STANISŁAW GUZIŃSKI

 

<< Enoturystyka każdego roku podbija serca coraz większej liczby podróżników z całego świata. Nic w tym dziwnego, bowiem trudno wyobrazić sobie bardziej idealną wyprawę niż połączenie zwiedzania pięknych zakątków naszej planety z degustacją przedniego wina od stuleci zajmującego ważne miejsce w kulturze i sztuce. Dlatego też w biurach podróży wybór ofert z wycieczkami w mniej lub bardziej znane regiony winiarskie wciąż rośnie. Do coraz częściej wybieranych kierunków przez polskich miłośników enoturystyki należą odległe antypody. >>

FOT. TOURISM AUSTRALIA/RICHARD POWERS

Jedne z najstarszych winorośli na świecie są uprawiane w Australii. Sadzonki przywiezione tutaj z europejskich plantacji na początku XIX w. świetnie zaadaptowały się w nowych warunkach. W tym to właśnie stuleciu winnice w Starym Świecie zaatakowały mszyce z Ameryki Północnej. Niestety, niewiele z winnych gron udało się uratować. Na szczęście, szczepy wywiezione na dalekie antypody uratowano przed wyginięciem.

Australia i Nowa Zelandia to ogromny obszar, na którym występuje wielka różnorodność klimatów i rodzajów gleby. Pozwala to produkować wszystkie popularne typy wina – czerwone, białe i różowe, słodkie, wytrawne, półwytrawne, wzmacniane czy musujące. Nie istnieją żadne gatunki winorośli, które pochodzą z tych stron. Wszystkie zostały tu sprowadzone. Pierwsza historyczna wzmianka o zbiorze winogron pochodzi już z 1791 r. Warto pamiętać o tym, że zaledwie kilka lat wcześniej utworzono brytyjską kolonię karną w rejonie dzisiejszego Sydney (1788 r.)...

 

Trochę historii

W latach 1820–1850 zaczęły powstawać na antypodach winnice komercyjne, a cały ówczesny eksport odbierała Wielka Brytania. Ustanowienie niepodległego Związku Australijskiego (Commonwealth of Australia) w styczniu 1901 r. spowodowało zniesienie barier celnych pomiędzy stanami (wcześniej sześcioma osobnymi koloniami), co wpłynęło na ułatwienie handlu i rozwój rynku wewnętrznego. Po II wojnie światowej do Australii i Nowej Zelandii napłynęło wielu imigrantów z Europy, a pośród nich ludzie z odpowiednimi kwalifikacjami oraz doświadczeniem w produkcji wina. Oba kraje zaadaptowały ich nowatorskie techniki, a po jakimś czasie same zaczęły wyznaczać nowe kierunki.

            W latach 50. XX w., po przestoju spowodowanym działaniami wojennymi i zerwanym dostępem do głównego rynku zbytu – Wielkiej Brytanii, rozpoczął się prawdziwy winny boom, a centrum australijskiej produkcji przeniosło się do stanu South Australia (Australia Południowa). Dziś pochodzące stąd wina wysyłane są do ponad 100 krajów na całym globie, a „Kraina Oz” należy do największych na świecie wytwórców i eksporterów tego szlachetnego trunku.

            W Australii działają liczne ośrodki badawcze i uczelnie kształcące enologów, specjalistów przemysłu winiarskiego, który stał się dochodową i prestiżową gałęzią gospodarki państwa. Wino jest także obecnie ważną częścią australijskiego stylu życia. Australijczycy chętnie odwiedzają winnice, które można znaleźć w większości gęsto zaludnionych regionów kraju, uczestniczą w degustacjach, kursach enologicznych oraz prezentacjach dotyczących procesu winifikacji, czyli tworzenia szlachetnego trunku. Lokalne festiwale wina cieszą się popularnością również wśród zagranicznych turystów.

            Podobnie sytuacja wygląda też w Nowej Zelandii, choć produkcja odbywa się tu na mniejszą skalę. Ten kraj także należy do czołówki eksporterów wybornych win z Nowego Świata. Na nowozelandzkim rynku funkcjonuje ponad 500 wytwórców, przy czym w większości są to nieduże zakłady. Specjalizują się one w określonych rodzajach trunków. Najwięcej butelek wina Nowa Zelandia wysyła do... Australii.

            „Kraj Kiwi” (jak czasami nazywa się to wyspiarskie państwo) zawdzięcza rozwój przemysłu winiarskiego imigrantom z Chorwacji, którzy zaszczepili Nowozelandczykom swoją kulturę wina rodem znad Adriatyku, a własną znajomość fachu wykorzystali do zbudowania dobrze prosperujących firm. Tutejsze winnice i ich piwnice również stoją otworem przed gośćmi. Oznakowane szlaki winiarskie zostały przygotowane specjalnie dla smakoszy i znawców win oraz dobrego jedzenia. Nowa Zelandia słynie na świecie głównie z sauvignon blanc, jednak inne gatunki, takie jak pinot noir, chardonnay, pinot gris, riesling, cabernet sauvignon, merlot czy wina musujące, też zyskują sobie coraz więcej wielbicieli.

 

Krótka charakterystyka

Winorośle na antypodach uprawia się nawet w dość zaskakujących miejscach, np. w Alice Springs, czyli w samym środku tzw. The Red Centre (Czerwonego Centrum). Jednak te najbardziej znane regiony winiarskie znajdują się bliżej południowych i wschodnich wybrzeży kontynentu. Istnieje ich ok. 60. Najwięcej wina produkuje się w stanie Australia Południowa w rejonach o pięknie brzmiących nazwach: Barossa Valley, Clare Valley, McLaren Vale i Coonawarra. Druga w kolejności jest Victoria (Wiktoria) z Yarra Valley, Swan Hill i Rutherglen, a za nią plasuje się New South Wales (Nowa Południowa Walia) z Hunter Valley, Mudgee i Riveriną. Mniejsze ilości pochodzą ze stanów Western Australia, czyli Australia Zachodnia (Margaret River, Swan District) i Queensland (South Burnett, Stanthorpe) oraz z Tasmanii. Winne regiony Nowej Zelandii to Auckland, Gisborne, Wairarapa i Hawke's Bay znajdujące się na Wyspie Północnej oraz Marlborough, Central Otago i Canterbury z Wyspy Południowej.

FOT. TOURISM WESTERN AUSTRALIA/ROBERT GARVEY

 

Podróż czas zacząć

Odkrywcom australijskich szlachetnych trunków proponuję na początek trasę prowadzącą przez łatwo dostępne regiony winiarskie, położone w niedużej odległości od wielkich miast z międzynarodowymi lotniskami, pomiędzy którymi można przemieszczać się samolotem. Jeśli jednak czas pozwala, warto wybrać raczej drogi lądowe, gdyż można wówczas zobaczyć wiele bardzo znanych atrakcji turystycznych.  

            Proponuję, aby wyprawę zacząć od zakupienia biletu lotniczego do stolicy stanu Australia Południowa – Adelaide. W tym przypadku mamy do wyboru loty przez Singapur, Hongkong, Kuala Lumpur albo Dubaj (tylko jedno międzylądowanie: Warszawa – Dubaj –  Adelaide). Mniej więcej godzinę drogi od miasta znajduje się światowej klasy region winiarski – Barossa Valley (Dolina Barossa). Dotrzemy do niego samodzielnie samochodem lub autokarem albo ze zorganizowaną wycieczką jednodniową.

FOT. SATC/MATT NETTHEIM

            Osadnicy z Europy, głównie z pruskiego wówczas Śląska, pojawili się w tych okolicach w latach 40. XIX stulecia. Zostawili po sobie urokliwe miasteczka, małe, skromne kamienne kościółki, zadbane wioski, wiekowe dziś winiarnie i piwnice oraz jedne z najstarszych na świecie winnic z odmianą shiraz. Ten gatunek winogron rośnie w nisko położonej i ciepłej Barossa Valley otoczonej łagodnymi, malowniczymi wzgórzami (Barossa Ranges). Natomiast w leżącej wyżej sąsiedniej Eden Valley przyjęły się szczepy lubiące chłodniejszy klimat (np. riesling).

            W Barossie jest 150 winnic i 70 winiarni, które często można odwiedzić bez zapowiedzi (w przypadku niektórych lepiej umówić się z gospodarzami). Nie tylko spróbujemy w nich lokalnych win, lecz także kupimy kilka butelek dla siebie bądź znajomych. Działa tu także wielu wytwórców regionalnej żywności: serów, pieczywa, wędlin, dżemów czy sosów. Nie brakuje też dobrych, wielokrotnie nagradzanych restauracji. Dla poszukiwaczy przednich trunków i smakołyków powstały nawet specjalnie oznaczone trasy. Miłośnicy pięknych widoków powinni skusić się na lot balonem lub helikopterem nad doliną. W okolicy warto również zatrzymać się na dłużej, np. w luksusowym hotelu, aby wypocząć, pograć w golfa, odwiedzić galerie sztuki lub sklepy z antykami czy wybrać się na przejażdżkę po drogach szutrowych w poszukiwaniu kangurów i emu.

            Kolejny przystanek na szlaku stanowi Melbourne, stolica stanu Wiktoria. Z Adelaide dolecimy do tej ponad 4-milionowej metropolii w ok. 1,5 godz. Podróż samochodem zajmuje więcej czasu, gdyż trzeba pokonać ok. 1000 km, ale jeśli pojedziemy wzdłuż wybrzeża, pokonując m.in. słynną Great Ocean Road, wspaniałe krajobrazy zrekompensują nam ten brak pośpiechu.

            Zaledwie o godzinę drogi od centrum Melbourne znajduje się Yarra Valley– kraina winnic, małych wiosek i wysokich lasów. Tutaj narodził się przemysł winiarski Wiktorii. Pośród łagodnych wzgórz powstało ok. 40 winnic i winiarni: od małych firm rodzinnych po duże przedsiębiorstwa eksportujące swoje produkty na cały świat. Wiele spośród nich oferuje degustacje szlachetnych trunków i specjałów sztuki kulinarnej. Chłodniejszy klimat sprzyja uprawie pinot noir, chardonnay czy szczepów win musujących, ale w tym regionie świetnie udają się również sauvignon blanc, pinot gris, shiraz i riesling.

  FOT. TOURISM AUSTRALIA/ROB BLACKBURN

            Niedaleko leży pasmo górskie Dandenong, pokryte bajkowym lasem, z wodospadami, krętymi szosami, miejscami piknikowymi, ścieżkami spacerowymi i malowniczymi wioskami. Znajduje się tu park narodowy (Dandenong Ranges National Park), w którym wytyczono interesujące szlaki piesze i rowerowe. Region można podziwiać z kosza balonu, z wagonu zabytkowego pociągu parowego lub po prostu z okien auta podążającego specjalną trasą dla miłośników wina. Smakoszom warto polecić tutejsze sery, ryby, orzechy, lody, owoce, warzywa lub makarony, których spróbują także w lokalnych restauracjach.

            Z Melbourne udajemy się do Sydney. Znów musimy jednak wybrać między 1,5-godzinnym lotem a dłuższą podróżą samochodem albo autokarem (1000—1500 km). Droga lądowa prowadzi albo przez winnice, piękne plaże i bardzo malownicze wybrzeże, albo obok Gór Śnieżnych z najwyższym szczytem Australii – Górą Kościuszki (Mount Kosciuszko, 2228 m n.p.m.).

            Region Hunter Valley w Nowej Południowej Walii oddalony jest od Sydney o 2–3 godz. jazdy. Najlepszą porą na wizytę w nim będzie wrzesień i październik, czyli australijska wiosna. Staje się on wówczas scenerią dla licznych wydarzeń artystycznych. Jazz i blues rozbrzmiewają w winnicach, winiarniach, historycznych wioskach i na łagodnych wzgórzach. Organizuje się wtedy także występy śpiewaków operowych na wolnym powietrzu, plenery rzeźbiarskie i festiwale kwiatowe. Trzeba przyznać, że słuchanie arii na pikniku na zielonej trawie ma swój urok, a podczas koncertów muzycznych pod chmurką nogi same rwą się do tańca, chociaż to może być również zasługa wina… Co ważne, miejsca tych imprez oraz pobliskie winiarnie i restauracje zostały dobrze oznaczone, aby goście dotarli do nich bez problemu.

            Wyprawę do Nowej Zelandii powinniśmy zacząć od Auckland na Wyspie Północnej, do którego dolecimy z Sydney. To w tym regionie uruchomiono pierwszą w tym kraju produkcję wina na skalę przemysłową. Obecnie istnieje tu ponad 50 winiarni, rozsianych pomiędzy West Auckland a piękną wyspą Waiheke (słynącą z win czerwonych typu Bordeaux).

            Z Auckland dostaniemy się samolotem do miasta Blenheim na Wyspie Południowej, które stanowi bazę wypadową do zwiedzania regionu winiarskiego Marlborough, największego i najbardziej znanego w „Kraju Kiwi”, słynącego z odmian sauvignon blanc, pinot noir, chardonnay i riesling. Stąd pochodzi mniej więcej połowa wina wytwarzanego w Nowej Zelandii.

 

Wino ma potencjał

Turystyka i przemysł winny to dwa bardzo ważne działy gospodarki Australii, przynoszące rocznie ok. 140 mld dolarów australijskich zysku. W styczniu 2013 r. weszła w życie umowa pomiędzy dwiema dużymi agencjami rządowymi: Tourism Australia i Wine Australia. Połączyły one swoje siły, aby wspólnie promować australijską enoturystykę na najważniejszych dla kraju rynkach, czyli w Chinach, Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i Kanadzie. Promocję i rozwój winnych podróży po Nowej Zelandii koordynuje natomiast specjalnie powołana organizacja – New Zealand Food and Wine Tourism Network.

FOT. TOURISM NEW - ZELAND/FRASER CLEMENTS

            Badania rynku wykazały, że australijskie wino i żywność są kluczowymi atrakcjami dla przybyszów z zagranicy. Z kolei liczba turystów odwiedzających w 2009 r. nowozelandzkie winnice i winiarnie po raz pierwszy przewyższyła liczbę amatorów lodowców, które do tej pory stanowiły jeden z głównych celów turystycznych w tym kraju. Równie istotnym skutkiem wszystkich działań promocyjnych ma być także dalsze zwiększanie eksportu szlachetnych trunków pochodzących z antypodów na rynki całego świata. Pomóc mogą w tym właśnie turyści zachwyceni winiarską kulturą Australii i Nowej Zelandii i rozsławiający ją we własnych ojczyznach.

 

Artykuły wybrane losowo

Off-road – ekscytujące podróże po bezdrożach

WOJCIECH KUDER

 

                                                                                                             FOT. TOURISM QEENSLAND

<< Zawrotna prędkość, zwiększony poziom adrenaliny i chęć zmierzenia się z własnymi ograniczeniami to główne powody, dla których wielu Polaków coraz częściej zamienia ekskluzywne hotele w formule all inclusive na wypełnione mułem koryta rzek, niedostępne grzęzawiska, bezkresne piaski pustyni, mroźne lodowce czy kamienne bezdroża. Moda na pełne wrażeń wyprawy off-roadowe ma się znakomicie! Oczarowani ekstremalną jazdą pasjonaci samochodów z napędem na cztery koła odnajdują w nich poczucie wolności oraz okazję do wygrania z samym sobą i odwiecznymi siłami dzikiej przyrody. A wszystko to w tumanach kurzu i przy akompaniamencie warczących silników… Ubłoceni, pogryzieni przez komary, skrajnie wyczerpani, lecz niewiarygodnie dowartościowani i szczęśliwi uczestnicy wypraw off-roadowych tworzą nowy, ekscytujący kierunek z pogranicza sportów ekstremalnych, motoryzacji i turystyki. Jeżdżą zdobywać bezdroża oraz poznawać piękne zakątki Europy, Afryki, Azji, Australii czy Ameryki Południowej. >>

Off-road, czyli w największym skrócie sport motorowy, który polega na pokonywaniu specjalnie przygotowanym samochodem terenowym nieutwardzonych dróg i trudno przejezdnych terenów, pozwala naprawdę uwierzyć w siebie. Docierając tam, gdzie nie zapuszczają się zwykli turyści, przeprawiając się przez rwące potoki, pokonując strome polodowcowe wąwozy i wspinając się przeciążonym do granic fabrycznych możliwości jeepem na nieprzyjazne kamieniste zbocza czy wysokie piaszczyste wydmy, każdy może poczuć się jak nieustraszony podróżnik i odkrywca.

Więcej…

Roztańczona tropikalna Brazylia

 

MAGDALENA BARTCZAK

 

Wymyślne platformy z tancerzami na Sambódromo do Rio de Janeiro w 2016 r.

 24921609281 86fdc983ff o

© FERNANDO GRILLI/RIOTUR

 

W Brazylii, jednym z największych państw na świecie i największym w Ameryce Południowej, znajdziemy wszystko, czego pragnie podróżnik. Jej wschodnią granicę stanowią piękne złociste plaże położone nad Oceanem Atlantyckim. Na północy i zachodzie rozciągają się amazońskie lasy, a bliżej południa leżą tętniące życiem metropolie Rio de Janeiro i São Paulo. Ten kraj kusi i zniewala. Każdy, kto zostawił tu serce, marzy o powrocie w te strony.

 

Uderzenie gorącego powietrza, widok uśmiechniętych twarzy, dochodzący zewsząd gwar wielkiego miasta – takie były moje doświadczenia po wyjściu z lotniska podczas pierwszej wizyty w Rio de Janeiro, od którego rozpoczęłam wyprawę po fascynującej Brazylii. Oszałamia ona przyjezdnego nie tylko różnorodnością, klimatem i serdecznością mieszkańców, lecz także imponującym terytorium. Ma ponad 8,5 mln km2 powierzchni i zajmuje niemal połowę kontynentu. Pod względem obszaru niedużo więc ustępuje Europie.

 

Sami Brazylijczycy, których jest ok. 207 mln, mówią, że nie istnieje coś takiego jak jedna Brazylia. Obok elementów kultury jednoczących mieszkańców (m.in. znanej na całym świecie wielkiej miłości do piłki nożnej, uważanej przez nich za świętą) znajdziemy tu wiele różnic między regionami i ich tradycjami czy krajobrazami. Poza tym przy planowaniu podróży warto wziąć pod uwagę nie tylko duże odległości, ale też zmieniające się uwarunkowania klimatyczne. Na Nizinie Amazonki niemal przez okrągły rok panuje wysoka wilgotność i temperatura powietrza (dochodząca nawet czasami do prawie 45°C). Często nawiedzają ją również burze i tropikalne deszcze. W środkowo-wschodniej części kraju, gdzie rozciąga się Wyżyna Brazylijska, występuje pora deszczowa i sucha. Najbardziej sprzyjający klimat panuje na wybrzeżu, na którym upał nie daje się tak we znaki dzięki orzeźwiającej bryzie znad oceanu. Południe Brazylii natomiast leży w strefie zwrotnikowej i podzwrotnikowej z ciepłą zimą i gorącym latem.

 

MIASTO SŁOŃCA I BOSSA NOVY

 

Ten kraj rozsławił na cały świat – oczywiście – huczny karnawał. Zwyczaj zabaw przed okresem wielkiego postu przywieźli ze sobą w latach 20. XVIII w. portugalscy osadnicy. W kolejnym stuleciu został on spopularyzowany przez… coraz liczniejszych emigrantów z Francji. Brazylijczycy szybko go sobie przyswoili i stopniowo przekształcili w maskaradę i taneczne korowody. Pierwszy bal maskowy z muzyką odbył się w Rio de Janeiro w 1840 r. Od tego czasu tutejszy pięciodniowy karnawał zyskiwał sobie coraz większą popularność. Istnieje oficjalnie już od lutego 1892 r. i do tej pory odbyło się 125 jego edycji.

 

O wyjątkowym charakterze tej niezmiernie barwnej imprezy decyduje z pewnością samba – prawdziwy skarb narodowy Brazylijczyków. Ten gatunek sięga swoimi korzeniami do pieśni i tańców afrykańskich niewolników. Karnawałowe szaleństwo zaczyna się zwykle na kilka dni przed Środową Popielcową. Na znak inauguracji burmistrz oddaje klucze do miasta szkołom samby. To właśnie one organizują defilady, w których można podziwiać tancerzy w błyszczących, kolorowych kostiumach i ludzi poprzebieranych za rozmaite postacie. Fantastyczne korowody przemierzają ulice (Avenida Marquês de Sapucaí, Estrada Intendente Magalhães i inne główne arterie), a po słynnym sambodromie (Sambódromo da Marquês de Sapucaí lub inaczej Sambódromo do Rio de Janeiro – specjalnej alei z trybunami dla widzów i jurorów oceniających każdy zespół) suną barwne platformy. Impreza trwa pięć dni, choć przygotowania do niej odbywają się praktycznie cały rok.

 

Główną zasadą karnawału, zarówno w Rio de Janeiro, jak i wszędzie na świecie, jest to, że w jego trakcie wszyscy stają się równi. Przestają liczyć się podziały na biednych i bogatych, a ustalony porządek ulega odwróceniu. Może dlatego jego tradycja zyskała sobie taką popularność akurat w tym mieście, niezmiernie zróżnicowanym społecznie i pełnym ludzi marzących o odmianie swojego losu. Swoiście karnawałowy charakter ma nawet krajobraz tej metropolii – zamieszkane przez najuboższych fawele (czyli dzielnice nędzy) rozciągają się na wzgórzach, a zamożniejsi obywatele żyją w niżej położonych rejonach. Właśnie ci najbiedniejsi codziennie budzą się z najpiękniejszym widokiem na Rio de Janeiro i pobliską zatokę Guanabara. Od pewnego czasu fawele jednak stopniowo się zmieniają. Nadal stanowią charakterystyczny element miasta, ale stają się bezpieczniejsze.

 

W rejonie dzielnic klasy średniej Santa Teresa i Lapa warto podejść pod ozdobione kolorowymi ceramicznymi kafelkami Schody Selarón (Escadaria Selarón, autorstwa chilijskiego artysty Jorge Selaróna). Na obu tych obszarach znajdziemy zachwycającą kolonialną architekturę. Na dodatek to ulubione miejsca tutejszej bohemy i amatorów dobrej zabawy. Kojarzą się z kawiarniami, klubami z muzyką na żywo i ulicznymi artystami, zapewniającymi spacerowiczom rozrywkę przez całą dobę. Niemal bez przerwy słychać tu sambę, a na placu pod XVIII-wiecznym Akweduktem Carioca (Aqueduto da Carioca) ludzie spotykają się, aby pograć w szachy i pogawędzić przy piwie lub koktajlu caipirinha (klasycznym drinku przyrządzanym na bazie mocnego alkoholu cachaça, cukru, limonek i lodu).

 

WZGÓRZA WŚRÓD PLAŻ

 

Kolejnym znakiem rozpoznawczym Cudownego Miasta (Cidade Maravilhosa), jak określa się Rio de Janeiro, jest bliskość przyrody. Nie trzeba nawet oddalać się od centrum czy dzielnic mieszkalnych, aby natknąć się na wzgórza, tropikalne lasy bądź parki. Właśnie w tej metropolii znajduje się największy ogród botaniczny w Ameryce Południowej (o powierzchni ok. 140 ha). Jardim Botânico do Rio de Janeiro założono w 1808 r. na polecenie późniejszego króla Portugalii Jana VI (1767–1826). Początkowo na tym terenie uprawiano przyprawy, ale po kilkunastu latach (w 1822 r.) został on otwarty dla publiczności. Dziś stanowi idealne miejsce do schronienia się przed gwarem miasta i upałami. Obejrzymy tutaj m.in. pięknie zaprojektowany ogród japoński i aleję wysmukłych palm królewskich (z gatunku Roystonea oleracea) – Aleia Barbosa Rodrigues.

 

W pobliżu ogrodu botanicznego leży Park Narodowy Tijuca (Parque Nacional da Tijuca – niemal 40 km2 powierzchni) z Lasem Tijuca (Floresta da Tijuca) należącym do największych na globie lasów w obrębie miejskiej aglomeracji. Prowadzi tędy droga na wzgórze Corcovado (710 m n.p.m.), którego szczyt wieńczy słynny pomnik Chrystusa Odkupiciela (Cristo Redentor) – symbol Rio de Janeiro i jeden z siedmiu nowych cudów świata. Figurę Jezusa zaprojektował francuski artysta polskiego pochodzenia Paul Landowski (1875–1961). Powstały we Francji monument umieszczono na Corcovado w 1931 r. Dziś stanowi najpopularniejszy turystyczny punkt nie tylko w samym Rio de Janeiro, lecz także w całej Brazylii. Dlatego aby uniknąć tłumów, warto wybrać się tu wcześnie rano. To samo dotyczy innego znanego wzgórza, z którego rozciąga się niezapomniany widok na miasto (w tym na słynny piłkarski Stadion Maracanã), zatokę i ich okolicę. Mowa o cieszącej się dużym zainteresowaniem turystów Głowie Cukru (Pão de Açúcar, 396 m n.p.m.). Na jej szczyt można dostać się kolejką linową (Bondinho do Pão de Açúcar) lub wspiąć się o własnych siłach. Jeśli trafimy na bezchmurny dzień, w pełni będziemy mogli docenić piękno otaczających nas krajobrazów.

 

Po zwiedzaniu warto odpocząć na którejś z miejskich plaż. W całej aglomeracji jest ich kilkadziesiąt. Godne polecenia są m.in. niezbyt zatłoczone Praia do Leblon i Praia do Flamengo. Nie sposób też ominąć słynnej Copacabany (ponad 4-kilometrowej), tłumnie odwiedzanej zarówno przez turystów, jak i cariocas (jak nazywa się mieszkańców Rio de Janeiro). Przez całą dobę tętni ona życiem: spotkamy tu młodzież grającą w piłkę nożną albo siatkówkę, muzyków i surferów. Choć według miejscowych plaża ta stanowi symbol społecznej równości, bo nie obowiązują tutaj żadne ograniczenia dotyczące wstępu i chętnie wypoczywają na niej bogaci i ubożsi, to uznaje się ją za jeden z najbardziej ekskluzywnych rejonów w mieście. Świadczą o tym np. pobliskie eleganckie budynki takie jak ogromny Pałac Copacabana (Copacabana Palace), wznoszący się przy bulwarze. W obiekcie działa hotel sieci Belmond uchodzący za najbardziej luksusowy w Ameryce Łacińskiej. Poza stylowo urządzonymi pokojami i apartamentami znajdują się w nim m.in. dwa baseny (jeden tylko dla gości piętra z apartamentami penthouse), kort tenisowy, restauracje i kasyno.

 

Niedaleko południowo-zachodniego krańca Copacabany wznosi się twierdza (Forte de Copacabana), której budowę ukończono w 1914 r. Obecnie mieści się w niej muzeum historyczno-wojskowe (Museu Histórico do Exército e Forte de Copacabana). Położone obok przejście prowadzi na kolejną popularną plażę, a mianowicie Ipanemę (2,6 km długości), rozsławioną dzięki piosence Antônia Carlosa Jobima (1927–1994) i Viniciusa de Moraesa (1913–1980). Dziewczyna z Ipanemy (Garota de Ipanema), jedna z najbardziej klasycznych melodii bossa novy, powstała w 1962 r. Jak mówi lokalna legenda, obaj autorzy siedzieli przy stoliku w barze „Veloso” (dzisiaj „Garota de Ipanema”), gdy dostrzegli piękną Helô Pinheiro. Byli tak zachwyceni jej urodą, że postanowili napisać o niej piosenkę. Pikanterii dodaje tej historii fakt, iż zakochany w atrakcyjnej kobiecie żonaty Antônio Carlos Jobim wielokrotnie się jej potem oświadczał. Nostalgiczny utwór stał się rozpoznawalny na całym świecie, a sama bossa nova szybko zyskała sobie status charakterystycznego stylu muzycznego pochodzącego z Brazylii.

 

MIEJSKIE DŻUNGLE

 

Barwne historyczne centrum miasta Paraty

SE Parati0128

© EMBRATUR IMAGE BANK

 

Jeśli plaże Rio de Janeiro nam nie wystarczą, powinniśmy wybrać się do Búzios (Armação dos Búzios), leżącego ok. 170 km na wschód stąd. To ponad 30-tysięczne miasto często bywa nazywane brazylijskim Saint-Tropez, choć nie ze względu na architekturę czy klimat, lecz głównie dlatego, że mniej więcej w tym samym czasie (w połowie lat 60. XX w.) zaczęło przekształcać się w znaną miejscowość wypoczynkową. Wpływ na tę zmianę miała gwiazda francuskiego kina Brigitte Bardot, która po raz pierwszy odwiedziła to miejsce w 1964 r. i od tego momentu spędzała w nim wakacje równie chętnie jak na Lazurowym Wybrzeżu we Francji. Cudowne, egzotyczne plaże (niemal 25!), krystalicznie czysta błękitna woda, malownicze zatoczki oraz eleganckie restauracje i hotele – to wszystko sprawia, że Búzios, położone blisko Rio de Janeiro, zdążyło wyrosnąć na jeden z najpopularniejszych kurortów w tej części kraju, nie tracąc przy tym swojej niewątpliwej urody.

 

Drugą perłę regionu stanowi miasto Paraty, według wielu należące do najbardziej fotogenicznych w Brazylii. Powstało ono w 1667 r. i szybko zaczęło służyć jako port, z którego wywożono do Portugalii złoto i kamienie szlachetne. Właśnie w tym okresie rozwinęło się i wzbogaciło o przepiękną kolonialną architekturę, do dziś zachowaną w niezmienionym kształcie. W tym melancholijnym, liczącym 40 tys. mieszkańców ośrodku czas naprawdę się zatrzymał.

 

Tego samego zdecydowanie nie można powiedzieć o położonym ok. 270 km dalej na zachód São Paulo – jednej z najludniejszych metropolii świata i zarazem największej pod względem populacji na półkuli południowej i w Ameryce Południowej. Całą aglomerację zamieszkuje ponad 21 mln ludzi. Zatłoczone miasto nie cieszy się takim zainteresowaniem wśród turystów jak Rio de Janeiro. Kryje w sobie jednak wiele atrakcji, a tym, co stanowi o jego sile, jest niezwykła energia, architektoniczny rozmach i różnorodność. Obok rejonów słynących ze sztuki ulicznej, kawiarni i klubów, takich jak Vila Madalena w dzielnicy Pinheiros, znajdują się tu największe na kontynencie centra biznesowe. Warto podkreślić też imponującą liczbę placówek muzealnych, z których szczególnie trzeba odwiedzić Muzeum Sztuki (Museu de Arte de São Paulo – MASP), mieszczące się przy jednej z najważniejszych ulic w São Paulo – alei Paulista (Avenida Paulista). W sercu miasta leży Praça da Sé – plac z neogotycką Katedrą Metropolitalną, którą zaczęto wznosić w 1913 r. Po kilkunastominutowym spacerze dotrzemy stąd z kolei na plac Ramosa de Azevedo (Praça Ramos de Azevedo) z eklektycznym gmachem Teatru Miejskiego (Theatro Municipal de São Paulo), należącym do najpiękniejszych tego typu budynków na świecie. Jednak największą atrakcją São Paulo jest modernistyczna architektura, której przykłady znajdziemy kilkaset metrów od teatru, na placu Sztuki (Praça das Artes). Przedstawicielem tego kierunku był słynny brazylijski architekt Oscar Niemeyer (1907–2012). Zaprojektował on wiele budynków w tym mieście (np. w Parku Ibirapuera) i innych częściach Brazylii (m.in. w Rio de Janeiro i Brasílii, stolicy kraju) oraz za granicą (w Nowym Jorku, Paryżu czy Berlinie). Oprócz tego uroku São Paulo dodaje jego wielokulturowość. Przykładowo w dzielnicy Liberdade żyje największa mniejszość japońska na świecie (stanowi 65 proc. spośród jej 220 tys. mieszkańców).

 

„Polski” Las Papieża Jana Pawła II powstał w 1979 r. w Kurytybie

PR Curitiba0438

© EMBRATUR IMAGE BANK

 

POTRAWY Z GRILLA I PIEROGI

 

Brazylijska kuchnia bazuje raczej na mięsie. Niewątpliwie przypadnie do gustu wszystkim miłośnikom dań z rusztu. Brazylijczycy chętnie grillują prawie wszystko: od drobiu i wołowiny po warzywa i owoce. Nieodłącznym składnikiem menu jest tu również ryż, czarna fasola (feijão) i mąka z manioku (farinha de mandioca). Z tych trzech produktów i mięsa wołowego lub kurczaka przyrządza się przypominającą gulasz potrawę feijoada. Mieszkańcy Brazylii uwielbiają także słodycze. W każdej kawiarni kupimy tzw. salgados, smażone w tłuszczu przekąski z serem, nadzieniem z mięsa bądź ryby, przygotowywane z kaszy albo manioku. Brazylijczycy zajadają się też kuleczkami mleczno-kokosowymi (beijinhos de coco) bądź kakaowymi (brigadeiros) i kremem czekoladowym serwowanym z brandy. Napój narodowy stanowi – oczywiście – kawa, uprawiana głównie w stanach São Paulo, Minas Gerais i Paraná. Choć od pewnego czasu w światowym wyścigu o pierwsze miejsce w jej produkcji ścigają się z Brazylią m.in. Wietnam i Kolumbia, to wciąż właśnie ten ogromny południowoamerykański kraj zajmuje pozycję lidera.

 

Jeśli w trakcie podróży najdzie nas ochota na… pierogi lub inne rodzime danie, powinniśmy odwiedzić Kurytybę, stolicę Parany. Mieszka w niej według różnych źródeł od 90 do nawet 400 tys. osób polskiego pochodzenia (w całym stanie żyje ich od 700 tys. do 1,5 mln). Pierwsi przybysze z Polski przypłynęli w te strony w zorganizowanych grupach w 1869 r. Potem, od końca XIX stulecia, rozpoczął się gwałtowny napływ imigrantów z terenów trzech zaborów, a druga największa fala emigracji dotarła tu po II wojnie światowej. Jeden z najrozleglejszych parków w mieście nosi zresztą imię Jana Pawła II (Bosque do Papa João Paulo II). Zaraz przy wejściu do niego natkniemy się na polską restaurację serwującą m.in. barszcz i pierogi. Kurytybę często nazywa się również najbardziej zadbanym, ekologicznym i zielonym ośrodkiem w kraju. Stolica Parany szczyci się poza tym wysoką jakością życia. Dotyczy to także oddalonego stąd o ok. 300 km na południe Florianópolis, położonego malowniczo głównie na wyspie Santa Catarina (424,4 km² powierzchni) i pobliskich mniejszych wysepkach. Nowoczesność świetnie komponuje się w nim z tradycją i naturalnym pięknem. Na północy wznoszą się wysokie hotele i drapacze chmur, rozciągające się wzdłuż nadmorskiej alei, a w południowej części miasta odkryjemy spokojne osady rybackie, pamiętające czasy portugalskich kolonizatorów. W historycznym centrum Florianópolis, wypełnionym kolonialną architekturą, uwagę przyciąga rozłożysty figowiec rosnący na głównym placu 15 Listopada (Praça XV de Novembro). Nieopodal znajduje się m.in. Muzeum Historyczne Santa Catariny (Museu Histórico de Santa Catarina – MHSC) w dawnym Różowym Pałacu (Palácio Rosado) oraz stary targ miejski z licznymi kawiarniami i restauracjami. Osoby marzące o błogim odpoczynku w promieniach słońca mogą udać się natomiast na jedną z ponad czterdziestu plaż. Do wyboru mają zarówno rejony z odpowiednią infrastrukturą, jak i bardziej naturalne miejsca, jak choćby dziewicza Lagoinha do Leste, na którą nie prowadzi żadna droga, dlatego docierają do niej tylko najwytrwalsi.

 

TWÓRCZA MOC WODY

 

Podczas wyprawy po Brazylii zdecydowanie nie wolno ominąć słynnego Parku Narodowego Iguaçu (Parque Nacional do Iguaçu) leżącego przy granicy z Argentyną, kilka kilometrów od Paragwaju. W 1986 r. wpisano go na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Turystów z całego globu przyciąga przede wszystkim zapierającymi dech w piersiach wodospadami Iguaçu (Cataratas do Iguaçu), okrzykniętymi jednym z siedmiu nowych cudów natury. Składa się na nie aż 275 kaskad, z których największe mają nawet ponad 800 m szerokości! Łuki powstających tutaj tęczy często łączą tereny obu krajów, zewsząd dobiega huk spadającej wody, a krajobraz urozmaica intensywnie zielona, gęsta roślinność. To wszystko sprawia, że okolica Iguaçu przypomina baśniową krainę. Choć znaczna część tego obszaru (ok. 80 proc.) znajduje się po stronie argentyńskiej (w granicach Parku Narodowego Iguazú), na terytorium Brazylii również jest co oglądać. Wodospadom można się tu przyjrzeć z naprawdę bliska i podziwiać je od dołu, a z tej perspektywy prezentują się jeszcze bardziej spektakularnie. Szczególnie warto podejść pod ogromną Diabelską Gardziel (Garganta do Diabo) – najwyższą kaskadę, osiągającą 80 m. Niżej położoną część tego regionu porasta subtropikalny las deszczowy. Wśród palm, ogromnych paproci czy araukarii żyją w nim liczne egzotyczne zwierzęta.

 

Aby w pełni docenić urodę i różnorodność przyrody Brazylii, trzeba wyruszyć także na północny wschód kraju, gdzie rozciągają się plaże uchodzące za najpiękniejsze na całym kontynencie. Taką opinią cieszy się m.in. złociste wybrzeże w sąsiedztwie urokliwego kurortu Maceió, stolicy stanu Alagoas. Leży on ok. 250 km na południowy zachód od największego miasta regionu (Região Nordeste do Brasil) – ponad 1,6-milionowego Recife, które ze względu na dużą liczbę kanałów i mostów określa się mianem brazylijskiej Wenecji. Jednak turystów przyciąga do niego raczej nowoczesna architektura. Najchętniej odwiedzanym rejonem jest tzw. Strefa Południowa (Zona Sul). Powstała ona wzdłuż wybrzeża otoczonego malowniczymi rafami koralowymi, od których zresztą pochodzi nazwa samego ośrodka (recife znaczy po portugalsku „rafa”). Właśnie tu znajduje się też najwięcej hoteli, restauracji i plaż, w tym szeroka i długa na mniej więcej 7 km Boa Viagem (Praia de Boa Viagem), porównywana do Copacabany. Recife, stolica stanu Pernambuco, słynie oprócz tego z najlepszych lokali serwujących świeże ryby i owoce morza. Takich specjałów spróbujemy zarówno w knajpkach nad brzegiem oceanu, jak i w historycznym centrum, czyli Recife Antigo, które wieczorami rozbrzmiewa muzyką i wypełnia się ludźmi. W ciągu dnia warto zwiedzić m.in. Centrum Kultury Żydowskiej w Pernambuco (Centro Cultural Judaico de Pernambuco), mieszczące się w budynku najstarszej synagogi w obu Amerykach (Sinagoga Kahal Zur Israel), wzniesionej w pierwszej połowie XVII w. Inną ciekawą atrakcję stanowi wieża Malakoff (Torre Malakoff) służąca przez pewien czas jako obserwatorium astronomiczne (ukończona w 1855 r.). Rozpościera się z niej wspaniały widok na całe miasto.

 

Potężne kaskady na rzece Iguaçu spływającej z bazaltowego płaskowyżu

SU FozIguacu0931

© EMBRATUR IMAGE BANK

 

GOŚCINNY RAJ

 

Jeśli z Recife udamy się jeszcze dalej na północ, dotrzemy na jedną z najpiękniejszych plaż na świecie, uważaną za prawdziwy raj na ziemi. Nieco hippisowska Pipa (aż 10-kilometrowa!) poza znakomitymi miejscami z lokalnymi przysmakami zachwyca podróżników przede wszystkim lazurową, krystalicznie czystą wodą, piaskiem o niemal śnieżnobiałym kolorze, gęstymi palmami kokosowymi i atmosferą błogości, która każdemu pozwala oderwać się choć na chwilę od problemów.

 

Na zwiedzanie z kolei koniecznie powinniśmy wybrać się do ponad 2,6-milionowej Fortalezy (ok. 570 km na północny zachód), stolicy stanu Ceará. Z dawnej wioski rybackiej w ciągu kilku stuleci zmieniła się ona w jeden z największych ośrodków turystycznych i handlowych Brazylii. Jej magia tkwi w wyjątkowej mieszance kolonialnych tradycji i elementów nowoczesności. Przy ciągnącej się wzdłuż brzegu oceanu alei Beira-Mar wznoszą się wspinające się pod niebo siedziby firm i banków, centra handlowe czy hotele. Tuż obok, wśród białych piasków, zacumowane są drewniane łódki rybaków, a na chodniku przy plaży lokalni artyści i rzemieślnicy wystawiają swoje prace, np. charakterystyczne dla tego rejonu ręcznie haftowane obrusy, hamaki i koronki.

 

Prawdziwy raj dla miłośników tradycyjnych wyrobów stanowi Salvador (Salvador da Bahia). To w nim wiele osób kończy wizytę na środkowym wybrzeżu. Właśnie tu znajduje się największy targ rzemiosła artystycznego w regionie – Mercado Modelo z 263 sklepikami, stoiskami i restauracjami z tradycyjną kuchnią stanu Bahia. Sam zabytkowy Salvador bywa nazywany czarną stolicą Brazylii lub czarnym Rzymem, bo aż 80 proc. jego mieszkańców jest potomkami niewolników, przywiezionych z Afryki na plantacje trzciny cukrowej. Wpływ afrykańskiej kultury dostrzeżemy zresztą w tutejszych tradycjach, lokalnej gastronomii i samym charakterze miasta, które za sprawą imponującej kolonialnej architektury i urokliwego położenia cieszy się zasłużenie opinią jednego z najpiękniejszych i najbardziej klimatycznych na całym kontynencie. Niezmiernie atrakcyjnie prezentuje się historyczne centrum, czyli Pelourinho. Jego klimatyczną atmosferę tworzą urocze wąskie uliczki, barokowe kościoły, interesujące muzea (w tym znakomite Muzeum Afrobrazylijskie – Museu Afro-Brasileiro przy placu 15 Listopada, czyli Praça XV de Novembro) i nastrojowe kawiarnie, w których można zamówić café da manhã – zestaw śniadaniowy składający się zazwyczaj z kawy, owoców i słodkiej przekąski.

 

Jednak największe wrażenie na przyjezdnych robi w Salvadorze wielka serdeczność i niesamowita energia jego mieszkańców. Wydaje się, że te cechy charakteru Brazylijczyków występują tutaj w wyjątkowo zintensyfikowanej formie. Miejscowi są uśmiechnięci i otwarci, przyjaźnie zagadują innych niemal na każdym kroku. Oprócz tego obywatele Brazylii odczuwają ogromną dumę narodową. Podczas rozmów z cudzoziemcami potrafią godzinami z przejęciem chwalić własną kulturę i zachwycać się jedzeniem, wyliczać sukcesy swoich piłkarzy i opowiadać o bogactwach przyrody. I choć wiadomo, że wszyscy mamy prawo do idealizowania właśnie naszej ojczyzny, to chyba trudno nie przyznać im racji. W tym ogromnym, rozciągającym się na niemal pół kontynentu kraju znajdziemy wszystko, co czyni podróże tak ekscytującymi. Poza tym jego gościnni mieszkańcy nawet w trakcie krótkiej pogawędki będą nas w swoim melodyjnym języku gorąco przekonywać do tego, żebyśmy kiedyś koniecznie tu wrócili. Tak naprawdę nie muszą się jednak zbytnio starać, bo roztańczona Brazylia jest niezmiernie uzależniająca.

 

 

Zobaczyć Izrael

MAGDALENA ZDRENKA

 

Izrael to wciąż miejsce mistyczne. Jego bogata kultura nierozerwalnie łączy się z ogromnym znaczeniem religijnym. Jednak ten kraj posiada również urokliwe plaże, sprzyjający klimat i ciepłe morze. Podróż w te strony jest więc idealnym połączeniem wyprawy śladami korzeni wielkich monoteistycznych religii świata z błogim wypoczynkiem w promieniach słońca.

Według Żydów to Bóg podarował im krainę, w której mieli zamieszkać, ich ziemię obiecaną. Przez wieki istnienia narodu szczęście nie sprzyjało losom państwa izraelskiego. Jego tereny były obszarem targanym konfliktami, przechodzącym z rąk do rąk. Od lat też miejsce to fascynowało wszelkiego rodzaju artystów. Wyprawę do Ziemi Świętej podjął przecież nawet nasz słynny poeta Juliusz Słowacki. Dziś sami możemy się przekonać, jak wielka siła przyciągania tkwi w Izraelu.

Więcej…