SYLWIA JEDLAK-DUBIEL

<< Dziś coraz więcej czasu spędzamy bez ruchu: przed ekranem komputera, telewizora, w samochodzie, pociągu, samolocie. Nowinki technologiczne sprawiają, że cały świat jest dla nas niemal na wyciągnięcie ręki, ale nasze ciało wciąż domaga się tej samej troski, co zawsze. Chyba dlatego chętniej niż kiedyś interesujemy się różnymi rodzajami turystyki aktywnej, w tym jednym z jej najprostszych i najprzyjemniejszych typów, czyli wycieczkami rowerowymi, na które może wybrać się każdy, czy to stary, czy to młody, i nie potrzebuje do tego żadnych uprawnień ani specjalnych umiejętności. Jazda na rowerze nie tylko poprawia ogólną kondycję fizyczną i wydolność organizmu, lecz także pomaga zrzucić zbędne kilogramy oraz podnosi poziom endorfin, zwanych hormonami szczęścia. Jeśli zwykłą przejażdżkę urozmaicimy oglądaniem pięknych krajobrazów, zwiedzaniem zabytków i poznawaniem nowych miejsc, to mamy już przepis na wyjątkowo zdrowy wypoczynek. >>

Popularna w Europie turystyka rowerowa co roku zdobywa sobie kolejnych wielbicieli również w Polsce. Trend ten przyjął się u nas bardzo dobrze, czego dowodem są ciągle powstające szlaki na terenie całego kraju. Na dwóch kółkach zwiedzimy więc mnóstwo miast, miasteczek, wsi i malowniczych regionów. Na dodatek do niektórych zakątków dużo łatwiej dotrzemy właśnie zwrotnym i wąskim jednośladem. Jednocześnie rynek sprzętu dla cyklistów rozwija się niezmiernie dynamicznie. Oznacza to, że w sklepach stacjonarnych i internetowych aż roi się nie tylko od nowoczesnych modeli rowerów miejskich, górskich, trekkingowych, przełajowych czy szosowych we wszystkich kolorach, lecz także różnorodnych akcesoriów, czasem wyjątkowo wymyślnych (jak ozdobne nakrętki na wentyle w kształcie biedronek czy kotków), oraz ubrań dla rowerzystów – praktycznych, wygodnych i w modnym wzornictwie.

FOT. ARKADIUSZ GRUDZIEŃ

Do Wałbrzycha ściągają liczni miłośnicy kolarstwa górskiego


Gdy moja siostra dobrych kilka lat temu planowała rowerową eskapadę nad Morze Bałtyckie połączoną ze zwiedzaniem kolejnych latarni morskich na trasie, postanowiłam pomóc jej w realizacji tego przedsięwzięcia i zakupić dobry przewodnik po polskim wybrzeżu. Ze zdziwieniem stwierdziłam wtedy, że w księgarniach nie brakuje literatury przedmiotu dla amatorów dwóch kółek oraz map i książek z opisami wycieczek dla cyklistów. Z biegiem czasu przekonałam się za to, że pasjonatów tego typu turystyki przybywa, a wraz z powiększaniem się ich grona rozrasta się też nowoczesna infrastruktura zaspokajająca ich potrzeby. Przyjrzyjmy się zatem bliżej, co czeka wielbicieli dwukołowców w Polsce.

NA WSCHODZIE
W północno-zachodniej Lubelszczyźnie powstała zarządzana przez Lokalną Grupę Działania „Zielony Pierścień” sieć szlaków Kraina Rowerowa o łącznej długości ponad 500 km, obejmująca drogi gruntowe i publiczne o bardzo małym natężeniu ruchu samochodowego. Objechanie jej całej zajmie ok. 2 tygodni. Po drodze można zatrzymać się w 31 miejscach wypoczynkowych dla rowerzystów z zadaszoną wiatą, stołami, ławą, stojakiem na rowery, grillem i tablicą informacyjną. Dodatkowo w 13 punktach udostępniono np. apteczki pierwszej pomocy czy sprzęt do drobnych napraw jednośladów. Trasy prowadzą przez bardzo atrakcyjne tereny pod względem zarówno krajobrazowym, jak i kulturowym, przechodzą przez takie miejscowości jak Dęblin, Nałęczów, Kazimierz Dolny, Puławy czy Kozłówka. Część sieci – od wsi Brześce koło Janowca do Dęblina właśnie – stanowi fragment międzynarodowego Bursztynowego Szlaku Greenways, biegnącego od wybrzeża Bałtyku przez Polskę, a następnie Słowację do stolicy Węgier Budapesztu. Na jego odcinku w województwie lubelskim odwiedzimy m.in. renesansowo-barokowy Zamek w Janowcu, rynek z przepięknymi kamienicami w Kazimierzu Dolnym, Pałac w Celejowie z charakterystyczną białą wieżą, Pałac Czartoryskich w Puławach z oddziałem Muzeum Nadwiślańskiego oraz Twierdzę Dęblin nad Wisłą w okolicy jej dopływu rzeki Wieprz.
Z myślą o turystach wydano też Paszport Krainy Rowerowej przy Bursztynowym Szlaku Greenways z rubrykami na pieczątki potwierdzające dotarcie do konkretnych miejsc. Najbardziej wytrwali mają szansę zdobyć Odznakę Krainy Rowerowej. Lokalna Grupa Działania „Zielony Pierścień” z siedzibą w Kośminie stara się także promować regionalne smakołyki. W dniach 8–9 sierpnia br. zorganizowała Rajd Rowerowy po Produkt Lokalny, którego uczestnicy mogli spróbować przetworów z róży i sezonowych owoców, pysznego miodu, kazimierskich bajgli i wielu innych przysmaków oraz zakupić rękodzieło artystyczne.

NA ZACHODZIE
W 2004 r. Polska Organizacja Turystyczna nadała swój certyfikat Wielkopolskiemu Systemowi Szlaków Rowerowych. Składa się na niego obecnie aż 9 transregionalnych dróg dla miłośników dwóch kółek o łącznej długości niemal 1800 km – krajobrazowych: Nadwarciańskiego Szlaku Rowerowego (2 odcinki) i Szlaku Stu Jezior, historyczno-kulturowych: Piastowskiego Traktu Rowerowego, Transwielkopolskiej Trasy Rowerowej (2 części), Bursztynowego Szlaku Rowerowego, a także typowo regionalnych: Ziemiańskiego Szlaku Rowerowego i Pierścienia Rowerowego dookoła Poznania. Centrum sieci stanowi Poznański Węzeł Rowerowy, którego drogowskazy umieszczono nad brzegiem Jeziora Maltańskiego (sztucznego zbiornika utworzonego na rzece Cybina, dopływie Warty) w Poznaniu.
    Wszystkie te trasy zostały oznakowane zgodnie z wytycznymi PTTK (Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego). W trakcie ich przemierzania zwiedzimy m.in. historyczne zabytki Poznania i Gniezna, a także liczne parki krajobrazowe: Rogaliński, Żerkowsko-Czeszewski, Nadwarciański, Lednicki czy Promno. Co ciekawe, fragment systemu szlaków (Pierścienia Rowerowego dookoła Poznania) wiedzie przez tereny poligonu wojskowego w Biedrusku, gdzie kręcono sceny do filmu Ogniem i mieczem w reżyserii Jerzego Hoffmana. Jako tło dla aktorów posłużyły ruiny późnogotyckiego kościoła oraz zbudowana specjalnie na potrzeby produkcji makieta zamku w Chojnicy – oba obiekty znajdują się tam do dziś. Tutaj też nagrywano szarżę husarii pod Zbarażem z Michałem Żebrowskim jako Janem Skrzetuskim. Dużym udogodnieniem dla turystów w Wielkopolsce, również tych poruszających się na dwóch kółkach, jest cyfrowa mapa regionu dostępna do pobrania na stronie internetowej www.gpswielkopolska.pl za darmo dzięki Urzędowi Marszałkowskiemu Województwa Wielkopolskiego.

FOT. VISIT WIELKOPOLSKA

Wielkopolski Park Narodowy zachwyca bogactwem przyrody


W samym Poznaniu warto przejechać się wzdłuż brzegów wspomnianego malowniczego Jeziora Maltańskiego, wokół którego poprowadzono ciągi pieszo-rowerowe. Jeśli nie posiadamy swojego jednośladu, wynajmiemy go np. w pobliskiej wypożyczalni MaltaBike (2 punkty przy zachodnim krańcu Malty). Gdy odbijemy na wschód od tego najbardziej znanego poznańskiego akwenu, otoczonymi drzewami drogami towarzyszącymi biegowi rzeki Cybiny dojedziemy do stawów: Olszak, Browarnego, Młyńskiego czy Antoninek. Wielu miłośników dwóch kółek postanawia także poznać od strony lądu promowany ostatnio mocno szlak wodny tzw. Wielkiej Pętli Wielkopolski o długości blisko 690 km (na terytorium województw: wielkopolskiego, lubuskiego i kujawsko-pomorskiego), obejmujący głównie fragmenty Noteci i Warty. Godne uwagi w jego okolicy są np. trasy w powiecie konińskim, a to ze względu na urzekające jeziora (m.in. Gosławskie, Pątnowskie, Licheńskie, Mikorzyńskie czy Ślesińskie). Bardziej wytrwali turyści mogą spróbować pokonać wschodni (250-kilometrowy) lub zachodni (122-kilometrowy) odcinek Nadwarciańskiego Szlaku Rowerowego albo objechać inny słynny zbiornik wodny – Gopło, i wstąpić do Kruszwicy, gdzie wznosi się Mysia Wieża, z którą wiąże się znana legenda o królu Popielu.

NA PÓŁNOCY
Na rowerzystów postawił również Gdańsk. Z myślą o nich przygotowano stronę internetową www.rowerowygdansk.pl, na której znajdą przydatne informacje, np. o wypożyczalniach rowerów oraz imprezach odbywających się w mieście. Pobiorą oni stąd także mapę ścieżek, dostępną w wersji papierowej w dwóch lokalizacjach: na Długim Targu i ul. 3 Maja. Razem tutejsze trasy liczą sobie 470 km, a w znaczącej części obejmują ulice o dopuszczalnej prędkości do 30 km/godz. i drogi rowerowe. Na dwóch kółkach dotrzemy do najpopularniejszych punktów w Gdańsku – Ratusza Głównego Miasta, Dworu Artusa, Bazyliki Mariackiej (największego gotyckiego kościoła na świecie wzniesionego z cegły), Złotej Bramy, Długiego Pobrzeża i Żurawia, Pomnika Poległych Stoczniowców 1970, Nowego Portu graniczącego z Westerplatte, Lasów Oliwskich niegdyś należących do cystersów czy Bazyliki w Gdańsku-Oliwie, gdzie posłuchamy utworów odgrywanych na słynnych wielkich organach.
    Władze miasta starają się promować ten rodzaj sportu, turystyki i komunikacji za pomocą różnych akcji. 9 sierpnia br. gdańszczanie i nie tylko mogli wziąć udział w bezpłatnej rowerowej grze terenowej „Gdańsk – Miasto Jutra”, która rozpoczynała się i kończyła na Targu Węglowym. Uczestnicy zebrani w drużyny musieli wykonywać zadania w przestrzeni miejskiej, a walczyli o rowery, tablety i czytniki książek elektronicznych.

NA POŁUDNIU
Zwolennicy bardziej ekstremalnej jazdy na rowerze stawiają na kolarstwo górskie. W polskich mediach spopularyzowała je zwłaszcza nasza wicemistrzyni olimpijska z 2008 r., mistrzyni świata MTB XC (2010 r.) i Europy MTB XC (2009 r.) Maja Włoszczowska. Za miasto MTB (od ang. mountain terrain bike, czyli rower górski) uchodzi położony w województwie dolnośląskim Wałbrzych. Miejscowe świetnie przygotowane szlaki przeznaczone są tak dla amatorów, jak i zawodowców. Odbywają się na nich różne imprezy sportowe, np. Bike Maraton czy Puchar Polski MTB.
    Do wyboru mamy przejazdy o różnych poziomach trudności: od najcięższej trasy wokół Niedźwiadków (zdecydowanie dla zaawansowanych kolarzy) przez te wymagające dobrej kondycji wokół Borowej i na Chełmiec do łatwiejszych wokół Książańskiego Parku Krajobrazowego i Ptasiej Kopy. Bardziej doświadczeni miłośnicy rowerów górskich powinni spróbować okrążyć Wałbrzych. Czerwony szlak ciągnący się przez 61 km wiedzie przez interesujące krajobrazowo tereny (także w sąsiednich gminach Szczawno-Zdrój, Boguszów-Gorce i Jedlina-Zdrój), a najwyższy jego punkt Rozdroże Ptasie leży na 729 m n.p.m. Po drodze podziwia się na nim Góry Wałbrzyskie: widoki na szczyty Ptasia Kopa (590 m n.p.m.) i Lisi Kamień (613 m n.p.m.) czy też Chełmiec (851 m n.p.m.) i Mniszek (711 m n.p.m.), oraz panoramę Kotliny Wałbrzyskiej czy najdłuższy tunel kolejowy w Polsce pod wzniesieniem Mały Wołowiec (720 m n.p.m.). Na potrzeby turystów na stronie internetowej www.mtb.walbrzych.pl dodano w formie do ściągnięcia mapę okolicy z oznaczonymi traktami.

SMAK RYWALIZACJI
Naszego kraju nie omijają również najlepsi zawodowi kolarze, zarówno polscy, jak i zagraniczni, a to za sprawą prestiżowego Tour de Pologne, należącego do cyklu najważniejszych zawodów UCI (Union Cycliste Internationale – Międzynarodowej Unii Kolarskiej) World Tour. Tegoroczną, 71. już edycję, wygrał Rafał Majka.

FOT. SZYMON GRUCHALSKI/IMG STUDIO

Rafał Majka świętuje zwycięstwo


    Historia tego wyścigu szosowego sięga 1928 r., kiedy to we wrześniu odbył się on po raz pierwszy pod nazwą I Bieg Kolarski dookoła Polski z inicjatywy Warszawskiego Towarzystwa Cyklistów i gazety Przegląd Sportowy. Po II wojnie światowej wznowiono go w 1947 r. jako konkurencję amatorską. Dopiero w 1993 r. otrzymał rangę zawodową po tym, jak kierownictwo nad nim przejął Czesław Lang – polski kolarz, wicemistrz olimpijski z 1980 r. Dzięki jego wysiłkowi dziś Tour de Pologne może poszczycić się nie tylko wysoką pozycją w hierarchii UCI, lecz także faktem, że stanowi wielkie sportowe wydarzenie medialne, transmitowane w wielu wersjach językowych przez zagraniczne telewizje i ściągające przed ekrany miliony kibiców z całego świata. Wyścig składa się zawsze z kilku etapów. W br. było ich 7 o łącznej długości 1251 km: Gdańsk–Bydgoszcz, Toruń–Warszawa, Kielce–Rzeszów, Tarnów Gemini Park–Katowice, Zakopane–Szczyrbskie Jezioro na Słowacji, BUKOVINA Terma Hotel Spa–Bukowina Tatrzańska i odcinek 25-kilometrowej jazdy indywidualnej na czas ze startem i metą na krakowskim Rynku Głównym. W związku z 25. rocznicą wolnych wyborów uczestnicy rozpoczęli zmagania 3 sierpnia spod Stoczni Gdańskiej.
    Tym profesjonalnym zawodom towarzyszy m.in. Tour de Pologne Amatorów. Może w nim wziąć udział każdy, kto ukończył 18 lat, a za pisemną zgodą opiekuna nawet osoby od 16 roku życia. Rywalizacja odbywa się na jednym z fragmentów właściwego Tour de Pologne (w br. na 38 km etapu VI w okolicy Bukowiny Tatrzańskiej). W podobny sposób upowszechnia kolarstwo górskie Skandia Maraton Lang Team, który również organizuje Lang Team Czesława Langa. Ten cykl wyścigów co roku gości w różnych miastach Polski, ale zawsze ma 4 dystanse: Rodzinna Parada (ok. 10 km), Mini (30 km), Medio (60 km) i Grand Fondo (90 km). Pierwszy z nich charakteryzuje się typowo rekreacyjną formułą, za to na pozostałych trzech prowadzi się pomiar czasu (zawodnicy dostają numery startowe z chipem). Najbliższe tegoroczne edycje zaplanowano na 27 września w Dąbrowie Górniczej i 4 października w Kwidzynie.

Z POLSKI ZA GRANICĘ
Coraz większa popularność turystyki rowerowej w naszym kraju sprawia, że i u nas zaczynają pojawiać się firmy sprzedające tego typu wyprawy zagraniczne. Okazuje się, że dzięki nim na popularnym jednośladzie zwiedzimy dziś niemal cały świat. W końcu już w latach 30. XX w. polski podróżnik Kazimierz Nowak (1897–1937) przemierzył samotnie m.in. z jego pomocą bezdroża Afryki, w tym surowe tereny pustynne. Obecnie nikt nie wymaga od nas takiej samowystarczalności, a touroperatorzy pomagają wszystkim zainteresowanym w planowaniu podróży od podstaw.
    W tej dziedzinie specjalizują się np. mojeRowery.pl, posiadające swoją platformę w internecie i oferujące miłośnikom dwóch kółek rajdy po Europie. Do wyboru mamy tu kilka rodzajów wycieczek: wakacje na rowerze, wyprawy rowerowe i MTB. Różnią się one poziomem trudności oraz stopniem samodzielności uczestników. Możemy więc wybrać zorganizowany wyjazd obejmujący zakwaterowanie i opiekę pilota, wersję z jedną bazą i kiedy to my decydujemy, ile czasu chcemy spędzić na jeździe, albo transport grupy w preferowany przez nią rejon kontynentu. W przypadku wypraw rowerowych nasze bagaże między kolejnymi miejscami noclegowymi, przewidzianymi w hotelach, pensjonatach lub na kempingach, przewozi firmowy bus. Sami ustalamy, czy dany region zwiedzamy razem ze wszystkimi, czy też na własną rękę. Klienci dostają komplet informacji o okolicy, jej mapę i GPS z zaznaczonymi trasami rowerowymi, które warto przejechać. Chętni mogą u organizatora również wypożyczyć rowery. Wśród rozmaitych ofert, skierowanych do osób o różnym przygotowaniu kondycyjnym, każdy znajdzie coś dla siebie.

FOT. MOJEROWERY.PL

Rowerem wzdłuż wybrzeża Dalmacji


Na stronie internetowej mojeRowery.pl zarezerwujemy wycieczki do Austrii, Chorwacji, Czech, Danii, Francji, Niemiec, Rumunii, Słowenii i Włoch. Do ciekawszych propozycji należą na pewno „Transylwania – nie tylko Drakula” (w planie oglądanie zabytków z Listy Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO: dackich fortec w górach Orăștie, historycznego centrum Sighișoary, wiosek Viscri i Câlnic z kościołami obronnymi), „Wzdłuż Dunaju” (ok. 300-kilometrowa trasa rozpoczyna się w niemieckiej Pasawie, a kończy w stolicy Austrii Wiedniu), „Sardynia – lazurowa wyspa” (przez całą drogę od starego portu Alghero do Costa Smeralda, czyli Szmaragdowego Wybrzeża, i wysepki La Maddalena rowerzystom towarzyszą piękne widoki na Morze Śródziemne) bądź „Dalmatyńskim szlakiem” (zwiedzanie nadmorskich miast w chorwackiej Dalmacji z Trogirem i Splitem na czele).

EUROPA DLA ROWERZYSTÓW
Polskę z Europą łączy nie tylko zamiłowanie do turystyki rowerowej. Nasz kraj w przyszłości pokryje część sieci szlaków EuroVelo, wiodących wzdłuż lokalnych tras i ścieżek. Przedsięwzięciu temu, współfinansowanemu ze środków Unii Europejskiej, patronuje Europejska Federacja Cyklistów (European Cyclists’ Federation – EFC), a ma ono na celu promować przesiadanie się z samochodów na rowery, również podczas codziennych przejazdów z domu do szkoły lub pracy. 14 ponumerowanych dróg przecinających cały kontynent z północy na południe i ze wschodu na zachód według planów będzie w pełni gotowych do 2020 r.
    Na terytorium Polski poprowadzono odcinki 6 tras. EuroVelo 2 – Szlak Stolic (Capitals Route) wiedzie m.in. przez Kostrzyn nad Odrą, Poznań, Gniezno, Włocławek, Warszawę, Siedlce i Białowieżę. Rowerzyści przemierzający EuroVelo 4 – Szlak Europy Centralnej (Central Europe Route) dojadą do Jastrzębia-Zdroju, Pszczyny, Krakowa, Tarnowa, Rzeszowa czy Przemyśla. Wzdłuż wybrzeża Morza Bałtyckiego staną drogowskazy EuroVelo 10 i 13 (Szlaku wokół Bałtyku – Baltic Sea Cycle Route i Szlaku Żelaznej Kurtyny – Iron Curtain Trail). Z Gdańska do granicy z Czechami (przez Gniezno, Poznań, Wrocław, Kąty Wrocławskie i Świdnicę) dotrzemy EuroVelo 9 (Bałtyk–Adriatyk – Baltic–Adriatic), a z Litwy EuroVelo 11 (Szlak Europy Wschodniej – East Europe Route) przez Warszawę i Kraków dostaniemy się na Słowację. Nie wszystkie z wymienionych długodystansowych tras zostały już ukończone, ale ich stan sprawdzimy na przeznaczonej dla turystów stronie internetowej www.eurovelo.com, na której obejrzymy też interaktywną mapę całej sieci.

 

***

Podczas wypraw rowerowych przez różne mniej lub bardziej znane nam regiony zawsze czujemy się odrobinę jak odkrywcy – czy to dlatego, że otaczający nas świat mamy na wyciągnięcie ręki, czy też ponieważ jesteśmy zdani na własne siły oraz zmienne warunki pogodowe i musimy ocenić swoją wytrzymałość bądź wreszcie z powodu tego, iż w każdej chwili wolno nam skręcić z obranej drogi w kierunku miejsca, które przyciągnęło nasz wzrok. W książce Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd. Listy z podróży afrykańskiej z lat 1931–1936 z relacjami wspomnianego już Kazimierza Nowaka przeczytamy: A zatem równik mam poza sobą! Okazuje się, że można tu dotrzeć rowerem… jeśli się tylko naprawdę tego pragnie. Słowa te polski podróżnik napisał w pierwszej połowie XX w. Kilkadziesiąt lat wcześniej, w 1902 r. Henry Sturmey i James Archer wynaleźli przekładnię do zmiany biegów montowaną przy tylnej piaście (obecnie przerzutki należą do standardowego wyposażenia większości modeli, oprócz tych z ostrym kołem). Dzisiejszymi rowerami dojedziemy zatem rzeczywiście wszędzie, a wybór celu podróży zależy jedynie od naszych upodobań, ilości wolnego czasu i możliwości finansowych. Ja na początek polecam poznanie własnego podwórka, czyli pełne wrażeń wycieczki po Polsce, a potem wyruszenie na dwóch kółkach na wyprawy po zawsze atrakcyjnej Europie.

Artykuły wybrane losowo

Kuba pełna atrakcji

 

EWA SERWICKA

www.dalekoniedaleko.pl

 

68 CatedralNueva Havanna 14x8 F1

Imponująca barokowa fasada hawańskiej Katedry z XVIII stulecia

© CUBA TOURIST BOARD

 

Stara Hawana z zabytkowymi kolorowymi kamienicami, malownicze uliczki miasta Trinidad, klub salsy z unoszącym się dymem kubańskich cygar i zapachem rumu, długa, biała plaża z wysmukłymi palmami kokosowymi i krystalicznie czysta, błękitna woda, amerykańskie samochody z ubiegłego wieku na drogach i ludzie uśmiechnięci pomimo trudów życia – tak wygląda Kuba. W tym karaibskim kraju można jednak zobaczyć o wiele więcej. Wyspa jak wulkan gorąca to idealne miejsce na urlop pełen wrażeń.

 

Terytorium Republiki Kuby (ok. 110 tys. km² powierzchni) otaczają wody Zatoki Meksykańskiej, Cieśniny Jukatańskiej, Cieśniny Florydzkiej, Cieśniny Wiatrów (Zawietrznej), Kanału Starobahamskiego i Morza Karaibskiego. W ciągu roku występuje tu pora sucha i deszczowa. Główna wyspa, nieco przypominająca swoim kształtem jaszczurkę, i sąsiadujące z nią mniejsze wysepki wchodzą w skład archipelagu Wielkich Antyli podobnie jak Jamajka, Portoryko czy Haiti (Hispaniola). Funkcję stolicy pełni położona u północno-zachodnich wybrzeży ponad 2,1-milionowa Hawana, zwrócona w stronę półwyspu Floryda, należącego do Stanów Zjednoczonych.

 

Kuba jest krajem fascynującym, pełnym kontrastów, nieco zanurzonym w przeszłości. Zachwycą się nim zarówno miłośnicy zabytków i ciekawostek historycznych, jak i osoby chcące odpocząć na rajskich plażach czy amatorzy sportów wodnych. Serdeczność, otwartość i radość życia Kubańczyków sprawią, że każdy będzie się tu czuł jak miły gość.

 

SPACER PO STAREJ HAWANIE

 

Serce Kuby bije w starej części Hawany – La Habana Vieja. Wypełniają ją zabytkowe place, kolonialne kamienice i uliczki, po których jeżdżą amerykańskie krążowniki szos z lat 40. i 50. XX w. Ubrane w kolorowe stroje Kubanki pozują z turystami do zdjęć. La Habana Vieja ma swój wyjątkowy urok.

 

To kubańskie miasto zostało założone na początku XVI stulecia przez konkwistadora z Hiszpanii – Diega Velázqueza de Cuéllara – jako port handlowy. Niecałe 100 lat później stało się stolicą kolonii hiszpańskiej na Kubie. Ponieważ szybko się rozwijało, wkrótce zaczęło pełnić funkcję najważniejszego portu w tej okolicy. Dzieje Hawany są dość burzliwe – często padała celem ataków piratów, przez krótki czas należała do Wielkiej Brytanii (w okresie wojny siedmioletniej, w latach 1762–1763), a na przełomie XIX i XX w. znajdowała się pod okupacją amerykańską. W 1902 r. miasto ogłoszono stolicą Republiki Kuby, a 8 stycznia 1959 r. Fidel Castro praktycznie przejął w nim władzę w państwie.

 

Wpisane w 1982 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO historyczne centrum Hawany i jego system fortyfikacji powinien obowiązkowo odwiedzić każdy, kto trafi na wyspę. Spacer można zacząć przy placu Broni (Plaza de Armas). Przylega do niego pierwsza twierdza miasta – Castillo de la Real Fuerza. Zaczęto ją budować w 1558 r. na ruinach starszych umocnień zniszczonych trzy lata wcześniej przez francuskich korsarzy. Tuż obok znajduje się El Templete, świątynia upamiętniająca miejsce założenia Hawany w listopadzie 1519 r. Środek placu stanowi niewielki skwer, wokół którego rozkładają swoje towary sprzedawcy książek, plakatów i płyt winylowych. Dominuje tematyka rewolucyjna, a z okładek nierzadko spoglądają dumnie wielcy przywódcy rewolucji kubańskiej z lat 1953–1959 – Fidel Castro i Ernesto Che Guevara.

 

Nieopodal leży plac św. Franciszka z Asyżu (Plaza de San Francisco de Asís), przy którym wznosi się barokowa bazylika pod wezwaniem tego świętego. Kościół i pobliski klasztor wybudowano pod koniec XVI w. Na obrzeżu placu znaleźć można niewielki pomnik Fryderyka Chopina, a przy wejściu do świątyni stoi brązowy posąg Kawalera z Paryża (El Caballero de París), przedstawiający zmarłego w 1985 r. pacjenta tutejszego szpitala psychiatrycznego. José María López Lledín całymi dniami kręcił się po ulicach Hawany. Nie wiadomo, skąd wziął się jego przydomek, ale podobno jednoczesne złapanie posągu za brodę i palec przynosi szczęście.

 

Przepiękny jest także plac Stary (Plaza Vieja). Co ciekawe, kiedy utworzono go w 1559 r., nadano mu nazwę plac Nowy (Plaza Nueva). Przez lata odbywały się w jego okolicy liczne fiesty, walki byków, procesje i egzekucje oglądane przez zamożnych mieszkańców z pobliskich balkonów. Później przez jakiś czas działał tutaj popularny targ miejski. Dzisiaj przy placu funkcjonują kawiarenki. Turyści spacerują po nim i przyglądają się częściowo odrestaurowanym fasadom starych kolonialnych budynków.

 

Przy placu Katedralnym (Plaza de la Catedral) dominuje sylwetka wybudowanej w barokowym stylu Katedry (Catedral de La Habana). W jej pobliżu można często spotkać starsze Kubanki, chętnie pozujące do zdjęć z cygarem w dłoni lub ustach w zamian za kilka peso. Tuż za rogiem znajduje się jeden z dwóch ulubionych barów amerykańskiego pisarza Ernesta Hemingwaya (przynajmniej według narosłych wokół niego legend) – „La Bodeguita del Medio”. Warto też przespacerować się pod Hotel Ambos Mundos, w którym pomieszkiwał w latach 1932–1939 słynny Amerykanin, a następnie przejść się wzdłuż głównego deptaka Starej Hawany – ulicy Obispo, ciągnącej się od placu Broni prawie po Park Centralny.

 

Parque Central to oaza zieleni. Wzdłuż niego biegnie reprezentacyjna hawańska aleja – Paseo de Martí (Paseo del Prado). To w tej okolicy znaleźć można jedne z najdroższych hawańskich hoteli. W tym rejonie również stoi Kapitol (Capitolio de La Habana) z 1929 r., wzorowany na waszyngtońskim gmachu Kongresu Stanów Zjednoczonych, Panteonie w Paryżu i Bazylice św. Piotra na Watykanie. Do rewolucji był siedzibą rządu kraju. Nieopodal natrafimy także na postój starych amerykańskich samochodów. Przejażdżka takim autem będzie na pewno ciekawym doświadczeniem.

 

PISARZ I RUM

 

Kuba była ukochaną wyspą Ernesta Hemingwaya. Po raz pierwszy zawitał on tutaj przypadkiem w 1928 r., kiedy parowiec, którym wracał z Francji do Stanów Zjednoczonych, z przyczyn technicznych musiał zatrzymać się w Hawanie. Tak zaczęło się szczególne przywiązanie pisarza do kraju będącego jeszcze wówczas pod ogromnymi wpływami amerykańskimi. Uważany za awanturnika, człowieka rozrywkowego i nie wylewającego za kołnierz Amerykanin doskonale czuł się w luźnej atmosferze miasta. Chętnie przypływał tu łodzią rybacką Pilar, a zwykł zatrzymywać się w swoim ulubionym pokoju numer 511 Hotelu Ambos Mundos, leżącego w starej części Hawany. To właśnie w tym miejscu zaczęła powstawać nominowana do Nagrody Pulitzera powieść Komu bije dzwon (ukończona w 1940 r.), na której ponoć wzorował się Fidel Castro przy organizowaniu działań rewolucyjnej partyzantki.

 

Z Hemingwayem i jego silnymi związkami z Kubą kojarzy się przypisywane mu powiedzenie Moje mojito w „Bodeguicie”, moje daiquiri we „Floridicie”, chociaż wielu twierdzi, że tak naprawdę pisarz pił wszystko, co miało w składzie alkohol. Te dwa kubańskie koktajle znane są na całym świecie. Mojito to drink przygotowywany w wysokiej szklance, do której wsypuje się łyżeczkę brązowego cukru trzcinowego lub wlewa guarapo – sok z trzciny cukrowej. Następnie dodaje się liście mięty, sok z limonki, kostki lodu, biały rum i wodę gazowaną. Z kolei daiquiri jest koktajlem na bazie kruszonego lodu z dodatkiem cukru, soku z limonki i – oczywiście – białego rumu. W barze „Floridita”, znajdującym się przy ulicy Obispo, można spróbować różnych wariantów tego drinka, w tym ulubionej wersji Hemingwaya – Papa Hemingway (Papa Doble), z sześcioma kroplami likieru maraschino, sokiem grejpfrutowym, podwójnym rumem i bez cukru.

 

W OBŁOKACH DYMU

 

Kuba słynie też z produkcji cygar doskonałej jakości. Plantacji tytoniu tu nie brakuje. Warto wybrać się do żyznej doliny Viñales (Valle de Viñales), położonej w zachodniej części wyspy, w prowincji Pinar del Río. Na tym obszarze tytoń uprawia się tradycyjnymi metodami, bez użycia maszyn. Nierzadkim widokiem jest tutaj byk ciągnący pług. Podczas wizyty na jednej z takich tradycyjnych plantacji jej pracownik opowiada i pokazuje, jak wygląda cały proces produkcji: od zasiewu małych nasion przypominających nieco zmieloną kawę aż po skręcanie cygara.

 

Ciekawa będzie także wizyta w którejś z fabryk rozsianych po Kubie. Tu wszystko z reguły zaczyna się od pomieszczenia, gdzie kilka kobiet selekcjonuje liście i usuwa z nich grube żyłki. Jakość cygara zależy właśnie od liści użytych do jego produkcji. W głównej sali pracują zwijacze. Na jednym z jej końców znajduje się miejsce dla czytacza – to osoba, która czytaniem gazet czy książek umila innym nudną i monotonną pracę. Cygara rolowane są błyskawicznie na drewnianych pulpitach zarówno przez kobiety, jak i mężczyzn. Najsprawniejsze osoby potrafią wykonać dziennie nawet kilkaset sztuk o identycznej jakości.

 

Dolina Viñales to jednak nie tylko plantacje tytoniu. Charakterystycznym elementem jej krajobrazu są mogoty – malownicze skalne ostańce będące częścią pasma górskiego Sierra de los Órganos. Te stare formacje krasowe powstały w okresie jury pod wpływem erozji. Woda wypłukała bardziej miękkie fragmenty skał wapiennych, w efekcie czego ukształtowały się ogromne kopułowate lub stożkowate wzgórza. Porastają je gęste, intensywnie zielone zarośla i drzewa. To idealne miejsce na piesze wędrówki, przejażdżki konne czy wspinaczkę. Już samo podziwianie okolicy z punktu widokowego sprawia wielką przyjemność.

 

MALOWNICZE MIASTO

 

W pobliżu miasta Trinidad znajduje się inna przepiękna kubańska dolina – Valle de los Ingenios. Trzcina cukrowa, która przecież tak mocno kojarzy się z Karaibami, na Kubie pojawiła się wraz z przybyciem kolonizatorów. Pierwsze sadzonki przywiózł tu w 1511 r. Diego Velázquez de Cuéllar i od razu okazało się, że wilgotny tropikalny klimat, żyzne gleby i stosunkowo płaski teren stanowią doskonałe warunki do uprawy tej rośliny. Mimo to początkowo cukier produkowano wyłącznie na rynek lokalny. Dopiero w 1762 r. okupujący wyspę Brytyjczycy wprowadzili nowe technologie. W dodatku błyskawicznie podwojono liczbę sprowadzanych na Kubę niewolników i – niestety – zaczęto zmuszać ich do dużo cięższej pracy. Przyczyniło się to do szybkiego wzrostu produkcji, a kraj stał się jednym z największych eksporterów cukru, dzięki czemu właściciele plantacji z Doliny Cukrowni opływali w dostatki.

 

Dzisiaj o tym dobrobycie przypomina Trinidad. Miasto uznawane jest obecnie za jedno z najpiękniejszych na wyspie. Założony w 1514 r. ośrodek bardzo długo cieszył się swojego rodzaju autonomią ze względu na położenie na uboczu i brak dobrych dróg łączących go z innymi częściami Kuby. Okres jego świetności przypadł na XVIII stulecie i związany był właśnie z produkcją cukru. Cukrowi baronowie mieli w mieście wspaniałe rezydencje. W jednej z nich (Palacio Cantero) urządzono muzeum (Museo Municipal de Trinidad) pokazujące, jak wyglądało życie w tamtych czasach. Warto również zwrócić uwagę na szerokie, brukowane ulice – kamienie sprowadzono aż z Bostonu, co dla ówczesnych zamożnych mieszkańców nie stanowiło dużego wydatku. Polecam przejść się tymi ulicami. Stoją przy nich pomalowane na jasne, ciepłe i radosne kolory domy z charakterystycznymi zakratowanymi oknami – to kolejna pamiątka po okresie kolonialnej świetności. Pięknie wyglądają na ich tle stare samochody.

 

AMERYKAŃSKIE KRĄŻOWNIKI

 

Wspomniane już kilka razy oldtimery nieodłącznie kojarzą się z Kubą. Rzeczywiście na ulicach kubańskich miast można spotkać wiele takich zabytkowych pojazdów, choć coraz częściej pojawiają się też nowoczesne samochody. Skąd stare amerykańskie krążowniki szos wzięły się na wyspie? Przed rewolucją większość sprowadzanych aut pochodziła z USA. Przywożono tu popularne wówczas chevrolety, fordy, buicki, chryslery, oldsmobile, plymouthy, dodge’e czy cadillaki. Gdy do władzy doszedł Fidel Castro, Stany Zjednoczone wprowadziły embargo na eksport do Kuby. Jednocześnie w państwie ustanowiono prawo, które zezwalało na posiadanie prywatnie jedynie samochodów nabytych jeszcze przed zwycięską rewolucją (przed 1959 r.).

 

Po wprowadzeniu obostrzeń dotyczących importu aut i części zamiennych z USA zaczęto sprowadzać pojazdy głównie z zaprzyjaźnionych krajów komunistycznych, najczęściej ze Związku Radzieckiego, dlatego dzisiaj na kubańskich ulicach można zobaczyć również łady, wołgi albo nasze polskie maluchy. Ponieważ jednak zakup nowego samochodu przez dłuższy czas był mocno utrudniony, Kubańczycy starali się dbać o swoje stare wozy, żeby służyły im jak najdłużej.

 

W trakcie spaceru po tutejszych miastach nieraz zauważymy wypolerowane, dopieszczone i błyszczące historyczne pojazdy, które jeżdżą głównie jako taksówki wożące turystów. Taka przejażdżka jest na pewno ogromną atrakcją, w szczególności dla miłośników motoryzacji. Oprócz zadbanych stylowych oldtimerów można także dostrzec nadgryzione zębem czasu, poddane licznym prowizorycznym naprawom i połatane gruchoty. Z daleka nadal wyglądają na auta z klasą, ale z bliska widać, że lakier się łuszczy, karoseria rdzewieje, a samochód właściwie powinien trafić na złomowisko, a nie jeździć po drogach. Takich pojazdów bywa więcej na prowincji niż w głównych ośrodkach Kuby.

 

ZWIEDZANIE WYSPY

 

Chociaż to Hawana i Trinidad wiodą prym wśród miast najchętniej odwiedzanych przez turystów wypoczywających na pełnej kolonialnych zabytków gorącej kubańskiej ziemi, w tym karaibskim kraju jest wiele równie pięknych i ciekawych miejscowości. Dobry przykład stanowi Cienfuegos, nazywane Perłą Południa (La Perla del Sur), założone w 1819 r. przez francuskich imigrantów. Przywieźli oni ze sobą kolejne unowocześnienia produkcji cukru i szybko sprawili, że to właśnie to miasto odebrało Trinidadowi miano stolicy cukrowej Kuby. W trakcie spaceru tutejszymi ulicami od razu można zauważyć odmienny charakter okolicy i ślady po Francuzach. Dzisiaj eleganckie i finezyjne budynki przykrywa warstwa kurzu, ale mimo to nadal przypominają o dawnej kolonialnej świetności Cienfuegos, którego historyczne centrum zostało wpisane w 2005 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.

 

Urokliwe jest też blisko 350-tysięczne miasto Camagüey, pełne niewielkich, co chwilę rozwidlających się uliczek łączących miejskie place, czasem prowadzących do ślepych zaułków. Ma ono wyjątkowy plan urbanistyczny, niespotykany w innych kolonialnych ośrodkach, które zazwyczaj charakteryzują się geometrycznym układem ulic i budynków. Camagüey wygląda, jakby rozwijało się bez żadnego projektu, zupełnie chaotycznie, ale to tylko pozory. Oryginalną osadę założono bliżej północnego wybrzeża w lutym 1514 r. i nosiła ona wówczas nazwę Santa María del Puerto del Príncipe. Ciągłe ataki piratów i grabieże sprawiły, że przeniesiono ją w głąb lądu i tak zaplanowano ulice, aby stanowiły one labirynt, w którym atakujący gubiliby się, stając się łatwym celem dla znających doskonale plątaninę zaułków mieszkańców.

 

W planie zwiedzania nie można pominąć prawie półmilionowego Santiago de Cuba, powstałego jako piąta z kolei osada założona przez Diega Velázqueza de Cuéllara na Kubie 25 lipca 1515 r. Nazwa miasta pochodzi od patrona tego dnia – św. Jakuba Większego (hiszp. Santiago el Mayor). Zostało ono stolicą hiszpańskiej kolonii, lecz pełniło tę funkcję tak naprawdę dość krótko, jedynie do 1556 r., kiedy to ówczesny gubernator Diego de Mazariegos przeniósł swoją oficjalną rezydencję do Hawany. Oprócz spaceru po przepięknych ulicach warto odwiedzić także koszary Moncada, gdzie 26 lipca 1953 r. niejako rozpoczęła się rewolucja kubańska. Tego dnia młodzi i niedoświadczeni członkowie organizacji Fidela Castro zaatakowali wojskowy obiekt, żeby zdobyć broń do walki z dyktaturą Fulgencia Batisty. Ponieśli jednak sromotną klęskę, niektórzy stracili życie, wielu aresztowano i torturowano. Do więzienia trafił sam Fidel Castro. Zwolniono go w 1955 r. Wyjechał więc do Meksyku, gdzie stworzył Ruch 26 Lipca (Movimiento 26 de Julio). W Santiago de Cuba trzeba również zajrzeć do tutejszego potężnego zamku (Castillo de San Pedro de la Roca, znanego też jako Castillo del Morro), od 1997 r. znajdującego się na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Z twierdzy rozciąga się bardzo ładny widok na zabudowania miejskie z zatoką Santiago de Cuba na pierwszym planie.

 

Warto także odwiedzić urokliwe Sancti Spíritus, jedno z najstarszych kubańskich miast, założone 4 czerwca 1514 r. Wyróżnia je przepiękny stary most zbudowany na rzece Yayabo w 1815 r. Konstrukcję o długości 85 m wzniesiono w całości z cegieł, a środkowy z pięciu łuków ma aż 9 m wysokości. Z wieży tutejszego kościoła (Iglesia Parroquial Mayor del Espíritu Santo) rozciąga się zapierający dech w piersiach widok na okolicę. Sancti Spíritus jest nieco rzadziej odwiedzane przez turystów, ale na pewno nie można mu odmówić dużego uroku.

 

Poszukiwacze wspaniałych punktów widokowych powinni też udać się na Wzgórze Krzyża (Loma de la Cruz, 261 m n.p.m.). Rozpościera się z niego fantastyczna panorama miasta Holguín. Doskonale widać stąd, jak jego precyzyjnie rozplanowane ulice przecinają się pod kątem prostym. Ze szczytu wzniesienia w dół prowadzi 458 schodów. Na północny wschód od Holguín znajduje się zatoka Bariay, która pretenduje do miana miejsca, gdzie Krzysztof Kolumb przybył 28 października 1492 r. i pierwszy raz postawił stopę na przepięknej kubańskiej ziemi. W swoich dziennikach wspomina on o charakterystycznym wzgórzu przypominającym kowadło, a taki właśnie kształt ma górujące nad nią wzniesienie.

 

NA WSCHODZIE

 

O status pierwszego miejsca na Kubie, do którego dotarł odkrywca Ameryki, konkuruje z zatoką Bariay położone na wschodnim końcu wyspy miasto Baracoa. Tu również znajduje się wzgórze wyglądające jak kowadło, taką zresztą nosi nazwę – El Yunque (575 m n.p.m.). Baracoa, leżąca na peryferiach kraju, jest bardziej zaniedbana i uboższa niż Hawana czy Trinidad, ale warto ją odwiedzić. Przez wiele lat była faktycznie odcięta od reszty Kuby, gdyż jeszcze do czasów rewolucji nie prowadziły do niej żadne porządne drogi.

 

Być może nigdy nie uda się ostatecznie ustalić, gdzie na wyspie po raz pierwszy Krzysztof Kolumb zszedł na ląd. Jedno jest jednak pewne – Baracoa to najstarsze kubańskie miasto i pierwsza stolica kolonii. Diego Velázquez de Cuéllar założył ją 15 sierpnia 1511 r. W późniejszych stuleciach Hiszpanie wznieśli tutaj kilka potężnych fortyfikacji, m.in. twierdzę Matachín (w 1802 r.), w której działa obecnie muzeum prezentujące eksponaty związane z historią okolicy (Museo Municipal de Baracoa). Od fortecy wzdłuż wybrzeża biegnie dwukilometrowa ulica zwana Malecón, podobnie jak słynny nadmorski bulwar w Hawanie (z tym że ten w stolicy Kuby ma długość 8 km). Tutejsza promenada jest na pewno mniej reprezentacyjna i cztery razy krótsza niż stołeczna, ale nadal czarująca. Stoją przy niej mocno podniszczone kolorowe budynki. Niektóre z nich znajdują się w trakcie renowacji po wysokiej fali, jaka kilka lat temu zalała nabrzeże.

 

Baracoa nie może się poszczycić piękną piaszczystą plażą, ale nieopodal leży Playa Maguana, ulubione miejsce wypoczynku kubańskich rodzin z okolicy. Wygląda zupełnie jak kadr z rajskiej wyspy – miękki, jasny piasek kontrastuje z błękitną, krystalicznie czystą wodą. Zachwycająca jest dzikość Maguany – brak tu wysokich hoteli i barów plażowych z dudniącą muzyką. W pobliskiej prowizorycznej knajpce można zamówić grillowaną langustę i cieszyć się jej smakiem w błogim spokoju.

 

71 Sailing 2584 2 14x9 M1

Modny kurort Varadero na półwyspie Hicacos

© CUBA TOURIST BOARD

 

RAJSKIE PLAŻE

 

Miłośnicy zapierających dech w piersiach piaszczystych plaż powinni bez wątpienia odwiedzić niewielki archipelag Sabana-Camagüey leżący u północnych wybrzeży Kuby, znany bardziej jako Ogrody Króla (Jardines del Rey). Składa się on z koralowych wysepek (cayos) usytuowanych wzdłuż brzegu. Jedną z najpiękniejszych jest Cayo Coco (370 km² powierzchni), słynąca z luksusowych kompleksów hotelowych. Dodatkową atrakcją w tym rejonie są zachwycające rafy koralowe, które przyciągają płetwonurków z całego świata.

 

Cudownych plaż nie brakuje także na położonej w pobliżu południowo-zachodniego wybrzeża Cayo Largo (Cayo Largo del Sur). Coś dla siebie znajdą tu zarówno osoby oczekujące rozbudowanej infrastruktury i zaplecza do uprawiania sportów wodnych, jak i ci, którzy wolą odpoczywać w dziewiczym otoczeniu. Północną część tej wysepki o powierzchni 37,5 km² porastają przepiękne lasy namorzynowe.

 

Najsłynniejszy kubański kurort stanowi niemal 30-tysięczne Varadero na półwyspie Hicacos, uznawane za jedną z największych miejscowości wypoczynkowych na całych Karaibach. Nie ma się co dziwić, gdyż w okolicy turyści mogą odpoczywać na 22 km piaszczystych plaż, przy których znajdują się hotele dopasowane do najprzeróżniejszych wymagań turystów. Wśród atrakcji tutejszego półwyspu warto wymienić też jaskinie (np. Muzułmanów – Cueva de los Musulmanes), niewielkie wysepki czy wspaniałe rafy koralowe.

 

90 Scenic bay El Junque Baracoa  NOY4451 F1

Zatoka koło najstarszego kubańskiego miasta Baracoa ze wzgórzem El Yunque w tle
© CUBA TOURIST BOARD

 

 

KALEJDOSKOP KUBAŃSKI

MARCIN WESOŁY

 

<< Foldery biur podróży wypełniają zdjęcia kolorowych kubańskich domów, wypucowanych starych amerykańskich samochodów, uśmiechniętych par tańczących salsę i Kubańczyków kurzących cygara. Tak wygląda Kuba dewizowych turystów. Aby zobaczyć tę prawdziwą, trzeba mieć oczy szeroko otwarte i nie bać się wyjść jej naprzeciw. >>

Hiszpańscy osadnicy zbudowali niegdyś potęgę swojej kolonii na handlu cukrem, tytoniem i kawą, a także niewolnikami. Dziś Republika Kuby należy do najsłynniejszych państw komunistycznych na świecie, a brodatą twarz Fidela Castro rozpoznają niemal wszyscy. Jej główna wyspa jest jednocześnie największą w archipelagu Wielkich Antyli i na całych Karaibach. W stolicy kraju, znajdującej się nad Zatoką Meksykańską Hawanie, żyje obecnie ponad 2 mln mieszkańców.

Na hawańskim lotnisku podczas kontroli paszportowej podaję młodemu funkcjonariuszowi wymagane dokumenty. Ten odbiera je ode mnie i prosi, abym ustawił się do zdjęcia. Potem długo czekam, zanim wreszcie słyszę zbawienny odgłos przystawianego stempla.

Więcej…

Japońska droga do doskonałości

VICTOR BORSUK

www.victorborsuk.com

 

<< O Japonii marzyłem już od dziecka. Zaczęło się od japońskiej kreskówki „Dragon Ball” (powstałej na podstawie mangi Akiry Toriyamy), którą oglądałem na kanale telewizyjnym RTL 7. Z pewnością zresztą nie tylko ja nie mogłem się zawsze doczekać godziny 15.00, kiedy to emitowano kolejny odcinek. Gdy myślę o tym wspomnieniu, wydaje mi się całkiem zabawne, że fascynacja często zaczyna się od tak prostych przyjemności, które zaszczepiają w umyśle dziecka pozytywne skojarzenia. >>

 

Góra Fudżi i pagoda Chureito z 1963 r. znajdująca się koło jeziora Kawaguchi

©© FUJIYOSHIDA CITY/JNTO

 

Ten serial animowany zainspirował mnie do zmiany, zacząłem chcieć ciągle się rozwijać. Jego bohaterzy przez setki odcinków ćwiczyli, trenowali, walczyli z najeźdźcami z wszechświata i bronili naszej planety. Być może brzmi to mało oryginalnie, ale właśnie ta chęć nieustannego uczenia się, aby stale zwyciężać, nadała nowy sens mojemu życiu. Oczywiście, nie miałem w planach obrony świata, ale ciągłe stawanie się lepszą wersją siebie. Znakomicie oddaje to japońska praktyka ustawicznego doskonalenia się – kaizen (kai oznacza „zmiany”, a zen– „dobro”, „dobry”).

Kiedy byłem dzieckiem, nie do końca rozumiałem moją fascynację, ale szybko zapisałem się na treningi karate. Na zajęciach w lekkim rozkroku wyprowadzałem ciosy, licząc w języku japońskim (ichi, ni, san, shi…). Czułem dumę płynącą z tego, że wprowadzałem kulturę Japonii w swoje życie. Im więcej czytałem o Kraju Kwitnącej Wiśni, jego mieszkańcach, ich zwyczajach i kulcie pracy, tym bardziej byłem nim zafascynowany. Zrozumiałem, że nie będę mógł spać spokojnie, jeżeli w końcu się tam nie wybiorę. Zajęło mi to 17 lat. W tym czasie stosowałem na co dzień zasady kaizen, polegające na stawianiu małych kroków i nieustannym rozwoju.

 

 

SZUKANIE PASJI

W 14. roku życia zainteresowałem się sportem, który stał się moją prawdziwą pasją. Wcześniej próbowałem swoich sił w lekkiej atletyce, karate, piłce nożnej, kick-boxingu czy akrobatyce, żeby ciągle doskonalić się w nowych dziedzinach i dorównać bohaterom z uwielbianego przeze mnie japońskiego serialu. Pewnego dnia po raz pierwszy zobaczyłem na wodzie kitesurferów, którzy skakali na wysokość nawet 6 m w górę i po prostu wsiąkłem. Nie byłem – niestety – najbardziej utalentowany i opanowanie nowej dyscypliny sportowej zajęło mi prawie pół roku. Jednak systematycznie ćwiczyłem w domu na drążku, oglądałem filmy na komputerze, uczyłem się każdej ewolucji – najpierw rozpisywałem ją sobie na kartce krok po kroku, potem wykonywałem na sucho, a na sam koniec powtarzałem do skutku na wodzie. Po dwóch latach zostałem wicemistrzem Polski, potem siedmiokrotnym mistrzem Polski, zdobywcą pucharów Azji i Europy. W drodze do tych zwycięstw właściwie nieświadomie korzystałem z podstawowych zasad japońskiego kaizen, które mówią, że jeśli chce się osiągnąć sukces w jakiejś dziedzinie, nie wolno stawiać sobie nierealnych celów, mogących osłabiać motywację. Jeżeli pragnie się coś zmienić, trzeba zacząć od małych kroków, ale posuwać się do przodu systematycznie i konsekwentnie.

W ten sposób docieramy do finału tej historii. Przez 17 lat marzyłem o tym, żeby pojechać do Japonii i sprawdzić, czy rzeczywistość sprosta moim oczekiwaniom. Byłem tak zafascynowany kulturą tego kraju, że jej elementy starałem się wprowadzać w swoje życie, więc gdy nadarzyła się okazja, aby osobiście odwiedzić ojczyznę Japończyków, odczuwałem pewnego rodzaju przerażenie. Obawiałem się, że stworzyłem sobie w głowie zbyt wyidealizowany obraz Japonii albo zupełnie błędny. Jednak podobno do odważnych świat należy. Nie mogłem dłużej czekać i wyruszyłem w podróż.

 


Osaka Aquarium Kaiyukan – jedno z największych publicznych akwariów na świecie

©© WWW.VICTORBORSUK.COM

 

SPEŁNIENIE MARZEŃ

Wreszcie nadszedł upragniony dzień, o którym marzyłem od wielu lat. W końcu wsiadłem do samolotu lecącego do Tokio. Byłem tak podekscytowany, że nie potrafiłem usiedzieć w miejscu. Już na pokładzie nasłuchiwałem, czy ktoś obok nie mówi po japońsku. W głowie mnożyłem pomysły, co będę robić w trakcie pobytu w Japonii. Wiedziałem, że nie będzie czasu na sen. Minuty pozostałe do lądowania przeciągały się w nieskończoność. Wreszcie w głośniku nad głową usłyszałem komunikat: Boarding crew, prepare for landing.

Gdy tylko opuściłem samolot, złapałem mój plecak i wybiegłem z lotniska. Chciałem jak najszybciej znaleźć się w mieście. Wcale nie przeszkadzało mi, że leje deszcz, woda sięga po kostki, dookoła jeżdżą samochody ochlapujące chodniki, a ja nie mam nawet parasola, który stanowi tak ważne akcesorium w Kraju Kwitnącej Wiśni. Wiedziałem, że to będzie mój wyjazd. Najzabawniejsze jest to, że do tej pory przeleciałem już cały świat, mieszkałem w Australii i Azji, ale Japonia była tym miejscem, na które cały czas nie czułem się gotowy. Miałem pewność, że tej podróży nie mogę potraktować jak zwykłej wyprawy turystyczno-sportowej, musiała być czymś wyjątkowym.

 

OSOBLIWE MIASTO

Miałem 7 dni i 21 zadań do wykonania, więc czekało mnie spore wyzwanie. Zacząłem od stołecznego Tokio, noszącego do 1868 r. nazwę Edo. To właśnie tu można pracować w zawodzie jedynym w swoim rodzaju – jako oshiya („upychacz”) w białych rękawiczkach dopychać ludzi do wagonów w metrze. Nie mogłem sobie odpuścić okazji do podróżowania w godzinach szczytu po jednym z najbardziej zaludnionych miast na świecie. Zaskoczyło mnie jednak to, że pomimo gigantycznych tłumów na stacjach wszędzie panuje porządek. Ludzie stają w równych kolejkach na wyznaczonych pasach, czekają cierpliwie, gdy inni opuszczają wagon. Wbrew pozorom w tym ścisku można się swobodnie obracać. Czułem się, jakbym odwiedzał inny świat. Choć mam buntowniczą naturę, sam zacząłem poruszać się grzecznie według strzałek umieszczonych na peronie.

Jednak ze względu na niesprzyjającą pogodę na początku mojego pobytu w Japonii i fakt, że przemokła mi każda para butów, jeden dzień spędziłem w rejonie położonym wokół stacji Akihabara w tokijskiej dzielnicy Chiyoda. Uchodzi on za znaczące centrum elektroniki, dlatego też nazywa się go często Elektrycznym Miastem Akihabara. W stojących tu budynkach znajdują się liczne automaty do gier, przy których Japończycy potrafią stać godzinami. Niesamowitym doświadczeniem było obserwowanie graczy. Aby dojść do takiego poziomu zaawansowania, musieli spędzać na grze całe dnie, kibicując sobie nawzajem, rywalizując ze sobą i ciągle się rozwijając.

 

DWIE RÓŻNE STOLICE

Tokio to przede wszystkim nowoczesne miasto biznesu i handlu. Kult pracy i konsumpcjonizmu jest w nim widoczny na każdym kroku. Na ulicach spotyka się Japończyków w garniturach i z teczką w ręku udających się do firm, żeby później móc wydawać pieniądze, na co zapragną. To miejsce przypominało mi Londyn, który też pędzi i bywa wypełniony ludźmi. Kiedy zaspokoiłem pierwszą ciekawość, postanowiłem wyruszyć ze stolicy Japonii w podróż do magicznego Kioto. Jego zabytki wpisano w 1994 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. To naprawdę fascynujące miejsce. Zwiedzałem je wypożyczonym rowerem. W trakcie swojej wizyty odwiedziłem słynny Złoty Pawilon (Kinkaku-ji), spałem w prawdziwym japońskim ryokanie (zajeździe) z 400-letnią tradycją i widziałem gejsze, czyli kobiety, które mają za zadanie bawić gości rozmową i występami artystycznymi. Trudno pomylić je z kimś innym – noszą tradycyjne stroje, włosy układają w misterne koki, a twarze malują na biało. Są specjalistkami od ceremonii parzenia herbaty, zwanej po japońsku chanoyu. Ma ona długą tradycję, a przeprowadza się ją według ściśle określonych zasad obejmujących także zachowanie gości. Napój przygotowany ze sproszkowanej zielonej herbaty (matchy), wymieszany specjalną bambusową miotełką (chasen), pije się z małych czarek powoli, w skupieniu, aby nie burzyć panującego nastroju.

                Obecnie 1,5-milionowe Kioto, dawna stolica Japonii i siedziba cesarza (od 794 do 1868 r.), związane jest też z kulturą samurajów. Kierowali się oni niepisanym kodeksem etycznym bushidō(określenie tłumaczy się jako droga wojownika). Stosowali w życiu reguły podobne do zasad kaizen. Skupiali się na samodoskonaleniu pod względem zarówno fizycznym, jak i duchowym. Do wartości, jakie cenili, należały m.in. lojalność, wierność, skromność, dobroć, współczucie, uprzejmość, prawdomówność, odwaga, wytrwałość w walce i honor, które są bliskie także i mnie.

 

Uroczysta ceremonia przyrządzania herbaty w specjalnym pawilonie w ogrodzie

©© SHIZUOKA CITY/JNT

 

CIAŁO I DUSZA

Japonia jest niezmiernie ciekawa nie tylko ze względu na mnóstwo atrakcji turystycznych. W tych najbardziej obleganych miejscach trudno poznać jej prawdziwe oblicze właśnie z powodu tłumów, a naprawdę warto to uczynić, bo Kraj Kwitnącej Wiśni potrafi zachwycić swoim pięknem. Można w nim przeżyć doświadczenia, które poruszają najwrażliwsze struny duszy.

Ja jestem jednak przede wszystkim sportowcem i uważam, że nic tak nie rozwija i nie relaksuje jak dobry trening. Podczas moich podróży koncentruje się głównie na turystyce aktywnej. Dlatego też zamierzam w tym roku wrócić na Wyspy Japońskie, aby u ich wybrzeży uprawiać kitesurfing. Kiedy brałem udział w Pucharze Azji, spotkałem się z mistrzem Japonii w tej dyscyplinie, pochodzącym z Osaki Hironobu Nakano, z którym walczyłem w finale. Polubiliśmy się i zaproponował mi, żebym odwiedził go na wyspie Okinawa (kolebce karate), gdzie obecnie mieszka i trenuje.

W Kraju Kwitnącej Wiśni większą popularnością niż kitesurfing cieszy się jednak surfing. Ta dyscyplina sportowa, podobnie jak karate, zadebiutuje na XXXII Letnich Igrzyskach Olimpijskich, które w 2020 r. odbędą się w Tokio. Zawodnicy będą walczyć ze sobą na falach Oceanu Spokojnego w rejonie plaży Shidashita w prefekturze Chiba. Mieszkańcy stolicy Japonii najczęściej surfują w regionie Shōnan, Kanagawie (części Jokohamy) i właśnie Chibie. Poza tym amatorzy pływania na desce odwiedzają także Okinawę, Sikoku i Kiusiu (np. Miyazaki). Na półwyspie Izu, usytuowanym na zachód od Tokio, w rejonie plaży Shirahama w miejscowości Shimoda uprawia się również wind- i kitesurfing. Na początku marca woda jest jeszcze zimna, ale w piance, butach i rękawiczkach da się spokojnie wytrzymać cały dzień. W tym okresie w górach zwykle leży jeszcze śnieg, więc podczas wyjazdu można połączyć różne rodzaje aktywności: jazdę na nartach czy snowboardzie ze sportami wodnymi. Najlepsza pogoda panuje w maju, czerwcu i listopadzie. Latem na plaże – niestety – ściągają tłumy ludzi.

Japonia jest też znakomitym miejscem na wyprawy rowerowe. Sami Japończycy często korzystają z jednośladów, więc kierowcy są przyzwyczajeni do obecności rowerzystów na drogach, poza tym starają się jeździć według przepisów. Co ciekawe, na trasach istnieją tu nawet specjalne tunele przeznaczone dla cyklistów. Poza tym w Kraju Kwitnącej Wiśni można także uprawiać kolarstwo górskie. Na wyspie Honsiu idealnie nadaje się do tego górzysty obszar prefektury Nagano. W tej części Japonii znajduje się również popularny ośrodek sportów zimowych Hakuba z kompleksem skoczni narciarskich. Do Nagano przyjeżdża się też na wyprawy trekkingowe i wspinaczkowe. Krajobrazy Alp Japońskich (z najwyższym szczytem Kita – 3193 m n.p.m.) są naprawdę wspaniałe, co sprawia, że takie wycieczki stają się niezapomnianym przeżyciem. Po aktywnie spędzonym dniu można tutaj odpocząć w onsenach – gorących źródłach zamienionych w łaźnie publiczne. Z kąpieli w wodach termalnych chętnie korzystają nawet makaki japońskie, które spotyka się w położonym na wysokości ok. 850 m n.p.m. Parku Małp Jigokudani (Jigokudani Yaen-koen).

W najbliższym czasie zamierzam także złożyć wizytę naszej rodaczce Patrycji Yamaguchi na półwyspie Izu. Ona i jej mąż mieszkają w Shimodzie. Razem prowadzą firmę turystyczną Ryoko. Od kwietnia do listopada uczą tu surfingu, poza tym organizują wyprawy w góry, rowerowe i narciarskie. W ofercie mają również programy podróży w głąb duszy – połączenie turystyki z pobytami w klasztorach i ośrodkach medycyny naturalnej. Dla polskich korporacji przygotowywali też wyjazdy o tematyce kaizen i filozofii perfekcji. W malowniczej okolicy Izu chcę uprawiać surfing. Mam także nadzieję, że wspólnie z Patrycją wybierzemy się na rowerach na najwyższy szczyt Kraju Kwitnącej Wiśni – górę Fudżi (3776 m n.p.m.).

Oprócz tego z naszym rodakiem Michałem Grzybowskim z GMTravel – Japonia.travel planuję znów zwiedzać pełne atrakcji Tokio oraz jego okolice. Poza tym pragnę z nim wziąć udział m.in. w ceremonii parzenia herbaty, pokazie sztuki walki mieczem samurajskim (kataną), wycieczce kulinarnej połączonej z degustacją tradycyjnych japońskich potraw, porannym treningu zawodników sumo czy wreszcie kolacji z gejszą. Jego licencjonowane biuro podróży z polskojęzycznymi przewodnikami znajduje się w okręgu specjalnym Shinjuku, który słynie z licznych drapaczy chmur. Wśród nich warto wymienić choćby charakterystyczny wieżowiec zwany Mode Gakuen Cocoon Tower (o wysokości 204 m) czy Tokyo Metropolitan Government Building (242,9 m). W tym ostatnim budynku, będącym siedzibą tokijskich władz, usytuowane są dwa tarasy widokowe dostępne bezpłatnie (po jednym na każdej z dwu wież). Mieszczą się one na 45. piętrze, na wysokości 202 m, i rozciąga się z nich zapierająca dech w piersiach panorama japońskiej metropolii. Dzielnica Shinjuku kojarzy się również z pięknym parkiem – Shinjuku Gyoen. Na wiosnę Japończycy zbierają się w nim, aby podziwiać kwitnące drzewa wiśniowe (sakura). Ten tradycyjny zwyczaj ma nawet swoją nazwę – hanami. Ciekawe miejsce stanowi również obszar Arakichō, niegdyś dystrykt gejszy. Dziś znajdują się tutaj chętnie odwiedzane restauracje, knajpki i bary typu izakaya.

Zresztą kto wie, może uda mi się zobaczyć więcej niż zaplanowałem. W Japonii jest przecież jeszcze m.in. malownicza miejscowość Hakone nad jeziorem Ashi, wspaniałe, zabytkowe kompleksy świątynne w Nikkō czy leżące nad Morzem Japońskim miasto Kanazawa z pięknie odrestaurowanym zamkiem. Za skarb tego ostatniego uchodzi czarujący prywatny ogród założony w latach 20. XVII stulecia – Kenroku-en (jeden z Trzech Wielkich Ogrodów Japonii, obok Kōraku-en w Okayamie i Kairaku-en w Mito). Przed wyjazdem do Kraju Kwitnącej Wiśni warto też wiedzieć, że od 4 stycznia 2018 r. można w nim oprowadzać turystów bez licencji, ale zajmować się turystyką, nawet przyjazdową, bez takich uprawnień już nie wolno.

Kocham Japonię i chciałbym ją poznać z każdej możliwej strony. Myślę, że moja kolejna wizyta, którą chcę spędzić na zwiedzaniu i uprawianiu sportu w połączeniu z doskonaleniem zasad kaizen, będzie prawdziwą podróżą w głąb siebie.

 

Wydanie Wiosna 2018