WOJCIECH KUDER

 

                                                                                                             FOT. TOURISM QEENSLAND

<< Zawrotna prędkość, zwiększony poziom adrenaliny i chęć zmierzenia się z własnymi ograniczeniami to główne powody, dla których wielu Polaków coraz częściej zamienia ekskluzywne hotele w formule all inclusive na wypełnione mułem koryta rzek, niedostępne grzęzawiska, bezkresne piaski pustyni, mroźne lodowce czy kamienne bezdroża. Moda na pełne wrażeń wyprawy off-roadowe ma się znakomicie! Oczarowani ekstremalną jazdą pasjonaci samochodów z napędem na cztery koła odnajdują w nich poczucie wolności oraz okazję do wygrania z samym sobą i odwiecznymi siłami dzikiej przyrody. A wszystko to w tumanach kurzu i przy akompaniamencie warczących silników… Ubłoceni, pogryzieni przez komary, skrajnie wyczerpani, lecz niewiarygodnie dowartościowani i szczęśliwi uczestnicy wypraw off-roadowych tworzą nowy, ekscytujący kierunek z pogranicza sportów ekstremalnych, motoryzacji i turystyki. Jeżdżą zdobywać bezdroża oraz poznawać piękne zakątki Europy, Afryki, Azji, Australii czy Ameryki Południowej. >>

Off-road, czyli w największym skrócie sport motorowy, który polega na pokonywaniu specjalnie przygotowanym samochodem terenowym nieutwardzonych dróg i trudno przejezdnych terenów, pozwala naprawdę uwierzyć w siebie. Docierając tam, gdzie nie zapuszczają się zwykli turyści, przeprawiając się przez rwące potoki, pokonując strome polodowcowe wąwozy i wspinając się przeciążonym do granic fabrycznych możliwości jeepem na nieprzyjazne kamieniste zbocza czy wysokie piaszczyste wydmy, każdy może poczuć się jak nieustraszony podróżnik i odkrywca.

 

Pełne przygód wyprawy off-roadowe zyskały sobie zagorzałych wielbicieli na całym świecie, a dla wielu Polaków stały się nie tylko oryginalnym hobby, lecz także prawdziwą pasją i stylem życia. – To jeden z najbardziej wymagających sprawdzianów umiejętności jazdy samochodem i zarazem wykwintne danie, które najlepiej jeść rękoma w ogromnych ilościach, brudząc się do pasa, delektując się każdym jego kęsem i czyniąc z tego niebanalną ceremonię – przyznaje Piotr Parka, współwłaściciel Explore Iceland, organizator wycieczek jeepami po Islandii. Ta emocjonująca rozrywka daje wiele satysfakcji oraz możliwość odkrywania niezwykłych zakątków, z dala od zatłoczonych kurortów i wydeptanych przez tłumy turystów szlaków. Stanowi okazję do podróżowania setki, a nawet tysiące kilometrów w bezpośrednim kontakcie z naturą, bez czytania grubych tomów turystycznych przewodników i trzymania się sztywnych programów zwiedzania.

 

Wszystko na miejscu

Olbrzymią zaletę takich terenowych eskapad, a zarazem powód, dla którego każdego roku zdobywają one w Polsce coraz większą popularność, stanowi fakt, że off-road można uprawiać dosłownie wszędzie. Znakomite warunki stwarzają rozległe lasy i piękne góry, poligony, piaszczyste wydmy, stare kamieniołomy, wielohektarowe nieużytki i wąwozy krasowe, których w naszym kraju nie brakuje. – Mamy wszystko, czego nam potrzeba tuż pod nosem. Góry, doliny, las, piach, skałki, płytsze i głębsze strumienie oraz błoto… dużo błota. Wyschnięte lub wysuszone jeziora nigdy nie są do końca suche, a ty nie masz pewności, czy z nich wyjedziesz samochodem. Mamy też rowy z poniemieckimi torami kolejowymi, które prowadzą donikąd, a także takie zapomniane przez wszystkich pozostałości I i II wojny światowej, jak zarośnięte okopy – opisuje Piotr Parka z Explore Iceland.

Na dynamiczny rozwój off-roadu w Polsce wpływają również powstające w całym kraju specjalne trasy, przygotowane z myślą o miłośnikach ekscytującej jazdy samochodami terenowymi. W Wyżnicy-Kolonii (woj. lubelskie) amatorzy niepowtarzalnych doznań mają okazję sprawdzić się na torze zbudowanym na obszarze dawnej kopalni gliny w starym korycie Wisły, a w miejscowości Biały Kościół w Małopolsce – poszaleć w naturalnie ukształtowanej dolinie jurajskiej z głębokim wąwozem, ostrymi zjazdami oraz sztucznymi rowami wypełnionymi wodą. Ten aktywny sposób spędzania wolnego czasu skutecznie propagują w naszym kraju również liczne imprezy i rajdy, na czele z coraz bardziej docenianym na świecie cyklem wyścigów COVAL Puchar Polski OFF-ROAD PL oraz organizowanymi przez Klub PolskiOffroadWakacyjnymi Włóczęgami, m.in. po Pojezierzu Drawskim i Suwalszczyźnie.

 

W poszukiwaniu wyzwań

Z uwagi na to, iż podczas wypraw off-roadowych liczy się przede wszystkim przyjemność z jazdy i możliwość aktywnego wypoczynku połączona z obcowaniem z przyrodą, Polska stanowi doskonały region na tego rodzaju  rozrywki. Nie znaczy to jednak, że Polacy nie szukają nowych wyzwań za granicą. Coraz popularniejsze stają się m.in. niedalekie wyjazdy do pełnej polodowcowych jezior i porośniętej nieprzebytą tundrą Finlandii, w czarujące rumuńskie Karpaty, na wyspę ognia i lodu – Islandię, zieloną Ukrainę przesiąkniętą wspólną, polsko-ukraińską historią, a także do arktycznej Rosji, górzystej i wciąż nieodkrytej Gruzji oraz krajów bałkańskich (Albanii, Serbii czy Czarnogóry), gdzie niedostępny skalisty krajobraz oraz spotykane czasami ślady po nie tak dawnych działaniach wojennych stwarzają wymarzone warunki do zabawy za kierownicą pojazdu z napędem na cztery koła. Niezmiernie ciekawa dla pasjonatów off-roadu jest również Portugalia, którą Piotr Parka uważa za jedno z najatrakcyjniejszych miejsc na ziemi do organizacji ekscytujących terenowych eskapad. – Nie trzeba być doświadczonym rajdowcem, żeby czerpać w tym iberyjskim kraju przyjemność z jazdy. Każdy znajdzie w Portugalii trasę idealną dla siebie: od ubitych polnych i leśnych dróg, wyglądających niewinnie tylko wtedy, gdy nie rozmoczyły ich deszcze, poprzez nieutwardzone i strome podjazdy aż do prawdziwych wyzwań, jakimi są przeprawy rzeczne – opowiada nam współwłaściciel Explore Iceland.

Oczywiście, nie brakuje w Polsce śmiałków, którzy w poszukiwaniu niezapomnianych off-roadowych przygód wyruszają na inne kontynenty, a nawet zapuszczają się w najdalsze i najdziksze zakątki naszej planety. Do tych ostatnich należą np. sawanna Rupununi w Gujanie, gdzie na powierzchni ok. 15 tys. km², manewrując wśród niekończących się trawiastych pastwisk, bujnych zarośli i licznych stad bydła, można poczuć się jak prawdziwy południowoamerykański kowboj, czy też unikalna wenezuelska Gran Sabana (Wielka Sawanna) – dziewiczy region pełen cudownych i potężnych wodospadów, głębokich i rozległych dolin, nieprzebytych dżungli oraz zdrowotnej glinki (arcilla) – i brazylijska Amazonia ze słynną, do dziś nie do końca utwardzoną drogą krajową Transamazônica (mającą aż 5 tys. km długości), która często w wielu miejscach przypomina morze błota i kałuż. – Rodovia Transamazônica (BR-230) to trasa, gdzie trzeba się zmierzyć z głębokimi po pas koleinami, pokonać nierzadko pozawalane albo rozmyte mosty czy też wjechać na nieliczne, niemal w połowie zatopione promy. Natomiast dookoła nas rozciąga się „zielone piekło”. Ta znana brazylijska droga cały czas rozpala wyobraźnię miłośników ekscytujących terenowych eskapad. Przejazd nią stanowi propozycję dla tych, których nie pociąga już zwykła turystyka off-roadowa do odległych krajów, po szutrowych trasach i suchej hamadzie, czyli kamienistej pustyni. Wyprawa do Brazylii skierowana jest do osób posiadających dobrze przygotowany samochód, pragnących sprawdzić się w prawdziwej dżungli i przeżyć przygodę życia – przekonuje nas Michał Synowiec „Zetor”, właściciel firmy Globtroter4x4.pl.   

Amatorzy malowniczych wydm i pasjonującej walki z piaskiem wybierają niezmierzone pustynie Afryki Północnej – Tunezji, Maroka, Mauretanii czy Algierii, a także położoną na południu Czarnego Lądu Namibię z fascynującym Wybrzeżem Szkieletów nad Oceanem Atlantyckim. – To południowoafrykańskie państwo stało się w ostatnich latach jednym z najpopularniejszych kierunków wyjazdów off-roadowych. Pod względem trudności wyprawę do Namibii można porównać do naszych terenowych eskapad po Algierii – charakter wydm oraz piasku jest podobny. Nie należy ona do podróży ekstremalnych, wystarczy mieć jedynie podstawowe umiejętności prowadzenia samochodu z napędem na cztery koła. Podczas przejazdu przez Wybrzeże Szkieletów i pustynię Namib natkniemy się na wraki statków, foki i wieloryby, ślady poszukiwaczy diamentów oraz szkielety ludzi i zwierząt. Bez wątpienia taki wyjazd do Namibii będzie stanowić ponadprzeciętną przygodę dla każdego – twierdzi Michał Synowiec „Zetor” z Globtroter4x4.pl. Wielbicieli kontynentu afrykańskiego i wypraw off-roadowych przyciąga również Botswana z niesamowitą deltą Okawango oraz Zambia i Zimbabwe z zapierającymi dech w piersiach Wodospadami Wiktorii (Victoria Falls) na rzece Zambezi. Z dalszych wyjazdów dość dużą popularnością cieszy się też niedostępna Alaska oraz pustynia Gobi i bezkresne stepy w Mongolii. Poza tym fani wypraw samochodami terenowymi jeżdżą chętnie do Australii, aby zmierzyć się z Canning Stock Route – najdłuższą (ok. 1850 km) i najcięższą tutejszą trasą off-roadową biegnącą z południowego zachodu na północny wschód kraju, przez Pustynię Gibsona, Wielką Pustynię Piaszczystą i Tanami, a także na Syberię z jeziorem Bajkał, nazywanym „Syberyjskim morzem”, czy na określaną mianem „lądu ognia i lodu” Kamczatkę w azjatyckiej części Rosji, słynącą z rozległych równin, wulkanów, krystalicznie czystych rzek i lasów, w których czają się watahy wilków, potężne niedźwiedzie oraz żyją rosomaki i rzadkie sobole.

FOT. MICHAŁ SYNOWIEC/GLOBTROT ER4X4.PL

Przeprawa przez rzekę Khwai w Botswanie

 

Nie trzeba jednak wcale jechać aż tak daleko, żeby spróbować swoich sił w naprawdę trudnych warunkach. – Najlepsze miejsce do dzikiego off-roadu to według nas Islandia. Tutaj uprawianie tego sportu wygląda zupełnie inaczej. Islandczycy stali się mistrzami przerabiania zwykłych SUV-ów (samochodów sportowo-użytkowych) na maszyny prawie nie do zatrzymania na ciężkim islandzkim terenie – na ośnieżonym lodowcu, twardych polach lawy bądź w korycie błotnistych rzek lodowcowych. Te giganty są rozpoznawalne od razu. Jadąc na wyprawę off-roadową na Islandię, musimy być przygotowani na ekstremalne przeżycia. W zimie wybieramy się niczym na biegun. Dookoła nas tylko śnieg, lodowce, wiatr i zorze polarne… Z kolei w lecie otaczają nas błoto, rzeki, pola lawy, czarne plaże, wulkany i doliny. W promieniu dziesiątek kilometrów nie spotkamy tutaj żywej duszy, a ze względu na silne podmuchy wiatru rozbijanie namiotu przez cztery dorosłe osoby zajmuje często dwie godziny. Wyprawy jeepami po bezdrożach Islandii nigdy mi się nie znudzą! – podsumowuje Piotr Parka z Explore Iceland.

 

Off-roadowe eldorado

Miłośnicy każdej dyscypliny sportu mają swoją ziemię obiecaną. W przypadku off-roadu można za nią uznać m.in. Australię. To dziki i fascynujący kraj, odcięty od reszty świata wodami oceanu, pełen zagadek i wciąż nie do końca odkryty, tak tajemniczy i ekscytujący, jak tylko można to sobie wyobrazić. – Australia jest magicznym zakątkiem świata o uderzającym pięknie, niesamowitym bogactwie kolorów, wśród których dominują brązy, czerwienie, pomarańcze i wiele odcieni zieleni, a wszystko skąpane w blasku australijskiego słońca na tle niekończącego się nieba. Ogromne niezaludnione przestrzenie, dzikość przyrody, pustka i otulająca cisza kuszą spragnionych zarówno przygody, jak i kontemplacji. Dziesiątki tysięcy szlaków off-roadowych stanowią często wyzwanie również dla doświadczonych kierowców, szczególnie na rozległych obszarach pustynnych i półpustynnych, zajmujących większą część tego najmniejszego kontynentu. Piaszczyste szlaki wiodące przez pustynie i plaże, skaliste drogi, przejazdy przez rzeki i strumienie w lasach deszczowych czy buszu, wspinaczki na wzgórza czy jazda po terenach błotnistych wymagają wszechstronnych umiejętności technicznych. Skrajne warunki klimatyczne również są nie lada wyzwaniem dla miłośników off-roadu. Trzeba wykazać się wyobraźnią i ogromną przedsiębiorczością, bowiem na australijskim odludziu jest się zdanym wyłącznie na siebie – mówi Sylwia Pęcińska, współwłaścicielka firmy No Limit Adventures z Australii specjalizującej się w organizacji niestandardowych wypraw turystycznych. Przy takim bogactwie możliwości trudno się zdecydować, czy zdobywać nieprzyjazne pustynie czy może gęsty tropikalny las, czy podróżować szerokimi plażami brzegiem lazurowych wód Oceanu Spokojnego czy wśród dzikich kangurów przez rozległe równiny… Tu każdy, niezależnie od doświadczenia i umiejętności jazdy samochodem terenowym, znajdzie coś w sam raz dla siebie. – Na pewno godne polecenia są pustynne tereny Australii Zachodniej, przepiękny i dziewiczy rejon Kimberley z charakterystycznymi czerwonymi wąwozami, spadzistymi wodospadami i niesamowitymi formacjami skalnymi, szlak Strzeleckiego w Australii Południowej biegnący przez okolice jeziora Eyre (Lake Eyre) i wzdłuż drogi odkrywców Roberta O’Hary Burke’a i Williama Johna Willsa na północ do zatoki Karpentaria (Gulf of Carpentaria). Na półwyspie Jork (Cape York Peninsula) warto wybrać trasę Battle Camp Road, która słynie z walk pomiędzy Edmundem Kennedym i lokalnymi szczepami Aborygenów, szlak Ludwiga Leichhardta prowadzący do Terytorium Północnego czy też przejazd z Cairns na przylądek Jork (Cape York) przez tereny zwane Rzeką Złota, opuszczone miasteczka i kopalnie z XIX w. pozostawione przez poszukiwaczy cennego kruszcu. Półwysep Jork to również piękne parki narodowe z lasami deszczowymi, strumieniami i rzekami pełnymi słonowodnych krokodyli i opustoszałymi plażami. Każdy znajdzie tu swoje off-roadowe eldorado – podsumowuje Sylwia Pęcińska z No Limit Adventures.


 

Artykuły wybrane losowo

Wietnam w pięciu smakach

DSC_0561.jpg

Stare Miasto w Hội An na północnym brzegu rzeki Thu Bồn

©POLKA TRAVEL/MAJKA SZURA

 


MAGDALENA BARTCZAK

 

Wietnamczycy tworzą jedną z najliczniejszych mniejszości narodowych mieszkających w Polsce. Jeśli wierzyć aktualnym statystykom, ich populacja w naszym kraju sięga dziś ponad 50 tys. osób. Mimo tego wydaje się, że większość Polaków nadal niewiele wie o tym narodzie oraz jego fascynującej ojczyźnie, pełnej kontrastów i emanującej zauważalną na każdym kroku energią. 

Więcej…

WAKACJE Z PERSPEKTYWY SIODEŁKA

PAWEŁ PAKIEŁA

 

  FOT. TOURISMUSVERBAND MECKLEMBURG-VORPOMMERN

Aktywny wypoczynek staje się coraz bardziej popularną formą spędzania wolnego czasu. Z roku na rok przybywa w Polsce zwolenników turystyki rowerowej. Zamiana czterech kółek na dwa jest korzystna nie tylko ze względu na nasze zdrowie czy ochronę środowiska naturalnego. Rowerem można często dotrzeć w miejsca, do których samochodem nie da się po prostu dojechać, i to na dodatek dużo tańszym kosztem. Nie bez znaczenia pozostaje też fakt, że zamknięci w aucie tracimy możliwość nawiązania więzi z otoczeniem. Rowerzysta ma szansę na bezpośredni kontakt z przyrodą, a także przypadkowo spotkanymi na trasie ludźmi, co często staje się okazją do przełamania barier kulturowych i językowych. Wszystko, czego potrzebujemy do uprawiania tego rodzaju turystyki, to solidny rower. Podróżując w ten sposób, nie tylko oszczędzamy pieniądze, które musielibyśmy przeznaczyć na paliwo, i dbamy o nasze samopoczucie, lecz także poznajemy świat z zupełnie innej, niezmiernie interesującej perspektywy.

Więcej…

Dominikana na dużym ekranie

 catedral de america S

Świątynia w Santo Domingo nazywana Pierwszą Katedrą Ameryki

© MINISTERIO DE TURISMO DE REPÚBLICA DOMINICANA

 

MARCIN WESOŁY

www.caribeya.pl

 

Dominikana jest jak naturalne, wielkometrażowe studio filmowe z plenerami zapierającymi dech w piersiach i przepiękną kolonialną zabudową, która idealnie nadaje się na tło. Od lat pamiętają o tym filmowcy, szczególnie ci z Hollywoodu. Swoje dzieła kręcili tutaj Francis Ford Coppola, Sydney Pollack, Robert De Niro czy Andy García. Coraz chętniej z dominikańskich krajobrazów korzystają również lokalni artyści. Warto wspomnieć choćby o filmie „Stróż” („El hombre que cuida”), który w październiku 2017 r. był pokazywany w Polsce w ramach 33. Warszawskiego Festiwalu Filmowego.

 

Wiele znakomitych ujęć, znanych z takich produkcji jak Ojciec chrzestny II (1974) czy Hawana – miasto utracone (2005), powstało właśnie w tym karaibskim kraju. Kiedy trzeba, Dominikana odgrywa także samą siebie bez zbytniego upiększania. Często bywa jednak świetnym dublerem innych miejsc, choćby tych leżących w sąsiedztwie. Działa tu magia kina. Filmową Hawanę, energetyczną stolicę Kuby z czasów Fulgencia Batisty, czyli sprzed rewolucji, z różnych powodów łatwiej uchwycić w… dzisiejszym rozpalonym słońcem Santo Domingo. Dla osób, które wiedzą o tym fakcie, odkrywanie zakątków tego tropikalnego, tętniącego życiem miasta jest jeszcze ciekawsze. Scenerię z filmów bez trudu można rozpoznać, najczęściej odnajduje się ją na obszarze Zona Colonial (Ciudad Colonial). Tędy przemykał m.in. Al Pacino jako Michael Corleone w Ojcu chrzestnym II.

 

Poza stolicą z murami sprzed ponad pięciu wieków prawdziwym rajem dla scenografów filmowych jawi się fascynujący interior Dominikany. Warunki krajobrazowe są w tym kraju szalenie zróżnicowane. Na północy na półwyspie Samaná i na wschodzie w okolicach Punta Cana można usiąść w cieniu rozwichrzonych palm kokosowych, targanych morską bryzą, albo na plaży w kolorze mąki kukurydzianej, z piaskiem równie drobnym jak ona. W centrum Dominikany w dolinie Cibao znajdują się zielone pola ryżowe, jakby żywcem wyjęte z azjatyckich scenerii, rozległe plantacje bananów i szczyty Kordyliery Środkowej wyższe niż Tatry. Stąd wyrusza się pod samą granicę z Republiką Haiti przez dominikański Dziki Zachód – po drodze mija się czerwone ziemie, spłaszczone akacje, suchy busz i kaktusy o kształcie wielkich proc, pod którymi wylegują się ospałe dominikańskie smoki, czyli legwany nosorogie (Cyclura cornuta) i legwany z Hispanioli (Cyclura ricordi). Okolica przypomina meksykańską prerię, znaną z westernów, albo afrykańską sawannę, pokazaną w filmie Pożegnanie z Afryką (1985) Sydneya Pollacka. Może Oliver Stone powinien pójść w ślady Francisa Forda Coppoli i uwiecznić w swoim obrazie The Doors (1991) coś z Dominikany, choćby jaskinie z piktogramami Indian Taíno. Sceny do Czasu apokalipsy (1979) kręcone wzdłuż rzeki Chavón (Río Chavón) wyszły Coppoli wspaniale. Z kolei miejsce, gdzie kokosowe gaje ustępują pola szumiącej trzcinie cukrowej, umiejętnie wykorzystał aktor i reżyser Andy García. W jednej z efektownych scen Hawany – miasta utraconego Ernesto Che Guevara z kompanią rebeldes (rewolucjonistów) wynurzają się z falujących na wietrze zielonych łanów. Dla odmiany zamglone góry w Demokratycznej Republice Konga lub Rwandzie przypomina pasmo Sierra de Bahoruco albo wspomniana Kordyliera Środkowa. Do dawnego Konga Belgijskiego (granego przez Dominikanę) i jego ówczesnej stolicy Léopoldville (w rzeczywistości Santo Domingo) zabiera widza Robert De Niro w wyreżyserowanym przez siebie dramacie Dobry agent (2006). Jak widać Republika Dominikańska jest nieprawdopodobnym, niezmiernie zróżnicowanym krajem, a leży na wyspie Haiti (Hispanioli) odkrytej przez Krzysztofa Kolumba w 1492 r. To ją upodobał sobie najbardziej ze wszystkich. Współcześnie Dominikanę odkrywa się ponownie, intensywnie, również z twórczym nastawieniem, a jednocześnie z ogromną pasją i przyjemnością. Robią to zarówno filmowcy, jak i rzesze turystów.

 

 Samaní 12

Półwysep Samaná słynie z rajskich plaż

© MINISTERIO DE TURISMO DE REPÚBLICA DOMINICANA

 

WSZECHŚWIAT NA ULICY

 

Do Santo Domingo przyjechałem pierwszy raz niemal 11 lat temu. Wszystko wydawało mi się wówczas nowe, świeże, fascynujące, rozszalałe w swoim chaosie, intensywnie rozkwitające, zanurzone w gęstym i lepkim powietrzu, nasyconym jakąś niemożliwą pożądliwością. Było to dokładnie 30 maja, w kolejną rocznicę el tiranicidio – „tyranobójstwa”, czyli zamachu z 1961 r. na Kozła (El Chivo), jak zwano dyktatora Rafaela Leónidasa Trujillo Molinę ze względu na jego nadmierny apetyt seksualny.

 

Doskonale pamiętam tamtą rozwibrowaną gorącem, nasyconą zapachami i wypełnioną odgłosami cykad karaibską noc. Z lotniska do hotelu w dzielnicy Bella Vista w Santo Domingo dotarłem nad ranem. Taksówkarz wiózł mnie do stolicy wzdłuż wybrzeża Morza Karaibskiego, bo tak prowadzi autostrada Las Américas. Czułem zmęczenie długim lotem z Europy, ale pamiętam, że byłem przeszczęśliwy, choć nie wiedziałem jeszcze, co to za uczucie, skąd się ono bierze, jak długo we mnie zostanie. Miałem przed sobą tyle niewiadomych, tyle obcych mi wówczas hiszpańskich słów, tyle wszystkiego w kraju, który dopiero zaczynałem odkrywać. Czekała mnie jakaś przygoda, wiedziałem, że nie będę mógł się jej oprzeć. Napawałem się chwilą. Opuściłem do oporu szybę w oknie i od razu poczułem orzeźwiający zapach morskiej bryzy.

 

Gdy dojechałem na miejsce, było ciemno i podejrzanie cicho, jakbym utrafił w ten ledwie uchwytny wycinek nocy, kiedy Dominikana faktycznie śpi: w końcu posnęli kochankowie na wymiętych prześcieradłach, psy na chłodniejszych patiach, zmęczeni ochroniarze w swoich stróżówkach, a właścicielki pokątnych przybytków rozkoszy pogasiły ostatnie światła. Powietrze stało się parne i wilgotne, zbierało się na deszcz, który potem o świcie uderzył z impetem w asyście rwących niebo grzmotów. Tak przywitało mnie Santo Domingo.

 

Zawsze powtarzam, że w stolicy Dominikany zatrzymuje człowieka ulica. Ten koncept świetnie oddał noblista V.S. Naipaul (Vidiadhar Surajprasad Naipaul) z Trynidadu i Tobago. Wyrosły na Karaibach brytyjski pisarz stworzył niegdyś zbiór znakomitych opowiadań Nasza ulica (oryginalny tytuł Miguel Street), w których sportretował trynidadzki mikrokosmos. Za pomocą wycinka rzeczywistości przedstawił wyspę Trynidad w pigułce wraz z jej barwnym codziennym życiem. Dominikańska ulica także potrafi wciągnąć człowieka w swoje uniwersum, z którego nie chce go później wypuścić. Można to polubić, choć niekoniecznie od razu. Warto jednak poczuć rytm tej nie dającej się opanować latynoskiej codzienności. To przeważnie inna rzeczywistość niż ta, którą znamy. Tu potrzebny jest dystans właściwie do wszystkiego. Znacznie łatwiej odnaleźć się w tym świecie, jeżeli pozwoli się, aby czas płynął wolniej, jak robią to mieszkańcy Karaibów.

 

BUDOWLE NOWEGO ŚWIATA

 

3a

Ruiny XVI-wiecznego Szpitala św. Mikołaja z Bari w stolicy Dominikany

© MARCIN WESOŁY/WWW.CARIBEYA.PL

 

W Santo Domingo nie sposób się nudzić. Ekscytujących wrażeń dostarcza tutaj choćby spacer wśród wspaniałych budynków z czasów kolonizacji Nowego Świata. Do pierwszych obiektów postawionych na wyspie Haiti (dawniej La Españoli) należą Katedra (Catedral Primada de América), Szpital św. Mikołaja z Bari (Hospital San Nicolás de Bari) czy kościół i klasztor dominikański (Iglesia y Convento de los Dominicos). Nie można przejść obok nich obojętnie, bez zachwytów i zadumy. Przecież tędy chodzili kiedyś potomkowie i następcy Krzysztofa Kolumba.

 

Za pomnikiem admirała w parku noszącym jego imię (Parque Colón) wznosi się wspomniana najstarsza katedra w Nowym Świecie. Legenda głosi, że zajęła miejsce małego ascetycznego kościoła, krytego liśćmi palmowymi, gdzie w porze deszczowej zawieszano nabożeństwa. Obiekt, który możemy podziwiać obecnie, postawiono niemal w całości z bloków wapienia. Na dziedzińcu odsłonięto w 2008 r. popiersie papieża Jana Pawła II na pamiątkę jego pierwszej wizyty w Republice Dominikańskiej w styczniu 1979 r. Znacznie wcześniej, bo w 1586 r., wtargnął do Santo Domingo korsarz Francis Drake, który służył angielskiej monarchini Elżbiecie I. Hiszpanie nadali mu przydomek El Draque, co w dawnym języku hiszpańskim miało znaczyć „Smok”. Przezwisko idealnie oddawało jego temperament. Francis Drake spalił i splądrował miasto, a świątynię zbezcześcił, urządzając w niej koszary dla swoich kompanów. Ponoć pełniła również funkcje składu win, rzeźni i więzienia. Nie wiadomo, czy ktoś w niej wówczas w ogóle się modlił, być może tylko niepewni swojego losu skazańcy.

 

Do ruin Szpitala św. Mikołaja z Bari dotrzemy ulicą Hostos (Calle Hostos). Obiekt powstał z inicjatywy Nicolása de Ovando, obrotnego i okrutnego gubernatora Hispanioli i innych kolonii hiszpańskich w Ameryce, który wyjątkowo krwawo rozprawiał się z rdzenną ludnością. Szpital wznoszono etapami przez kilka dekad, począwszy od 1503 r. Budowa finansowana była z datków zamożniejszych mieszkańców kolonii. Na początku stanął tutaj jedynie namiot z pryczami dla kilku osób, gdzie chorych doglądały wolontariuszki. Wreszcie ukończono obiekt, który stanowił później wzorzec architektoniczny dla placówek medycznych powstających w całej hiszpańskiej Ameryce. Niestety, szpital uległ zniszczeniom podczas grabieżczych wypraw Francisa Drake’a, huraganów i trzęsień ziemi i obecnie można podziwiać jedynie jego ruiny. Pośród nich czeka zwiedzających niespodzianka. Zadomowiły się tu rozkrzyczane zielone papugi zwane coticas (Amazona ventralis). Są gatunkiem endemicznym w Republice Dominikańskiej i Haiti. Podobno łatwiej je znaleźć wśród starych miejskich murów niż w tropikalnym lesie. Wypatrywanie tych papug sprawia wiele radości. Łatwo je namierzyć, bo niesamowicie hałasują. To chyba najsympatyczniejsze przedstawicielki dominikańskiej fauny.

 

FILMOWE ODKRYCIA

 

W stolicy Dominikany warto zatrzymać się przez moment u zbiegu ulic Hostos (Calle Hostos) i Mercedes (Calle Las Mercedes). W kolonialnej kamienicy działa tu klimatyczna księgarnia – Librería La Filantrópica. Założył ją przed laty były student prawa Daniel Liberato, który narzekał na brak książek i podręczników z literatury przedmiotu. Obecnie oprócz publikacji prawniczych stoi w niej na półkach mnóstwo innych pozycji, obejmujących choćby dominikańską historię, język czy folklor. Reżyser Francis Ford Coppola na początku lat 70. XX w. kręcił nieopodal jedną z pamiętnych scen Ojca chrzestnego II. Przypomnę, że Santo Domingo zastępowało w niej Hawanę. Sama scena wyglądała następująco: limuzyna Michaela Corleone (w tej roli świetny Al Pacino) hamuje w jednej z wąskich hawańskich ulic (w rzeczywistości to pochyły, kamienny i chyba najbardziej urokliwy odcinek właśnie Calle Hostos na obszarze Zona Colonial). Przejazd blokuje wojsko i policja. Johnny Ola – powiernik i prawa ręka gangstera Hymana Rotha, obeznany z miejscowymi realiami, wyjaśnia, że schwytano wywrotowców. Stoją pod murem z rękami na głowie. Nagle jeden wyrywa się spod lufy karabinu, chwyta któregoś z mundurowych i wpycha go do samochodu ustawionego w poprzek drogi. Wtedy wybucha granat. Samobójczy atak przynosi dwie ofiary. Incydent robi wrażenie na Michaelu Corleone. Na Kubie prawdopodobnie coś się szykuje... W tle widać kawałek parceli odgrodzonej palmami królewskimi, gdzie znajdują się wspomniane ruiny Szpitala św. Mikołaja z Bari. Przyznam, że jako fan mafijnej sagi nakręconej przez Coppolę wielokrotnie odtwarzałem sobie przytoczoną scenę w wyobraźni – kilka lat temu mieszkałem przez jakiś czas po drugiej stronie Calle Hostos.

 

Niesamowite wrażenie wywiera zawsze na zwiedzających majestatyczny kompleks klasztorny dominikanów. Dociera się do niego ulicą Ojca Billiniego (Calle Padre Billini). Najbardziej fotogeniczny fragment budowli stanowi ceglastopomarańczowa fasada zachodnia, zdobiona tuż nad bramą motywem przywodzącym na myśl splecioną winorośl. Kompleks zbudowali mnisi z zakonu św. Dominika, którzy przybyli na wyspę z początkiem XVI w. W 2016 r. minęło 800 lat od powstania tego zgromadzenia. Należeli do niego m.in. żarliwy obrońca praw Indian Bartolomé de Las Casas (wizytował ten klasztor) i inkwizytor Bernard Gui, którego Umberto Eco wprowadził do swojej powieści Imię róży. Ten kościelno-klasztorny przybytek ma ciekawą historię. Za sprawą decyzji papieża Pawła III z 1538 r. funkcjonował w nim pierwszy uniwersytet w Nowym Świecie. Obecnie jego tradycję kontynuuje Uniwersytet Autonomiczny w Santo Domingo (Universidad Autónoma de Santo Domingo, UASD). Mimo licznych klęsk żywiołowych występujących na przestrzeni stuleci mury zachowały się w znakomitej kondycji. Budowlę można podziwiać w pełnej okazałości, zarówno na żywo, jak i w filmowych kadrach. Wykorzystali ją w swoich filmach np. Robert De Niro (Dobry agent) i Andy García (Hawana – miasto utracone).

 

BOHATER I PAŁAC

 4a

Pomnik Juana Pabla Duarte znajdujący się w parku jego imienia

© MARCIN WESOŁY/WWW.CARIBEYA.PL

 

Podczas zwiedzania nie sposób pominąć parku imienia jednego z trzech ojców założycieli Republiki Dominikańskiej – Juana Pabla Duarte (Parque Duarte; pozostałymi dwoma postaciami są Matías Ramón Mella i Francisco del Rosario Sánchez). To miejsce należy zdecydowanie do najprzyjemniejszych zakątków historycznej części Santo Domingo. Można tu odpocząć (albo pograć z miejscowymi w domino, popijając piwo Presidente) w otoczeniu palm, bugenwilli i drzew flamboyán (wianowłostek królewskich), zwanych płomieniami Afryki ze względu na liczne intensywnie czerwone kwiaty (pojawiające się przeważnie w czerwcu). Środek tutejszego placu zajmuje pomnik wspomnianego bohatera walk o niepodległość kraju. Park i jego najbliższe sąsiedztwo również docenili znani filmowcy. W kinowych produkcjach zagrała m.in. poczerniała, przypominająca dom, w którym straszy, kamienica z 1936 r. (dziś wystawiona na sprzedaż) zwana Edificio Elmúdesi. Niegdyś była w niej prywatna klinika. Budynek pojawił się w co najmniej dwóch hollywoodzkich filmach: Hawanie – mieście utraconym i Dobrym agencie. O ile Andy García wykorzystał stare Santo Domingo do odwzorowania stolicy Kuby, o tyle Robert De Niro poszedł jeszcze dalej. Sceny z jego obrazu miały przedstawiać Léopoldville, dzisiejszą Kinszasę, stolicę Demokratycznej Republiki Konga w środkowej części Afryki.

 

Władze Dominikany są jak dotąd przychylne zagranicznym ekipom filmowym. Bez większych problemów wpuszczają je także do własnych siedzib, przede wszystkim do Pałacu Narodowego (Palacio Nacional), gdzie urzęduje prezydent kraju. Przekonali się o tym Francis Ford Coppola, Sydney Pollack i Andy García. W ich filmach charakterystyczny gmach wcielił się w rolę El Capitolio w Hawanie, który przed 1959 r. był bastionem Fulgencia Batisty, dyktatora z Kuby. Trudno o bardziej fotogeniczną lokalizację w Santo Domingo, gdy temat kinowy dotyka wielkiej władzy i polityki. Zawsze ciekawiło mnie, ile mogła kosztować niezbędna w tym przypadku zamiana powiewającej przed pałacem flagi dominikańskiej na kubańską. Siedziba prezydenta Dominikany jest imponująca – gmach w kolorze piaskowym uchodzi za architektoniczną perłę zdominowaną przez styl neoklasycystyczny. Powstał na zlecenie dyktatora Rafaela Leónidasa Trujillo Moliny. Miał odzwierciedlać nieśmiertelne aspiracje wodza. Budowę rozpoczęto dokładnie 27 lutego 1944 r. Chodziło o datę symboliczną – setną rocznicę proklamowania niepodległości Republiki Dominikańskiej (w 1844 r.). Pracę ukończono w ponad trzy lata. Do głównego wejścia pałacu prowadzą masywne schody wykute z szarego marmuru. Strzegą ich lwy z brązu. Dokładnie po tych schodach zbiegał Al Pacino jako Michael Corleone w Ojcu chrzestnym II. Wcześniej, podczas balu noworocznego w pałacu, złożył swojemu bratu Fredowi (który go zdradził) słynny pocałunek śmierci.

 

STOLICA MAŁYCH RADOŚCI

 

W Santo Domingo cieszą również rzeczy drobne, codzienne, czasem niczym się nie wyróżniające. W sklepie na rogu, gdzie dudni muzyka, sprzedają Presidente – najzimniejsze piwo na świecie w oszronionej zielonej butelce, a miejscowi żartują od rana i grają w domino. Radość sprawia też jazda publiczną, wieloosobową taksówką (tzw. carro público) z ośmioma współpasażerami zamiast pięciu, bo w innym przypadku szoferowi nie opłaca się jechać. Tu rzeczywistość ciągle się zmienia, nieprzerwanie kwitnie i marnieje, po czym w niesłychanym tempie odradza się znowu.

 

Nie każdemu podoba się Santo Domingo, nie każdego do niego ciągnie. Turyści często chętniej wybierają Hawanę albo stolicę Portoryko – San Juan. Te miasta, powstałe w podobnych okolicznościach historycznych, stanowią naturalną konkurencję dla stolicy Dominikany. Oczywiście, Santo Domingo potrafi zadbać o siebie. Upiększa się makijażem, raz mocnym i wyrazistym, kiedy indziej stonowanym, bardziej wysmakowanym. Umiejętnie wabi świeżością i zachęca do bliższego poznania. Jednak jednocześnie cierpi na udręki typowe dla latynoskich miast. Bywa także miejscem przytłaczającym: rozgrzanym do bólu, dusznym, głośnym, zaśmieconym. Z różnych stron w niesłychanym natężeniu nacierają na człowieka kaskady dźwięków wydawanych przez sznury pojazdów, dużych i mniejszych, nowych i starych, a często wręcz bezlitośnie zdezelowanych gruchotów, które już dawno powinny dogorywać na złomowisku.

 

Na dodatek w powietrzu czuć drażniące nozdrza spaliny, zapach paliw wyciekających spod reperowanych aut, wyziewy wydobywające się z ujść labiryntów kanalizacji. Te aromaty mieszają się z kolei z orzeźwiającą słoną bryzą znad Morza Karaibskiego i wonią przejrzałych owoców – ananasów, gujaw, mango, kawy parzonej gdziekolwiek i lanej z termosów do małych plastykowych kubków, rarytasów kuchni ulicznej oferowanych na każdym rogu, prania wywieszonego na finezyjnych balkonach, kulek naftalinowych, wilgoci wyzierającej zewsząd, wyganianej przeciągami z ciemnych kątów, liści tytoniowych gotowych do zwijania w skromnych manufakturach, samego dymu popalanych cygar, naperfumowanych ludzkich ciał, lakieru utrwalającego włosy kobiet czy żelu kładzionego na fryzury młodych kawalerów.

 

Santo Domingo pachnie tropikiem. Jest nienasyconym karaibskim miastem z niezbadaną tajemnicą. Z jednej strony pozostaje zatrzymane w odległym czasie, sędziwe, nieco zmurszałe, śniące o kolonialnej przeszłości, o której wyraźnie przypomina, zwłaszcza w trakcie spaceru po historycznym rejonie. Gdzie indziej wydaje się nazbyt nowoczesne, chaotyczne, wyzywające; wypełniają je szklane biurowce, drapacze chmur i gigantyczne bilbordy ze sloganami znanych marek. Oferuje niemal wszystko, czego dusza ludzka zapragnie, o każdej porze, wszędzie. Jeśli przymknie się oko na jego bolączki, potrafi być urocze i zajmujące. Do tego jest miastem wyjątkowo lubianym przez twórców kina, również tego hollywoodzkiego. Jednak nie każdy o tym wie. Często nie są świadomi tego faktu nawet sami Dominikańczycy. Santo Domingo może opowiedzieć sporo zaskakujących historii. Wspaniałe, wykwintne architektonicznie i co ważne pieczołowicie odrestaurowane obiekty z obszaru Zona Colonial zyskują nowe życie, nowe przeznaczenie, nowe uznanie. Trzeba tu dotrzeć, przynajmniej raz, i zobaczyć to wszystko samemu, aby móc potem miło wspominać swoją wizytę, np. podczas filmowego seansu. Bo Santo Domingo zostało uwiecznione przez kino wielokrotnie. Poszukajmy zatem niektórych scenerii z filmów, choćby według wskazówek zawartych w tym artykule. Z pewnością będzie to przyjemne urozmaicenie spacerów po zachwycającej stolicy Dominikany, a jednocześnie swoista filmowa przygoda na gościnnej dominikańskiej ziemi.