JERZY MOSKAŁA


<< W agencjach turystycznych i biurach podróży, tak w naszym kraju, jak i za granicą, coraz częściej znajdziemy nie tylko klasyczne oferty wypoczynkowe, lecz także bardziej wyprofilowane pakiety z zakresu turystyki kulturoznawczej, np. wyprawy winiarskie, czy aktywnej, m.in. wycieczki konne. Te ostatnie zyskują sobie z każdym rokiem więcej zwolenników, również wśród osób nigdy wcześniej nie interesujących się jeździectwem. >>

Koń został udomowiony najprawdopodobniej 6–5,5 tys. lat temu. Pierwsze hodowle powstawały na terenie dzisiejszego północnego Kazachstanu (kultura Botai). Od tego czasu te mądre ssaki służyły ludziom jako zwierzęta wierzchowe, juczne i pociągowe. Człowiek szybko dostrzegł także ich piękno i zaczął krzyżować ze sobą różne rasy. W kulturze i historii wielu narodów natkniemy się dziś na słynne wierzchowce, na czele z ogierem Aleksandra Wielkiego Bucefałem, Rosynantem Don Kichota z La Manchy i ulubioną klaczą bojową marszałka Józefa Piłsudskiego Kasztanką.
Na całym świecie, także i w Polsce, turystyka konna wchodzi w fazę szybkiego rozwoju. Dlatego też osoby planujące wakacje w siodle stają obecnie przed niełatwym wyborem.


W ŁÓDZKIEM
Oddalony o mniej więcej 1 godz. jazdy samochodem od Warszawy Łódzki Szlak Konny im. majora Henryka Dobrzańskiego Hubala (ŁSK) ma powyżej 2 tys. km. To najdłuższa tego rodzaju trasa w Polsce i najnowocześniejsza pod względem infrastruktury, złożona z 2 pętli – wewnętrznej i zewnętrznej, dla wygody turystów podzielonych na 20-kilometrowe odcinki oznakowane zgodnie z wytycznymi Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego (PTTK). Szlak przecina 7 parków krajobrazowych, a dotrzemy nim do ponad 200 ośrodków jeździeckich, w których odpoczniemy przez kilka godzin lub zatrzymamy się na dłużej. Oferują one bardzo zróżnicowane warunki: od noclegów na sianie do standardów 3-gwiazdkowego hotelu. Poza tym wzdłuż trasy powstało również 21 miejsc postojowych z krytymi wiatami.

FOT. URZĄD MARSZAŁKOWSKI WOJEWÓDZTWA ŁÓDZKIEGO

Gonitwę św. Huberta organizuje co roku Łódzki Klub Jeździecki

Do atrakcji ŁSK należą liczne zabytki. W wybranych obiektach, np. Pałacu w Walewicach, Muzeum w Nieborowie i Arkadii, Klasztorze Cystersów w Sulejowie, Muzeum Wnętrz Dworskich w Ożarowie, dostaniemy elektroniczne przewodniki w języku polskim i angielskim. Dzięki nim podczas samodzielnego zwiedzania poznamy wszystkie najważniejsze informacje i ciekawostki.
W 30 tzw. punktach informacji i monitorowania turysty bezpłatnie wypożyczymy natomiast urządzenie lokujące oraz nawigację – oba w technologii GPS. Ułatwiają one orientację w terenie i w razie wypadku bądź innego zdarzenia pozwalają zlokalizować ich użytkownika z dokładnością do kilku metrów. Urządzenie lokujące posiada klawisz SOS, po wciśnięciu którego współrzędne naszego położenia trafiają do służb ratowniczych w formie zgłoszenia. Z kolei bardzo dokładna mapa nawigacji zawiera nawet leśne dukty. W punktach tych skorzystamy też z Wi-Fi, telefonu, uniwersalnej ładowarki oraz komputera z drukarką.
Na stronie internetowej www.wsiodle.lodzkie.pl (przygotowanej w języku polskim, angielskim, rosyjskim i niemieckim) znajdziemy wiadomości o tutejszych ośrodkach jeździeckich, atrakcjach turystycznych, usługach hotelarskich czy gastronomicznych. Na ich podstawie zaplanujemy naszą wycieczkę w najdrobniejszych szczegółach. Zapewnieniem bezpieczeństwa na drogach oraz monitorowaniem ruchu zajmuje się personel Centrum Zarządzania Szlakiem. Jego siedziba mieści się przy ul. Wycieczkowej w Łodzi i jako jeden z punktów postojowych wyposażona została w boksy dla koni.


NA MAZURACH
Niezmiernie długa trasa rekreacyjna, bo licząca ok. 400 km, biegnie przez Mazury i Podlasie. Szlak Konny Puszczy Augustowskiej i Mazur prowadzi przez Biebrzański Park Narodowy, Wigierski Park Narodowy, a także Puszczę Augustowską i okolice Kanału Augustowskiego. Bardzo zróżnicowany krajobraz i czyste powietrze północno-wschodniego regionu Polski przyciągają wielu turystów. Właściciele tutejszych stajni przygotowali dla nich interesujące oferty, w których skład wchodzą rajdy konne, pozwalające ich uczestnikom zbliżyć się do natury, czy noclegi organizowane w leśniczówkach bądź gospodarstwach agroturystycznych.
Mniej więcej 100 km od Augustowa, w pobliżu Czerwonego Dworu i Giżycka, kilka lat temu z inicjatywy Związku Stowarzyszeń na Rzecz Rozwoju Gmin Północnego Obszaru Wielkich Jezior Mazurskich wyznaczono Mazurski Trakt Konny. Za jego pomocą chciano zaprezentować piękno tego regionu i spopularyzować go wśród Polaków. Wokół ciągnącego się przez 140 km traktu rozpościerają się wspaniałe lasy i błękitne jeziora.

 

NA ROZTOCZU I W BESKIDACH
Do starszych tras, wytyczanych przez PTTK, należy Roztoczański Szlak Konny (Wólka Wieprzecka –Bondyrz – Senderki). Choć jest dość krótki – ma tylko 25 km długości – to bez wątpienia warto go przemierzyć z uwagi na urzekające widoki. Rzeka Wieprz i wąwozy Roztocza tworzą jedyne w swoim rodzaju krajobrazy w Polsce.
Od Brennej w Beskidzie Śląskim, przez Beskid Żywiecki, Podhale, Pieniny, Beskid Sądecki oraz Beskid Niski do Wołosatego w Bieszczadach wiedzie natomiast Transbeskidzki Szlak Konny (400 km). Poprowadzono go głównie w niższych partiach gór, ale w Beskidzie Żywieckim wznosi się nawet ponad 1300 m n.p.m. (na halach Lipowskiej czy Miziowej oraz szczycie Rysianka). Trasę podzielono na 14 etapów jednodniowych. Każdy z nich zaczyna się i kończy w Ośrodku Górskiej Turystyki Jeździeckiej – OGTJ (tylko jeden postój zaplanowano w gospodarstwie agroturystycznym). Za najciekawsze uchodzą odcinki końcowe w Beskidzie Niskim oraz Bieszczadach. W tym pierwszym rejonie znajdują się 4 etapy szlaku, których największą atrakcją jest jazda na łagodnych górskich koniach huculskich. Te niezwykle odporne i silne zwierzęta służą jeźdźcom nawet zimą, gdy w innych częściach naszego kraju turystyka konna zamiera. Ostatnie odcinki Transbeskidzkiego Szlaku Konnego biegną od Dołżycy do wsi Wołosate m.in. szerokimi połoninami i rozdzielającymi je przełęczami. Przepiękne panoramy Bieszczad także można podziwiać z grzbietów koni huculskich. W tej części Beskidów zresztą pracownicy Bieszczadzkiego Parku Narodowego stworzyli wiele innych interesujących tras konnych.

 

W SUDETACH I JURZE KRAKOWSKO-CZĘSTOCHOWSKIEJ
Na wycieczkę w siodle wybierzemy się również w Sudety. Sudecki Szlak Konny PTTK prowadzi od Lądka-Zdroju do Karpacza. Po drodze zatrzymamy się głównie w schroniskach, ale też w kilku małych miejscowościach. Jego długość wynosi ok. 360 km. Leśne i górskie kamieniste trakty czynią go jedną z najtrudniejszych tego typu tras w Europie.
W Stadninie Koni Huculskich w Nielepicach pod Krakowem rozpoczyna się z kolei Transjurajski Szlak Konny PTTK, przedłużony o Szlak Jury Wieluńskiej. Wzdłuż większości piaszczystych dróg leży dużo miejsc noclegowych. Do pokonania mamy tu tylko kilka cięższych odcinków, dlatego wycieczka zajmie nam jedynie mniej więcej tydzień. Możemy ją zatem wzbogacić o zwiedzanie Królewskiego Zamku Bobolice czy ruin na Górze Janowskiego (Zamkowej) w Ogrodzieńcu, umieszczonych na Szlaku Orlich Gniazd. Wśród miejscowych obszarów przyrodniczych wyróżnia się z pewnością Pustynia Błędowska.

 

NA MAZOWSZU
Przy trasach konnych obok gospodarstw agroturystycznych napotkamy komfortowe ośrodki oferujące znacznie szerszy wachlarz usług. Należy do nich m.in. podwarszawski 4-gwiazdkowy Hotel Sielanka nad Pilicą położony w przepięknych plenerach doliny rzeki Pilicy i Puszczy Stromeckiej. To znakomita baza wypadowa do długich przejażdżek po malowniczej okolicy.
Do dyspozycji gości oddano tu rozbudowane centrum jeździeckie Farma Sielanka, posiadające certyfikat Polskiego Związku Jeździeckiego (PZJ), z krytą ujeżdżalnią z regularnie zraszanym profesjonalnym fizelinowo-piaskowym podłożem oraz ogrodzonym placem do jazdy ze sportowym, zdrenowanym podkładem pokrytym warstwą fizelinowo-kwarcytową. Chętni skorzystają też z licznych przeszkód skokowych i zaprzęgowych oraz czworoboku. Ośrodek ten zainteresuje więc na pewno nie tylko amatorów, lecz także zawodowców w tej dyscyplinie sportowej. Tutejsza nowoczesna stajnia składa się z 65 boksów, w tym 18 typu angielskiego, które otwierają się bezpośrednio na zewnątrz, na padok. Wyposażona jest również w myjki i solarium dla wierzchowców. Konie w niej stacjonujące mają zapewnioną fachową opiekę. Mogą korzystać też z padoku oraz karuzeli. Doskonale przygotowane, zrównoważone i spokojne zwierzęta z Farmy Sielanka idealnie nadają się dla każdego jeźdźca: początkującego i zaawansowanego. Wśród proponowanych treningów (nauka jazdy, skoków, powożenia zaprzęgiem) coś dla siebie wybiorą też ci, którzy chcą podnieść swoje umiejętności. Od 14 do 20 lipca br. zaplanowano również tutaj 7-dniową Wakacyjną Akademię Jeździecką. To niezmiernie interesująca propozycja dla osób chcących przeżyć wspaniałą przygodę w siodle.

FOT. HOTEL SIELANKA NAD PILICĄ/FARMA SIELANKA

Ośrodek jeździecki Farma Sielanka zajmuje powierzchnię ponad 100 ha

Coraz częściej oferty turystyki konnej uzupełnia się dodatkowymi pakietami. Na tej zasadzie funkcjonuje Szkockie Ranczo Wellness & Spa w Skarboszewie koło Płońska na Mazowszu. Obok lekcji jazdy w stylu westernowym (tzw. reiningu) na koniach rasy american paint horse i american quarter horse, oczywiście pod czujnym okiem profesjonalnych instruktorów, skorzystamy tu z zabiegów spa i spróbujemy wyśmienitych dań z mięsa szkockiego bydła wyżynnego (highland cattle), zakupionego do lokalnej ekologicznej hodowli (obecnie 40 stuk). W porównaniu z polskimi łaciatymi krowami te pokryte grubą i gęstą sierścią zwierzęta z wielkimi rogami wyglądają naprawdę imponująco.
Dobrze wyposażonych stajni możemy także szukać w dawnych posiadłościach ziemiańskich. Jedna z nich przynależy do zabytkowego Pałacu Odrowążów z XV w. – dziś hotelu Manor House SPA – w Chlewiskach pod Szydłowcem. Na terenie tego luksusowego kompleksu zrelaksujemy się m.in. w Termach Zamkowych ze specjalnymi pokojami gościnnymi Ofuro SPA, Oranżerii Pałacowej z idealnym dla alergików bezchlorowym Basenem Ery Wodnika (napełniono go wodą z jonami srebra) lub zadbanym parku z Kręgiem Mocy, Piramidą Horusa i plażami nad dwoma stawami. Stajnia hotelowa stanowi nowoczesny obiekt sportowo-rekreacyjny. Mieści się w niej 15 boksów wewnętrznych oraz 4 angielskie, myjka dla koni czy też piętrowa siodlarnia. Tuż obok wznosi się profesjonalna hala ujeżdżeniowa z regularnie zraszanym podłożem. Dookoła znajdują się pastwiska i padoki. Wspaniałe wnętrza pałacu oraz XIX-wiecznej Stajni Platera (oferującej obecnie stylową restaurację, 21 komfortowych pokoi czy też 3 sale bankietowo-konferencyjne) odnowiono z zachowaniem historycznych detali architektonicznych. Każdy poczuje się więc tutaj niczym w gościnie u gospodarzy ze szlacheckiego rodu.

 

NA ZIELONEJ UKRAINIE
Na świecie wciąż istnieje wiele miejsc, gdzie podróżowanie na koniu nie stanowi jedynie turystycznej atrakcji, lecz uchodzi po prostu za sposób przemieszczania się po danym obszarze. Niektóre z nich znajdziemy m.in. w byłych republikach Związku Radzieckiego.
Polaków szczególnie pociągają dawne tereny Rzeczpospolitej Obojga Narodów, np. pogranicze Wołynia i Podola na Ukrainie, opisywane w trylogii Henryka Sienkiewicza. Mimo upływu lat i industrializacji Europy w tej jej części nadal natkniemy się na dziewicze regiony: meandrujące w głębokich wąwozach rzeki, dzikie stepy i lasy, a na zachodzie również wysokie góry. Podczas rajdów konnych prowadzących dolinami Dniestru, Zbruczu i Czeremoszu, w okolice Krzemieńca oraz na południu aż do granicy z Mołdawią, polscy turyści nierzadko przypominają sobie przygody pułkownika Michała Wołodyjowskiego, Jana Skrzetuskiego czy Jana Zagłoby. Te najczęściej rolnicze rejony najprzyjemniej przemierzać szczególnie latem, gdy pogoda zachęca do noclegów pod gołym niebem.

 

W MONGOLII
Aby jednak poznać początki historii udomawiania konia przez człowieka, trzeba zapuścić się dużo dalej na wschód, do krajów takich jak Mongolia, Kirgistan czy Kazachstan. Ze względu na niedostępność niektórych terenów wyprawy konne w tych stronach wymagają większego doświadczenia, ale jednocześnie dostarczają wyjątkowych przeżyć.
Największe wyzwania czekają nas w Mongolii. Dzikie mongolskie konie są bardzo płochliwe. Podchodzić trzeba do nich zwykle od lewego boku, gdy założono już im siodło. Każda inna próba może skończyć się dla nas bolesnym kopnięciem i ugryzieniem. Okiełznanie ich stanowi więc duży wyczyn, a to dopiero początek przygód w krainie Czyngis-chana.
Siodło mongolskie tylko częściowo przypomina te europejskie czy amerykańskie typu western. Zrobione z drewna jest dość niewygodne i ciężko się na nim utrzymać. W trakcie jazdy nie wolno wypuścić też z ręki długiej liny zamocowanej przy wodzach, bo jeśli spadniemy z grzbietu zwierzęcia, najprawdopodobniej będzie ono chciało uciec i zostaniemy bez środka transportu na zupełnym pustkowiu. Mongolskie wierzchowce są szybkie i silne, ale przez to trudne do prowadzenia. Dlatego rajd konny po tym azjatyckim kraju stanowi wyzwanie nawet dla doświadczonych jeźdźców.

FOT. EXPLOREMONGOLIA.EU

40-metrowa konna statua Czyngis-chana niedaleko Ułan Bator

Podczas wyprawy po Mongolii musimy zapomnieć o europejskich hotelach czy ośrodkach spa i nastawić się na nocowanie w jurtach lub spanie wprost na ziemi oraz – oczywiście – na brak bieżącej wody. Proste, często spożywane już w siodle posiłki przygotują nam według swoich możliwości koczownicze plemiona. Mimo tych wszystkich niedogodności jednak to właśnie zapierająca dech w piersiach Mongolia z jej nieskażonymi cywilizacją stepami, niezmienionymi od tysięcy lat, uchodzi za ulubione miejsce prawdziwych wielbicieli wędrówek na końskim grzbiecie.

 

W KIRGISTANIE I KAZACHSTANIE
Równie różnorodne, malownicze i dzikie okolice do uprawiania turystyki konnej, a wśród nich długie doliny i położone wysoko górskie przełęcze, oferuje Kirgistan. Największą atrakcją w Republice Kirgiskiej jest tradycyjne konne polowanie z orłami lub sokołami. To ostatni już chyba zakątek na ziemi, gdzie ta tradycja pozostaje jeszcze wiecznie żywa, a zwyczaj ten praktykuje się nie tylko z uwagi na turystów, lecz jako rytuał lokalnych plemion.
Wyprawy na koniach organizuje się także w sąsiadującym z Kirgistanem Kazachstanie, np. na południowym wschodzie kraju w paśmie Tien-szan (chiń. Niebiańskich Gór). Rejon ten często określa się jako „zapomniany przez Boga i ludzi”. Te same bezkresne przestrzenie, sięgające nieba szczyty górskie i rwące rzeki widzieli ludzie od tysięcy lat podróżujący Jedwabnym Szlakiem. W regionie Tien-szan, podobnie jak w Mongolii czy Republice Kirgiskiej, spotkamy koczowniczych mieszkańców tych ziem i to z nimi będziemy zatrzymywać się na noclegi i posiłki.

 

W ARGENTYNIE
Europa czy Azja to nie jedyne kierunki turystyki konnej. Jej amatorzy wybierają się również na drugą stronę kuli ziemskiej, ale nie w poszukiwaniu słynnego Dzikiego Zachodu, a do Argentyny, a dokładniej jej południowej części – Patagonii – krainy stepów (pampy), bydła, owiec i pasterzy gauczów (gauchos). Ci ostatni, podobnie jak niegdyś północnoamerykańscy kowboje, spędzają całe dnie w siodle przy przepędzaniu krów. W wyobrażeniach Argentyńczyków są oni często bohaterami ludowymi, symbolem walki o niezależność od Hiszpanii, a równocześnie uosabiają wszystkie cechy znakomitego jeźdźca, szczycącego się swoimi umiejętnościami i zżytego ze swym wierzchowcem, najlepszym na świecie.
Południowoamerykańska rasa criollo pochodzi od koni przywiezionych w XV w. przez Hiszpanów i została wyselekcjonowana na początku XX stulecia. Te inteligentne, silne i bardzo odporne na choroby zwierzęta stanowią dumę całej Ameryki Południowej. Dla potrzeb turystyki konnej w Argentynie wykorzystuje się obecnie odpowiednio wytresowane, wytrzymałe krzyżówki criollo, znakomicie sprawdzające się na pampach. W tym fascynującym kraju turyści biorą zazwyczaj udział w długodystansowych rajdach konnych (cabalgatas) oraz spędzaniu bydła. Poza tym mają też okazję przyjrzeć się codziennemu życiu gauczów, ich zwyczajom i interesującym świętom, które uświetniają tradycyjne wyścigi i inne zawody.
W trakcie takiej wyprawy można także spróbować typowych dla tej kultury potraw. Kuchnia południowoamerykańskich pasterzy jest bardziej zbliżona do europejskiej niż mongolska czy kirgiska i bazuje głównie na wyśmienitej wołowinie. Do jej charakterystycznych dań należą steki i różne odmiany gotowanego nad ogniem gulaszu, czasami bardzo ostro przyprawionego. Zamiast azjatyckiego kumysu ze sfermentowanego mleka gauczowie piją natomiast napar z ostrokrzewu paragwajskiego (yerba mate) albo wyborne argentyńskie wino. Do nocowania pod gołym niebem wystarczy im jedynie siodło i ponczo.
Turystyka konna zbliża nas do natury. Każdy człowiek żyjący we współczesnym skomputeryzowanym i pędzącym naprzód świecie musi czasami zatrzymać się i wrócić do korzeni, znów poczuć jedność z otaczającą go przyrodą. Trudno o lepszą do tego okazję niż wędrówka przez szerokie równiny, zielone doliny rzek i cieniste lasy na grzbiecie wiernego towarzysza człowieka – konia.

Artykuły wybrane losowo

Sardynia i Korsyka po dwóch stronach lustra

BEATA GARNCARSKA

<< W basenie Morza Śródziemnego, w odległości ok. 200 km od Europy kontynentalnej, znajdują się dwie niesamowite wyspy, dla których niejeden podróżnik stracił głowę. Mowa o włoskiej Sardynii i francuskiej Korsyce. Pierwsza kusi łagodnymi wzgórzami, zielonymi wiosną, żółciejącymi latem, nadbrzeżnymi lagunami, leniwie płynącymi rzekami oraz górami o zaokrąglonych wierzchołkach. Druga natomiast fascynuje strzelistymi szczytami sięgającymi obłoków i lasami pokrywającymi prawie całą jej powierzchnię niczym peleryna. Choć z pozoru tak różne, obie przez stulecia walczyły o swoją tożsamość, opierając się zakusom kolejnych kolonizatorów. >>

Więcej…

Wyspy Kanaryjskie, czyli raj na ziemi

MONIKA GODAWSKA

 

<< Niedużo znajdziemy na świecie miejsc, które przyciągają turystów taką różnorodnością, jak Wyspy Kanaryjskie. Gorący hiszpański temperament, wspaniałe wulkaniczne krajobrazy, smaczna kanaryjska kuchnia, bogata historia i kultura, przyjazny klimat wiecznej wiosny oraz orzeźwiająca atlantycka bryza tworzą niepowtarzalną atmosferę tego cudownego zakątka. Każda z tutejszych wysp jest wyjątkowa, niepodobna do innych i ma wiele do zaoferowania. Dlatego z pewnością nie można uznać za przesadę stwierdzenia, że próżno szukać na świecie człowieka, który mógłby się tu nudzić. >>

Administracyjnie archipelag Wysp Kanaryjskich podlega Hiszpanii. Leży na Oceanie Atlantyckim niedaleko północno-zachodniego wybrzeża Afryki i należy do niego siedem głównych wysp: Teneryfa, Fuerteventura, Gran Canaria, Lanzarote, El Hierro, La Palma i La Gomera. Wszystkie z nich powstały w wyniku aktywności wulkanicznej i charakteryzują się górzystym krajobrazem. Ten zakątek świata przed kolonizacją zamieszkiwali Guanczowie, lud spokrewniony z Berberami

Więcej…

Dominikana na dużym ekranie

 catedral de america S

Świątynia w Santo Domingo nazywana Pierwszą Katedrą Ameryki

© MINISTERIO DE TURISMO DE REPÚBLICA DOMINICANA

 

MARCIN WESOŁY

www.caribeya.pl

 

Dominikana jest jak naturalne, wielkometrażowe studio filmowe z plenerami zapierającymi dech w piersiach i przepiękną kolonialną zabudową, która idealnie nadaje się na tło. Od lat pamiętają o tym filmowcy, szczególnie ci z Hollywoodu. Swoje dzieła kręcili tutaj Francis Ford Coppola, Sydney Pollack, Robert De Niro czy Andy García. Coraz chętniej z dominikańskich krajobrazów korzystają również lokalni artyści. Warto wspomnieć choćby o filmie „Stróż” („El hombre que cuida”), który w październiku 2017 r. był pokazywany w Polsce w ramach 33. Warszawskiego Festiwalu Filmowego.

 

Wiele znakomitych ujęć, znanych z takich produkcji jak Ojciec chrzestny II (1974) czy Hawana – miasto utracone (2005), powstało właśnie w tym karaibskim kraju. Kiedy trzeba, Dominikana odgrywa także samą siebie bez zbytniego upiększania. Często bywa jednak świetnym dublerem innych miejsc, choćby tych leżących w sąsiedztwie. Działa tu magia kina. Filmową Hawanę, energetyczną stolicę Kuby z czasów Fulgencia Batisty, czyli sprzed rewolucji, z różnych powodów łatwiej uchwycić w… dzisiejszym rozpalonym słońcem Santo Domingo. Dla osób, które wiedzą o tym fakcie, odkrywanie zakątków tego tropikalnego, tętniącego życiem miasta jest jeszcze ciekawsze. Scenerię z filmów bez trudu można rozpoznać, najczęściej odnajduje się ją na obszarze Zona Colonial (Ciudad Colonial). Tędy przemykał m.in. Al Pacino jako Michael Corleone w Ojcu chrzestnym II.

 

Poza stolicą z murami sprzed ponad pięciu wieków prawdziwym rajem dla scenografów filmowych jawi się fascynujący interior Dominikany. Warunki krajobrazowe są w tym kraju szalenie zróżnicowane. Na północy na półwyspie Samaná i na wschodzie w okolicach Punta Cana można usiąść w cieniu rozwichrzonych palm kokosowych, targanych morską bryzą, albo na plaży w kolorze mąki kukurydzianej, z piaskiem równie drobnym jak ona. W centrum Dominikany w dolinie Cibao znajdują się zielone pola ryżowe, jakby żywcem wyjęte z azjatyckich scenerii, rozległe plantacje bananów i szczyty Kordyliery Środkowej wyższe niż Tatry. Stąd wyrusza się pod samą granicę z Republiką Haiti przez dominikański Dziki Zachód – po drodze mija się czerwone ziemie, spłaszczone akacje, suchy busz i kaktusy o kształcie wielkich proc, pod którymi wylegują się ospałe dominikańskie smoki, czyli legwany nosorogie (Cyclura cornuta) i legwany z Hispanioli (Cyclura ricordi). Okolica przypomina meksykańską prerię, znaną z westernów, albo afrykańską sawannę, pokazaną w filmie Pożegnanie z Afryką (1985) Sydneya Pollacka. Może Oliver Stone powinien pójść w ślady Francisa Forda Coppoli i uwiecznić w swoim obrazie The Doors (1991) coś z Dominikany, choćby jaskinie z piktogramami Indian Taíno. Sceny do Czasu apokalipsy (1979) kręcone wzdłuż rzeki Chavón (Río Chavón) wyszły Coppoli wspaniale. Z kolei miejsce, gdzie kokosowe gaje ustępują pola szumiącej trzcinie cukrowej, umiejętnie wykorzystał aktor i reżyser Andy García. W jednej z efektownych scen Hawany – miasta utraconego Ernesto Che Guevara z kompanią rebeldes (rewolucjonistów) wynurzają się z falujących na wietrze zielonych łanów. Dla odmiany zamglone góry w Demokratycznej Republice Konga lub Rwandzie przypomina pasmo Sierra de Bahoruco albo wspomniana Kordyliera Środkowa. Do dawnego Konga Belgijskiego (granego przez Dominikanę) i jego ówczesnej stolicy Léopoldville (w rzeczywistości Santo Domingo) zabiera widza Robert De Niro w wyreżyserowanym przez siebie dramacie Dobry agent (2006). Jak widać Republika Dominikańska jest nieprawdopodobnym, niezmiernie zróżnicowanym krajem, a leży na wyspie Haiti (Hispanioli) odkrytej przez Krzysztofa Kolumba w 1492 r. To ją upodobał sobie najbardziej ze wszystkich. Współcześnie Dominikanę odkrywa się ponownie, intensywnie, również z twórczym nastawieniem, a jednocześnie z ogromną pasją i przyjemnością. Robią to zarówno filmowcy, jak i rzesze turystów.

 

 Samaní 12

Półwysep Samaná słynie z rajskich plaż

© MINISTERIO DE TURISMO DE REPÚBLICA DOMINICANA

 

WSZECHŚWIAT NA ULICY

 

Do Santo Domingo przyjechałem pierwszy raz niemal 11 lat temu. Wszystko wydawało mi się wówczas nowe, świeże, fascynujące, rozszalałe w swoim chaosie, intensywnie rozkwitające, zanurzone w gęstym i lepkim powietrzu, nasyconym jakąś niemożliwą pożądliwością. Było to dokładnie 30 maja, w kolejną rocznicę el tiranicidio – „tyranobójstwa”, czyli zamachu z 1961 r. na Kozła (El Chivo), jak zwano dyktatora Rafaela Leónidasa Trujillo Molinę ze względu na jego nadmierny apetyt seksualny.

 

Doskonale pamiętam tamtą rozwibrowaną gorącem, nasyconą zapachami i wypełnioną odgłosami cykad karaibską noc. Z lotniska do hotelu w dzielnicy Bella Vista w Santo Domingo dotarłem nad ranem. Taksówkarz wiózł mnie do stolicy wzdłuż wybrzeża Morza Karaibskiego, bo tak prowadzi autostrada Las Américas. Czułem zmęczenie długim lotem z Europy, ale pamiętam, że byłem przeszczęśliwy, choć nie wiedziałem jeszcze, co to za uczucie, skąd się ono bierze, jak długo we mnie zostanie. Miałem przed sobą tyle niewiadomych, tyle obcych mi wówczas hiszpańskich słów, tyle wszystkiego w kraju, który dopiero zaczynałem odkrywać. Czekała mnie jakaś przygoda, wiedziałem, że nie będę mógł się jej oprzeć. Napawałem się chwilą. Opuściłem do oporu szybę w oknie i od razu poczułem orzeźwiający zapach morskiej bryzy.

 

Gdy dojechałem na miejsce, było ciemno i podejrzanie cicho, jakbym utrafił w ten ledwie uchwytny wycinek nocy, kiedy Dominikana faktycznie śpi: w końcu posnęli kochankowie na wymiętych prześcieradłach, psy na chłodniejszych patiach, zmęczeni ochroniarze w swoich stróżówkach, a właścicielki pokątnych przybytków rozkoszy pogasiły ostatnie światła. Powietrze stało się parne i wilgotne, zbierało się na deszcz, który potem o świcie uderzył z impetem w asyście rwących niebo grzmotów. Tak przywitało mnie Santo Domingo.

 

Zawsze powtarzam, że w stolicy Dominikany zatrzymuje człowieka ulica. Ten koncept świetnie oddał noblista V.S. Naipaul (Vidiadhar Surajprasad Naipaul) z Trynidadu i Tobago. Wyrosły na Karaibach brytyjski pisarz stworzył niegdyś zbiór znakomitych opowiadań Nasza ulica (oryginalny tytuł Miguel Street), w których sportretował trynidadzki mikrokosmos. Za pomocą wycinka rzeczywistości przedstawił wyspę Trynidad w pigułce wraz z jej barwnym codziennym życiem. Dominikańska ulica także potrafi wciągnąć człowieka w swoje uniwersum, z którego nie chce go później wypuścić. Można to polubić, choć niekoniecznie od razu. Warto jednak poczuć rytm tej nie dającej się opanować latynoskiej codzienności. To przeważnie inna rzeczywistość niż ta, którą znamy. Tu potrzebny jest dystans właściwie do wszystkiego. Znacznie łatwiej odnaleźć się w tym świecie, jeżeli pozwoli się, aby czas płynął wolniej, jak robią to mieszkańcy Karaibów.

 

BUDOWLE NOWEGO ŚWIATA

 

3a

Ruiny XVI-wiecznego Szpitala św. Mikołaja z Bari w stolicy Dominikany

© MARCIN WESOŁY/WWW.CARIBEYA.PL

 

W Santo Domingo nie sposób się nudzić. Ekscytujących wrażeń dostarcza tutaj choćby spacer wśród wspaniałych budynków z czasów kolonizacji Nowego Świata. Do pierwszych obiektów postawionych na wyspie Haiti (dawniej La Españoli) należą Katedra (Catedral Primada de América), Szpital św. Mikołaja z Bari (Hospital San Nicolás de Bari) czy kościół i klasztor dominikański (Iglesia y Convento de los Dominicos). Nie można przejść obok nich obojętnie, bez zachwytów i zadumy. Przecież tędy chodzili kiedyś potomkowie i następcy Krzysztofa Kolumba.

 

Za pomnikiem admirała w parku noszącym jego imię (Parque Colón) wznosi się wspomniana najstarsza katedra w Nowym Świecie. Legenda głosi, że zajęła miejsce małego ascetycznego kościoła, krytego liśćmi palmowymi, gdzie w porze deszczowej zawieszano nabożeństwa. Obiekt, który możemy podziwiać obecnie, postawiono niemal w całości z bloków wapienia. Na dziedzińcu odsłonięto w 2008 r. popiersie papieża Jana Pawła II na pamiątkę jego pierwszej wizyty w Republice Dominikańskiej w styczniu 1979 r. Znacznie wcześniej, bo w 1586 r., wtargnął do Santo Domingo korsarz Francis Drake, który służył angielskiej monarchini Elżbiecie I. Hiszpanie nadali mu przydomek El Draque, co w dawnym języku hiszpańskim miało znaczyć „Smok”. Przezwisko idealnie oddawało jego temperament. Francis Drake spalił i splądrował miasto, a świątynię zbezcześcił, urządzając w niej koszary dla swoich kompanów. Ponoć pełniła również funkcje składu win, rzeźni i więzienia. Nie wiadomo, czy ktoś w niej wówczas w ogóle się modlił, być może tylko niepewni swojego losu skazańcy.

 

Do ruin Szpitala św. Mikołaja z Bari dotrzemy ulicą Hostos (Calle Hostos). Obiekt powstał z inicjatywy Nicolása de Ovando, obrotnego i okrutnego gubernatora Hispanioli i innych kolonii hiszpańskich w Ameryce, który wyjątkowo krwawo rozprawiał się z rdzenną ludnością. Szpital wznoszono etapami przez kilka dekad, począwszy od 1503 r. Budowa finansowana była z datków zamożniejszych mieszkańców kolonii. Na początku stanął tutaj jedynie namiot z pryczami dla kilku osób, gdzie chorych doglądały wolontariuszki. Wreszcie ukończono obiekt, który stanowił później wzorzec architektoniczny dla placówek medycznych powstających w całej hiszpańskiej Ameryce. Niestety, szpital uległ zniszczeniom podczas grabieżczych wypraw Francisa Drake’a, huraganów i trzęsień ziemi i obecnie można podziwiać jedynie jego ruiny. Pośród nich czeka zwiedzających niespodzianka. Zadomowiły się tu rozkrzyczane zielone papugi zwane coticas (Amazona ventralis). Są gatunkiem endemicznym w Republice Dominikańskiej i Haiti. Podobno łatwiej je znaleźć wśród starych miejskich murów niż w tropikalnym lesie. Wypatrywanie tych papug sprawia wiele radości. Łatwo je namierzyć, bo niesamowicie hałasują. To chyba najsympatyczniejsze przedstawicielki dominikańskiej fauny.

 

FILMOWE ODKRYCIA

 

W stolicy Dominikany warto zatrzymać się przez moment u zbiegu ulic Hostos (Calle Hostos) i Mercedes (Calle Las Mercedes). W kolonialnej kamienicy działa tu klimatyczna księgarnia – Librería La Filantrópica. Założył ją przed laty były student prawa Daniel Liberato, który narzekał na brak książek i podręczników z literatury przedmiotu. Obecnie oprócz publikacji prawniczych stoi w niej na półkach mnóstwo innych pozycji, obejmujących choćby dominikańską historię, język czy folklor. Reżyser Francis Ford Coppola na początku lat 70. XX w. kręcił nieopodal jedną z pamiętnych scen Ojca chrzestnego II. Przypomnę, że Santo Domingo zastępowało w niej Hawanę. Sama scena wyglądała następująco: limuzyna Michaela Corleone (w tej roli świetny Al Pacino) hamuje w jednej z wąskich hawańskich ulic (w rzeczywistości to pochyły, kamienny i chyba najbardziej urokliwy odcinek właśnie Calle Hostos na obszarze Zona Colonial). Przejazd blokuje wojsko i policja. Johnny Ola – powiernik i prawa ręka gangstera Hymana Rotha, obeznany z miejscowymi realiami, wyjaśnia, że schwytano wywrotowców. Stoją pod murem z rękami na głowie. Nagle jeden wyrywa się spod lufy karabinu, chwyta któregoś z mundurowych i wpycha go do samochodu ustawionego w poprzek drogi. Wtedy wybucha granat. Samobójczy atak przynosi dwie ofiary. Incydent robi wrażenie na Michaelu Corleone. Na Kubie prawdopodobnie coś się szykuje... W tle widać kawałek parceli odgrodzonej palmami królewskimi, gdzie znajdują się wspomniane ruiny Szpitala św. Mikołaja z Bari. Przyznam, że jako fan mafijnej sagi nakręconej przez Coppolę wielokrotnie odtwarzałem sobie przytoczoną scenę w wyobraźni – kilka lat temu mieszkałem przez jakiś czas po drugiej stronie Calle Hostos.

 

Niesamowite wrażenie wywiera zawsze na zwiedzających majestatyczny kompleks klasztorny dominikanów. Dociera się do niego ulicą Ojca Billiniego (Calle Padre Billini). Najbardziej fotogeniczny fragment budowli stanowi ceglastopomarańczowa fasada zachodnia, zdobiona tuż nad bramą motywem przywodzącym na myśl splecioną winorośl. Kompleks zbudowali mnisi z zakonu św. Dominika, którzy przybyli na wyspę z początkiem XVI w. W 2016 r. minęło 800 lat od powstania tego zgromadzenia. Należeli do niego m.in. żarliwy obrońca praw Indian Bartolomé de Las Casas (wizytował ten klasztor) i inkwizytor Bernard Gui, którego Umberto Eco wprowadził do swojej powieści Imię róży. Ten kościelno-klasztorny przybytek ma ciekawą historię. Za sprawą decyzji papieża Pawła III z 1538 r. funkcjonował w nim pierwszy uniwersytet w Nowym Świecie. Obecnie jego tradycję kontynuuje Uniwersytet Autonomiczny w Santo Domingo (Universidad Autónoma de Santo Domingo, UASD). Mimo licznych klęsk żywiołowych występujących na przestrzeni stuleci mury zachowały się w znakomitej kondycji. Budowlę można podziwiać w pełnej okazałości, zarówno na żywo, jak i w filmowych kadrach. Wykorzystali ją w swoich filmach np. Robert De Niro (Dobry agent) i Andy García (Hawana – miasto utracone).

 

BOHATER I PAŁAC

 4a

Pomnik Juana Pabla Duarte znajdujący się w parku jego imienia

© MARCIN WESOŁY/WWW.CARIBEYA.PL

 

Podczas zwiedzania nie sposób pominąć parku imienia jednego z trzech ojców założycieli Republiki Dominikańskiej – Juana Pabla Duarte (Parque Duarte; pozostałymi dwoma postaciami są Matías Ramón Mella i Francisco del Rosario Sánchez). To miejsce należy zdecydowanie do najprzyjemniejszych zakątków historycznej części Santo Domingo. Można tu odpocząć (albo pograć z miejscowymi w domino, popijając piwo Presidente) w otoczeniu palm, bugenwilli i drzew flamboyán (wianowłostek królewskich), zwanych płomieniami Afryki ze względu na liczne intensywnie czerwone kwiaty (pojawiające się przeważnie w czerwcu). Środek tutejszego placu zajmuje pomnik wspomnianego bohatera walk o niepodległość kraju. Park i jego najbliższe sąsiedztwo również docenili znani filmowcy. W kinowych produkcjach zagrała m.in. poczerniała, przypominająca dom, w którym straszy, kamienica z 1936 r. (dziś wystawiona na sprzedaż) zwana Edificio Elmúdesi. Niegdyś była w niej prywatna klinika. Budynek pojawił się w co najmniej dwóch hollywoodzkich filmach: Hawanie – mieście utraconym i Dobrym agencie. O ile Andy García wykorzystał stare Santo Domingo do odwzorowania stolicy Kuby, o tyle Robert De Niro poszedł jeszcze dalej. Sceny z jego obrazu miały przedstawiać Léopoldville, dzisiejszą Kinszasę, stolicę Demokratycznej Republiki Konga w środkowej części Afryki.

 

Władze Dominikany są jak dotąd przychylne zagranicznym ekipom filmowym. Bez większych problemów wpuszczają je także do własnych siedzib, przede wszystkim do Pałacu Narodowego (Palacio Nacional), gdzie urzęduje prezydent kraju. Przekonali się o tym Francis Ford Coppola, Sydney Pollack i Andy García. W ich filmach charakterystyczny gmach wcielił się w rolę El Capitolio w Hawanie, który przed 1959 r. był bastionem Fulgencia Batisty, dyktatora z Kuby. Trudno o bardziej fotogeniczną lokalizację w Santo Domingo, gdy temat kinowy dotyka wielkiej władzy i polityki. Zawsze ciekawiło mnie, ile mogła kosztować niezbędna w tym przypadku zamiana powiewającej przed pałacem flagi dominikańskiej na kubańską. Siedziba prezydenta Dominikany jest imponująca – gmach w kolorze piaskowym uchodzi za architektoniczną perłę zdominowaną przez styl neoklasycystyczny. Powstał na zlecenie dyktatora Rafaela Leónidasa Trujillo Moliny. Miał odzwierciedlać nieśmiertelne aspiracje wodza. Budowę rozpoczęto dokładnie 27 lutego 1944 r. Chodziło o datę symboliczną – setną rocznicę proklamowania niepodległości Republiki Dominikańskiej (w 1844 r.). Pracę ukończono w ponad trzy lata. Do głównego wejścia pałacu prowadzą masywne schody wykute z szarego marmuru. Strzegą ich lwy z brązu. Dokładnie po tych schodach zbiegał Al Pacino jako Michael Corleone w Ojcu chrzestnym II. Wcześniej, podczas balu noworocznego w pałacu, złożył swojemu bratu Fredowi (który go zdradził) słynny pocałunek śmierci.

 

STOLICA MAŁYCH RADOŚCI

 

W Santo Domingo cieszą również rzeczy drobne, codzienne, czasem niczym się nie wyróżniające. W sklepie na rogu, gdzie dudni muzyka, sprzedają Presidente – najzimniejsze piwo na świecie w oszronionej zielonej butelce, a miejscowi żartują od rana i grają w domino. Radość sprawia też jazda publiczną, wieloosobową taksówką (tzw. carro público) z ośmioma współpasażerami zamiast pięciu, bo w innym przypadku szoferowi nie opłaca się jechać. Tu rzeczywistość ciągle się zmienia, nieprzerwanie kwitnie i marnieje, po czym w niesłychanym tempie odradza się znowu.

 

Nie każdemu podoba się Santo Domingo, nie każdego do niego ciągnie. Turyści często chętniej wybierają Hawanę albo stolicę Portoryko – San Juan. Te miasta, powstałe w podobnych okolicznościach historycznych, stanowią naturalną konkurencję dla stolicy Dominikany. Oczywiście, Santo Domingo potrafi zadbać o siebie. Upiększa się makijażem, raz mocnym i wyrazistym, kiedy indziej stonowanym, bardziej wysmakowanym. Umiejętnie wabi świeżością i zachęca do bliższego poznania. Jednak jednocześnie cierpi na udręki typowe dla latynoskich miast. Bywa także miejscem przytłaczającym: rozgrzanym do bólu, dusznym, głośnym, zaśmieconym. Z różnych stron w niesłychanym natężeniu nacierają na człowieka kaskady dźwięków wydawanych przez sznury pojazdów, dużych i mniejszych, nowych i starych, a często wręcz bezlitośnie zdezelowanych gruchotów, które już dawno powinny dogorywać na złomowisku.

 

Na dodatek w powietrzu czuć drażniące nozdrza spaliny, zapach paliw wyciekających spod reperowanych aut, wyziewy wydobywające się z ujść labiryntów kanalizacji. Te aromaty mieszają się z kolei z orzeźwiającą słoną bryzą znad Morza Karaibskiego i wonią przejrzałych owoców – ananasów, gujaw, mango, kawy parzonej gdziekolwiek i lanej z termosów do małych plastykowych kubków, rarytasów kuchni ulicznej oferowanych na każdym rogu, prania wywieszonego na finezyjnych balkonach, kulek naftalinowych, wilgoci wyzierającej zewsząd, wyganianej przeciągami z ciemnych kątów, liści tytoniowych gotowych do zwijania w skromnych manufakturach, samego dymu popalanych cygar, naperfumowanych ludzkich ciał, lakieru utrwalającego włosy kobiet czy żelu kładzionego na fryzury młodych kawalerów.

 

Santo Domingo pachnie tropikiem. Jest nienasyconym karaibskim miastem z niezbadaną tajemnicą. Z jednej strony pozostaje zatrzymane w odległym czasie, sędziwe, nieco zmurszałe, śniące o kolonialnej przeszłości, o której wyraźnie przypomina, zwłaszcza w trakcie spaceru po historycznym rejonie. Gdzie indziej wydaje się nazbyt nowoczesne, chaotyczne, wyzywające; wypełniają je szklane biurowce, drapacze chmur i gigantyczne bilbordy ze sloganami znanych marek. Oferuje niemal wszystko, czego dusza ludzka zapragnie, o każdej porze, wszędzie. Jeśli przymknie się oko na jego bolączki, potrafi być urocze i zajmujące. Do tego jest miastem wyjątkowo lubianym przez twórców kina, również tego hollywoodzkiego. Jednak nie każdy o tym wie. Często nie są świadomi tego faktu nawet sami Dominikańczycy. Santo Domingo może opowiedzieć sporo zaskakujących historii. Wspaniałe, wykwintne architektonicznie i co ważne pieczołowicie odrestaurowane obiekty z obszaru Zona Colonial zyskują nowe życie, nowe przeznaczenie, nowe uznanie. Trzeba tu dotrzeć, przynajmniej raz, i zobaczyć to wszystko samemu, aby móc potem miło wspominać swoją wizytę, np. podczas filmowego seansu. Bo Santo Domingo zostało uwiecznione przez kino wielokrotnie. Poszukajmy zatem niektórych scenerii z filmów, choćby według wskazówek zawartych w tym artykule. Z pewnością będzie to przyjemne urozmaicenie spacerów po zachwycającej stolicy Dominikany, a jednocześnie swoista filmowa przygoda na gościnnej dominikańskiej ziemi.