WOJCIECH KUDER

 

                                                                                                             FOT. TOURISM QEENSLAND

<< Zawrotna prędkość, zwiększony poziom adrenaliny i chęć zmierzenia się z własnymi ograniczeniami to główne powody, dla których wielu Polaków coraz częściej zamienia ekskluzywne hotele w formule all inclusive na wypełnione mułem koryta rzek, niedostępne grzęzawiska, bezkresne piaski pustyni, mroźne lodowce czy kamienne bezdroża. Moda na pełne wrażeń wyprawy off-roadowe ma się znakomicie! Oczarowani ekstremalną jazdą pasjonaci samochodów z napędem na cztery koła odnajdują w nich poczucie wolności oraz okazję do wygrania z samym sobą i odwiecznymi siłami dzikiej przyrody. A wszystko to w tumanach kurzu i przy akompaniamencie warczących silników… Ubłoceni, pogryzieni przez komary, skrajnie wyczerpani, lecz niewiarygodnie dowartościowani i szczęśliwi uczestnicy wypraw off-roadowych tworzą nowy, ekscytujący kierunek z pogranicza sportów ekstremalnych, motoryzacji i turystyki. Jeżdżą zdobywać bezdroża oraz poznawać piękne zakątki Europy, Afryki, Azji, Australii czy Ameryki Południowej. >>

Off-road, czyli w największym skrócie sport motorowy, który polega na pokonywaniu specjalnie przygotowanym samochodem terenowym nieutwardzonych dróg i trudno przejezdnych terenów, pozwala naprawdę uwierzyć w siebie. Docierając tam, gdzie nie zapuszczają się zwykli turyści, przeprawiając się przez rwące potoki, pokonując strome polodowcowe wąwozy i wspinając się przeciążonym do granic fabrycznych możliwości jeepem na nieprzyjazne kamieniste zbocza czy wysokie piaszczyste wydmy, każdy może poczuć się jak nieustraszony podróżnik i odkrywca.

 

Pełne przygód wyprawy off-roadowe zyskały sobie zagorzałych wielbicieli na całym świecie, a dla wielu Polaków stały się nie tylko oryginalnym hobby, lecz także prawdziwą pasją i stylem życia. – To jeden z najbardziej wymagających sprawdzianów umiejętności jazdy samochodem i zarazem wykwintne danie, które najlepiej jeść rękoma w ogromnych ilościach, brudząc się do pasa, delektując się każdym jego kęsem i czyniąc z tego niebanalną ceremonię – przyznaje Piotr Parka, współwłaściciel Explore Iceland, organizator wycieczek jeepami po Islandii. Ta emocjonująca rozrywka daje wiele satysfakcji oraz możliwość odkrywania niezwykłych zakątków, z dala od zatłoczonych kurortów i wydeptanych przez tłumy turystów szlaków. Stanowi okazję do podróżowania setki, a nawet tysiące kilometrów w bezpośrednim kontakcie z naturą, bez czytania grubych tomów turystycznych przewodników i trzymania się sztywnych programów zwiedzania.

 

Wszystko na miejscu

Olbrzymią zaletę takich terenowych eskapad, a zarazem powód, dla którego każdego roku zdobywają one w Polsce coraz większą popularność, stanowi fakt, że off-road można uprawiać dosłownie wszędzie. Znakomite warunki stwarzają rozległe lasy i piękne góry, poligony, piaszczyste wydmy, stare kamieniołomy, wielohektarowe nieużytki i wąwozy krasowe, których w naszym kraju nie brakuje. – Mamy wszystko, czego nam potrzeba tuż pod nosem. Góry, doliny, las, piach, skałki, płytsze i głębsze strumienie oraz błoto… dużo błota. Wyschnięte lub wysuszone jeziora nigdy nie są do końca suche, a ty nie masz pewności, czy z nich wyjedziesz samochodem. Mamy też rowy z poniemieckimi torami kolejowymi, które prowadzą donikąd, a także takie zapomniane przez wszystkich pozostałości I i II wojny światowej, jak zarośnięte okopy – opisuje Piotr Parka z Explore Iceland.

Na dynamiczny rozwój off-roadu w Polsce wpływają również powstające w całym kraju specjalne trasy, przygotowane z myślą o miłośnikach ekscytującej jazdy samochodami terenowymi. W Wyżnicy-Kolonii (woj. lubelskie) amatorzy niepowtarzalnych doznań mają okazję sprawdzić się na torze zbudowanym na obszarze dawnej kopalni gliny w starym korycie Wisły, a w miejscowości Biały Kościół w Małopolsce – poszaleć w naturalnie ukształtowanej dolinie jurajskiej z głębokim wąwozem, ostrymi zjazdami oraz sztucznymi rowami wypełnionymi wodą. Ten aktywny sposób spędzania wolnego czasu skutecznie propagują w naszym kraju również liczne imprezy i rajdy, na czele z coraz bardziej docenianym na świecie cyklem wyścigów COVAL Puchar Polski OFF-ROAD PL oraz organizowanymi przez Klub PolskiOffroadWakacyjnymi Włóczęgami, m.in. po Pojezierzu Drawskim i Suwalszczyźnie.

 

W poszukiwaniu wyzwań

Z uwagi na to, iż podczas wypraw off-roadowych liczy się przede wszystkim przyjemność z jazdy i możliwość aktywnego wypoczynku połączona z obcowaniem z przyrodą, Polska stanowi doskonały region na tego rodzaju  rozrywki. Nie znaczy to jednak, że Polacy nie szukają nowych wyzwań za granicą. Coraz popularniejsze stają się m.in. niedalekie wyjazdy do pełnej polodowcowych jezior i porośniętej nieprzebytą tundrą Finlandii, w czarujące rumuńskie Karpaty, na wyspę ognia i lodu – Islandię, zieloną Ukrainę przesiąkniętą wspólną, polsko-ukraińską historią, a także do arktycznej Rosji, górzystej i wciąż nieodkrytej Gruzji oraz krajów bałkańskich (Albanii, Serbii czy Czarnogóry), gdzie niedostępny skalisty krajobraz oraz spotykane czasami ślady po nie tak dawnych działaniach wojennych stwarzają wymarzone warunki do zabawy za kierownicą pojazdu z napędem na cztery koła. Niezmiernie ciekawa dla pasjonatów off-roadu jest również Portugalia, którą Piotr Parka uważa za jedno z najatrakcyjniejszych miejsc na ziemi do organizacji ekscytujących terenowych eskapad. – Nie trzeba być doświadczonym rajdowcem, żeby czerpać w tym iberyjskim kraju przyjemność z jazdy. Każdy znajdzie w Portugalii trasę idealną dla siebie: od ubitych polnych i leśnych dróg, wyglądających niewinnie tylko wtedy, gdy nie rozmoczyły ich deszcze, poprzez nieutwardzone i strome podjazdy aż do prawdziwych wyzwań, jakimi są przeprawy rzeczne – opowiada nam współwłaściciel Explore Iceland.

Oczywiście, nie brakuje w Polsce śmiałków, którzy w poszukiwaniu niezapomnianych off-roadowych przygód wyruszają na inne kontynenty, a nawet zapuszczają się w najdalsze i najdziksze zakątki naszej planety. Do tych ostatnich należą np. sawanna Rupununi w Gujanie, gdzie na powierzchni ok. 15 tys. km², manewrując wśród niekończących się trawiastych pastwisk, bujnych zarośli i licznych stad bydła, można poczuć się jak prawdziwy południowoamerykański kowboj, czy też unikalna wenezuelska Gran Sabana (Wielka Sawanna) – dziewiczy region pełen cudownych i potężnych wodospadów, głębokich i rozległych dolin, nieprzebytych dżungli oraz zdrowotnej glinki (arcilla) – i brazylijska Amazonia ze słynną, do dziś nie do końca utwardzoną drogą krajową Transamazônica (mającą aż 5 tys. km długości), która często w wielu miejscach przypomina morze błota i kałuż. – Rodovia Transamazônica (BR-230) to trasa, gdzie trzeba się zmierzyć z głębokimi po pas koleinami, pokonać nierzadko pozawalane albo rozmyte mosty czy też wjechać na nieliczne, niemal w połowie zatopione promy. Natomiast dookoła nas rozciąga się „zielone piekło”. Ta znana brazylijska droga cały czas rozpala wyobraźnię miłośników ekscytujących terenowych eskapad. Przejazd nią stanowi propozycję dla tych, których nie pociąga już zwykła turystyka off-roadowa do odległych krajów, po szutrowych trasach i suchej hamadzie, czyli kamienistej pustyni. Wyprawa do Brazylii skierowana jest do osób posiadających dobrze przygotowany samochód, pragnących sprawdzić się w prawdziwej dżungli i przeżyć przygodę życia – przekonuje nas Michał Synowiec „Zetor”, właściciel firmy Globtroter4x4.pl.   

Amatorzy malowniczych wydm i pasjonującej walki z piaskiem wybierają niezmierzone pustynie Afryki Północnej – Tunezji, Maroka, Mauretanii czy Algierii, a także położoną na południu Czarnego Lądu Namibię z fascynującym Wybrzeżem Szkieletów nad Oceanem Atlantyckim. – To południowoafrykańskie państwo stało się w ostatnich latach jednym z najpopularniejszych kierunków wyjazdów off-roadowych. Pod względem trudności wyprawę do Namibii można porównać do naszych terenowych eskapad po Algierii – charakter wydm oraz piasku jest podobny. Nie należy ona do podróży ekstremalnych, wystarczy mieć jedynie podstawowe umiejętności prowadzenia samochodu z napędem na cztery koła. Podczas przejazdu przez Wybrzeże Szkieletów i pustynię Namib natkniemy się na wraki statków, foki i wieloryby, ślady poszukiwaczy diamentów oraz szkielety ludzi i zwierząt. Bez wątpienia taki wyjazd do Namibii będzie stanowić ponadprzeciętną przygodę dla każdego – twierdzi Michał Synowiec „Zetor” z Globtroter4x4.pl. Wielbicieli kontynentu afrykańskiego i wypraw off-roadowych przyciąga również Botswana z niesamowitą deltą Okawango oraz Zambia i Zimbabwe z zapierającymi dech w piersiach Wodospadami Wiktorii (Victoria Falls) na rzece Zambezi. Z dalszych wyjazdów dość dużą popularnością cieszy się też niedostępna Alaska oraz pustynia Gobi i bezkresne stepy w Mongolii. Poza tym fani wypraw samochodami terenowymi jeżdżą chętnie do Australii, aby zmierzyć się z Canning Stock Route – najdłuższą (ok. 1850 km) i najcięższą tutejszą trasą off-roadową biegnącą z południowego zachodu na północny wschód kraju, przez Pustynię Gibsona, Wielką Pustynię Piaszczystą i Tanami, a także na Syberię z jeziorem Bajkał, nazywanym „Syberyjskim morzem”, czy na określaną mianem „lądu ognia i lodu” Kamczatkę w azjatyckiej części Rosji, słynącą z rozległych równin, wulkanów, krystalicznie czystych rzek i lasów, w których czają się watahy wilków, potężne niedźwiedzie oraz żyją rosomaki i rzadkie sobole.

FOT. MICHAŁ SYNOWIEC/GLOBTROT ER4X4.PL

Przeprawa przez rzekę Khwai w Botswanie

 

Nie trzeba jednak wcale jechać aż tak daleko, żeby spróbować swoich sił w naprawdę trudnych warunkach. – Najlepsze miejsce do dzikiego off-roadu to według nas Islandia. Tutaj uprawianie tego sportu wygląda zupełnie inaczej. Islandczycy stali się mistrzami przerabiania zwykłych SUV-ów (samochodów sportowo-użytkowych) na maszyny prawie nie do zatrzymania na ciężkim islandzkim terenie – na ośnieżonym lodowcu, twardych polach lawy bądź w korycie błotnistych rzek lodowcowych. Te giganty są rozpoznawalne od razu. Jadąc na wyprawę off-roadową na Islandię, musimy być przygotowani na ekstremalne przeżycia. W zimie wybieramy się niczym na biegun. Dookoła nas tylko śnieg, lodowce, wiatr i zorze polarne… Z kolei w lecie otaczają nas błoto, rzeki, pola lawy, czarne plaże, wulkany i doliny. W promieniu dziesiątek kilometrów nie spotkamy tutaj żywej duszy, a ze względu na silne podmuchy wiatru rozbijanie namiotu przez cztery dorosłe osoby zajmuje często dwie godziny. Wyprawy jeepami po bezdrożach Islandii nigdy mi się nie znudzą! – podsumowuje Piotr Parka z Explore Iceland.

 

Off-roadowe eldorado

Miłośnicy każdej dyscypliny sportu mają swoją ziemię obiecaną. W przypadku off-roadu można za nią uznać m.in. Australię. To dziki i fascynujący kraj, odcięty od reszty świata wodami oceanu, pełen zagadek i wciąż nie do końca odkryty, tak tajemniczy i ekscytujący, jak tylko można to sobie wyobrazić. – Australia jest magicznym zakątkiem świata o uderzającym pięknie, niesamowitym bogactwie kolorów, wśród których dominują brązy, czerwienie, pomarańcze i wiele odcieni zieleni, a wszystko skąpane w blasku australijskiego słońca na tle niekończącego się nieba. Ogromne niezaludnione przestrzenie, dzikość przyrody, pustka i otulająca cisza kuszą spragnionych zarówno przygody, jak i kontemplacji. Dziesiątki tysięcy szlaków off-roadowych stanowią często wyzwanie również dla doświadczonych kierowców, szczególnie na rozległych obszarach pustynnych i półpustynnych, zajmujących większą część tego najmniejszego kontynentu. Piaszczyste szlaki wiodące przez pustynie i plaże, skaliste drogi, przejazdy przez rzeki i strumienie w lasach deszczowych czy buszu, wspinaczki na wzgórza czy jazda po terenach błotnistych wymagają wszechstronnych umiejętności technicznych. Skrajne warunki klimatyczne również są nie lada wyzwaniem dla miłośników off-roadu. Trzeba wykazać się wyobraźnią i ogromną przedsiębiorczością, bowiem na australijskim odludziu jest się zdanym wyłącznie na siebie – mówi Sylwia Pęcińska, współwłaścicielka firmy No Limit Adventures z Australii specjalizującej się w organizacji niestandardowych wypraw turystycznych. Przy takim bogactwie możliwości trudno się zdecydować, czy zdobywać nieprzyjazne pustynie czy może gęsty tropikalny las, czy podróżować szerokimi plażami brzegiem lazurowych wód Oceanu Spokojnego czy wśród dzikich kangurów przez rozległe równiny… Tu każdy, niezależnie od doświadczenia i umiejętności jazdy samochodem terenowym, znajdzie coś w sam raz dla siebie. – Na pewno godne polecenia są pustynne tereny Australii Zachodniej, przepiękny i dziewiczy rejon Kimberley z charakterystycznymi czerwonymi wąwozami, spadzistymi wodospadami i niesamowitymi formacjami skalnymi, szlak Strzeleckiego w Australii Południowej biegnący przez okolice jeziora Eyre (Lake Eyre) i wzdłuż drogi odkrywców Roberta O’Hary Burke’a i Williama Johna Willsa na północ do zatoki Karpentaria (Gulf of Carpentaria). Na półwyspie Jork (Cape York Peninsula) warto wybrać trasę Battle Camp Road, która słynie z walk pomiędzy Edmundem Kennedym i lokalnymi szczepami Aborygenów, szlak Ludwiga Leichhardta prowadzący do Terytorium Północnego czy też przejazd z Cairns na przylądek Jork (Cape York) przez tereny zwane Rzeką Złota, opuszczone miasteczka i kopalnie z XIX w. pozostawione przez poszukiwaczy cennego kruszcu. Półwysep Jork to również piękne parki narodowe z lasami deszczowymi, strumieniami i rzekami pełnymi słonowodnych krokodyli i opustoszałymi plażami. Każdy znajdzie tu swoje off-roadowe eldorado – podsumowuje Sylwia Pęcińska z No Limit Adventures.


 

Artykuły wybrane losowo

Stolice Japonii

JĘDRZEJ SAPTOWSKI

www.malyglobtroter.pl

 

<< Kraj Kwitnącej Wiśni intryguje Europejczyków nie od dziś. Wzrost zainteresowania sztuką japońską na naszym kontynencie dało się zauważyć w drugiej połowie XIX w., po tym jak Stany Zjednoczone wymusiły na Japonii otwarcie się na świat po latach izolacji. Dziś trudno sobie wyobrazić europejski rynek bez produktów z ojczyzny Japończyków: elektroniki, samochodów, mangi i filmów anime czy sushi, a ten wyjątkowy region Azji cieszy się dużą popularnością również wśród turystów z Polski. >>

Tu, w okolicy Wysp Japońskich, spotykają się płyty tektoniczne. Dlatego rejon ten nawiedzają trzęsienia ziemi i wybuchy wulkanów. Czerwone koło na charakterystycznej fladze państwa symbolizuje słońce, do którego nawiązuje złocista chryzantema z kamonu (herbu) cesarza.

Pagoda zespołu świątynnego Kiyomizu-dera na zboczu góry Otowa i panorama Kioto

© Kyoto Convention & Visitors Bureau

 

Podróż po stolicach Japonii stanowi jeden z ciekawszych sposobów na poznanie wyjątkowych atrakcji Kraju Kwitnącej Wiśni. Opisane przeze mnie Nara, Kioto, Kamakura, Osaka i Tokio pełniły funkcje najważniejszych ośrodków w państwie. To ostatnie miasto do dziś odgrywa tę rolę.

 

NARA – PIERWSZA STOLICA

W położonej niedaleko Kioto i Osaki Narze, pierwszej formalnej stolicy Japonii (w latach 710–784), znajduje się aż osiem obiektów wpisanych wspólnie na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO (pod nazwą „historyczne zabytki starożytnej Nary”) i ponad 1,2 tys. swobodnie spacerujących jeleni wschodnich (sika). Największą atrakcją poza tymi sympatycznymi zwierzętami jest tutaj mierzący niemal 15 m, wykonany z brązu posąg Daibutsu (Wielkiego Buddy).

Autobus dowiózł nas do oddalonego od dworca kolejowego o ok. 2 km Parku Nara (Nara-kōen), gdzie stoi Tōdai-ji – kompleks świątynny ze wspomnianą figurą. Wypełniony turystami autokar aż się przechylił, kiedy pasażerowie spostrzegli za oknami pierwsze jelenie wschodnie. Zwierzęta zupełnie nie przejmowały się obecnością samochodów i ludzi, swoim zachowaniem przypominały raczej krowy na indyjskich ulicach. Gdy dojechaliśmy do celu, naszym oczom ukazała się osobliwa scena. Turyści otoczeni przez jelenie sika robili im mnóstwo zdjęć z całkiem bliska, a czasem musieli wręcz ratować się ucieczką, kiedy te zbyt natarczywie domagały się poczęstunku i podgryzały im ubrania. Trudno mi ocenić tę atrakcję, ale zdaję sobie sprawę, że obecność tych zwierząt nie jest w tym miejscu przypadkowa. Były i są uważane (podobnie jak lisy) za boskich posłańców.

Gdy minęliśmy znudzone i w większości zmęczone upałem jelenie i zaaferowane nimi tłumy oraz liczne stoiska z pamiątkami, dotarliśmy do Wielkiej Bramy Południowej (Nandai-mon), gdzie stanęliśmy oko w oko z pięknymi rzeźbami strażników Niō broniących wstępu na teren Tōdai-ji. Pawilon Wielkiego Buddy (Daibutsu-den), jedna z największych drewnianych budowli świata, imponuje swoimi rozmiarami (ma 48 m wysokości, 57 m długości i 50 m szerokości). Z daleka robi wrażenie masywnego i przysadzistego. Z bliska dostrzegamy misterną konstrukcję łączeń między wielkimi i małymi elementami pokrytymi kolorowymi zdobieniami. Warto nadmienić, że obecny obiekt stanowi jedynie dwie trzecie pierwotnego założenia (został zmniejszony w 1709 r.). W głównym holu znajduje się Daibutsu, wizerunek Wajroczany. Według historyków miał on chronić mieszkańców przed epidemią czarnej ospy. Kiedy obserwuję spokojne twarze buddyjskich posągów, zawsze odnoszę wrażenie, że spoglądają na wiernych z troską. Może dzięki temu, nawet gdy przybierają tak ogromne rozmiary, nadal wydają się bliskie. We wnętrzu świątyni znajdują się też inne rzeźby. Co szczuplejsi próbują przecisnąć się przez otwór w jednej z belek konstrukcji. Podobno jeśli komuś się uda, z pewnością zostanie oświecony.

Chram szintoistyczny zwany Kasuga-taisha, założony w 768 r., położony jest w odległości ok. 1 km od Tōdai-ji. Droga do niego prowadzi przez Park Nara. Kiedy podążaliśmy nią pod górę wśród kamiennych latarni wotywnych kontrastujących z zielenią liści drzew i krzewów, mijaliśmy kolejne punkty sprzedaży łakoci dla jeleni sika (senbei, czyli rodzaju japońskich ryżowych krakersów) i ludzi karmiących je wprost z ręki. Zastanawiając się, co robią kobiety zajmujące się sprzedawaniem tych przysmaków, że zwierzęta omijają je z daleka, przeszliśmy przez wielką bramę (torii) należącą do chramu. Tu mogliśmy w końcu odpocząć i jednocześnie podziwiać zgrabne sylwetki budynków i wspaniałą, bujną roślinność.

Po drodze do stacji odwiedziliśmy pięciokondygnacyjną pagodę kompleksu Kōfuku-ji i w pobliskiej knajpce zjedliśmy pyszne okonomiyaki, czyli rodzaj placków podawanych na rozgrzanej płycie w stoliku. Każdy może wybrać do nich własne składniki, zarówno mięsne, jak i wegetariańskie, i w ten sposób skomponować odpowiadającą mu wersję. To proste danie jest tutaj równie popularne jak ramen czy sushi, a jedną z pierwszych osób, które przybliżyły je Polakom, był Marcin Bruczkowski. W swojej książce Bezsenność w Tokio (2004 r.) opisał 10 lat spędzonych w Kraju Kwitnącej Wiśni. Wszystkim gorąco polecam tę pozycję.

 

Imponujący brązowy posąg Wielkiego Buddy w Narze ma mniej więcej 15 m wysokości

© JĘDRZEJ SAPTOWSKI/www.malyglobtroter.pl

 

KIOTO – STOLICA TRADYCJI

Do Kioto trafiliśmy w trakcie lipcowego Festiwalu Gion (Gion Matsuri), jednego z największych tego rodzaju wydarzeń w Japonii. Święto, które zgodnie z tradycją obchodzi się prawie nieprzerwanie od 869 r., związane jest z szintoistycznym chramem Yasaka, założonym ponad 1350 lat temu (w 656 r.). Zainicjowano je, aby uwolnić się od panującej wówczas zarazy. Później mieszkańcy osady Gion, obecnie jednego z obszarów administracyjnych Kioto, co roku dziękowali za ratunek i prosili bogów o ochronę przed kolejnymi nieszczęściami. Początkowo najpierw na ulicach ustawiano halabardy (hoko) odstraszające złe moce, a następnie młodzi mężczyźni przyciągali świątynne wozy, w których miał znajdować się duch bóstwa zwalczającego plagi. Dziś festiwal składa się z wielu mniejszych wydarzeń, ale nadal najważniejszą ceremonią jest procesja wozów odbywająca się w tym czasie dwukrotnie – 17 i 24 lipca. My obserwowaliśmy przygotowania do mniejszego pochodu, który kończy najważniejszą część obchodów. Wieczorem pięknie oświetlone lampionami, różniące się od siebie m.in. wielkością i znaczeniem wozy yama i hoko stoją w wąskich, zamkniętych dla samochodów uliczkach. Spod jednego z nich zazwyczaj widać już kolejny, oddalony o kilkadziesiąt metrów. Do niektórych można wejść. Ich dzieje i symbolikę opisano na przypiętych tabliczkach, przed którymi tłoczą się ludzie. Wszystkie sklepy i restauracje są pełne gości. Na wielu okolicznościowych stoiskach sprzedaje się rozmaite przysmaki i wykonuje piękne, tradycyjnie zdobione pamiątki. Z wozów dobiegają dźwięki dzwonków i piszczałek oraz śpiewy i okrzyki siedzących na nich uśmiechniętych chłopców. Wśród spacerujących jest sporo osób ubranych w kimona, które można kupić lub wypożyczyć w licznych punktach w mieście. Pomimo tłumów wokół panuje magiczna atmosfera i każdemu polecam wziąć udział w tym wydarzeniu.

O poranku obserwowaliśmy na ulicach demontaż wiszących świateł, pod którymi nie mogłyby się zmieścić najwyższe konstrukcje – wysokość największych hoko dochodzi nawet do 25 m. Usiedliśmy na zacienionym chodniku i przyglądaliśmy się ostatnim przygotowaniom. Ludzie na ulicy z niecierpliwością wpatrywali się w zakręt, zza którego miał wyłonić się pierwszy wóz. Dokładnie o wyznaczonej w programie porze pierwsi uczestnicy procesji ubrani w historyczne stroje przemaszerowali przed nami, witając się z mieszkańcami i turystami. Za nimi przejechały mniejsze wozy yama, następnie znów pojawili się ludzie. Potem wjechały wielkie wozy hoko, które ciągnęło po asfalcie kilkudziesięciu mężczyzn. Ich ruchy poprzedzone były głośnym okrzykiem połączonym z serią gestów wykonywanych przez dwie osoby sterujące pojazdem. Wszystko odbywało się niezwykle synchronicznie, przy akompaniamencie dzwonków, piszczałek i śpiewów kilkunastu chłopców siedzących na górze wozu. Na zakrętach pod ogromne, drewniane koła kładziono cienkie, bambusowe łodygi, żeby ułatwić przemieszczanie się ważących nawet 12 t platform. Zebrani Japończycy z dumą obserwowali korowód, dyskretnie szukając najlepszego ujęcia za pomocą swoich nowoczesnych smartfonów.

Kioto było stolicą Japonii i miastem cesarzy przez ponad tysiąc lat (od 794 do 1868 r.). Oszczędzone w czasie II wojny światowej (choć zostało wytypowane jako jeden z celów zrzucenia bomby atomowej), przetrwało także wiele naturalnych katastrof. Znajduje się w nim tak dużo zabytków klasy światowej, że najlepiej spędzić tu co najmniej kilka dni. To i tak wystarczy jedynie na szybkie zwiedzanie i parę chwil wytchnienia. Sanktuaria szintoistyczne, ok. 1,6 tys. świątyń buddyjskich, niezliczone historyczne zakątki, targi czy w końcu wspaniała tutejsza kuchnia – te wszystkie atrakcje sprawiają, że trafiający do miasta turyści często planują do niego jeszcze wrócić.

Warto wiedzieć, że Kioto jest jedną z największych metropolii w Japonii (ok. 1,5 mln mieszkańców). Dlatego należy dobrze zastanowić się nad wyborem odpowiedniego miejsca na nocleg i sposobu poruszania po mieście. Odległości między najważniejszymi atrakcjami są bardzo duże. My polecamy doskonałe centrum informacji turystycznej na dworcu głównym (Kyōto-eki). Pracujący w nim mężczyzna niemal czytał w naszych myślach, gdy rozpisywał na świetnie opracowanych mapach wszelkie trasy, podpowiadał nam najlepsze pory zwiedzania czy podawał ceny za wstęp do poszczególnych zabytków.

Według nas koniecznie należy odwiedzić – oczywiście – słynną Świątynię Złotego Pawilonu (Kinkaku-ji). Warto dotrzeć do niej jak najwcześniej, aby chociaż spróbować uniknąć tłumów odwiedzających to urokliwe miejsce. Niedaleko znajduje się Świątynia Uspokojonego Smoka (Ryōan-ji) z kamiennym ogrodem, będącym jednym z najbardziej znanych widoków z Kioto. Fushimi Inari Taisha to z kolei niesamowicie ciekawe sanktuarium położone na rozległym zalesionym wzgórzu Inari, znane z niemal niekończących się korytarzy torii. Zobaczymy tutaj także niezliczone ilości kamiennych rzeźb lisów symbolizujących wysłanników Inariego, czyli japońskiego bóstwa (kami) płodności. O doskonałą fotografię zdecydowanie łatwiej w wyższych partiach kompleksu, do których dociera znacznie mniej turystów. Duże wrażenie zrobiła na nas też inna świątynia. Eikan-dō Zenrin-ji z pięknymi ogrodami i wspaniałą architekturą słynie również z rzadkiego wizerunku Buddy Nieograniczonego Światła z głową skierowaną na bok (Mikaeri Amida). Dotarliśmy także do kompleksu Kiyomizu-dera, z którego roztacza się cudowny widok na Kioto. Główny hol i drewniana weranda są aktualnie remontowane, ale to miejsce ma w sobie nadal dużo uroku i warto je odwiedzić, żeby napić się wody z wodospadu Otowa zapewniającej pomyślność. Trochę rozczarowała nas słynna Ścieżka Filozofów (Tetsugaku-no-michi) i Świątynia Srebrnego Pawilonu (Ginkaku-ji), na pewno trzeba jednak powłóczyć się po uliczkach Gionu, dzielnicy rozrywki, tradycyjnych eleganckich restauracji (ryōtei) i gejsz oraz przejść się wąską alejką Ponto-chō. Piękny zamek Nijō (Nijō-jō) przypomina z kolei o potędze szogunów z rodu Tokugawa. Nowoczesne oblicze miasta dobrze oddaje niesłychanie ciekawy architektonicznie budynek dworca głównego (Kyōto-eki), gdzie na górnych piętrach znajduje się centrum gastronomiczne z wieloma restauracjami i pasaż wiszący kilkadziesiąt metrów nad centralną halą. Świetne miejsce na zakupy stanowi Targ Nishiki (Nishiki Ichiba) z tradycyjnymi sklepikami z wachlarzami, drogimi papierami, tkaninami i innymi punktami z upominkami.

 

KAMAKURA – STOLICA SZKOŁY ZEN

Wycieczkę do Kamakury polecam każdemu, kto ma trochę czasu, żeby wyrwać się z Tokio choć na kilka godzin. Dojedziemy tutaj szybko pociągiem, a jedna z linii prowadzi bezpośrednio z Międzynarodowego Portu Lotniczego Narita. Mały dworzec (Kamakura-eki) wypełniony jest mapami i ulotkami wskazującymi największe atrakcje, funkcjonuje na nim też jak zwykle świetna informacja turystyczna. Miasto słynie z popularnych wśród surferów piaszczystych plaż, ważnych świątyń i drugiego co do wielkości w Japonii (po kompleksie świątynnym Tōdai-ji w Narze), ok. 121-tonowego posągu Daibutsu. Najważniejszy kompleks sakralny – Kenchō-ji – i wspomniana statua są od siebie oddalone i leżą po przeciwnych stronach Kamakury, warto więc skorzystać z autobusów, aby oszczędzić czas i siły. Po pozostawieniu plecaków w skrytce (koszt ok. 600 jenów, czyli 20 złotych, za cały dzień przechowania dwóch sztuk średniej wielkości) ruszyliśmy w kierunku Kōtoku-in z figurą Daibutsu. Ukryta wśród zieleni, blisko 13,5-metrowa (razem z podstawą) rzeźba Buddy Nieograniczonego Światła ukazuje się dopiero z niewielkiej odległości. Pomimo jej rozmiarów cały kompleks sprawił na mnie wrażenie bardzo przyjaznego i kameralnego. Sądzę, że powinno się go odwiedzać właśnie z powodu harmonijnego połączenia z otoczeniem. Historycy podkreślają, że posąg znajdował się wewnątrz świątyni, zniszczonej przez tsunami w 1498 r. Kataklizm sprawił, że siedzący pod gwiazdami Budda stał się wizytówką Kamakury.

Buddyjskie świątynie w mieście należą do rinzai, czyli jednej z dwóch głównych szkół japońskiego buddyzmu zen (druga to sōtō). Wśród nich jest m.in. Kenchō-ji, najstarszy klasztor zen (wzniesiony w 1253 r.) i najczęściej odwiedzany, ale my wybraliśmy się do Klasztoru Doskonałego Oświecenia (Engaku-ji). Można do niego dotrzeć po kilkuminutowym spacerze ze stacji kolejowej Kita-Kamakura (wstęp w cenie 300 jenów, czyli ok. 10 złotych). Położony na uboczu, nie przyciąga tłumów turystów. Dzięki temu mieliśmy przyjemność zwiedzać go w niemal zupełnej samotności. W kompleksie zbudowanym na zalesionym zboczu na osi północ-południe znajduje się aktualnie 18 kaskadowo umiejscowionych świątyń. Całość robi wspaniałe wrażenie. Podczas odkrywania kolejnych zakątków klasztoru byliśmy zauroczeni zarówno wykorzystywanymi do dzisiaj przez mnichów wnętrzami, jak i ich otoczeniem, w tym cmentarzem z pokrytymi mchem figurkami Buddy. Na terenie kompleksu znajdziemy też grób japońskiego mistrza sztuk walki Gichina Funakoshiego (1868–1957), który jako pierwszy użył nazwy karate, określając w ten sposób walkę bez użycia broni. Na jego grobowcu widnieje cytat: Karate nie jest sztuką agresji.

 

Neon japońskiej korporacji Glico koło mostu Ebisu (Ebisubashi) na kanale Dōtonbori

© Osaka Govern ment Touris m Bureau /JNTO

 

OSAKA – STOLICA NEONÓW

Dziwna była końcówka tego meczu – podsumował naszą pogawędkę przy przyrządzaniu takoyaki przygotowujący je uśmiechnięty Japończyk. Ale wasza drużyna awansowała i zagraliście świetne spotkanie z Belgią, a my odpadliśmy – odpowiedziałem, odbierając gorącą porcję smażonych w specjalnej foremce kulek z ciasta i ośmiornicy, posypanych dużą ilością płatków suszonego, wędzonego tuńczyka pasiastego zwanego bonito. Żegnając się, życzyliśmy sobie szczęścia podczas kolejnych mistrzostw świata, a ja zamyśliłem się nad uniwersalnym językiem kibiców piłki nożnej. Zajadając się parzącym przysmakiem, dotarliśmy do kolejnego ulicznego stoiska, tym razem serwującego taiyaki (w dosłownym tłumaczeniu „pieczona dorada”), czyli nadziewane ciastko w kształcie ryby. Wybraliśmy najpopularniejsze nadzienie – pastę z osładzanej czerwonej fasoli azuki. Po przejściu następnych kilkudziesięciu metrów zobaczyliśmy długą kolejkę ludzi czekających na porcje drobno siekanej wołowiny z Kobe pochodzącej od krów Wagyū. Z mocnym postanowieniem powrotu ruszyliśmy wzdłuż kanału Dōtonbori spotkać najpopularniejszą postać w tym mieście – biegacza z reklamy firmy Glico.

Osaka to po Tokio najważniejsza metropolia Japonii, wielki port, węzeł komunikacyjny, ośrodek kulturalny i ekonomiczno-gospodarczy. Słynie z fantastycznej kuchni i życia nocnego toczącego się w zatłoczonych uliczkach Minami. Najbardziej znanym widokiem z Osaki jest wielki neon korporacji Glico przedstawiający biegnącego człowieka, który pojawił się nad kanałem Dōtonbori w 1935 r. Gdy stoi się pod nim i obserwuje feerię barw i światła z elewacji każdego budynku można dostać oczopląsu, ale nie da się przejść koło tego spektaklu obojętnie. Mnie ten migający, kolorowy zawrót głowy odpowiadał i z otwartymi ze zdziwienia ustami wpatrywałem się w kolejne pulsujące reklamy odbijające się w wodach kanału Dōtonbori. Tłum ludzi dorównywał ściskowi na najbardziej zatłoczonych ulicach Tokio, czasami trudno było się przecisnąć. Z położonych przy deptaku restauracji i klubów dobiegała głośna muzyka i nawoływania zapraszające do środka. Sklepy przeżywały prawdziwe oblężenie, widoczne przez wielkie, oświetlone witryny, ale długie kolejki do kas nie odstraszały nowych kupujących.

Aby odpocząć na chwilę od zgiełku, szukaliśmy położonej ledwie 200 m dalej Hozenji Yokocho. W tym miejscu tradycja spotyka się z nowoczesnością. Spokojna, ciasna uliczka z usytuowaną pośrodku świątynią – Hōzen-ji – i tradycyjnymi restauracjami zauroczyła nas swoją magiczną atmosferą. Po krótkim odpoczynku ruszyliśmy w stronę Shinsaibashi-suji. Ten niemal 600-metrowy deptak to skupisko sklepów, restauracji i barów. Zanim jednak do niego dotarliśmy, byliśmy świadkami głośnej manifestacji przeciwników Expo 2025 (planowanego w Osace). Przed ok. 100-osobową grupą w większości starszych osób jechał samochód typu pick-up z ustawioną na cały regulator muzyką elektroniczną. Protestujący seniorzy podrygiwali w rytm nowoczesnej muzyki i skandowali hasła wypisane na trzymanych bannerach. Wszystko to z uśmiechem na ustach i w otoczeniu kilku policjantów. Tak doszliśmy do obszaru Amerikamura, nad którym góruje ustawiona na dachu wieżowca miniatura Statui Wolności. To miejsce odwiedzane przez liczną młodzież. Znajduje się tu wiele kafejek, barów i sklepików z niedrogimi i niestandardowymi ciuchami. Po drodze do hotelu nie zapomnieliśmy – oczywiście – spróbować soczystej wołowiny z Kobe. Przyrządzona na naszych oczach i podana z plastrem ananasa była pysznym podsumowaniem wieczoru w błyszczącej Osace.

 

Wiszący Tęczowy Most (Rainbow Bridge) na sztuczną wyspę Odaiba w Zatoce Tokijskiej

© Yasufu mi Nis hi/JNTO

 

TOKIO – STOLICA STOLIC

Dwukrotnie w XX w. prawie całkowicie zniszczone (przez katastrofę naturalną, jaką było wielkie trzęsienie ziemi w regionie Kantō we wrześniu 1923 r., oraz nalot dywanowy pod koniec II wojny światowej) Tokio ma imponującą liczbę mieszkańców – ponad 38 mln w obszarze metropolitalnym (Greater Tokyo Area). Leży na styku płyt tektonicznych, w strefie dużej aktywności sejsmicznej. W wyniku tego jest zagrożone wielkimi trzęsieniami ziemi, które według naukowców powtarzają się w tym miejscu co 100–150 lat. To jedno z centrów światowej gospodarki. Stolica kraju przyciąga jak magnes Japończyków i turystów z całego globu.

Na lotnisku Narita, usytuowanym mniej więcej 60 km na wschód od centrum Tokio, wylądowaliśmy koło 19.00. Szybko przeszliśmy kontrolę szczegółowo informowani o kolejnych krokach przez pracowników portu i odnaleźliśmy drogę na peron kolejowy. Jeszcze w Polsce wykupiliśmy bilet uprawniający nas do 45-minutowej podróży do stacji Asakusa pociągiem Keisei Skyliner (www.keisei.co.jp) i trzydniowy bilet na metro. Wydrukowane potwierdzenie wymieniliśmy na właściwe bilety przy dokładnie oznaczonym stanowisku obsługi pasażerów. Do odjazdu mieliśmy jeszcze 15 minut, więc zdecydowaliśmy się, że spróbujemy w punkcie Japan Rail wymienić kupiony w Polsce voucher na dwutygodniowy Japan Rail Pass. Nasz karnet uprawniał nas do podróżowania po Japonii większością pociągów. Również tutaj procedura trwała nie więcej niż 5 minut.

Na stacji Asakusa po raz pierwszy spotkaliśmy się z mapą tokijskiego metra. Choć początkowo czuliśmy się bezradni, szybko zaczęliśmy poruszać się intuicyjnie. Wodząc palcem po kolorowych torach, odnaleźliśmy naszą stację i drogowskazy prowadzące do naszej linii. Ruszyliśmy w drogę, ale po chwili zdziwieni wyszliśmy na powierzchnię. Ponieważ straciliśmy z oczu strzałki, rozglądaliśmy się wokół po ruchliwym skrzyżowaniu. W oddali zobaczyliśmy 634-metrową wieżę Tokyo Skytree, a tuż obok twarz uśmiechniętego japońskiego robotnika. Czy może Pan nam pomóc? – zapytałem po angielsku. Tak – odpowiedział także w tym języku. Szukamy linii A – przyznałem. Proszę przejść na drugą stronę ulicy i tam 100 m dalej będzie wejście – dodał i ręką wskazał nasz cel. W ten sposób już na początku podróży pozbyliśmy się jakichkolwiek obaw związanych z dogadywaniem się w Japonii w języku angielskim.

Tokijski system komunikacji publicznej ma imponującą liczbę połączeń i linii. Większe stacje są dobrze ze sobą skomunikowane i świetnie oznakowane. Oprócz nazw nadano im numery, co bardzo ułatwia odnalezienie się na mapie. Należy jedynie pamiętać, że niektóre punkty łączące różne linie mogą być oddalone od siebie o kilkaset i więcej metrów. Według nas metro (z dziewięcioma liniami) to najwygodniejszy środek transportu w Tokio. Bez trudu dotarliśmy do stacji Asakusabashi i wyszliśmy na pustą ulicę. Trochę zagubieni wróciliśmy w pobliże wejścia do metra i połączyliśmy się z internetem przez wi-fi (ta usługa jest dostępna na każdej ze 179 tokijskich stacji i w wielu punktach w mieście). Nawigacja wskazała nam drogę i po 10 minutach byliśmy w hostelu. Po szybkim zameldowaniu się, rozpakowywaliśmy się w naszym pierwszym pokoju kapsułowym, żeby po chwili wyjść na wieczorny spacer. W ten sposób rozpoczęliśmy kilkudniową, niezapomnianą przygodę z miastem, podczas której staraliśmy się choć trochę poznać jego niezliczone oblicza.

Tokio to nieskończona liczba targów, sklepów, kramów i wielopiętrowych galerii handlowych – od najdroższych butików w regionie Ginza i okręgu Shibuya przez ikoniczną Akihabarę nazywaną największym marketem elektronicznym świata oraz Asagaya Anime Street w podziemiach stacji kolejowej, gdzie fani anime znajdą gadżety z ulubionymi bohaterami, po zaskakujące sklepiki w Harajuku (części dzielnicy Shibuya), olbrzymi targ rybny Tsukiji z aukcją tuńczyków (zamknięty 6 października 2018 r. i przeniesiony do Toyosu) i punkty z pamiątkami w okolicy 175-metrowej alei Yanaka Ginza. W każdym kolejnym miejscu mieliśmy wrażenie, że sklepy są wszędzie i wszędzie jest mnóstwo kupujących. Inną kategorię stanowią rozsiane po całym mieście i równie licznie odwiedzane, a przy tym bardzo praktyczne, minimarkety sieci 7-Eleven, FamilyMart czy Lawson czynne często 24 godziny na dobę przez cały tydzień, w których można kupić niemal wszystko: od serwowanego na wynos smażonego kurczaka, gorącej i schłodzonej kawy przez kilkadziesiąt dań do odgrzania w mikrofalówce po koszule, parasolki i gazety. Podobno w całej Japonii takich punktów działa aż ok. 50 tys. Z kolei świetne miejsce na zakup pamiątek znajduje się w okolicach Sensō-ji. Nakamise-dōri, tradycyjna handlowa uliczka, która prowadzi do tej buddyjskiej świątyni, ożywa w godzinach przedpołudniowych. Na straganach sprzedaje się mydło i powidło, m.in. piękne laleczki kokeshi czy kiczowate samurajskie miecze. Z kolei sprzęt kuchenny, w tym tysiące słynnych japońskich noży, znajdziemy przy położonej niedaleko, kultowej ulicy Kappabashi.

Poza tym Tokio wypełniają fantastyczne restauracje, bary, fast foody, punkty gastronomiczne i uliczne stragany serwujące lokalne przysmaki. W leżącej pod Dworcem Tokio (Tōkyō-eki) strefie street foodu przed prawie każdą knajpką ustawiają się długie kolejki. W niewielkich witrynach na plastikowych talerzach prezentuje się równie sztuczne wersje serwowanych dań. Wybraną potrawę zamawia się następnie w automacie. Po krótkim oczekiwaniu w szybko kurczącej się kolejce i przekazaniu rachunku obsłudze w ciągu kilku minut ląduje przed nami prawdziwe jedzenie. Zawsze dostajemy wodę i pałeczki, a przy niektórych daniach także specjalny fartuch chroniący ubranie przed pobrudzeniem. Należy też koniecznie odwiedzić małe bary sushi w okolicach Ueno czy Asakusy, gdzie zjedzone porcje rozlicza się na podstawie kolorów i liczby odstawianych talerzyków. Bardzo popularne są tu również zestawy sushi sprzedawane w supermarketach i sklepach ekologicznych. Przed wejściem do pociągu trzeba kupić bentō, czyli specjalnie zapakowane przekąski, składające się z ryżu, ryby lub mięsa, a także pikli i gotowanych warzyw.

W Tokio znajduje się mnóstwo niezwykłych miejsc kultu religijnego, chramów szintoistycznych, świątyń buddyjskich, cmentarzy i muzeów. Sensō-ji, najstarszy w stolicy (z pierwszej połowy VII w.) i oblegany kompleks buddyjski, warto odwiedzić jak najwcześniej, żeby uniknąć tłumów. Do chramu szintoistycznego Meiji dociera się przez Park Yoyogi i kilka ogromnych, drewnianych torii. Można tutaj odpocząć od zgiełku wielkiego miasta. Kompleks poświęcony pamięci cesarza Meiji i cesarzowej Shōken został oddany do użytku w latach 20. XX stulecia. Po poważnych zniszczeniach podczas II wojny światowej odbudowano go w 1958 r. To miejsce niezmiernie popularne wśród Japończyków pragnących wziąć tradycyjny ślub. Z kolei Muzeum Narodowe w Tokio szczyci się olbrzymimi zbiorami dzieł sztuki i artefaktów, z których setki uznano za skarby narodowe Japonii. Odwiedzenie go polecam wszystkim chcącym przyjrzeć się z bliska misternie zdobionej ceramice, tkaninom, zbrojom i mieczom samurajów oraz japońskim rzeźbom czy poznać historię rozwoju sztuki Kraju Kwitnącej Wiśni. Za to spacer po pięknym cmentarzu Yanaka zaskoczył mnie odrobinę inną atmosferą niż ta, którą zwykle wyczuwam podczas wizyty na nekropoliach w Polsce. Tu także było cicho i spokojnie, ale nastrój tego miejsca nie przytłoczył mnie, a raczej skłonił do zadumy. Fascynująca Japonia ma naprawdę wiele twarzy…

 

Wydanie jesień-zima 2018

Kambodża śladami Lary Croft

MAŁGORZATA GAŁKOWSKA-BŁĄDEK

www.myfengstyle.com

                                      

<< Kiedy Europejczyk słyszy o Kambodży, często przed oczami stają mu pola minowe i zasieki, a na myśl przychodzi bieda i śmierć setek tysięcy ludzi za krwawych rządów Czerwonych Khmerów. Za tą nazwą kryje się jednak przepiękny krajobrazowo kraj o niezwykłej kulturze, szczycący się wieloma wspaniałymi zabytkami, w tym słynnym kompleksem Angkor ze świątynią Ta Prohm, gdzie Lara Croft w filmie „Lara Croft: Tomb Raider” zwinnie przeskakiwała z jednej komnaty do drugiej. Większość osób nie ma pojęcia o tym, jak bardzo jest interesujący. Kambodża dopiero zaczyna zyskiwać popularność jako cel podróży. Dlatego warto ją odwiedzić, aby wyrobić sobie własną opinię. Najlepiej wyruszyć w drogę już teraz, póki jeszcze wszystkie magiczne zakątki nie zostały zadeptane przez tłumy turystów. Również i mnie przyciągnęła tu właśnie ciekawość. >>

 

Deptak Pub Street w mieście Siem Reap tętni życiem zwłaszcza po zmroku

© MAŁGORZATA GAŁKOWSKA-BŁĄDEK/WWW.MYFENGSTYLE.COM

 

Przekraczanie kambodżańskiej granicy już samo w sobie stanowi przygodę. Od turystów pobierane są odciski palców, fotografuje się także twarze przybywających. Obywateli Polski obowiązują wizy, ale można je bez problemu załatwić przy wjeździe do kraju. Trzeba być jednak przygotowanym na długie kolejki. My przyjechaliśmy do Kambodży z Tajlandii, przez tajlandzkie miasto graniczne Aranyapradet (Aranyaprathet). Sama przeprawa z urzędnikami może trwać wiele godzin albo… niecałą godzinę. Podobnie jak w większości krajów tak i tutaj odpowiednia suma pieniędzy otwiera każde drzwi. Nieoficjalna zasada każe wręczyć pewną kwotę obsłudze, aby przyspieszyć odprawę bagażu. Po przekazaniu datku pojawia się życzliwy człowiek z wozem drabiniastym, na który ładuje się walizki, żeby odebrać je już po właściwej stronie granicy. Nie mam pojęcia, czy ktoś w ogóle ogląda bagaże. Prawdopodobnie (sądząc po ilości czasu) nikt ich nie sprawdza, są przewożone wprost przez przejście. Słyszeliśmy za to opowieści o turystach, którzy chcieli oszczędzić na tej łapówce i spróbować przejść całą procedurę normalnie. Niewykluczone, że wciąż jeszcze czekają na wszystkie swoje walizki, torby czy plecaki…

Gdy wreszcie przekraczamy w Poipet (sąsiadującym z Aranyapradet) bramę z napisem Królestwo Kambodży, towarzyszy nam niezwykłe uczucie. Już sam wjazd zapowiada krainę piękna, tajemniczości i przygód. Przed nami otwiera swoje podwoje wspaniały kraj, z ciekawą, choć smutną, historią i życzliwymi, pracowitymi mieszkańcami.

 

KAMBODŻAŃSKA CODZIENNOŚĆ

Naszym celem był kompleks Angkor i okolice miasta Siem Reap (Siĕm Réab). Poza tym nastawiliśmy się na chłonięcie tutejszej atmosfery. Zdaję sobie sprawę, że nie widzieliśmy różnych innych ciekawych miejsc ani stolicy czy pozostałych miast, ale to, co zobaczyliśmy, i tak wystarczyło, aby Kambodża zapadła nam mocno w pamięć i na zawsze zamieszkała w naszych sercach. Przede wszystkim zwróciliśmy uwagę na ludzi: drobnych, ze zmęczonymi, ale nieraz pięknymi twarzami, bardzo uczynnych, wręcz usłużnych. Co ciekawe, nie spotkaliśmy osób żebrzących. Dostrzegaliśmy biedę panującą wokół, lecz też poczucie godności i zaradność mieszkańców. Zamiast usiąść na ulicy i żebrać każdy coś ze sobą niósł czy ciągnął: obwoźną garkuchnię, wyciskarkę soków lub towary do sprzedania. Potrawy przygotowywane na takich prowizorycznych stoiskach są niezmiernie smaczne i można je bezpiecznie jeść. Wybór jest bardzo szeroki – spróbujemy zarówno miejscowych specjałów, takich jak szaszłyki z larw, pająków i różnych owadów, jak i bardziej tradycyjnych zup lub pieczonych mięs i ryb. Gdziekolwiek trafiamy, zawsze staramy się zaznajomić z lokalną kuchnią, bo w ten sposób bliżej poznaje się dane miejsce.

                Lepiej też odwiedzać lokale, gdzie jadają Kambodżanie, niż te nastawione na turystów. Kuchnia kambodżańska jest zbliżona do tajskiej, wiele w niej słodkich smaków, ale również ostrych przypraw. Koniecznie trzeba spróbować miejscowych lodów zamrażanych na płycie i zwijanych w rulonik – niebo w gębie! Przeróżne soki świeżo wyciskane z tropikalnych owoców znakomicie gaszą pragnienie podczas upału. Jednak prawdziwym przebojem w gorące dni jest dobrze schłodzona woda kokosowa podawana w orzechu z wetkniętą słomką. Jeden taki napój wystarczy, aby się nieco orzeźwić i odzyskać siły. Sprzedawcy kokosów są niemal wszędzie, stoją praktycznie na każdym rogu ulicy, spotkamy ich nawet przy świątyniach kompleksu Angkor.

 

Uliczne stoisko z przysmakami – szaszłykami z larw, pająków i owadów

© MAŁGORZATA GAŁKOWSKA-BŁĄDEK/WWW.MYFENGSTYLE.COM

 

NA PROWINCJI

Jeśli zamierzamy przywieźć z naszej podróży pamiątki, pomyślmy o czymś niestandardowym. Warto zatrzymać się po drodze przy wiejskiej chacie i kupić świeży kambodżański ryż, prawie prosto z pola. Ma zupełnie inny aromat i smak niż ten ze sklepu. Można także przyjrzeć się, jak miejscowi robią cukierki z owoców palmy cukrowej (arengi pierzastej) i przy okazji zakupić trochę takich słodyczy. Przy domach często znajdują się stoły z wystawionymi na sprzedaż naczyniami i ozdobami wyplatanymi z liści palmy czy z trzciny. Mieszkańcy Kambodży w ten sposób zarabiają na życie i dzięki kupującym mogą stanąć na nogi i polepszyć swój byt. W wielu miejscach sprzedaje się też niezwykłą kambodżańską herbatę w różnych smakach i kolorach. Odwiedziliśmy jeden z takich prywatnych domów i gospodarze z radością pokazali nam jego wnętrze oraz nową, umieszczoną na zewnątrz „łazienkę”, gdzie z dumą wskazali na pompę wodną, stanowiącą luksus na prowincji. Dostęp do świeżej wody wciąż jest tu utrudniony. Po wielu latach wojny część brzegów rzek i pola są nadal zaminowane. Co roku wiele osób ginie od min przeciwpiechotnych podczas uprawiania ziemi lub czerpania wody. Swoje uprawy miejscowi podlewają często wodą przyniesioną z daleka, każda zwyczajna czynność bywa więc okupiona dużym trudem, ale nikt nie okazuje niezadowolenia czy zniechęcenia. Mieszkańcy kambodżańskiej wsi ciężko pracują i nie mają czasu na narzekanie. O dziwo, do życia są nastawieni optymistycznie i życzliwie odnoszą się do innych. To jest właśnie niesamowite w tym kraju. Wielu lokalnych przewodników wycieczek prowadzi wśród turystów zbiórki niewykorzystanych hotelowych kosmetyków czy jednorazowych szczoteczek do zębów i grzebieni. Potem te podarki jadą na wieś, a w zamian można otrzymać woreczek świeżego ryżu. Czyż to nie cudowna wymiana?

 

SMUTEK I RADOŚĆ

Aby lepiej zrozumieć Kambodżę, jej mieszkańców i ich problemy, warto udać się do Muzeum Min Lądowych w pobliżu miasta Siem Reap. Założył je Aki Ra, który jako dziecko został siłą wcielony do wojska Czerwonych Khmerów. Później walczył przeciwko nim, a po wojnie poświęcił się szukaniu i rozbrajaniu min. W muzeum można dowiedzieć się, jakiego ogromu cierpienia ten naród doświadczył w przeszłości i – niestety – znaleźć też akcent polski: granaty i miny produkowane w Polsce…

                Z tego miejsca wychodzi się przygnębionym, ale na szczęście potem niemal od razu wtapiamy się w różnokolorowy, optymistyczny i pracowity tłum w Siem Reap. To całkiem duże miasto (ok. 200-tysięczne) i stanowi wspaniałą bazę wypadową do kompleksów świątynnych. Znajdują się w nim przyjemne, a nawet eleganckie hotele, wiele sklepów (m.in. wielki sklep bezcłowy, świetnie zaopatrzony i z korzystnymi cenami), a także Pub Street – deptak słynący z bogatego nocnego życia, mnóstwa knajpek i ulicznych występów. To właśnie przy nim działa znany klub „Angkor What? Bar”, gdzie drinki serwowane są w… wiadrach.

                Pub Street najlepiej odwiedzić wieczorem, ponieważ wtedy otwierają się puby, restauracje, przeróżne kluby i sklepy. Wszystko rozbłyskuje kolorowymi światłami. Deptak zastawiony jest przenośnymi garkuchniami i rozmaitymi stoiskami, a wszędzie dookoła przelewa się rzeka ludzi mówiących w niezliczonych językach. Czasem turystę zaczepi właściciel tutejszej knajpki czy klubu i wręczy ulotkę z aktualnymi promocjami. Trochę dalej ktoś gra na jakimś instrumencie, magik pokazuje sprytne sztuczki. W innym miejscu znów skąpo ubrane hostessy zapraszają do klubu go-go. Na Pub Street zagraniczni goście spędzają wiele godzin, ani chwili się nie nudząc. Można tu wtopić się w wielobarwny tłum i płynąć łagodnie z punktu do punktu albo zasiąść w którejś z knajpek na tarasie i obserwować żywą rzekę z góry, sącząc jakiegoś drinka lub zajadając się lokalnym rarytasem. Nie trzeba się przejmować brakiem miejscowej waluty, ponieważ podstawowym środkiem płatniczym jest tutaj dolar amerykański, a ceny są bardzo przystępne.

 

W CIENIU ZABYTKÓW

W Siem Reap zatrzymaliśmy się w miejscu, które szczerze polecam – to Mémoire d’Angkor Boutique Hotel. Wnętrza wyglądają przepięknie, urządzono je ze smakiem, a obsługa staje na rzęsach, aby goście byli zadowoleni. Codziennie w pokoju pojawia się też taca z owocami i butelkowana woda. Picie tej ostatniej jest w Kambodży koniecznością. Należy pamiętać o tym, że lokalna woda nie nadaje się dla zagranicznych turystów. Miejscowi są przyzwyczajeni do specyficznej flory bakteryjnej i jakości tutejszej wody, przyjezdni po jej spożyciu mogą – niestety – cierpieć na nieprzyjemne dolegliwości. Co zaskakujące, bezprzewodowy internet działa w hotelach i pubach bardzo dobrze. Wynika to z tego, że infrastruktura sieci komunikacyjnych została w kraju zbudowana niedawno i zastosowane rozwiązania nadal uchodzą za w miarę nowoczesne.

Jednak najciekawsze i najcenniejsze w Kambodży są świątynie i dawne miasta. To prawdziwe perły architektury, ukryte głęboko w dżungli. Wśród nich znajduje się kompleks Angkor – kiedyś głośny i zatłoczony, dziś opuszczony i poprzerastany niezwykłymi drzewami i pnączami. Natura, zgodnie z odwiecznym prawem, zaczęła w nim powracać na swoje. Tutejsze budowle były niemym świadkiem historii i ludzkich dramatów. Z niewiadomych przyczyn mieszkańcy porzucili to miejsce, aby już nigdy do niego nie powrócić. Przez wieki świątynie okradano, później niszczyły je przechodzące tędy oddziały Czerwonych Khmerów. Historycy mówią, że gdyby materiały wybuchowe były bardziej dostępne, z pewnością cały kompleks zostałby wysadzony w powietrze, na zawsze grzebiąc pod gruzami ten fragment dziejów Kambodży. Na szczęście tak się nie stało, chociaż w wielu miejscach widać ślady po kulach. Dżungla i deszcze dokonały reszty zniszczeń. To, co ocalało, wciąż robi jednak ogromne wrażenie. Angkor został w 1992 r. wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO i obecnie napędza rozwój turystyki w kraju. Sylwetka Angkor Wat (najbardziej znanej tutejszej świątyni) znajduje się nawet na fladze Kambodży.

 

Ruiny wspaniałej świątyni buddyjskiej Bajon

© MAŁGORZATA GAŁKOWSKA-BŁĄDEK/WWW.MYFENGSTYLE.COM

 

NAJCENNEJSZY SKARB

Angkor warto odwiedzić o świcie. Budowle oświetlają wtedy ciepłe promienie słońca. Wieże Angkor Wat odbijają się przepięknie w wodach stawu. Do kompleksu wchodzi się długim mostem. Z Siem Reap można tu dojechać wypożyczonym rowerem lub popularnym w Azji tuk-tukiem. Droga jest całkiem przyzwoita i dobrze oznaczona.

                Cały kompleks zajmuje dość rozległy teren, ale największe zainteresowanie wzbudza główna świątynia – Angkor Wat – do której prowadzą bardzo strome schody. U ich stóp strażnicy kontrolują strój wchodzących. Trzeba pamiętać, że obowiązuje tutaj zwyczaj zakrywania ramion, dekoltów i kolan u kobiet. Również mężczyźni nie wejdą w szortach. Należy także zapomnieć o klapkach (sandały nie będą źle widziane). Miejsce to nadal uchodzi za święte i wciąż składa się w nim ofiary, pali kadzidła i wznosi modły.

Podczas wędrówki po labiryncie komnat za każdym narożnikiem można odkryć coś ciekawego: ukryty w małej wnęce posąg Buddy z palącymi się przed nim kadzidełkami lub fragment dziedzińca z porozrzucanymi kawałkami murów dekorowanych pięknymi reliefami. Ściany zdobią płaskorzeźby przedstawiające boginie, bóstwa i tancerki w niezwykłych pozach. Tu też znajduje się jeden z największych skarbów Angkoru – kamienny relief mający ponad 900 m długości i prezentujący sceny z indyjskich eposów: Ramajany i Mahabharaty.

                Świątynię zaczęto budować w pierwszej połowie XII w., za panowania władcy Imperium Khmerskiego Surjawarmana II (1113–1150), i pierwotnie była poświęcona hinduistycznemu bogu Wisznu. Potem przez pewien czas służyła buddystom, aż w końcu przywrócono jej pierwotny charakter. Wiele osób uważa, że Angkor Wat jest najpiękniejszą budowlą sakralną świata. Oczywiście, to raczej kwestia gustu, ale niewątpliwie ta niepowtarzalna świątynia, tajemnicza i magiczna, potrafi zachwycić swoją surowością i majestatem.

 

MIASTO I FILMOWA SŁAWA

Innym wspaniałym i równie ciekawym obiektem w okolicy są pozostałości miasta Angkor Thom, ostatniej stolicy państwa Khmerów. Prowadzi do niej most i pięknie zdobiona Brama Południowa. Po obu stronach tego pierwszego umieszczono posągi strażników strzegących wjazdu do stolicy.

                Obecnie z dawnej świetności zostało już niewiele, ale u schyłku średniowiecza Angkor Thom było jednym z najludniejszych miast świata i miało mniej więcej 150 tys. mieszkańców. Właśnie tutaj znajduje się przepiękna świątynia buddyjska Bajon ze słynnymi wieżami ozdobionymi głowami Awalokiteśwary, za którego wcielenie uważał się król Imperium Khmerskiego Dżajawarman VII (panujący w latach 1181–1218). Spacer pośród krzyżujących się spojrzeń kamiennych twarzy z zastygłym delikatnym uśmiechem dostarcza niezapomnianych wrażeń.

                Z miasta zostały już tylko ruiny. Większość budynków jest zawalonych i poprzerastanych korzeniami drzew, ale cały ten obszar stanowi niesamowity labirynt, w którym czas się zatrzymał.

Niedaleko świątyni Bajon znajduje się Taras Słoni długi na niemal 350 m i wysoki na ok. 4 m. Jego mur pokrywają realistyczne płaskorzeźby słoni. Stąd oglądano parady wojskowe, zawody sportowe i widowiska. Podczas oficjalnych wizyt i audiencji taras zamieniał się w trybunę. Prawdopodobnie stanowił część pałacu królewskiego, ale sam pałac zachował się tylko w szczątkowym stanie. Pozostały z niego ruiny, rzeźby, piękne schody i fragmenty takich udogodnień jak łaźnia. Ponieważ dużo zabudowań było drewnianych, niestety, nie przetrwały do naszych czasów. Wciąż jednak wzrok przyciągają tu piękne zdobienia w formie kwiatów i ślady po fosie broniącej dostępu do pałacu.

                Kolejna świątynia, choć niewielka, jest niemal tak samo znana jak Angkor Wat. Nazywa się Ta Prohm i to właśnie w niej kręcono w 2000 r. słynne sceny do filmu Lara Croft: Tomb Raider z Angeliną Jolie w roli Lary Croft. Tropikalna roślinność rozsadza tutaj korzeniami każdy mur i podważa każdy kamień. Tak wygląda prawdziwa walka z naturą. Dżungla skutecznie sięga po swoją własność. Przy Ta Prohm zbiera się zazwyczaj wielu turystów i trzeba zaczekać w kolejce, aby móc ją uwiecznić na fotografii. Powstały na przełomie XII i XIII stulecia obiekt służył nie tylko jako świątynia. Znajdował się tu również buddyjski uniwersytet, biblioteka i świetnie zaopatrzony skarbiec. Przechowywano w nim podobno 5 t srebra, diamenty i tysiące drogocennych kamieni szlachetnych. Warto zejść z głównego szlaku i pochodzić wśród murów i rozrzuconych brył. Gdy uważnie się patrzy, można czasem wśród wijących się jak węże korzeni drzew odnaleźć twarz tancerki zdobiącą oderwany kawałek reliefu.

 

NIEPOZORNY KLEJNOT

Mniej więcej 25 km od Angkor Wat i Angkor Thom znajduje się jeszcze jedna przepiękna świątynia, zwana Twierdzą Kobiet – Banteay Srei. Została ona wzniesiona w X w., jednak nie na polecenie khmerskich władców – jak te już wspomniane – a dwóch braminów i doradców królewskich. Jeśli ktoś widział misterne arabskie ornamenty wyrzeźbione w drewnie, od razu dostrzeże tę samą precyzję w wykonaniu tutejszych zdobień w kamieniu. Ta mała świątynia jest prawdziwą perełką. Zbudowano ją w większości z czerwonego piaskowca, co nadaje jej niezwykły wygląd. Szczególnie wspaniale prezentuje się o zachodzie słońca, gdy jego promienie nasycają czerwień ścian, a koronkowe reliefy pokrywające dosłownie każdy metr muru zachwycają bardziej niż w innych porach dnia. Całość stanowi ciekawą kompozycję przestrzenną – wiele bram występuje tutaj w szeregu. Ma się zatem wrażenie, jakby oglądało się widoki otoczone podwójną czy nawet potrójną ramą obrazu. W Banteay Srei uprawiano kult hinduistycznego boga Śiwy, ale dlaczego budowlę nazwano Twierdzą Kobiet (w innych źródłach – Cytadelą Kobiet lub Cytadelą Piękna), niestety, nie wiadomo. Być może nazwa ta nawiązuje do delikatnych, jakby utkanych kobiecą ręką wzorów na kamiennych ścianach…

                Na tyłach świątyni jest piękny staw otoczony bujną roślinnością. Zazwyczaj panuje nad nim cisza, bo nie docierają tu tłumy turystów skupionych głównie na bramach i komnatach po drugiej stronie. W tym cichym zakątku można więc w spokoju kontemplować magiczne piękno tego miejsca.

 

Kambodżańskie tancerki podczas wykonywania tradycyjnego tańca khmerskiego

©MAŁGORZATA GAŁKOWSKA-BŁĄDEK/WWW.MYFENGSTYLE.COM

 

WSKAZÓWKI DLA ZWIEDZAJĄCYCH

Podczas pobytu w okolicy poza zwiedzaniem świątyń warto wybrać się na organizowane w Siem Reap przedstawienia i pokazy dawnych tańców khmerskich. Polecam szczególnie „Restaurację Koulen”, w której podaje się wspaniałe potrawy lokalnej kuchni. Odbywają się w niej występy taneczne i prezentacje różnych miejscowych rytuałów. Takie pokazy najlepiej oglądać po wizycie w Angkor Wat i Angkor Thom oraz pozostałych wspomnianych obiektach. Wtedy ma się wrażenie, że apsary – przepiękne i zwinne indyjskie boginki zaklęte w reliefach na murach świątyń – ożywają na naszych oczach. Na moment zapomina się o codziennym życiu i zanurza w świecie magicznych ceremonii, bajecznie kolorowych strojów i poruszających się z ogromnym wdziękiem khmerskich tancerek. Na zakończenie można zrobić sobie z nimi pamiątkowe zdjęcie.

                Jaki okres jest najlepszy na zwiedzanie Kambodży? My podróżowaliśmy w porze deszczowej, w czerwcu. Deszcz padał raz dziennie, około południa, potem wychodziło słońce. Co kilka dni zdarzała się wieczorna ulewa trwająca mniej więcej godzinę lub dwie, ale nie przypominała opadów, jakie obserwujemy w Polsce. Z nieba spływała ściana wody, a ulice zamieniały się w rwące potoki. Sam deszcz nie stanowi problemu, bo można go gdzieś przeczekać. Dużo bardziej uciążliwa jest wysoka wilgotność powietrza powodująca, że po kilku krokach człowiek staje się cały mokry od potu. Osoby odwiedzające częściej tę część Azji twierdzą jednak, że pora sucha znacznie bardziej daje się we znaki, bo ze względu na upał ciężko zwiedzać cokolwiek. Dla nas istotny był fakt, że w porze deszczowej do Kambodży przyjeżdża mniej turystów i dzięki temu przyjemniej poznaje się ten kraj. Mniej jest kolejek i tłumów, a ceny bywają nieco niższe. Zamiast peleryn przeciwdeszczowych lepiej jednak zabrać ze sobą parasol, ponieważ przy wysokich temperaturach i wilgotności pod nieprzepuszczającym powietrza materiałem człowiek przemaka od… potu. Nie zaszkodzi też krem do opalania z filtrem i dobry środek odstraszający komary (przeznaczony do używania w warunkach tropikalnych). Tych ostatnich nie ma zbyt wiele i w okolicy głównych atrakcji Kambodży nie trzeba obawiać się zagrożenia chorobami przez nie przenoszonymi. Tak zaopatrzeni możemy śmiało ruszać na odkrywanie tego tajemniczego kraju.

 

Wydanien Lato 2018

Rekordy Singapuru

JĘDRZEJ SAPTOWSKI

www.malyglobtroter.pl

 

<< Niewielka Republika Singapuru uzyskała niepodległość w 1965 r., aby wkrótce stać się jednym z azjatyckich tygrysów, niemal rokrocznie odnotowującym imponujące wzrosty gospodarcze. Dzięki stabilnym fundamentom ekonomicznym i rozwojowi całego regionu należy dziś do najważniejszych centrów finansowych na świecie. Poza tym zalicza się też do najzamożniejszych państw na naszym globie. >>

Ze względu na niewielkie terytorium (ok. 720 km² powierzchni) władze Singapuru od lat 70. XX w. wdrażają w życie nowoczesne koncepcje urbanistyczne. Znaczący budżet pozwala im na zatrudnianie światowej sławy architektów, wśród których znalazł się m.in. Polak Krystyn Olszewski (1921–2004). Jednocześnie dba się tu o zachowanie tożsamości lokalnych dzielnic (Little India czy Chinatown).

 

Taras na szczycie hotelu Marina Bay Sands

© Singapore Touris m Board /Andrew JK Tan

 

Singapur z racji swojego położenia na południowym krańcu Półwyspu Malajskiego sąsiaduje z Malezją i Indonezją. Stanowi więc świetną bazę wypadową na pobliskie wyspy, takie jak indonezyjskie Bintan i Batam w archipelagu Riau, uchodzące za raj dla kitesurferów i miłośników gry w golfa. Zapraszamy na krótką podróż śladami symboli rozkwitu tego wyjątkowego państwa-miasta.

 

NAJLEPSZE LOTNISKO ŚWIATA

Międzynarodowy Port Lotniczy Changi (Changi Airport) to dla większości turystów brama do Singapuru. Jest niczym dawne wrota starożytnych miast i świątyń, które miały za zadanie zadziwiać przekraczających ich progi. W 2018 r. został po raz szósty z rzędu nagrodzony tytułem Najlepszego lotniska świata (World’s Best Airport) w prestiżowym rankingu brytyjskiej firmy konsultingowej Skytrax. Co ważne, podstawę do tego wyróżnienia stanowią oceny osób odbywających tutaj loty.

Pierwsze, co rzuciło nam się w oczy, gdy zawitaliśmy do tego szóstego najruchliwszego międzynarodowego portu lotniczego na świecie (i drugiego w Azji!), który obsłużył w 2017 r. ponad 62 mln pasażerów z całego globu, to zieleń okalająca ściany terminalu przylotów oraz inne obiekty wewnątrz budynku. Poza tym na plus zaskoczyły nas szybka odprawa, doskonałe oznaczenia i bliskość wszystkich niezbędnych punktów, których poszukuje przybywający w nieznane miejsce turysta. Nie czuliśmy zagubienia czy niepewności. Wszystkie etapy podróży po wyjściu z samolotu przebiegały bezproblemowo, bez pośpiechu i opóźnień. Kiedy szliśmy po wygodnej wykładzinie, prostą i krótką drogą prowadzącą do stacji kolejki MRT (Mass Rapid Transit), którą mieliśmy dojechać do centrum, towarzyszyły nam tylko pozytywne emocje. Wszystkie zalety lotniska mogą w pełni docenić osoby spędzające na nim więcej czasu. Dzięki działającemu całą dobę kinu, basenowi, strefie relaksu, salonowi gier, placom zabaw dla dzieci, tematycznym ogrodom czy w końcu setkom sklepów najważniejszych światowych marek kolejne godziny oczekiwania mijają w tych komfortowych warunkach bardzo szybko.

W przyszłym roku (pod koniec marca) planowane jest otwarcie połączonego z terminalami 1, 2 i 3, wielkiego centrum handlowo-rozrywkowego Jewel. Wiszące ogrody i najwyższy na świecie wodospad wewnątrz budynku (40-metrowy) to tylko dwa przykłady atrakcji, jakie znajdą się w tym wspaniałym, oszklonym obiekcie zaprojektowanym przez światowej sławy architekta Moshe Safdiego, autora m.in. koncepcji singapurskiego resortu Marina Bay Sands. Lotnisko Changi pełni również funkcję bazy Singapore Airlines, którym w 2018 r. nadano tytuł Najlepszych linii lotniczych świata (World’s Best Airline według Skytrax). Uruchomione przez tego przewoźnika w październiku br. połączenie pomiędzy Singapurem i Newark koło Nowego Jorku (15 344 km) jest obecnie najdłuższym dostępnym (niemal 19-godzinnym) bezpośrednim lotem komercyjnym.

 

Bussorah Mall – sklepy, restauracje i kawiarnie w dzielnicy muzułmańskiej Kampong Glam

© Singapore Touris m Board

 

HINDUSI I MUZUŁMANIE

Z portu lotniczego do centrum dotarliśmy w ciągu godziny kolejką MRT. Po drodze mieliśmy jedną przesiadkę na stacji Tanah Merah, polegającą na przejściu na drugą stronę peronu do pociągu East West Line, którym dojechaliśmy do Bugis, gdzie przesiedliśmy się znowu, aby dojechać do Little India. W tej hinduskiej dzielnicy, na którą miejscowi mówią Tekka, zarezerwowaliśmy wcześniej noclegi. Po Singapurze poruszaliśmy się zazwyczaj pieszo i pociągami MRT, ale świetnym i niedrogim rozwiązaniem są przejazdy oferowane przez firmy Uber lub Grab. Ze względu m.in. na horrendalne ceny samochodów ruch na tutejszych ulicach jest jak na metropolię bardzo przyjazny, a korzystanie z tego typu taksówek stanowi najszybszy sposób dotarcia do dalej położonych atrakcji.

Ponad 500 tys. Hindusów tworzy trzecią pod względem liczebności grupę narodowościową w tym kraju (po Chińczykach i Malajach). Dzielnicę Little India założyli pierwsi robotnicy przybywający z subkontynentu indyjskiego do Singapuru pod koniec XVIII w. Dystrykt jest niewielki i aby go zwiedzić, wystarczy dwugodzinna przechadzka. Do tego należy zarezerwować sobie nieco czasu na wizytę w jednej z wielu fantastycznych restauracji. Najbardziej znana tutejsza świątynia to poświęcona bogini Kali Sri Veeramakaliamman z 1881 r. Kolorowa budowla, wyglądająca z zewnątrz na niewielką, zaskakuje liczbą zaułków i nisz z wizerunkami hinduskich bóstw. Warto tutaj dotrzeć w trakcie odbywających się cztery razy dziennie modlitw. Podczas spaceru po okolicznych uliczkach zajrzeliśmy na dziedziniec ukończonego w 1910 r. meczetu Abdul Gaffoor (Masjid Abdul Gaffoor). Ta żółto-zielona budowla z wieloma minaretami i ornamentami stanowi przykład architektury łączącej w sobie wpływy mauretańskie, europejskie i południowoindyjskie. Wielobarwna zabudowa dzielnicy nie robi oszałamiającego wrażenia, ale wyróżnia ją spośród innych części państwa-miasta. Ci, którzy znają Indie, uznają, że jest tu wyjątkowo czysto. Osoby oceniające to miejsce z perspektywy Singapuru dostrzegą nieznośny bałagan. Jednak chyba dla wszystkich świetnym kulinarnym doświadczeniem będzie zapoznanie się z tutejszą kuchnią, którą gorąco polecamy.

Aby dostać się do Kampong Glam, położonej po drugiej stronie kanału Rochor dzielnicy muzułmańskiej, można przejechać dwie stacje pociągiem MRT (z Little India do Bugis), ale my proponujemy niedługi spacer i obserwowanie zmieniającego się otoczenia. Do serca dzielnicy prowadzi Arab Street, przekształcająca się z początkowo dużej arterii w znacznie węższą uliczkę otoczoną niską zabudową. Idąc wzdłuż licznych sklepów z tkaninami i dywanami, dochodzimy do skrzyżowania z Baghdad Street, przy której znajduje się wiele polecanych restauracji. Stąd jest już niedaleko do najbardziej rozpoznawalnego rejonu Kampong Glam, czyli deptaków Bussorah i Muscat leżących tuż przy największym singapurskim meczecie – Masjid Sultan. Otwarto go oficjalnie w grudniu 1929 r. w miejscu świątyni z pierwszej połowy XIX w. Co ciekawe, obecną, przykrytą złotymi kopułami budowlę zaprojektował architekt Denis Santry z firmy Swan and Maclaren, która opracowała koncepcję głównego budynku słynnego hotelu Raffles Singapore. Dzielnicę muzułmańską warto odwiedzić ze względu na jej niezliczone kafejki, restauracje i sklepy oraz panującą w niej wieczorami żywą i pełną różnorodności atmosferę.

 

OGRÓD POD KOPUŁĄ

W deszczowe popołudnie szybko przemknęliśmy przez Dragonfly Bridge i zielony park wokół Supertree Grove (Gardens by the Bay). Spiesząc się do Kwiatowej Kopuły (Flower Dome) na wyznaczoną godzinę, wskazaną na zakupionym przez internet bilecie, spoglądaliśmy na olbrzymich rozmiarów futurystyczne konstrukcje i zawieszoną nad naszymi głowami kładkę o długości 128 m (OCBC Skyway). Mieliśmy nieodparte wrażenie, że choć na superdrzewach posadzono niemal 163 tys. roślin z ponad 200 gatunków z całego świata, to nadal jest to struktura wykreślona na architektonicznych deskach, dla której środowisko naturalne stanowi jedynie daleką inspirację. Po drodze zaglądaliśmy do ogrodów malajskiego, chińskiego i indyjskiego, aż wreszcie dotarliśmy do górującej nad zielenią Flower Dome. Ta największa na świecie szklana cieplarnia (o powierzchni ponad 1,2 tys. km²!), wpisana w 2015 r. do Księgi rekordów Guinnessa, kryje tysiące gatunków roślin. Podzielono ją na kilka części, prezentujących roślinność charakterystyczną dla obszarów klimatycznych Morza Śródziemnego, Kalifornii, Australii, Ameryki Południowej i Afryki. Zobaczymy tu m.in. gaj oliwny, baobaby, sukulenty, a w strefie kwiatów – niezliczone gatunki storczyków. W ogrodzie stoi też wiele wykonanych z kwiatów, drewna i metalu ciekawych rzeźb i pomników. To miejsce bardzo popularne wśród turystów i trudno w nim niestety znaleźć chwilę spokoju, dlatego warto odwiedzić je w godzinach porannych.

Po wyjściu z Flower Dome przeszliśmy na drugą stronę niewielkiego zadaszonego dziedzińca, żeby zajrzeć do Mglistego Lasu (Cloud Forest). Wewnątrz tej również imponującej szklanej konstrukcji znajduje się 35-metrowy wodospad na sztucznej górze pokrytej tropikalną roślinnością. Pierwsze wrażenie jest niesamowite. Kaskadowo spadająca woda i niezliczone gatunki flory ogląda się przez lekką mgłę unoszącą się wokół. Podczas spaceru wiszącymi kładkami poprowadzonymi naokoło i wewnątrz zielonej konstrukcji można z bliska podziwiać np. orchidee czy rośliny mięsożerne. Na szczycie góry usytuowano Zaginiony Świat (Lost World) – obszar z roślinnością występującą na wysokości ok. 2000 m n.p.m. Roztacza się stąd także piękny widok na zatokę Marina (Marina Bay).

Do wieczornego muzyczno-świetlnego spektaklu Garden Rhapsody w okolicy superdrzew mieliśmy jeszcze trochę czasu, który ku radości dzieci spędziliśmy na położonym tuż obok wodnym placu zabaw. Bieganie z rówieśnikami między podświetlanymi strumieniami tak wciągnęło maluchy, że dopiero dalekie odgłosy muzyki uświadomiły nam rozpoczęcie się widowiska. Pokazy odbywają się codziennie o 19.45 i 20.45 i przyciągają tłumy widzów. Stojąc pod superdrzewami, obserwowaliśmy feerię barw, która wraz z muzyką tworzyła magiczną atmosferę. Trochę żałowaliśmy, że nie jesteśmy na położonej 22 m wyżej kładce (OCBC Skyway), bo widowisko musiało z niej wyglądać spektakularnie. Po zakończeniu spektaklu przeszliśmy rozpiętym tuż nad wodą drewnianym pomostem w stronę słynnej rzeźby Planet. Polecamy taki krótki, wieczorny spacer ze względu na niesamowity widok na oświetlony resort Marina Bay Sands kontrastujący z ciszą i spokojem panującymi wokół. Przez kilkadziesiąt minut minęło nas raptem kilka osób. W pobliskich Gardens by the Bay jest ponad 40 rzeźb stworzonych przez znanych artystów. Szczególnie zależało nam, żeby zobaczyć tę autorstwa Brytyjczyka Marca Quinna. To długa na 9 m i wysoka na 3 m figura z pomalowanego na biało brązu, przedstawiająca dziecko, syna twórcy, Lucasa. Wspierająca się jedynie na dłoni postać sprawia wrażenie wiszącej w powietrzu.

 

HOTEL Z INSTAGRAMA

Marina Bay Sands był w 2017 r. najczęściej fotografowanym obiektem hotelowym na świecie, którego zdjęcia pojawiały się w serwisie Instagram. Wyprzedził m.in. Bellagio czy MGM Grand z Las Vegas. Swoją popularność zawdzięcza niesamowitej architekturze oraz luksusowym warunkom i atrakcjom, które czekają na gości. Jednak na pewno głównym powodem tej sławy jest niemal już ikoniczny basen położony na tarasie Sands SkyPark (na 57. piętrze). Wśród ponad 80 restauracji, które znajdują się w kompleksie, warto wymienić „Waku Ghin”, uważaną za jedną z najlepszych w całej Azji i oznaczoną dwoma gwiazdkami Michelin, serwującą dania kuchni japońskiej i europejskiej. Poza tym działa tu również lokal Wolfganga Pucka „CUT” oraz zajmujące kilka pięter, luksusowe centrum handlowe zdobywające najlepsze oceny wśród odwiedzających je klientów – po przecinającym je kanale można pływać łódką. Całe założenie architektoniczne stało się jedną z wizytówek Singapuru. Zobaczymy je także w niejednej filmowej superprodukcji.

 

MUZEUM W KWIECIE LOTOSU

Do kompleksu Marina Bay Sands należy ArtScience Museum. Budynek zaprojektowany w kształcie kwiatu lotosu gości wiele wystaw czasowych, ale znajduje się w nim też stała ekspozycja Future World: Where Art Meets Science. Ze względu na dużą popularność muzeum wybraliśmy się do niego o poranku, aby jako jedni z pierwszych rozpocząć zwiedzanie.

Wizyta tu jest niesamowitym przeżyciem szczególnie dla dzieci. Kolejne pomieszczenia wprowadzają nas w świat kolorowych, świetlnych iluzji, w których uczestniczymy i które możemy kreować. Na wielkim na całą ścianę ekranie pojawiają się narysowane przed momentem na kartce przez zwiedzających i zeskanowane obrazki. W salach animowane rysunki poruszają się w takt muzyki i reagują na obecność gości. Są tutaj ogromne, świecące piłki do skakania, świetlny wodospad imitujący wodę czy w końcu pomieszczenie roziskrzone maleńkimi diodami LED umocowanymi na długich przewodach zwisających z sufitu i tworzących labirynt. Wszystko to zadziwia i sprawia wspaniałe wrażenie.

Po wyjściu z muzeum warto skierować się w stronę Helix Bridge, skąd z czterech punktów widokowych można podziwiać niesamowitą panoramę Singapuru. Ten przeznaczony dla pieszych most został zaprojektowany na wzór struktury DNA i w roku otwarcia (2010) zdobył główną nagrodę w kategorii transport na największym festiwalu architektury na świecie – World Architecture Festival. Konstrukcja wykonana ze stali i szkła prowadzi nas do trybun przy pływającej na wodach zatoki platformie, na której odbywają się najważniejsze wydarzenia w tym państwie-mieście. Wzdłuż widowni przejeżdżają również bolidy Formuły 1 w trakcie organizowanego rokrocznie Grand Prix Singapuru (na torze Marina Bay Street Circuit) – pierwszego w historii tych zawodów wyścigu rozgrywanego w nocy przy sztucznym oświetleniu. Tu także doszło do niechlubnego incydentu uważanego za największy skandal Formuły 1. W 2008 r. prowadzący bolid Renault Brazylijczyk Nelsinho Piquet na polecenie swojego zespołu rozbił samochód, umożliwiając w ten sposób uzyskanie dogodnej pozycji na torze swojemu partnerowi i późniejszemu triumfatorowi Hiszpanowi Fernandowi Alonso. Po drugiej stronie pobliskich mostów znajduje się najwyższy w Azji diabelski młyn (165 m) – Singapore Flyer. To kolejna atrakcja, która pozwala spojrzeć na państwo-miasto z góry.

Stąd Deptak Królowej Elżbiety (Queen Elizabeth Walk) doprowadził nas do przeprawy położonej przy ujściu rzeki Singapur. Wybudowany w 2015 r. Most Jubileuszowy (Jubilee Bridge) jest częścią pieszego traktu upamiętniającego uzyskanie niepodległości przez republikę. Szlak ten (o długości 8 km) łączy historię z nowoczesnością. Podczas spaceru można oglądać budynki i miejsca istotne z punktu widzenia rozwoju Singapuru. My dotarliśmy nim do Merliona, czyli tryskającej wodą statui przedstawiającej pół lwa, pół rybę. Postać tę zaprojektował brytyjski ichtiolog Alec Frederick Fraser-Brunner (1906–1986). Była ona wykorzystywana od 1964 do 1997 r. jako logo Singapore Tourism Board, a konsekwentnie prowadzone działania marketingowe utrwaliły ją w świadomości nie tylko Singapurczyków.

 

NOWOCZESNE ZOO

Aby dostać się do Singapore Zoo, najlepiej skorzystać z taksówki lub usług Ubera. Bilety w cenie 35 i 23 dolarów singapurskich (odpowiednio dla dorosłych i dzieci, czyli ok. 95 i 63 złotych) możemy kupić przez internet (wówczas są ze zniżką i kosztują 29,75 i 19,55 dolarów singapurskich) lub na miejscu. Przy wejściu otrzymaliśmy dokładną mapę ogrodu i ruszyliśmy ścieżką prowadzeni przez świetnie zaprojektowane drogowskazy – zamiast strzałek zakończone są one podobiznami zwierząt, do których wiodą.

Początkowo trasa wiła się wśród roślinności. Przechodziliśmy przez drewniane mostki i ścieżki. W oddali słychać było pokrzykiwania małp. Zgodnie z planem chcieliśmy zdążyć na pierwsze karmienie słoni, bo mogą w nim uczestniczyć goście. Wczesna pora i deszcz sprawiły, że mijaliśmy pojedynczych turystów, a gdy doszliśmy do małej, drewnianej widowni przed wielkim wybiegiem, towarzyszyło nam kilka osób i tyle samo opiekunów zwierząt. Dzieci trzymające w rękach koszyczki z pokarmem stały przy balustradzie. Podeszły pod nią trzy słonie, które chętnie wyciągały trąby, odbierały od maluchów banany i wykonywały polecenia opiekunów równocześnie przybliżających zwyczaje tego gatunku. Oczywiście, radości było co niemiara, a my mieliśmy poczucie, że zwierzęta znajdują się tu pod dużo lepszą opieką niż w cieszących się złą sławą miejscach z innych części Azji.

Ponieważ rozpadało się na dobre i zakończyła się pora karmienia, skierowaliśmy się w stronę amfiteatru, gdzie zaplanowano na 10.30 Splash Safari Show z udziałem uszanki kalifornijskiej. Pierwsze rzędy podczas pokazu zarezerwowane są dla miłośników wodnych atrakcji. Dzieci, lekko już zmoczone ciepłym deszczem, z chęcią wskoczyły na wybrane miejsca, żeby po chwili przemoczyć się zupełnie. Uszanka kalifornijska wykonywała polecenia treserki, co jakiś czas efektownie wskakiwała do przeszklonego basenu i rozpryskiwała wodę, ochlapując roześmianą widownię. Po pokazie mokrzy, ale jeszcze bardziej radośni odwiedzaliśmy kolejne wybiegi. Na szczęście przestało padać.

W zoo znajduje się powyżej 2,4 tys. zwierząt z ponad 300 gatunków, z których ok. 34 proc. to gatunki zagrożone. Ogród, ceniony wśród odwiedzających, ma także renomę placówki dbającej o najwyższe standardy opieki nad zwierzętami, prowadzi doskonałe programy edukacyjne, zapewnia leczenie weterynaryjne i realizuje projekty hodowlane. Łącznie zajmuje powierzchnię 26 ha, a odwiedza go rocznie mniej więcej 1,9 mln turystów. Z każdą godziną podczas naszej wizyty wzrastała liczba gości, ale teren zoo jest tak rozległy, że z łatwością znajdowaliśmy miejsca, w których w samotności podziwialiśmy zwierzęta. Ogromne wrażenie zrobił na nas spacerujący po wybiegu i prezentujący dostojną sylwetkę biały tygrys. Z kolei krążący kilka centymetrów za szklaną przegrodą gepard grzywiasty aż przestraszył dzieci swoim spojrzeniem. W ciszy obserwowaliśmy nieruchome żółwie olbrzymie. Uśmiech na naszych twarzach wywołały lemury i kameleony, hipopotamy karłowate czy pingwiny. W wielu miejscach zwierzęta są tu niemal na wyciągnięcie ręki. Bliskie obcowanie z przyrodą sprawiło nam niesamowitą frajdę, dlatego wszystkim gorąco polecamy singapurski ogród zoologiczny. Szczególnie że jego mieszkańcy mają naprawdę znakomitą opiekę. Po obejrzeniu większości zwierząt i całkowitym wysuszeniu ubrań dzieci znowu chciały się trochę ochłodzić i z radością wskoczyły pod strumienie na tutejszym wodnym placu zabaw.

 

AKWARIUM NA WYSPIE

W czerwcu 2018 r. oczy całego politycznego świata zwrócone były na niewielką wyspę Sentosa (ok. 5 km² powierzchni), gdzie w luksusowym, 5-gwiazdkowym hotelu Cappella Singapore doszło do historycznego spotkania amerykańskiego prezydenta Donalda Trumpa z przywódcą Korei Północnej Kim Dzong Unem. Oby podpisane porozumienie i wymiana grzeczności stały się zapowiedzią trwałych i rewolucyjnych zmian na Półwyspie Koreańskim, równych metamorfozie, jaką przeszła w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat wspomniana Sentosa.

Ten niewielki skrawek lądu był w trakcie II wojny światowej świadkiem udręki wielu australijskich i brytyjskich więźniów z usytuowanego tu japońskiego obozu jenieckiego. Dopiero po odzyskaniu niepodległości władze Singapuru zaplanowały utworzenie na Sentosie kurortu z luksusowymi hotelami i atrakcjami turystycznymi. Wybudowano kolejkę gondolową (Singapore Cable Car) oraz most łączący wyspy. Zaprojektowano sztuczne plaże i powstanie nowoczesnych kompleksów rozrywki. Hasło promujące Sentosę jako The State of Fun w pełni oddaje charakter tego miejsca.

Można się tutaj dostać samochodem, kolejką lub autobusem. My wybraliśmy autokar, który dowiózł nas na podziemny parking w okolicach parku rozrywki Universal Studios Singapore. Po wyjściu na powierzchnię przeszliśmy przez okrągły i otoczony restauracjami plac (The Bull Ring), na którym stoi wirujący globus – symbol wytwórni. W pobliżu znajdują się także drzewa z różnej wielkości lizakami. To obowiązkowy punkt na wykonanie pamiątkowego zdjęcia dla każdego rodzica z dziećmi.

Nasz cel stanowiło S.E.A. Aquarium, w którym mieszka powyżej 100 tys. morskich zwierząt reprezentujących ponad tysiąc gatunków. Kilka lat temu zostało ono uznane przez użytkowników serwisu TripAdvisor za jedno z trzech najlepszych akwariów w Azji. Maluchy po raz kolejny były wniebowzięte, a my również poczuliśmy się niemal jak w bajkowym świecie z polsko-brytyjskiego filmu familijnego Wodne dzieci. Ogromne przeszklone zbiorniki, w których toczyło się życie, zadziwiały i przyciągały jak magnes. Moglibyśmy wpatrywać się godzinami w mureny, płaszczki, skrzydlice, delfiny, setki meduz, ławice kolorowych rybek, wielkie i małe ośmiornice. Stojąc w szklanym tunelu, obserwowaliśmy pływające nad naszymi głowami kilkadziesiąt rekinów, które w porze karmienia szybko pałaszowały wrzucane przez obsługę sporych rozmiarów kąski. W każdej sali odnajdywaliśmy dokładne opisy zwierząt i żałowaliśmy, że z braku czasu nie możemy wziąć udziału w programach edukacyjnych organizowanych przez akwarium. Wyjątkową propozycją jest np. spędzenie nocy w Galerii Otwartego Oceanu (Open Ocean Gallery) połączone ze zdobywaniem wiedzy o zachowaniach tutejszych stworzeń po zmroku.

Oczywiście, kilkudniowy pobyt w tym kraju nie wystarczy, aby poznać wszystkie jego atrakcje. Gdy wyjeżdżaliśmy, mieliśmy przeświadczenie, że to doskonałe miejsce na azjatycką podróż z dziećmi. Jest tu oczywiście bardzo czysto i bezpiecznie, a bary i restauracje z różnorodną kuchnią ułatwiają znalezienie potraw odpowiednich dla naszych pociech. Singapur bije wiele rekordów. Bardzo wysoki poziom edukacji, stałe promowanie innowacyjnych rozwiązań, konsekwentnie prowadzona polityka rozwoju i współpraca z najważniejszymi ośrodkami naukowymi na świecie gwarantują, że wkrótce usłyszymy o kolejnych osiągnięciach tego niewielkiego państwa-miasta. Czy będą to architektoniczne, inżynieryjne, kulturalne czy informatyczne nowości? Nie jest wykluczone, że Singapurczycy zaskoczą w wielu dziedzinach swoją pomysłowością lub umiejętnym wykorzystaniem pomysłów zatrudnionych tutaj specjalistów.

 

Wydanie jesień-zima 2018