ELŻBIETA PAWEŁEK

<< Są tu najlepsze stoki narciarskie i słynne trasy Pucharu Świata, którym trudno się oprzeć, całoroczny śnieg na lodowcach i mnóstwo atrakcji. Zbocza Alp w niewielkiej Austrii to istny raj dla wielbicieli białego szaleństwa. Przyjeżdżają oni do tego kraju nie tylko z Europy, lecz także z całego globu, i nigdy nie opuszczają go zawiedzeni. >>

Austriacy wiedzą, jak zadbać o narciarzy. To dla nich przygotowują bezpieczne, ubite szlaki oraz tereny do uprawiania stylu freeride. Z myślą o snowboardzistach otwierają snowparki, aby przyciągnąć rodziny z dziećmi, organizują szkółki dla najmłodszych z dodatkowym programem rozrywkowym. Miejscowe ośrodki słyną ze znakomitej infrastruktury, a zaplecze gastronomiczne jest w nich na naprawdę wysokim poziomie. Zagranicznych gości zapraszają do siebie malowniczo położone hotele, modne pensjonaty, przytulne zajazdy i tradycyjne schroniska. Każdy znajdzie tutaj coś dla siebie.

Na ten sezon zimowy przygotowaliśmy dla Państwa krótką listę austriackich kurortów idealnych na wyprawę na narty. Zapraszamy do modnych centrów narciarskich w krajach związkowych Tyrol, Karyntia, Styria i Salzburg.

SANKT ANTON AM ARLBERG – NIE TYLKO DLA ŚMIAŁKÓW
W rejonie tej miejscowości można szusować po wytyczonych trasach lub poza nimi (jazda off-piste). Dla miłośników stylu freeride to ziemia obiecana – blisko 200 km zjazdów na dziewiczych terenach w głębokim śniegu gwarantuje niesamowite przeżycia. Narciarze ściągający do Sankt Anton am Arlberg (St. Anton am Arlberg) z całego świata podkreślają, że śnieżny puch jest tutaj najlepszy, krajobrazy najpiękniejsze, a szerokie wiraże na ośnieżonych stokach na zawsze pozostają w pamięci. W sumie mamy tu 340 km oznaczonych szlaków oraz 94 wyciągi i kolejki w 7 ośrodkach – St. Anton, St. Christoph, St. Jakob, Pettneu, Schnann, Flirsch i Strengen. Od ponad pół wieku to pierwsze miasteczko utrzymuje się na światowej liście najlepszych centrów dla wielbicieli białego szaleństwa. Jednak kurort nie stałby się tak znany, gdyby nie Johann Hannes Schneider (1890–1955), austriacki instruktor narciarstwa, twórca słynnej techniki arlberskiej i pierwszej szkółki narciarskiej w Austrii, założonej w 1920 r. Jego metoda do dziś się sprawdza.
Miłośnikom cudownych widoków warto polecić wyprawę kolejką na Vallugę (2809 m n.p.m.), nazywaną królową Arlbergu, a następnie zjazd 11-kilometrową trasą do samego St. Anton. Przejażdżka będzie tym bardziej niezapomniana, że końcowy odcinek posiada homologację Międzynarodowej Federacji Narciarskiej (Fédération Internationale de Ski – FIS). Jednak najwięcej emocji u zapalonych narciarzy wywołuje Weisse Rausch (Weiße Rausch), szalony wyścig rozgrywany w kwietniu (najbliższa jego edycja będzie miała miejsce 18 kwietnia 2015 r.). Co najmniej pół tysiąca śmiałków zbiera się wtedy na starcie, aby w jak najkrótszym czasie pokonać 9-kilometrowy dystans. Najlepszy dotychczasowy wynik to mniej niż 8 min.!

 

SERFAUS-FISS-LADIS – SŁONECZNE TARASY TYROLU
Region ten uchodzi za wspaniałe miejsce zarówno dla rodzin z dziećmi (liczne szkółki, place zabaw i ogródki dla maluchów), jak i osób lubiących wyprawy solo. Należy pamiętać o tym, że do samego Serfaus nie wolno nam wjeżdżać samochodami – zostawia się je na wyznaczonych parkingach. Nie musimy się jednak martwić o transport, bo pod wyciągi dostaniemy się… metrem (drugim w Austrii po Wiedniu). Dotrzemy nim do dolnych stacji kolejek kursujących na halę Komperdell (1982 m n.p.m.) i szczyt Alpkopf (2022 m n.p.m.), gdzie do wyboru mamy różne możliwości. Najpiękniejsze panoramy obejrzymy na ponad 2-kilometrowym odcinku wiodącym z Arrezjoch przez rynnę lodowcową do schroniska Mooshütte. Łatwe szlaki prowadzą z Plansegg (2376 m n.p.m.), dokąd zabierze nas gondola. Doświadczonym narciarzom z pewnością spodoba się trasa Pezid-Vertikal, uważana za najbardziej stromą w Austrii (spadki sięgają nawet 60 proc.).

FOT. SERFAUS-FISS-LADIS FOTOQUELLE/ANDREAS KIRSCHNER

Murmli i Berta ze stref zabaw dla dzieci w Serfaus-Fiss-Ladis

 

Na snowboardzistów natomiast czeka wiele atrakcji w Flight & Cross Park, wyposażonym w skocznie, rynny, wymyślne tory z falami, a nawet leżaki. Z Serfaus łatwo można przeskoczyć do Fiss kolejką Sunliner, a z Ladis do Fiss dowiezie nas Sonnenbahn. Tak opracowana komunikacja pozwala turystom skorzystać z 212 km doskonałych nartostrad w całym regionie. Z kolei tym osobom, którym znudziła się klasyczna forma sportu, proponuję przelecieć się 4-osobową lotnią Fisser Flieger lub wsiąść na olbrzymią obrotową huśtawkę Skyswing, kręcącą się nawet z prędkością 60 km na godzinę.
Po intensywnej jeździe zwykle nadchodzi pora, aby coś zjeść. W eleganckim ośrodku Ski Lounge na wysokości 2000 m n.p.m. z ulgą zdejmiemy buty narciarskie i zasiądziemy do obiadu w... schroniskowych pantoflach! Podaje się tu przysmaki tyrolskiej kuchni: Frittatensuppe – bulion z krojonym naleśnikiem, rozmaite dania z ziemniaków i pyszne ciasto z jabłkami, czyli Apfelstrudel.  

 

STUBAI – MODA NA LODOWCE
Ponad 40 lat temu Heinrich Klier (ur. w 1926 r.), pionier narciarstwa, postawił tutaj pierwsze 3 wyciągi. Nie marzył wówczas, że wyrośnie w tym miejscu największy ośrodek sportów zimowych w Austrii, określany mianem Królestwa Śniegu. Dolina Stubai obejmuje 3 lodowce na stokach Schaufelspitze (3332 m n.p.m.) – Schaufelferner (tzw. Stubai), Fernauferner i Gaisskarferner. Polacy już dawno polubili tę okolicę. W porównaniu z sąsiednim Hintertuxem tutejsze trasy są bardziej płaskie, ale za to szersze. Z dolnej stacji Mutterbergalm dostaniemy się na górę dwoma gondolkami. Początkowo biegną one równolegle, później jedna skręca do Eisgrat (2900 m n.p.m.), a druga – do Gamsgarten (2620 m n.p.m.). Do wyboru mamy 110 km zjazdów, 26 nowoczesnych kolejek linowych i wyciągów oraz wspaniały snowpark Moreboards Stubai Zoo, dokąd zjeżdżają snowboardziści z całego świata.
Stubai to również raj dla marzących o rodzinnych feriach. Już po raz kolejny przewodnik ADAC SkiGuide przyznał mu tytuł „Najbardziej przyjaznego rodzinie regionu narciarskiego w Alpach”. W ramach programu BIG Family Stubai dzieci mogą korzystać ze szkółek jazdy i różnych udogodnień. Dzięki temu ich rodzice nie muszą płacić za skipassy dla swoich pociech poniżej 10 lat. Na najmłodszych czekają maskotki, faliste trasy i tzw. magiczne dywany, czyli chodniki taśmowe.

 

SÖLDEN – POCZUĆ SKOK ADRENALINY
W Sölden, tak jak w Stubai, śnieg leży aż do maja. Wspaniałe warunki zapewniają dwa lodowce Rettenbach i Tiefenbach, które połączone skalnym tunelem utworzyły jeden z największych terenów lodowcowych w Austrii. Kiedy na pierwszym hula wiatr i mgła ogranicza widoczność, na drugim często poszusujemy w słońcu. W całym kompleksie przygotowano ok. 145 km nartostrad. Przy okazji można tu zdobyć za jednym razem 3 trzytysięczniki, składające się na słynną wielką trójkę BIG 3: Gaislachkogl (3058 m n.p.m.), Tiefenbachkogl (3250 m n.p.m.) i Schwarze Schneide (3340 m n.p.m.). Dla większości amatorów narciarstwa to spore wyzwanie sportowe, bo trzeba pokonać na nartach 50  km i 10 tys. m różnicy wysokości. Wykonywanie tego zadania umilają postoje na platformach widokowych zawieszonych nad przepaściami, z których rozciągają się niesamowite widoki. Jeśli komuś za mało emocji po takim wyczynie, niech weźmie udział w konkursie Adrenalin Cup. Żeby to zrobić, wystarczy tylko w kasach nabyć karnet AdrenalinPass. Pozwala on wystartować w 10 dyscyplinach sportowych: od slalomu giganta, zjazdu z pomiarem prędkości i w stylu freeride po loty narciarskie i fotosafari. Postępy wszystkich uczestników są rejestrowane elektronicznie, a zwycięzcy zostają wyłonieni pod koniec sezonu.

FOT. ÖTZTAL TOURISMUS

Futurystyczna restauracja Ice Q na szczycie Gaislachkogl


W tym ośrodku narciarzy naprawdę się rozpieszcza. Niedawno ruszyła tutaj nowa, odporna na wiatr i wstrząsy, kolejka na Gaislachkogl (8EUB Gaislachkogl I), wywożąca w górę 3600 osób w ciągu godziny – to zdecydowany rekord świata! Była to największa inwestycja w historii austriackiego narciarstwa: kosztowała 40 mln euro. Jeśli poczujemy się głodni, powinniśmy zajrzeć do nowej restauracji Ice Q, w kształcie szklanego sześcianu, leżącej na wysokości 3048 m n.p.m., lub do Tre Milla, najwyżej położonej austriackiej pizzerii (3058 m n.p.m.). Nie wolno też przegapić Hannibala, wielkiego spektaklu teatralnego na lodowcu Rettenbach (najbliższy odbędzie się 17 kwietnia 2015 r. o godz. 19.30), nawiązującego do przemarszu na słoniach kartagińskiej armii dowodzonej przez Hannibala przez Alpy.

 

BAD KLEINKIRCHHEIM – ZE STOKU DO TERM
Niektórzy jeżdżą na narty tylko do Tyrolu, jeszcze inni wolą lodowce, ale są również miłośnicy Karyntii, na których czeka w tym kraju związkowym ponad 30 ośrodków narciarskich i 800 km nartostrad. Franz Klammer (ur. w 1953 r.), mistrz olimpijski z Innsbrucku (1976) w zjeździe, pięciokrotny zdobywca Pucharu Świata w tej konkurencji, zapewnia, że to kraina słońca, idealna dla osób cieszących się życiem. W Bad Kleinkirchheim znajdziemy kameralne stoki osłonięte lasem, szlaki do carvingu i specjalne tereny do jazdy po muldach. Dreszcz emocji wywołuje trasa Pucharu Świata FIS K 70, nazwana imieniem Klammera. Poza tym świetnie przygotowane zbocza oferuje także sąsiednia miejscowość St. Oswald.
Snowboardziści będą zachwyceni tutejszym snowparkiem, a mali narciarze – dziecięcym klubem „Bobo” i innymi przeznaczonymi dla nich atrakcjami.

FOT. JOHANNES PUCH/WWW.JOHANNESPUCH.AT

Bad Kleinkirchheim w Karyntii oczarowuje kameralną atmosferą

 

Rozgłos i sławę Bad Kleinkirchheim zawdzięcza gorącym źródłom leczniczym, robiącym furorę już w latach 50. XX w. Nikt się nie oprze miejscowym łaźniom rzymskim (Thermal Römerbad), położonym tuż przy dolnej stacji kolejki na Kaiserburg (2055 m n.p.m.). Nawet podczas minusowej temperatury można w nich pływać na zewnątrz, bo woda w basenach ma ok. 35°C. W środku rozrywki dostarczają wodospady, kanały i rwące potoki. Niektórzy turyści wolą mniej gwarne, sąsiednie Termy św. Katarzyny (Therme St. Kathrein), w których zażyjemy kąpieli wzbogaconej radonem, wspomagającym leczenie depresji i reumatyzmu, zrelaksujemy się w saunie fińskiej, tepidarium i łaźni parowej. Jeśli zatrzymamy się w pensjonatach i hotelach z obsługą all inclusive, będziemy mogli korzystać do woli z term, jazdy konnej, kortów tenisowych, grać w squasha czy minigolfa.

 

KAPRUN I ZELL AM SEE – NA SPORTOWO
Dzięki wysiłkom władz dwóch miejscowości w kraju związkowym Salzburg powstał całoroczny kompleks sportowy – Europa-Sportregion. Słowo „Europa” w nazwie nie było przypadkowe, bo przyjeżdżali (i wciąż przyjeżdżają) do niego Niemcy, Brytyjczycy, Francuzi, Holendrzy, nie mówiąc o Polakach, czujących się w tym miejscu niemal jak w domu. Od 2002 r. obszar przemianowano na Zell am See-Kaprun. Jednego dnia poszusujemy tu na lodowcu Kitzsteinhorn koło Kaprun, następnego przerzucimy się na trasy pobliskiego Zell am See. Na Schmittenhöhe (1965 m n.p.m.) w tym ostatnim kurorcie można dostać się bez przesiadek kolejką kabinową. Najpiękniejszy, 3-kilometrowy zjazd zaczyna się od stacji górnej i prowadzi przez Sonnenkar do dolnej stacji kolejki Sonnenkarbahn. Na wprawnych narciarzy czekają strome szlaki Trass i Standard (różnica poziomów ok. 1000 m), na których przydadzą się ostre krawędzie w deskach. Po ich pokonaniu – co prawda – nogi będziemy mieć jak z waty, ale zmęczenie wynagrodzi nam poczucie dumy, że udało się nam przejechać trasą Pucharu Świata. Amatorzy spokojniejszej jazdy mogą wybrać łatwiejsze stoki z piękną panoramą na Zeller See – jezioro Zell (750 m n.p.m.). Po jego drugiej stronie działa rodzinny ośrodek Ronachkopf (1350 m n.p.m.) z 5 wyciągami.
Jeśli warunki śniegowe się pogorszą, ratunkiem staje się lodowiec Kitzsteinhorn, czyli Kamienny Róg Kozicy, o którym narciarze pieszczotliwie mówią „Kitz”. Wytyczono na nim 40 km tras. Zbocza wokół Alpincenter (2450 m n.p.m.), gdzie latem trenują czołowi sportowcy, należą do średnio trudnych. Wyższe wymagania stawia szlak zjazdowy przechodzący obok schroniska Salzburger Hütte (1860 m n.p.m.) aż do środkowej stacji na Breitriesenalpe (1670 m n.p.m.). W tym narciarskim raju znajdziemy 138 km nartostrad, ok. 50 kolejek i wyciągów, wywożących w górę 60 tys. osób na godzinę. Po dużym wysiłku relaks zapewni nam nowoczesny park wodny Optimum w Kaprun i kryty basen w Zell am See.

 

SCHLADMING – STYRYJSKA PERŁA
Ta okolica potrafi zauroczyć od pierwszej wizyty. Już dawno 8 styryjskich ośrodków sportów zimowych leżących po obu stronach doliny rzeki Aniza, w tym Schladming, połączyło się w jeden wielki kompleks narciarski Schladming-Dachstein. Zyskał on międzynarodową sławę w 1982 r., kiedy odbyły się w nim 27. Mistrzostwa Świata w Narciarstwie Alpejskim. W 1908 r. do zimowej stolicy Styrii zaczęli przyjeżdżać amatorzy narciarstwa. Pierwszy wyciąg ruszył w 1953 r. i kursował do schroniska Schladminger Hütte (1830 m n.p.m.). 20 lat później otwarto też kolejkę linową na Planai (1906 m n.p.m.), co było prawdziwym przełomem w historii styryjskiego kurortu.
Dziś Schladming szczyci się świetnymi szlakami zjazdowymi, w tym nartostradą na Planai, uznaną podczas zawodów w 1973 r. za najszybszą na świecie – osiągnięto na niej prędkość 111 km na godzinę. Mniej doświadczeni narciarze preferują łatwiejsze trasy Weitmoos lub Stricher. Na muldach poszalejemy na hali Mitterhausalm. Dla osób marzących o startach w zawodach powstał profesjonalny tor zjazdowy na Planai. Zaczyna się niedaleko stacji pośredniej i ma długość ponad kilometra. Dzięki elektronicznemu pomiarowi na mecie otrzymujemy swój wynik, który możemy porównać z czasem najlepszego austriackiego zawodnika. Oprócz Planai popularnością cieszą się także płaskowyż Rohrmoos, chętnie wybierany przez rodziny z dziećmi, i lodowiec Dachstein. Już same panoramy rozpościerające się z okien kolejki zapierają dech w piersiach.

Artykuły wybrane losowo

Tajlandia – w kraju uśmiechów

ALINA WOŹNIAK

<< Każdego roku przyjeżdżają tu miliony turystów spragnionych słońca, złotych plaż, wyśmienitej kuchni, wielowiekowych zabytków, egzotycznych pejzaży i wszelkiego rodzaju atrakcji: od kursów medytacji przez górskie wędrówki po zabawę w nocnych klubach. Moda na Tajlandię nie przeminęła i jeszcze długo będzie się utrzymywać. >>

Królestwo Tajlandii to monarchia konstytucyjna, na której czele stoi król (aktualnie Rama IX – Bhumibol Adulyadej). Leży w Azji Południowo-Wschodniej na Półwyspie Indochińskim i części Półwyspu Malajskiego. Należą do niego również setki wysp w Zatoce Tajlandzkiej i na Morzu Andamańskim. Duża różnorodność stref roślinności (lasy monsunowe, równikowe, namorzynowe, sawanny) sprawia, że w granicach tego państwa żyje wiele gatunków zwierząt, m.in. słoń indyjski, niedźwiedź malajski, lotokot, lampart czy zagrożony wyginięciem tygrys.

Więcej…

Łatwo zakochać się w Wenezueli

MICHAŁ DOMAŃSKI

 

Tym, co najbardziej przyciąga do tego południowoamerykańskiego kraju, kojarzonego obecnie w Polsce przede wszystkim z kontrowersyjnym prezydentem Hugo Chávezem, wielkimi złożami ropy naftowej, najpiękniejszymi kobietami na świecie (aż 6 tytułów Miss World i Miss Universe!) i porywającą tłumy widzów, niezrównaną Orkiestrą Symfoniczną Simóna Bolívara pod dyrekcją młodego geniusza muzycznego, 31-letniego Gustavo Dudamela, jest bezsprzecznie wielkie bogactwo tutejszej przyrody. Odważniejsi turyści eksplorują deltę rzeki Orinoko, krainę Indian Warao, podróżując szlakiem słynnego niemieckiego geografa, przyrodnika i podróżnika Aleksandra von Humboldta (1769–1859). Miłośników gór przyciągają dostojne Andy, na czele z najwyższym szczytem Wenezueli – Pico Bolívar (4978 m n.p.m.). Amatorzy ciszy i spokoju oraz zapierających dech w piersiach widoków odpoczywają na rajskim archipelagu Los Roques i u stóp potężnego wodospadu Salto Ángel. A to przecież tylko kilka spośród wielu zachwycających atrakcji tego pasjonującego kraju...

Więcej…

Seszele – kokosowa kraina szczęścia

379 IMG1 Grande Soeur 10630x7102

Otoczona granitowymi skałami rajska plaża na wysepce Grande Soeur na Seszelach

© SEYCHELLES TOURISM BOARD

 

MAGGIE ANKOWSKA

www.seszelerajnaziemi.com

 

Pewnego dnia dziwnym zbiegiem okoliczności miejsce, które do niedawna było dla mnie tylko kropką na mapie świata, tropikiem odległym i nieosiągalnym, stało się moim domem. Wylądowałam w zakazanym raju – wielokrotnie odnosiłam wrażenie, że nie mam prawa tu być. Na Seszelach, archipelagu będącym częścią Grzbietu Maskareńskiego, do dziś żyje największa populacja żółwi olbrzymich na naszym globie. Większość wysp jest niezamieszkała, a ciszę mąci na nich tylko szum Oceanu Indyjskiego i wiatr szeleszczący wśród liści palm kokosowych…

 

W tym wyspiarskim państwie mieszka ponad 93 tys. ludzi. Dla porównania w samej Warszawie żyje ich niemal 19 razy tyle. Największa w archipelagu jest wyspa Mahé (157,3 km2) ze stolicą Victorią. Seszele, znajdujące się przez wiele lat w rękach Francuzów, a potem Brytyjczyków, uzyskały niepodległość w czerwcu 1976 r. Mimo iż ich mieszkańcy silnie utożsamiają się ze swoją kreolską kulturą i najchętniej posługują się seszelskim kreolskim, wpływy wcześniejszych kolonizatorów są bardzo wyraźne – do języków urzędowych należy również francuski i brytyjski, na ulicach obowiązuje ruch lewostronny, a w budynkach montuje się gniazdka z trzema otworami.

 

Choć dochody z turystyki stanowią niezmiernie istotną część budżetu państwa i miejscowi chętnie goszczą turystów, najważniejsze pozostaje dla nich zachowanie archipelagu w niezmienionym naturalnym stanie. Życie lokalnej ludności płynie spokojnym rytmem, a ruch turystyczny odbywa się jakby obok. Mieszkałam tutaj kilka lat, pracowałam z wyspiarzami i spędzałam z nimi czas wolny, ale pomimo moich największych starań i dużej otwartości na odmienną kulturę zawsze czułam się obca, choć zostałam zaakceptowana. Ta aura niedostępności otaczająca Seszelczyków sprawia, że człowiek z zewnątrz odnosi wrażenie, iż znalazł miejsce wyjątkowe, tylko dla wybranych – trafił do raju. Okolica zdaje się zresztą potwierdzać to przypuszczenie. Nawet na Mahé, najpopularniejszej z wysp, o każdej porze dnia możemy wybierać z minimum tuzina rajskich plaż, na których będziemy po prostu sami.

 

WYSPA ATRAKCJI

 

W ostatnich latach ruch turystyczny na Seszelach zwiększył się i dziś archipelag postrzegany jest jako idealne miejsce na romantyczny wyjazd dla zakochanych, ślub, podróż poślubną czy świętowanie okrągłych rocznic dla osób w związku. Trudno się temu dziwić. Już w momencie opuszczania samolotu można poczuć, że trafiło się w tropiki. Słodkie, lepkie, gorące powietrze o niepowtarzalnym zapachu otula twarz i zapowiada dalsze przyjemności. Droga z lotniska prowadzi krętym wybrzeżem pokrytym białym piaskiem i granitowymi skałami. Gdy wreszcie dotrze się do jednego z miejscowych wspaniałych hoteli, trudno oprzeć się urokowi pięknych prywatnych plaż i znakomicie zagospodarowanych ogrodów. Niejednemu turyście wydaje się, że cudowniej być już nie może. Dlatego też wielu z nich decyduje się nie opuszczać swojego hotelowego raju, ale zupełnie niesłusznie. Zapewniam, że warto poznać bliżej całe Seszele.

 

Ze wszystkich wysp archipelagu właściwie tylko trzy są zamieszkałe przez lokalną ludność – Mahé, Praslin i La Digue. Na kilku pozostałych znajdują się luksusowe ośrodki wczasowe i przebywają tu tylko bardzo majętni turyści i obsługa hotelowa.

 

Dla większości osób odwiedzających Seszele pierwszym przystankiem jest Mahé. Ponieważ to największa i najbardziej rozwinięta wyspa z całego regionu, czeka na niej najwięcej atrakcji. Możemy wykupić lot helikopterem, popłynąć na połów, pojeździć po wybrzeżu konno, wynająć skutery wodne, wybrać się na rejs łodzią i zatrzymywać po drodze na najdzikszych plażach. Dla amatorów pieszych wycieczek nie zabraknie szlaków trekkingowych. W środku tropikalnego lasu poszalejemy na tyrolce. Podwodne królestwo wokół Mahé przypadnie do gustu nawet najbardziej wymagającym i doświadczonym nurkom. Chyba jedynym typowo turystycznym rejonem jest plaża Beau Vallon położona na północno-zachodnim brzegu wyspy. W jej okolicy znajdują się hotele, restauracje, promenada i uliczny bazar Labrin, na którym sprzedaje się typowo kreolskie jedzenie. Warto odwiedzić to miejsce w środę wieczorem, kiedy odbywa się festyn z kulinarnymi przysmakami. Seszelski rum Takamaka leje się wtedy strumieniami, a wokół rozbrzmiewa kreolska muzyka. Okoliczni mieszkańcy wylegają na ulice i można poczuć się wśród nich częścią tej lokalnej społeczności, która chętnie przyjmuje do swojego grona ludzi chcących poznać tutejszą kulturę.

 

Jeśli jednak wolimy zejść z utartych ścieżek i odkryć prawdziwe oblicze wyspy, proponuję wynająć samochód i objechać ją dookoła. Podczas takiej wycieczki trzeba zatrzymać się na plaży Anse Royale i po spacerze po ogrodzie przypraw spróbować dań seszelskiej kuchni. Na liście obowiązkowych przystanków nie powinno zabraknąć także Anse Takamaka. Ta jedna z najsłynniejszych plaż na Mahé ciągnie się przez 2 km. Warto zahaczyć też o plaże Anse Intendance i Port Launay.

 

Do stolicy Seszeli – Victorii – dobrze wybrać się rano, aby zdążyć na najświeższe przysmaki z tutejszego targu rybnego, kupić przyprawy, owoce i warzywa. Jeśli jednak ryby aż tak nas nie interesują albo wolimy rozpocząć dzień od plażowania, możemy spokojnie odwiedzić to miejsce później, gdyż otwarte jest do popołudnia i rzadko kiedy brakuje tu towaru.

 

Miłośnicy lokalnej sztuki znajdą w mieście mnóstwo straganów i galerii oferujących wyroby seszelskich artystów. W położonej na piętrze restauracji „Marie-Antoinette” spróbujemy miejscowej kuchni i zasymilujemy się z tutejszą społecznością.

 

Prawie w samym centrum Victorii, w dzielnicy Mont Fleuri leży piękny ogród botaniczny, w którym można zobaczyć, a nawet nakarmić słynne żółwie olbrzymie. Te osobliwe zwierzęta są jedną z większych atrakcji w tym zakątku świata.

 

W SESZELSKICH GŁĘBINACH

 

Podwodny świat Seszeli to przede wszystkim mieniące się tysiącami kolorów i tętniące życiem rafy koralowe, ale nie tylko one. Do najpopularniejszych punktów nurkowych w okolicy należą także cztery wraki (Ennerdale, Twin Barges, Dredger i Aldebaran), które koniecznie trzeba zobaczyć. W ich pobliżu zawsze, bez względu na sezon czy pogodę, można spotkać licznych mieszkańców oceanicznego królestwa. Pod wodą z pewnością natkniemy się na skorpeny, szkaradnice, skrzydlice, olbrzymich rozmiarów homary czy rozdymki tygrysie, a oglądaniu tych niezwykłych stworzeń będzie towarzyszył lekki dreszczyk emocji związany ze zwiedzaniem wnętrz zatopionych statków.

 

Sprzyjające warunki pogodowe i stabilna temperatura utrzymująca się przez cały rok sprawiają, że na nurkowanie na Seszelach warto wybrać się właściwie zawsze, jednak są miesiące, w których eksploracja głębin bywa znacznie przyjemniejsza. Polecam szczególnie okres od stycznia do kwietnia. Wówczas woda jest najcieplejsza, a widoczność – najlepsza. Życie w oceanie rozkwita i zachwyca swoją różnorodnością. Deszcze nie padają prawie w ogóle, w związku z czym między kolejnymi zanurzeniami można przyjemnie odpocząć na łódce i wspaniale się opalić.

 

211 STB 14 Vallee De Mai 4961x3311

Rezerwat Naturalny Doliny Mai porastają endemiczne lodoicje seszelskie

© SEYCHELLES TOURISM BOARD

 

Nie oznacza to jednak wcale, że nie powinno się nurkować w pozostałe miesiące, wręcz przeciwnie, nawet trzeba! Zwłaszcza jeśli chcielibyśmy popływać w towarzystwie rekinów wielorybich. Przybywają one w rejon archipelagu w okolicy września i października wraz z południowo-wschodnim monsunem, aby żywić się planktonem. Woda w tym czasie jest trochę chłodniejsza – ma ok. 24–26°C, ale 45-minutowa kąpiel w takiej temperaturze w odpowiednim stroju miło orzeźwia, a podziwianie tej największej ryby na ziemi dostarcza niezapomnianych wrażeń.

 

Nie trzeba być jednak doświadczonym nurkiem, aby odkrywać piękno oceanicznego świata Seszeli. Osoby początkujące znajdą tu wiele fantastycznych miejsc na płytkich wodach, gdzie pośród wspaniałej morskiej fauny i flory będą mogły podszlifować swoje nurkowe umiejętności.

 

Tym, którzy wolą zostać na powierzchni, a ryby chętniej widzą na swoim talerzu, również spodoba się na archipelagu. W regionie, gdzie taniej jest mieć małą łódkę niż samochód, ludzie często trudnią się połowami, a wiedza lokalnych rybaków bywaimponująca. Chętnie dzielą się nią ze wszystkimi zainteresowanymi w trakcie powszechnie organizowanych wypraw na pełne morze, podczas których trafiają się takie zdobycze jak barakudy, żaglice, tuńczyki, pelamidy, marliny błękitne czy samogłowy.

 

Wróćmy jednak na chwilę na ląd, bo i tutaj na Mahé na miłośników przygód czeka niejedno. Jeśli ktoś lubi bliski kontakt z naturą i górskie wędrówki, to na pewno się nie rozczaruje. Co prawda tutejsze góry nie są wysokie, więc wspinaczka w ich rejonie ma charakter bardziej turystyczny niż wyczynowy, ale istnieje kilka szlaków, których pokonanie w tym tropikalnym klimacie wymaga nieco wysiłku. Nagrodę dla wytrwałych stanowią satysfakcja i niepowtarzalne widoki. Najwyższym szczytem na wyspie jest Morne Seychellois (905 m n.p.m.) i choć wydaje się niewysoki, wyprawa na niego bywa niełatwa. Trzeba się dobrze napocić, aby dotrzeć do wierzchołka, ale naprawdę warto! Przy odpowiedniej pogodzie można stąd podziwiać zapierający dech w piersiach rozległy widok na Ocean Indyjski upstrzony gdzieniegdzie kawałkami zielonego, często nietkniętego ludzką ręką lądu.

 

Mahé, mimo iż jest wspaniała i różnorodna, stanowi jednak tylko część tropikalnego archipelagu. Jeśli ograniczymy się więc jedynie do pobytu na niej, nie będziemy w stanie poznać całego regionu. Choć nie sposób odwiedzić wszystkich wysp, są miejsca, których przegapić nie wolno…

 

W CIENIU PALM

 

Zwiedzanie powinniśmy zacząć od Praslin, mimo iż La Digue leży w podobnej odległości od Mahé. Na wyspę najlepiej dostać się porannym samolotem – lot dwupłatowcem prawie w kokpicie pilota dostarcza niesamowitych wrażeń, a przepiękny widok wschodzącego słońca i budzącego się do życia świata zostaje na długo w pamięci.

 

Praslin zachwyca swoimi restauracjami, barami i chyba jeszcze piękniejszymi plażami i ośrodkami wypoczynkowymi, z których nie chce się wychodzić. Jeżeli planujemy spędzić na Seszelach więcej czasu i mamy kilka wolnych dni do zagospodarowania, wizyta tu z pewnością nas nie rozczaruje. Wyspa ta charakteryzuje się stabilniejszą od Mahé pogodą, niewielkim ruchem samochodowym i licznymi połaciami pełnych życia tropikalnych lasów.

 

Odwiedziny na tutejszej przepięknej plaży Anse Lazio będą wspaniałym wstępem do późniejszego poznawania cudów La Digue. Oprócz tego na Praslin zobaczyć trzeba na pewno Rezerwat Naturalny Doliny Mai (Vallée de Mai Nature Reserve) z ekosystemem stanowiącym pozostałość po pradawnych lasach palmowych, gdzie wykształciła się słynna endemiczna dla Seszeli palma kokosowa (lodoicja seszelska), lokalnie zwana coco de mer. W jej owocach o bardzo specyficznym kształcie kryje się największe nasienie świata roślinnego. Wyjątkowa lodoicja seszelska stała się symbolem tego wyspiarskiego kraju.

 

W tych niemalże niezmienionych od wieków lasach spotkać można wiele endemicznych gatunków ptaków i roślin. Podczas spaceru da się usłyszeć czarną papugę seszelską, koralczyka czerwonogłowego czy pustułkę seszelską. Niesamowite bogactwo fauny i flory, zachowane do dziś dzięki staraniom Seszelczyków, sprawia, że to miejsce przypomina świat sprzed rozwinięcia się cywilizacji człowieka, prehistoryczną krainę, w której rządzi tylko natura.

 

Jeśli z Praslin będziemy chcieli wybrać się na La Digue, zabierze nas na nią prom. Na 15 min. staniemy się małym poruszającym się punkcikiem na bezkresnym Oceanie Indyjskim. Gdy ze wszystkich stron otacza nas lazurowa woda, a na horyzoncie widać jedynie oddalającą się linię brzegową usianą palmami kokosowymi, trudno nie pomyśleć, jak mali jesteśmy w porównaniu z ogromem świata. I może niektórych myśl ta przeraża i skłania do rozważań prowadzących do kryzysu egzystencjalnego, ale ja w takim właśnie momencie czuję się wolna…

 

225 STB 7 Creole Buffet 4961x3311

Kuchnia seszelska charakteryzuje się niezmiernie bogatą mieszanką smaków

© SEYCHELLES TOURISM BOARD

 

SMAK RAJU

 

La Digue to miejsce idealne. Na tej trzeciej co do wielkości zamieszkałej wyspie Seszeli główny środek transportu stanowi rower. Zaraz po wpłynięciu do portu przedsiębiorczy miejscowi próbują każdego z turystów wyposażyć w jednoślad. Nie należy, oczywiście, oczekiwać najnowocześniejszych modeli rowerów górsko-wyścigowych – większość z oferowanych pojazdów to raczej wysłużone i lekko zniszczone wehikuły, ale przecież nikt nie przyjeżdża się tu ścigać…

 

Na La Digue koniecznie trzeba odwiedzić dwie plaże: Anse Source d’Argent i L’Union Estate. Do obydwu prowadzą bardzo przyjemne, niewymagające specjalnej sprawności fizycznej trasy rowerowe. W Parku Union Estate możemy spotkać żółwie olbrzymie, zwiedzić plantacje wanilii, kokosów i ananasów. Po przemierzeniu tej okolicy w końcu dociera się do jednej z najczęściej fotografowanych plaż na świecie – Anse Source d’Argent. Biały, drobny piasek, nieskazitelnie czysta, turkusowa woda, kokosowe palmy i tak charakterystyczne dla Seszeli granitowe skały tworzą scenerię niczym z prawdziwego raju. Do tego wokół panuje niesamowita cisza nie zakłócana nawet szumem fal, bo ich tu prawie nie ma. Koniecznie należy zabrać ze sobą maskę do snorkelingu, chociaż nawet bez niej najprawdopodobniej będziemy mogli oglądać żółwie morskie podpływające do brzegu w towarzystwie najbardziej egzotycznych gatunków ryb na ziemi. Podczas spaceru wzdłuż plaży na południe podziwia się zapierające dech w piersiach widoki, które na zawsze pozostawiają w pamięci pewność, że byliśmy częścią czegoś wyjątkowego.

 

Choć dzięki otaczającemu nas pięknu na chwilę zapomnimy o głodzie, oprócz nasycenia ducha ważny jest też pokarm dla ciała. Usytuowana tuż przy plaży restauracja, której nie sposób ominąć w drodze powrotnej, serwuje przysmaki kuchni kreolskiej, opartej głównie na rybach i owocach morza.

 

Potrawy z Seszeli są świeże i naturalne. W tutejszej aromatycznej, dość pikantnej kuchni wykorzystuje się głównie produkty lokalne. Miłośnicy owoców morza będą zachwyceni – na początek powinni spróbować tradycyjnej sałatki z ośmiornicy, a po niej ryby po kreolsku. Rybołówstwo jest jednym z głównych zajęć na archipelagu, więc różnorakich świeżych ryb, wyławianych praktycznie co godzinę, nie brakuje nigdy, a miejscowi osiągnęli prawdziwe mistrzostwo w ich przygotowywaniu. Niemal do każdego posiłku podaje się sałatkę z mango i papai. Wyśmienicie komponuje się ona z dość pikantnymi przyprawami, w szczególności ze słynnym kreolskim sosem curry, z którym serwuje się praktycznie wszystko: kurczaka, ryby, wieprzowinę, a dla odważniejszych – lokalny przysmak, czyli nietoperza!

 

Na Seszelach warto też spróbować charakterystycznego dla wysp pacyficznych owocu chlebowca właściwego – rośnie na drzewie i wygląda jak owoc, ale ma konsystencję świeżego chleba i smakuje podobnie do pieczonych ziemniaków. Ci, którzy nie lubią kulinarnych eksperymentów, mogą zamówić po prostu hamburgera i frytki.

 

Najedzeni, opaleni i wypoczęci wyruszymy w drogę powrotną do portu, aby zdążyć przed zachodem słońca. Należy pamiętać, że Seszele leżą na równiku, więc dzień i noc mają porównywalną długość przez cały rok (mniej więcej 12 godz.). Słońce zachodzi ok. godz. 18.30. Zachód oglądany z pokładu statku płynącego przez ocean wygląda po prostu bajecznie…

 

324 IMG24 Anse Source dArgent 4288x2848

Zjawiskowa plaża Anse Source d’Argent na La Digue

© SEYCHELLES TOURISM BOARD

 

OSOBLIWY CUD NATURY

 

Rozpieszczeni i może nawet chwilowo nasyceni ostatnimi wrażeniami nie dajmy się zwieść, że widzieliśmy już wszystko. Najdalej na północ w archipelagu leży niewielka koralowa wyspa o powierzchni ok. 1 km2, przez wielu uważana za najpiękniejszą na świecie. To prawdziwy raj dla ornitologów, miejsce, w którym w niezmąconym spokoju żółwie morskie (zielone i szylkretowe) składają jaja.

 

Od maja do października miliony ptaków przylatują na Bird Island zakładać gniazda. Przez cały rok wyspę zasiedla przynajmniej 20 ich gatunków. Nieustannie rozbrzmiewające ptasie odgłosy nie dają zapomnieć o tym, kto rządzi na tym skrawku lądu.

 

Na Bird Island znajduje się jeden ośrodek (z 24 bungalowami), zbudowany i prowadzony w jak największej zgodzie z naturą. Ze względu na ograniczoną liczbę miejsc wycieczkę na wyspę trzeba zaplanować odpowiednio wcześniej. Choć koszt pobytu może nie należy do najniższych, jest warty każdej złotówki, a większość pieniędzy zostawianych przez turystów przeznacza się na ochronę tego niezaprzeczalnego cudu przyrody.

 

Nie da się na paru stronach przedstawić całego bogactwa Seszeli, jak również nie sposób w kilka czy kilkanaście dni zwiedzić ich całych. Po każdej wyprawie na archipelag pozostaje niedosyt. Nawet po kilku latach spędzonych na wyspach wciąż będzie nam mało. Stawałam na najwyższych szczytach kontynentów, przemierzałam przerażające ciszą pustynie, skakałam z samolotów, nurkowałam w niedosięgłych głębinach oceanów – robiłam to wszystko, bo szukałam ekstremalnych doznań.

 

Seszele też są ekstremalne, w swoim pięknie, ciszy i osamotnieniu. Leżą pośrodku niczego. To miejsce tak cudowne, że niemal nierealne, odcięte od problemów, z którymi boryka się reszta świata. Tu królową jest natura, a największą wartością – czas spędzany na jej łonie w towarzystwie najbliższych, w cieniu kokosowych palm i przy szklaneczce Takamaki… Na Seszelach człowiek zaczyna rozumieć, że to właśnie ten poszukiwany przez wszystkich raj, beztroska kraina szczęścia.