MICHAŁ DOMAŃSKI

 

Żeglarstwo dla wielu osób stało się pasją życia. Nie wyobrażają sobie oni udanych wakacji bez rejsu jachtem lub katamaranem. To dla nich nie tylko szansa na przeżycie wspaniałej przygody, ale również okazja do poznania odmiennych kultur, interesujących atrakcji turystycznych oraz fascynujących zakątków Europy i świata. Zapaleni żeglarze co roku myślą o nowych trasach oraz o ciekawszych i bardziej egzotycznych akwenach. Większość z nich wybiera ciepłe morza, regiony i kraje – Chorwację, Grecję, Włochy, Francję, Turcję, Hiszpanię, Baleary i Wyspy Kanaryjskie, Karaiby, Seszele czy Polinezję Francuską. Są to bez wątpienia najpiękniejsze akweny żeglarskie świata. Oferują uczestnikom rejsów moc atrakcji. Na załogi jachtów lub katamaranów czeka na nich prawdziwe pełnomorskie pływanie lub powolna włóczęga od zatoki do zatoki, od portu do portu…   

    

Nie trzeba posiadać żadnych uprawnień ani żeglarskiego doświadczenia, żeby móc wziąć udział w rejsie rekreacyjnym i przeżyć niezapomniany tydzień albo dwa (a nawet więcej!) na morzu w najpiękniejszych zakątkach świata. Wystarczy wynająć jacht lub katamaran ze skiperem, który bezpiecznie poprowadzi wybraną przez nas jednostkę pływającą. Pokaże też malownicze zatoki i miejsca niedostępne dla turystów spędzających wakacje w hotelu. Rejsy po ciepłych morzach są nie tylko wymarzonym pomysłem na doskonały relaks dla miłośników żeglarstwa i ich rodzin, dla grup przyjaciół mających tę samą pasję oraz lubiących przebywać i bawić się w swoim towarzystwie, ale także dla firm, w których pracują fani jachtingu. Wspólne pokonywanie fal, ujarzmianie wiatru, czy sportowa rywalizacja w ramach specjalnie zorganizowanych regat gwarantują również wyśmienitą integrację zespołu.    

Można też wynająć luksusowy jacht lub katamaran ze stałą załogą, co zapewni nam udany wypoczynek, pełen komfort, profesjonalną obsługę i poczucie bezpieczeństwa. Wybór jednostek i atrakcyjnych akwenów żeglarskich jest tak ogromny, że nawet najbardziej wybredne osoby znajdą coś dla siebie – niezależnie od tego, czy zastanawiają się nad rejsem rekreacyjnym z rodziną lub grupą przyjaciół, czy nad wyjazdem firmowym albo organizacją spotkania biznesowego na wyższym szczeblu. Za każdym razem jednak jachting pozwala nam przeżyć wyjątkowe chwile, oderwać się od szarej codzienności i cieszyć się niczym nieskrępowaną wolnością.

Aktywny wypoczynek, jakim jest żeglarstwo, to doskonała forma spędzania wolnego czasu, poznawania nowych miejsc i ludzi oraz ich tradycji i zwyczajów. Pływanie po ciepłych wodach daje możliwość próbowania lokalnych kuchni, nierzadko egzotycznych dla nas ziół, przypraw, warzyw i owoców. Zapewnia beztroskie kąpiele w morzu, pełen relaks w dzikich zatoczkach, grillowanie na dziewiczych plażach oraz zwiedzanie atrakcyjnych, często niezmiernie zabytkowych miast portowych. Słońce, woda, brak pośpiechu i spokojne życie na pokładzie jachtu lub katamaranu to nieodzowne składniki dobrego wypoczynku na najpiękniejszych akwenach żeglarskich świata. Dla wielu osób największy problem stanowi właśnie wybór miejsca i trasy rejsu. Trudno jest znaleźć szybko odpowiedź na zadawane sobie często pytanie: które wody są najlepsze, najciekawsze i najbardziej malownicze? Oczywiście, decyzja zależy zawsze od naszych preferencji i możliwości finansowych…             

 

NAJPIĘKNIEJSZE AKWENY ŻEGLARSKIE ŚWIATA

Polskie firmy czarterowe oferują najczęściej wynajem jachtów albo zorganizowane rejsy rekreacyjne w Europie – Chorwacji, Grecji, Włoszech, Hiszpanii, na Balearach, Wyspach Kanaryjskich, we Francji, Czarnogórze, Turcji, a także w egzotycznych rejonach świata – na Karaibach, Seszelach, w Tajlandii czy Polinezji Francuskiej. Jak więc widać, wybór jest bardzo duży. Które z powyższych miejsc eksperci polecają zazwyczaj żeglarzom i uważają za najpiękniejsze na naszym globie? – Jednym z najwspanialszych i najatrakcyjniejszych akwenów są niewątpliwie Karaiby, a w szczególności Brytyjskie Wyspy Dziewicze leżące na wschód od Portoryko. Główną wyspą tego archipelagu jest Tortola, na której znajduje się międzynarodowe lotnisko i największa przystań jachtowa. Wiejące tu stale pasatowe (północno-wschodnie) wiatry o umiarkowanej sile pozwalają na dokładne zaplanowanie trasy rejsu oraz czerpanie radości z szybkiej i bezpiecznej żeglugi. Zwarty charakter archipelagu oraz wysunięta najdalej na północ wyspa Anegada, zbudowana z koralowców i wapieni, tworzą naturalną ochronę przed oceaniczną falą. Dzięki temu żeglowanie na tych wodach odbywa się prawie w idealnych warunkach, przy niedużym rozfalowaniu. Znajduje się tu kilkadziesiąt przepięknych wysepek z fantastycznymi plażami oraz licznymi barami oferującymi narodowy drink Brytyjskich Wysp Dziewiczych na bazie rumu – „Painkiller”. Wielkie udogodnienie stanowią boje cumownicze w większości zatoczek, co ułatwia żeglowanie i pozwala pozostawić bezpiecznie jacht na czas wieczornej kolacji w jednym z barów. Innym znakomitym akwenem na Karaibach są Grenadyny, w szczególności wyspy Tobago Cays, zbudowane z koralowców, urocze Canouan, Mayreau, Union czy Mustique, a także pobliska Saint Vincent, znana z filmu „Piraci z Karaibów”. Duża liczba wysepek, nieco bardziej rozciągniętych, stwarza tu doskonałe warunki dla miłośników żeglarskich przygód. Kolejnym przepięknym akwenem są Seszele na Oceanie Indyjskim, nazywane „edenem dla żeglarzy”. Także i tutaj stosunkowo niewielkie odległości między wyspami pozwalają na spokojny, relaksacyjny rejs – zachwala Maciej Fornal, prezes firmy Forsail. O tym tropikalnym kraju wypowiada się również w samych superlatywach Andrzej Trojanek z Blue Water Clubu, stawiając go nawet przed Karaibami: – Żeglarski raj na ziemi to bezapelacyjnie Seszele – dziewicze, piękne, a do tego nie zadeptane przez masową turystykę i nieoszpecone olbrzymimi 5-gwiazdkowymi hotelami. Na każdym kroku spotykamy tu miejsca znane z folderów i widokówek. Nawet najbardziej malowniczym wyspom na Karaibach daleko do takiego bogactwa kolorów i wspaniałych pejzaży, jakie czekają na nas na Seszelach. Znajdziemy tutaj turkusową wodę, złote plaże z palmami rosnącymi między niesamowitymi granitowymi skałami, morski park narodowy z metrowymi żółwiami pozwalającymi się nie tylko głaskać, ale i karmić prosto z ręki… Przede wszystkim jednak – niesamowicie przyjaznych, życzliwych i uśmiechniętych ludzi. Czy można chcieć czegoś więcej? Udając się w ten rejon Oceanu Indyjskiego, warto zaopatrzyć się w koszulki do pływania z długim rękawem oraz długie spodnie (polecam lniane), gdyż słońce potrafi tu spalić nas także pod wodą. Przydadzą się one z pewnością wiele razy, bowiem żadne inne miejsce na świecie nie może równać się z tym, co zobaczymy podczas snorkelingu na Seszelach!

            Jest wiele pięknych miejsc do żeglowania na ziemi, które przyciągają turystów z całego świata. Niewątpliwie należą do nich Karaiby i Seszele. Eksperci polecają również greckie Cyklady, włoską Sardynię czy malownicze Malediwy na Oceanie Indyjskim. Poza tym zwracają także uwagę na jeden z najbardziej magicznych zakątków na naszym globie – Polinezję Francuską. – Jest to archipelag tropikalnych, dziewiczych wysepek na Oceanie Spokojnym, z których polecam szczególnie, ze względu na łagodny klimat zwrotnikowy, Wyspy Towarzystwa – Tahiti, Moreę, Raiateę czy Bora Bora. Otaczają je rafy koralowe i krystalicznie czysta woda, co czyni z nich wymarzone miejsce relaksu dla żeglarzy, zwłaszcza na zapewniającym luksusowe warunki wypoczynku katamaranie. Jeśli wynajmiemy go razem ze sternikiem i hostessą, którzy zajmą się pełną obsługą jachtu, będziemy mieć komfort godny najlepszych hoteli, wykwintne jedzenie i niezapomniane wrażenia. Katamaran zapewnia możliwość swobodnego przemieszczania się między wyspami, odkrywania dziewiczych plaż, dostępnych tylko od strony morza, jak również prawdziwą wolność. Polinezja Francuska to wciąż dość ekskluzywny kierunek podróży, głównie ze względu na wysoki koszt biletów lotniczych. Jest to miejsce, które polecam szczególnie nowożeńcom na podróż poślubną. Niezwykłe, romantyczne widoki oraz wrażenie bycia jedynymi, wyjątkowymi ludźmi na ziemi na pewno pozostaną na zawsze w ich pamięci jako jedno z najpiękniejszych przeżyć – opowiada Marta Solarska z SunriseBay Catamarans.

Niestety, wybór akwenu często zależy od budżetu, jakim dysponujemy. Wyobraźnia wielokrotnie podrzuca nam bardzo odważne pomysły, a myśli biegną ku dalekim i egzotycznym rejsom. Na ziemię sprowadza nas dopiero rzeczywistość – możliwości finansowe. Na szczęście coraz więcej Polaków stać na wynajęcie jachtu lub katamaranu w tak malowniczych i atrakcyjnych miejscach, jak Karaiby i Seszele, które bez wątpienia zasługują na tytuł „żeglarskich rajów”. Są to zdecydowanie dwa najpiękniejsze egzotyczne akweny. Przez wielu ekspertów uważane również za najwspanialsze na świecie. Z roku na rok zwiększa się liczba pływających na nich naszych rodaków. Nie każdy jednak może sobie pozwolić na przelot na drugą półkulę, żeby podziwiać cudowne uroki Karaibów czy Seszeli... Zostają więc wówczas do wyboru bliższe, na ogół europejskie akweny. Wśród polskich żeglarzy najmodniejsze są Chorwacja i Grecja. Niektórzy spędzają tam już od wielu lat udane wakacje na jachcie każdego roku. A co wtedy, gdybyśmy chcieli je zmienić na coś nowego? Jakie europejskie akweny polecają eksperci? – Niestety, często zapominamy, że basen Morza Śródziemnego – poza popularnymi u nas Grecją i Chorwacją – oferuje jeszcze inne niezmiernie piękne i interesujące do żeglowania miejsca. Wciąż niewielu Polaków pływało jachtami np. u malowniczych wybrzeży Korsyki i Sardynii. A jest to naprawdę coś wyjątkowego… Nie dość, że te wyspy położone są stosunkowo blisko siebie, co pozwala m.in. mocno zapracowanym osobom na krótki tygodniowy wypad na rejs, to znajdują się jeszcze pod wpływami dwóch różnych niezmiernie bogatych i interesujących kultur – francuskiej i włoskiej. Odkryjemy także na nich obu ślady dawnego panowania Hiszpanów, zwłaszcza na Sardynii. Dodatkowo pomiędzy nimi, w Cieśninie Świętego Bonifacego, leży archipelag mniejszych wysp – Maddalena, na czele z Caprerą i La Maddaleną. Należą one do Włoch. Jeśli wynajmiemy jacht na tydzień i rozpoczniemy naszą trasę z portów położonych na północy Sardynii, np. z Olbii lub Portisco na słynnym Costa Smeralda (Szmaragdowym Wybrzeżu), mamy wówczas gwarancję bogatego w przeżycia rejsu. Z jednej strony czekają tu na nas urocze, pełne śródziemnomorskiego klimatu małe miasta portowe z licznymi zabytkami i tawernami, a z drugiej możemy podziwiać wspaniałą naturę – mnóstwo zatoczek z kryształowo czystą wodą i piaszczystymi plażami. Co ważne, niepowtarzalne, potężne i strome klify na Korsyce, dla których turyści przyjeżdżają specjalnie do Bonifacio, żeglarze oglądają w spokoju i w całej krasie od strony morza. Okoliczne wody są idealne dla bardziej ambitnych miłośników morskich przygód. Pomiędzy Sardynią a Korsyką, nawet w czasie pięknej słonecznej pogody, wieją dość silne wiatry, wymarzone do szybkiej żeglugi – tłumaczy Artur Wilkin, właściciel TASK Yachting Clubu.

 

KIEDY I GDZIE NAJLEPIEJ PŁYWAĆ?

Jak więc widać, na świecie nie brakuje wspaniałych akwenów żeglarskich. W Europie amatorów jachtingu rozpieszcza swoim pięknem i różnorodnością Morze Śródziemne. Wśród dalszych i bardziej egzotycznych kierunków – zdaniem ekspertów – dominują Karaiby, które są marzeniem każdego prawdziwego żeglarza. Coraz modniejsze stają się również rajskie Seszele. Na europejskich akwenach Polacy pływają najczęściej od końca wiosny do początku jesieni, a w tropikach – podczas naszej zimy. – Z doświadczenia wiemy, iż żeglarze uwielbiają wody w okolicach Korsyki i Sardynii, Chorwacji i ostatnio modnej Czarnogóry. Ta pierwsza wyspa, należąca do Francji, zachwyca piękną klifową linią brzegową, piaszczystymi plażami oraz dumnymi, lecz otwartymi mieszkańcami. Sardynia z Porto Cervo to modna wakacyjna baza światowej śmietanki towarzyskiej. Urzeka turkusową wodą i świetną infrastrukturą morską. Dla żeglarzy wieją tu zawsze dobre wiatry. Chorwacja jest jednym z ulubionych kierunków polskich klientów, którzy cenią sobie otwartość jej mieszkańców, czarującą architekturę miejscowych miast-muzeów – Dubrownika i Splitu – oraz piękno natury chorwackich wysp. Natomiast Czarnogóra zachwyca przede wszystkim wspaniałymi fiordami, krystalicznie czystą i przejrzystą wodą oraz klimatycznymi miasteczkami. Nowo zbudowana marina Montenegro (w Zatoce Kotorskiej) stanowi doskonałą bazę dla luksusowych jachtów we wschodniej części Morza Śródziemnego. Posiada doskonałe położenie i najnowocześniejsze zaplecze techniczne w regionie. Te europejskie akweny najlepiej odwiedzić latem, czyli od maja do września. Zimą polecamy natomiast Brytyjskie Wyspy Dziewicze na Morzu Karaibskim, na których można wyczarterować jacht od grudnia do kwietnia. Szczególnie popularne są tutaj wyspy Tortola i Virgin Gorda. Można na nich znaleźć wszystko to, o czym się tylko marzy: czarujące zatoczki, turkusową wodę, piaszczyste plaże, karaibską atmosferę w portowych miasteczkach, miejscowy karnawał, wspaniałe miejsca do nurkowania i snorkelingu – mówi Ewa Stachurska z Sunreef Yachts.

            Sezon żeglarski w bliskim polskim miłośnikom morskich przygód basenie Morza Śródziemnego trwa od początku maja do końca września. A kiedy najlepiej wynająć jacht lub katamaran i wyruszyć w niezapomniany rejs na Karaibach, Seszelach albo po magicznych wysepkach Polinezji Francuskiej? – Sezon na Brytyjskich Wyspach Dziewiczych zaczyna się już w listopadzie i kończy w kwietniu. Z kolei na Seszelach przypada na okres grudzień–luty, kiedy to zdarzają się opady deszczu, ale nie występują cyklony – zauważa Maciej Fornal z Forsail. Dla Andrzeja Trojanka z Blue Water Clubu zawsze jest dobra pora na rejs rekreacyjny luksusowym jachtem lub katamaranem po wodach tego „żeglarskiego raju” na Oceanie Indyjskim: – Na Seszele nie docierają cyklony, a więc można tutaj pływać praktycznie przez cały rok. Wiatry nie są zwykle zbyt silne (od stycznia do marca ich prędkość wynosi raptem 10–15 węzłów), ale wystarczają do spokojnego żeglowania między bajecznymi wyspami. Polinezja Francuska kusi również doskonałymi warunkami przez okrągły rok. – Średnia roczna temperatura powietrza wynosi tu ok. 29 st. C, a wody – mniej więcej 28 st. C. Wieją stałe, ciepłe wiatry ze wschodu – idealne do żeglowania – zachwala Marta Solarska z SunriseBay Catamarans.  

            Wynajęcie luksusowego jachtu jednokadłubowego lub katamaranu, czyli dwukadłubowca, i rejs rekreacyjny po najpiękniejszych akwenach świata to bez wątpienia doskonały pomysł na udany urlop dla rodzin z dziećmi, na wypad ze znajomymi, spotkanie biznesowe czy wyjazd firmowy. Niezależnie od tego, czy wybierzemy się gdzieś bliżej – na Korsykę, Sardynię, do Chorwacji albo Czarnogóry, czy też znacznie dalej, w tropiki – na Karaiby, Seszele lub na wyspy Polinezji Francuskiej, wakacje spędzone w tych „żeglarskich rajach” zapewnią nam niesamowite przeżycia i wspaniałe chwile, a przecież właśnie to jest ważne w życiu każdego człowieka...          

 

ŻEGLARSKIE I KULINARNE PODRÓŻE PO DALMACJI

O krótką opinię na temat żeglarskich i gastronomicznych atrakcji Chorwacji poprosiliśmy specjalistę od organizacji aktywnych podróży kulinarnych – Przemysława Czerwińskiego, właściciela marki Move it! Gourmet.

Jedno z najpiękniejszych wybrzeży Europy, jakim jest chorwacka Dalmacja, to prawdziwy raj dla żeglarzy oraz miłośników dobrej kuchni i wina. Na dalmatyńskich stołach od wieków królują skarby prosto z morza. Ryby przyrządza się tutaj na wiele sposobów, jednak najpopularniejsze są te pieczone na grillu – „orada” (dorada), „zubatac” (dentex), „škarpina” (skorpena) – albo na specjalnym drewnie z dodatkiem ziół, smarowane za pomocą gałązki rozmarynu oliwą czosnkową. Smakują po prostu bosko! Z morza pochodzą również inne przysmaki: kalmary (pieczone w całości na grillu lub krojone w krążki, panierowane i smażone na głębokim oleju), krewetki (grillowane lub „buzara” – langustynki), homary, małże (najlepsze to te z ujścia Krki, gdzie słony Adriatyk miesza się ze słodką wodą rzeki) czy ośmiornice (najpopularniejsza jest „salata od hobotnice” – sałatka z marynowanych ośmiorniczek, ale w niektórych restauracjach piecze się ją także w całości pod specjalnym żeliwnym dzwonem – „peka”). Do kolacji pijemy doskonałe szlachetne trunki. Do najsłynniejszych z nich należą: pochodzące z wyspy Korčula białe wino „pošip” oraz świetne czerwone „plavac mali”, najlepsze z półwyspu Pelješac. Wieczerzę warto zakończyć kieliszkiem „rakiji” albo „travaricy”. Jeśli jemy deser, polecam skosztować słodkiego wina „prošek”  lub wiśniowego likieru „maraskino”. We wszystkich miastach i miasteczkach chorwackiego wybrzeża bez trudu znajdziemy restauracje lub tradycyjne „konoby”. Rozwój masowej turystyki doprowadził jednak do tego, że nie wszystkie lokale w równym stopniu przykładają się do jakości serwowanych dań. Na najlepsze restauracje w Chorwacji natkniemy się na wyspach. Niektóre z nich dostępne są tylko od strony morza. To często nierzucające się w oczy rodzinne lokale, znane jedynie wtajemniczonym. Żeglujący po Adriatyku skiperzy zazdrośnie strzegą tej wiedzy i tylko spora ilość „rakiji” może ich skłonić do wskazania położonych na uboczu najlepszych chorwackich „konob”…


 

 

 

 

Artykuły wybrane losowo

Kanada – niezapomniany zapach wolności

PIOTR TOMZA

 

Takiego połączenia zaawansowanego rozwoju cywilizacyjnego z surową i dziką przyrodą nie ma chyba w żadnym innym kraju na świecie. Choć może raczej należałoby powiedzieć: „w żadnych innych dwóch krajach”. Bo nazwa „Kanada” nie wszędzie brzmi jednakowo. Za to kraj, do którego odsyła, wszystkich zniewala swym pięknem.

Do tego, żeby Kanada definitywnie podzieliła się na dwie części, brakowało naprawdę niewiele i to całkiem niedawno… W 1995 r. w referendum zorganizowanym przez secesjonistów, domagających się niepodległości dla francuskojęzycznego Québecu, zwolennicy utrzymania jedności państwa zwyciężyli w stosunku zaledwie 50,6 do 49,4 proc. głosów. Kanada pozostała więc jednym krajem, co nie oznacza, że zniknęły wewnętrzne różnice.

Więcej…

Filipiny – kawałek nieba dla każdego

 

MAGDALENA BURDAK

www.1000krokow.pl

 

Filipiny są jak skrawek Ameryki Łacińskiej pośrodku Oceanu Spokojnego. To raj dla każdego, kto lubi beztroski wyspiarski luz, różnorodną przyrodę, przepiękny świat podwodny i ciekawą kulturę. Filipińczycy słyną ze swojej religijności i… niepunktualności. Na Filipinach czasu się nie mierzy. Zegarek warto zostawić w domu i dać się całkowicie pochłonąć niepowtarzalnej atmosferze tego niesamowitego kraju.

 

Na Archipelag Filipiński składa się 7107 wysp pochodzenia wulkanicznego, położonych w Azji Południowo-Wschodniej i otoczonych wodami Oceanu Spokojnego. Najczęściej dzieli się je na trzy regiony: Luzon – leżący na północy, z główną wyspą o tej samej nazwie i znajdującą się na niej stołeczną Manilą, Mindanao – usytuowany na południu, i Visayas – obejmujący centralne wyspy takie jak Cebu, Bohol czy Siquijor. Fascynującą tutejszą kulturę wzbogaciły wpływy zarówno hiszpańskie i malajskie, jak i chińskie i amerykańskie. Można je dostrzec m.in. w religii, zwyczajach, języku lub kuchni.

 

Filipiny leżą w strefie klimatu równikowego z wyraźnymi cechami monsunowego, co sprawia, że jest tu gorąco i wilgotno. Średnia temperatura w ciągu roku wynosi 27–28°C. Na archipelagu występuje ok. 13,5 tys. gatunków roślin, w tym 3,2 tys. rosnących jedynie na tutejszych wyspach, i wiele endemicznych gatunków zwierząt takich jak wyrak filipiński, wół mindorski, małpożer, kanczyl ciemny (filipiński), świnia wisajska, lotokot filipiński (kaguan), sambar kropkowany (jeleń Alfreda) czy krokodyl filipiński. Prawdziwe skarby Filipin czekają jednak pod wodą. W niewielu częściach świata można znaleźć tak ogromną różnorodność życia morskiego: przepiękne kolorowe rafy i 2,4 tys. gatunków ryb, a to wszystko ukryte w ciepłym i krystalicznie czystym oceanie. Do tego na dnie leżą również zatopione statki, które stanowią dodatkową atrakcję dla nurków. Z takich właśnie powodów ten kraj cieszy się ogromną popularnością zarówno wśród osób nurkujących z butlą, jak i uprawiających jedynie snorkeling.

 

POGODNI WYSPIARZE

 

Filipińczycy są gościnni, uśmiechnięci i bardzo uczynni. Mówi się, że to jeden z najszczęśliwszych narodów na świecie. Mimo burzliwej historii i często powtarzających się katastrof naturalnych zachowali oni niezachwiany optymizm. W 1521 r. dotarł tu portugalski żeglarz Ferdynand Magellan i włączył archipelag do ziem podległych Hiszpanii. Kolonię założył w lutym 1565 r. hiszpański konkwistador Miguel López de Legazpi. Po 333 latach panowania Europejczyków na wyspach wybuchł bunt przeciwko kolonizatorom. W 1898 r. Filipiny zostały wciągnięte w konflikt pomiędzy USA a Hiszpanią, który dotyczył wpływów na Kubie. W jego efekcie i zgodnie z podpisanym pod koniec XIX w. traktatem paryskim zwierzchność nad archipelagiem przejęły Stany Zjednoczone. Te – niestety – nie zgodziły się na przekształcenie kolonii w niezależne państwo, co zmusiło Filipińczyków do kontynuowania walki o niepodległość, którą uzyskali dopiero w lipcu 1946 r. Po II wojnie światowej w kraju wybuchły protesty chłopów, ale zostały stłumione. Wybrany w 1965 r. prezydent Ferdinand Marcos wprowadził rządy dyktatorskie. Stały się one przyczyną strajków i licznych wystąpień niezadowolonych obywateli. Sytuacja w państwie ustabilizowała się w 1986 r., kiedy doszło do pokojowego przewrotu i zakończenia dyktatury. Obecnie Filipiny są jednym z szybciej rozwijających się krajów Azji, a rząd skupia się na tym, aby zapewnić spokój i bezpieczeństwo mieszkańcom.

 

bohol 04 highres

Wzgórza Czekoladowe na wyspie Bohol

© DAVID HETTICH/TOBIAS HAUSER

 

NA TALERZU

 

Kadayawan Festival 2 

Filipińskie dzieci na Festiwalu Kadayawan w mieście Davao na Mindanao

© PHILIPPINE DEPARTMENT OF TOURISM

 

Unikający konfliktów Filipińczycy uwielbiają karaoke, koszykówkę, festyny, walki kogutów i dobre jedzenie. Ich kuchnia czasami zaskakuje Europejczyków. Łatwo można w niej dostrzec wpływy zarówno hiszpańskie, jak i chińskie, a także malajskie, indonezyjskie, hinduskie i amerykańskie. Na stołach królują proste i niedrogie potrawy, na co duży wpływ ma panująca na Filipinach bieda. Nauczyła ona mieszkańców gotowania z dostępnych i tanich produktów.

 

Podczas podróży po wyspach najczęściej trafia się na dania określane mianem adobo, które można uznać za filipiński specjał narodowy. Nazwę tę stosuje się zarówno w przypadku potrawy, jak i sposobu jej przyrządzania. Adobo to kawałki mięsa kurczaka bądź wieprzowiny, owoce morza lub warzywa gotowane w marynacie z octu, sosu sojowego, czosnku i czarnego pieprzu. Najpopularniejszą i dość kontrowersyjną przekąską uwielbianą przez Filipińczyków jest balut – ugotowany w jajku w skorupce kaczy embrion, często z zalążkiem dzioba, piór czy kości. Kilkunastodniowe zarodki kaczki uchodzą za przysmak i afrodyzjak. Niestety, obcokrajowcy raczej nie decydują się na ich degustację z uwagi na wygląd, konsystencję i zapach. Baluty najłatwiej kupić w nocy, gdyż sprzedawane są na ulicach i podawane z koszy, w których cały czas utrzymuje się wysoką temperaturę. Bardziej wybredni smakosze mogą spróbować popularnego na Filipinach deseru halo-halo. Stanowi on mieszankę lodów, mleka, słodkiej fasoli i owoców. Warto też napić się buko – soku ze świeżego kokosa.

 

 Makati by Night

Nowoczesne centrum biznesowe Manili po zmroku rozbłyska światłami

© DAVID HETTICH/TOBIAS HAUSER

 

MIASTO KONTRASTÓW

 

Większość odwiedzających Archipelag Filipiński zaczyna swoją podróż od stolicy kraju – Manili, która znajduje się w południowej części wyspy Luzon. Gdyby chcieć opisać to miasto trzema słowami, byłyby to kontrast, hałas i chaos. Takie właśnie wywołuje pierwsze wrażenie. Duży wpływ ma na to fakt, że jest ono najgęściej zaludnioną metropolią świata (na 1 km² przypada tu aż ponad 71,2 tys. osób!). Tłumy ludzi, ogromny ruch samochodowy, hałas, feeria barw i zapachów sprawiają, że Manila bywa miejscem bardzo męczącym. Jeżeli jednak da się jej szansę, można odkryć prawdziwą perłę Orientu – przepiękne miasto, które zyskuje na uroku dzięki swoim licznym kontrastom.

 

Administracyjna stolica Filipin jest także najszybciej rozwijającym się ośrodkiem Azji Południowo-Wschodniej. Najlepiej oddają to nowoczesne obszary pełne biurowców, drapaczy chmur, ekskluzywnych hoteli i drogich sklepów. Jeśli jednak chce się poczuć kolonialny klimat, trzeba odwiedzić najstarszą część metropolii – Intramuros. Założyli ją Hiszpanie, którzy w czerwcu 1571 r. podbili Manilę. Można tutaj znaleźć piękne kamienice, zabytkowe kościoły czy historyczne pałace. W tym rejonie warto zajrzeć do muzeum Casa Manila, które stanowi kopię tradycyjnego kolonialnego domu.

 

TRUMNY I POLA RYŻOWE

 

W głębi wyspy Luzon, na północ od stolicy odkryjemy inny świat. W wysokich górach leżą małe miejscowości. Jedną z nich jest Sagada, gdzie czekają na nas przepiękne piesze trasy, małe pola ryżowe, ukryte w tropikalnym lesie wodospady i nieprzeniknione jaskinie. Ta nieznana kiedyś osada słynie z oryginalnego sposobu grzebania zmarłych, który polega na zawieszeniu trumny ze zwłokami na skale. Jak brzmi uzasadnienie tej tradycji? Otóż dusza ludzka musi być bliżej nieba, czuć powiew świeżego powietrza i ciepło promieni słońca. Tylko wtedy szczęśliwa odejdzie do raju. Do niektórych trumien przytwierdzone są krzesła. Oznaczają one, że zmarły odszedł w zaświaty w pozycji siedzącej. Na taki rodzaj pochówku pozwolić sobie mogą tylko rodowici i majętni mieszkańcy Sagady.

 

Miejscowość kryje jeszcze jeden skarb – przepiękne jaskinie Sumaguing i Lumiang. Wyprawa przez ich korytarze, wąskie szczeliny, podziemne jeziora, rzeki i ogromne komory jest jedną z niezapomnianych atrakcji całych Filipin. Pod Sagadą można oglądać przepiękny podziemny świat, który tworzą labirynty przejść oraz stalagmity i stalaktyty przypominające niebywałe, misternie rzeźbione figury. Dodatkowo uwagę turystów zwracają stosy drewnianych trumien ułożone u wejścia do Jaskini Pogrzebowej Lumiang (Lumiang Burial Cave).

 

Na południowy wschód stąd znajdują się miejscowości Banaue i Batad z tarasami ryżowymi, które są dumą grupy etnicznej Ifugao. Filipińczycy uważają je za ósmy cud świata. Tarasowe pola liczą sobie przeszło 2 tys. lat. Zostały zbudowane tylko pracą rąk ludzkich, bez użycia maszyn. Do dziś ryż uprawia się tu w tradycyjny sposób.

 

PODZIEMNA RZEKA

 

Większości osób Filipiny kojarzą się z przepięknymi plażami, białym piaskiem i kolorowymi rafami. Wszystko to znajdziemy właśnie na Palawanie. Wyspa ta leży w południowo-zachodniej części archipelagu. Niedaleko miejscowości Sabang usytuowany jest jeden z 7 Nowych Cudów Natury – Park Narodowy Rzeki Podziemnej Puerto Princesa. Tutejsza podziemna rzeka (Cabayugan) uchodzi za jedną z najdłuższych na świecie. Ciągnie się przez 8,2 km, z czego turyści zobaczyć mogą tylko pierwsze 1,5 km. Jaskinie krasowe zwiedza się małą łódką, sterowaną przez przewodnika. Pod ziemią panuje absolutna cisza i aby jej nie zakłócać, każdy z odwiedzających otrzymuje słuchawki z nagranym wcześniej opisem. Wszystko wokół spowija całkowity mrok, jedynej latarki używa przewodnik i to on oświetla najważniejsze do obejrzenia miejsca. Niezmącony spokój rzeki i jej ogrom robią niesamowite wrażenie. Z łatwością można się tutaj przekonać, jak wielka jest siła natury.

 

Z WYSPY NA WYSPĘ

 

Każdy, kto kiedykolwiek zawita na Filipiny, spotka się z określeniem island hopping. Zwrot ten oznacza zwiedzanie pobliskich małych, nierzadko niezamieszkanych, wysepek, plaż i raf połączone z pływaniem i snorkelingiem. Najpopularniejszy na Palawanie rejon na taką wycieczkę znajduje się w północnej jego części, w okolicy miasta El Nido, zwanego Niebem na Ziemi. Leży tu archipelag Bacuit składający się z 45 niewielkich wysp, które skrywają niesamowite i przepiękne plaże, zatoczki, laguny i jaskinie. W trakcie całodniowej wyprawy tradycyjną filipińską łodzią banca mamy okazję zobaczyć niedostępne brzegi pokryte śnieżnobiałym piaskiem, ponurkować w poszukiwaniu żółwi, obejrzeć niezmiernie kolorową rafę czy popływać kajakiem pomiędzy dzikimi i bezludnymi skrawkami lądu. W El Nido oferuje się cztery wycieczki (oznaczone kolejno literami A, B, C i D), różniące się umieszczonymi w programie miejscami.

 

Do najczęściej odwiedzanych wysepek należy Miniloc, otoczona przepięknymi lagunami – Big Lagoon, Small Lagoon i Secret Lagoon. Aby zobaczyć tę ostatnią, trzeba przecisnąć się przez wąskie przejście ukryte pod olbrzymim wapiennym klifem zanurzonym w wodzie. Helicopter Island swoim kształtem przypomina z kolei mały śmigłowiec. Na Sekretną Plażę (Secret Beach) na Matinloc trafia się przez skalny otwór. Większość z wysp archipelagu Bacuit to ogromne wapienne skały wyrastające pionowo z wody, pokryte bujną zielenią i niewielkimi plażami. Jeżeli jednak ktoś chciałby znaleźć rajski zakątek, ale woli pozostać na Palawanie, powinien w El Nido wypożyczyć skuter i udać się w stronę północnego krańca lądu. Leżą tutaj dzikie plaże, do których trudno dojechać samochodem, takie jak Nacpan Beach. Ma ona 4 km długości i przy odrobinie szczęścia będziemy na niej jedynymi turystami. Usypany ze śnieżnobiałego piasku brzeg oblewa krystalicznie czysta, turkusowa woda, palmy uginają się od kokosów, a nieliczne skromne bary zapraszają do odpoczynku w wygodnym hamaku.

 El Nido Resorts Apulit

El Nido Resorts Apulit Island

© PHILIPPINE DEPARTMENT OF TOURISM

 

W SERCU ARCHIPELAGU

 

Centralną częścią Filipin jest region Visayas. To właśnie na jedną z jego wysp (Limasawę) w marcu 1521 r. przypłynęła ekspedycja Ferdynanda Magellana. Hiszpanie przywieźli ze sobą figurkę Dzieciątka Jezus (Santo Niño) i chrześcijaństwo. Na Cebu, w mieście o tej samej nazwie wbito krzyż (Cruz de Magallanes) i ochrzczono pierwszych mieszkańców archipelagu. Ferdynand Magellan zginął jednak 27 kwietnia 1521 r. na sąsiedniej Mactan w walce z wojownikami miejscowego wodza Lapu-Lapu. Kilkadziesiąt lat później do wysp Visayas przybiła kolejna wyprawa z Hiszpanii. Na jej czele stał Miguel López de Legazpi, któremu udało się wprowadzić chrześcijaństwo i ustanowić pierwszą stolicę kolonii hiszpańskich w Azji. Tak właśnie w Cebu, dziś najstarszym założonym przez Hiszpanów mieście na archipelagu (jako Villa de San Miguel w dniu 27 kwietnia 1565 r.), narodził się kraj znany dzisiaj jako Filipiny.

 

W tym największym, ponad 920-tysięcznym ośrodku miejskim regionu Visayas warto poszukać pozostałości po kolonizatorach. W Bazylice Dzieciątka Jezus (Basílica del Santo Niño, najstarszym kościele katolickim na Filipinach, wzniesionym w 1565 r.) można zobaczyć cudowną figurkę Santo Niño. To właśnie w miejscu, w którym stoi świątynia, Ferdynand Magellan ochrzcił pierwszych wyspiarzy. W małym i niepozornym budynku kaplicy nieopodal bazyliki znajduje się krzyż postawiony przez portugalskiego żeglarza, a właściwie jego zachowane fragmenty umieszczone w drewnianej konstrukcji nowego krzyża.

 

Na Cebu ciekawie spędzimy czas również poza stolicą prowincji. W okolicy miasta Moalboal i pobliskiej wysepki Pescador (po hiszpańsku Rybak) można obserwować ogromne ławice sardynek. Niedaleko pod wodą kryją się jedne z piękniejszych filipińskich raf. Znakomitym miejscem na wypoczynek są dwie plaże – Panagsama i Biała (White Beach). Osoby lubiące aktywne wyprawy powinny wybrać się na wycieczkę pod któryś z licznych wodospadów, np. Kawasan Falls. 

 

Cebu słynie też z innej, dość kontrowersyjnej atrakcji. W pobliżu miasta Oslob można spotkać rekiny wielorybie, które przyciągają codziennie rzesze turystów. Ekolodzy jednak regularnie zwracają uwagę, że zbyt duża ingerencja w naturalne środowisko tych największych na świecie ryb wpływa negatywnie na ich populację.

 

SPOTKANIE Z REKINAMI

 

Na Filipinach mamy niesamowitą okazję zobaczyć na własne oczy rekiny wielorybie. Te całkowicie niegroźne dla ludzi ryby żywią się planktonem i prowadzą migracyjny tryb życia. Przebywają codziennie wiele kilometrów. W poszukiwaniu pożywienia pojawiają się w okolicy wspomnianego Oslob. Lokalni rybacy, którzy czyszczą w morzu swoje sieci, zauważyli, że rekiny przypływają, aby najeść się resztkami z połowów. Sytuację postanowiono więc wykorzystać i ze spotkań z tymi fascynującymi stworzeniami zrobić atrakcję turystyczną. Niestety, karmione codziennie ogromne ryby nauczyły się łatwego zdobywania pokarmu i porzuciły swój migracyjny tryb życia, zaburzając tym samym ekosystem. Popularność tego miejsca sprawia, że turystów i łodzi jest coraz więcej, a rekiny narażone są na zranienie i negatywne skutki zbyt bliskiego kontaktu z człowiekiem.

 

Na Filipinach te niesamowite zwierzęta można spotkać także w rejonach, gdzie ludzie nie ingerują tak mocno w środowisko naturalne, m.in. w okolicy wyspy Pamilacan na morzu Bohol (Mindanao). Tutejsi rybacy, kiedyś polujący na rekiny, dziś oferują wyprawy, na których wypatruje się tych olbrzymów i delfinów. Największe na świecie ryby spotyka się również koło rybackiej miejscowości Donsol, znajdującej się w południowej części Luzonu.

 

KRAINA UŚMIECHU

 

Podczas pobytu na Filipinach nie wolno ominąć wyspy Bohol. To niewątpliwie wizytówka kraju – reprezentuje wszystkie jego wspaniałości, przyciąga niepowtarzalnymi atrakcjami i pięknymi plażami. Te ostatnie najłatwiej znaleźć na czarującej wysepce Panglao, połączonej z Bohol dwoma mostami. Turyści lubiący malownicze kurorty i restauracje z lokalnym jedzeniem powinni odwiedzić słynną plażę Alona. Osobom ceniącym sobie spokój spodoba się raczej popularna wśród miejscowych Dumaluan. W tej części Bohol warto zdecydować się na rejs na małe, urokliwe wysepki, np. Pamilacan z lasami koralowców i podwodnym sanktuarium żółwi morskich czy Balicasag, w okolicy której można spotkać delfiny i rekiny wielorybie.

 

Ciekawym sposobem na spędzenie czasu jest też wycieczka rzeką Loboc (Loay). W jej rejonie kręcono sceny do filmu Czas Apokalipsy Francisa Forda Coppoli. Podczas rejsu podziwia się cudowne widoki i delektuje lokalnymi daniami, a to wszystko przy filipińskiej muzyce na żywo. Amatorów mocnych wrażeń Bohol przyciąga wspaniałymi parkami przygód, w których można zjechać na linie zawieszonej nad tropikalnym lasem, wspinać się po skałach, eksplorować jaskinie lub spłynąć rwącą rzeką.

 

NIETYPOWE WZGÓRZA

 

Większość osób przybywa jednak na Bohol, aby zobaczyć wyjątkowy cud natury, jakim są Wzgórza Czekoladowe. Składa się na nie ok. 1270 wapiennych pagórków o wysokości od 30 do 120 m. Wzniesienia zaskakują prawie idealnie stożkowatym kształtem i do dzisiaj naukowcy nie ustalili ich pochodzenia. Filipińczycy wierzą, że powstały za sprawą olbrzymów. Jedna z legend mówi o tym, że pagórki utworzyły ogromne łzy wylane przez giganta Arogo płaczącego nad utraconą miłością. Według innej opowieści to głazy, którymi rzucali w siebie olbrzymi. Co ciekawe, nazwa tego miejsca pochodzi od koloru traw porastających wzniesienia – w porze suchej stają się one ciemnobrązowe. Jednak Wzgórza Czekoladowe równie pięknie prezentują się w kolorze zielonym.

 

POD OSŁONĄ NOCY

 

Innym symbolem wyspy Bohol jest maleńkie stworzenie, które większość ludzi myli z małpką. Mowa tu o wyraku filipińskim. Wyrakowate są ssakami naczelnymi i prowadzą nocny tryb życia. Wyróżniają je ogromne oczy i kończyny zakończone cieniutkimi palcami. Większość dnia przesypiają z jednym zamkniętym okiem, przytulone do gałęzi drzew. Mimo iż wyraki filipińskie uznano za gatunek o podwyższonym ryzyku wyginięcia, ich populacja nadal drastycznie maleje. Sprawy nie ułatwia fakt, że samica rodzi tylko dwa młode w ciągu całego roku. Na Bohol można zobaczyć te niezwykłe stworzenia z bliska. Odpowiednim do tego miejscem jest ośrodek w miasteczku Corella należący do Philippine Tarsier Foundation, w którym zwierzęta przebywają w naturalnym środowisku i pod opieką wolontariuszy.

 

ZACZAROWANY LĄD

 

Na Filipinach leży jeszcze jedna wyjątkowa wyspa, słynąca z magicznej mocy. Filipińczycy starają się ją omijać, gdyż boją się duchów i mieszkających tu szamanów. Siquijor, bo tak się nazywa, można objechać na skuterze w jeden dzień. W tutejszych lasach i górach znajdują się prawdziwe skarby: jeziora z wodospadami, tajemnicze jaskinie, malowniczo położone punkty widokowe i… szamani. Tych ostatnich wcale nie tak łatwo spotkać. Choć przestali trudnić się czarną magią i zajmują się dziś raczej uzdrawianiem, to w miejscowych budzą ogromny respekt.

 

Siquijor z pewnością spodoba się wielbicielom przepięknych widoków. Mówi się, że to właśnie tutaj można oglądać najpiękniejsze zachody słońca na Filipinach. W trakcie zwiedzania trzeba koniecznie wybrać się pod Balete Tree w Campalanas, uważane za najstarsze drzewo na wyspie (ponoć ponad 400-letnie), spod którego korzeni wytryska źródło. Według miejscowych w jego wnętrzu mieszkają duchy. Szamani wykonują w pobliżu drzewa swoje obrzędy. W tej okolicy można skorzystać z naturalnego peelingu stóp w basenie z małymi rybkami.

 

Podczas wizyty na Siquijor warto też zjechać z głównej drogi i poszukać ukrytych plaż i wodospadów. Przy odrobinie szczęścia trafi się na Kagusuan. Tę przepiękną i niedostępną plażę urozmaicają olbrzymie głazy wyrzucone przez morze. Najprawdopodobniej nie spotkamy tu żywej duszy.

 

Dominikana na dużym ekranie

 catedral de america S

Świątynia w Santo Domingo nazywana Pierwszą Katedrą Ameryki

© MINISTERIO DE TURISMO DE REPÚBLICA DOMINICANA

 

MARCIN WESOŁY

www.caribeya.pl

 

Dominikana jest jak naturalne, wielkometrażowe studio filmowe z plenerami zapierającymi dech w piersiach i przepiękną kolonialną zabudową, która idealnie nadaje się na tło. Od lat pamiętają o tym filmowcy, szczególnie ci z Hollywoodu. Swoje dzieła kręcili tutaj Francis Ford Coppola, Sydney Pollack, Robert De Niro czy Andy García. Coraz chętniej z dominikańskich krajobrazów korzystają również lokalni artyści. Warto wspomnieć choćby o filmie „Stróż” („El hombre que cuida”), który w październiku 2017 r. był pokazywany w Polsce w ramach 33. Warszawskiego Festiwalu Filmowego.

 

Wiele znakomitych ujęć, znanych z takich produkcji jak Ojciec chrzestny II (1974) czy Hawana – miasto utracone (2005), powstało właśnie w tym karaibskim kraju. Kiedy trzeba, Dominikana odgrywa także samą siebie bez zbytniego upiększania. Często bywa jednak świetnym dublerem innych miejsc, choćby tych leżących w sąsiedztwie. Działa tu magia kina. Filmową Hawanę, energetyczną stolicę Kuby z czasów Fulgencia Batisty, czyli sprzed rewolucji, z różnych powodów łatwiej uchwycić w… dzisiejszym rozpalonym słońcem Santo Domingo. Dla osób, które wiedzą o tym fakcie, odkrywanie zakątków tego tropikalnego, tętniącego życiem miasta jest jeszcze ciekawsze. Scenerię z filmów bez trudu można rozpoznać, najczęściej odnajduje się ją na obszarze Zona Colonial (Ciudad Colonial). Tędy przemykał m.in. Al Pacino jako Michael Corleone w Ojcu chrzestnym II.

 

Poza stolicą z murami sprzed ponad pięciu wieków prawdziwym rajem dla scenografów filmowych jawi się fascynujący interior Dominikany. Warunki krajobrazowe są w tym kraju szalenie zróżnicowane. Na północy na półwyspie Samaná i na wschodzie w okolicach Punta Cana można usiąść w cieniu rozwichrzonych palm kokosowych, targanych morską bryzą, albo na plaży w kolorze mąki kukurydzianej, z piaskiem równie drobnym jak ona. W centrum Dominikany w dolinie Cibao znajdują się zielone pola ryżowe, jakby żywcem wyjęte z azjatyckich scenerii, rozległe plantacje bananów i szczyty Kordyliery Środkowej wyższe niż Tatry. Stąd wyrusza się pod samą granicę z Republiką Haiti przez dominikański Dziki Zachód – po drodze mija się czerwone ziemie, spłaszczone akacje, suchy busz i kaktusy o kształcie wielkich proc, pod którymi wylegują się ospałe dominikańskie smoki, czyli legwany nosorogie (Cyclura cornuta) i legwany z Hispanioli (Cyclura ricordi). Okolica przypomina meksykańską prerię, znaną z westernów, albo afrykańską sawannę, pokazaną w filmie Pożegnanie z Afryką (1985) Sydneya Pollacka. Może Oliver Stone powinien pójść w ślady Francisa Forda Coppoli i uwiecznić w swoim obrazie The Doors (1991) coś z Dominikany, choćby jaskinie z piktogramami Indian Taíno. Sceny do Czasu apokalipsy (1979) kręcone wzdłuż rzeki Chavón (Río Chavón) wyszły Coppoli wspaniale. Z kolei miejsce, gdzie kokosowe gaje ustępują pola szumiącej trzcinie cukrowej, umiejętnie wykorzystał aktor i reżyser Andy García. W jednej z efektownych scen Hawany – miasta utraconego Ernesto Che Guevara z kompanią rebeldes (rewolucjonistów) wynurzają się z falujących na wietrze zielonych łanów. Dla odmiany zamglone góry w Demokratycznej Republice Konga lub Rwandzie przypomina pasmo Sierra de Bahoruco albo wspomniana Kordyliera Środkowa. Do dawnego Konga Belgijskiego (granego przez Dominikanę) i jego ówczesnej stolicy Léopoldville (w rzeczywistości Santo Domingo) zabiera widza Robert De Niro w wyreżyserowanym przez siebie dramacie Dobry agent (2006). Jak widać Republika Dominikańska jest nieprawdopodobnym, niezmiernie zróżnicowanym krajem, a leży na wyspie Haiti (Hispanioli) odkrytej przez Krzysztofa Kolumba w 1492 r. To ją upodobał sobie najbardziej ze wszystkich. Współcześnie Dominikanę odkrywa się ponownie, intensywnie, również z twórczym nastawieniem, a jednocześnie z ogromną pasją i przyjemnością. Robią to zarówno filmowcy, jak i rzesze turystów.

 

 Samaní 12

Półwysep Samaná słynie z rajskich plaż

© MINISTERIO DE TURISMO DE REPÚBLICA DOMINICANA

 

WSZECHŚWIAT NA ULICY

 

Do Santo Domingo przyjechałem pierwszy raz niemal 11 lat temu. Wszystko wydawało mi się wówczas nowe, świeże, fascynujące, rozszalałe w swoim chaosie, intensywnie rozkwitające, zanurzone w gęstym i lepkim powietrzu, nasyconym jakąś niemożliwą pożądliwością. Było to dokładnie 30 maja, w kolejną rocznicę el tiranicidio – „tyranobójstwa”, czyli zamachu z 1961 r. na Kozła (El Chivo), jak zwano dyktatora Rafaela Leónidasa Trujillo Molinę ze względu na jego nadmierny apetyt seksualny.

 

Doskonale pamiętam tamtą rozwibrowaną gorącem, nasyconą zapachami i wypełnioną odgłosami cykad karaibską noc. Z lotniska do hotelu w dzielnicy Bella Vista w Santo Domingo dotarłem nad ranem. Taksówkarz wiózł mnie do stolicy wzdłuż wybrzeża Morza Karaibskiego, bo tak prowadzi autostrada Las Américas. Czułem zmęczenie długim lotem z Europy, ale pamiętam, że byłem przeszczęśliwy, choć nie wiedziałem jeszcze, co to za uczucie, skąd się ono bierze, jak długo we mnie zostanie. Miałem przed sobą tyle niewiadomych, tyle obcych mi wówczas hiszpańskich słów, tyle wszystkiego w kraju, który dopiero zaczynałem odkrywać. Czekała mnie jakaś przygoda, wiedziałem, że nie będę mógł się jej oprzeć. Napawałem się chwilą. Opuściłem do oporu szybę w oknie i od razu poczułem orzeźwiający zapach morskiej bryzy.

 

Gdy dojechałem na miejsce, było ciemno i podejrzanie cicho, jakbym utrafił w ten ledwie uchwytny wycinek nocy, kiedy Dominikana faktycznie śpi: w końcu posnęli kochankowie na wymiętych prześcieradłach, psy na chłodniejszych patiach, zmęczeni ochroniarze w swoich stróżówkach, a właścicielki pokątnych przybytków rozkoszy pogasiły ostatnie światła. Powietrze stało się parne i wilgotne, zbierało się na deszcz, który potem o świcie uderzył z impetem w asyście rwących niebo grzmotów. Tak przywitało mnie Santo Domingo.

 

Zawsze powtarzam, że w stolicy Dominikany zatrzymuje człowieka ulica. Ten koncept świetnie oddał noblista V.S. Naipaul (Vidiadhar Surajprasad Naipaul) z Trynidadu i Tobago. Wyrosły na Karaibach brytyjski pisarz stworzył niegdyś zbiór znakomitych opowiadań Nasza ulica (oryginalny tytuł Miguel Street), w których sportretował trynidadzki mikrokosmos. Za pomocą wycinka rzeczywistości przedstawił wyspę Trynidad w pigułce wraz z jej barwnym codziennym życiem. Dominikańska ulica także potrafi wciągnąć człowieka w swoje uniwersum, z którego nie chce go później wypuścić. Można to polubić, choć niekoniecznie od razu. Warto jednak poczuć rytm tej nie dającej się opanować latynoskiej codzienności. To przeważnie inna rzeczywistość niż ta, którą znamy. Tu potrzebny jest dystans właściwie do wszystkiego. Znacznie łatwiej odnaleźć się w tym świecie, jeżeli pozwoli się, aby czas płynął wolniej, jak robią to mieszkańcy Karaibów.

 

BUDOWLE NOWEGO ŚWIATA

 

3a

Ruiny XVI-wiecznego Szpitala św. Mikołaja z Bari w stolicy Dominikany

© MARCIN WESOŁY/WWW.CARIBEYA.PL

 

W Santo Domingo nie sposób się nudzić. Ekscytujących wrażeń dostarcza tutaj choćby spacer wśród wspaniałych budynków z czasów kolonizacji Nowego Świata. Do pierwszych obiektów postawionych na wyspie Haiti (dawniej La Españoli) należą Katedra (Catedral Primada de América), Szpital św. Mikołaja z Bari (Hospital San Nicolás de Bari) czy kościół i klasztor dominikański (Iglesia y Convento de los Dominicos). Nie można przejść obok nich obojętnie, bez zachwytów i zadumy. Przecież tędy chodzili kiedyś potomkowie i następcy Krzysztofa Kolumba.

 

Za pomnikiem admirała w parku noszącym jego imię (Parque Colón) wznosi się wspomniana najstarsza katedra w Nowym Świecie. Legenda głosi, że zajęła miejsce małego ascetycznego kościoła, krytego liśćmi palmowymi, gdzie w porze deszczowej zawieszano nabożeństwa. Obiekt, który możemy podziwiać obecnie, postawiono niemal w całości z bloków wapienia. Na dziedzińcu odsłonięto w 2008 r. popiersie papieża Jana Pawła II na pamiątkę jego pierwszej wizyty w Republice Dominikańskiej w styczniu 1979 r. Znacznie wcześniej, bo w 1586 r., wtargnął do Santo Domingo korsarz Francis Drake, który służył angielskiej monarchini Elżbiecie I. Hiszpanie nadali mu przydomek El Draque, co w dawnym języku hiszpańskim miało znaczyć „Smok”. Przezwisko idealnie oddawało jego temperament. Francis Drake spalił i splądrował miasto, a świątynię zbezcześcił, urządzając w niej koszary dla swoich kompanów. Ponoć pełniła również funkcje składu win, rzeźni i więzienia. Nie wiadomo, czy ktoś w niej wówczas w ogóle się modlił, być może tylko niepewni swojego losu skazańcy.

 

Do ruin Szpitala św. Mikołaja z Bari dotrzemy ulicą Hostos (Calle Hostos). Obiekt powstał z inicjatywy Nicolása de Ovando, obrotnego i okrutnego gubernatora Hispanioli i innych kolonii hiszpańskich w Ameryce, który wyjątkowo krwawo rozprawiał się z rdzenną ludnością. Szpital wznoszono etapami przez kilka dekad, począwszy od 1503 r. Budowa finansowana była z datków zamożniejszych mieszkańców kolonii. Na początku stanął tutaj jedynie namiot z pryczami dla kilku osób, gdzie chorych doglądały wolontariuszki. Wreszcie ukończono obiekt, który stanowił później wzorzec architektoniczny dla placówek medycznych powstających w całej hiszpańskiej Ameryce. Niestety, szpital uległ zniszczeniom podczas grabieżczych wypraw Francisa Drake’a, huraganów i trzęsień ziemi i obecnie można podziwiać jedynie jego ruiny. Pośród nich czeka zwiedzających niespodzianka. Zadomowiły się tu rozkrzyczane zielone papugi zwane coticas (Amazona ventralis). Są gatunkiem endemicznym w Republice Dominikańskiej i Haiti. Podobno łatwiej je znaleźć wśród starych miejskich murów niż w tropikalnym lesie. Wypatrywanie tych papug sprawia wiele radości. Łatwo je namierzyć, bo niesamowicie hałasują. To chyba najsympatyczniejsze przedstawicielki dominikańskiej fauny.

 

FILMOWE ODKRYCIA

 

W stolicy Dominikany warto zatrzymać się przez moment u zbiegu ulic Hostos (Calle Hostos) i Mercedes (Calle Las Mercedes). W kolonialnej kamienicy działa tu klimatyczna księgarnia – Librería La Filantrópica. Założył ją przed laty były student prawa Daniel Liberato, który narzekał na brak książek i podręczników z literatury przedmiotu. Obecnie oprócz publikacji prawniczych stoi w niej na półkach mnóstwo innych pozycji, obejmujących choćby dominikańską historię, język czy folklor. Reżyser Francis Ford Coppola na początku lat 70. XX w. kręcił nieopodal jedną z pamiętnych scen Ojca chrzestnego II. Przypomnę, że Santo Domingo zastępowało w niej Hawanę. Sama scena wyglądała następująco: limuzyna Michaela Corleone (w tej roli świetny Al Pacino) hamuje w jednej z wąskich hawańskich ulic (w rzeczywistości to pochyły, kamienny i chyba najbardziej urokliwy odcinek właśnie Calle Hostos na obszarze Zona Colonial). Przejazd blokuje wojsko i policja. Johnny Ola – powiernik i prawa ręka gangstera Hymana Rotha, obeznany z miejscowymi realiami, wyjaśnia, że schwytano wywrotowców. Stoją pod murem z rękami na głowie. Nagle jeden wyrywa się spod lufy karabinu, chwyta któregoś z mundurowych i wpycha go do samochodu ustawionego w poprzek drogi. Wtedy wybucha granat. Samobójczy atak przynosi dwie ofiary. Incydent robi wrażenie na Michaelu Corleone. Na Kubie prawdopodobnie coś się szykuje... W tle widać kawałek parceli odgrodzonej palmami królewskimi, gdzie znajdują się wspomniane ruiny Szpitala św. Mikołaja z Bari. Przyznam, że jako fan mafijnej sagi nakręconej przez Coppolę wielokrotnie odtwarzałem sobie przytoczoną scenę w wyobraźni – kilka lat temu mieszkałem przez jakiś czas po drugiej stronie Calle Hostos.

 

Niesamowite wrażenie wywiera zawsze na zwiedzających majestatyczny kompleks klasztorny dominikanów. Dociera się do niego ulicą Ojca Billiniego (Calle Padre Billini). Najbardziej fotogeniczny fragment budowli stanowi ceglastopomarańczowa fasada zachodnia, zdobiona tuż nad bramą motywem przywodzącym na myśl splecioną winorośl. Kompleks zbudowali mnisi z zakonu św. Dominika, którzy przybyli na wyspę z początkiem XVI w. W 2016 r. minęło 800 lat od powstania tego zgromadzenia. Należeli do niego m.in. żarliwy obrońca praw Indian Bartolomé de Las Casas (wizytował ten klasztor) i inkwizytor Bernard Gui, którego Umberto Eco wprowadził do swojej powieści Imię róży. Ten kościelno-klasztorny przybytek ma ciekawą historię. Za sprawą decyzji papieża Pawła III z 1538 r. funkcjonował w nim pierwszy uniwersytet w Nowym Świecie. Obecnie jego tradycję kontynuuje Uniwersytet Autonomiczny w Santo Domingo (Universidad Autónoma de Santo Domingo, UASD). Mimo licznych klęsk żywiołowych występujących na przestrzeni stuleci mury zachowały się w znakomitej kondycji. Budowlę można podziwiać w pełnej okazałości, zarówno na żywo, jak i w filmowych kadrach. Wykorzystali ją w swoich filmach np. Robert De Niro (Dobry agent) i Andy García (Hawana – miasto utracone).

 

BOHATER I PAŁAC

 4a

Pomnik Juana Pabla Duarte znajdujący się w parku jego imienia

© MARCIN WESOŁY/WWW.CARIBEYA.PL

 

Podczas zwiedzania nie sposób pominąć parku imienia jednego z trzech ojców założycieli Republiki Dominikańskiej – Juana Pabla Duarte (Parque Duarte; pozostałymi dwoma postaciami są Matías Ramón Mella i Francisco del Rosario Sánchez). To miejsce należy zdecydowanie do najprzyjemniejszych zakątków historycznej części Santo Domingo. Można tu odpocząć (albo pograć z miejscowymi w domino, popijając piwo Presidente) w otoczeniu palm, bugenwilli i drzew flamboyán (wianowłostek królewskich), zwanych płomieniami Afryki ze względu na liczne intensywnie czerwone kwiaty (pojawiające się przeważnie w czerwcu). Środek tutejszego placu zajmuje pomnik wspomnianego bohatera walk o niepodległość kraju. Park i jego najbliższe sąsiedztwo również docenili znani filmowcy. W kinowych produkcjach zagrała m.in. poczerniała, przypominająca dom, w którym straszy, kamienica z 1936 r. (dziś wystawiona na sprzedaż) zwana Edificio Elmúdesi. Niegdyś była w niej prywatna klinika. Budynek pojawił się w co najmniej dwóch hollywoodzkich filmach: Hawanie – mieście utraconym i Dobrym agencie. O ile Andy García wykorzystał stare Santo Domingo do odwzorowania stolicy Kuby, o tyle Robert De Niro poszedł jeszcze dalej. Sceny z jego obrazu miały przedstawiać Léopoldville, dzisiejszą Kinszasę, stolicę Demokratycznej Republiki Konga w środkowej części Afryki.

 

Władze Dominikany są jak dotąd przychylne zagranicznym ekipom filmowym. Bez większych problemów wpuszczają je także do własnych siedzib, przede wszystkim do Pałacu Narodowego (Palacio Nacional), gdzie urzęduje prezydent kraju. Przekonali się o tym Francis Ford Coppola, Sydney Pollack i Andy García. W ich filmach charakterystyczny gmach wcielił się w rolę El Capitolio w Hawanie, który przed 1959 r. był bastionem Fulgencia Batisty, dyktatora z Kuby. Trudno o bardziej fotogeniczną lokalizację w Santo Domingo, gdy temat kinowy dotyka wielkiej władzy i polityki. Zawsze ciekawiło mnie, ile mogła kosztować niezbędna w tym przypadku zamiana powiewającej przed pałacem flagi dominikańskiej na kubańską. Siedziba prezydenta Dominikany jest imponująca – gmach w kolorze piaskowym uchodzi za architektoniczną perłę zdominowaną przez styl neoklasycystyczny. Powstał na zlecenie dyktatora Rafaela Leónidasa Trujillo Moliny. Miał odzwierciedlać nieśmiertelne aspiracje wodza. Budowę rozpoczęto dokładnie 27 lutego 1944 r. Chodziło o datę symboliczną – setną rocznicę proklamowania niepodległości Republiki Dominikańskiej (w 1844 r.). Pracę ukończono w ponad trzy lata. Do głównego wejścia pałacu prowadzą masywne schody wykute z szarego marmuru. Strzegą ich lwy z brązu. Dokładnie po tych schodach zbiegał Al Pacino jako Michael Corleone w Ojcu chrzestnym II. Wcześniej, podczas balu noworocznego w pałacu, złożył swojemu bratu Fredowi (który go zdradził) słynny pocałunek śmierci.

 

STOLICA MAŁYCH RADOŚCI

 

W Santo Domingo cieszą również rzeczy drobne, codzienne, czasem niczym się nie wyróżniające. W sklepie na rogu, gdzie dudni muzyka, sprzedają Presidente – najzimniejsze piwo na świecie w oszronionej zielonej butelce, a miejscowi żartują od rana i grają w domino. Radość sprawia też jazda publiczną, wieloosobową taksówką (tzw. carro público) z ośmioma współpasażerami zamiast pięciu, bo w innym przypadku szoferowi nie opłaca się jechać. Tu rzeczywistość ciągle się zmienia, nieprzerwanie kwitnie i marnieje, po czym w niesłychanym tempie odradza się znowu.

 

Nie każdemu podoba się Santo Domingo, nie każdego do niego ciągnie. Turyści często chętniej wybierają Hawanę albo stolicę Portoryko – San Juan. Te miasta, powstałe w podobnych okolicznościach historycznych, stanowią naturalną konkurencję dla stolicy Dominikany. Oczywiście, Santo Domingo potrafi zadbać o siebie. Upiększa się makijażem, raz mocnym i wyrazistym, kiedy indziej stonowanym, bardziej wysmakowanym. Umiejętnie wabi świeżością i zachęca do bliższego poznania. Jednak jednocześnie cierpi na udręki typowe dla latynoskich miast. Bywa także miejscem przytłaczającym: rozgrzanym do bólu, dusznym, głośnym, zaśmieconym. Z różnych stron w niesłychanym natężeniu nacierają na człowieka kaskady dźwięków wydawanych przez sznury pojazdów, dużych i mniejszych, nowych i starych, a często wręcz bezlitośnie zdezelowanych gruchotów, które już dawno powinny dogorywać na złomowisku.

 

Na dodatek w powietrzu czuć drażniące nozdrza spaliny, zapach paliw wyciekających spod reperowanych aut, wyziewy wydobywające się z ujść labiryntów kanalizacji. Te aromaty mieszają się z kolei z orzeźwiającą słoną bryzą znad Morza Karaibskiego i wonią przejrzałych owoców – ananasów, gujaw, mango, kawy parzonej gdziekolwiek i lanej z termosów do małych plastykowych kubków, rarytasów kuchni ulicznej oferowanych na każdym rogu, prania wywieszonego na finezyjnych balkonach, kulek naftalinowych, wilgoci wyzierającej zewsząd, wyganianej przeciągami z ciemnych kątów, liści tytoniowych gotowych do zwijania w skromnych manufakturach, samego dymu popalanych cygar, naperfumowanych ludzkich ciał, lakieru utrwalającego włosy kobiet czy żelu kładzionego na fryzury młodych kawalerów.

 

Santo Domingo pachnie tropikiem. Jest nienasyconym karaibskim miastem z niezbadaną tajemnicą. Z jednej strony pozostaje zatrzymane w odległym czasie, sędziwe, nieco zmurszałe, śniące o kolonialnej przeszłości, o której wyraźnie przypomina, zwłaszcza w trakcie spaceru po historycznym rejonie. Gdzie indziej wydaje się nazbyt nowoczesne, chaotyczne, wyzywające; wypełniają je szklane biurowce, drapacze chmur i gigantyczne bilbordy ze sloganami znanych marek. Oferuje niemal wszystko, czego dusza ludzka zapragnie, o każdej porze, wszędzie. Jeśli przymknie się oko na jego bolączki, potrafi być urocze i zajmujące. Do tego jest miastem wyjątkowo lubianym przez twórców kina, również tego hollywoodzkiego. Jednak nie każdy o tym wie. Często nie są świadomi tego faktu nawet sami Dominikańczycy. Santo Domingo może opowiedzieć sporo zaskakujących historii. Wspaniałe, wykwintne architektonicznie i co ważne pieczołowicie odrestaurowane obiekty z obszaru Zona Colonial zyskują nowe życie, nowe przeznaczenie, nowe uznanie. Trzeba tu dotrzeć, przynajmniej raz, i zobaczyć to wszystko samemu, aby móc potem miło wspominać swoją wizytę, np. podczas filmowego seansu. Bo Santo Domingo zostało uwiecznione przez kino wielokrotnie. Poszukajmy zatem niektórych scenerii z filmów, choćby według wskazówek zawartych w tym artykule. Z pewnością będzie to przyjemne urozmaicenie spacerów po zachwycającej stolicy Dominikany, a jednocześnie swoista filmowa przygoda na gościnnej dominikańskiej ziemi.