SYLWIA JEDLAK-DUBIEL

<< Wysokie oparcia siedzeń w przedziale, miarowy stukot kół o szyny, zapach świeżego powietrza wpadającego przez uchyloną szybę, cienie osób przechodzących co chwilę korytarzem, stanowczy głos konduktora i obrazy migające za oknem, zapowiadające ekscytującą wyprawę w nieznane – jako dziecko chyba każdy z nas czuł ten dreszcz emocji podczas podróży pociągiem. Świat w okiennej ramie zmieniał się jak w kalejdoskopie, a my pędziliśmy przed siebie po torach ciągnących się w nieskończoność. Raz otaczały nas kolorowe pola i łąki, innym razem ciemny las, wysokie góry czy pstrokate zabudowania miasta, ale kto wie, co wyłoni się za kolejnym zakrętem, kto wsiądzie na następnej stacji. Od czasu do czasu rozlega się przeciągły gwizd lokomotywy… Chodź dziś ludzie przesiadają się częściej do samochodów i samolotów, kolej ma nadal swoich zagorzałych zwolenników i to nie bez powodu. Są na świecie takie trasy, które nikogo nie pozostawiają obojętnym. Podróż nimi gwarantuje niezapomniane przeżycia i dostarcza wspaniałych wspomnień na lata. >>

W starożytnym Cesarstwie Rzymskim do transportu i przemieszczania się wozami konnymi wykorzystywano koleiny w kamiennych drogach. W XV stuleciu w europejskich kopalniach ciężkie ładunki przewożono po drewnianych szynach. Cztery wieki później w Wielkiej Brytanii uruchomiono kolej konną. Prawdziwa rewolucja zaczęła się od wynalezienia maszyny parowej, a właściwie ulepszenia atmosferycznego silnika parowego Thomasa Newcomena (1664–1729), przez Jamesa Watta (1736–1819) w 1763 r. Stąd już tylko krok dzielił ludzkość od powstania parowozu, zbudowanego przez Richarda Trevithicka (1771–1833). Za ojca lokomotywy parowej uważa się jednak George’a Stephensona (1781–1848) – twórcę Rakiety (The Rocket), zwycięzcy w konkursie Kolei Liverpool i Manchester (Liverpool and Manchester Railway). Tak rozpoczęła się era transportu kolejowego. W 1879 r. Werner von Siemens (1816–1892) na wystawie w Berlinie zaprezentował elektrowóz, który ciągnął ławeczki dla pasażerów. Wkrótce lokomotywy elektryczne zaczęły wypierać parowe. Jednocześnie pojawiły się też maszyny spalinowe z silnikiem Diesla. Współczesne pociągi różnią się od tych pierwszych nie tylko wyglądem, lecz także możliwościami. Rekord prędkości (581 km/godz.!) należy od grudnia 2003 r. do modelu MLX01 japońskiej kolei magnetycznej SCMaglev.
Wbrew pozorom dzisiejsze podróże nie oznaczają tylko szybkiego przemieszczania się z jednego punktu do drugiego. Mogą być również przeżyciem samym w sobie. Tak właśnie jest w przypadku najbardziej wyjątkowych linii kolejowych. Chcielibyśmy zaprezentować Wam, drodzy Czytelnicy magazynu All Inclusive, 10 wybranych przez nas pociągów, przewoźników bądź tras, które szczególnie zasługują na uwagę: od europejskich klasyków przez zadziwiające rozmachem projekty z Nowego Świata po prawdziwe klejnoty w koronie.

 

KOLEJE RETYCKIE
W szwajcarskim kantonie Gryzonia między górskimi szczytami mkną wagony Kolei Retyckich (Rhätische Bahn). Ich dumą są wspaniałe ekspresy Bernina (Bernina Express) i Lodowcowy (Glacier Express). Trasa tego pierwszego prowadzi z Chur przez St. Moritz do Tirano we Włoszech. Odcinek Thusis–Tirano wraz z krajobrazem kulturowym Alp (łańcuchy górskie Albula i Bernina) został wpisany w 2008 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Po drodze Bernina przemierza 55 tuneli oraz 196 mostów i stromych wzniesień, a także pokonuje najwyższy punkt Kolei Retyckich – stację Ospizio Bernina (2253 m n.p.m.). Z Tirano można autobusem Bernina Express Bus dostać się do Lugano nad jeziorem o tej samej nazwie przez włoski region Valtellina, słynący z wyśmienitych win.

FOT. RHAETISCHE BAHN

Ekspres Bernina wspinający się na Wiadukt Spiralny Brusio


    Ekspres Lodowcowy przewozi natomiast pasażerów z St. Moritz do Zermatt, gdzie wznosi się najsłynniejszy chyba alpejski szczyt Matterhorn (4478 m n.p.m.). Zanim jednak tam dotrze, czeka go jeszcze przejazd przez 291 mostów i 91 tuneli. Jednym z najbardziej spektakularnych miejsc na szlaku Kolei Retyckich jest sześcioprzęsłowy Wiadukt Landwasser o 65 m wysokości i 136 m długości. Zbudowano go z wapiennych kamieni nad rzeką Landwasser na początku XX w. Poza tym niezwykłych doznań dostarcza też pokonanie tzw. Wiaduktu Spiralnego Brusio. Podróż pociągami szwajcarskiego przewoźnika to nie tylko zapierające dech w piersiach widoki, lecz także komfortowa wycieczka. Okolicę najlepiej podziwiać z wagonów panoramicznych. W Berninie zamówimy przekąski i napoje z baru, a w Ekspresie Lodowcowym przyniosą nam obiad wprost do stolika przy naszym fotelu, a dzięki podręcznym słuchawkom dowiemy się ciekawych informacji o trasie. Bilet z St. Moritz (przez Chur) do Zermatt kosztuje 262 CHF (franków szwajcarskich) w pierwszej klasie i 149 CHF w drugiej klasie. Cena przejazdu z Chur do Tirano wynosi odpowiednio 109 i 62 CHF. Każdorazowo trzeba również wykupić miejscówkę.

 

FLÅMSBANA
W Norwegii w dolinie Flåmsdalen kursuje kolej Flåmsbana. Łączy miejscowość Flåm, położoną nad odnogą najdłuższego niepokrytego lodem fiordu na świecie Sognefjord (Sognefjorden) – Aurlandsfjord (Aurlandsfjorden), ze stacją Myrdal na linii Bergensbanen, wiodącej z Bergen do Oslo. Pierwszy z tych punktów znajduje się na wysokości 2 m n.p.m., a drugi – 863 m n.p.m. Trasa ta należy do najbardziej stromych na świecie wśród dróg kolejowych z normalnym torem. W przeważającej części (prawie 80 proc.) jej nachylenie wynosi 55 promili. Ze względu na ten fakt oraz tutejsze przepiękne krajobrazy stanowi jedną z najpopularniejszych atrakcji Norwegii.
    Flåmsbanę otwarto w 1940 r. Wtedy wagony ciągnęła lokomotywa spalinowa. Już 4 lata później używano na tym odcinku trakcji elektrycznej. Tutejsze pociągi przemierzają 20 tuneli, w tym najdłuższy Nåli, i jeden most. Podczas podróży pasażerowie mają szansę zobaczyć to, z czego słynie norweska przyroda: ośnieżone szczyty, górskie rzeki, wysokie urwiska, malowniczy fiord, a nawet wodospady: Kjosfossen i Rjoandefossen. Pierwszy z nich mierzy 225 m wysokości, drugi – 310 m. Oba robią na turystach duże wrażenie. Całkowita długość linii wynosi 20,2 km. Za bilet w jedną stronę (z Myrdal do Flåm lub z Flåm do Myrdal) dla osoby dorosłej zapłacimy 320 NOK (koron norweskich). Nieco niższa cena obowiązuje przy przejazdach grupowych, obejmujących przynajmniej 10 osób.

 

ORIENT EXPRESS
Jaki jest najsłynniejszy europejski pociąg, pobudzający wyobraźnię i kojarzący się z obrazem kontynentu sprzed II wojny światowej? To – oczywiście – osławiony Orient Express, w którym znany belgijski detektyw Herkules Poirot w powieści Agathy Christie (1890–1976) rozwiązał zagadkę tajemniczego morderstwa. Poruszał się on na linii Paryż–Konstantynopol (później: Stambuł) od 1883 r. z przerwami do 1977 r. Historia jego zmieniającego się rozkładu jazdy odzwierciedla losy Europy: zawieszenie połączeń w trakcie wojen światowych, nowe odcinki wytyczone dzięki rozwojowi dróg, skrócenia przejazdu i przeszkody związane z zamkniętymi granicami i żelazną kurtyną.
    Wagony składu z lat 20. i 30. XX w. wykupił później amerykański biznesmen James Sherwood (ur. w 1933 r.). Odrestaurowane zaczęły kursować w 1982 r. pod nazwą Venice Simplon-Orient-Express z Londynu do Wenecji. Dziś odbywającą się raz w roku 6-dniową podróż tym pociągiem niemal oryginalną trasą z Paryża do Stambułu obsługuje firma Belmond. Ceny biletów zaczynają się od 7130 EUR (euro) za osobę. Jeśli dla kogoś to zbyt wygórowana suma, a marzenia o przejażdżce wagonem z epoki dwudziestolecia międzywojennego nie dają mu spokoju, może wybierać wśród tańszych połączeń: z Wenecji do Londynu, Paryża, Budapesztu, Pragi czy Wiednia, z Budapesztu do Londynu lub Paryża, z Pragi do Londynu albo Paryża, z Londynu do Paryża. Co ciekawe, Orient Express gościł również na polskich torach…

 

CHEPE
Przenieśmy się teraz na inny kontynent, do Nowego Świata. W północno-wschodniej części Meksyku, z centrum stanu Chihuahua do wybrzeża Zatoki Kalifornijskiej w sąsiednim stanie Sinaloa wyrusza Chepe (El Chepe). Prekursorem budowy linii kolejowej w tej części Ameryki Północnej był inżynier Albert Kinsey Owen (1847–1916). Ostatecznie całość oddano do użytku w 1961 r., gdy powstał brakujący fragment między Creel i El Fuerte. Dziś z miasta Chihuahua dojedziemy do Los Mochis, leżącego niedaleko brzegu Pacyfiku i portu Topolobampo (stąd też nazwa pociągu – od pierwszych liter nazw własnych Chihuahua i Pacyfik).
    Przejazd Chepe to świetna alternatywa dla standardowych wycieczek po Meksyku. Za jego najciekawszą atrakcję uchodzi m.in. Miedziany Kanion (większy niż Wielki Kanion Kolorado w USA), czyli grupa wąwozów Barrancas del Cobre o ścianach w kolorze miedzi. To prawdziwy cud natury, dlatego lokomotywa zatrzymuje się na stacji Divisadero na 15–20 min., aby pasażerowie jadący dalej mogli przyjrzeć mu się z bliska. Niemniej interesująco wygląda 39-kilometrowy odcinek między Bahuichivo i Témoris z 86 tunelami i trzema poziomami torów kolejowych. Dalej na południe, jeszcze przed El Fuerte znajduje się najwyższy most na trasie – Puente Chínipas (102 m wysokości). Dotarcie z miasta Chihuahua do Los Mochis będzie nas kosztowało ok. 2,5 tys. MXN (pesos meksykańskich) za miejsce w pierwszej klasie i ok. 1,6 tys. MXN w przypadku drugiej klasy. Pociągi są klimatyzowane, ogrzewane i wyposażone w toalety. Do składu dołączany jest też wagon restauracyjny lub barowy.

 

CENTRALNA KOLEJ TRANSANDYJSKA
Nasz opis byłby niepełny, jeśli nie wspomnielibyśmy o Centralnej Kolei Transandyjskiej (Ferrocarril Central Andino). Zaprojektował ją, a także przez pewien czas prowadził jej budowę polski inżynier Ernest Malinowski (1818–1899). Miała ona ułatwić transport towarów (bogactw naturalnych i płodów rolnych) z głębi lądu do portu nad Oceanem Spokojnym. Ukończono ją w 1908 r. Współcześnie stanowi drugą najwyżej położoną linię kolejową na świecie (zaraz po Qinghai–Tybet w Chinach zainaugurowanej w 2006 r.) i prowadzi z Limy do miasta Huancayo w Andach.
    Przejażdżka peruwiańskim pociągiem to rodzaj wspinaczki. Trwa 12 godz. – od 7.00 do 19.00. Ostatni przystanek znajduje się na wysokości 3271 m n.p.m., ale zanim na nim wysiądziemy, musimy przekroczyć przełęcz Ticlio wznoszącą się na 4818 m n.p.m.! Od 1999 r. stoi tam pomnik ku czci Ernesta Malinowskiego projektu polskiego rzeźbiarza Kazimierza Gustawa Zemły (ur. w 1931 r.). Wykonano go w Polsce. Takich widoków, jak wśród szczytów Peru, nie zobaczymy nigdzie na ziemi. Do ich podziwiania najlepiej nadaje się wagon turystyczny z panoramicznymi oknami. Do wyboru są również wagony klasyczne. W 2015 r. za bilet w obie strony na pierwszy z nich trzeba zapłacić 395 PEN (soli), a na drugi – 219 PEN. Centralna Kolej Transandyjska przewozi turystów tylko w porze suchej (zazwyczaj od kwietnia do października) i jedynie kilka razy w roku. Warto więc odpowiednio wcześniej zainteresować się aktualnym rozkładem jazdy.

 

EMPIRE BUILDER
Amatorzy podróży przez kontynent powinni zapoznać się natomiast z ofertą amerykańskiego przewoźnika Amtrak, który zarządza połączeniem Empire Builder (Budowniczy Imperium). Z miasta Chicago nad jeziorem Michigan (należącym do Wielkich Jezior) dojedziemy na drugi kraniec Stanów Zjednoczonych, do Seattle w stanie Waszyngton lub Portland w Oregonie – rozjazd następuje w Spokane. Zajmie nam to ok. 46 godz. Po drodze przemierzymy 7 stanów (8 w kierunku do Portland): Illinois, Wisconsin, Minnesotę, Dakotę Północną, Montanę, Idaho oraz Waszyngton (i Oregon). Codziennie w obie strony wyrusza jeden skład z przedziałami sypialnymi i z miejscami siedzącymi, wagonami restauracyjnymi i widokowym salonem z kawiarnią. Pociąg na tej trasie kursuje od 1929 r. Jego nazwa odnosi się do osoby Jamesa J. Hilla (1838–1916) – dyrektora Wielkiej Kolei Północnej (Great Northern Railway), znanego właśnie jako „Budowniczy Imperium”.
    Przejazd Empire Builder stanowi przede wszystkim wycieczkę krajoznawczą. Na pokładzie wspomnianego wagonu widokowego w sezonie wiosenno-letnim lokalni przewodnicy – podobno w tej roli występują również Indianie – opowiadają o atrakcjach regionu, a mówić jest zdecydowanie o czym. Wśród najciekawszych punktów programu warto wymienić Park Narodowy Glacier (Glacier National Park) czy rozległe koryto najdłuższej rzeki USA Missisipi. Ten pierwszy leży w stanie Montana przy granicy z Kanadą i, jak sama nazwa wskazuje, słynie z lodowców Gór Skalistych. Poza tym za oknem migają nam też obrazy niczym z filmów o Dzikim Zachodzie: ciągnąca się po horyzont preria z rozmieszczonymi gdzieniegdzie domkami i pasącymi się końmi. Koszt takiej wyprawy zaczyna się od 174 USD (dolarów amerykańskich) z wliczoną rezerwacją.

 

ROCKY MOUNTAINEER
Zostajemy w Ameryce Północnej, ale tym razem przekraczamy północną granicę Stanów Zjednoczonych. Właśnie w Kanadzie firma Rocky Mountaineer od 1990 r. organizuje malownicze podróże, głównie na terenie prowincji Kolumbia Brytyjska i Alberta na obszarze pasma Gór Skalistych – Canadian Rockies. Łatwo wpaść tu w zachwyt nad cudownością i majestatem przyrody. Z Vancouver historyczną trasą Pierwsze Przejście na Zachód (First Passage to the West) dotrzemy do Banff lub szlakiem Podróż przez Chmury (Journey through the Clouds) – do Jasper. Do tej ostatniej miejscowości dojedziemy także z Whistler, jeśli wybierzemy wycieczkę Od Lasu Deszczowego do Gorączki Złota (Rainforest to Gold Rush), podczas której ujrzymy właśnie las deszczowy strefy umiarkowanej, błękitne jeziora, kanion Fraser, płaskowyż Cariboo i w końcu wspaniałe szczyty górskie.

FOT. ROCKY MOUNTAINEER

Rocky Mountaineer nad rzeką Bow


    Stosunkowo nowe propozycje stanowią 2 połączenia: międzynarodowe z Seattle w USA (Coastal Passage) oraz transkanadyjskie z Halifax, stolicą prowincji Nowa Szkocja (Coast to Coast). Drogę od Pacyfiku do Atlantyku przemierzymy w zależności od wersji oferty w czasie od 12 do 16 dni. Jak w przypadku wszystkich dłuższych wypraw, noclegi planowane są w hotelach. Koszt konkretnego kursu uzależniony jest od elementów danego wariantu i długości wycieczki. Najtańszy przejazd – Whistler Sea to Sky Climb (z Vancouver do Whistler) – kosztuje od 299 CAD (dolarów kanadyjskich). Natomiast za 16-dniowy Coast to Coast przyjdzie nam zapłacić minimum 6279 CAD. Rocky Mountaineer zajmuje się również sprzedażą pakietów kolejowych łączonych z rejsami statkiem na Alaskę.
    
BLUE TRAIN
Z kolei miłośnikom luksusowych wakacji na pewno przypadnie do gustu przypominający 5-gwiazdkowy hotel Blue Train („Niebieski Pociąg”) z Republiki Południowej Afryki. Główna trasa między Pretorią a Kapsztadem ma 1600 km długości (ponad 27-godzinna podróż). Do wyboru są dwa warianty jej pokonania: w kierunku północnym z przystankiem w Matjiesfontein, w trakcie którego odbywa się poczęstunek sherry w barze, oraz w kierunku południowym ze zwiedzaniem miasta Kimberly znanego z kopalni diamentów. Od lat 20. XX w. w tej części Afryki jeździły pociągi Union Limited i Union Express. W okresie II wojny światowej linię kolejową przejęło wojsko. Gdy w 1946 r. wznowiono kurs, przyjęła się nowa nazwa Blue Train, nadana ze względu na niebieski kolor wagonów.

FOT. THE BLUE TRAIN

Komfortowy wagon restauracyjny w luksusowym pociągu Blue Train


    Przejazd tym eleganckim składem gwarantuje niezwykłe przeżycia. Dla pasażerów przygotowano 2-osobowe przedziały o stylowym wystroju w wersji De Luxe Suite (mniejszy) i Luxury Suite (większy). Wyposażono je w klimatyzację, ogrzewanie podłogowe, łazienkę ze złoconą armaturą (w przypadku Luxury Suite z pełnowymiarową wanną), bezprzewodowy internet WiFi i telefon. Ściany wyłożono drewnem. Poza tym można także skorzystać z dodatkowych wagonów: klubowego z barem, lounge z oknami widokowymi i restauracyjnego, gdzie serwowane są wykwintne dania. Przez całą podróż do dyspozycji jej uczestników pozostają kamerdynerzy. Oczywiście, taki przepych ma również swoją cenę. Miejsce w przedziale współdzielonym z drugą osobą kosztuje od ok. 14 tys. do mniej więcej 15,5 tys. ZAR (randów) poza sezonem i 17–19 tys. ZAR w sezonie. Dodatkową atrakcją, która zostanie wprowadzona w 2016 r., będzie dojazd do miasteczka Hoedspruit leżącego niedaleko Parku Narodowego Krugera – południowoafrykańskiej ostoi dzikich zwierząt.

 

ROVOS RAIL
Pozostajemy jeszcze w RPA, żeby przedstawić innego tutejszego luksusowego przewoźnika – Rovos Rail. Zaprasza on m.in. na krótsze 3-dniowe kursy z Pretorii do: Kapsztadu (1600 km), Wodospadów Wiktorii w Zimbabwe (w 2014 r. dodano do niego wycieczkę do Parku Narodowego Hwange) i Durbanu. Poza tym w jego ofercie znajdują się dłuższe wyprawy z Pretorii do miasta Swakopmund w Namibii (9 dni i 3400 km) oraz z Kapsztadu do Dar es Salaam w Tanzanii (15 dni). Oprócz tego można wziąć udział w 9-dniowych wycieczkach golfowych: Golf Safari i African Golf Collage. Po drodze przewidziano postoje, zwiedzanie i ekscytujące safari.
    Rovos Rail jest firmą prywatną. W 1986 r. Rohan Vos otrzymał pozwolenie na korzystanie z państwowej sieci torów kolejowych. W 1989 r. odbył się pierwszy przejazd. Podróż tymi pociągami to nie tylko poznawanie Afryki i podziwianie niesamowitych krajobrazów, lecz także wyjątkowy komfort jazdy i obsługa na najwyższym poziomie. Przedziały w zależności od wielkości dzielą się na Pullman Suite, Deluxe Suite i Royal Suite (który zajmuje pół wagonu!). W wystroju każdego z nich zadbano o najmniejsze szczegóły. Przestrzeń publiczną tworzą wagony Widokowy (mogący pomieścić 32 gości), dwa Restauracyjne, Klubowy i Lounge. Nie ma w nich głośników radiowych ani ekranów telewizyjnych, a pasażerowie proszeni są o używanie telefonów komórkowych i laptopów w zaciszu swojego apartamentu, aby nie przeszkadzać innym uczestnikom wyprawy. W ten sposób przewoźnik chce oddać atmosferę podróżowania w dawnych czasach. Do kolacji obowiązują natomiast stroje koktajlowe. Za najtańszy bilet (z Pretorii do Kapsztadu w Pullman Suite) zapłacimy obecnie (do 30 września 2015 r.) 15,2 tys. ZAR. Poza tym firma Rovos Rail dysponuje trzema eleganckimi domami dla gości na przedmieściach Kapsztadu w St James – 5-gwiazdkowymi St James Manor, St James Seaforth i St James Homestead.

 

MAHARAJAS’ EXPRESS
Na koniec zostawiamy sobie prawdziwą perłę Indii, jak bez większej przesady można nazwać Maharajas’ Express, obsypany nagrodami dla najbardziej luksusowego pociągu na świecie. Posiada on 43 przedziały dla 88 gości w czterech wersjach – Deluxe Cabin, Junior Suite, Suite i 5-gwiazdkowy apartament prezydencki, a także dwa wagony restauracyjne, jeden barowy i lounge. Wyposażono go we wszystkie udogodnienia typowe dla pokoi hotelowych o wysokim standardzie. Pełen przepychu wystrój ma przypominać wspaniałe salony dawnych maharadżów zafascynowanych koleją żelazną.

FOT. MAHARAJAS’ EXPRESS

Pełna przepychu restauracja Mayur Mahal w Maharajas’ Express


    Linię obsługuje obecnie IRCTC (Indian Railway Catering and Tourism Corporation – Korporacja Cateringu i Turystyki Kolei Indyjskich), a kursuje ona od marca 2010 r. W jej ofercie znajdziemy 5 wycieczek: 8-dniowe Dziedzictwo Indii (Heritage of India), Indyjską Panoramę (Indian Panorama) i Indyjski Splendor (Indian Splendor) oraz 4-dniowe Skarby Indii (Treasures of India) i Klejnoty Indii (Gems of India). Pociąg odjeżdża ze stacji w Delhi lub Bombaju. Po drodze przewidziane są postoje ze zwiedzaniem najciekawszych atrakcji na trasie, a jest ich naprawdę wiele. Maharajas’ Express zabiera swoich pasażerów m.in. do monumentalnego mauzoleum Tadź Mahal w Agrze, wpisanego w 1983 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO, Parku Narodowego Ranthambore, gdzie żyją tygrysy bengalskie, Dźodhpur (Jodhpur) – „Niebieskiego Miasta” koło pustyni Thar, Dźajpur (Jaipur) z niesamowitym Pałacem Wiatrów (Hawa Mahal) z końca XVIII w., Fortu Gwalijar (Gwalior) czy Fatehpur Sikri – dawnej stolicy imperium Wielkich Mogołów. Ceny biletów zaczynają się od 3850 USD (dolarów amerykańskich) dla zakwaterowania w Deluxe Cabin i 12,9 tys. USD w apartamencie prezydenckim. To iście królewska podróż w arystokratycznym wydaniu.

***

To – oczywiście – nie wszystkie legendarne i najbardziej spektakularne trasy kolejowe świata. Zabrakło tutaj np. dostarczającej często ekstremalnych przeżyć Kolei Transsyberyjskiej albo poruszającego się po Wielkiej Brytanii innego pociągu firmy Belmond – Royal Scotsman. Nie da się jednak opisać każdej wyjątkowej linii w jednym krótkim artykule. Na zakończenie, dla tych, którzy jeszcze dość sceptycznie podchodzą do entuzjazmu znacznego grona podróżników zafascynowanych tym tradycyjnym już niemal sposobem podróżowania, cytujemy słowa włoskiego pisarza i filozofa Umberto Eco (ur. w 1932 r.) z jego zbioru felietonów Zapiski na pudełku od zapałek (1993): W technice obowiązuje (…) nieubłagane prawo, które mówi, że kiedy najbardziej rewolucyjne wynalazki stają się dostępne dla wszystkich, przestają być dostępne. (…) Pociąg pokonywał kiedyś odległość z A do B w ciągu na przykład dwóch godzin, ale pojawił się oto samochód, któremu wystarczy godzina. Dlatego samochód kosztował bardzo dużo. Gdy tylko stał się dostępny dla mas, drogi zatkały się i pociąg stał się znowu szybszy. Czy nie warto zatem zmienić czasem środek transportu, usiąść wygodnie w głębokim fotelu, wyciągnąć przed siebie zmęczone nogi, zapomnieć o problemach, spojrzeć na malownicze krajobrazy migające za oknem i zanurzyć się w tej prawie nieuchwytnej atmosferze ciągłego ruchu, przemieszczania się z miejsca na miejsce, pokonywania z łatwością coraz większych odległości…?

Artykuły wybrane losowo

Z czym kojarzy się Peru…?

opracował

MICHAŁ DOMAŃSKI

Zapytaliśmy o to pięciu wybranych ekspertów, którzy znają doskonale tę magiczną krainę Inków… Poniżej znajdują się ich krótkie wypowiedzi na ten temat.

 

JUSTYNA CEMPEL-RYBICKA

PREZES DELUXE TRAVEL CLUB

Tajemnicze, dzikie, bogate w historię i fascynujące Peru kojarzę przede wszystkim z Cuzco, które uznawane jest za najstarsze wciąż zamieszkane miasto kontynentu oraz za archeologiczną stolicę Ameryki. Dzieje świetności i upadku imperium Inków można poznać podczas zwiedzania pobliskich ruin – Sacsayhuamán. Mimo iż Cuzco w języku keczua (miejscowych Indian) oznacza pępek świata, to jednak – moim zdaniem – określenie to pasuje dzisiaj bardziej do wprawiającego w zachwyt, otulonego mgłą i owianego tajemnicą Machu Picchu. Jest to najlepiej zachowane inkaskie miasto. Wzniesiono je w XV w., kiedy cywilizacja Inków znajdowała się u szczytu potęgi. Po ok. 100 latach zostało jednak opuszczone w niewyjaśnionych do dzisiaj okolicznościach. Machu Picchu podzielone jest na dwie części – rolniczą oraz mieszkalną ze Świątynią Słońca, Pałacem Królewskim, Świętym Placem i obserwatorium astronomicznym Intihuatana. W lipcu 2007 r. ogłoszono je jednym z siedmiu cudów świata nowożytnego.

Więcej…

Zaginione skarby Brytyjskich Wysp Dziewiczych

Michał Wangrat

Krzysztof Wacławek

www.w80dni.pl

 

<< Gdy przychodzą nam na myśl karaibskie wakacje, wyobrażamy sobie tropikalny raj na ziemi, gdzie wzdłuż białej plaży skąpanej w słońcu stąpamy po miękkim, koralowym piasku w cieniu kokosowych palm, podziwiając błękitne niebo i przejrzyste, lazurowe morze. Jego łagodny szum oraz odgłosy przyrody dochodzące z oddali sprawiają, że zapominamy o wszelkich doczesnych troskach, szarej rzeczywistości, pośpiechu, stresie i ponurej pogodzie w kraju. Te wspaniałe odczucia stają się rzeczywistością na pewnym zniewalającym archipelagu na Karaibach... >>

Wyspy Dziewicze znajdujące się na Morzu Karaibskim należą do Małych Antyli. Ich obszar został podzielony między wpływy brytyjskie i amerykańskie. W efekcie powstały dwa terytoria zależne: Brytyjskie Wyspy Dziewicze (British Virgin Islands) z czterema głównymi Tortolą, Anegadą, Virgin Gordą i Jost Van Dyke oraz Wyspy Dziewicze Stanów Zjednoczonych (United States Virgin Islands) z trzema głównymi Saint Croix, Saint Thomas i Saint John. Niektórzy do archipelagu zaliczają także tzw. Hiszpańskie Wyspy Dziewicze (Spanish Virgin Islands, Islas Vírgenes Españolas) przyłączone do Portoryko – Culebrę i Vieques2.

Więcej…

Japonia dla początkujących

 

SYLWIA JEDLAK-DUBIEL

 

U wschodnich wybrzeży Azji, na Wyspach Japońskich i kilku mniejszych archipelagach leży kraj dość osobliwy z punktu widzenia Europejczyków. Z jednej strony jest zupełnie wyjątkowy pod względem kultury, z drugiej chętnie czerpie ze zwyczajów popularnych w Stanach Zjednoczonych, położonych po drugiej stronie Oceanu Spokojnego. W Japonii niesamowicie wyraźnie daje się odczuć, że nasz świat to miejsce różnorodne, mozaika rozmaitych rzeczywistości współistniejących ze sobą i wchodzących w zaskakujące relacje.

 

Przed wyjazdem w te strony warto zdać sobie sprawę z kilku rzeczy. Taka wiedza z pewnością ułatwi pierwszy kontakt z tym krajem. Cztery główne wyspy archipelagu – Hokkaido, Honsiu, Kiusiu i Sikoku – układają się w kształt ćwierćokręgu rozciągniętego południkowo, co sprawia, że klimat jest tu zróżnicowany. Ze względu na położenie na styku płyt tektonicznych w Japonii występują częste trzęsienia ziemi, jednak na ogół nie są zbyt silne i bywają nawet nieodczuwalne. Oprócz tego obserwuje się też dużą aktywność wulkaniczną. To azjatyckie państwo ma prawie 378 tys. km2 powierzchni, czyli nieco więcej niż np. Niemcy, ale jego obszar zamieszkuje aż ponad 127 mln ludzi (dla porównania w Polsce żyje ich niemal 38,5 mln). Tę wyjątkową gęstość zaludnienia (ok. 336 osób/km²) najbardziej odczuwa się w większych miastach. Poza tym dobrze pamiętać, że obowiązuje tutaj ruch lewostronny.

 

Na podróż do Japonii zdecydowaliśmy się, ponieważ nigdy nie byliśmy jeszcze w tej części Azji i tak odległa wyprawa wydała nam się niezmiernie ekscytująca. Na wybór tego właśnie miejsca wpłynął również fakt, że nasz kolega właśnie kończył swój doktorat na tutejszej uczelni i jako osobom nieznającym japońskiego mógł służyć nam pomocą. Na dodatek od 2015 r. Polskie Linie Lotnicze LOT obsługują bezpośrednie połączenie między warszawskim Lotniskiem Chopina a Międzynarodowym Portem Lotniczym Narita koło Tokio. Za bilety trzeba co prawda zazwyczaj zapłacić więcej niż w przypadku lotu z przesiadką w Katarze (liniami Qatar Airways) lub Dubaju (Emirates), jednak ze względu na komfort podróży (nie musimy czekać na następny samolot ani martwić się, czy nasz bagaż dotrze do celu) i jej czas (ok. 11 godzin zamiast nawet ponad 20) warto ponieść ten koszt.

 

Plantacje herbaty położone w pobliżu nadal czynnego wulkanu Fudżi

Tea Plantation and Mt

© JNTO

 

SKOK NA GŁĘBOKĄ WODĘ

 

Na początek chciałabym wspomnieć, czego obawialiśmy się przed wyjazdem. Problemem dla nas była głównie bariera językowa. Jak się później okazało, martwiliśmy się niepotrzebnie. Na lotnisku i większych stacjach kolejowych z obsługą komunikowaliśmy się po angielsku. Zakup biletów nie stanowił więc wielkiego wyzwania. W Tokio korzystaliśmy za to z wszechobecnych automatów biletowych opatrzonych także napisami w języku angielskim. Trochę inaczej sytuacja wyglądała w sklepach. Ekspedienci w Japonii podczas odbierania towaru przy kasie, oprócz używania standardowych zwrotów grzecznościowych, informują klienta o wszystkich wykonywanych czynnościach: o sczytywaniu kolejnych produktów, wartości przyjętej gotówki, nominałach przy wydawanej reszcie. Oczywiście, wszystkie kwestie wypowiadają po japońsku. Tak naprawdę przez cały proces można przejść bezboleśnie bez użycia żadnego słowa, na koniec wystarczy się lekko pokłonić i uśmiechnąć. Czasem jednak dochodzi do interakcji. Przy kupowaniu alkoholu w samoobsługowym sklepie niekiedy trzeba potwierdzić, że ma się przynajmniej 20 lat, np. wciskając odpowiedni przycisk na ekranie. Do gotowych dań do odgrzania w domu pracownik przy kasie proponuje pałeczki. Z naszych doświadczeń wynika, że ostatecznie zawsze udaje się porozumieć. Japończycy wykazują po prostu dużą determinację, żeby sprawę zakończyć pomyślnie. W większych restauracjach i lokalach często goszczących turystów złożymy natomiast zamówienie po angielsku. W mniejszych barach z kolei zwykle przy wejściu umieszczone są automaty do zamawiania jedzenia i wystawy prezentujące przykładowe dania wykonane z… tworzywa sztucznego. Oczywiście, jeśli chcemy porozmawiać z Japończykami, musimy znaleźć wspólny język.

 

Pewnym kłopotem dla Europejczyków bywa orientowanie się w układzie urbanistycznym. Japoński system adresowy jest z naszego punktu widzenia dość trudny do opanowania. Wystarczy wspomnieć, że większość ulic w Japonii nie ma nazw. Tutaj największą pomocą była dla nas po prostu nawigacja w telefonie, która ustalała nasze położenie i pokazywała nam drogę do punktu docelowego. Dlatego polecamy na czas podróży zaopatrzyć się w pakiet internetowy. Odpowiadającą nam kartę do telefonu można kupić na miejscu. Ceny w ofertach roamingowych europejskich operatorów bywają zazwyczaj wysokie. Do atrakcji turystycznych prowadzą zwykle dość czytelne oznaczenia. Z pewną satysfakcją mogę też przyznać, że ani razu się nie zgubiliśmy i zawsze udawało nam się dotrzeć do celu, nawet mimo drobnych trudności.

 

METROPOLIA PO JAPOŃSKU

 

Lubię zwiedzać duże miasta. Jest w nich coś wyjątkowo przyciągającego, ponieważ swoim układem, architekturą, rodzajem sieci komunikacyjnej oddają charakter żyjącej w nich społeczności. Dlatego wielką przyjemność podczas pobytu w Japonii sprawiały mi spacery po Tokio, położonym na wyspie Honsiu, której powierzchnia wynosi niemal 228 tys. km². W stolicy kraju wraz z jej obszarem metropolitalnym mieszka ponad 13,6 mln ludzi (w uproszczeniu można powiedzieć, że na Tokio składają się 23 okręgi administracyjne tworzące Tōkyō-to oraz miasta i miejscowości na zachód od niego). To sprawia, że w jej krajobrazie dominuje głównie gęsta zabudowa poprzecinana ciągami komunikacyjnymi. Mamy tu osiedla z blokami, niskie domki ustawione jeden obok drugiego, wysokie błyszczące wieżowce z biurami i apartamentami, a obok nich małe i większe świątynie, sklepy spożywcze, domy towarowe i punkty czy wręcz całe kompleksy z automatami do gier.

 

Aby uświadomić sobie wielkość tego miasta (ok. 2190 km² powierzchni), należy wybrać się na jeden z punktów widokowych. Za najpopularniejsze uchodzą Tokyo Skytree (najwyższa wieża na świecie – 634 m) i Tokyo Tower (333 m). Wejście na nie jest płatne i w przypadku tego pierwszego obiektu dość kosztowne, bo zwykły bilet dla osoby dorosłej na niższą galerię (350 m) kosztuje 2060 jenów (za wjazd na wyższą galerię na 450 m trzeba zapłacić dodatkowo 1030 jenów). Jeśli ktoś nie uważa się za amatora takich atrakcji i postanowił przeznaczyć swój budżet wyjazdowy na inne cele, może wybrać się na darmowy taras widokowy np. w budynku tokijskich władz w dzielnicy Shinjuku (Tokyo Metropolitan Government Building) lub gmachu Bunkyo Civic Center w Bunkyō. Polecam szczególnie podziwianie panoramy Tokio po zmroku – robi niesamowite wrażenie.

 

Zwiedzanie stolicy Japonii zdecydowanie trzeba sobie zaplanować tak w dzień, jak i w nocy. Po zapadnięciu zmierzchu polecam udać się w okolice sztucznej wyspy Odaiba, aby zobaczyć podświetlony Tęczowy Most (Rainbow Bridge). W pobliżu Parku Shiokaze stoi nawet mała amerykańska Statua Wolności. W tej okolicy warto wsiąść do jednego z pociągów kursujących na trasie Tokyo Monorail, kolei jednoszynowej, której pojazdy poruszają się na pewnej wysokości nad ziemią. Po drodze mija się m.in. szklane ściany wieżowców, a między nimi da się nawet dostrzec oświetloną sylwetkę Tokyo Tower. Gdy patrzy się na rozpościerające się z okna wagonu widoki, trudno nie odnieść wrażenia, że trafiło się do miasta przyszłości.

 

Do największych turystycznych atrakcji Tokio należą niewątpliwie Pałac Cesarski, szintoistyczna świątynia Meiji, buddyjski kompleks Sensō-ji czy rozległy park Shinjuku Gyoen. Obcokrajowcy chętnie wybierają się także na niemal zawsze zatłoczone skrzyżowanie koło stacji Shibuya, aby obserwować tłum pieszych wkraczających na nie jednocześnie ze wszystkich stron, gdy zapala się zielone światło. Na skwerze przy jednym z wejść na wspomnianą wyjątkowo ruchliwą stację postawiono pomnik psa Hachikō (popularnej w Japonii rasy akita), który czekał tu codziennie na swojego właściciela, profesora uniwersyteckiego, wracającego do domu. Pewnego dnia jego pan dostał w pracy udaru mózgu i zmarł. Nie pojawił się jak zwykle na stacji, ale Hachikō przez kolejnych ponad 9 lat wciąż przychodził o tej samej porze i go wypatrywał. Wykonany z brązu pomnik jest dziś popularnym miejscem spotkań Japończyków.

 

Na zainteresowanie zasługują też z pewnością dzielnica Akihabara i luksusowy region Ginza w dzielnicy Chūō. W niedzielę ich główne arterie zostają zamknięte dla ruchu samochodowego i udostępnione pieszym (w Ginzie również w sobotę). Akihabara, obecnie w znacznym stopniu nastawiona na turystów, przyciąga głównie amatorów anime (japońskich filmów animowanych), sprzętu elektronicznego i gier komputerowych. Spotkać w niej można dziewczyny poprzebierane za bohaterki animowanych seriali. Funkcjonują tu także maid cafés, czyli kawiarnie, w których gości obsługują kelnerki w strojach pokojówek. W Ginzie dla odmiany działa wiele butików znanych światowych marek modowych takich jak Chanel, Dior, Carolina Herrera, Gucci, Louis Vuitton czy Furla. W tej okolicy znajdują się też luksusowe domy towarowe Wako i Mitsukoshi. Na zakupy przychodzą tutaj eleganckie Japonki.

 

Swoistą atrakcję turystyczną Tokio stanowi metro. Na peronach oznaczone są punkty, w których otwierają się drzwi do wagonu (pociąg zawsze ustawia się zgodnie z tym układem), a przed nimi często znajdziemy wytyczone linie dla oczekujących osób formujących kolejkę do wejścia. Podczas jazdy Japończycy zwykle drzemią lub wpatrują się w ekran swojego smartfona. Bardzo nietaktownym zachowaniem jest rozmawianie przez telefon w pociągu czy prowadzenie głośnej dyskusji ze znajomymi. Należy jednak pamiętać, że w godzinach porannego i popołudniowego szczytu wagony i stacje bywają wypełnione po brzegi.

 

Wiszący Tęczowy Most nad północną częścią Zatoki Tokijskiej

Rainbow bridge

© YASUFUMI NISHI/JNTO

 

WIDOK NA SZCZYT

 

Za jeden z najważniejszych symboli Japonii za granicą uchodzi góra Fudżi (3776 m n.p.m.). Niestety, jej szczyt często kryje się za chmurami. Najlepszym okresem do podziwiania tego czynnego stratowulkanu np. z Tokio są miesiące zimowe, kiedy powietrze bywa zwykle najbardziej przejrzyste. Zazwyczaj góra Fudżi jest najwyraźniej widoczna w godzinach porannych. Zobaczymy ją m.in. z tarasów widokowych Tokyo Skytree i Bunkyo Civic Center.

 

Słynny japoński szczyt górski udaje się dostrzec również z wypoczynkowej miejscowości Hakone, położonej na południowy zachód od stolicy (ponad 80 km). W tym rejonie specjalnie z myślą o turystach przygotowano Hakone Freepass – karnet uprawniający do przejazdu kolejką górską, kolejką linowo-terenową i gondolową, rejsu statkiem po malowniczym jeziorze Ashi oraz poruszania się niektórymi autobusami kursującymi do stacji kolejowej. Z przystani w Hakone-machi przez zrekonstruowany punkt kontrolny z okresu Edo (1603–1868) można przejść na półwysep z punktem widokowym, a potem dotrzeć do Alei Cedrowej. Stąd najlepiej udać się jeszcze do chramu Hakone (Hakone Jinja), którego jedna z bram (torii) wznosi się w wodach jeziora. W niedalekim 200-tysięcznym mieście Odawara na uwagę zasługuje otoczony parkiem zamek obronny.

 

Z Hakone nie zawsze udaje się jednak dostrzec Fudżi. Jeśli ktoś postawił sobie właśnie taki cel podróży po Japonii, polecam wybrać się nad jedno z pięciu jezior znajdujących się w pobliżu wulkanu, np. Yamanaka, Kawaguchi lub Motosu. Na sam szczyt można wejść kilkoma szlakami, a sezon wspinaczkowy wypada w lipcu i sierpniu. Zarówno Japończycy, jak i obcokrajowcy decydują się często na wędrówkę popołudniową i wieczorną, aby wyprawę zakończyć oglądaniem wschodu słońca. Osoby, które źle znoszą szybkie zmiany wysokości, powinny najpierw zaaklimatyzować się do takich warunków.

 

WYPRAWY PO HONSIU

 

Naszą bazą wypadową podczas pobytu w Japonii było Tokio. Odwiedziliśmy więc nowoczesną Jokohamę, gdzie wybraliśmy się na spacer po porcie i zajrzeliśmy do kolorowej chińskiej dzielnicy (Chinatown). Poza tym pojechaliśmy na niewielką wyspę Enoshima, na której czci się występującą w mitologii japońskiej buddyjską boginię urody, bogactwa i muzyki Benzaiten. W okolicy nad głowami przechodniów latają liczne kanie czarne. W tym rejonie warto zwiedzić także Kamakurę, miasto znane ze swoich świątyń (w tym Kōtoku-in z wielkim brązowym posągiem Buddy Nieograniczonego Światła – Daibutsu), które pełniło funkcję stolicy w okresie Kamakura (szogunatu Kamakura, przypadającego od 1185 do 1333 r.).

 

Nie mogliśmy też odmówić sobie podróży shinkansenem, japońskim superszybkim pociągiem. Jednym z nich pokonaliśmy część drogi do Nikkō, położonego ok. 140 km na północ od Tokio. Ludzie odwiedzają je najczęściej ze względu na trzy cenne kompleksy świątynne, z których najsłynniejszy jest zespół chramów szintoistycznych Tōshō-gū poświęcony Ieyasu Tokugawie (założycielowi dynastii szogunów Tokugawa, żyjącemu w latach 1543–1616). Aż 103 tutejsze obiekty sakralne i ich naturalne otoczenie wpisano w 1999 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Od stuleci stanowiły dla Japończyków święte miejsce, znane z prawdziwych arcydzieł architektury i sztuki zdobniczej. Na zwiedzanie zabytkowego sanktuarium Tōshō-gū trzeba przeznaczyć kilka godzin. Budowle robią bardzo duże wrażenie na oglądających ze względu na bogate zdobienia. Cały czas można odkrywać tu nowe płaskorzeźby. Przewodniki zwykle wspominają o trzech mądrych małpach umieszczonych nad drzwiami stajni, ale warto z uwagą przyglądać się każdej bramie i ścianie. W najwyższym punkcie Tōshō-gū znajduje się grobowiec Ieyasu Tokugawy. Wspina się do niego po schodach wśród olbrzymich drzew. Ciekawą atrakcję dla turystów stanowi wizyta w Yakushi-dō. Gdy opowiadający o świątyni mnich klaszcze w dłonie, dźwięk rezonuje i zgromadzonym wydaje się, że namalowany na suficie smok ryczy. Od 2007 r. w całym kompleksie prowadzone są prace renowacyjne, które potrwają do 2024 r. Musimy się więc liczyć z tym, że nie wszystkie obiekty bywają udostępnione do zwiedzania, a pewne z nich zasłaniają rusztowania. Niedaleko Nikkō leży poza tym urokliwe jezioro Chūzenji (11,62 km² powierzchni). Wypływająca z niego rzeka Daiya tworzy liczne wodospady, w tym malowniczy 97-metrowy Kegon. W okolicy znajdują się również źródła termalne, dlatego powstały tu onseny – japońskie publiczne kąpieliska z łaźniami i basenami. Cały region słynie z wyjątkowo pięknych krajobrazów. Jesienią Japończycy podziwiają w nim zabarwione na głęboką czerwień liście klonów. To zjawisko cieszy się podobnym zainteresowaniem co wiosenne kwitnienie drzew wiśniowych. W samym Nikkō przez rzekę Daiya przerzucono uroczy czerwony Święty Most (Shinkyō), należący do założonego w 767 r. chramu Futarasan (Futarasan jinja).

 

Także shinkansenem wyruszyliśmy z Tokio do Sendai, a stąd lokalnym pociągiem do miejscowości Matsushima sąsiadującej z archipelagiem o tej samej nazwie. Wznoszą się tutaj zabudowania Zuigan-ji – ważnej japońskiej świątyni zen (nurtu buddyzmu). Należą do niej też liczne jaskinie, w których składano prochy zmarłych. Archipelag Matsushima składa się z ok. 260 małych wysepek porośniętych sosnami. Z pobliskiej przystani odbijają statki zabierające turystów w rejs wokół nich. Na Fukuurę, gdzie znajduje się m.in. mały ogród botaniczny, prowadzi długi czerwony most. Z wybrzeża pieszo dostaniemy się również na niewielką Oshimę. Jeszcze niedawno takich drewnianych mostków było więcej, ale region ten bardzo ucierpiał w wyniku trzęsienia ziemi i tsunami w marcu 2011 r. Archipelag wygląda niezmiernie malowniczo zwłaszcza o zachodzie słońca.

 

Zabytkowe świątynie i sanktuaria w Nikkō

Nikko Toshogu Shrine1 2

© JNTO

 

HISTORIA DAWNIEJSZA I NOWSZA

 

Na Honsiu warto zatrzymać się także w położonej nad zatoką Osace. Stąd można zaplanować np. wycieczki do Kioto, nad Morze Wewnętrzne czy na wyspę Sikoku, a nawet Kiusiu. Tokio zostało niemal całkowicie zniszczone pod koniec II wojny światowej. Nocny nalot dywanowy z 9 na 10 marca 1945 r. wywołał wielki pożar. Dlatego zabudowa japońskiej metropolii jest dosyć nowa. Tego losu uniknęło Kioto. W tej dawnej stolicy Japonii i siedzibie cesarzy (od 794 do 1868 r.) spotkamy się z ogromnym zagęszczeniem zabytków. Jej zabytkowy zespół urbanistyczno-architektoniczny z wieloma pięknymi świątyniami, z Kinkaku-ji i Ryōan-ji na czele, wpisano w 1994 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Zarówno pierwsza, czyli Świątynia Złotego Pawilonu stojąca nad stawem w parku, jak i druga, z charakterystycznym kamiennym ogrodem do medytacji, przynależą do nurtu buddyzmu zen. Do najbardziej znanych miejsc w Kioto zaliczyć wypada na pewno sanktuarium zwane Fushimi Inari Taisha, do którego prowadzi 4-kilometrowa droga wyznaczona przez tysiące torii. Ponieważ trasa wiedzie w większości pod górę, trzeba założyć wygodne buty i wziąć ze sobą butelkę wody. Kompleks poświęcono japońskiemu bóstwu płodności, ryżu, herbaty, sake, rolnictwa, przemysłu, powodzenia i sukcesu Inari, przedstawianemu w różnych postaciach. Jego posłańcami są dobre białe lisy.

 

W mieście Himeji, leżącym ok. 120 km na południowy zachód od Kioto, warto natomiast zobaczyć piękną budowlę nazywaną Zamkiem Białej Czapli (Shirasagi-jō). To przykład japońskiej architektury obronnej. Jednak zabudowania zamkowe na Europejczykach robią wrażenie finezyjnych i delikatnych. Na zachodnim krańcu Honsiu, na wyspie Itsukushima (Miyajima) znajduje się z kolei Itsukushima Jinja. Imponująca brama tego szintoistycznego chramu stoi w wodach Morza Wewnętrznego. W czasie odpływu można podejść do niej po odkrytym piaszczystym dnie.

 

Osoby, które lubią zwiedzać mniej typowe miejsca, powinny wybrać się do Hiroszimy. To na to miasto 6 sierpnia 1945 r. Stany Zjednoczone zrzuciły bombę atomową. Hiroszimę odbudowano, a o samym wydarzeniu i ofiarach ataku przypomina kompleks parkowy z zachowanymi ruinami dawnego centrum wystawowego, obecnie zwanego Kopułą Bomby Atomowej. W pobliżu działa również Muzeum Pokoju, które utworzono w sierpniu 1955 r. Oprócz tego w mieście funkcjonuje warta uwagi sieć tramwajowa. Po szynach jeżdżą tu m.in. pojazdy produkowane w poprzednim stuleciu w Japonii, a nawet Europie. Tramwaje o numerach 651 i 652 jako jedyne przetrwały wybuch bomby atomowej i wciąż pozostają w użyciu.

 

Tak naprawdę nie ma idealnej instrukcji podróżowania. Każdy musi znaleźć swój sposób na zwiedzanie. Podczas wizyty w tak odmiennym od naszego kraju jak Japonia warto jednak paradoksalnie odstawić na bok wszystkie rzeczy, które o nim przeczytaliśmy bądź usłyszeliśmy. Choć nie da się z pewnością zapomnieć opinii i wrażeń innych ludzi, spróbujmy nie odtwarzać ich doświadczeń, a przeżyć własne. Na każde miejsce spójrzmy ze swojej perspektywy. Prawdopodobnie wtedy dużo łatwiej przyjdzie nam zrozumieć, że Japonia może być tym wszystkim, czym jest w oczach innych, a nawet czymś jeszcze odmiennym. Każdy punkt widzenia tworzy kolejny jej obraz. Ja tak właśnie zapamiętałam ten kraj i w taki sam sposób chcę go poznawać znowu, gdy zawitam do niego po raz kolejny.

 

Ponad 16-metrowa brama Itsukushima Jinja w portowym mieście Hatsukaichi

l 180895

© HIROSHIMA PREFECTURE/JNTO