Mandryl barwnolicy (Gabon)
IMG 8889

Jenot azjatycki (Polska, Warmia)

Jenot

ROBERT GONDEK

www.szczytyafryki.pl

Podróżuję po różnych zakątkach naszego globu od ponad dwudziestu lat. Najchętniej wyjeżdżam do Afryki, ale nie tylko tam. Odwiedziłem już ponad pięćdziesiąt państw na całym świecie, w tym siedemnaście właśnie na tym kontynencie. Lubię chodzić po górach. W trakcie swoich wyjazdów skupiam się na przyrodzie. Fotografuję ptaki, zwierzęta i krajobrazy. To moja wielka pasja.


Słonie afrykańskie (Malawi)

00001 473

 

Po raz pierwszy wybrałem się w podróż na Czarny Ląd w 2001 r. Zabrałem ze sobą aparat kompaktowy marki Vivitar i 13 klisz. To miało mi wystarczyć na trzy tygodnie i wyprawę przez Republikę Południowej Afryki, Suazi i Lesotho. Na 36-klatkowych filmach zamierzałem utrwalić zwierzęta z Parku Narodowego Krugera oraz krajobrazy Przylądka Dobrej Nadziei i Gór Smoczych. Przed zrobieniem każdego zdjęcia musiałem się zastanawiać, czy na pewno warto je wykonać i czy nie zabraknie mi klisz na dalszą podróż. Wróciłem z 468 fotografiami, które okazały się źle skadrowane, nieostre i ciemne, ale nie przywiązywałem do tego wagi. Ze wszystkimi wiązały się przecież jakieś historie i wspomnienia.


Mój pierwszy wyjazd na kontynent afrykański nie był podróżą fotograficzną. Nie miałem wówczas odpowiedniego sprzętu, nie umiałem robić dobrych zdjęć, nie interesowałem się tym. W trakcie tej wyprawy po raz pierwszy jednak zobaczyłem na wolności zwierzęta znane mi do tej pory z filmów przyrodniczych i ogrodów zoologicznych, takie jak lwy, słonie, nosorożce, hipopotamy i zebry. To było niezwykłe przeżycie. Zapamiętałem zwłaszcza dwie wyjątkowe sceny, które do tej pory są dla mnie wizytówką Afryki. Wieczorem przemierzam Park Narodowy Krugera podczas burzy. Dookoła niebo znaczą błyskawice. Leje deszcz i jest już prawie ciemno. W świetle reflektorów pojawiają się sowy. Stoją na drodze co kilkadziesiąt metrów. Nagle odlatują z szeroko rozpostartymi skrzydłami, trzymając w szponach żabę lub węża. Scena powtarza się kilkanaście razy. Drugie wspomnienie również wiąże się z tym słynnym parkiem. Za parę chwil słońce zajdzie za horyzont. Powoli przemierzam okolicę samochodem. Nagle na środku laterytowej drogi, nagrzanej promieniami słonecznymi za dnia, zauważam leżące lwy. Jest ich pięć, może sześć. Śpią, a ja muszę zjechać nieco na bok, aby je ominąć. Zatrzymuję się w pobliżu i czekam. Po chwili jeden wstaje, zagląda przez zamknięte okno do środka. Nagle ziewa kilkadziesiąt centymetrów ode mnie. Dzieli nas tylko szyba. Potem lew rozgląda się dookoła i leniwie kładzie na jezdni. Nie zrobiłem dobrych zdjęć, ale wiedziałem, że kiedyś będę chciał wrócić i fotografować zwierzęta.

 

WSPÓŁCZESNE MOŻLIWOŚCI

Obecnie z trzytygodniowego wyjazdu przywożę prawie 10 tys. ujęć, kilkadziesiąt minut filmów i setki kadrów do filmów poklatkowych (tzw. time-lapse photography). Czasy się zmieniły, nie jesteśmy już ograniczeni liczbą klatek na kliszach, które zajmują sporo miejsca i wymagają wywołania po powrocie, żeby zobaczyć, co udało nam się uwiecznić. Dobry sprzęt fotograficzny stał się niemal powszechnie dostępny. Możemy podróżować bez większego problemu praktycznie wszędzie, gdzie tylko byśmy chcieli, a informacje na temat interesujących nas regionów coraz łatwiej znaleźć.

               
Moje zagraniczne wyjazdy to głównie wyprawy w góry, w trakcie których staram się zdobyć najwyższy szczyt odwiedzanego kraju. Zazwyczaj nie ma wtedy czasu na fotografowanie zwierząt. Na to zajęcie poświęcam drugą część podróży. Oczywiście, często te dwa etapy łączą się ze sobą. Przykładowo etiopskie góry Semien stanowią idealny region na robienie zdjęć dżeladom – małpom wąskonosym z endemicznego gatunku zamieszkującego ten rejon Afryki. Żyją one w grupach, są niezbyt płochliwe i nie trzeba się specjalnie starać, aby ich nie przestraszyć. Wielkie stada tych zwierząt przechadzają się dookoła ludzi. Można je po prostu spotkać na trasie trekkingu. Wystarczy usiąść na kamieniu i obserwować, jak wychodzą po urwistych skałach ze swoich schronień na górskie łąki. Znakiem rozpoznawczym dżelad jest nieowłosiony czerwony fragment skóry na klatce piersiowej. Z tego powodu nazywane są małpami o krwawiących sercach. Stanowią one jednak swojego rodzaju wyjątek. Większość zwierząt i ptaków musimy wytropić. Bardzo często, aby nam się udało, potrzebujemy także szczęścia i kogoś, kto podpowie nam, gdzie szukać lokalnej fauny. Ja przy planowaniu podróży zawsze sprawdzam, co można sfotografować w rejonie, do którego się wybieram, i czy dany okres będzie dobry na robienie zdjęć. Kilka odwiedzonych przeze mnie miejsc wydaje się szczególnie wartych uwagi dla miłośników podglądania przyrody.


MIESZKAŃCY AFRYKI

Styczeń w Rwandzie jest znakomitym czasem na obserwację goryli górskich w Parku Narodowym Wulkanów. To wspaniałe stworzenia zagrożone wyginięciem. Na zboczach wulkanicznego łańcucha Wirunga (położonego w Demokratycznej Republice Konga, Ugandzie i Rwandzie) żyje ich jeszcze ok. 500. Można je też spotkać w ugandyjskim Nieprzeniknionym Lesie Bwindi (mniej więcej 380 osobników). Te największe małpy świata zamieszkują wysokie góry. Stado liczy od kilku do kilkunastu sztuk. Każdej rodzinie goryli górskich przewodzi dorosły samiec zwany srebrzystogrzbietym ze względu na kolor sierści na plecach. Jego wygląd budzi duży szacunek. Gdy stanie na tylnych kończynach jest ogromny. Te wyjątkowe zwierzęta wywierają niezwykłe wrażenie, gdy w odległości kilku metrów od nas pozują do zdjęć. Osoby marzące o ujrzeniu goryli górskich w Rwandzie powinny przygotować się jednak na spory wydatek. Trzygodzinna wyprawa z przewodnikiem kosztuje 750 dolarów amerykańskich (USD).


W sąsiedniej Ugandzie również w styczniu warto wybrać się do Parku Narodowego Kibale. Oprócz szympansów, z których słynie, zobaczymy tu dwanaście innych gatunków małp, takich jak koczkodany górskie, koczkodany czarnosiwe czy ugandyjskie gerezy rude. Władze tego obszaru chronionego organizują wycieczki zwane chimpanzee tracking. Ich uczestnicy mają okazję znaleźć się w samym środku liczącego ok. 100 osobników stada. To niesamowite doświadczenie. Szympansy są wszędzie – w koronach drzew zrywają owoce palm i figi, wędrują tuż obok swoimi ścieżkami i niezbyt interesują się naszą obecnością.


W Gabonie z kolei na wrzesień przypada koniec pory suchej. Terytorium kraju w ponad 80 proc. pokrywa gęsty wilgotny las równikowy, w którym występują słonie afrykańskie leśne, goryle nizinne, szympansy, bawoły leśne i mandryle. Zwierzęta te są bardzo płochliwe i trudno je wytropić wśród drzew. Na szczególną uwagę zasługują mandryle zaliczane do rodziny koczkodanowatych. Aby je zobaczyć, warto odwiedzić Park Lékédi. Żyje w nim ok. 140–180 tych małp, w tym kilka dorosłych samców. Jeden z nich to przywódca stada. Męskie osobniki mają niezwykłe ubarwienie nosów. W wieku ok. 6 lat, gdy osiągają dojrzałość płciową, skóra na ich nozdrzach i wokół nich staje się biało-czerwona. Mandryle obserwujemy w lesie. Siedzimy na ławce i czekamy. Ponad sto małp krąży dookoła nas. Wędrują w poszukiwaniu korzeni, liści, owoców i owadów. Nie są tak płochliwe, jak w innych miejscach w Gabonie. Przyzwyczaiły się do obecności badaczy Mandrillus Project, którzy od 2012 r. spędzają w ich towarzystwie kilkanaście godzin dziennie i sporządzają notatki ze swoich obserwacji. Dzięki temu fotografowie mają doskonałą okazję do zrobienia wyjątkowych zdjęć mandryli.


Botswana stanowi prawdziwy raj dla miłośników ptaków. Ja byłem tu w maju. Obszar rzeki Okawango i jej delty, wpisanej w 2014 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO, zamieszkują liczne ssaki, gady, płazy, ryby i owady. Oprócz tego na powierzchni ok. 20 tys. km2 występuje ponad 400 gatunków ptaków. Podczas organizowanych przez lokalne agencje wypraw z przewodnikami mamy szansę ujrzeć mnóstwo tych wspaniałych kolorowych stworzeń, m.in. żołny białoczelne, zimorodki malachitowe, kraski liliowopierśne, rybaczki srokate, rybiarki duże, bieliki afrykańskie, żabiru, czaple, koronniki szare, warugi, ibisy czczone i wiele innych. Pływamy po Okawango, zagłębiamy się w kanały i rozlewiska delty, żeby dotrzeć do miejsc znanych tylko wtajemniczonym. Czasem wystarczy po prostu posiedzieć cierpliwie nad rzeką, bagnem czy jeziorem. Możemy się ukryć pod siatką maskującą, ale nie musimy. Ptaki przylecą na pewno i to w ogromnej liczbie, więc będziemy zadowoleni. Tak wielu i tak pięknych nie widziałem nigdzie indziej na świecie.


W kwietniu, na koniec pory deszczowej w Namibii zdarzają się wieczorne burze, dzięki którym krajobraz wygląda dużo ciekawiej. Wjeżdżamy do Parku Narodowego Etosza, jednego z najstarszych (jego historia zaczyna się już w 1907 r.) i największych (22 275 km² powierzchni) tego typu obszarów na kontynencie afrykańskim. Możemy tu zrobić zdjęcia wszystkich zwierząt należących do słynnej Wielkiej Piątki Afryki, czyli słonia, bawoła, lwa, lamparta i nosorożca czarnego uważanych tradycyjnie za najniebezpieczniejsze gatunki Czarnego Lądu. Takich miejsc jest na nim więcej, ale w tym parku stworzone zostały specjalne warunki do obserwowania fauny. Tuż obok kempingów znajdują się podświetlane zbiorniki wodne, które są niczym scena ustawiona dla widzów. Nocą siadamy wygodnie na ławce i patrzymy na gromadzące się nad wodą zwierzęta. Słonie, zebry czy żyrafy przychodzą tu po upalnym dniu, żeby ugasić pragnienie. Stado ciągnie za stadem. Nosorożce wchodzą do zbiornika. Z oddali dobiega ryk lwa. Kto wie, może za chwilę będziemy świadkami polowania…


W Malawi w październiku wybieramy się do Parku Narodowego Liwonde. Leży on wzdłuż rzeki Shire. Rejs o poranku stanowi wyśmienitą okazję do podglądania słoni. Te największe ssaki lądowe uwielbiają wodę i chłodzące kąpiele. W stadach liczących kilkanaście sztuk wchodzą do rzeki, aby uchronić się przed upałem. Młode słonie świetnie się bawią. Gdy nurkują, ponad powierzchnię wody wystają im tylko trąby. Po chwili wspinają się na swoich większych towarzyszy. My siedzimy w łódce z aparatami w dłoniach. Nasi modele prezentują się wspaniale.

W AMERYCE POŁUDNIOWEJ I POLSCE


Legwan galapagoski (Galapagos, Ekwador)

IMG 7122

Nie mniej interesująca kraina dla fotografów przyrody znajduje się po drugiej stronie Atlantyku. Na trzytygodniową podróż po Ekwadorze lecę w styczniu. Spędzam czas na chodzeniu po górach, odwiedzinach w Rezerwacie Przyrody Cuyabeno i lasach deszczowych regionu Mindo. Pogoda jest zmienna i często pada, ale to przecież normalne w tych stronach. Wspomniane lasy deszczowe zachwycają wielką różnorodnością ptaków (ok. 500 gatunków). W Rezerwacie Las Tangaras wystarczy po prostu aparat i trochę cierpliwości. W ciągu pół godziny, siedząc na werandzie miejscowego schroniska, fotografuję czternaście różnych gatunków kolibrów spośród ponad stu, które występują w Ekwadorze. Jednak to nie dla nich wybrałem się do tego odległego kraju. Codziennie rano, ok. 6.00 odbywa się w okolicy wyjątkowy spektakl, jedyny na całym świecie. Po pół godzinie marszu docieram do miejsca (zwanego lek), gdzie piękne, ubarwione na pomarańczowoczerwono samce rupicoli (skalikurka andyjskiego) starają się o względy samiczek. Nurkują pomiędzy gałęziami i śpiewają.


Innym razem w styczniu trafiłem na ekwadorski archipelag Galapagos. To kraina ptaków, żółwi i legwanów. Gospodarzami są w niej zwierzęta, człowiekowi przypada rola gościa. Wędrujemy plażą, na której znajduje się więcej legwanów morskich niż ludzi. Docieramy na bezludną wysepkę Seymour Norte stanowiącą prawdziwe ptasie królestwo. Fregaty wielkie budują gniazda na krzewach. Samce głuptaków niebieskonogich wykonują swój taniec godowy na przybrzeżnych skałach. Przestępują z nogi na nogę, prezentując przed samicami absurdalnie wyglądające jasnobłękitne kończyny. Pelikany brunatne nurkują w poszukiwaniu zdobyczy, aby po paru chwilach wynurzyć się z dziobem i workiem skórnym pełnym wody, ryb i wodorostów. Nie trzeba tu szukać punktu obserwacyjnego ani używać siatek maskujących. Ptaki są wszędzie. Wystarczy chwilę poczekać i zaraz się zjawiają. Może w tym czasie przejdzie obok nas legwan morski lub lądowy (galapagoski), a na pobliskiej plaży zacznie się wylegiwać uszanka galapagoska lub kotik galapagoski.


Także Polska doskonale sprawdza się jako cel wyprawy fotograficznej. Zdjęcia zwierzętom zrobimy w naszym kraju o każdej porze roku. Zimą nad Biebrzą wypatrzymy m.in. łosie, bobry czy przepięknie ubarwione wilki. Na wiosnę praktycznie wszędzie można wybrać się na obserwowanie ptaków i ich toków (zalotów). W lato mamy szansę spotkać niedźwiedzia w Bieszczadach, borsuka na Mazurach albo jenota na Warmii. Jesienią lasy i łąki zmieniają się w rykowiska dla jeleni i bukowiska dla łosi. Polska przyroda jest wyjątkowo piękna i charakteryzuje się ogromną różnorodnością zwierząt. Często nie doceniamy tego, co znajduje się na wyciągnięcie ręki. Aby sfotografować wilki, lisy, borsuki, łosie, jelenie, jenoty, niedźwiedzie, dudki, żołny, zimorodki, puszczyki, sóweczki i setki innych gatunków nie musimy podróżować do Afryki bądź Ameryki Południowej. Powinniśmy tylko wiedzieć, jakie stworzenia nas interesują oraz gdzie i kiedy udaje się je spotkać.

ODPOWIEDNIE WARUNKI

Możemy wyróżnić cztery główne sposoby tworzenia okazji do fotografowania fauny. Pierwszy, chyba najbardziej popularny, stanowi safari. To parodniowa wycieczka, podczas której mamy większą lub mniejszą szansę na spotkanie dzikich zwierząt. Odbywa się zazwyczaj samochodami terenowymi w kilkuosobowym gronie. Terytoria parków narodowych przemierza się wyznaczonymi polnymi, szutrowymi lub laterytowymi drogami. Safari może być też piesze albo wodne, choć nie na wszystkich obszarach chronionych organizuje się te rodzaje wypraw. Taki sposób podglądania zwierząt cieszy się niezmiernie dużą popularnością w Afryce Południowej i Wschodniej, np. w Tanzanii, Kenii czy Ugandzie. Gdy przejrzymy oferty biur podróży dotyczące wyjazdów na kontynent afrykański, zorientujemy się, że w większości w ich programie znajduje się safari. W Namibii, Botswanie i Republice Południowej Afryki zaplanujemy wyprawę samodzielnie, z wykorzystaniem własnego środka transportu (wynajętego na miejscu). Co ciekawe, niekoniecznie wszędzie musimy poruszać się autem terenowym z napędem na cztery koła, ale zwykle pozwoli nam ono na dotarcie do innych, bardziej interesujących zakątków i – oczywiście – obserwację dzikich zwierząt z lepszej perspektywy.


Każde safari dostarcza niezapomnianych przeżyć i jest wyjątkową przygodą. Często zrobimy na nim również świetne zdjęcia i zobaczymy mnóstwo różnych gatunków fauny. Jednak z punktu widzenia fotografa to nie do końca to, na co liczy. Zwierzęta spotyka się całkowicie przypadkowo. Wyprawa zorganizowana we własnym zakresie pozwala zaoszczędzić pieniądze, ale jednocześnie stwarza mniejsze szanse na dotarcie do miejsc, o których istnieniu wiedzą lokalni przewodnicy. Safari piesze czy wodne stanowi z kolei ciekawą atrakcję, lecz trudno natknąć się podczas niego na płochliwe stworzenia. Mimo wszystko są to dobre i bardzo popularne wycieczki fotograficzne, w których często brałem udział i nadal planuję uczestniczyć.


Drugi sposób stworzenia warunków do fotografowania przyrody to profesjonalnie przygotowany pod tym kątem kilkudniowy pobyt na terytorium parków, w których występują dzikie i rzadkie zwierzęta. Podczas przeglądania wielu dostępnych ofert możemy natrafić na naprawdę wyjątkowe propozycje. W tym przypadku musimy liczyć się jednak ze znacznymi wydatkami. Organizacją takich programów nierzadko zajmują się zawodowi fotografowie we współpracy z lokalnymi placówkami. Wyprawy są specjalnie przygotowane ze względu na ich cel, a obejmują m.in. transport dużej ilości sprzętu fotograficznego i zakwaterowanie w przerwach pomiędzy sesjami oraz wybór pleneru, pory roku i dnia, a także gatunków zwierząt, które mają być tematem zdjęć. Mogą zostać ukierunkowane na fotografowanie np. lwów, lampartów i gepardów w tanzańskim Parku Narodowym Serengeti, niedźwiedzi w Finlandii, maskonurów na Islandii albo cyklicznych wydarzeń, takich jak spektakularna Wielka Migracja lub przeloty albo toki konkretnych ptaków. Uczestnicy znajdują się zwykle pod opieką uznanego fotografa i jego doświadczonych asystentów. W przerwach pomiędzy sesjami często odbywają się również warsztaty fotograficzne, w trakcie których recenzuje się ujęcia, udziela rad i wskazówek dotyczących też obróbki materiału. Na tego rodzaju wyprawie nie liczymy już tylko na szczęście i przypadek, dzięki czemu zwiększają się nasze szanse na wykonanie dobrego zdjęcia. Takie wyjazdy fotograficzne organizują np. David Lloyd, Will Burrard-Lucas i Dana Allen, a w Polsce – Michał Mrozek, Tomasz Tomaszewski czy Marcin Kydryński.


Trzeci sposób to podróż do regionu zamieszkanego przez interesujące nas zwierzęta i wynajęcie dobrego lokalnego przewodnika. W niektórych krajach jest naprawdę trudno o odpowiednią osobę, ale są takie miejsca w Kenii, Tanzanii, Ugandzie, Ghanie czy Ekwadorze, gdzie możemy znaleźć kompetentnych ludzi. Znają oni doskonale rejony występowania wybranych przez nas gatunków ptaków lub ssaków i dodatkowo rozumieją potrzeby i wymagania fotografów.


Na koniec pozostaje nam jeszcze tzw. zasiadka w czatowni, czyli w niewielkim obiekcie zbudowanym i przystosowanym do obserwowania i fotografowania fauny. Stawia się je często w celu podglądania konkretnych gatunków nad wodą, w górach, lasach i na łąkach. Fotograf ukrywa się wewnątrz i przez kilka, kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt godzin czeka cierpliwie na zwierzęta. Aby zwiększyć prawdopodobieństwo pojawienia się ich w zasięgu wzroku, stosuje się specjalnie przygotowaną przynętę. W zależności od gatunku mogą to być mięso, owoce lub warzywa. Podczas fotografowania przyrody w Polsce korzystałem z kilku tego typu miejsc.


WYPOSAŻENIE FOTOGRAFA

Nie trzeba mieć drogiego sprzętu, żeby zrobić dobre zdjęcie. Wiele świetnych fotografii powstaje przy użyciu naprawdę niedrogich urządzeń. Są to często proste bezlusterkowce, aparaty kompaktowe czy niezbyt zaawansowane modele aparatów lustrzankowych ze stosunkowo tanimi teleobiektywami. Takie wyposażenie wystarczy do fotografowania przyrody w trakcie zwykłego safari.


Oczywiście, nie da się także ukryć, że odpowiednie body (korpus), obiektyw bądź stabilny statyw pozwalają osiągnąć lepszy efekt, bardziej zbliżyć obiekt, zrobić więcej ujęć w ciągu jednej sekundy lub wykonać ostre zdjęcie w gorszych warunkach oświetleniowych. Ja osobiście używam obecnie sprzętu marki Canon i kilku teleobiektywów (inne osoby z redakcji magazynu All Inclusive korzystają np. z aparatów Pentax, a także Nikon, Olympus i Sony). Nie wyobrażam sobie wyprawy fotograficznej, na którą nie zabrałbym obiektywu o odpowiedniej ogniskowej. Dlatego bardzo często podczas wędrówki po górach mam ze sobą kilkunastokilogramowy plecak, którego zawartość stanowi w większości wyposażenie fotografa. Choć przemieszczanie się z ciężkim bagażem jest niewygodne, warto się przemęczyć, bo nigdy nie wiadomo, czy za chwilę w okolicy nie pojawi się coś interesującego. Bez sprzętu pod ręką okazja na zrobienie zdjęcia przepadnie.


Dlatego też uważam, że oprócz sprawdzonego aparatu i obiektywów przy fotografowaniu przyrody ważne są trzy rzeczy. Po pierwsze – trzeba mieć trochę szczęścia, po drugie – przyda się pomysł i umiejętność dobrego kadrowania, a po trzecie – musimy uzbroić się w cierpliwość. Bez tego wszystkiego o ciekawe i wyjątkowe ujęcie bywa bardzo trudno.


POMOC SPECJALISTÓW

Wyjazd fotograficzny możemy – oczywiście – zorganizować sobie sami, o ile w rejonie, do którego się wybieramy, nie obowiązują inne zasady. W tym przypadku pomocne są jednak wyspecjalizowane biura podróży. Na polskim rynku jedną z najbogatszych ofert w tym zakresie ma Klub Podróży Horyzonty. Obejmuje ona nie tylko wyjazdy do Afryki, ale również m.in. na Islandię, Lofoty, Węgry, Kubę, do Finlandii, Bułgarii, Włoch, Brazylii bądź Wietnamu. Wyprawy proponowane przez biura turystyczne odbywają się pod opieką uznanych polskich fotografów, takich jak Marcin Dobas czy Przemysław Antoni Kunysz.


Można także poszukać informacji na temat organizatorów lub ekspertów od fotografii działających w miejscu, do którego się wybieramy. Często polecanymi na forach internetowych przewodnikami specjalizującymi się w zdjęciach ptaków są np. Willy Kombe w Kenii i Harriet Kemigisha w Ugandzie. Gdy zdecydujemy się na konkretną osobę, nie pozostanie nam nic innego, jak zebrać grupę ludzi o podobnych zainteresowaniach i wyruszyć w podróż. Po dotarciu do celu pomocą będzie nam służył nasz opiekun.


Jeśli chcemy fotografować w Polsce, możemy zwrócić się do kilku tutejszych biur oferujących parodniowe pobyty w atrakcyjnych pod względem fotograficznym miejscach. Tego rodzaju wyjazdy w naszym kraju organizują też polscy fotografowie: Magdalena Sarat i Łukasz Łukasik (Fotoczaty), Marek Kosiński z Białowieży oraz Mateusz Matysiak i Bogusław Kowalczyk (BiesCzaty). Wykorzystują oni swoje bogate doświadczenie zawodowe podczas kilkudniowych warsztatów nad Biebrzą, na Mazurach, w Puszczy Białowieskiej i Bieszczadach.


Są wreszcie specjaliści w dziedzinie fotografii znający doskonale region, w którym mieszkają. Dzięki temu wiedzą, gdzie dokładnie warto wybrać się z aparatem. Często stawiają w tych miejscach czatownie, z których zainteresowane osoby mogą fotografować zwierzęta: jenoty, bieliki i jastrzębie (Warmia – Zbigniew Maćko), rybołowy, orliki krzykliwe i borsuki (Mazury – Krzysztof Stasiaczek), niedźwiedzie, wilki, rysie, orły przednie i puszczyki uralskie (Bieszczady – Mateusz Matysiak i Bogusław Kowalczyk).


ZDOBYĆ DOŚWIADCZENIE

Pasję fotograficzną odkryłem w trakcie podróży do dalekich krajów. To, co podczas nich miałem okazję oglądać, było mi nieznane, wydawało się niezmiernie ciekawe i inne. Zapragnąłem utrwalić te niesamowite obrazy. Podziwiałem kolorowe ptaki, zapierające dech w piersiach widoki. Po wielu latach podróżowania po Afryce, Ameryce Południowej i Azji, zachwycaniu się krajobrazami i egzotycznymi zwierzętami zacząłem zwracać baczniejszą uwagę na polską przyrodę. Gdy byłem na Mazurach, nad Biebrzą czy w Tatrach, dostrzegałem urodę tych regionów. W nich także żyją interesujące ptaki i ssaki, a tutejsze krajobrazy są równie piękne jak te z innych części świata. Choć my mamy takie widoki na co dzień, mieszkańcom Azji, Afryki, Ameryki lub Australii wydają się one egzotyczne, nieznane. Aby zrobić ciekawe zdjęcie, wcale nie musimy jechać bardzo daleko. Fotografowanie przyrody to po prostu wspaniała pasja. Żeby ją w pełni realizować, trzeba fotografować dużo, w różnych warunkach, w coraz innych miejscach. Warto więc robić to w Polsce i pozostałych krajach świata, w czatowniach, podczas safari, nad wodą, w górach i lasach – jednym słowem wszędzie.

Artykuły wybrane losowo

Z czym kojarzy się Peru…?

opracował

MICHAŁ DOMAŃSKI

Zapytaliśmy o to pięciu wybranych ekspertów, którzy znają doskonale tę magiczną krainę Inków… Poniżej znajdują się ich krótkie wypowiedzi na ten temat.

 

JUSTYNA CEMPEL-RYBICKA

PREZES DELUXE TRAVEL CLUB

Tajemnicze, dzikie, bogate w historię i fascynujące Peru kojarzę przede wszystkim z Cuzco, które uznawane jest za najstarsze wciąż zamieszkane miasto kontynentu oraz za archeologiczną stolicę Ameryki. Dzieje świetności i upadku imperium Inków można poznać podczas zwiedzania pobliskich ruin – Sacsayhuamán. Mimo iż Cuzco w języku keczua (miejscowych Indian) oznacza pępek świata, to jednak – moim zdaniem – określenie to pasuje dzisiaj bardziej do wprawiającego w zachwyt, otulonego mgłą i owianego tajemnicą Machu Picchu. Jest to najlepiej zachowane inkaskie miasto. Wzniesiono je w XV w., kiedy cywilizacja Inków znajdowała się u szczytu potęgi. Po ok. 100 latach zostało jednak opuszczone w niewyjaśnionych do dzisiaj okolicznościach. Machu Picchu podzielone jest na dwie części – rolniczą oraz mieszkalną ze Świątynią Słońca, Pałacem Królewskim, Świętym Placem i obserwatorium astronomicznym Intihuatana. W lipcu 2007 r. ogłoszono je jednym z siedmiu cudów świata nowożytnego.

Więcej…

Cabo Verde – wyspiarskie oblicze Afryki

ROBERT STEFANICKI

Jeśli nie lubimy długich podróży samolotem, a marzy nam się Ameryka Południowa, warto odwiedzić wówczas Wyspy Zielonego Przylądka (Cabo Verde). W odległości jedynie ośmiu godzin lotu z Warszawy znajdziemy wulkany, solniska, tarasowe pola i rozległe plaże. Nie ma tylko lam.

Republika Zielonego Przylądka obejmuje archipelag złożony z Wysp Zawietrznych (Ilhas de Barlavento) i Podwietrznych (Ilhas de Sotavento), leżący w pobliżu najdalej na zachód wysuniętego fragmentu kontynentu afrykańskiego – Przylądka Zielonego. Miejsce to jako pierwsi zasiedlili Portugalczycy, którzy ściągnęli tu niewolników z Czarnego Lądu. Do dziś językiem urzędowym pozostaje portugalski.

To nie jest miłość od pierwszego wejrzenia. Wyspa Sal, na której mieści się lotnisko, oglądana z okien podchodzącego do lądowania samolotu wygląda jak naleśnik z brudnego piachu. Trudno doszukać się choćby skrawka zieleni, zawartej w nazwie tego państwa. Jeśli jednak nie zniechęcimy się na początku, na pewno nie wyjedziemy stąd zawiedzeni.

Więcej…

Księżna Andora

ELŻBIETA PAWEŁEK

 

<< Ma wszystko, czym można uwieść gości – spektakularną scenerię Pirenejów, rwące górskie potoki, parki przyrody i piękne szlaki wędrowne. Narciarzom oferuje biały raj na stokach Grandvaliry, smakoszom – wyborną kuchnię, łowcom okazji – zakupy w strefie wolnocłowej. Na dodatek znajduje się tutaj jedno z największych górskich SPA w Europie! Tak wielu pokusom nikomu nie uda się oprzeć. >>

 

Andora powierzchnią ustępuje Warszawie i jest znakomitym przykładem na to, że małe jest piękne. W księstwie nie ma kryzysu ekonomicznego, a wskaźnik bezrobocia pozostaje bardzo niski. Niegdyś był to kraj rolników, pasterzy i mekka… szmuglerów. Dziś przeżywa gospodarczy i turystyczny boom, wprawiając w zdumienie ekonomistów. – Jako niewielkie państwo wciąż jesteśmy słabo znani przez Polaków. Ale to się szybko zmieni – wyraził nadzieję Francesc Camp Torres, minister turystyki i środowiska Księstwa Andory, podczas czerwcowego pobytu w Polsce.  

Więcej…