycieczek…

 

W jaki sposób organizuje Pani wyprawy po RPA i Afryce? Na co zwraca Pani przede wszystkim uwagę? 

Będąc w przeszłości pilotem samolotów turystycznych, a obecnie skoczkiem spadochronowym i płetwonurkiem, rozumiem doskonale znaczenie słowa „przygoda”. Wierzę w to, że wszystkie miejsca i obiekty można dać poznać ludziom w sposób pełny emocji i niezapomnianych wrażeń, a nie – jak to na ogół robią inni – na zasadzie szybkiego zaliczania kolejnych atrakcji... Tego typu podróżowanie to nie ze mną! Choć miałam raz grupę aż 92 osób, która przyjechała jedynie na kilka dni i program jej pobytu był niezmiernie napięty i męczący, udało mi się porozmawiać niemal ze wszystkimi uczestnikami tego wyjazdu. Wzruszający sposób, w jaki pożegnano mnie na lotnisku na koniec naszej wspólnej podróży, wycisnął mi łzy z oczu, a jednocześnie dodał skrzydeł i wiary w to, że mój pomysł na organizację wycieczek jest właśnie tym, jakiego oczekują turyści.

Staram się, jeśli to możliwe, poznać ludzi przed ich przybyciem do Afryki poprzez rozmowę przez skype lub korespondencję mailową. Tak wiele można dodać, zmienić i urozmaicić, kiedy się zna choć trochę charakter przyjeżdżających turystów. Próbuję dopasować program do ich wieku, temperamentu, zainteresowań, tego, co lubią, a czego nie… Jeżeli mi zdradzą swoje marzenia lub hobby, staram się zawsze zaskoczyć jakąś przyjemną niespodzianką (w zależności od tego, ile osób liczy grupa, jak wiele mamy czasu itd.). Największą radość stanowi dla mnie zadowolenie turystów, kiedy słyszę od nich przed powrotem do Polski takie słowa: Gosia to najpiękniejsze wakacje, jakie do tej pory przeżyliśmy… Jestem niepoprawną optymistką i romantyczką, pragnę organizować afrykańskie wyprawy pełne niespodzianek i wspaniałych wrażeń, realizować marzenia ludzi. Wierzę tylko w taką turystykę. Uśmiech i radość turystów są dla mnie niczym powietrze – niezbędne do oddychania…

Afryka, a szczególnie RPA, dla wielu w rzeczywistości okazuje się czymś zupełnie innym niż sobie wyobrażali. Tych, którzy przylatują na Czarny Ląd po raz pierwszy, mimo iż przeczytali wcześniej liczne przewodniki, zdobyli ważne informacje i obejrzeli filmy dokumentalne na jego temat, ten fascynujący kontynent zawsze oszołamia i zaskakuje.

Wszystkim turystom mówię, że potrzebny jest minimum 2-tygodniowy pobyt, aby móc poczuć i choć trochę zrozumieć atmosferę RPA oraz sąsiednich krajów, gdzie także dość często się wybieramy. Każdy program zależy głównie od tego, ile czasu przeznaczyli dani goście na urlop w Afryce.

 

Co – według Pani obserwacji – cieszy się największą popularnością wśród turystów z Polski odwiedzających RPA? O czym marzą goście z Europy przyjeżdżający na Czarny Ląd?  

Oczywiście, Kapsztad, bo bez wizyty w tym niepowtarzalnym, przepięknym mieście nie można powiedzieć, że się było w Południowej Afryce. Doskonałych na wspaniałe safari parków narodowych i rezerwatów przyrody istnieje tu całe mnóstwo… Wybieram więc zawsze te, które pragną zobaczyć klienci. Moim ukochanym miejscem w RPA są Góry Smocze (Drakensberg). Staram się odwiedzać je z turystami niemal za każdym razem. To malownicze pasmo górskie jest pełne piękna zamkniętego w ostrych skalnych szczytach lub łagodnych zielonych wzniesieniach, które przecinają niebieskie wstążki strumieni oraz urocze wodospady spadające kaskadami czy małe jeziora i stawy.

Zdarzają się jednak turyści reagujący na słowo „góra” niechęcią, wolący zdecydowanie słodkie lenistwo na plaży. W RPA czekają na nich dwa oceany – Atlantycki i Indyjski. Zapewniają one gościom z Europy dużą egzotykę oraz różnorodność linii brzegowej, prądów morskich i temperatury wody. Na wybrzeżu spotkamy m.in. piaski, kamienie, pomarańczową czy czerwoną glebę albo zielone połacie traw schodzące wprost do oceanu... Warto wybrać się łodziami na tzw. wodne safari, połów ryb czy też na nurkowanie na okolicznych bajecznych rafach koralowych, które nie ustępują swym bogactwem i pięknem tym najsłynniejszym na świecie.

W większej części kraju panuje na ogół słoneczny i suchy klimat. Umożliwia to zwiedzanie tego egzotycznego zakątku globu przez cały rok. Istnieją tu takie miejsca, gdzie zimą pogoda niewiele się zmienia, temperatura powietrza jest w dalszym ciągu wysoka, a wody – wyższa nawet niż latem.

Każdy, kto przyjeżdża do RPA, pragnie przede wszystkim zobaczyć dzikie zwierzęta i dziewicze, rozległe, zapierające dech w piersiach otwarte przestrzenie Afryki. Marzy o przeżyciu niezapomnianego safari na terenie jednego z tutejszych słynnych obszarów chronionej przyrody. Park Narodowy Krugera należy do największych tego typu miejsc do odwiedzenia. Tak naprawdę potrzeba co najmniej kilku dni, żeby zobaczyć wszystkie jego interesujące zakątki.

W RPA każda pora dnia ma swój niepowtarzalny urok. To, co widzimy w danym miejscu, gdzie indziej i kiedy indziej może przybrać inną formę lub nigdy się nie powtórzyć… Jedno jest pewne – Afryka oferuje podróżnikom niesamowite krajobrazy. Na północy RPA leży przepiękny kanion rzeki Blyde, drugi co do wielkości na kontynencie, znacznie bardziej zielony i pełen życia niż słynny Wielki Kanion Kolorado w USA. Co chwilę zmieniają się tu widoki i roślinność, a zachody słońca – szczególnie na terenach pustynnych – zapierają dech w piersiach.

Moim magicznym miejscem jest pustynia Tankwa Karoo, położona na północ od Kapsztadu, otoczona górami. Odwiedzając ją, znajdziemy się z dala od ludzi, telefonów i cywilizacji wielkich miast. Ten jeden z najbardziej suchych regionów Południowej Afryki w okresie wiosny staje się pełen życia, różnokolorowych kwiatów… Jaki to wówczas wspaniały widok!

Kocham turystów, którzy pragną poznać jak najlepiej RPA, zwiedzić jak najwięcej miejsc w tym kraju. Czeka tu na nich bogaty wybór zakwaterowania, m.in. luksusowe namioty, pensjonaty typu Bed & Breakfast, komfortowe hotele i safari lodge. Mają też nawet możliwość zamieszkania wśród lokalnych społeczności, poznając z bliska ich oryginalne kultury. 

Afryka stała się moją drugą ojczyzną. Dziś nie wyobrażam sobie życia gdzie indziej... Mogę pojechać do Polski odwiedzić miejsca mojego dzieciństwa, ale nie opuszczę już RPA, fascynującego kraju, który ciągle poznaję i odkrywam. Mimo upływu 30 lat, nadal mam wielki niedosyt wypraw po nim, cały czas pragnę jak najwięcej zobaczyć i przeżyć. Turystom przyjeżdżającym tu po raz pierwszy chciałabym pokazać wszystkie wspaniałości tego zakątka świata. Jest to zadanie praktycznie niemożliwe do wykonania podczas jednej wycieczki objazdowej (nawet miesięcznej!). Dlatego też warto powracać do RPA...

Największą radość stanowią zawsze dla mnie wymagający klienci, żądni wrażeń i prawdziwej przygody. Dla nich zmieniam często ustalony wcześniej program, dorzucam coś ekstra od siebie, pokazując im jeszcze jakieś dodatkowe atrakcje.

 

Dlaczego – Pani zdaniem – warto odwiedzić RPA i Czarną Afrykę? Co takiego magicznego jest w tym zakątku świata? 

RPA, jak cała Afryka, to mieszanka kultur i narodowości, a przede wszystkim niesamowite kolory i zapachy oraz przyjazny klimat i słońce, które świeci tutaj 365 dni w roku. Do tego należy dodać doskonałe jedzenie i wyśmienite południowoafrykańskie wina. Warto też wspomnieć o lokalnej muzyce, różniącej się w każdym regionie. RPA stanowi niezmiernie interesujący kierunek turystyczny, który ma do zaoferowania moc wspaniałych atrakcji.

Wszystkie państwa Czarnej Afryki są pełne magii i piękna. RPA, Zambia, Botswana, Namibia, Zimbabwe… –każdy z tych krajów jest inny i niepowtarzalny. Posuwając się z południowego krańca kontynentu na północ, w kierunku Tanzanii, zmienia się szata roślinna oraz styl życia mieszkańców. Słabiej jest tu rozwinięty przemysł, więcej biedy i ubóstwa, ale za to dookoła rozciągają się dziewicze tereny. Tanzania kojarzy mi się zawsze ze wspinaczką na magiczny szczyt Kilimandżaro… W czerwcu/lipcu 2013 r. organizujemy znowu wyprawę na tę najwyższą górę Afryki, połączoną ze zwiedzaniem przepięknych tanzańskich parków narodowych. Lista atrakcji Czarnego Lądu jest bardzo długa, miejsc wartych zobaczenia – bez liku. Dlatego też śpieszę się, żeby wszystko zdążyć poznać. Uwielbiam towarzystwo ciekawych ludzi – z nimi moje afrykańskie przygody i włóczęgi są czymś wspaniałym i niezapomnianym. Dzielę się z turystami tym, co kocham, i myślę, że wielu z nich będzie mnie długo pamiętać…

 

e-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.                                             www.extreme-africa-travel.com

 


 

 

Artykuły wybrane losowo

Boska Brazylia

MAGDALENA WALCZUK

Fundacja Terra Brasilis

                                                                                                             FOT. FOZDOIGUACUDESTINODOMUNDO.COM.BR

<< „Deus é brasileiro”, czyli „Bóg jest Brazylijczykiem” – stwierdzenie to słyszałam z ust wielu mieszkańców Brazylii. Większość z osób, które kiedykolwiek miały okazję postawić stopę na brazylijskiej ziemi, zgodzi się z nim bez wahania. Bez wątpienia kraj ten został hojnie obdarzony przez Stwórcę: zachwyca bogactwem i niezwykłością przyrody, odurza tropikalnymi smakami i zapachami, urzeka niesamowitą różnorodnością, wybuchową mieszanką kultur, intryguje kontrastami i niejednoznacznością. Naprawdę nietrudno zakochać się w Brazylii. Jak prawdziwa kobieta, powoli odsłania przed nami swoje tajemnice i nie przestaje kusić tym, co jeszcze pozostało do odkrycia. Niechętnie poddaje się prostym definicjom. Nie wierzcie temu, kto twierdzi, że zdołał ją zrozumieć i poznać jej wszystkie sekrety. >>

Więcej…

Mała wielka Malta

MARCIN „HUMBAK” JĘDRZEJCZAK

 

Leżąca na Morzu Śródziemnym, mniej więcej pośrodku między Gibraltarem a Izraelem, a także Sycylią i Tunezją, Malta jest dosyć dobrze rozwiniętym gospodarczo państwem, tysiąc razy mniejszym od Polski (316 km2 powierzchni). Nie uprawia się w nim ani warzyw, ani owoców, wycięto wszystkie oliwne drzewka, a jedyne, co pozostało, to winnice. Brak tu rzek czy jezior, deszcz pada rzadko i praktycznie nie ma słodkiej wody, znajdziemy za to mnóstwo zabytków. Dlatego kraj ten nazywa się często muzeum pod gołym niebem.

Wodę w miejscowym hotelu po przegotowaniu można śmiało wypić. Jej smak nie jest jednak źródlany, bowiem Maltańczycy pozyskują ją odsalając tę, której mają pod dostatkiem w morzu. Nad umywalką umieszczone są dwa krany – z jednego płynie gorąca, a z drugiego zimna woda. To jedna z pozostałości po Brytyjczykach, poprzednich władcach archipelagu.

Więcej…

Zniewalająca Indonezja

MAGDALENA BARTCZAK

 

<< Indonezja jest fascynującym miejscem utkanym z wielu różnych kultur, cudów przyrody, zapachów, smaków i kolorów. Niektóre jej wyspy są tak duże bądź odmienne od pozostałych, że mogłyby stanowić odrębne państwa. Nie bez powodu mówi się, że ten kraj przypomina osobny kontynent – magiczny i hipnotyzujący podróżników swoją urodą. >>

Gdybym miała powiedzieć, co wywarło na mnie najmocniejsze pierwsze wrażenie podczas podróży do Indonezji, to wymieniłabym uderzenie wilgotnego, tropikalnego powietrza po wyjściu z lotniska uważanego za jeden z największych i najbardziej zatłoczonych portów lotniczych w Azji (Soekarno-Hatta), położonego w obszarze metropolitalnym Dżakarty (Jabodetabek), albo niezwykły widok na ten ogrom wysp z góry, który podziwiałam, gdy samolot zaczął zbliżać się do lądowania. Terytorium państwa, złożonego z tysiąca zielonych punktów na niebieskim tle, nie sposób było objąć wzrokiem. Ten kraj zajmuje obszar 1,9 mln km². Składa się na niego ponad 17,5 tys. wysp, zamieszkanych przez blisko 270 mln ludzi. Jeśli przyjrzymy się mapie, przekonamy się, że Indonezja rozciąga się na niemal całą szerokość Azji Południowo-Wschodniej (ponad 5,1 tys. km) i zdaje się w tajemniczy sposób łączyć dwa oceany: Indyjski i Spokojny. Ta rozciągłość przekłada się m.in. na różnice w pogodzie, o których warto pamiętać przy planowaniu podróży. W zależności od konkretnej wyspy różnie wypada tu pora sucha i deszczowa. Cały kraj cechuje jednak typowy klimat równikowy, odznaczający się dużą wilgotnością powietrza i wysokimi temperaturami przez okrągły rok.

 

Balijczycy praktykują zwyczaj przygotowywania darów dla bogów każdego dnia

© Wonderful Indonesia

 

Ze względu na tak ogromną powierzchnię Indonezja jest także bardzo różnorodna. Znajdziemy tutaj wysokie góry i wulkany, zielone doliny, gęste lasy deszczowe, malownicze wodospady i jeziora oraz spektakularne plaże – jednym słowem wszystko, o czym może marzyć podróżnik. To największe wyspiarskie państwo świata stanowi też wielobarwny i fascynujący tygiel kulturowy. Żyje w nim powyżej 300 grup etnicznych, mówiących w ponad 720 językach (tym oficjalnym jest indonezyjski, powstały na bazie malajskiego). Indonezyjczycy są dumni ze swoich lokalnych tradycji i obrzędów, a ich kulturowe zróżnicowanie najlepiej oddaje narodowe motto, widniejące na godle: Bhinneka Tunggal Ika, czyli „Jedność w różnorodności”. Każda wyspa wydaje się tu osobnym światem, pełnym odrębnych wierzeń oraz sobie właściwych kulturowych i przyrodniczych skarbów. To sprawia, że można ten kraj odkrywać bez końca.

 

Buddyjski kompleks świątynny Borobudur na Jawie

© Wonderful Indonesia

 

WIELKI DURIAN

Naszą podróż zacznijmy od Jawy. Jest ona najbardziej zaludnioną wyspą świata. Zamieszkuje ją ok. 145 mln ludzi, czyli ponad połowa populacji Indonezji. Na zachodnio-północnym wybrzeżu Jawy leży stolica kraju, Dżakarta, nazywana Wielkim Durianem (na terenie jej obszaru metropolitalnego – Jabodetabek – żyje ponad 32 mln osób). Mówi się, że budzi równie skrajne emocje jak ów tropikalny owoc obdarzony specyficznym zapachem, uznawany tutaj za narodowy. Można ją kochać lub jej nienawidzić. Metropolia ta funkcjonuje na prawach prowincji i składa się z pięciu miast (zwanych kota): Dżakarty Północnej, Południowej, Wschodniej, Centralnej i Zachodniej – szczególnie dwie ostatnie są chętnie odwiedzane przez turystów.

W centralnej części stolicy warto zajrzeć na plac Merdeka i do pobliskiego Meczetu Niepodległości (Masjid Istiqlal), udostępnionego wiernym w 1978 r., uchodzącego za największy w Azji Południowo-Wschodniej. Zbudowano go tuż obok strzelistej, neogotyckiej Katedry (Gereja Katedral Jakarta), pochodzącej z przełomu XIX i XX w. Ta koegzystencja islamskiej i katolickiej świątyni jest charakterystyczna dla tego wielokulturowego państwa, które stara się, żeby wyznawcy różnych dominujących w nim religii mogli normalnie żyć obok siebie, co się zazwyczaj udaje. Indonezja to dość konserwatywny kraj, ale otwarty na różnice. Choć większość populacji (ponad 87 proc.) stanowią tu muzułmanie, konstytucja gwarantuje prawo do wolności wyznania. Za oficjalne religie uznaje się islam, buddyzm, hinduizm, konfucjanizm, protestantyzm i katolicyzm. Ta wieloreligijność wpisana w multikulturowy pejzaż kraju wpływa na atmosferę Dżakarty, której architektura łączy w sobie inspiracje pochodzące z różnych, często odległych porządków. Obok tradycyjnych świątyń reprezentujących rozmaite religie trafimy w niej na drapacze chmur, nowoczesne centra handlowe i ślady kultur Starego Kontynentu. Najsilniej odcisnęły się wpływy holenderskie – Indonezja od początku XVII w. była stopniowo podbijana przez niderlandzką Republikę Zjednoczonych Prowincji i znajdowała się pod zwierzchnictwem Holendrów aż do wybuchu II wojny światowej. W latach 1942–1945 okupowała ją Japonia, a po wojnie kraj zaczął wyzwalać się spod obcych wpływów i w 1949 r. ogłosił niepodległość. W Dżakarcie, niegdyś głównym ośrodku Holenderskich Indii Wschodnich zwanym Batawią, ślady kolonialnej przeszłości są dziś najbardziej widoczne w starej dzielnicy Kota Tua. Rozciąga się ona wokół placu Fatahillaha (Taman Fatahillah), stanowiącego serce stolicy kolonii Holendrów. Znajduje się tutaj m.in. Ratusz (Stadhuis) z 1710 r. (obecnie Muzeum Historii Dżakarty), słynna XIX-wieczna Café Batavia i uliczki pełne zabudowy inspirowanej stylem holenderskiej architektury miejskiej.

 

UROK WIELOKULTUROWOŚCI

Choć indonezyjska stolica skrywa wiele ciekawych miejsc, to jako zatłoczona i słynąca z męczących korków metropolia rzadko zatrzymuje przyjezdnych na dłużej. Podróżnicy zwykle uciekają z niej w inne zakątki kraju, np. do położonej ok. 520 km na południowy wschód stąd Yogyakarty (Jogyakarty), uważanej za kulturalną stolicę Jawy i całej Indonezji. Nazywana pieszczotliwie Yogya, jest bardziej urokliwą i zadbaną siostrą Dżakarty, usytuowaną u stóp wulkanu Merapi (Góry Ognia – ok. 2920 m n.p.m.). To miasto pełne sztuki ulicznej, barwnych targów, muzeów, kawiarni i intelektualnej energii – słynie z dużej liczby uczelni i stanowi siedzibę jednego z czołowych indonezyjskich uniwersytetów (Universitas Gadjah Mada). Po Yogyakarcie można spacerować godzinami, podziwiając m.in. lokalne wyroby z batiku, czyli barwnie zdobionej tkaniny, z której słynie Indonezja. Trafimy na nie choćby przy głównej ulicy handlowej – gwarnej, nieco chaotycznej i wypełnionej sklepikami Jalan Malioboro.

W mieście warto też wybrać się na tradycyjne przedstawienie marionetek (wayang golek) – spektakl klasycznej sztuki lalkarskiej pochodzącej z zachodniej Jawy. Smukłe lalki z drewna odgrywają podczas takiego widowiska swój teatr. Jednym z jego stałych elementów jest muzyka wykonywana przez zespół gamelan. Lalkarzom akompaniują muzycy grający m.in. na gongach, bębnach (membranofonach), saronie (metalofonie z siedmioma płytkami z brązu) i sulingu (długim, bambusowym flecie). Na koncert gamelanu można wybrać się np. do pałacu Kraton (Keraton), kompleksu wybudowanego za czasów panowania sułtana Hamengkubuwono I (przypadających na lata 1755–1792) – fundatora dynastii do dziś sprawującej władzę w sułtanacie Yogyakarta. Inne warte wizyty miejsce stanowi Pałac Wodny Taman Sari, dawna posiadłość wypoczynkowa władców, na której terenie znajduje się m.in. podziemny meczet (Sumur Gumuling). Koniecznie należy również zajrzeć na jeden z lokalnych targów, choćby wielki Pasar Beringharjo, gdzie czekają liczne stoiska z egzotycznymi przyprawami i owocami morza oraz półki uginające się od wyrobów z batiku i innych lokalnych tkanin, bambusa czy popularnego w Indonezji rattanu.

Kolejnym powodem, dla którego podróżnicy ściągają do Yogyakarty, jest fakt, że służy ona za świetną bazę wypadową do odwiedzenia dwóch najsłynniejszych świątyń w kraju, wpisanych w 1991 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Pierwsza z nich to Borobudur – jedna z największych buddyjskich budowli sakralnych na świecie, wzniesiona ok. VIII–IX w. na niewielkim wzgórzu. Na jej usytuowanych schodkowo tarasach można podziwiać 2672 reliefy i 504 posągi Buddy. Ok. 50 km na południowy wschód stąd leży największy kompleks świątyń hinduistycznych w Indonezji. Zabudowania Prambanan postawiono mniej więcej w podobnym czasie (w połowie IX stulecia), co jej buddyjską „sąsiadkę”. Poświęcono je trzem aspektom boga: Brahmie, Wisznu i Śiwie. Oba obiekty były przez lata opuszczone – na nowo odkryli je w XIX w. Brytyjczycy. Dziś stanowią jeden z największych skarbów kulturowych Indonezji i należą do najważniejszych symboli jej różnorodności religijnej.

 

WŚRÓD SMOKÓW I DUCHÓW

Ten azjatycki kraj leży w strefie tzw. Pacyficznego Pierścienia Ognia, obszaru charakteryzującego się dużą aktywnością sejsmiczną i wulkaniczną. Na jego wyspach znajduje się mniej więcej 400 wulkanów, z czego 127 pozostaje czynnych. Jednym z najpopularniejszych wśród turystów jest jawajski Bromo (2329 m n.p.m.), z którego rozciąga się spektakularny widok na okolicę, m.in. Park Narodowy Bromo Tengger Semeru. Z kolei najwyższy (i przy tym aktywny) wulkan Indonezji to Kerinci (3805 m n.p.m.) z Sumatry, drugiej po Jawie najbardziej zaludnionej wyspy Indonezji (z ponad 50 mln mieszkańców). Cieszy się on dużą popularnością szczególnie wśród osób uprawiających trekking. Leży na terenie Parku Narodowego Kerinci Seblat, jednego z 12 sumatrzańskich parków narodowych. Sumatrę chętnie odwiedzają amatorzy wypraw trekkingowych i miłośnicy dzikiej przyrody. Położona na równiku, skąpana w soczystej zieleni, przyciąga masywnymi, pokrytymi lasami deszczowymi łańcuchami górskimi, stromym, wulkanicznym wybrzeżem, które wygląda niczym wyjęte z baśni, malowniczymi polami ryżowymi i rozległymi plantacjami rozmaitych owoców tropikalnych. Na wyspie występują też niesamowite zwierzęta – choćby wolno żyjące orangutany, które spotkamy w Parku Narodowym Gunung Leuser, jednym z największych indonezyjskich rezerwatów przyrody (o powierzchni ok. 8 tys. km²). W 1973 r. został tu założony ośrodek rehabilitacji (w wiosce Bukit Lawang), gdzie te ginące zwierzęta mogą liczyć na ochronę i opiekę medyczną. W parku mieszkają także przedstawiciele wielu innych zagrożonych gatunków, m.in. nosorożce, tygrysy i słonie sumatrzańskie.

Wymienione stworzenia to tylko niewielka część egzotycznej fauny żyjącej w tym kraju. Prawdziwym jego skarbem są warany, będące obecnie największymi jaszczurkami na ziemi: dorosłe osobniki osiągają nawet 3 m długości i ważą ponad 70 kg. Te potężne gady, nazywane Smokami Indonezji, żyją w Parku Narodowym Komodo, który w 1991 r. został wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO ze względu na wielkie bogactwo świata roślin i zwierząt. Poza waranami żyją tutaj również m.in. konie, woły, dziki, małpy (makaki krabożerne), łaskuny palmowe, jelenie (sambary sundajskie) i różne gatunki ptaków. W granicach parku leży kilkadziesiąt niewielkich wysepek oraz trzy większe wyspy: Rinca, Padar i właśnie Komodo.

Podczas podróży w te rejony warto zajrzeć też na Flores, wciąż jeszcze w wielu miejscach dziewiczą i nieodkrytą przez turystów. Zachwyca ona swoją przyrodniczą różnorodnością. Na wyspie są rajskie plaże, zielone i górzyste tereny z gorącymi źródłami i wodospadami oraz osiągający wysokość 1639 m n.p.m. wulkan Kelimutu. W jego kraterze znajdują się trzy jeziora zmieniające barwę – bywają błękitne, granatowe, zielone, czarne, a nawet białe i czerwone. Jak mówi lokalna legenda, na ich dnie mieszkają duchy i to właśnie od ich humoru zależy, jaki kolor przyjmie woda. Flores, podobnie jak cała Indonezja, wierzy głęboko w magię, którą wszystko jest tu podszyte i chętnie tłumaczone. Magia leczy i uzdrawia bądź przeciwnie – sprowadza na kogoś zły urok. Tylko od nas zależy, czy także w te legendy uwierzymy, ale z jednego musimy zdawać sobie sprawę: jeśli poddamy się mistycznej atmosferze indonezyjskich wysp, nie będzie to wcale takie trudne.

 

Warany, największe obecnie żyjące jaszczurki na świecie, zamieszkują Park Narodowy Komodo

© Wonderful Indonesia

 

NA WYSPIE BOGÓW

Paul Theroux, należący do najwybitniejszych pisarzy podróżników XX w., jedną ze swoich wypraw odbył kajakiem. Przepłynął nim część Pacyfiku od wybrzeży Nowej Zelandii po Hawaje. W literackim dzienniku z tej niezwykłej włóczęgi (pt. Szczęśliwe wyspy Oceanii. Wiosłując przez Pacyfik) tak opisał swoje przemyślenia na temat odwiedzanych lądów: Elementem wspólnym nie jest pejzaż wysp ani ich położenie na mapie świata, lecz sam charakter miejsca otoczonego przez wodę, żywioł sam w sobie magiczny i będący czynnikiem przemiany. Wyspa ma szczególną moc panowania nad swoimi mieszkańcami – czy to rodzimymi, czy to rozbitkami, czy też domniemanymi kolonistami – i chyba dlatego wyspy są tak pełne mitów i legend. Ten fragment doskonale oddaje specyfikę jednej z najbardziej niezwykłych wysp Indonezji – pełnej magii i uroku, od lat przyciągającej podróżnych tajemniczą siłą Bali. Popularnym kierunkiem turystycznym stała się ona już w latach 20. XX w. Wtedy odkryła ją europejska i amerykańska bohema. Wakacje spędzali tu m.in. aktor Charlie Chaplin czy pisarz H.G. Wells.

Ten uwielbiany przez turystów zakątek Indonezji jest pod wieloma względami wyjątkowy, m.in. z powodu swojej historii. W czasach kolonialnego podboju wyspa długo zachowywała niezależność od Holendrów, którzy zaczęli ją sobie podporządkowywać dopiero od lat 40. XIX stulecia. Bali stanowi także dziś kroplę hinduizmu w morzu dominującego w kraju islamu. Hinduistami jest aż ok. 83 proc. z jej 4,5 mln mieszkańców. Hinduizm balijski to w istocie mieszanka hinduizmu z elementami buddyzmu i lokalnych wierzeń animistycznych. Religijność wyspiarzy widać na każdym kroku. Balijczycy zaczynają dzień od złożenia ofiary i tak również go kończą. Pragną nią przejednać złe demony i podziękować dobrym bogom. W tym celu przygotowują specjalne podarki, które umieszczają w koszach wiszących nad skrzyżowaniami ulic, przed wejściami do supermarketów czy sklepów, szpitali, szkół i urzędów. Jednym z popularnych rytuałów jest też piłowanie zębów – ostre uzębienie uchodzi tutaj za symbol złych duchów. Zgodnie z tradycją Balijczykom już we wczesnej młodości skraca się sześć przednich zębów (górne siekacze i kły). W ten sposób wypędza się z człowieka demony i otacza się go ochroną.

Ta niemal namacalna wiara w magię i wyższe siły kierujące ludzkim życiem jest na Bali wszechobecna, stanowi naturalny element codziennego życia mieszkańców. Przyjazne i złośliwe duchy wnikają w tkankę balijskich wiosek i miasteczek, snują się nad licznymi polami ryżowymi i wypełniają lasy deszczowe. Słusznie określa się więc Bali mianem Wyspy Bogów. Niemal wszędzie spotkamy na niej malownicze świątynie, będące jej prawdziwą wizytówką. Na stosunkowo niedużym terenie (ok. 5,7 tys. km²) znajduje się tu ich ponad 20 tys. Co znamienne, w każdej, nawet najmniejszej osadzie można natknąć się na kapliczki i inne miejsca kultu. Do jednej z najbardziej charakterystycznych, tłumnie odwiedzanych świątyń Bali należy Pura Ulun Danu Bratan (Pura Bratan), spektakularnie położona nad jeziorem Bratan, na północny wyspy. Ważnym tutejszym ośrodkiem religijnym jest także leżąca ok. 22 km w linii prostej na południowy wschód stąd Świątynia Świętej Wody – Pura Tirta Empul. Wzniesiono ją w X w. w miejscu bijącego źródła, które ma ponoć magiczną i uzdrawiającą moc: podobno ten, kto się w nim zanurzy, nigdy się nie zestarzeje. Za najważniejszy i największy ośrodek kultu na Bali uważa się Pura Besakih. To imponujący kompleks kilkudziesięciu świątyń zbudowanych na zboczach wulkanu Agung (3031 m n.p.m.). Często odbywają się tu ważne ceremonie i docierają liczne pielgrzymki hinduistów ubranych w kolorowe sarongi bądź tradycyjne balijskie śnieżnobiałe stroje.

 

BALIJSKIE SKARBY

Wzdłuż wybrzeża Bali, zwłaszcza na wschodzie i południu, leżą kurorty, mniejsze osady i miasteczka. Stolicą wyspy jest 900-tysięczny Denpasar, do którego ze względu na znajdujący się w tym rejonie port i międzynarodowe lotnisko zwykle najpierw docierają podróżni. Jeśli ktoś lubi życie nocne, powinien stąd wyskoczyć na południe – do pełnej backpackerów i innych turystów imprezowej Kuty. Kto woli zatrzymać się w nieco spokojniejszym miejscu, niech postawi na miasto Ubud, położone w otoczeniu pól ryżowych. Mimo popularności wśród przyjezdnych nie straciło ono swojego czaru i jest jednym z najbardziej urokliwych zakątków w całej Indonezji. Ze względu na położenie wydaje się świetną bazą wypadową dla tych, którzy chcą wypożyczyć samochód lub skuter i zjechać na własną rękę pobliskie plaże, ukryte w lesie tropikalnym wioski czy plantacje owoców i kawy.

Miasto stanowi też artystyczne i duchowe serce Bali. Ubud wypełniają świątynie, eleganckie sklepy, kawiarnie, muzea oraz galerie z pracami lokalnych twórców. Przy wąskich uliczkach stoją budynki w tradycyjnym balijskim stylu. Miejscowe domostwa okolone są najczęściej murem (który ma strzec mieszkańców przed złymi duchami) i konstruowane wedle ściśle określonych zasad. Od frontu znajduje się pawilon do przyjmowania gości, a w środku – obszerny dziedziniec z właściwym budynkiem mieszkalnym, ozdobioną ornamentami świątynią i otaczającymi ją posągami. Tym, co w Ubud zwraca uwagę, jest również tradycyjny styl hoteli czy bungalowów. Swoim charakterem świetnie współgrają one z krajobrazem – nie spotkamy tu wysokich, szklanych wieżowców i apartamentowców, które dominowałyby w okolicy. Jeden z doskonałych przykładów miejscowej idealnie dopasowanej do otoczenia architektury stanowi stojący w sercu miasta Puri Saren Agung, kompleks z pałacem wzniesiony na początku XIX w., a następnie odbudowany w 1917 r. po trzęsieniu ziemi. Warto odwiedzić go zwłaszcza po zachodzie słońca, gdy odbywają się pokazy tradycyjnego tańca balijskiego, uważanego na wyspie za najważniejszy rodzaj sztuki. Służy on rozrywce, ale – jak niemal wszystko tutaj – ma także znaczenie religijne. Jest jednym ze sposobów na zbliżenie się człowieka do bóstw i opowiedzenie śmiertelnikom ich historii.

 

SMAKI TROPIKALNEGO RAJU

Inna specjalność najpopularniejszej wyspy Indonezji to masaż balijski, opierający się na technikach zaczerpniętych z medycyny chińskiej, akupresury, aromaterapii, refleksologii i ajurwedy. Ze względu na swoją skuteczność i relaksacyjne działanie stał się znany na całym świecie, również w Polsce, jednak na Bali zdaje się mieć wyjątkową moc. Najlepiej skusić się na niego na którejś z licznych plaż, gdzie dzięki szumowi morza i zapachowi orientalnych olejków rzeczywiście można się odprężyć.

Kolejną wielką atrakcję stanowią tu właśnie plaże, na południu szersze i jaśniejsze, na północy wulkaniczne i ciemniejsze. Przyciągają wszystkich przyjezdnych: zarówno tych, którzy chcą po prostu poleżeć i wypocząć, jak i osoby szukające okazji do uprawiania sportu. Dla wielu miłośników nurkowania ulubioną częścią wyspy jest północne i przede wszystkim wschodnie wybrzeże, w pobliżu którego można znaleźć mieniące się kolorami rafy koralowe i liczne wraki oraz spotkać przedstawicieli bogatej fauny. Amatorzy surfingu najchętniej wybierają się na południe – m.in. na plaże w okolicach Kuty oraz miejscowości Seminyak i Canggu. Z kolei moim absolutnym odkryciem była srebrzysta plaża Nyang-Nyang na samym południowym krańcu Bali, rozciągająca się na długości ok. 1,5 km. Aby się na nią dostać, należy odbyć kilkugodzinny trekking z Pecatu lub świątyni Uluwatu (Pura Luhur Uluwatu). Ten utrudniony dostęp sprawia, że wydaje się ona jedną z bardziej dziewiczych i naturalnych plaż w tej części wybrzeża. Jeśli zaś trafimy na wschód wyspy, warto zajrzeć na plaże w pobliżu miejscowości Amed. Są długie i szerokie, w niektórych mniej uczęszczanych miejscach niemal śnieżnobiałe, w tych bardziej popularnych – wypełnione restauracjami, kawiarniami i warungami, czyli barami lub po prostu budkami z pysznymi lokalnymi specjałami i świeżo wyciskanymi sokami.

Jeśli już wspominamy o jedzeniu, należy zdawać sobie sprawę, że kuchnia Indonezji, zrodzona z inspiracji m.in. smakami Indii, Chin i Bliskiego Wschodu, jest równie różnorodna i bogata we wpływy rozmaitych kultur jak sam kraj. Wydaje się zatem kolejnym tematem na osobną opowieść. Typowe indonezyjskie produkty to przede wszystkim ryż, uprawiany na licznych plantacjach, a także tropikalne owoce, które zwykle trudno spotkać w innych częściach globu, takie jak choćby rambutan. Ma on wielkość śliwki, a jego – zależnie od odmiany – purpurową, czerwoną lub pomarańczową skórkę pokrywają włoski (stąd zresztą pochodzi jego nazwa, rambut w języku malezyjskim oznacza „włosy”). Osobliwym owocem jest też salak jadalny (oszpilna jadalna), uprawiany głównie na Jawie i Sumatrze. Kształtem przypomina czosnek, ale z twardą, kłującą skórką przywodzącą na myśl łuski. Bardzo pożywny salak jadalny świetnie gasi pragnienie, a sami Indonezyjczycy uważają go za środek wzmacniający odporność. Kluczowym elementem tutejszej sztuki kulinarnej są jednak przyprawy. W Indonezji dania doprawia się przede wszystkim goździkami, kardamonem, kurkumą, galangalem, trawą cytrynową, czosnkiem, pastami z krewetek i orzechów ziemnych oraz papryczkami chili. Największym królem dodatków decydujących o charakterze potraw jest mleczko kokosowe – w żadnym innym kraju na świecie nie używa się go tyle co tu.

Do tradycyjnych dań indonezyjskiej kuchni należą nasi goreng – smażony ryż z rozmaitymi przyprawami, słodkim sosem sojowym i mięsem lub warzywami, satay (sate) – kawałki lub plastry mięsa (najczęściej kurczaka bądź jagnięciny) grillowane na patyczku bambusowym i podawane z sosem orzechowym, jak również nasi padang – ryż serwowany z mięsem, rybą albo warzywami, polany mleczkiem kokosowym z curry, limonką, czosnkiem i masą ziół. Te trzy potrawy pachnące dalekim Orientem spotkamy w Indonezji wszędzie, ale wiele pozycji z menu Indonezyjczyków przyrządza się tylko na konkretnej wyspie czy w danym regionie. Typowe tradycyjne dania zjemy na Jawie. Najbardziej pikantne podaje się w warungach i restauracjach Sumatry. Z wysublimowanych i najpiękniej serwowanych potraw słynie Bali i pobliska wyspa Lombok (jej nazwa w tłumaczeniu na polski oznacza swoją drogą paprykę chili).

Właśnie ta ostatnia, spokojniejsza i słabiej rozpoznawalna niż jej popularna sąsiadka, będzie ostatnim przystankiem naszej podróży po tym fascynującym kraju. Lombok najlepiej odwiedzić w maju, na początku pory suchej – zachwyca wówczas bujną roślinnością, jaka rozwinęła się po kilku miesiącach letniego monsunu. Jej góry i wzniesienia są jednak przez cały rok pokryte soczyście zielonymi lasami deszczowymi, które – gdy spojrzy się na nie z większej odległości – zdają się wspinać znad złocistych plaż pod samo niebo. W tutejszym krajobrazie wyróżnia się czynny wulkan Rinjani (3726 m n.p.m.), dla mieszkańców od wieków stanowiący serce wyspy i miejsce święte. Zresztą cała Lombok wydaje się, podobnie jak większa od niej Bali, emanować magią i od pierwszej wizyty oczarowuje. Jej tajemniczą atmosferę zdają się potwierdzać słowa wspomnianego Paula Theroux, który podczas swojego rejsu po oceanie napisał: Nie wiem, czy to złudzenie czy nie, ale ową aurę tajemnicy i władzy wyczuwają wszyscy rodowici mieszkańcy wysp i wszyscy, którzy do nich tęsknią. Wyspa pod wieloma względami przewyższa księstwo. Jest ostatecznym schronieniem – światem magicznym i niezniszczalnym.

Wydanie jesień-zima 2018