ELŻBIETA PAWEŁEK

<< Są tu najlepsze stoki narciarskie i słynne trasy Pucharu Świata, którym trudno się oprzeć, całoroczny śnieg na lodowcach i mnóstwo atrakcji. Zbocza Alp w niewielkiej Austrii to istny raj dla wielbicieli białego szaleństwa. Przyjeżdżają oni do tego kraju nie tylko z Europy, lecz także z całego globu, i nigdy nie opuszczają go zawiedzeni. >>

Austriacy wiedzą, jak zadbać o narciarzy. To dla nich przygotowują bezpieczne, ubite szlaki oraz tereny do uprawiania stylu freeride. Z myślą o snowboardzistach otwierają snowparki, aby przyciągnąć rodziny z dziećmi, organizują szkółki dla najmłodszych z dodatkowym programem rozrywkowym. Miejscowe ośrodki słyną ze znakomitej infrastruktury, a zaplecze gastronomiczne jest w nich na naprawdę wysokim poziomie. Zagranicznych gości zapraszają do siebie malowniczo położone hotele, modne pensjonaty, przytulne zajazdy i tradycyjne schroniska. Każdy znajdzie tutaj coś dla siebie.

Na ten sezon zimowy przygotowaliśmy dla Państwa krótką listę austriackich kurortów idealnych na wyprawę na narty. Zapraszamy do modnych centrów narciarskich w krajach związkowych Tyrol, Karyntia, Styria i Salzburg.

SANKT ANTON AM ARLBERG – NIE TYLKO DLA ŚMIAŁKÓW
W rejonie tej miejscowości można szusować po wytyczonych trasach lub poza nimi (jazda off-piste). Dla miłośników stylu freeride to ziemia obiecana – blisko 200 km zjazdów na dziewiczych terenach w głębokim śniegu gwarantuje niesamowite przeżycia. Narciarze ściągający do Sankt Anton am Arlberg (St. Anton am Arlberg) z całego świata podkreślają, że śnieżny puch jest tutaj najlepszy, krajobrazy najpiękniejsze, a szerokie wiraże na ośnieżonych stokach na zawsze pozostają w pamięci. W sumie mamy tu 340 km oznaczonych szlaków oraz 94 wyciągi i kolejki w 7 ośrodkach – St. Anton, St. Christoph, St. Jakob, Pettneu, Schnann, Flirsch i Strengen. Od ponad pół wieku to pierwsze miasteczko utrzymuje się na światowej liście najlepszych centrów dla wielbicieli białego szaleństwa. Jednak kurort nie stałby się tak znany, gdyby nie Johann Hannes Schneider (1890–1955), austriacki instruktor narciarstwa, twórca słynnej techniki arlberskiej i pierwszej szkółki narciarskiej w Austrii, założonej w 1920 r. Jego metoda do dziś się sprawdza.
Miłośnikom cudownych widoków warto polecić wyprawę kolejką na Vallugę (2809 m n.p.m.), nazywaną królową Arlbergu, a następnie zjazd 11-kilometrową trasą do samego St. Anton. Przejażdżka będzie tym bardziej niezapomniana, że końcowy odcinek posiada homologację Międzynarodowej Federacji Narciarskiej (Fédération Internationale de Ski – FIS). Jednak najwięcej emocji u zapalonych narciarzy wywołuje Weisse Rausch (Weiße Rausch), szalony wyścig rozgrywany w kwietniu (najbliższa jego edycja będzie miała miejsce 18 kwietnia 2015 r.). Co najmniej pół tysiąca śmiałków zbiera się wtedy na starcie, aby w jak najkrótszym czasie pokonać 9-kilometrowy dystans. Najlepszy dotychczasowy wynik to mniej niż 8 min.!

 

SERFAUS-FISS-LADIS – SŁONECZNE TARASY TYROLU
Region ten uchodzi za wspaniałe miejsce zarówno dla rodzin z dziećmi (liczne szkółki, place zabaw i ogródki dla maluchów), jak i osób lubiących wyprawy solo. Należy pamiętać o tym, że do samego Serfaus nie wolno nam wjeżdżać samochodami – zostawia się je na wyznaczonych parkingach. Nie musimy się jednak martwić o transport, bo pod wyciągi dostaniemy się… metrem (drugim w Austrii po Wiedniu). Dotrzemy nim do dolnych stacji kolejek kursujących na halę Komperdell (1982 m n.p.m.) i szczyt Alpkopf (2022 m n.p.m.), gdzie do wyboru mamy różne możliwości. Najpiękniejsze panoramy obejrzymy na ponad 2-kilometrowym odcinku wiodącym z Arrezjoch przez rynnę lodowcową do schroniska Mooshütte. Łatwe szlaki prowadzą z Plansegg (2376 m n.p.m.), dokąd zabierze nas gondola. Doświadczonym narciarzom z pewnością spodoba się trasa Pezid-Vertikal, uważana za najbardziej stromą w Austrii (spadki sięgają nawet 60 proc.).

FOT. SERFAUS-FISS-LADIS FOTOQUELLE/ANDREAS KIRSCHNER

Murmli i Berta ze stref zabaw dla dzieci w Serfaus-Fiss-Ladis

 

Na snowboardzistów natomiast czeka wiele atrakcji w Flight & Cross Park, wyposażonym w skocznie, rynny, wymyślne tory z falami, a nawet leżaki. Z Serfaus łatwo można przeskoczyć do Fiss kolejką Sunliner, a z Ladis do Fiss dowiezie nas Sonnenbahn. Tak opracowana komunikacja pozwala turystom skorzystać z 212 km doskonałych nartostrad w całym regionie. Z kolei tym osobom, którym znudziła się klasyczna forma sportu, proponuję przelecieć się 4-osobową lotnią Fisser Flieger lub wsiąść na olbrzymią obrotową huśtawkę Skyswing, kręcącą się nawet z prędkością 60 km na godzinę.
Po intensywnej jeździe zwykle nadchodzi pora, aby coś zjeść. W eleganckim ośrodku Ski Lounge na wysokości 2000 m n.p.m. z ulgą zdejmiemy buty narciarskie i zasiądziemy do obiadu w... schroniskowych pantoflach! Podaje się tu przysmaki tyrolskiej kuchni: Frittatensuppe – bulion z krojonym naleśnikiem, rozmaite dania z ziemniaków i pyszne ciasto z jabłkami, czyli Apfelstrudel.  

 

STUBAI – MODA NA LODOWCE
Ponad 40 lat temu Heinrich Klier (ur. w 1926 r.), pionier narciarstwa, postawił tutaj pierwsze 3 wyciągi. Nie marzył wówczas, że wyrośnie w tym miejscu największy ośrodek sportów zimowych w Austrii, określany mianem Królestwa Śniegu. Dolina Stubai obejmuje 3 lodowce na stokach Schaufelspitze (3332 m n.p.m.) – Schaufelferner (tzw. Stubai), Fernauferner i Gaisskarferner. Polacy już dawno polubili tę okolicę. W porównaniu z sąsiednim Hintertuxem tutejsze trasy są bardziej płaskie, ale za to szersze. Z dolnej stacji Mutterbergalm dostaniemy się na górę dwoma gondolkami. Początkowo biegną one równolegle, później jedna skręca do Eisgrat (2900 m n.p.m.), a druga – do Gamsgarten (2620 m n.p.m.). Do wyboru mamy 110 km zjazdów, 26 nowoczesnych kolejek linowych i wyciągów oraz wspaniały snowpark Moreboards Stubai Zoo, dokąd zjeżdżają snowboardziści z całego świata.
Stubai to również raj dla marzących o rodzinnych feriach. Już po raz kolejny przewodnik ADAC SkiGuide przyznał mu tytuł „Najbardziej przyjaznego rodzinie regionu narciarskiego w Alpach”. W ramach programu BIG Family Stubai dzieci mogą korzystać ze szkółek jazdy i różnych udogodnień. Dzięki temu ich rodzice nie muszą płacić za skipassy dla swoich pociech poniżej 10 lat. Na najmłodszych czekają maskotki, faliste trasy i tzw. magiczne dywany, czyli chodniki taśmowe.

 

SÖLDEN – POCZUĆ SKOK ADRENALINY
W Sölden, tak jak w Stubai, śnieg leży aż do maja. Wspaniałe warunki zapewniają dwa lodowce Rettenbach i Tiefenbach, które połączone skalnym tunelem utworzyły jeden z największych terenów lodowcowych w Austrii. Kiedy na pierwszym hula wiatr i mgła ogranicza widoczność, na drugim często poszusujemy w słońcu. W całym kompleksie przygotowano ok. 145 km nartostrad. Przy okazji można tu zdobyć za jednym razem 3 trzytysięczniki, składające się na słynną wielką trójkę BIG 3: Gaislachkogl (3058 m n.p.m.), Tiefenbachkogl (3250 m n.p.m.) i Schwarze Schneide (3340 m n.p.m.). Dla większości amatorów narciarstwa to spore wyzwanie sportowe, bo trzeba pokonać na nartach 50  km i 10 tys. m różnicy wysokości. Wykonywanie tego zadania umilają postoje na platformach widokowych zawieszonych nad przepaściami, z których rozciągają się niesamowite widoki. Jeśli komuś za mało emocji po takim wyczynie, niech weźmie udział w konkursie Adrenalin Cup. Żeby to zrobić, wystarczy tylko w kasach nabyć karnet AdrenalinPass. Pozwala on wystartować w 10 dyscyplinach sportowych: od slalomu giganta, zjazdu z pomiarem prędkości i w stylu freeride po loty narciarskie i fotosafari. Postępy wszystkich uczestników są rejestrowane elektronicznie, a zwycięzcy zostają wyłonieni pod koniec sezonu.

FOT. ÖTZTAL TOURISMUS

Futurystyczna restauracja Ice Q na szczycie Gaislachkogl


W tym ośrodku narciarzy naprawdę się rozpieszcza. Niedawno ruszyła tutaj nowa, odporna na wiatr i wstrząsy, kolejka na Gaislachkogl (8EUB Gaislachkogl I), wywożąca w górę 3600 osób w ciągu godziny – to zdecydowany rekord świata! Była to największa inwestycja w historii austriackiego narciarstwa: kosztowała 40 mln euro. Jeśli poczujemy się głodni, powinniśmy zajrzeć do nowej restauracji Ice Q, w kształcie szklanego sześcianu, leżącej na wysokości 3048 m n.p.m., lub do Tre Milla, najwyżej położonej austriackiej pizzerii (3058 m n.p.m.). Nie wolno też przegapić Hannibala, wielkiego spektaklu teatralnego na lodowcu Rettenbach (najbliższy odbędzie się 17 kwietnia 2015 r. o godz. 19.30), nawiązującego do przemarszu na słoniach kartagińskiej armii dowodzonej przez Hannibala przez Alpy.

 

BAD KLEINKIRCHHEIM – ZE STOKU DO TERM
Niektórzy jeżdżą na narty tylko do Tyrolu, jeszcze inni wolą lodowce, ale są również miłośnicy Karyntii, na których czeka w tym kraju związkowym ponad 30 ośrodków narciarskich i 800 km nartostrad. Franz Klammer (ur. w 1953 r.), mistrz olimpijski z Innsbrucku (1976) w zjeździe, pięciokrotny zdobywca Pucharu Świata w tej konkurencji, zapewnia, że to kraina słońca, idealna dla osób cieszących się życiem. W Bad Kleinkirchheim znajdziemy kameralne stoki osłonięte lasem, szlaki do carvingu i specjalne tereny do jazdy po muldach. Dreszcz emocji wywołuje trasa Pucharu Świata FIS K 70, nazwana imieniem Klammera. Poza tym świetnie przygotowane zbocza oferuje także sąsiednia miejscowość St. Oswald.
Snowboardziści będą zachwyceni tutejszym snowparkiem, a mali narciarze – dziecięcym klubem „Bobo” i innymi przeznaczonymi dla nich atrakcjami.

FOT. JOHANNES PUCH/WWW.JOHANNESPUCH.AT

Bad Kleinkirchheim w Karyntii oczarowuje kameralną atmosferą

 

Rozgłos i sławę Bad Kleinkirchheim zawdzięcza gorącym źródłom leczniczym, robiącym furorę już w latach 50. XX w. Nikt się nie oprze miejscowym łaźniom rzymskim (Thermal Römerbad), położonym tuż przy dolnej stacji kolejki na Kaiserburg (2055 m n.p.m.). Nawet podczas minusowej temperatury można w nich pływać na zewnątrz, bo woda w basenach ma ok. 35°C. W środku rozrywki dostarczają wodospady, kanały i rwące potoki. Niektórzy turyści wolą mniej gwarne, sąsiednie Termy św. Katarzyny (Therme St. Kathrein), w których zażyjemy kąpieli wzbogaconej radonem, wspomagającym leczenie depresji i reumatyzmu, zrelaksujemy się w saunie fińskiej, tepidarium i łaźni parowej. Jeśli zatrzymamy się w pensjonatach i hotelach z obsługą all inclusive, będziemy mogli korzystać do woli z term, jazdy konnej, kortów tenisowych, grać w squasha czy minigolfa.

 

KAPRUN I ZELL AM SEE – NA SPORTOWO
Dzięki wysiłkom władz dwóch miejscowości w kraju związkowym Salzburg powstał całoroczny kompleks sportowy – Europa-Sportregion. Słowo „Europa” w nazwie nie było przypadkowe, bo przyjeżdżali (i wciąż przyjeżdżają) do niego Niemcy, Brytyjczycy, Francuzi, Holendrzy, nie mówiąc o Polakach, czujących się w tym miejscu niemal jak w domu. Od 2002 r. obszar przemianowano na Zell am See-Kaprun. Jednego dnia poszusujemy tu na lodowcu Kitzsteinhorn koło Kaprun, następnego przerzucimy się na trasy pobliskiego Zell am See. Na Schmittenhöhe (1965 m n.p.m.) w tym ostatnim kurorcie można dostać się bez przesiadek kolejką kabinową. Najpiękniejszy, 3-kilometrowy zjazd zaczyna się od stacji górnej i prowadzi przez Sonnenkar do dolnej stacji kolejki Sonnenkarbahn. Na wprawnych narciarzy czekają strome szlaki Trass i Standard (różnica poziomów ok. 1000 m), na których przydadzą się ostre krawędzie w deskach. Po ich pokonaniu – co prawda – nogi będziemy mieć jak z waty, ale zmęczenie wynagrodzi nam poczucie dumy, że udało się nam przejechać trasą Pucharu Świata. Amatorzy spokojniejszej jazdy mogą wybrać łatwiejsze stoki z piękną panoramą na Zeller See – jezioro Zell (750 m n.p.m.). Po jego drugiej stronie działa rodzinny ośrodek Ronachkopf (1350 m n.p.m.) z 5 wyciągami.
Jeśli warunki śniegowe się pogorszą, ratunkiem staje się lodowiec Kitzsteinhorn, czyli Kamienny Róg Kozicy, o którym narciarze pieszczotliwie mówią „Kitz”. Wytyczono na nim 40 km tras. Zbocza wokół Alpincenter (2450 m n.p.m.), gdzie latem trenują czołowi sportowcy, należą do średnio trudnych. Wyższe wymagania stawia szlak zjazdowy przechodzący obok schroniska Salzburger Hütte (1860 m n.p.m.) aż do środkowej stacji na Breitriesenalpe (1670 m n.p.m.). W tym narciarskim raju znajdziemy 138 km nartostrad, ok. 50 kolejek i wyciągów, wywożących w górę 60 tys. osób na godzinę. Po dużym wysiłku relaks zapewni nam nowoczesny park wodny Optimum w Kaprun i kryty basen w Zell am See.

 

SCHLADMING – STYRYJSKA PERŁA
Ta okolica potrafi zauroczyć od pierwszej wizyty. Już dawno 8 styryjskich ośrodków sportów zimowych leżących po obu stronach doliny rzeki Aniza, w tym Schladming, połączyło się w jeden wielki kompleks narciarski Schladming-Dachstein. Zyskał on międzynarodową sławę w 1982 r., kiedy odbyły się w nim 27. Mistrzostwa Świata w Narciarstwie Alpejskim. W 1908 r. do zimowej stolicy Styrii zaczęli przyjeżdżać amatorzy narciarstwa. Pierwszy wyciąg ruszył w 1953 r. i kursował do schroniska Schladminger Hütte (1830 m n.p.m.). 20 lat później otwarto też kolejkę linową na Planai (1906 m n.p.m.), co było prawdziwym przełomem w historii styryjskiego kurortu.
Dziś Schladming szczyci się świetnymi szlakami zjazdowymi, w tym nartostradą na Planai, uznaną podczas zawodów w 1973 r. za najszybszą na świecie – osiągnięto na niej prędkość 111 km na godzinę. Mniej doświadczeni narciarze preferują łatwiejsze trasy Weitmoos lub Stricher. Na muldach poszalejemy na hali Mitterhausalm. Dla osób marzących o startach w zawodach powstał profesjonalny tor zjazdowy na Planai. Zaczyna się niedaleko stacji pośredniej i ma długość ponad kilometra. Dzięki elektronicznemu pomiarowi na mecie otrzymujemy swój wynik, który możemy porównać z czasem najlepszego austriackiego zawodnika. Oprócz Planai popularnością cieszą się także płaskowyż Rohrmoos, chętnie wybierany przez rodziny z dziećmi, i lodowiec Dachstein. Już same panoramy rozpościerające się z okien kolejki zapierają dech w piersiach.

Artykuły wybrane losowo

Na ścieżkach współczesnych Majów w Meksyku i Gwatemali

NATALIA ŚWIĘCHOWICZ

 

<< Olbrzymia różnorodność Meksyku i Gwatemali onieśmiela podróżnika i zaskakuje go na każdym kroku. Codziennie odkrywa on w tych krajach coś nowego i niepowtarzalnego, spotyka na swojej drodze niesamowitych ludzi i dowiaduje się o zupełnie nieznanych mu wcześniej rzeczach. Może to wszystko sprawia duch Majów, którego obecność wyczuwa się często wśród górskich szczytów, nad taflami jezior, w bujnych lasach i potężnych dolinach, pośród ruin starożytnych piramid i ścian współczesnych chat, a nawet biorąc w dłoń najmniejszy kamień pochodzący z tutejszej ziemi… >>

Hiszpańscy konkwistadorzy widzieli w Nowym Świecie przede wszystkim krainę pełną ukrytych bogactw. Wielkie miasta i wspaniałe budowle, które tu zastali, utwierdziły ich tylko w tej nadziei. Dlatego zagarnęli te ziemie, nie licząc się zupełnie z rdzennymi mieszkańcami i tym wszystkim, co przez wieki zdążyli oni stworzyć. Historii nie da się zmienić, ale z pewnością wielu z nas zastanawiało się często nad tym, jak potoczyłyby się dalsze losy tych indiańskich plemion, gdyby nie zetknęły się z wojskami odkrywców...  

Więcej…

Tajlandia zmysłowa

 

 

temple_of_the_emerald_buddha.jpg

Bangkocka Świątynia Szmaragdowego Buddy

©TOURISM AUTHORITY OF THAILAND

Katarzyna Byrtek

 

Prawdopodobnie większość Europejczyków słyszała o tajskich niebiańskich plażach, białym piasku i lazurowej wodzie. Jednak Tajlandia to nie tylko rajska kraina uśmiechów, idealna na wakacyjny leniwy wypoczynek, lecz także kraj dostarczający różnorodnych i mocnych wrażeń. Zapewnią nam je m.in. degustacje najlepszej kuchni świata, oglądanie emocjonujących walk boksu syjamskiego („muay thai”) na ringu i zwiedzanie niezmiernie kolorowego podwodnego królestwa zamieszkanego przez wyjątkowe stworzenia. 

Z klimatyzowanego samolotu przez klimatyzowany terminal docieram aż do metra prowadzącego do centrum Bangkoku. Wagon pociągu jest tak wychłodzony, że nie zdejmuję i nie chowam swojego europejskiego swetra. Wkrótce dojeżdżamy jednak do stacji końcowej i wysiadam w bangkocką noc – parną, duszną, gorącą tak, że fala ciepła zatrzymuje mnie na peronie na ułamek sekundy. Moje ciało ciągle pamięta środek warszawskiej zimy. Jak ja tu będę żyć przez dwa miesiące – myślę. W Tajlandii w najchłodniejszym okresie temperatura sięga 30°C, a woda w morzu nagrzewa się do 26°C. W trakcie naszej jesieni i zimy trwa w tym rejonie pora sucha, a powietrze jest przyjemniejsze i mniej wilgotne niż np. w lecie, kiedy część kraju dręczą uparte monsuny i deszcze. Wytchnienie dają klimatyzowane pomieszczenia. Zresztą mieszkańcy całej Azji Południowo-Wschodniej mają niemal obsesję na punkcie chłodzenia się. Klimatyzacja zwykle bywa nastawiona nie na komfortowe dla Europejczyka 20–22°C, ale na temperaturę znacznie niższą. Dlatego do kina zawsze trzeba się ciepło ubrać, przed podróżą nocnym autobusem wyjąć bluzę i szal, a nawet narzucić coś na siebie przy każdej przejażdżce metrem.

Tajlandia cieszy się dużą popularnością wśród turystów z całego świata głównie ze względu na przepiękne plaże i lazurowe morze. Warto jednak wyjść nieco poza ten schemat, zrezygnować z błogiego wylegiwania się na złotym piasku choć na kilka dni i przeżyć o wiele więcej. To idealny cel wyjazdów dosłownie dla wszystkich – rodzin z dziećmi, backpackerów, którzy muszą nieraz zaciskać pasa, miłośników sportów i wielbicieli leniuchowania, samodzielnych podróżników czy królów imprez.

Raj dla kubków smakowych

Jedzenie stanowi wielką atrakcję w czasie wizyty w Tajlandii. Nie bez powodu kuchnia tajska uważana jest za najciekawszą i najlepszą na świecie. Niespróbowanie miejscowych przysmaków byłoby prawdziwym grzechem. Trzeba jednak pamiętać, że tosty zapiekane z szynką sprzedawane w popularnej sieci sklepów 7-Eleven wcinają tylko przyjezdni, a tutejsze śniadanie, obiad i kolacja niespecjalnie się od siebie różnią – rano można spokojnie zajadać się grillowaną wieprzowiną, kurczakiem czy dużą miską wywaru mięsnego z makaronem ryżowym.

Jeśli do obiadu nie dostaliście pałeczek, lecz sztućce, nie martwcie się, nikt nie zwątpił w wasze umiejętności posługiwania się nimi. W Tajlandii większość dań je się po prostu łyżką i widelcem (noże to rzadkość). Pałeczki, razem z łyżką, podawane są najczęściej do zupy z makaronem ryżowym.

W kuchni tajskiej wszystko kręci się wokół ryżu (zamówić go można nawet w miejscowym KFC), intensywnych przypraw i różnych rodzajów mięsa. Najsłynniejsze jest boskie pad thai, czyli smażony makaron ryżowy m.in. z jajkiem, sosem rybnym, orzeszkami, krewetkami, serwowany z połówką limonki i kiełkami. Nie wolno nie spróbować chociaż jednej z wersji curry (mieszanki przypraw rozprowadzanej w mleku kokosowym podawanej z mięsem, warzywami i ryżem) – do wyboru czerwone, zielone, żółte bądź łagodniejsze phanaeng curry (panang curry lub penang curry). Z kolei tom yam (tom yum) to intensywna kwaśno-pikantna zupa na mleku kokosowym. Ciekawą propozycję na lunch stanowi też sałatka z papai. Na deser często zamawia się lepki ryż khao niaw z bananem, mlekiem kokosowym czy jajkiem.

Przed wyruszeniem na wędrówkę w poszukiwaniu tajskich specjałów trzeba również odrzucić restrykcyjne zasady polskiego sanepidu, aby móc beztrosko zapuścić się w uliczki, gdzie na każdym kroku spotkać można dymiące wózki pełne świeżo przygotowanych smakołyków (wspomnianej zupy albo np. nadzianego na patyki mięsa). Wokół nich chaotycznie poustawiane są małe stoliki z niskimi plastikowymi krzesłami – nie ma na nich serwetek i sztućców, ale atmosfera jedzenia na ulicy jest niepowtarzalna. We wszystkich miastach i punktach, gdzie zatrzymują się autobusy dalekobieżne, znajduje się przynajmniej kilka niewielkich targów, na których oprócz świeżych owoców czy ryb sprzedaje się przeróżne mieszanki mięsa z lokalnymi warzywami przyprawione prawdziwie po tajsku. Posiłki na wynos pakuje się do zawiązywanych woreczków. Duża część lokali typowo restauracyjnych powstała dla turystów, dlatego ceny bywają w nich nawet kilkakrotnie większe, a dania – nie zawsze oryginalne.

W słynnej nadmorskiej miejscowości wypoczynkowej Pattaya,uchodzącej za jedno z centrów seksbiznesu,koniecznie należy odwiedzić chińsko-tajskie restauracje z rodzaju all you can eat (pol. jesz, ile chcesz). Pośrodku stołu znajduje się w nich wielki rozgrzany gar, w którym goście samodzielnie gotują lub przysmażają jedzenie. W formie szwedzkiego stołu wystawione są przeróżne warzywa, owoce, mięsa i najrozmaitsze owoce morza. Większe porcje tych dwóch ostatnich składników można wybrać samemu i oddać w ręce obsługi, która przygotuje je na grillu.

Moje własne curry

W Tajlandii przyrządzimy też miejscowe przysmaki samodzielnie pod okiem doświadczonego szefa kuchni w czasie kursu gotowania. Nawet największym obżartuchom powinien wystarczyć półdniowy wariant takiego szkolenia, w trakcie którego przygotowuje się kilka dań, a potem je konsumuje. W menu pojawiają się doskonała zupa kokosowa tom kha czy wspomniana już tom yam, makaronowe pad thai, jeden z rodzajów sajgonek i deser. W moździerzu uciera się również proszek curry, którego później dodaje się do potrawy z ryżem. Takie własnoręcznie przyrządzone specjały to prawdziwe niebo w gębie.

Największy wybór godnych polecenia kursów gotowania znajdziemy w mieście Chiang Mai, położonym w północnej części kraju. To jeden ze standardowych przystanków wszystkich turystów w Tajlandii, dlatego zaplecze usługowe jest w nim na tyle rozwinięte, że przyjezdni mogą siedzieć tu ponad tydzień i nigdy się nie nudzić.

Dzień najlepiej zacząć na lokalnym targu. Niektóre sprzedawane na nim produkty są tak niezwykłe, że człowiek z Europy Środkowej nie tylko dziwi się, że Tajowie je jedzą, ale też zastanawia, jak to robią. Do najsłynniejszych tego typu osobliwości należy zielonkawy durian z grubą skórką przypominającą nieco kolce. Ciągnie się za nim opinia najbardziej śmierdzącego owocu świata. Kiedy w pokoju w hostelu czuć zapach starych skarpetek, niekoniecznie winę za to musi ponosić niechlujny współlokator. Może ktoś nielegalnie (większość obiektów noclegowych wywiesza kartki z rysunkiem przekreślonego duriana) przemycił cuchnący smakołyk. Podobno nie wolno spożywać go także z alkoholem lub kawą.

Ciało do ciała

Po spacerze z orzeźwiającym świeżo zmiksowanym sokiem z owoców egzotycznych w ręce przychodzi czas na relaks. Wbrew obiegowej opinii większość tajskich masaży wcale nie kończy się zaspokojeniem seksualnym. Zabieg ten ma długą historię, a za jego legendarnego twórcę uchodzi sam lekarz Buddy – Shivago Komarpaj (Jīvaka Komarabhācca), żyjący ok. VI w. p.n.e. W rzeczywistości rozwój tej techniki masowania był bardziej złożony, bo czerpie ona z tradycji Chin, Indii i innych południowoazjatyckich krajów.

Wizyta w miejscowym salonie bywa niełatwym przeżyciem dla osób nieśmiałych i kruchych – taki masaż jest wyjątkowo kontaktowy i intensywny. Przed nim rozbieramy się do majtek albo zakładamy coś w rodzaju luźnego szlafroka i kładziemy się na materacu lub specjalnej leżance. W trakcie zabiegu masażystka używa różnych części ciała: łokci, stóp, kciuków bądź przedramion, może na nas siadać, trzymać za rękę, przyciskać nasze ciało do swojego. W przypadku tej techniki nie chodzi tyle o delikatne ugniatanie mięśni i skóry, co o naciskanie odpowiednich punktów i rozciąganie. Tajski masaż łączy elementy akupresury, pasywnej jogi i refleksologii. Czasem wywołuje chwilowy ból, ale po wszystkim człowiekowi wydaje się, że jest na tyle rozciągnięty, iż urósł kilka centymetrów. Taka sesja niesamowicie odpręża, dlatego zaleca się korzystanie z jej dobrodziejstw przynajmniej raz w tygodniu, nie tylko na urlopie. Osoby krępujące się tak bliskiego kontaktu z obcym człowiekiem mogą skusić się na wymasowanie stóp czy karku i głowy. Salony masażu znajdziemy tutaj dosłownie wszędzie, m.in. na południowych wyspach, w Bangkoku lub północnym Chiang Mai (gdzie działa zresztą najbardziej renomowana szkoła masażu).

Wielki błękit

scuba_diving_andaman_sea.jpg

W wodach Morza Andamańskiego nurkowie spotkają m.in. rekiny brodate

©THAITRAVELMART.COM



Ciepłe przejrzyste morze, bogactwo kolorowych ryb i zapierające dech w piersiach rafy koralowe przyciągają co roku do południowej Tajlandii tysiące turystów, a podwodny świat tego regionu od zawsze trafia do pierwszych dziesiątek rankingów najciekawszych nurkowisk na ziemi. Jeśli ktoś nie wie nic o nurkowaniu, to nic nie szkodzi. Może kupić albo wypożyczyć maskę, rurkę oraz płetwy i wybrać się na eksplorację dna morskiego na własną rękę na płytkie wody blisko brzegu. Dobrze dopytać się o lokalne warunki – w niektórych miejscach występują silne prądy lub fale, które wyrzucają na skały czy rafy. Najlepsze do snorkelingu są okolice wysp Koh Lipe, Koh Chang i Koh Samui.

Warto jednak zarezerwować sobie kilka dni bądź tydzień i wykupić podstawowy kurs nurkowy ze sprzętem – tutejsze ceny należą do najkorzystniejszych na świecie, a to, co zobaczymy pod powierzchnią morza w Tajlandii, jest zdecydowanie atrakcyjniejsze niż widoki podczas szkoleń prowadzonych na basenie i jeziorach w Polsce. Co więcej, sprzyjające warunki panują tu cały rok (z małymi wyjątkami), temperatura wody w zasadzie nie spada poniżej 26°C, a najlepszy okres do nurkowania to styczeń–marzec, czyli szczyt tajskiego sezonu. Zwykle nie ma konieczności zapisywania się na lekcje z wyprzedzeniem. Nawet na mniejszych turystycznych wyspach działa po kilka firm, bez problemu już na miejscu sprawdzimy ceny, dostępność i terminy kursów. Dobrze też zainteresować się, jakie certyfikaty posiada instruktor, czy dogadamy się z nim w jakimś języku, którym władamy, i co dokładnie zawiera dana oferta.

Cisza pod wodą, otaczające człowieka rozległe przestrzenie czy uczucie latania to dodatkowe argumenty przemawiające za spróbowaniem nurkowania. Niemal 75 proc. wszystkich gatunków fauny morskiej i koralowców na świecie występuje właśnie w Azji Południowo-Wschodniej – od malutkich koników morskich, przez płaszczki, ośmiornice, węże wodne, po kilku- lub kilkunastometrowe ryby. Spotkania z tymi stworzeniami nigdy się nie zapomina. Zachwycają również podwodne jaskinie, bloki skalne i wraki łodzi. Tajlandię można podzielić na trzy rejony idealne dla nurków. Pierwszy z nich stanowi zachodnie wybrzeże ze słynną wyspą Phuket oraz archipelagiem Phi Phi, leżący na północ od niego obszar, na który składają się wyspy Similan, Koh Bon, Koh Tachai i Skała Richelieu (Richelieu Rock), a także region południowy, czyli Koh Haa, Hin Daeng, Hin Muang i Koh Lipe. Z kolei w północnej części Zatoki Tajlandzkiej warto odwiedzić Pattayę i Koh Chang. Natomiast na jej południowym terenie miłośników podwodnych przygód przyciągają Koh Tao i Koh Samui.

Na siedzeniu tuk-tuka

phi-ph-island-1.jpg

Koh Phi Phi Don jest największą wyspą w archipelagu Phi Phi

©TOURISM AUTHORITY OF THAILAND



Istnieje wiele sposobów podróżowania po kraju Tajów. Wielką frajdą będzie na pewno zwiedzanie wybranej wyspy na własną rękę wypożyczonym na jeden lub kilka dni skuterem. Samodzielne prowadzenie środka transportu (wynajęcie samochodu bywa znacznie droższe) daje dużą niezależność. Nie tylko nie jesteśmy wówczas uzależnieni od rozkładów jazdy, lecz także bez problemu możemy zatrzymać się przy opuszczonej rajskiej plaży i wskoczyć wprost do orzeźwiającej wody.

W dużym mieście warto choć raz przejechać się tuk-tukiem, czyli autorikszą pełniącą funkcję taksówki. Taki trzykołowy pojazd wygląda jak motor z dobudowanym z tyłu wózkiem, który pomieści kilka osób. Jazda zatłoczonymi ulicami Bangkoku podniesie ciśnienie krwi niejednemu Europejczykowi. Jeśli ktoś podróżuje samodzielnie, może skorzystać z taksówek motorowych i skuterowych. Pasażer plecak wkłada pod kierownicę i wskakuje na siedzenie za kierowcą, który pędzi, przeciskając się między samochodami i ignorując większość znaków drogowych. Trudno powiedzieć, czy to aby na pewno bezpieczne, ale przeżycia z takiej przejażdżki są z pewnością niezapomniane.

Tajlandia to wręcz wymarzone miejsce dla miłośników morza i wysp, a co za tym idzie, zapalonych żeglarzy. Wystarczy zebrać grupę znajomych i wypożyczyć jacht albo katamaran, aby przemierzać bezkresną Zatokę Tajlandzką, a podczas rejsu zatrzymywać się w każdej chwili przy opuszczonych lądach, opalać bez towarzystwa tłumu turystów i nurkować z maską wśród bajecznych raf koralowych.

W świetle księżyca

shopping_at_khao_san_road1.jpg

Ulicę Khao San w centrum Bangkoku odwiedzają tłumy turystó

©THAITRAVELMART.COM



Wieczorem siadamy w jednym z barów. Noc jest gorąca, w środku stoją plastikowe krzesła i stół bilardowy, gra głośna muzyka. Podają tutaj tajskie piwa Chang i Singha bądź popularnego Tigera z Singapuru, czasem z lodem. Dla niektórych wakacje to moment, kiedy wreszcie mogą beztrosko imprezować i nie martwić się wczesnym wstawaniem. Do najlepszych do tego miejsc należy Bangkok – znajdziemy w nim słynną ulicę dla backpackerów Khao San, luksusowe bary na dachach wieżowców (rooftop bars) czy dzielnicę czerwonych latarni Patpong odwiedzaną przez licznych zagranicznych przybyszów. Wiele osób przyciągają kolorowe nocne światła położonego na wybrzeżu miasta Pattaya, centrum tajskiego seksbiznesu, w którym przy głównej ulicy działają kluby dla gejów oraz lokale oferujące pokazy erotyczne lub występy kathoey, czyli tzw. ladyboys (osób, które przyswoiły sobie cechy przeciwnej płci, uważanych w buddyzmie za trzecią płeć). Dzikie noce w ociekającej alkoholem i seksem Pattayi niezbyt przypadną do gustu osobom ceniącym zwykłego typu rozrywki czy rodzinom z dziećmi. Trzeba też zdawać sobie sprawę z tego, że seksturystyka to nie tylko niewinna wakacyjna zabawa, lecz także branża kontrolowana przez mafie i związana z wykorzystywaniem kobiet oraz zmuszaniem nieletnich do prostytucji.


Bawić można się wszędzie, ale dobre towarzystwo i odpowiedni termin to czasem podstawa. Tajlandia słynie na świecie z full moon party, czyli całonocnych imprez nad brzegiem morza organizowanych na południu kraju w dzień przed pełnią księżyca, w jej trakcie albo dzień po niej. Zwyczaj ten zainicjowano na plaży Haad Rin na wyspie Phangan w południowo-wschodniej części Zatoki Tajlandzkiej. W 1985 r. odbyło się pierwsze takie wydarzenie dla kilkudziesięciu osób. Wkrótce zyskało sławę i dziś przyciąga przynajmniej kilka tysięcy uczestników, w większości turystów, a jego odpowiedniki spotkamy również na innych wyspach. Na full moon party usłyszymy muzykę reggae, trance, rhythm and blues, techno, house czy drum and bass. Alkohol leje się strumieniami, nierzadko pojawiają się też inne środki odurzające. Trzeba jednak wiedzieć, że kary za posiadanie i sprzedawanie narkotyków w Tajlandii są wyjątkowo surowe.

Emocje na ringu

Wielbiciele widowisk podnoszących poziom adrenaliny we krwi także nie będą się w tym kraju nudzić. Muay thai, czyli boks tajski (boks syjamski), to bardzo popularna sztuka walki, szczycąca się niemal statusem sportu narodowego i przyciągająca tysiące żądnych wrażeń Tajów i zagranicznych turystów. Zwykle podoba się nawet osobom, które nie są fanami bijatyk na ringu. Ma wielowiekową tradycję, a wiele ze starych elementów przetrwało do dzisiaj – pojedynek zaczyna się od rytualnego tańca wojownika wai khru. Kiedyś w jego trakcie prezentowano region, z którego pochodził zawodnik. Ta część stanowi jednocześnie rozgrzewkę. Cała walka odbywa się na stojąco, przeciwnicy używają niskich kopnięć okrężnych, uderzeń łokciami i kolanami oraz tzw. klinczu, czyli chwytu klamrowego rękami. Niesamowitą atmosferę na widowni tworzy rozemocjonowana publiczność zawsze reagująca na silniejszy cios, przekrzykująca się, obstawiająca wynik w każdym momencie spotkania. Walczą w większości Tajowie, ale zdarzają się też zawodnicy z innych krajów. Niektórzy z nich są bardzo młodzi – trafiają się nawet 15-latkowie. Za najlepsze areny bokserskie uchodzą Lumpinee Boxing Stadium i Rajadamnern Stadium w Bangkoku oraz te na Phuket i Koh Samui czy w Chiang Mai.

Noc w dżungli

Liczne parki narodowe, dziewicza przyroda i zielona dżungla, w głąb której urządza się kilkudniowe wędrówki, czekają na wszystkich mających odwagę zejść nieco ze standardowego szlaku pełnego piaszczystych plaż i taniego piwa Chang. Leśnych ścieżek i zorganizowanych wycieczek szukać można w różnych częściach kraju, zarówno na popularnej północy, jak i w regionie wschodnim, często omijanym przez turystów. Dużo wypraw trekkingowych organizuje się w prowincjach Chiang Mai i Chiang Rai, Mae Hong Son, Kanchanaburi, Krabi, dystrykcie Mae Sot czy Parku Narodowym Khao Yai. Jeśli musimy wybrać jedno miejsce, warto zaufać ekspertom z UNESCO i odwiedzić Kompleks Leśny Dong Phayayen-Khao Yai, leżący w środkowej Tajlandii, stosunkowo niedaleko od stolicy. Podczas planowania wędrówek należy brać pod uwagę porę roku. Inaczej niż na wybrzeżu w okresie zimowym temperatura powietrza na terenach wyżej położonych bywa znacznie niższa od tej panującej w pozostałych miesiącach.

Światło i dym

Tajlandia to kraj o długiej historii i bogatej tradycji, dobrze więc poświęcić trochę czasu na zapoznanie się z jej najważniejszymi zabytkami i dowiedzenie się czegoś więcej o dominującym tutaj buddyzmie. Do obowiązkowych miejsc do zwiedzenia w Bangkoku zaliczają się przepiękny Wielki Pałac Królewski z Wat Phra Kaew (Świątynią Szmaragdowego Buddy), jedna z najstarszych tajskich budowli sakralnych Wat Pho (Świątynia Leżącego Buddy) oraz Wat Suthat z 28 chińskimi pagodami symbolizującymi 28 postaci Buddy. Na prestiżowej Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO znajdują się m.in. stanowisko archeologiczne Ban Chiang, dawna stolica Syjamu Ayutthaya, ruiny miasta Sukhothai czy rezerwaty dzikiej przyrody rozciągające się wzdłuż granicy z Birmą występujące pod wspólną nazwą Thung Yai-Huai Kha Khaeng.

Choć flaga Tajlandii jest niebiesko-biało-czerwona, to zdecydowanie dominują tu kolory pomarańczowy, złoty i biały. Można się o tym przekonać w trakcie jednego z buddyjskich świąt. W jakimkolwiek mieście wtedy będziemy, udajmy się do najbliższej świątyni i przeżyjmy je razem z Tajami. W czasie pełni księżyca obchodzi się Makha Bucha (Magha Puja), kiedy to rozbłyskają setki świateł, a w powietrzu unosi się dym. Pochód ze świeczkami i kwiatami prowadzony przez ubranych na pomarańczowo mnichów okrąża kilkakrotnie kompleks świątynny. Z kolei Songkran to tradycyjny tajski Nowy Rok (wypada na połowę kwietnia). Na ogół spędza się go w gronie rodziny, a do jego zwyczajów należy obmywanie posągów Buddy w świątyniach lub w czasie procesji (przewozi się je na bagażnikach samochodów). Przez kilka dni ulice pełne są roześmianych ludzi, którzy malują się białą kredą i oblewają wodą. Przypomina to trochę nasz śmigus-dyngus.

Tajskie niezwykłości

W Tajlandii zaskoczy nas wiele rzeczy. Na śniadanie dostaniemy ryż z mięsem lub zupę z makaronem ryżowym, a niedojrzałe mango serwuje się tu z sosem rybnym albo chilli. Do większości potraw otrzymamy łyżkę i widelec. Piwo z kolei często podaje się z lodem.

Do zwykłych widoków należą w tym kraju mnich bawiący się telefonem komórkowym czy słonie spacerujące po ulicach. Na drogach trzeba zachować ostrożność, bo przepisy dla uczestników ruchu traktuje się raczej jako wskazówki niż nakazy i zakazy.

Niemal wszystkie kremy dostępne w sklepach przeznaczone są do rozjaśniania skóry. Klimatyzacja w środkach komunikacji i pomieszczeniach ustawiona jest na dość niską temperaturę – sweter w autobusie to konieczność. Hymn państwowy rozbrzmiewa z głośników dwa razy dziennie, dodatkowo również przed każdym seansem w kinie.

Argentyna - podróż życia

EMILIA GRZESIK

 

<< Tam, gdzie strzeliste szczyty łaskoczą niebo, ziarnka piasku ścigają się z wiatrem przez bezkresne równiny Patagonii, a Ocean Spokojny konkuruje z Atlantykiem – tam rodzi się przygoda. Wytrwałość podróżników przemierzających setki kilometrów surowej patagońskiej ziemi i odwaga żeglarzy wpływających w zdradliwe wody Cieśniny Magellana lub okolic przylądka Horn nabierają zupełnie nowego znaczenia, kiedy podziwiamy majestat andyjskich lodowców. Krajobrazy południowej Argentyny należą do jednych z najbardziej spektakularnych na naszej planecie. Dla mnie Patagonia wraz z Ziemią Ognistą stanowią wręcz symbole wielkich wypraw życia. >>

Południowoamerykańska Republika Argentyńska to kraj bardzo zróżnicowany. Ze względu na jego specyficzne położenie występuje tu kilka stref klimatycznych. Ukształtowanie terenu również nie jest jednolite: wschodnią granicę stanowi wybrzeże Oceanu Atlantyckiego, a zachodnią – wysokie Andy. Pomiędzy nimi rozciągają się bezkresne równiny i porośnięta trawą pampa, na której pasie się bydło. To stąd pochodzi najlepsza na świecie argentyńska wołowina, królowa popularnego asado, czyli tradycyjnego grilla dla rodziny i przyjaciół (barbecue).

W moich oczach Argentyna zawsze była ziemią poszukiwaczy nowych lądów. Dlatego też by poczuć się jak oni, postanowiłam wyruszyć na jej najdalej wysunięty na południe kraniec, stanąć na brzegu kontynentu i rzucić wyzwanie nieznanemu.

Więcej…