konie_w_wodzie.jpg

Rajd konny koło Pałacu i Folwarku Galiny

©PAŁAC I FOLWARK GALINY


DOROTA WAGA

 

Turystyka aktywna cieszy się wciąż niesłabnącą popularnością. Wydaje się, że im więcej godzin spędzamy przed ekranem komputera albo telewizora lub w fotelu samochodowym, tym częściej w czasie wolnym chcemy zażywać ruchu. Wybieramy się więc na wędrówki po górach, spływy kajakowe, rejsy po wodach śródlądowych, czy nawet morzach i oceanach, , a także szczególnie ostatnio modne rajdy rowerowe. Coraz szersze zainteresowanie budzą też wyprawy konne, które przebojem zdobywają sobie rzesze oddanych wielbicieli na całym świecie, również w Polsce.

 

9_2.jpg

Lipcowe Mistrzostwa Polski w Skokach przez Przeszkody w Warce

©HOTEL SIELANKA NAD PILICĄ

Koń od wieków towarzyszy człowiekowi, więc wiąże się z nim wiele skojarzeń. Gdy widzimy stado galopujących po prerii przepięknych mustangów, nasze myśli wraz z nimi pędzą ku niezdefiniowanej wolności. Chcemy choć na chwilę wyrwać się z okowów codzienności i poczuć wiatr we włosach. Nie bez powodu także znakiem firmowym marki Ferrari został czarny rumak, symbolizujący prędkość, siłę i grację. Te mądre i lojalne zwierzęta ludzie doceniają od zawsze – wystarczy wspomnieć choćby słynnego Bucefała Aleksandra Wielkiego, wspaniałego Marengo Napoleona Bonapartego czy odważnego Pałasza Jana III Sobieskiego.

Chcielibyśmy zaprezentować Państwu, drodzy Czytelnicy magazynu All Inclusive, najciekawsze pomysły na urlop w siodle. Oto zestawienie 12 niezmiernie interesujących miejsc w Europie i na świecie, do których warto pojechać, aby skorzystać z uroków turystyki konnej.

Dolina Pilicy – Polska

Położona zaledwie 50 km od Warszawy malownicza Dolina Pilicy to prawdziwe królestwo natury. Pilica jest jedną z najczystszych rzek w Polsce i niezwykle atrakcyjnym szlakiem kajakowym, który od kilku lat cieszy się ogromną popularnością wśród mieszkańców Warszawy i Mazowsza. Tutejszą Puszczę Stromecką porastają siedliska borowe z dominacją drzewostanu sosnowego.

Między rzeką a lasami, w Warce leży ponad 100-hektarowa posiadłość o nazwie Farma Sielanka, znakomicie oddającej jej urokliwe położenie oraz atmosferę miejsca. Znajduje się tu ośrodek jeździecki, w którym w 2007 r. odbyły się Mistrzostwa Świata w Powożeniu Zaprzęgami Parokonnymi. W lipcu każdego roku rozgrywane są w nim Mistrzostwa Polski w Skokach przez Przeszkody. Jest to okazja, aby na własne oczy zobaczyć, jak rywalizują ze sobą najlepsi jeźdźcy i konie. Od wiosny do jesieni natomiast amatorzy biorą udział w cyklu zawodów o Puchar Sielanki. Nie trzeba być jednak zawodnikiem, żeby jeździć konno w tym sielskim ośrodku. Dzieci mogą zacząć w nim swoją przygodę z jeździectwem od zapoznania się z podstawami podczas autorskiego programu, który obejmuje np. przejażdżki na kucach, karmienie czy poznawanie zwyczajów koni. Szkółka prowadzi zajęcia grupowe i indywidualne, a na wakacje w siodle zaprasza jeźdźców na każdym poziomie zaawansowania. Tereny, na których znajduje się Farma Sielanka, leżą na obszarze Natura 2000, zachęcającym do konnych wycieczek. Dodatkowo w ośrodku działa także pensjonat dla koni, dzięki czemu do słynącego z doskonałej kuchni i obsługi 4-gwiazdkowego Hotelu Sielanka nad Pilicą, położonego w granicach posiadłości, można przybyć wraz ze swoim ulubieńcem.

Mazury – Polska

Łąki pachnące ziołami, malownicze pagórki i kręte wąwozy okalające błękitne jeziora tworzą wyjątkowo sprzyjające warunki do wypoczynku w siodle. Tego obrazu dopełnia historyczny majątek, w skład którego wchodzi XVI-wieczna rezydencja z parkiem i przyległymi zabudowaniami gospodarczymi. Pałac i Folwark Galiny, bo o nim mowa, szczyci się również Stadniną Koni Galiny z własną hodowlą, obejmującą obecnie ponad 70 okazów rasy holsztyńskiej i westfalskiej. Zwierzętami opiekuje się kierownik stajni Mirosław Owczarek. Do ośrodka należy 300 ha łąk, pól i lasów, z czego ponad 50 ha przeznaczono na pastwiska. Oprócz tego znajduje się tu też kryta drewniana ujeżdżalnia i karuzela dla koni, a na parkurze (ogrodzonym placu z przeszkodami) urządzane są zawody w skokach przez przeszkody. Pochodzące z Galin klacze i ogiery znakomicie sprawdzają się w różnych konkurencjach w Polsce i Europie, a także w innych częściach świata.

Sam zespół pałacowy jest jednym z nielicznych przykładów architektury renesansowej, zachowanych na terenach dawnych Prus Książęcych. Obecnie w nim i sąsiednich zabudowaniach funkcjonuje klimatyczny hotel. Każdy z 37 pokojów i apartamentów urządzono nieco inaczej. Ten indywidualny wystrój wszystkich wnętrz podkreśla wyjątkowy charakter zabytkowego obiektu. W 2012 r. Pałac i Folwark Galiny został uhonorowany prestiżową nagrodą Najlepszy Produkt i Usługa Warmii i Mazur w kategorii usługa turystyczna, a w 2015 r. miano Travellers’ Choice™ wśród hoteli nadali mu użytkownicy serwisu internetowego TripAdvisor.

W tutejszej stadninie odbywają się zajęcia dla osób o każdym stopniu zaawansowania. Przez cały rok pod okiem profesjonalnych instruktorów można doskonalić swoje umiejętności na placu maneżowym. Tym, którzy pierwsze kroki w jeździectwie mają już za sobą, przypadną do gustu przejażdżki oraz całodzienne rajdy konne po przepięknych okolicach. Zimą gościom udostępnia się krytą ujeżdżalnię. Na dzieci czekają kuce szetlandzkie oraz bryczki – dużą popularnością cieszą się właśnie lekcje powożenia tym lekkim czterokołowym pojazdem zaprzęgowym dla najmłodszych. Niewątpliwą atrakcją Pałacu i Folwarku Galiny jest farma zwierząt miniaturowych, gdzie nasze pociechy pod okiem opiekuna zapoznają się z małymi kozami, owcami czy końmi, a w trakcie wizyty dowiadują się, jak je karmić i pielęgnować.

Region Chianti – Włochy

Pokryta pagórkami słoneczna włoska Toskania nie potrzebuje reklamy. Region Chianti, leżący pomiędzy Florencją a Sieną, słynący z wyśmienitego wina, oferuje niezapomniane wrażenia również miłośnikom jeździectwa. Tutejsze średniowieczne zamki, wieże bądź opactwa można zwiedzać także podczas wypraw konnych. Przeznaczone do nich trasy trekkingowe przygotowano tak, aby turyści mieli szansę poczuć się jak uczestnicy karawan ciągnących tędy z ziemi Franków do świętego miasta Rzymu. Niektóre z mostów tzw. Via Francigena położone daleko od dzisiejszych szlaków komunikacyjnych dostępne są tylko dla jeźdźców na koniach.

Wędrówka duktami leśnymi, zboczami gór czy przeprawa przez krystalicznie czyste rzeki na długo zapadają w pamięć. W Chianti działa kilka centrów hipicznych organizujących trekkingi o różnym poziomie trudności. W zależności od wybranej trasy wycieczki trwają od jednego dnia do tygodnia.

Konne wakacje warto zakończyć w Sienie, gdzie dwa razy do roku (2 lipca i 16 sierpnia) odbywa się słynny wyścig Il Palio na cześć Matki Boskiej. W szaleńczym biegu wokół głównego placu miasta (Piazza del Campo) bierze udział 10 jeźdźców, reprezentujących 17 dzielnic (contrade) tego średniowiecznego ośrodka. Miłość sienieńczyków do koni jest tak wielka, że zwycięskiego rumaka prowadzą potem do pobliskiej Katedry (Duomo di Siena).

Maremma – Włochy

Na południowym-zachodzie Toskanii i na północy Lacjum znajduje się kraina zwana Maremmą. Park Regionalny Maremma (Parco Regionale della Maremma), którego zachodnia część styka się z wybrzeżem Morza Tyrreńskiego, tworzą płaskie przestrzenie otoczone pastwiskami, łąkami i niekończącymi się piaszczystymi plażami, do których dociera się przez lasy sosnowe. Na parkowych terenach hoduje się włoskie bawoły rasy śródziemnomorskiej, z mleka których robiony jest ser mozzarella.

Niektóre miejscowe stajnie oferują swoim gościom możliwość trekkingu w siodle westernowym z wysokim łękiem przednim. Długość tras wytyczonych w parku wynosi od 10 do 25 km. Idealnym dopełnieniem takiej konnej wyprawy będzie piknik z degustacją lokalnych wędlin, serów czy oliwek, które rosną na okalających ten obszar wzgórzach oliwnych. Romantyków na pewno zachwyci zachód słońca, który mogą podziwiać z wysokości końskiego grzbietu w czasie przejażdżki po jednej z dzikich plaż Maremmy.

Andaluzja – Hiszpania

Hiszpańska Andaluzja słynie z bogatych tradycji jeździeckich. Cały region stanowi centrum hodowli wytwornych wierzchowców cartujano oraz gorącokrwistych koni andaluzyjskich (czystej rasy hiszpańskiej). Tę malowniczą krainę przecinają liczne szlaki konne, a znajduje się w niej ponad 100 stajni oraz ośrodków jazdy.

Najlepiej wybrać się tutaj w maju podczas trwania Feria del Caballo w Jerez de la Frontera. Jest to jeden z najważniejszych andaluzyjskich festiwali, któremu towarzyszą muzyka, tańce oraz rozmaite atrakcje dla jeźdźców. W trakcie imprezy można podziwiać barwne końskie rewie.

Ciekawą propozycją dla osób odwiedzających tę część Hiszpanii są rajdy konne organizowane głównie w Alpuharze, górach Sierra Nevada oraz na plażach i wydmach w okolicy Tarify. Na górskich wyprawach korzysta się z koni andaluzyjskich z domieszką krwi arabskiej. Uczestnicy tych wycieczek mają szansę podziwiać zapierające dech w piersiach krajobrazy, w tym widoki na Morze Alborańskie i Ocean Atlantycki, a także majaczący na horyzoncie brzeg Afryki.

Jerez de la Frontera – Hiszpania

Za mekkę jeźdźców w Hiszpanii uchodzi Real Escuela Andaluza del Arte Ecuestre, czyli Królewska Szkoła Sztuki Jeździeckiej w Jerez de la Frontera, mieście uznawanym za kolebkę hiszpańskiej jazdy konnej. To właśnie tu, w klasztorze kartuzów (Cartuja de Jerez de la Frontera), założono jeszcze w średniowieczu pierwszą hodowlę szlachetnych zwierząt, które nazywano potem dzianetami, a obecnie określa się mianem koni andaluzyjskich. Akademia słynie wśród turystów z pokazów tańca tych wspaniałych stworzeń. Poza tym przyjeżdżają do niej również miłośnicy jeździectwa, pragnący doskonalić się w tradycyjnych technikach uprawianych w Hiszpanii. Zaliczają się do nich jazda w stylu hiszpańskim, dresaż klasyczny oraz powożenie.

Co ciekawe, w szkole oprócz prowadzenia nauczania i hodowania koni kultywuje się też wiedzę o pielęgnacji tych zwierząt oraz siodlarstwo. Warto zajrzeć do Real Escuela Andaluza del Arte Ecuestre, aby na własne oczy zobaczyć, jak ćwiczą najlepsi specjaliści w swoich dziedzinach. Poranne treningi są otwarte, ale nie wolno ich nagrywać ani fotografować. Dzień spędzony na maneżach i bieżniach słynnej akademii może być prawdziwą inspiracją do dalszego rozwoju.

GOLEGÃ – Portugalia

Żeby poczuć się jak na prawdziwym planie filmowym westernu, nie trzeba jechać aż do Ameryki Północnej. W Portugalii, a konkretnie w miasteczku Golegã niedaleko Fatimy, co roku w listopadzie organizuje się jeden z najbarwniejszych festiwali konnych na świecie – Feira da Golegã (Feira Nacional do Cavalo). Tu właśnie znajduje się centrum regionu słynącego z hodowli gorącokrwistych koni luzytańskich (lusitano), należących do rasy koni iberyjskich – potocznie określa się je mianem portugalskich, w odróżnieniu od tych czystej krwi hiszpańskiej.

Na czas imprezy miejscowość zmienia się w wielki maneż, na którym odbywają się pokazy i konkursy. Na głównym rynku służącym wtedy za obszerną bieżnię paradują, prezentując swoje wdzięki, dostojne ogiery i klacze. W skupionych wokół tego widowiska drewnianych pawilonach mieszczą się bary, sklepy, stoiska oraz miejsca do ekspozycji zwierząt przeznaczonych na sprzedaż. Zakupu dokonać można także w podwórzach otwartych do tego celu kamienic.

W Golegã panuje niezmiernie gościnna atmosfera, a jej mieszkańcy z życzliwością witają przyjezdnych. Ulice przepełnione są wrzawą, ale przyzwyczajonym do tłumu koniom to nie przeszkadza. Na festiwal do miasteczka zjeżdżają turyści z całego Półwyspu Iberyjskiego. Największą grupę stanowią Hiszpanie, którzy celebrowanie wydarzeń w dużym gronie mają we krwi. Podczas imprezy na konie natkniemy się dosłownie wszędzie – w barach, restauracjach, a nawet dyskotekach! Kolorowe pochody, zawody oraz pokazy trwają nieustannie przez 10 dni.

Ten festiwal jest również wielkim świętem portugalskiej kultury. Koniecznie trzeba na nim spróbować pieczonego prosięcia i wyśmienitych lokalnych trunków ginja (ginjinha), eduardino czy Licor Beirão. Wizytę w miejscowości Golegã warto połączyć z wycieczką do Lizbony lub Fatimy. W listopadzie w Portugalii panują jeszcze całkiem wysokie temperatury, a wspomnienia z kilkudniowego pobytu w tym kraju na pewno rozgrzeją nas w jesienne i zimowe wieczory.

Wiedeń – Austria

Riders_Stallions_Spanish_Riding_School_Stefan_Seelig.jpg

Pokaz Hiszpańskiej Szkoły Jazdy w Wiedniu w sali pałacu Hofburg

©SPANISH RIDING SCHOOL/STEFAN SEELIG



Hiszpańska Szkoła Jazdy (Spanische Hofreitschule) w Wiedniu to ostatnia instytucja na świecie kultywująca dawne, klasyczne formy wyższej sztuki jeździeckiej. Wizytę w tym niezwykłym miejscu połączyć można z wyjazdem weekendowym do stolicy Austrii.

W tym roku przypada 450. rocznica pierwszej wzmianki na temat tej placówki. W związku z jubileuszem przygotowano dla gości wiele ciekawych atrakcji. Wspaniałe pokazy galowe odbywają się w najpiękniejszej barokowej hali jeździeckiej świata. Została ona zbudowana dla młodych szlachciców pobierających lekcje jazdy konnej. Szkoła udostępnia swoje budynki zwiedzającym, którzy pod opieką przewodnika oglądają zabytkowe stajnie. Program wizyty przewiduje też uczestnictwo w porannym treningu przy akompaniamencie muzyki. Największym zainteresowaniem widzów cieszy się niewątpliwie zachwycający balet słynnych białych ogierów lipicańskich w barokowych wnętrzach wiedeńskiego pałacu Hofburg.

Alpy – Austria

Austria to nie tylko raj dla miłośników białego szaleństwa. W sercu największego austriackiego regionu sportów zimowych Ski Amadé, u podnóża alpejskich szczytów, w malowniczym miasteczku Radstadt znajduje się komfortowy Hotel Gut Weissenhof (4 gwiazdki z plusem). Zabytkową miejscowość dzieli od Salzburga zaledwie godzina jazdy samochodem.

Do kompleksu hotelowego przybywają amatorzy luksusu w pięknych okolicznościach przyrody. Przyciąga ich wyjątkowe położenie tego obiektu wśród górskich szlaków i bardzo bogata oferta aktywnego wypoczynku. Tutejszy ośrodek hipiczny posiada pełną infrastrukturę, m.in. krytą halę i otwarty parkur. Prawdziwą atrakcją Hotelu Gut Weissenhof są jednak alpejskie krajobrazy i możliwość uprawiania górskiego trekkingu konnego. Do dyspozycji jego klientów trzyma się w stajni 10 koni gorącej krwi i 4 kuce. Do treningów, dopasowanych do różnego poziomu zaawansowania, wykorzystuje się system audio z radiowymi odbiornikami. Szkolenia z technik dresażu i skoków przez przeszkody odbywają się pod okiem wykwalifikowanych instruktorów. W ofercie znajduje się także wynajem przestronnych boksów dla wierzchowców należących do gości hotelowych.

Oprócz atrakcyjnego programu dla wielbicieli jeździectwa, ośrodek w Radstadt szczyci się też mistrzowskim polem golfowym z 18 dołkami. Ćwiczyć na nim można również pod opieką profesjonalnego trenera. Hotel Gut Weissenhof oferuje szeroki wybór zakwaterowania: od komfortowych dwuosobowych pokojów przez przytulne apartamenty rodzinne do luksusowych apartamentów typu rezydencja. Aktywnie spędzony dzień najlepiej natomiast zakończyć w kompleksie Erlebnis-Therme Amadé, wyposażonym w 11 basenów termalnych o różnej temperaturze wody oraz 7 rodzajów saun.

Lipica – Słowenia

Boris-Pretnar-for-Lipica-Stud-Farm-2.jpg

Słoweńska Stadnina Lipica słynie z hodowli koni lipicańskich

©LIPICA STUD FARM/BORIS PRETNAR



Wyjątkowe miejsca poznaje się często, odkrywając ich fascynującą historię. W 1580 r. w malowniczej słoweńskiej Lipicy w pałacowych budynkach należących do rodu Habsburgów założono hodowlę koni, dziś najstarszą w Europie. Jej wielką dumę stanowi koń lipicański (lipicaner). Obecnie jego tutejsza populacja wynosi ok. 350 sztuk. Sprzedaż pochodzących stąd ogierów i klaczy odbywa się na międzynarodową skalę, a wysyła się je do najdalszych zakątków na ziemi. Sama rasa chroniona jest przez Międzynarodową Federację Lipicanerów (Lipizzan International Federation). Jej początki sięgają krzyżówek karsterów z końmi hiszpańskimi i neapolitańskimi.

W Stadninie Lipica (Kobilarna Lipica) znajduje się też szkoła jeździecka, która oferuje programy w różnych kategoriach, np. skokach, ujeżdżaniu i powożeniu zaprzęgami. Do samej miejscowości warto przyjechać na weekend, aby dowiedzieć się czegoś więcej o historycznych i kulturowych tradycjach Słowenii. Dla osób, które swoją przygodę z końmi mają jeszcze przed sobą, organizuje się pokazy lipicańskiej szkoły jazdy. Można tu także zwiedzać wiekowe zabudowania hodowli. Miejscowe muzeum (Muzej Lipikum) prezentuje nowoczesną interaktywną wystawę dotyczącą słynnej rasy. Na terenie obiektu, zwłaszcza w sezonie letnim, odbywają się koncerty i spotkania ze sztuką, w tym tą związaną z jeździectwem. Działa tutaj również od 1989 r. jedyne całoroczne pole golfowe w Słowenii.

Argentyna

Wakacje konne z prawdziwymi gauchos (południowoamerykańskimi pasterzami bydła) to propozycja dla miłośników przygód. Aby zrealizować swoje marzenie, nie trzeba być wytrawnym jeźdźcem. Do wypraw po Argentynie wykorzystuje się spokojne konie rasy criollo, przyzwyczajone do długich rajdów. Jedna z najpiękniejszych tras prowadzi przez argentyńskie prowincje Corrientes, Salta i Mendoza w Andach. Każdy dzień takiej wycieczki stanowi spotkanie ze wspaniałą przyrodą i niezwykłą miejscową kulturą wśród zachwycających krajobrazów.

Rolę przewodników i towarzyszy podróży odgrywają wspomniani gauchos. Kultywują oni tradycje regionu oraz zasady życia i pracy na estancjach (olbrzymich gospodarstwach rolnych). Wieczory spędza się przy ognisku, przygotowując wyśmienite argentyńskie steki i popijając napój yerba mate z liści ostrokrzewu paragwajskiego. Ważnym rejonem turystyki jeździeckiej na mapie świata stała się też leżąca na południu kraju Patagonia. Kusi ona dziewiczą przyrodą, rozległymi, niezamieszkanymi przestrzeniami, majestatycznymi szczytami górskimi, szerokimi trawiastymi dolinami polodowcowych jezior i rwącymi strumieniami.

Kentucky – Stany Zjednoczone

Amerykański stan Kentucky, położony na środkowym wschodzie USA, stanowi mekkę wielbicieli wyścigów konnych. Jego zachodnią część zajmuje Nizina Missisipi, a wschodnią – wyżyna Cumberland.

W mieście Louisville na torze Churchill Downs rozgrywa się tutaj co roku (nieprzerwalnie od 1875 r.) gonitwa Kentucky Derby. To jedna z najstarszych (zaraz po Belmont Stakes w Elmont i Preakness Stakes w Baltimore) oraz zdecydowanie najbardziej prestiżowa tego typu impreza w Stanach Zjednoczonych. Przez lata swojego istnienia wyścig stał się ikoną amerykańskiej kultury. Zawody odbywają się zawsze w pierwszą sobotę maja przy widowni na trybunach dochodzącej do 155 tys. osób. Transmituje je amerykańska sieć telewizyjna NBC. W 1896 r. skrócono nieco dystans gonitwy, która do dziś trwa ok. 2 min. Tyle potrzebują najszybsze konie świata, aby pokonać odcinek 2 km (1,25 mili). Miłośnicy tego wydarzenia twierdzą, że są to najbardziej emocjonujące 2 min. w roku.

Kentucky Derby wraz z organizowanymi dwa tygodnie później derbami Preakness Stakes w Baltimore w stanie Maryland oraz pięć tygodni później wyścigiem Belmont Stakes w Elmont w stanie Nowy Jork nazywa się Potrójną Koroną (Triple Crown). Zawody przyciągają jak magnes tłumy celebrytów z całych Stanów Zjednoczonych. Pierwszoplanowe role odgrywają jednak wspaniałe wierzchowce, które dzięki wygranej zapewniają sobie miejsce w panteonie gwiazd. Nierzadko stają się nawet bohaterami powieści czy hollywoodzkich produkcji, jak np. Sekretariat (Secretariat), uważany za najlepszego konia wyścigowego w historii USA, pierwszy zdobywca Potrójnej Korony (1973 r.).

Artykuły wybrane losowo

Jordania – serce Bliskiego Wschodu

 

Ad_Dier3.jpg

Petra – Ad-Dajr, czyli Klasztor, wykuta w skale budowla z I w. n.e.

© JORDAN TOURISM BOARD

Hanna Sobczuk


Siedzę na tarasie hotelu i popijam słodką arabską herbatę. Podziwiam rude od promieni zachodzącego słońca skały skrywające Petrę, słynne miasto Nabatejczyków. To tylko jeden z moich ulubionych obrazów w Jordanii, która wielu osobom wydaje się nudna, bo sądzą, że na pustyni nie można znaleźć żadnych atrakcji. Ja jednak uważam, że jest to jeden z najciekawszych i najbardziej ekscytujących krajów na świecie. Nieraz już urzekł mnie swoją różnorodnością, otwartością i gościnnością.

Więcej…

KOSTARYKA – LATYNOSKA OAZA SZCZĘŚCIA

HANNA BORA

www.sledznas.pl

 

<< Niewielka Kostaryka zdecydowanie wyróżnia się na tle pozostałych krajów Ameryki Centralnej. Nie znajdziemy tu dawnych miast prekolumbijskich cywilizacji, barwnych grup etnicznych czy uroczych, kolonialnych miasteczek. Największym jej bogactwem jest dziewicza natura: gęste lasy tropikalne, piękne plaże ciągnące się kilometrami, majestatyczne wulkany i krystalicznie czyste wodospady oraz niezwykła różnorodność flory i fauny. Na powierzchni sześć razy mniejszej niż terytorium Polski występuje ponad 500 tys. gatunków roślin i zwierząt, z czego aż 10 proc. to endemity. Powyżej 25 proc. obszaru państwa stanowią tereny objęte ochroną – należą do parków narodowych i rezerwatów. Kostaryka jest prawdziwym rajem dla miłośników przyrody. >>

 

Park Narodowy Manuel Antonio na pacyficznym wybrzeżu kraju, koło miasta Quepos

© JACEK ŚLEDZIŃSKI/WWW.SLEDZNAS.PL

 

Nazwa kraju w języku hiszpańskim – Costa Rica – oznacza Bogate Wybrzeże. Wymyślił ją podobno sam Krzysztof Kolumb, który jako pierwszy Europejczyk dotarł tu we wrześniu 1502 r. Na widok złotych ozdób miejscowej ludności zaświeciły mu się oczy. Był przekonany, że znajdzie w tych stronach niemałe pokłady tego drogocennego kruszcu. Poszukiwania nie przyniosły jednak oczekiwanego rezultatu. Dodatkowo utrudniała je dzika roślinność karaibskiego wybrzeża. Zainteresowanie kolonizatorów tym trudnym i niedostępnym terenem osłabło.

Obecnie Kostaryka jest jednym z najlepiej rozwiniętych państw regionu. Jej mieszkańcy, którzy sami mówią na siebie ticos i ticas, według wielu rankingów (takich jak np. Happy Planet Index) są najszczęśliwszym narodem świata. Do tego na tle burzliwej przeszłości, problemów politycznych i społecznych swoich sąsiadów kraj ten wydaje się prawdziwą oazą pokoju i spokoju. W grudniu 1948 r. w Kostaryce została rozwiązana armia. Ówczesne władze zadecydowały, że zamiast w wojsko wolą zainwestować w edukację i opiekę medyczną. Dzięki temu dziś wskaźnik analfabetyzmu w kraju jest bardzo niski. Nie znaczy to jednak, że Kostaryka nie boryka się z żadnymi problemami. Gołym okiem widać ogromne dysproporcje społeczne, a niemal jedna piąta ludności żyje w ubóstwie.

 

EKOLOGICZNY PRYMUS

Przekraczając granicę Nikaragui z Kostaryką, byliśmy do nowego kraju nastawieni dość sceptycznie. Trochę przerażały nas historie o wysokich cenach, tłumach amerykańskich turystów i komercji. Naszym pierwszym przystankiem stało się wybrzeże prowincji Guanacaste. To jeden z najbardziej suchych regionów w Kostaryce, a my czuliśmy się spragnieni tej bujnej, tropikalnej zieleni, którą kojarzyliśmy ze zdjęć. Plaże w Nikaragui wcale nie wyglądały gorzej, a przynajmniej ludzi było mniej – komentowaliśmy, mijając kolejne hotele i restauracje. Trafiliśmy akurat na weekend i iście piknikową atmosferę. Spotykaliśmy liczne rodziny i grupy przyjaciół, wokół roznosił się zapach grillowanego mięsa.

Pomimo sporej liczby ludzi kostarykańskie plaże są zaskakująco czyste. Wszyscy sprzątają po sobie, a śmieci lądują na swoim miejscu – w koszu. Wyjątkowo spokojna woda Pacyfiku jest przyjemnie ciepła i ma piękny, turkusowoszmaragdowy kolor. Pierwszy raz czuliśmy, że coś w nas mięknie i nie możemy przestać się uśmiechać. W trakcie naszej długiej podróży po Ameryce Centralnej widzieliśmy wiele pięknych miejsc. Często jednak nie byliśmy w stanie do końca się nimi cieszyć, bo całą radość psuły nam sterty papierków, plastikowe woreczki i butelki. W Kostaryce na szczęście jest inaczej.

Większość mieszkańców kraju naprawdę dba o przyrodę. Kolejne rządy bardzo angażują się w działalność na rzecz ekologii. Dzięki dużym opadom deszczu i aktywności geotermalnej Kostaryka jest pionierem na skalę światową, jeśli chodzi o wykorzystanie alternatywnych źródeł energii. Obecnie stawia sobie za cel osiągnięcie neutralności pod względem emisji dwutlenku węgla oraz całkowitą eliminację plastikowych produktów jednorazowego użytku, takich jak reklamówki, butelki, słomki itp. Te zadania kraj chce spełnić do 2021 r.

 

„PURA VIDA”

Kiedy pytamy miejscowych, jak dojechać na kolejną plażę, tłumaczą nam cierpliwie kolejne odcinki trasy. Na nasze podziękowania uśmiechają się od ucha do ucha i odpowiadają zgodnym chórem: Pura vida!. To samo słyszymy od kobiety, od której kupujemy przy drodze banany i ananasa. Tak witają nas też inni plażowicze, gdy rozkładamy się koło nich z naszym dobytkiem.

W dosłownym tłumaczeniu wyrażenie to znaczy „czyste życie”. Służy jako pozdrowienie, podziękowanie, odpowiedź na pytanie Co słychać?. Jest idealne na niemal każdą okazję i zawsze wyratuje nas w sytuacji, gdy nie wiadomo, co powiedzieć. Wcześniej wydawało nam się, że to nic innego jak reklamowe hasło mające przyciągnąć i zaintrygować turystów. Nic bardziej mylnego! Dla ticos i ticas oznacza zdecydowanie coś więcej. To piękna filozofia życia wyrażająca radość, poszanowanie dla natury i bliskich. Ludzie tutaj dbają o swoje dobre samopoczucie, unikają konfliktów i nie tworzą sztucznych problemów. Czym można się martwić, skoro wokół jest tak pięknie?

 

NA TROPIE LENIWCA

Po kilku dniach na wybrzeżu stwierdzamy, że plażowania mamy dość i ruszamy w stronę słynnego Rezerwatu Lasu Mglistego Monteverde (Reserva Biológica Bosque Nuboso Monteverde). Po dwóch godzinach jazdy zarówno krajobraz, jak i pogoda zmieniają się diametralnie. Droga wije się wśród zielonych gór (Sierra de Tilarán). W pewnym momencie asfalt się kończy i dalej jedziemy już wąską szutrówką. Robi się znacznie chłodniej, a niebo zasnuwa się ciemnymi chmurami. Roślinność staje się coraz gęstsza, coraz bardziej onieśmielająca.

Na miejsce dojeżdżamy już po zmroku. Okolice Monteverde to prawdziwe zagłębie turystyczne. Poza spacerem po słynnym mglistym lesie można tu wybrać się do ranarium (parku żab) lub mariposarium (motylarni) czy odwiedzić plantację kawy. Nie brakuje też atrakcji dla osób szukających mocniejszych wrażeń: wiszące mosty, zjazd na linie między koronami drzew. Zatrzymujemy się na spokojnym polu namiotowym przy pięknej polance. Jego właściciel namawia nas na nocne poszukiwania leniwców. Chwilę się zastanawiamy, ale jesteśmy zmęczeni po podróży i trochę odstrasza nas deszcz. Kiedy godzinę później widzimy grupę liczącą ponad 20 osób, nie żałujemy, że się nie zdecydowaliśmy. Znajdziemy leniwca sami.

Rano przy naszym obozowisku buszuje aguti. To całkiem spory gryzoń o złocistorudej sierści, charakterystyczny dla tropikalnych lasów Ameryki Środkowej i Południowej. Kiedy zdaje sobie sprawę z naszej obecności, od razu ucieka. Uznajemy to jednak za dobry znak i tuż po śniadaniu ruszamy wytropić leniwca. Nie jest to takie proste zadanie. Zwierzęta te prowadzą nocny tryb życia, a w ciągu dnia większość czasu śpią gdzieś wysoko w koronie drzew. Ich nazwa nie wzięła się znikąd. Leniwce poruszają się niespiesznie, wolno jedzą i trawią, a na ziemie schodzą jedynie raz w tygodniu, aby się wypróżnić.

Zadzieramy wysoko głowy i szukamy włochatej kuli między gałęziami. Kilka razy wydaje nam się, że już go mamy. Po bliższym przyjrzeniu się zauważamy jednak, że to jedynie guzy na pniu drzewa. Nie poddajemy się. Spacer po lesie okazuje się prawdziwą przyjemnością. Po wczorajszym deszczu wciąż jest bardzo wilgotno, a lekka mgła otula wierzchołki drzew. Gęsta roślinność plącze się wokół nas i tworzy swoisty labirynt. Przyglądamy się konarom porośniętym mchem i ogromnym paprociom. W pewnym momencie dociera do nas charakterystyczne stukanie. Tuż obok dostrzegamy dzięcioła. Znów rozglądamy się wokół i nagle… jest! Tym razem nie ma mowy o pomyłce. Widzimy delikatny ruch łapy i zarys pazurów. Robimy zdjęcia i dla pewności powiększamy obraz na ekranie aparatu. Wszystko się zgadza, pierwszy leniwiec upolowany.

 

Samica leniwca z młodym w tropikalnym lesie w okolicach miasteczka La Fortuna

© JACEK ŚLEDZIŃSKI/WWW.SLEDZNAS.PL

 

ŻYCIE W CIENIU WULKANU

Naszym kolejnym przystankiem jest jezioro Arenal, nad którym góruje imponujący wulkan o tej samej nazwie (1670 m n.p.m.). Przez setki lat nie wykazywał żadnej aktywności. Mieszkańcy nie traktowali go jako zagrożenie. Zaczęli wręcz o nim mówić jak o zwykłym górskim szczycie wyrastającym z tropikalnego lasu deszczowego. W lipcu 1968 r. zupełnie niespodziewanie olbrzym obudził się w sposób nagły i gwałtowny. Erupcje trwały kilka dni, a wulkan wypluwał w szale dym, lawę, kamienie i popiół. Trzy niewielkie wioski – Tabacón, Pueblo Nuevo i San Luís – zostały zmiecione z powierzchni ziemi, 87 osób zginęło.

Przez 42 lata Arenal był jednym z najbardziej aktywnych wulkanów świata i stał się wizytówką Kostaryki. Tłumy turystów przyjeżdżały do miasteczka La Fortuna, żeby obserwować jego napady złości. Nieoczekiwanie osiem lat temu uspokoił się. Wciąż zdarza mu się groźnie zabulgotać lub wyrzucić kolumnę popiołu, ale już nie w tak spektakularny sposób jak wcześniej. Arenal nadal przyciąga jednak przyjezdnych jak magnes. Wulkaniczna magma podgrzewa wodę w gorących źródłach, bardzo licznych w tej okolicy. Najpiękniejsze z nich należą do Tabacón Thermal Resort & Spa. Można tu znaleźć urocze kaskady i naturalne baseny otoczone tropikalną roślinnością. Właściciele chwalą się, że jako jedyni nie ingerują w działania przyrody. Odpoczynek w tych niecodziennych okolicznościach i luksusowych warunkach ma dość wygórowaną cenę. Na szczęście w pobliżu znajdują się gorące źródła na każdą kieszeń, nawet darmowe.

Kostaryka należy do światowych liderów ekoturystyki. Powstaje tutaj wiele obiektów, które za cel stawiają sobie harmonijne współistnienie z naturą. Jednym z nich jest Finca Luna Nueva Lodge. Można go określić jako hotel w sercu lasu deszczowego, ale to coś znacznie więcej. Nad krzewami otaczającymi ścieżkę unoszą się kolorowe kolibry. Przy basenie tukany skubią owoce palm. Największą gwiazdą jest tu jednak kilkutygodniowy leniwiec, który wczepiony w mamę nieśmiało spogląda na świat. Niedługo matka będzie musiała go opuścić – tłumaczy nam Alberto, prawdziwy pasjonat przyrody. Wybierze mu najbezpieczniejsze miejsce z najlepszym dostępem do pożywienia i zostawi go, żeby nauczył się samodzielności. To będzie dla niego szok. Porzucony maluch zaczyna wtedy rozpaczać i płakać. Brzmi to niemal jak płacz dziecka. Często ludzie znajdują takie leniwce, litują się nad nimi i zabierają do różnych ośrodków dla zwierząt, a tak naprawdę właśnie w ten sposób mogą im zaszkodzić.

Alberto pokazuje nam sporą część farmy. To tutaj uprawia się niemal wszystko, co można znaleźć na talerzu w hotelowej restauracji. Zaczęło się od imbiru i kurkumy. Obecnie na farmie są uprawy egzotycznych owoców, warzyw, ziół i przypraw. Nasz przewodnik odkrywa przed nami fascynujący świat roślin. Daje nam do spróbowania różnego rodzaju liście. Niektóre z nich wykorzystuje się w medycynie, inne podaje wojownikom przed walką, jeszcze inne mogą pomóc wyeliminować wroga. W zasadzie mam tutaj pod ręką wszystko, czego potrzebuję – śmieje się Alberto.

 

AROMATYCZNE ZIARNO ZŁOTA

Podczas pobytu w okolicach San José, Cartago czy Alajueli grzechem byłoby nie odwiedzić jednej z licznych plantacji kawy. Obszar kotliny Meseta Central (Valle Central) charakteryzuje się żyzną, wulkaniczną glebą. Panują tu idealne warunki do uprawy kawowca. Kawa odegrała bardzo ważną rolę w historii Kostaryki i wciąż ma duże znaczenie dla gospodarki tego kraju. Często nazywana jest grano de oro, co znaczy „ziarno złota”. Przywieziono ją ok. 1776–1779 r. z Jamajki. Jej uprawa szybko stała się głównym źródłem dochodów miejscowych, a sam produkt został ważniejszym towarem eksportowym niż cukier, tytoń i kakao. Początkowo kostarykańska kawa była eksportowana do Chile, skąd wysyłano ją do Wielkiej Brytanii jako pochodzącą z Valparaíso (Café Chileno de Valparaíso). Kiedy Anglicy odkryli źródło pochodzenia produktu, postanowili zainwestować w Kostaryce. Rozwój przemysłu kawowego pozwolił na modernizację kraju. Powstały pierwsze linie kolejowe, a San José stało się drugim po Nowym Jorku miastem Ameryk z publicznym oświetleniem elektrycznym.

Kostarykańska kawa uchodzi za jedną z najlepszych na świecie. Jedyna dopuszczalna w uprawie odmiana to arabica. Popularna w Brazylii robusta jest wręcz zakazana. W kraju działa Instytut Kawy (ICAFE – Instituto del Café de Costa Rica), który wyznacza najwyższe standardy jakości i kontroluje, czy zostają spełnione. Mamy tutaj idealne warunki glebowe i klimatyczne do uprawy kawowca – opowiada nam Alejandro, nasz przewodnik na plantacji Espíritu Santo w prowincji Alajuela. Plantacje w Kostaryce są zdecydowanie mniejsze niż te w Brazylii. To raczej niewielkie, rodzinne biznesy. Priorytet stanowi dla nas jakość. Z tego powodu najważniejszym etapem jest selekcja odpowiednich ziaren. Owoce dojrzewają w różnym tempie, dlatego nie używamy żadnych maszyn, wszystko zbiera się ręcznie. Pokazuje nam tradycyjny kosz, z którego korzystają pracownicy. Jest całkiem spory i pojemny. Stawka za pełny kosz owoców to 2 dolary amerykańskie. Większość pracowników plantacji pochodzi z sąsiedniej Nikaragui i przyjeżdża tu jedynie na czas zbiorów.

 

Śniadanie z ryżem z czarną fasolą (gallo pinto), jajecznicą, platanami i owocami

© JACEK ŚLEDZIŃSKI/WWW.SLEDZNAS.PL

 

GANGI SZOPÓW NA PLAŻY

Choć Manuel Antonio (Parque Nacional Manuel Antonio) to jeden z najmniejszych parków narodowych w Kostaryce, obecnie bije rekordy popularności. Trudno się temu dziwić. Malownicze położenie, złote plaże na skraju tropikalnego lasu, liczne trasy spacerowe oraz duża liczba zwierząt przyciągają turystów. Znajomi radzą nam odwiedzić park w tygodniu i zjawić się w nim jak najwcześniej. Mimo iż jesteśmy przed bramą o 7.30, na miejscu spotykamy już kilka grup. Niektórym towarzyszy przewodnik, kroczący na przedzie ze sporym teleskopem i wypatrujący mieszkańców lasu.

Szybko wymijamy innych i schodzimy w stronę plaży. Na niej harcują już kapucynki czarno-białe – jeden z czterech gatunków małp występujących w Kostaryce. Mają czarne futro, jedynie na twarzy i w okolicy ramion sierść jest biała. Są bardzo energiczne i szybko się przemieszczają. Na piasku wygrzewają się w słońcu pokaźnych rozmiarów iguany. Po krótkim odpoczynku na plaży decydujemy się przejść na punkty widokowe. Kilkaset metrów dalej, pod drzewami, zauważamy dość duże zgromadzenie. Gałęzie okupują niewielkie, urocze sajmiri rdzawogrzbiete. Zgrabnie przeskakują ponad głowami turystów, którzy próbują uwiecznić ich wyczyny.

Ścieżka zaczyna piąć się w górę. Jest gorąco, słońce świeci bardzo intensywnie. Na szczęście wysokie drzewa dają nam sporo cienia. Wchłaniamy zapachy i odgłosy lasu. Nad nami krążą różne gatunki ptaków, a co jakiś czas słyszymy w liściach szuranie aguti. Gdzieś z oddali dobiega głośne wołanie wyjców. Docieramy na punkt widokowy, z którego rozciąga się piękna panorama wybrzeża. Turkusowa woda lśni w popołudniowym słońcu. Piaszczyste plaże wyłaniają się spomiędzy zielonych wzgórz porośniętych gęstym lasem. Siadamy na ławce i rozkoszujemy się tym widokiem.

Kiedy wracamy na główną plażę w porze lunchu, jest na niej już całkiem duży tłok. Plażowicze odpoczywają, cieszą się słońcem i ciepłą wodą Pacyfiku. Niektórzy z tej błogości przysypiają. Właśnie na taki moment czekają szopy. Pojawiają się w niewielkich grupach i podkradają do plecaków czy toreb wypełnionych przysmakami. Wykorzystują chwilę nieuwagi, żeby uciec z cennym łupem. Co kilka minut słychać głośne okrzyki i można zobaczyć komiczny pościg za rabusiem. Szopy nic sobie z tego nie robią i po krótkiej przerwie próbują szczęścia ponownie.

 

PÓŁWYSEP OSA

Po kilku tygodniach spędzonych w Kostaryce mieliśmy wrażenie, że zobaczyliśmy już naprawdę wiele i mało rzeczy jest nas w stanie zaskoczyć. Jednak kiedy dojechaliśmy na półwysep Osa, zmieniliśmy zdanie. Według towarzystwa geograficznego National Geographic Society to jedno z miejsc o największej biologicznej różnorodności na świecie.

Głównym miastem jest tu niewielkie Puerto Jiménez. Zatrzymujemy się na przyjemnym kempingu nieopodal siedliska krokodyli. Jego właściciel, Adonis, wita nas szerokim uśmiechem. Naprawdę jesteście z Polski? – dopytuje z niedowierzaniem. A wiecie, że jeden z naszych prezydentów miał polskie korzenie? Rzeczywiście, Teodoro Picado Michalski (1900–1960) rządził tym pięknym krajem Ameryki Centralnej od 1944 do 1948 r. Jego matka, Jadwiga Michalska, pochodziła z Radomska i była prawdopodobnie pierwszą kobietą lekarzem w Kostaryce.

Chociaż nasz kemping znajduje się przy pasie startowym niewielkiego lotniska, czujemy się trochę jak w zoo. Nad głowami latają nam przepiękne, czerwone ary, po trawie leniwie kroczą iguany, kolorowe tukany przysiadają się poskubać bananowce, a wieczorem tuż koło nas przechodzi mrówkojad. Rano Adonis zaprasza nas na wspólne śniadanie. Główną pozycją w menu jest – oczywiście – gallo pinto (gallopinto), w dosłownym tłumaczeniu „malowany kogut”. To mieszanka ryżu z czarną fasolą, kawałkami cebuli i pomidora, doprawiona kolendrą. Do tego dostajemy jajka, tortille, smażone platany i sporo świeżych owoców.

Po posiłku ruszamy w stronę Carate – bramy Parku Narodowego Corcovado i miejsca, które kilkadziesiąt lat temu opanowała prawdziwa gorączka złota. Trasa ma zaledwie 40 km, prowadzi jednak po nierównej, szutrowej drodze. Kilka razy trzeba też przekroczyć rzekę. Na szczęście podróżujemy w porze suchej i nie sprawia to nam żadnego problemu. Po drodze zatrzymujemy się jeszcze przy pięknej plaży Matapalo na krótką kąpiel i przyglądamy się wyczynom surferów.

Półwysep Osa to jedno z takich miejsc, gdzie człowiek odkrywa na nowo potęgę natury. Gdy spacerujemy po prastarym lesie deszczowym, w którym bujna roślinność wypełnia szczelnie niemal każdy centymetr przestrzeni aż po brzeg Pacyfiku, znów mamy w sobie ciekawość dziecka. Czujemy, że znaleźliśmy się w odległej i trudno dostępnej okolicy, gdzie nie można polegać na oklepanych schematach. Otaczająca nas przyroda jest fascynująca. Chłoniemy dziesiątki nieznanych dźwięków. Z podziwem patrzymy na ogromne drzewa o potężnych korzeniach. Między kolorowymi kwiatami lśnią niebieskie skrzydła motyla z rodzaju Morpho. Jak zahipnotyzowani patrzymy na jego lot. Nad głowami przeskakują nam czepiaki czarnorękie. Są niezwykle zwinne. Przyglądają się nam nieufnie i rzucają w nas patykami. Pokazują, że wprosiliśmy się na ich terytorium.

Otoczona tropikalną roślinnością wulkaniczna plaża Carate ciągnie się kilometrami. To właśnie tutaj bierzemy udział w niezwykłym wydarzeniu: pierwszym marszu małych żółwi do oceanu. Jak tłumaczy nam José z organizacji COTORCO (Conservación de Tortugas Marinas de Corcovado-Carate), te zwierzęta na całym świecie zagrożone są wyginięciem. A najbardziej niebezpieczny jest dla nich człowiek – mówi. Żółwie zaplątują się w sieci rybackie, połykają śmieci, które mylą z pożywieniem. Wciąż jeszcze wiele osób próbuje wykraść żółwie jaja. Niektórzy uważają je za afrodyzjak i można na nich zarobić. Właśnie dlatego patrolujemy plaże, zbieramy jaja i przenosimy je do naszych inkubatorów.

Na plaży zgromadziło się kilkanaście osób. José ostrzega nas, że nie możemy żółwi dotykać i musimy trzymać się w bezpiecznej odległości, aby przypadkiem na nie nie nadepnąć. Ostrożnie kładzie zwierzęta na piasku. Niektóre są niezmiernie energiczne i niemal pędzą do wody. Inne wydają się zdezorientowane, ruszają się bardzo wolno i niepewnie. Patrzymy, jak kolejne fale zabierają ze sobą małe stworzenia. Mija pół godziny i zostajemy na plaży sami. Niestety, szanse na przeżycie mają tylko nieliczne żółwie, udaje się to jedynie jednemu osobnikowi na tysiąc. Te, które przetrwają, wrócą na tę samą plażę za 20 lat, żeby złożyć jaja. Trafiają podobno bezbłędnie, jakby posługiwały się wbudowanym urządzeniem GPS.

 

Drewniana kładka w Parku Narodowym Cahuita

© JACEK ŚLEDZIŃSKI/WWW.SLEDZNAS.PL

 

KARAIBSKIE WYBRZEŻE

Naszą przygodę z Kostaryką chcemy zakończyć na karaibskim wybrzeżu. Aby się na nie dostać, musimy przejechać krętą drogą, która pnie się wysoko w górach. Kiedy wyjeżdżamy z Puerto Jiménez, upał daje się we znaki, wieczorem z kolei temperatura spada do zaledwie kilku stopni. Noc spędzamy na szczycie masywu górskiego o mało zachęcającej nazwie Cerro de la Muerte (Wzgórze Śmierci – 3451 m n.p.m.). Przy porannej kawie obserwujemy dymiący wulkan Turrialba (3340 m n.p.m.) – jeden z siedmiu czynnych wulkanów w Kostaryce. Sześć godzin później na horyzoncie znowu pojawiają się palmy. Witamy na Karaibach!

W południowej części wybrzeża najbardziej popularnym miastem jest Puerto Viejo de Talamanca (Puerto Viejo), gdzie życie toczy się spokojnym, leniwym rytmem przy dźwiękach muzyki reggae. Panuje tu atmosfera luzu i radości. Przez chwilę można poczuć się trochę jak w innym kraju. To właśnie w tym regionie mieszka największa grupa osób pochodzenia afrykańskiego. Dominuje w nim trochę bardziej egzotyczna kuchnia, częściej słychać język angielski. Za największą atrakcję okolicy uchodzi Park Narodowy Cahuita. Jest wyjątkowy na skalę kraju, bo jego dochody pochodzą z darowizn. Szerokie plaże otoczone są tu gęstą, tropikalną roślinnością. W trakcie kilkugodzinnego spaceru natykamy się na małpy, szopy, leniwce, węże i różne gatunki ptaków. Późnym popołudniem siadamy w jednym z klimatycznych lokalnych barów i rozkoszujemy się uroczym zachodem słońca. Pura Vida!

 

Wydanie Lato 2018

Dominikana na dużym ekranie

 catedral de america S

Świątynia w Santo Domingo nazywana Pierwszą Katedrą Ameryki

© MINISTERIO DE TURISMO DE REPÚBLICA DOMINICANA

 

MARCIN WESOŁY

www.caribeya.pl

 

Dominikana jest jak naturalne, wielkometrażowe studio filmowe z plenerami zapierającymi dech w piersiach i przepiękną kolonialną zabudową, która idealnie nadaje się na tło. Od lat pamiętają o tym filmowcy, szczególnie ci z Hollywoodu. Swoje dzieła kręcili tutaj Francis Ford Coppola, Sydney Pollack, Robert De Niro czy Andy García. Coraz chętniej z dominikańskich krajobrazów korzystają również lokalni artyści. Warto wspomnieć choćby o filmie „Stróż” („El hombre que cuida”), który w październiku 2017 r. był pokazywany w Polsce w ramach 33. Warszawskiego Festiwalu Filmowego.

 

Wiele znakomitych ujęć, znanych z takich produkcji jak Ojciec chrzestny II (1974) czy Hawana – miasto utracone (2005), powstało właśnie w tym karaibskim kraju. Kiedy trzeba, Dominikana odgrywa także samą siebie bez zbytniego upiększania. Często bywa jednak świetnym dublerem innych miejsc, choćby tych leżących w sąsiedztwie. Działa tu magia kina. Filmową Hawanę, energetyczną stolicę Kuby z czasów Fulgencia Batisty, czyli sprzed rewolucji, z różnych powodów łatwiej uchwycić w… dzisiejszym rozpalonym słońcem Santo Domingo. Dla osób, które wiedzą o tym fakcie, odkrywanie zakątków tego tropikalnego, tętniącego życiem miasta jest jeszcze ciekawsze. Scenerię z filmów bez trudu można rozpoznać, najczęściej odnajduje się ją na obszarze Zona Colonial (Ciudad Colonial). Tędy przemykał m.in. Al Pacino jako Michael Corleone w Ojcu chrzestnym II.

 

Poza stolicą z murami sprzed ponad pięciu wieków prawdziwym rajem dla scenografów filmowych jawi się fascynujący interior Dominikany. Warunki krajobrazowe są w tym kraju szalenie zróżnicowane. Na północy na półwyspie Samaná i na wschodzie w okolicach Punta Cana można usiąść w cieniu rozwichrzonych palm kokosowych, targanych morską bryzą, albo na plaży w kolorze mąki kukurydzianej, z piaskiem równie drobnym jak ona. W centrum Dominikany w dolinie Cibao znajdują się zielone pola ryżowe, jakby żywcem wyjęte z azjatyckich scenerii, rozległe plantacje bananów i szczyty Kordyliery Środkowej wyższe niż Tatry. Stąd wyrusza się pod samą granicę z Republiką Haiti przez dominikański Dziki Zachód – po drodze mija się czerwone ziemie, spłaszczone akacje, suchy busz i kaktusy o kształcie wielkich proc, pod którymi wylegują się ospałe dominikańskie smoki, czyli legwany nosorogie (Cyclura cornuta) i legwany z Hispanioli (Cyclura ricordi). Okolica przypomina meksykańską prerię, znaną z westernów, albo afrykańską sawannę, pokazaną w filmie Pożegnanie z Afryką (1985) Sydneya Pollacka. Może Oliver Stone powinien pójść w ślady Francisa Forda Coppoli i uwiecznić w swoim obrazie The Doors (1991) coś z Dominikany, choćby jaskinie z piktogramami Indian Taíno. Sceny do Czasu apokalipsy (1979) kręcone wzdłuż rzeki Chavón (Río Chavón) wyszły Coppoli wspaniale. Z kolei miejsce, gdzie kokosowe gaje ustępują pola szumiącej trzcinie cukrowej, umiejętnie wykorzystał aktor i reżyser Andy García. W jednej z efektownych scen Hawany – miasta utraconego Ernesto Che Guevara z kompanią rebeldes (rewolucjonistów) wynurzają się z falujących na wietrze zielonych łanów. Dla odmiany zamglone góry w Demokratycznej Republice Konga lub Rwandzie przypomina pasmo Sierra de Bahoruco albo wspomniana Kordyliera Środkowa. Do dawnego Konga Belgijskiego (granego przez Dominikanę) i jego ówczesnej stolicy Léopoldville (w rzeczywistości Santo Domingo) zabiera widza Robert De Niro w wyreżyserowanym przez siebie dramacie Dobry agent (2006). Jak widać Republika Dominikańska jest nieprawdopodobnym, niezmiernie zróżnicowanym krajem, a leży na wyspie Haiti (Hispanioli) odkrytej przez Krzysztofa Kolumba w 1492 r. To ją upodobał sobie najbardziej ze wszystkich. Współcześnie Dominikanę odkrywa się ponownie, intensywnie, również z twórczym nastawieniem, a jednocześnie z ogromną pasją i przyjemnością. Robią to zarówno filmowcy, jak i rzesze turystów.

 

 Samaní 12

Półwysep Samaná słynie z rajskich plaż

© MINISTERIO DE TURISMO DE REPÚBLICA DOMINICANA

 

WSZECHŚWIAT NA ULICY

 

Do Santo Domingo przyjechałem pierwszy raz niemal 11 lat temu. Wszystko wydawało mi się wówczas nowe, świeże, fascynujące, rozszalałe w swoim chaosie, intensywnie rozkwitające, zanurzone w gęstym i lepkim powietrzu, nasyconym jakąś niemożliwą pożądliwością. Było to dokładnie 30 maja, w kolejną rocznicę el tiranicidio – „tyranobójstwa”, czyli zamachu z 1961 r. na Kozła (El Chivo), jak zwano dyktatora Rafaela Leónidasa Trujillo Molinę ze względu na jego nadmierny apetyt seksualny.

 

Doskonale pamiętam tamtą rozwibrowaną gorącem, nasyconą zapachami i wypełnioną odgłosami cykad karaibską noc. Z lotniska do hotelu w dzielnicy Bella Vista w Santo Domingo dotarłem nad ranem. Taksówkarz wiózł mnie do stolicy wzdłuż wybrzeża Morza Karaibskiego, bo tak prowadzi autostrada Las Américas. Czułem zmęczenie długim lotem z Europy, ale pamiętam, że byłem przeszczęśliwy, choć nie wiedziałem jeszcze, co to za uczucie, skąd się ono bierze, jak długo we mnie zostanie. Miałem przed sobą tyle niewiadomych, tyle obcych mi wówczas hiszpańskich słów, tyle wszystkiego w kraju, który dopiero zaczynałem odkrywać. Czekała mnie jakaś przygoda, wiedziałem, że nie będę mógł się jej oprzeć. Napawałem się chwilą. Opuściłem do oporu szybę w oknie i od razu poczułem orzeźwiający zapach morskiej bryzy.

 

Gdy dojechałem na miejsce, było ciemno i podejrzanie cicho, jakbym utrafił w ten ledwie uchwytny wycinek nocy, kiedy Dominikana faktycznie śpi: w końcu posnęli kochankowie na wymiętych prześcieradłach, psy na chłodniejszych patiach, zmęczeni ochroniarze w swoich stróżówkach, a właścicielki pokątnych przybytków rozkoszy pogasiły ostatnie światła. Powietrze stało się parne i wilgotne, zbierało się na deszcz, który potem o świcie uderzył z impetem w asyście rwących niebo grzmotów. Tak przywitało mnie Santo Domingo.

 

Zawsze powtarzam, że w stolicy Dominikany zatrzymuje człowieka ulica. Ten koncept świetnie oddał noblista V.S. Naipaul (Vidiadhar Surajprasad Naipaul) z Trynidadu i Tobago. Wyrosły na Karaibach brytyjski pisarz stworzył niegdyś zbiór znakomitych opowiadań Nasza ulica (oryginalny tytuł Miguel Street), w których sportretował trynidadzki mikrokosmos. Za pomocą wycinka rzeczywistości przedstawił wyspę Trynidad w pigułce wraz z jej barwnym codziennym życiem. Dominikańska ulica także potrafi wciągnąć człowieka w swoje uniwersum, z którego nie chce go później wypuścić. Można to polubić, choć niekoniecznie od razu. Warto jednak poczuć rytm tej nie dającej się opanować latynoskiej codzienności. To przeważnie inna rzeczywistość niż ta, którą znamy. Tu potrzebny jest dystans właściwie do wszystkiego. Znacznie łatwiej odnaleźć się w tym świecie, jeżeli pozwoli się, aby czas płynął wolniej, jak robią to mieszkańcy Karaibów.

 

BUDOWLE NOWEGO ŚWIATA

 

3a

Ruiny XVI-wiecznego Szpitala św. Mikołaja z Bari w stolicy Dominikany

© MARCIN WESOŁY/WWW.CARIBEYA.PL

 

W Santo Domingo nie sposób się nudzić. Ekscytujących wrażeń dostarcza tutaj choćby spacer wśród wspaniałych budynków z czasów kolonizacji Nowego Świata. Do pierwszych obiektów postawionych na wyspie Haiti (dawniej La Españoli) należą Katedra (Catedral Primada de América), Szpital św. Mikołaja z Bari (Hospital San Nicolás de Bari) czy kościół i klasztor dominikański (Iglesia y Convento de los Dominicos). Nie można przejść obok nich obojętnie, bez zachwytów i zadumy. Przecież tędy chodzili kiedyś potomkowie i następcy Krzysztofa Kolumba.

 

Za pomnikiem admirała w parku noszącym jego imię (Parque Colón) wznosi się wspomniana najstarsza katedra w Nowym Świecie. Legenda głosi, że zajęła miejsce małego ascetycznego kościoła, krytego liśćmi palmowymi, gdzie w porze deszczowej zawieszano nabożeństwa. Obiekt, który możemy podziwiać obecnie, postawiono niemal w całości z bloków wapienia. Na dziedzińcu odsłonięto w 2008 r. popiersie papieża Jana Pawła II na pamiątkę jego pierwszej wizyty w Republice Dominikańskiej w styczniu 1979 r. Znacznie wcześniej, bo w 1586 r., wtargnął do Santo Domingo korsarz Francis Drake, który służył angielskiej monarchini Elżbiecie I. Hiszpanie nadali mu przydomek El Draque, co w dawnym języku hiszpańskim miało znaczyć „Smok”. Przezwisko idealnie oddawało jego temperament. Francis Drake spalił i splądrował miasto, a świątynię zbezcześcił, urządzając w niej koszary dla swoich kompanów. Ponoć pełniła również funkcje składu win, rzeźni i więzienia. Nie wiadomo, czy ktoś w niej wówczas w ogóle się modlił, być może tylko niepewni swojego losu skazańcy.

 

Do ruin Szpitala św. Mikołaja z Bari dotrzemy ulicą Hostos (Calle Hostos). Obiekt powstał z inicjatywy Nicolása de Ovando, obrotnego i okrutnego gubernatora Hispanioli i innych kolonii hiszpańskich w Ameryce, który wyjątkowo krwawo rozprawiał się z rdzenną ludnością. Szpital wznoszono etapami przez kilka dekad, począwszy od 1503 r. Budowa finansowana była z datków zamożniejszych mieszkańców kolonii. Na początku stanął tutaj jedynie namiot z pryczami dla kilku osób, gdzie chorych doglądały wolontariuszki. Wreszcie ukończono obiekt, który stanowił później wzorzec architektoniczny dla placówek medycznych powstających w całej hiszpańskiej Ameryce. Niestety, szpital uległ zniszczeniom podczas grabieżczych wypraw Francisa Drake’a, huraganów i trzęsień ziemi i obecnie można podziwiać jedynie jego ruiny. Pośród nich czeka zwiedzających niespodzianka. Zadomowiły się tu rozkrzyczane zielone papugi zwane coticas (Amazona ventralis). Są gatunkiem endemicznym w Republice Dominikańskiej i Haiti. Podobno łatwiej je znaleźć wśród starych miejskich murów niż w tropikalnym lesie. Wypatrywanie tych papug sprawia wiele radości. Łatwo je namierzyć, bo niesamowicie hałasują. To chyba najsympatyczniejsze przedstawicielki dominikańskiej fauny.

 

FILMOWE ODKRYCIA

 

W stolicy Dominikany warto zatrzymać się przez moment u zbiegu ulic Hostos (Calle Hostos) i Mercedes (Calle Las Mercedes). W kolonialnej kamienicy działa tu klimatyczna księgarnia – Librería La Filantrópica. Założył ją przed laty były student prawa Daniel Liberato, który narzekał na brak książek i podręczników z literatury przedmiotu. Obecnie oprócz publikacji prawniczych stoi w niej na półkach mnóstwo innych pozycji, obejmujących choćby dominikańską historię, język czy folklor. Reżyser Francis Ford Coppola na początku lat 70. XX w. kręcił nieopodal jedną z pamiętnych scen Ojca chrzestnego II. Przypomnę, że Santo Domingo zastępowało w niej Hawanę. Sama scena wyglądała następująco: limuzyna Michaela Corleone (w tej roli świetny Al Pacino) hamuje w jednej z wąskich hawańskich ulic (w rzeczywistości to pochyły, kamienny i chyba najbardziej urokliwy odcinek właśnie Calle Hostos na obszarze Zona Colonial). Przejazd blokuje wojsko i policja. Johnny Ola – powiernik i prawa ręka gangstera Hymana Rotha, obeznany z miejscowymi realiami, wyjaśnia, że schwytano wywrotowców. Stoją pod murem z rękami na głowie. Nagle jeden wyrywa się spod lufy karabinu, chwyta któregoś z mundurowych i wpycha go do samochodu ustawionego w poprzek drogi. Wtedy wybucha granat. Samobójczy atak przynosi dwie ofiary. Incydent robi wrażenie na Michaelu Corleone. Na Kubie prawdopodobnie coś się szykuje... W tle widać kawałek parceli odgrodzonej palmami królewskimi, gdzie znajdują się wspomniane ruiny Szpitala św. Mikołaja z Bari. Przyznam, że jako fan mafijnej sagi nakręconej przez Coppolę wielokrotnie odtwarzałem sobie przytoczoną scenę w wyobraźni – kilka lat temu mieszkałem przez jakiś czas po drugiej stronie Calle Hostos.

 

Niesamowite wrażenie wywiera zawsze na zwiedzających majestatyczny kompleks klasztorny dominikanów. Dociera się do niego ulicą Ojca Billiniego (Calle Padre Billini). Najbardziej fotogeniczny fragment budowli stanowi ceglastopomarańczowa fasada zachodnia, zdobiona tuż nad bramą motywem przywodzącym na myśl splecioną winorośl. Kompleks zbudowali mnisi z zakonu św. Dominika, którzy przybyli na wyspę z początkiem XVI w. W 2016 r. minęło 800 lat od powstania tego zgromadzenia. Należeli do niego m.in. żarliwy obrońca praw Indian Bartolomé de Las Casas (wizytował ten klasztor) i inkwizytor Bernard Gui, którego Umberto Eco wprowadził do swojej powieści Imię róży. Ten kościelno-klasztorny przybytek ma ciekawą historię. Za sprawą decyzji papieża Pawła III z 1538 r. funkcjonował w nim pierwszy uniwersytet w Nowym Świecie. Obecnie jego tradycję kontynuuje Uniwersytet Autonomiczny w Santo Domingo (Universidad Autónoma de Santo Domingo, UASD). Mimo licznych klęsk żywiołowych występujących na przestrzeni stuleci mury zachowały się w znakomitej kondycji. Budowlę można podziwiać w pełnej okazałości, zarówno na żywo, jak i w filmowych kadrach. Wykorzystali ją w swoich filmach np. Robert De Niro (Dobry agent) i Andy García (Hawana – miasto utracone).

 

BOHATER I PAŁAC

 4a

Pomnik Juana Pabla Duarte znajdujący się w parku jego imienia

© MARCIN WESOŁY/WWW.CARIBEYA.PL

 

Podczas zwiedzania nie sposób pominąć parku imienia jednego z trzech ojców założycieli Republiki Dominikańskiej – Juana Pabla Duarte (Parque Duarte; pozostałymi dwoma postaciami są Matías Ramón Mella i Francisco del Rosario Sánchez). To miejsce należy zdecydowanie do najprzyjemniejszych zakątków historycznej części Santo Domingo. Można tu odpocząć (albo pograć z miejscowymi w domino, popijając piwo Presidente) w otoczeniu palm, bugenwilli i drzew flamboyán (wianowłostek królewskich), zwanych płomieniami Afryki ze względu na liczne intensywnie czerwone kwiaty (pojawiające się przeważnie w czerwcu). Środek tutejszego placu zajmuje pomnik wspomnianego bohatera walk o niepodległość kraju. Park i jego najbliższe sąsiedztwo również docenili znani filmowcy. W kinowych produkcjach zagrała m.in. poczerniała, przypominająca dom, w którym straszy, kamienica z 1936 r. (dziś wystawiona na sprzedaż) zwana Edificio Elmúdesi. Niegdyś była w niej prywatna klinika. Budynek pojawił się w co najmniej dwóch hollywoodzkich filmach: Hawanie – mieście utraconym i Dobrym agencie. O ile Andy García wykorzystał stare Santo Domingo do odwzorowania stolicy Kuby, o tyle Robert De Niro poszedł jeszcze dalej. Sceny z jego obrazu miały przedstawiać Léopoldville, dzisiejszą Kinszasę, stolicę Demokratycznej Republiki Konga w środkowej części Afryki.

 

Władze Dominikany są jak dotąd przychylne zagranicznym ekipom filmowym. Bez większych problemów wpuszczają je także do własnych siedzib, przede wszystkim do Pałacu Narodowego (Palacio Nacional), gdzie urzęduje prezydent kraju. Przekonali się o tym Francis Ford Coppola, Sydney Pollack i Andy García. W ich filmach charakterystyczny gmach wcielił się w rolę El Capitolio w Hawanie, który przed 1959 r. był bastionem Fulgencia Batisty, dyktatora z Kuby. Trudno o bardziej fotogeniczną lokalizację w Santo Domingo, gdy temat kinowy dotyka wielkiej władzy i polityki. Zawsze ciekawiło mnie, ile mogła kosztować niezbędna w tym przypadku zamiana powiewającej przed pałacem flagi dominikańskiej na kubańską. Siedziba prezydenta Dominikany jest imponująca – gmach w kolorze piaskowym uchodzi za architektoniczną perłę zdominowaną przez styl neoklasycystyczny. Powstał na zlecenie dyktatora Rafaela Leónidasa Trujillo Moliny. Miał odzwierciedlać nieśmiertelne aspiracje wodza. Budowę rozpoczęto dokładnie 27 lutego 1944 r. Chodziło o datę symboliczną – setną rocznicę proklamowania niepodległości Republiki Dominikańskiej (w 1844 r.). Pracę ukończono w ponad trzy lata. Do głównego wejścia pałacu prowadzą masywne schody wykute z szarego marmuru. Strzegą ich lwy z brązu. Dokładnie po tych schodach zbiegał Al Pacino jako Michael Corleone w Ojcu chrzestnym II. Wcześniej, podczas balu noworocznego w pałacu, złożył swojemu bratu Fredowi (który go zdradził) słynny pocałunek śmierci.

 

STOLICA MAŁYCH RADOŚCI

 

W Santo Domingo cieszą również rzeczy drobne, codzienne, czasem niczym się nie wyróżniające. W sklepie na rogu, gdzie dudni muzyka, sprzedają Presidente – najzimniejsze piwo na świecie w oszronionej zielonej butelce, a miejscowi żartują od rana i grają w domino. Radość sprawia też jazda publiczną, wieloosobową taksówką (tzw. carro público) z ośmioma współpasażerami zamiast pięciu, bo w innym przypadku szoferowi nie opłaca się jechać. Tu rzeczywistość ciągle się zmienia, nieprzerwanie kwitnie i marnieje, po czym w niesłychanym tempie odradza się znowu.

 

Nie każdemu podoba się Santo Domingo, nie każdego do niego ciągnie. Turyści często chętniej wybierają Hawanę albo stolicę Portoryko – San Juan. Te miasta, powstałe w podobnych okolicznościach historycznych, stanowią naturalną konkurencję dla stolicy Dominikany. Oczywiście, Santo Domingo potrafi zadbać o siebie. Upiększa się makijażem, raz mocnym i wyrazistym, kiedy indziej stonowanym, bardziej wysmakowanym. Umiejętnie wabi świeżością i zachęca do bliższego poznania. Jednak jednocześnie cierpi na udręki typowe dla latynoskich miast. Bywa także miejscem przytłaczającym: rozgrzanym do bólu, dusznym, głośnym, zaśmieconym. Z różnych stron w niesłychanym natężeniu nacierają na człowieka kaskady dźwięków wydawanych przez sznury pojazdów, dużych i mniejszych, nowych i starych, a często wręcz bezlitośnie zdezelowanych gruchotów, które już dawno powinny dogorywać na złomowisku.

 

Na dodatek w powietrzu czuć drażniące nozdrza spaliny, zapach paliw wyciekających spod reperowanych aut, wyziewy wydobywające się z ujść labiryntów kanalizacji. Te aromaty mieszają się z kolei z orzeźwiającą słoną bryzą znad Morza Karaibskiego i wonią przejrzałych owoców – ananasów, gujaw, mango, kawy parzonej gdziekolwiek i lanej z termosów do małych plastykowych kubków, rarytasów kuchni ulicznej oferowanych na każdym rogu, prania wywieszonego na finezyjnych balkonach, kulek naftalinowych, wilgoci wyzierającej zewsząd, wyganianej przeciągami z ciemnych kątów, liści tytoniowych gotowych do zwijania w skromnych manufakturach, samego dymu popalanych cygar, naperfumowanych ludzkich ciał, lakieru utrwalającego włosy kobiet czy żelu kładzionego na fryzury młodych kawalerów.

 

Santo Domingo pachnie tropikiem. Jest nienasyconym karaibskim miastem z niezbadaną tajemnicą. Z jednej strony pozostaje zatrzymane w odległym czasie, sędziwe, nieco zmurszałe, śniące o kolonialnej przeszłości, o której wyraźnie przypomina, zwłaszcza w trakcie spaceru po historycznym rejonie. Gdzie indziej wydaje się nazbyt nowoczesne, chaotyczne, wyzywające; wypełniają je szklane biurowce, drapacze chmur i gigantyczne bilbordy ze sloganami znanych marek. Oferuje niemal wszystko, czego dusza ludzka zapragnie, o każdej porze, wszędzie. Jeśli przymknie się oko na jego bolączki, potrafi być urocze i zajmujące. Do tego jest miastem wyjątkowo lubianym przez twórców kina, również tego hollywoodzkiego. Jednak nie każdy o tym wie. Często nie są świadomi tego faktu nawet sami Dominikańczycy. Santo Domingo może opowiedzieć sporo zaskakujących historii. Wspaniałe, wykwintne architektonicznie i co ważne pieczołowicie odrestaurowane obiekty z obszaru Zona Colonial zyskują nowe życie, nowe przeznaczenie, nowe uznanie. Trzeba tu dotrzeć, przynajmniej raz, i zobaczyć to wszystko samemu, aby móc potem miło wspominać swoją wizytę, np. podczas filmowego seansu. Bo Santo Domingo zostało uwiecznione przez kino wielokrotnie. Poszukajmy zatem niektórych scenerii z filmów, choćby według wskazówek zawartych w tym artykule. Z pewnością będzie to przyjemne urozmaicenie spacerów po zachwycającej stolicy Dominikany, a jednocześnie swoista filmowa przygoda na gościnnej dominikańskiej ziemi.