MICHAŁ DOMAŃSKI

 

Żeglarstwo dla wielu osób stało się pasją życia. Nie wyobrażają sobie oni udanych wakacji bez rejsu jachtem lub katamaranem. To dla nich nie tylko szansa na przeżycie wspaniałej przygody, ale również okazja do poznania odmiennych kultur, interesujących atrakcji turystycznych oraz fascynujących zakątków Europy i świata. Zapaleni żeglarze co roku myślą o nowych trasach oraz o ciekawszych i bardziej egzotycznych akwenach. Większość z nich wybiera ciepłe morza, regiony i kraje – Chorwację, Grecję, Włochy, Francję, Turcję, Hiszpanię, Baleary i Wyspy Kanaryjskie, Karaiby, Seszele czy Polinezję Francuską. Są to bez wątpienia najpiękniejsze akweny żeglarskie świata. Oferują uczestnikom rejsów moc atrakcji. Na załogi jachtów lub katamaranów czeka na nich prawdziwe pełnomorskie pływanie lub powolna włóczęga od zatoki do zatoki, od portu do portu…   

    

Nie trzeba posiadać żadnych uprawnień ani żeglarskiego doświadczenia, żeby móc wziąć udział w rejsie rekreacyjnym i przeżyć niezapomniany tydzień albo dwa (a nawet więcej!) na morzu w najpiękniejszych zakątkach świata. Wystarczy wynająć jacht lub katamaran ze skiperem, który bezpiecznie poprowadzi wybraną przez nas jednostkę pływającą. Pokaże też malownicze zatoki i miejsca niedostępne dla turystów spędzających wakacje w hotelu. Rejsy po ciepłych morzach są nie tylko wymarzonym pomysłem na doskonały relaks dla miłośników żeglarstwa i ich rodzin, dla grup przyjaciół mających tę samą pasję oraz lubiących przebywać i bawić się w swoim towarzystwie, ale także dla firm, w których pracują fani jachtingu. Wspólne pokonywanie fal, ujarzmianie wiatru, czy sportowa rywalizacja w ramach specjalnie zorganizowanych regat gwarantują również wyśmienitą integrację zespołu.    

Można też wynająć luksusowy jacht lub katamaran ze stałą załogą, co zapewni nam udany wypoczynek, pełen komfort, profesjonalną obsługę i poczucie bezpieczeństwa. Wybór jednostek i atrakcyjnych akwenów żeglarskich jest tak ogromny, że nawet najbardziej wybredne osoby znajdą coś dla siebie – niezależnie od tego, czy zastanawiają się nad rejsem rekreacyjnym z rodziną lub grupą przyjaciół, czy nad wyjazdem firmowym albo organizacją spotkania biznesowego na wyższym szczeblu. Za każdym razem jednak jachting pozwala nam przeżyć wyjątkowe chwile, oderwać się od szarej codzienności i cieszyć się niczym nieskrępowaną wolnością.

Aktywny wypoczynek, jakim jest żeglarstwo, to doskonała forma spędzania wolnego czasu, poznawania nowych miejsc i ludzi oraz ich tradycji i zwyczajów. Pływanie po ciepłych wodach daje możliwość próbowania lokalnych kuchni, nierzadko egzotycznych dla nas ziół, przypraw, warzyw i owoców. Zapewnia beztroskie kąpiele w morzu, pełen relaks w dzikich zatoczkach, grillowanie na dziewiczych plażach oraz zwiedzanie atrakcyjnych, często niezmiernie zabytkowych miast portowych. Słońce, woda, brak pośpiechu i spokojne życie na pokładzie jachtu lub katamaranu to nieodzowne składniki dobrego wypoczynku na najpiękniejszych akwenach żeglarskich świata. Dla wielu osób największy problem stanowi właśnie wybór miejsca i trasy rejsu. Trudno jest znaleźć szybko odpowiedź na zadawane sobie często pytanie: które wody są najlepsze, najciekawsze i najbardziej malownicze? Oczywiście, decyzja zależy zawsze od naszych preferencji i możliwości finansowych…             

 

NAJPIĘKNIEJSZE AKWENY ŻEGLARSKIE ŚWIATA

Polskie firmy czarterowe oferują najczęściej wynajem jachtów albo zorganizowane rejsy rekreacyjne w Europie – Chorwacji, Grecji, Włoszech, Hiszpanii, na Balearach, Wyspach Kanaryjskich, we Francji, Czarnogórze, Turcji, a także w egzotycznych rejonach świata – na Karaibach, Seszelach, w Tajlandii czy Polinezji Francuskiej. Jak więc widać, wybór jest bardzo duży. Które z powyższych miejsc eksperci polecają zazwyczaj żeglarzom i uważają za najpiękniejsze na naszym globie? – Jednym z najwspanialszych i najatrakcyjniejszych akwenów są niewątpliwie Karaiby, a w szczególności Brytyjskie Wyspy Dziewicze leżące na wschód od Portoryko. Główną wyspą tego archipelagu jest Tortola, na której znajduje się międzynarodowe lotnisko i największa przystań jachtowa. Wiejące tu stale pasatowe (północno-wschodnie) wiatry o umiarkowanej sile pozwalają na dokładne zaplanowanie trasy rejsu oraz czerpanie radości z szybkiej i bezpiecznej żeglugi. Zwarty charakter archipelagu oraz wysunięta najdalej na północ wyspa Anegada, zbudowana z koralowców i wapieni, tworzą naturalną ochronę przed oceaniczną falą. Dzięki temu żeglowanie na tych wodach odbywa się prawie w idealnych warunkach, przy niedużym rozfalowaniu. Znajduje się tu kilkadziesiąt przepięknych wysepek z fantastycznymi plażami oraz licznymi barami oferującymi narodowy drink Brytyjskich Wysp Dziewiczych na bazie rumu – „Painkiller”. Wielkie udogodnienie stanowią boje cumownicze w większości zatoczek, co ułatwia żeglowanie i pozwala pozostawić bezpiecznie jacht na czas wieczornej kolacji w jednym z barów. Innym znakomitym akwenem na Karaibach są Grenadyny, w szczególności wyspy Tobago Cays, zbudowane z koralowców, urocze Canouan, Mayreau, Union czy Mustique, a także pobliska Saint Vincent, znana z filmu „Piraci z Karaibów”. Duża liczba wysepek, nieco bardziej rozciągniętych, stwarza tu doskonałe warunki dla miłośników żeglarskich przygód. Kolejnym przepięknym akwenem są Seszele na Oceanie Indyjskim, nazywane „edenem dla żeglarzy”. Także i tutaj stosunkowo niewielkie odległości między wyspami pozwalają na spokojny, relaksacyjny rejs – zachwala Maciej Fornal, prezes firmy Forsail. O tym tropikalnym kraju wypowiada się również w samych superlatywach Andrzej Trojanek z Blue Water Clubu, stawiając go nawet przed Karaibami: – Żeglarski raj na ziemi to bezapelacyjnie Seszele – dziewicze, piękne, a do tego nie zadeptane przez masową turystykę i nieoszpecone olbrzymimi 5-gwiazdkowymi hotelami. Na każdym kroku spotykamy tu miejsca znane z folderów i widokówek. Nawet najbardziej malowniczym wyspom na Karaibach daleko do takiego bogactwa kolorów i wspaniałych pejzaży, jakie czekają na nas na Seszelach. Znajdziemy tutaj turkusową wodę, złote plaże z palmami rosnącymi między niesamowitymi granitowymi skałami, morski park narodowy z metrowymi żółwiami pozwalającymi się nie tylko głaskać, ale i karmić prosto z ręki… Przede wszystkim jednak – niesamowicie przyjaznych, życzliwych i uśmiechniętych ludzi. Czy można chcieć czegoś więcej? Udając się w ten rejon Oceanu Indyjskiego, warto zaopatrzyć się w koszulki do pływania z długim rękawem oraz długie spodnie (polecam lniane), gdyż słońce potrafi tu spalić nas także pod wodą. Przydadzą się one z pewnością wiele razy, bowiem żadne inne miejsce na świecie nie może równać się z tym, co zobaczymy podczas snorkelingu na Seszelach!

            Jest wiele pięknych miejsc do żeglowania na ziemi, które przyciągają turystów z całego świata. Niewątpliwie należą do nich Karaiby i Seszele. Eksperci polecają również greckie Cyklady, włoską Sardynię czy malownicze Malediwy na Oceanie Indyjskim. Poza tym zwracają także uwagę na jeden z najbardziej magicznych zakątków na naszym globie – Polinezję Francuską. – Jest to archipelag tropikalnych, dziewiczych wysepek na Oceanie Spokojnym, z których polecam szczególnie, ze względu na łagodny klimat zwrotnikowy, Wyspy Towarzystwa – Tahiti, Moreę, Raiateę czy Bora Bora. Otaczają je rafy koralowe i krystalicznie czysta woda, co czyni z nich wymarzone miejsce relaksu dla żeglarzy, zwłaszcza na zapewniającym luksusowe warunki wypoczynku katamaranie. Jeśli wynajmiemy go razem ze sternikiem i hostessą, którzy zajmą się pełną obsługą jachtu, będziemy mieć komfort godny najlepszych hoteli, wykwintne jedzenie i niezapomniane wrażenia. Katamaran zapewnia możliwość swobodnego przemieszczania się między wyspami, odkrywania dziewiczych plaż, dostępnych tylko od strony morza, jak również prawdziwą wolność. Polinezja Francuska to wciąż dość ekskluzywny kierunek podróży, głównie ze względu na wysoki koszt biletów lotniczych. Jest to miejsce, które polecam szczególnie nowożeńcom na podróż poślubną. Niezwykłe, romantyczne widoki oraz wrażenie bycia jedynymi, wyjątkowymi ludźmi na ziemi na pewno pozostaną na zawsze w ich pamięci jako jedno z najpiękniejszych przeżyć – opowiada Marta Solarska z SunriseBay Catamarans.

Niestety, wybór akwenu często zależy od budżetu, jakim dysponujemy. Wyobraźnia wielokrotnie podrzuca nam bardzo odważne pomysły, a myśli biegną ku dalekim i egzotycznym rejsom. Na ziemię sprowadza nas dopiero rzeczywistość – możliwości finansowe. Na szczęście coraz więcej Polaków stać na wynajęcie jachtu lub katamaranu w tak malowniczych i atrakcyjnych miejscach, jak Karaiby i Seszele, które bez wątpienia zasługują na tytuł „żeglarskich rajów”. Są to zdecydowanie dwa najpiękniejsze egzotyczne akweny. Przez wielu ekspertów uważane również za najwspanialsze na świecie. Z roku na rok zwiększa się liczba pływających na nich naszych rodaków. Nie każdy jednak może sobie pozwolić na przelot na drugą półkulę, żeby podziwiać cudowne uroki Karaibów czy Seszeli... Zostają więc wówczas do wyboru bliższe, na ogół europejskie akweny. Wśród polskich żeglarzy najmodniejsze są Chorwacja i Grecja. Niektórzy spędzają tam już od wielu lat udane wakacje na jachcie każdego roku. A co wtedy, gdybyśmy chcieli je zmienić na coś nowego? Jakie europejskie akweny polecają eksperci? – Niestety, często zapominamy, że basen Morza Śródziemnego – poza popularnymi u nas Grecją i Chorwacją – oferuje jeszcze inne niezmiernie piękne i interesujące do żeglowania miejsca. Wciąż niewielu Polaków pływało jachtami np. u malowniczych wybrzeży Korsyki i Sardynii. A jest to naprawdę coś wyjątkowego… Nie dość, że te wyspy położone są stosunkowo blisko siebie, co pozwala m.in. mocno zapracowanym osobom na krótki tygodniowy wypad na rejs, to znajdują się jeszcze pod wpływami dwóch różnych niezmiernie bogatych i interesujących kultur – francuskiej i włoskiej. Odkryjemy także na nich obu ślady dawnego panowania Hiszpanów, zwłaszcza na Sardynii. Dodatkowo pomiędzy nimi, w Cieśninie Świętego Bonifacego, leży archipelag mniejszych wysp – Maddalena, na czele z Caprerą i La Maddaleną. Należą one do Włoch. Jeśli wynajmiemy jacht na tydzień i rozpoczniemy naszą trasę z portów położonych na północy Sardynii, np. z Olbii lub Portisco na słynnym Costa Smeralda (Szmaragdowym Wybrzeżu), mamy wówczas gwarancję bogatego w przeżycia rejsu. Z jednej strony czekają tu na nas urocze, pełne śródziemnomorskiego klimatu małe miasta portowe z licznymi zabytkami i tawernami, a z drugiej możemy podziwiać wspaniałą naturę – mnóstwo zatoczek z kryształowo czystą wodą i piaszczystymi plażami. Co ważne, niepowtarzalne, potężne i strome klify na Korsyce, dla których turyści przyjeżdżają specjalnie do Bonifacio, żeglarze oglądają w spokoju i w całej krasie od strony morza. Okoliczne wody są idealne dla bardziej ambitnych miłośników morskich przygód. Pomiędzy Sardynią a Korsyką, nawet w czasie pięknej słonecznej pogody, wieją dość silne wiatry, wymarzone do szybkiej żeglugi – tłumaczy Artur Wilkin, właściciel TASK Yachting Clubu.

 

KIEDY I GDZIE NAJLEPIEJ PŁYWAĆ?

Jak więc widać, na świecie nie brakuje wspaniałych akwenów żeglarskich. W Europie amatorów jachtingu rozpieszcza swoim pięknem i różnorodnością Morze Śródziemne. Wśród dalszych i bardziej egzotycznych kierunków – zdaniem ekspertów – dominują Karaiby, które są marzeniem każdego prawdziwego żeglarza. Coraz modniejsze stają się również rajskie Seszele. Na europejskich akwenach Polacy pływają najczęściej od końca wiosny do początku jesieni, a w tropikach – podczas naszej zimy. – Z doświadczenia wiemy, iż żeglarze uwielbiają wody w okolicach Korsyki i Sardynii, Chorwacji i ostatnio modnej Czarnogóry. Ta pierwsza wyspa, należąca do Francji, zachwyca piękną klifową linią brzegową, piaszczystymi plażami oraz dumnymi, lecz otwartymi mieszkańcami. Sardynia z Porto Cervo to modna wakacyjna baza światowej śmietanki towarzyskiej. Urzeka turkusową wodą i świetną infrastrukturą morską. Dla żeglarzy wieją tu zawsze dobre wiatry. Chorwacja jest jednym z ulubionych kierunków polskich klientów, którzy cenią sobie otwartość jej mieszkańców, czarującą architekturę miejscowych miast-muzeów – Dubrownika i Splitu – oraz piękno natury chorwackich wysp. Natomiast Czarnogóra zachwyca przede wszystkim wspaniałymi fiordami, krystalicznie czystą i przejrzystą wodą oraz klimatycznymi miasteczkami. Nowo zbudowana marina Montenegro (w Zatoce Kotorskiej) stanowi doskonałą bazę dla luksusowych jachtów we wschodniej części Morza Śródziemnego. Posiada doskonałe położenie i najnowocześniejsze zaplecze techniczne w regionie. Te europejskie akweny najlepiej odwiedzić latem, czyli od maja do września. Zimą polecamy natomiast Brytyjskie Wyspy Dziewicze na Morzu Karaibskim, na których można wyczarterować jacht od grudnia do kwietnia. Szczególnie popularne są tutaj wyspy Tortola i Virgin Gorda. Można na nich znaleźć wszystko to, o czym się tylko marzy: czarujące zatoczki, turkusową wodę, piaszczyste plaże, karaibską atmosferę w portowych miasteczkach, miejscowy karnawał, wspaniałe miejsca do nurkowania i snorkelingu – mówi Ewa Stachurska z Sunreef Yachts.

            Sezon żeglarski w bliskim polskim miłośnikom morskich przygód basenie Morza Śródziemnego trwa od początku maja do końca września. A kiedy najlepiej wynająć jacht lub katamaran i wyruszyć w niezapomniany rejs na Karaibach, Seszelach albo po magicznych wysepkach Polinezji Francuskiej? – Sezon na Brytyjskich Wyspach Dziewiczych zaczyna się już w listopadzie i kończy w kwietniu. Z kolei na Seszelach przypada na okres grudzień–luty, kiedy to zdarzają się opady deszczu, ale nie występują cyklony – zauważa Maciej Fornal z Forsail. Dla Andrzeja Trojanka z Blue Water Clubu zawsze jest dobra pora na rejs rekreacyjny luksusowym jachtem lub katamaranem po wodach tego „żeglarskiego raju” na Oceanie Indyjskim: – Na Seszele nie docierają cyklony, a więc można tutaj pływać praktycznie przez cały rok. Wiatry nie są zwykle zbyt silne (od stycznia do marca ich prędkość wynosi raptem 10–15 węzłów), ale wystarczają do spokojnego żeglowania między bajecznymi wyspami. Polinezja Francuska kusi również doskonałymi warunkami przez okrągły rok. – Średnia roczna temperatura powietrza wynosi tu ok. 29 st. C, a wody – mniej więcej 28 st. C. Wieją stałe, ciepłe wiatry ze wschodu – idealne do żeglowania – zachwala Marta Solarska z SunriseBay Catamarans.  

            Wynajęcie luksusowego jachtu jednokadłubowego lub katamaranu, czyli dwukadłubowca, i rejs rekreacyjny po najpiękniejszych akwenach świata to bez wątpienia doskonały pomysł na udany urlop dla rodzin z dziećmi, na wypad ze znajomymi, spotkanie biznesowe czy wyjazd firmowy. Niezależnie od tego, czy wybierzemy się gdzieś bliżej – na Korsykę, Sardynię, do Chorwacji albo Czarnogóry, czy też znacznie dalej, w tropiki – na Karaiby, Seszele lub na wyspy Polinezji Francuskiej, wakacje spędzone w tych „żeglarskich rajach” zapewnią nam niesamowite przeżycia i wspaniałe chwile, a przecież właśnie to jest ważne w życiu każdego człowieka...          

 

ŻEGLARSKIE I KULINARNE PODRÓŻE PO DALMACJI

O krótką opinię na temat żeglarskich i gastronomicznych atrakcji Chorwacji poprosiliśmy specjalistę od organizacji aktywnych podróży kulinarnych – Przemysława Czerwińskiego, właściciela marki Move it! Gourmet.

Jedno z najpiękniejszych wybrzeży Europy, jakim jest chorwacka Dalmacja, to prawdziwy raj dla żeglarzy oraz miłośników dobrej kuchni i wina. Na dalmatyńskich stołach od wieków królują skarby prosto z morza. Ryby przyrządza się tutaj na wiele sposobów, jednak najpopularniejsze są te pieczone na grillu – „orada” (dorada), „zubatac” (dentex), „škarpina” (skorpena) – albo na specjalnym drewnie z dodatkiem ziół, smarowane za pomocą gałązki rozmarynu oliwą czosnkową. Smakują po prostu bosko! Z morza pochodzą również inne przysmaki: kalmary (pieczone w całości na grillu lub krojone w krążki, panierowane i smażone na głębokim oleju), krewetki (grillowane lub „buzara” – langustynki), homary, małże (najlepsze to te z ujścia Krki, gdzie słony Adriatyk miesza się ze słodką wodą rzeki) czy ośmiornice (najpopularniejsza jest „salata od hobotnice” – sałatka z marynowanych ośmiorniczek, ale w niektórych restauracjach piecze się ją także w całości pod specjalnym żeliwnym dzwonem – „peka”). Do kolacji pijemy doskonałe szlachetne trunki. Do najsłynniejszych z nich należą: pochodzące z wyspy Korčula białe wino „pošip” oraz świetne czerwone „plavac mali”, najlepsze z półwyspu Pelješac. Wieczerzę warto zakończyć kieliszkiem „rakiji” albo „travaricy”. Jeśli jemy deser, polecam skosztować słodkiego wina „prošek”  lub wiśniowego likieru „maraskino”. We wszystkich miastach i miasteczkach chorwackiego wybrzeża bez trudu znajdziemy restauracje lub tradycyjne „konoby”. Rozwój masowej turystyki doprowadził jednak do tego, że nie wszystkie lokale w równym stopniu przykładają się do jakości serwowanych dań. Na najlepsze restauracje w Chorwacji natkniemy się na wyspach. Niektóre z nich dostępne są tylko od strony morza. To często nierzucające się w oczy rodzinne lokale, znane jedynie wtajemniczonym. Żeglujący po Adriatyku skiperzy zazdrośnie strzegą tej wiedzy i tylko spora ilość „rakiji” może ich skłonić do wskazania położonych na uboczu najlepszych chorwackich „konob”…


 

 

 

 

Artykuły wybrane losowo

Zachwycająca przygoda w Meksyku

EWA ZAMIECKA

 

                                                                                                             FOT. MEXICO TOURISM BOARD

<< Gdy poszukujący złota Hiszpanie pod wodzą Hernána Cortésa przybyli w 1519 r. do kontynentalnego wybrzeża Zatoki Meksykańskiej, nie spodziewali się znaleźć tutaj zbyt rozwiniętej cywilizacji i wielkich kamiennych miast. Ogrom i bogactwo tych ziem musiały jednak ich zachwycić, bo zapragnęli przyłączyć je do swojego królestwa. Tak powstała Nowa Hiszpania, która po trzech stuleciach wyzwoliła się spod władzy kolonizatorów, aby przeistoczyć się m.in. w barwny Meksyk, gdzie dziś obok hiszpańskiego funkcjonuje aż 67 języków urzędowych (np. náhuatl, maja, mixtec czy tzeltal). Ta dawna kraina Majów, Azteków i Zapoteków przyciąga obecnie każdego roku miliony turystów z całego świata. >>

Nazwa México pochodzi z języka z grupy uto-azteckiej – náhuatl, rozpowszechnionego przez Azteków. Jej znaczenie nie zostało jednak do końca wyjaśnione. Meksyk to dzisiaj jedno z najludniejszych państw naszego globu – ma prawie 115 mln mieszkańców. Posiada powierzchnię ponad 6 razy większą od Polski (niemal 2 mln km²). Jest ojczyzną rozśpiewanych muzyków mariachi, charyzmatycznej malarki Fridy Kahlo i laureata Nagrody Nobla w dziedzinie literatury Octavia Paza.

Więcej…

10 rzeczy, które należy przeżyć w Meksyku

OLA SYNOWIEC


<< Meksyk jest jak piniata. Ta popularna, szczególnie przed świętami Bożego Narodzenia, tutejsza zabawa polega na rozbiciu kijem wiszącej pod sufitem kuli wypełnionej słodyczami. Na początku wydaje się ona tak twarda, że nie sposób jej przebić, ale już po kilku próbach pęka i wysypuje się z niej deszcz różnorodnych słodkości. Również Meksyk przy pierwszej wizycie sprawia wrażenie świata skrywającego przed obcokrajowcami mnóstwo tajemnic, lecz wystarczy nieco uporu, aby odsłonił przed nami wszystkie swoje wspaniałości. >>

To drugie pod względem powierzchni (niemal 2 mln km²) i liczby ludności (ponad 118 mln osób) państwo Ameryki Łacińskiej, zaraz po Brazylii, leży między Stanami Zjednoczonymi a Gwatemalą i Belize. Powszechnie kojarzy się m.in. z kadrami z filmu Roberta Rodrigueza Desperado, kapeluszami z szerokim rondem, orkiestrami mariachi, kaktusami czy tequilą. Warto jednak wiedzieć, że Meksykańskie Stany Zjednoczone to nie tylko coraz gęściej zaludnione miasta oraz małe wioski na odludziu, lecz także przepiękne plaże nad Pacyfikiem i Atlantykiem, olbrzymie wydmy Wielkiej Pustyni Altar – Gran Desierto de Altar, rozległa selwa w stanie Chiapas czy pasmo Kordyliery Wulkanicznej z najwyższym szczytem kraju wulkanem Citlaltépetl (Pico de Orizaba – 5610 m n.p.m.) oraz niezmiernie bogata kultura o wielu korzeniach.

Więcej…

Nieodkryta Armenia

 Tatev Monastery

Klasztor Tatew stoi na krawędzi wąwozu

© ARMENIA AND TRAVEL, OFFICIAL TOURISM WEBSITE OF ARMENIA

 

PAWEŁ SAKOWSKI

 

Armenia jest jednym z małych krajów – ma powierzchnię niemal 30 tys. km², a żyje tu ok. 3 mln ludzi, z czego ponad jedna trzecia mieszka w stołecznym Erywaniu. Wciąż nie cieszy się ona raczej zbyt dużą popularnością wśród turystów z Europy, ale zupełnie niezasłużenie. Zdecydowanie warto odwiedzić to wyjątkowe miejsce na naszym globie.

 

Podobno ormiańska diaspora rozsiana po świecie liczy aż ok. 10 mln osób. Niektórzy twierdzą wręcz, że za stolicę Armenii powinien uchodzić obszar metropolitalny Los Angeles, bo mieszka na nim więcej Ormian niż w Erywaniu (prawie 1,5 mln). Historia tego ostatniego sięga niemal 3 tys. lat wstecz. Jednak jednocześnie to armeńskie miasto jest jedną z najmłodszych stolic świata. Tę funkcję nadano mu dopiero w 1918 r., ale dwa lata później kraj znalazł się pod okupacją Armii Czerwonej. Stołecznym ośrodkiem niezależnego państwa Erywań stał się z powrotem wewrześniu 1991 r., po ponownym odzyskaniu niepodległości przez republikę. Armenia to naprawdę wyjątkowy kraj, w którym wszystko jest najstarsze i najlepsze. Tak przynajmniej twierdzą jego mieszkańcy. Ormianie stworzyli jedną z najstarszych cywilizacji na świecie. Jako pierwsi oficjalnie przyjęli chrześcijaństwo (w 301 r. n.e.), co czyni ich ojczyznę najstarszym chrześcijańskim państwem na ziemi. Tutejszy narodowy Kościół (Ormiański Kościół Apostolski) nie podlega władzy Watykanu.

 

Bezpośredni lot z Warszawy do Erywania trwa mniej więcej 3 godz. i 30 min. Różnica czasu między Armenią a Polską wynosi 2 godz. w okresie letnim i 3 godz. w okresie zimowym. Polacy nie muszą wyrabiać wizy, aby przekroczyć granicę, jeśli planują pobyt do 180 dni. Walutę kraju stanowi dram (AMD). Płatności w euro czy dolarach amerykańskich nie są obsługiwane, ale na szczęście kantorów i banków oferujących prawie identyczny kurs jest mnóstwo. Warto przygotować się na to, że po wyjściu z lotniska w Erywaniu turystów oblegają taksówkarze i inne osoby wykonujące przewozy. Standardowa cena za kurs do centrum miasta to 2–3 tys. dramów, czyli ok. 15–22 złotych. Kierowcy proponujący swoje usługi świeżo przybyłym oferują promocyjny przejazd za 15 tys. dramów (mniej więcej 110 złotych). Należy więc im ze spokojem podziękować i udać się na oficjalny postój tuż obok terminala lub zamówić taksówkę w okienku informacyjnym na lotnisku.

               

W STOLICY

 

Erywań jest specyficzny i ma swój niepowtarzalny urok. To młoda stolica, ale niezmiernie stare miasto. Na pewno warto zobaczyć w nim Kaskady, jeden z najbardziej rozpoznawalnych tutejszych obiektów. Ta monumentalna konstrukcja składa się z 572 schodów i łączy punkty, które dzielą od siebie 302 m wysokości. Ze szczytu rozciąga się malowniczy widok na cały Erywań. Widać też świętą górę Ormian, czyli Ararat (5137 m n.p.m.), odległą o ok. 50 km i znajdującą się obecnie na terytorium Turcji.

 

Ciekawym miejscem jest powstały na wzgórzu Cicernakaberd kompleks upamiętniający ofiary ludobójstwa, którego w 1915 r. dopuścili się Turcy na Ormianach. Po ormiańsku zbrodnię tę określa się mianem Mec Jeghern, czyli Wielkie Nieszczęście. Szacuje się, że śmierć poniosło wówczas ok. 1,5 mln ludzi. Większość z tych, którzy przeżyli, rozjechała się po świecie i stworzyła ogromną ormiańską diasporę. Na wzgórzu stoi wysoki na 44 m, stożkowaty słup, spod którego doskonale widać Ararat. Obok niego umieszczono 12 pochylonych płyt formujących okrąg, w jego środku płonie wieczny ogień otaczany codziennie świeżymi kwiatami. Gdy odwiedzam to miejsce, mimo zwiększającego się upału zawsze robi mi się zimno. Na terenie, na którym znajduje się kompleks, rośnie mnóstwo młodych drzew. Sadzili je tutaj znani ludzie z całego świata. W pierwszym szeregu widzę drzewa zasadzone przez prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego i papieża Jana Pawła II.

 

Wróćmy jednak do centrum miasta. Z placu Republiki rozchodzą się koncentrycznie ulice w różnych kierunkach. Najciekawsza jest chyba urocza ulica Abowiana, utrzymana w przedwojennym stylu, ze starą zabudową oraz mnóstwem kafejek i restauracji, czasami ukrytych w zaułkach i bramach.

Warto też przejść się otwartą w 2007 r. aleją Północną, przy której można posiedzieć w jednej z licznych kawiarenek nad filiżanką gęstej, pioruńsko mocnej ormiańskiej kawy. Większość ulic w centrum Erywania zawdzięcza swoje nazwy słynnym pisarzom, poetom, artystom, wynalazcom czy bohaterom narodowym, tymczasem tę jedną z najważniejszych arterii, główny deptak stolicy prowadzący niemal od placu Republiki aż do Opery, nazwano po prostu od kierunku świata. Jest to w pewnym sensie wynik prac planistycznych rozpoczętych w latach 20. XX w. przez wybitnego ormiańskiego intelektualistę Aleksandra Tamaniana (1878–1936), który chciał zaproponować nowy układ urbanistyczny miasta i aleja Północna miała być jego ważnym elementem. Jednak współczesne działania władz Erywania odbiegają raczej od zamierzeń planisty. Cała stara zabudowa została tutaj wyburzona, a w jej miejsce powstały nowoczesne apartamentowce wzniesione przez elitę finansową, w których... nikt nie mieszka. Są one po prostu zbyt drogie nawet dla tych w miarę zamożnych Ormian. Dlatego arteria ta często nazywana jest przez miejscowych ulicą duchów. Gdy spaceruje się nią wieczorami, można dostrzec niewielki ruch w dole, ale wszystkie okna budynków pozostają ciemne.

 

Jeśli chodzi o nocleg, ceny w hotelach wyższej kategorii w Armenii bywają porównywalne z polskimi. Jeżeli dla kogoś jest to za wysoki koszt, ma możliwość zatrzymania się w obiekcie niższej klasy bądź hostelu lub wynajęcia mieszkania. Hostele są w większości przyzwoitej jakości, ale chyba najwygodniejsze wyjście, zwłaszcza przy wielodniowym wyjeździe, stanowi po prostu wynajem. Najlepiej zdecydować się na Erywań. Kraj jest na tyle mały (ma powierzchnię mniej więcej naszego województwa wielkopolskiego), że zrobienie sobie bazy wypadowej w stolicy to świetny pomysł w przypadku pobytów dłuższych niż jeden tydzień. W Armenii warto szukać lokalu do wynajęcia poprzez miejscowy serwis hyurservice.com. W jego bazie zebrano bardzo dużo nieruchomości (apartamentów, domów i hoteli) w dogodnych lokalizacjach, w dobrym standardzie i świetnych cenach. Można znaleźć mieszkanie już za jakieś 15 tys. dramów za dzień (czyli w przybliżeniu 110 złotych), co ma swoje zalety, zwłaszcza gdy podróżuje się w towarzystwie, bo za wynajem nie płaci się od osoby. W trakcie szukania dobrej lokalizacji najlepiej na mapie Erywania wyrysować sobie okrąg, którego promień zaczynać się będzie na placu Republiki, a kończyć przy Operze. Mieszkania położone w jego obrębie znakomicie nadają się na bazę wypadową podczas pobytu w Armenii.

 

W stolicy jest mnóstwo małych, kameralnych teatrów. Mimo iż przedstawienia są najczęściej w języku ormiańskim, warto odwiedzić jeden z nich. Każdy spektakl dostarcza niezapomnianych wrażeń wizualnych i stanowi wyjątkowe artystyczne przeżycie. Zamiłowanie Ormian do sztuki widać zresztą wszędzie.

 

Wieczory polecam spędzać w licznych pubach lub klubach położonych w ścisłym centrum. Panuje w nich świetna atmosfera, w wielu miejscach można posłuchać doskonałej muzyki na żywo. Do wyboru mamy takie gatunki jak jazz, blues, rock czy folk. Trzeba jednak pamiętać, że w Armenii wciąż wszędzie wolno palić, dlatego lokale bywają zadymione, chociaż w wielu skutecznie działa klimatyzacja.

 

OD KUCHNI

 

Warto wspomnieć także o tutejszych specjałach kulinarnych. Prawdziwym skarbem tego kraju jest lawasz – tradycyjny ormiański chleb wypiekany tą samą metodą od tysięcy lat (w 2014 r. wpisany na prestiżową Listę Reprezentatywną Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO). Można go zjeść wszędzie. Ma formę niesamowicie cienkiego placka, dużo delikatniejszego niż pita. Prawdziwego odkrycia dokonałem, gdy w jakimś małym lokalu zamówiłem lahmajo, czyli lekko słonawą pizzę na bazie tego właśnie chleba. Składa się ją w kostkę i je z ręki. Smakuje cudownie, zwłaszcza z piwem. Na obiad proponuję chinkali – tradycyjną kaukaską potrawę, kojarzoną bardziej z Gruzją, ale Ormianie też ją przygotowują, w swojej wyśmienitej wersji. To pierożki, które spożywa się w specyficzny sposób: najpierw należy przegryźć ciasto i wyssać płynną zawartość, a potem ze spokojem zjeść resztę. Chinkali są gotowane lub smażone (w tym drugim wariancie, moim zdaniem, smakują zdecydowanie lepiej). Do picia polecam bardzo popularną lemoniadę gruszkową podawaną np. w restauracji „Tumanyani Khinkali” w Erewaniu. Poza tym wszędzie króluje dolma, czyli coś na kształt naszych gołąbków. W wersji tradycyjnej farsz zawija się w liście winogron. Dla mnie to danie w takiej formie było trochę za gorzkie, dlatego wybierałem je w wariancie z liśćmi kapuścianymi. Bardzo charakterystyczne dla Armenii jest również chaczapuri – zapiekany placek typowy dla kuchni gruzińskiej. Mnie najbardziej zasmakowało w wersji adżarskiej, czyli z jajkiem.

 

Warto wspomnieć także o słodkościach. Dużą popularnością cieszy się owocowy lawasz. Powstaje on w specjalny sposób: najpierw z owoców wyciska się sok, potem rozlewa się go na dnie płaskiego naczynia i wystawia na słońce, aby wysechł. Następnie tę zaschniętą cienką warstwę zdziera się i roluje. Taki rulonik nie zawiera dodatku cukru i konserwantów. To samo zdrowie!

 

Narodowym trunkiem Armenii jest brandy (koniak). Ponoć właśnie tutaj ją wymyślono i zaczęto produkować. Występuje we wszystkich smakach i odmianach. Poza tym Ormianie kochają wino, i to nie tylko z winogron. Ciekawie smakuje np. wino morwowe.

 

Z kawą w Armenii miałem pewien problem. Z podobną sytuacją spotkałem się zresztą w krajach Europy Południowej. Tutaj po prostu nie podaje się czegoś takiego jak duża kawa z mlekiem. W małych filiżankach serwuje się za to mocny, gorący, gęsty płyn o ciemnobrązowym kolorze, po wypiciu którego język staje na baczność. Gdy prosiłem o dużą kawę z mlekiem, dostawałem podwójną porcję tego napoju i mleko w osobnym pojemniku. Jednak po dodaniu mleka nie da się wypić tej mikstury – jest zupełnie pozbawiona smaku i pomimo słodzenia pozostaje gorzka.

 

Aby w pełni poznać różnorodność kulinarną Armenii, najlepiej udać się do jednej z licznych w Erywaniu restauracji Karas. To lokalna sieć podobna do McDonald’s (co ciekawe, w tym kraju nie ma ani jednego baru tej amerykańskiej marki). W samym centrum znajduje się pięć jej lokali. Każdy z nich serwuje to samo menu, na które w całości składają się narodowe potrawy. Ceny są bardzo dobre, jakość jedzenia również. Dzięki dużemu zróżnicowaniu podczas pobytu w Armenii można niemal codziennie spróbować innego lokalnego dania.

 

Yerevan Cascade 02 

Fontanna i rzeźba Gość na drugim poziomie erywańskich Kaskad

© ARMENIA AND TRAVEL, OFFICIAL TOURISM WEBSITE OF ARMENIA

 

WIEKOWE ZABYTKI

 

Z Erywania warto wyruszyć na poznawanie reszty kraju, zwłaszcza że jego obszar jest niewielki i wszędzie mamy blisko. Ja wybrałem na początek trzy niezmiernie atrakcyjne miejsca.

 

Najpierw odwiedziłem jedyną grecko-rzymską pozostałość w Armenii, czyli świątynię w Garni z I w. n.e., która stała się letnią siedzibą siostry króla Tiridatesa III (panującego mniej więcej w latach 287–330) – Chosrowiducht – i zapewne tylko dlatego przetrwała. Licząca sobie niemal 2 tys. lat budowla robi duże wrażenie. Co ciekawe, na murach rzymskich łaźni, które zostały dobudowane później, wyryto napis w grece: „Pracowaliśmy tutaj i nie otrzymaliśmy zapłaty za swoją pracę”. W odległości półgodzinnej przejażdżki stąd leży malowniczy zespół klasztorny Geghard z IV w., wpisany w 2000 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Był on wielokrotnie niszczony i odbudowywany. Dalej drogi już nie ma. Wydaje się, że tu kończy się świat. W podziemiach klasztoru bije źródło. Uważa się, że wypływająca z niego święta woda ma cudowną moc, podobno nawet zapewnia nieśmiertelność. Na wszelki wypadek zamoczyłem w niej stopę. Miejsca te znajdują się w odległości ok. 1 godz. drogi od Erywania. Cała wyprawa trwała w sumie 5 godz., a kosztowała 8 tys. dramów (mniej więcej 60 złotych), które wydałem na taksówkę.

 

Podczas kolejnej wycieczki docieram niemal na szczyt masywu wulkanicznego Aragac, najwyższej góry Armenii (4090 m n.p.m.). Samochodem można podjechać na wysokość 3190 m n.p.m., nad brzeg polodowcowego jeziora Kari, czyli Jeziora z Kamienia. Widoki, jakie już stąd się roztaczają, są oszałamiające. Większość turystów zatrzymuje się tutaj, aby zrobić kilka zdjęć, a potem wraca, skąd przybyła. Ja jednak zostałem dłużej, żeby wybrać się na trekking z zamiarem wejścia na wierzchołek południowy (3888 m n.p.m.). Trasa nie jest łatwa, ale do pokonania. Mimo to nie polecam wspinać się samemu. Asekuracja naprawdę się przydaje. Ja samodzielnie dotarłem na wysokość 3500 m n.p.m., lecz pogoda zmusiła mnie do odwrotu. Nie ma tu żadnego szlaku i trzeba samemu szukać najlepszego przejścia wśród bazaltowych głazów, co bywa trudne i grozi złamaniem lub skręceniem nogi. Jeśli ktoś zdecyduje się więc na taką wyprawę, powinien uprzedzić kogoś na dole o planowanej godzinie powrotu.

 

W drodze powrotnej warto zwiedzić twierdzę Amberd. Jej nazwa oznacza Fortecę w Chmurach. Wzniesiona została na szczycie wzgórza królującego nad doliną (na wysokości 2300 m n.p.m.), w której łączą się dwie rzeki – Arkaszen i Amberd. Stoi na nim już od 14 stuleci. Mimo tak doskonałego położenia nie obroniła się przed żadnym atakiem. Zdobywali ją kolejno Turcy pod panowaniem Seldżuków, Mongołowie i Tatarzy. Dzisiaj warto odwiedzić twierdzę Amberd, bo jest wyjątkowo urokliwa. Oprócz tego można podziwiać wokół cudowne krajobrazy.

 

Poza tym udało mi się obejrzeć jeszcze jeden zapomniany zabytek, do którego nawet taksówkarz nie bardzo wiedział jak dojechać. Nie było w tym miejscu nikogo i niczego dookoła. Budowla ta to wspaniały stary kościół Tegher, który istnieje od 800 lat. Co ciekawe, wciąż jest otwarty. W środku było pięknie, ale pusto. Może drzwi zostawiono otwarte, bo i tak nikt tu nie przyjeżdża? Ja jednak dotarłem w to czarujące miejsce. Naprawdę było warto. Tak zakończyła się moja druga wycieczka. Zapłaciłem za nią 14 tys. dramów (ok. 100 złotych), które znów wydałem na taksówkę, a miałem ją do dyspozycji przez cały dzień.

 

Amberd-3

Ruiny twierdzy Amberd z VII stulecia

© ARMENIA AND TRAVEL, OFFICIAL TOURISM WEBSITE OF ARMENIA

 

KLASZTOR NAD PRZEPAŚCIĄ

 

Moją najdłuższą wyprawą w Armenii był wyjazd do klasztoru Tatew. Tym razem skorzystałem z usługi sprawdzonego lokalnego biura podróży. Wyjechaliśmy bladym świtem, a wróciliśmy nocą. Wycieczka kosztowała 18 tys. dramów (mniej więcej 130 złotych).

 

Do wspomnianego klasztoru jedzie się główną magistralą łączącą zachód i wschód kraju. Droga jest koszmarna, a to przecież ważna trasa! Mijamy widoczną u podnóża góry jaskinię (Areni-1), w której znaleziono w 2008 r. pierwszy but na świecie (mający aż 5,5 tys. lat!), starszy niż egipskie piramidy. Kilka razy musimy zatrzymywać się, aby przepuścić owce przechodzące przez drogę. Stada poganiają zarośnięci pasterze w kożuchach, jadący na małych, krępych koniach. Czas cofa się na chwilę o kilkaset lat.

 

Na miejscu jesteśmy po 5 godz. jazdy z Erywania. Widok na wąwóz przy słynnym klasztorze zapiera dech w piersiach. Za chwilę całej okolicy będę przyglądał się z lotu ptaka. Krawędzie wąwozu łączą Skrzydła Tatewu – to najdłuższa jednosekcyjna, dwukierunkowa, pasażerska kolei linowa na świecie. Jej wagonik pokonuje trasę o długości prawie 6 km (5752 m). Przejazd w jedną stronę trwa aż 11 min. i 25 sek. Z okien rozpościerają się oszałamiające widoki. Według jednej z legend w okolicy klasztoru arabscy najeźdźcy gonili młodą dziewicę. Dziewczyna dobiegła do szczytu wzgórza nad wąwozem. Szybko zrozumiała, że nie ma już gdzie uciekać, więc chcąc uniknąć pohańbienia, rozłożyła ręce, zawołała Tatew! (co w wolnym tłumaczeniu znaczy „Boże, daj mi skrzydła!”) i rzuciła się w przepaść. Przekaz nie mówi o tym, czy jej modlitwa została wysłuchana, ale władze Armenii postanowiły najwidoczniej rozwiać wątpliwości i otwartą w październiku 2010 r. podniebną kolej nazwano właśnie Skrzydłami Tatewu.

 

Docieramy do klasztoru. Główne zabudowania powstały w IX w. Największa budowla to Kościół św. św. Piotra i Pawła. Pod jego nawami zostały ponoć ukryte relikwie obu tych uczniów Jezusa. Po prawej stronie świątyni można podziwiać kilkanaście starych chaczkarów, czyli ormiańskich kamiennych płyt mających upamiętniać konkretne zdarzenia lub osoby. Obok nich stoi mniej więcej ośmiometrowa kolumna pochodząca z X stulecia ostrzegająca przed trzęsieniami ziemi. Gdy jej wierzchołek zaczynał się chwiać, wiadomo było, że zbliża się kataklizm, co dawało mnichom czas, aby udać się w bezpieczne miejsce. Klasztor przetrwał kilka trzęsień ziemi, największe z nich, z kwietnia 1931 r., spowodowało poważne uszkodzenia. Prace renowacyjne nadal się odbywają i – niestety – ich końca wciąż nie widać, ale to, co można oglądać, i tak robi wielkie wrażenie. W jednym z pomieszczeń natykam się na starą bibliotekę i czytelnię, obecnie – oczywiście – bez książek. W klasztorze Tatew działał niegdyś prężnie uniwersytet (w XIV i XV w.), w którym uczyło się ponad tysiąc studentów.

 

Klasztor nadal jest czynnym miejscem kultu. Przebywa w nim… aż dwóch mnichów! Jeden z nich uchodzi za świętego. Podobno gdy pada deszcz, ziemia wokół niego jest sucha i nigdy nie moknie, a trawa pod jego stopami zielenieje, kiedy po niej chodzi. Ludzie z całej Armenii, a nawet świata, przyjeżdżają tu specjalnie po jego błogosławieństwo – wierzą, że czyni cuda. Mnie – niestety – nie pomógł, ale być może zabrakło mi wiary. Jednak i tak obdarzam Tatew głębokim uczuciem. I wiem, że to miłość wieczna i bezwarunkowa. Ciekawe, czy jest również odwzajemniona…

 

Na koniec zatrzymujemy się przed bramą klasztoru. Na krzesełku siedzi kobieta, która wygląda, jakby miała 100 lat. Dalej na straganie sprzedawcy oferują wszelkie lokalne przysmaki, w tym brandy, wina i wódki. Straganiarze częstują turystów, a ponoć nie wypada odmówić. Ja jednak im grzecznie dziękuję, bo przede mną jeszcze pięciogodzinna podróż do Erywania.

 

W drodze powrotnej podziwiam wiszący „tańczący” most w okolicy miasta Goris, w wiosce Chyndzoresk. Ma długość mniej więcej 160 m, jest wysoki na 63 m w najwyższym punkcie i waży 14 t. Most naprawdę tańczy, gdy się po nim idzie. Mniej odważni trzymają się kurczowo lin po obu stronach. Wrażenia z przechadzki są jednak warte tej odrobiny strachu.

 

Alternatywę dla opisanej wycieczki stanowi dwudniowa wyprawa do klasztoru Tatew. Jej program różni się tym, że w okolicy Goris uczestnicy zatrzymują się na nocleg, a po drodze dodatkowo odwiedza się starą winiarnię, w której można zobaczyć, jak produkowano niegdyś w Armenii wina i spróbować przeróżnych trunków. Jednak dodatkową atrakcją jest przede wszystkim wizyta w klasztorze Chor Wirap. Jego nazwę tłumaczy się jako Głębokie Lochy. Budowla często była wykorzystywana jako więzienie polityczne. Przetrzymywano w niej np. św. Grzegorza Oświeciciela (ok. 257–ok. 331), założyciela i patrona Ormiańskiego Kościoła Apostolskiego, apostoła Armenii. Dlatego to najpewniej Chor Wirap stanowi najczęściej odwiedzane miejsce pielgrzymkowe w kraju.

 

W Armenii warto też wybrać się nad Sewan, największe jezioro Kaukazu (1260 km² powierzchni) i jedno z najwyżej położonych na świecie (ok. 1900 m n.p.m.). Dla Ormian jest niczym morze. Słynie z endemicznych gatunków ryb (np. pstrąga sewańskiego – Salmo ischchan) i niespotykanej nigdzie indziej roślinności. Poza tym widoki nad jego brzegiem są zachwycające.

 

Za godny polecenia uważam także Stepanakert, czyli największe miasto (55-tysięczne) i tak naprawdę stolicę nieuznawanej nigdzie na świecie Republiki Górskiego Karabachu, a właściwie Arcachu, jak ją nazywają sami Ormianie. Formalnie leży na terytorium Azerbejdżanu, ale teren ten zamieszkują w przeważającej większości Ormianie, którzy w grudniu 1991 r. ogłosili niepodległość. Armenia również oficjalnie nie uznaje nowego państwa, ale nieformalnie je wspiera. To właśnie na terytorium Arcachu najczęściej dochodzi do incydentów pomiędzy żołnierzami ormiańskimi a azerbejdżańskimi. Nie polecam trekkingu przy granicy z Azerbejdżanem, ale sam Stepanakert jest raczej spokojny i niewątpliwie urokliwy.

 

Gdy przyjechałem po raz pierwszy do Armenii i pytano mnie, skąd pochodzę, odpowiadałem po angielsku: I'm from Poland. Teraz mówię: Es Lehastanits, co znaczy to samo, tylko po ormiańsku. Nie zapewnia mi to zniżek w restauracjach czy sklepach, ale zupełnie satysfakcjonują mnie zdziwione twarze moich rozmówców i ich uśmiechy sympatii. Armenia to naprawdę piękny i pełen atrakcji kraj, ale bardzo słabo rozreklamowany. W rankingach popularności przegrywa zdecydowanie z sąsiednią Gruzją, a moim zdaniem jest dużo ciekawszym celem podróży.

 

Khndzoresk 2

Wiszący „tańczący” most w wiosce Chyndzoresk łączący dwa brzegi wąwozu

© ARMENIA AND TRAVEL, OFFICIAL TOURISM WEBSITE OF ARMENIA