Mandryl barwnolicy (Gabon)
IMG 8889

Jenot azjatycki (Polska, Warmia)

Jenot

ROBERT GONDEK

www.szczytyafryki.pl

Podróżuję po różnych zakątkach naszego globu od ponad dwudziestu lat. Najchętniej wyjeżdżam do Afryki, ale nie tylko tam. Odwiedziłem już ponad pięćdziesiąt państw na całym świecie, w tym siedemnaście właśnie na tym kontynencie. Lubię chodzić po górach. W trakcie swoich wyjazdów skupiam się na przyrodzie. Fotografuję ptaki, zwierzęta i krajobrazy. To moja wielka pasja.


Słonie afrykańskie (Malawi)

00001 473

 

Po raz pierwszy wybrałem się w podróż na Czarny Ląd w 2001 r. Zabrałem ze sobą aparat kompaktowy marki Vivitar i 13 klisz. To miało mi wystarczyć na trzy tygodnie i wyprawę przez Republikę Południowej Afryki, Suazi i Lesotho. Na 36-klatkowych filmach zamierzałem utrwalić zwierzęta z Parku Narodowego Krugera oraz krajobrazy Przylądka Dobrej Nadziei i Gór Smoczych. Przed zrobieniem każdego zdjęcia musiałem się zastanawiać, czy na pewno warto je wykonać i czy nie zabraknie mi klisz na dalszą podróż. Wróciłem z 468 fotografiami, które okazały się źle skadrowane, nieostre i ciemne, ale nie przywiązywałem do tego wagi. Ze wszystkimi wiązały się przecież jakieś historie i wspomnienia.


Mój pierwszy wyjazd na kontynent afrykański nie był podróżą fotograficzną. Nie miałem wówczas odpowiedniego sprzętu, nie umiałem robić dobrych zdjęć, nie interesowałem się tym. W trakcie tej wyprawy po raz pierwszy jednak zobaczyłem na wolności zwierzęta znane mi do tej pory z filmów przyrodniczych i ogrodów zoologicznych, takie jak lwy, słonie, nosorożce, hipopotamy i zebry. To było niezwykłe przeżycie. Zapamiętałem zwłaszcza dwie wyjątkowe sceny, które do tej pory są dla mnie wizytówką Afryki. Wieczorem przemierzam Park Narodowy Krugera podczas burzy. Dookoła niebo znaczą błyskawice. Leje deszcz i jest już prawie ciemno. W świetle reflektorów pojawiają się sowy. Stoją na drodze co kilkadziesiąt metrów. Nagle odlatują z szeroko rozpostartymi skrzydłami, trzymając w szponach żabę lub węża. Scena powtarza się kilkanaście razy. Drugie wspomnienie również wiąże się z tym słynnym parkiem. Za parę chwil słońce zajdzie za horyzont. Powoli przemierzam okolicę samochodem. Nagle na środku laterytowej drogi, nagrzanej promieniami słonecznymi za dnia, zauważam leżące lwy. Jest ich pięć, może sześć. Śpią, a ja muszę zjechać nieco na bok, aby je ominąć. Zatrzymuję się w pobliżu i czekam. Po chwili jeden wstaje, zagląda przez zamknięte okno do środka. Nagle ziewa kilkadziesiąt centymetrów ode mnie. Dzieli nas tylko szyba. Potem lew rozgląda się dookoła i leniwie kładzie na jezdni. Nie zrobiłem dobrych zdjęć, ale wiedziałem, że kiedyś będę chciał wrócić i fotografować zwierzęta.

 

WSPÓŁCZESNE MOŻLIWOŚCI

Obecnie z trzytygodniowego wyjazdu przywożę prawie 10 tys. ujęć, kilkadziesiąt minut filmów i setki kadrów do filmów poklatkowych (tzw. time-lapse photography). Czasy się zmieniły, nie jesteśmy już ograniczeni liczbą klatek na kliszach, które zajmują sporo miejsca i wymagają wywołania po powrocie, żeby zobaczyć, co udało nam się uwiecznić. Dobry sprzęt fotograficzny stał się niemal powszechnie dostępny. Możemy podróżować bez większego problemu praktycznie wszędzie, gdzie tylko byśmy chcieli, a informacje na temat interesujących nas regionów coraz łatwiej znaleźć.

               
Moje zagraniczne wyjazdy to głównie wyprawy w góry, w trakcie których staram się zdobyć najwyższy szczyt odwiedzanego kraju. Zazwyczaj nie ma wtedy czasu na fotografowanie zwierząt. Na to zajęcie poświęcam drugą część podróży. Oczywiście, często te dwa etapy łączą się ze sobą. Przykładowo etiopskie góry Semien stanowią idealny region na robienie zdjęć dżeladom – małpom wąskonosym z endemicznego gatunku zamieszkującego ten rejon Afryki. Żyją one w grupach, są niezbyt płochliwe i nie trzeba się specjalnie starać, aby ich nie przestraszyć. Wielkie stada tych zwierząt przechadzają się dookoła ludzi. Można je po prostu spotkać na trasie trekkingu. Wystarczy usiąść na kamieniu i obserwować, jak wychodzą po urwistych skałach ze swoich schronień na górskie łąki. Znakiem rozpoznawczym dżelad jest nieowłosiony czerwony fragment skóry na klatce piersiowej. Z tego powodu nazywane są małpami o krwawiących sercach. Stanowią one jednak swojego rodzaju wyjątek. Większość zwierząt i ptaków musimy wytropić. Bardzo często, aby nam się udało, potrzebujemy także szczęścia i kogoś, kto podpowie nam, gdzie szukać lokalnej fauny. Ja przy planowaniu podróży zawsze sprawdzam, co można sfotografować w rejonie, do którego się wybieram, i czy dany okres będzie dobry na robienie zdjęć. Kilka odwiedzonych przeze mnie miejsc wydaje się szczególnie wartych uwagi dla miłośników podglądania przyrody.


MIESZKAŃCY AFRYKI

Styczeń w Rwandzie jest znakomitym czasem na obserwację goryli górskich w Parku Narodowym Wulkanów. To wspaniałe stworzenia zagrożone wyginięciem. Na zboczach wulkanicznego łańcucha Wirunga (położonego w Demokratycznej Republice Konga, Ugandzie i Rwandzie) żyje ich jeszcze ok. 500. Można je też spotkać w ugandyjskim Nieprzeniknionym Lesie Bwindi (mniej więcej 380 osobników). Te największe małpy świata zamieszkują wysokie góry. Stado liczy od kilku do kilkunastu sztuk. Każdej rodzinie goryli górskich przewodzi dorosły samiec zwany srebrzystogrzbietym ze względu na kolor sierści na plecach. Jego wygląd budzi duży szacunek. Gdy stanie na tylnych kończynach jest ogromny. Te wyjątkowe zwierzęta wywierają niezwykłe wrażenie, gdy w odległości kilku metrów od nas pozują do zdjęć. Osoby marzące o ujrzeniu goryli górskich w Rwandzie powinny przygotować się jednak na spory wydatek. Trzygodzinna wyprawa z przewodnikiem kosztuje 750 dolarów amerykańskich (USD).


W sąsiedniej Ugandzie również w styczniu warto wybrać się do Parku Narodowego Kibale. Oprócz szympansów, z których słynie, zobaczymy tu dwanaście innych gatunków małp, takich jak koczkodany górskie, koczkodany czarnosiwe czy ugandyjskie gerezy rude. Władze tego obszaru chronionego organizują wycieczki zwane chimpanzee tracking. Ich uczestnicy mają okazję znaleźć się w samym środku liczącego ok. 100 osobników stada. To niesamowite doświadczenie. Szympansy są wszędzie – w koronach drzew zrywają owoce palm i figi, wędrują tuż obok swoimi ścieżkami i niezbyt interesują się naszą obecnością.


W Gabonie z kolei na wrzesień przypada koniec pory suchej. Terytorium kraju w ponad 80 proc. pokrywa gęsty wilgotny las równikowy, w którym występują słonie afrykańskie leśne, goryle nizinne, szympansy, bawoły leśne i mandryle. Zwierzęta te są bardzo płochliwe i trudno je wytropić wśród drzew. Na szczególną uwagę zasługują mandryle zaliczane do rodziny koczkodanowatych. Aby je zobaczyć, warto odwiedzić Park Lékédi. Żyje w nim ok. 140–180 tych małp, w tym kilka dorosłych samców. Jeden z nich to przywódca stada. Męskie osobniki mają niezwykłe ubarwienie nosów. W wieku ok. 6 lat, gdy osiągają dojrzałość płciową, skóra na ich nozdrzach i wokół nich staje się biało-czerwona. Mandryle obserwujemy w lesie. Siedzimy na ławce i czekamy. Ponad sto małp krąży dookoła nas. Wędrują w poszukiwaniu korzeni, liści, owoców i owadów. Nie są tak płochliwe, jak w innych miejscach w Gabonie. Przyzwyczaiły się do obecności badaczy Mandrillus Project, którzy od 2012 r. spędzają w ich towarzystwie kilkanaście godzin dziennie i sporządzają notatki ze swoich obserwacji. Dzięki temu fotografowie mają doskonałą okazję do zrobienia wyjątkowych zdjęć mandryli.


Botswana stanowi prawdziwy raj dla miłośników ptaków. Ja byłem tu w maju. Obszar rzeki Okawango i jej delty, wpisanej w 2014 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO, zamieszkują liczne ssaki, gady, płazy, ryby i owady. Oprócz tego na powierzchni ok. 20 tys. km2 występuje ponad 400 gatunków ptaków. Podczas organizowanych przez lokalne agencje wypraw z przewodnikami mamy szansę ujrzeć mnóstwo tych wspaniałych kolorowych stworzeń, m.in. żołny białoczelne, zimorodki malachitowe, kraski liliowopierśne, rybaczki srokate, rybiarki duże, bieliki afrykańskie, żabiru, czaple, koronniki szare, warugi, ibisy czczone i wiele innych. Pływamy po Okawango, zagłębiamy się w kanały i rozlewiska delty, żeby dotrzeć do miejsc znanych tylko wtajemniczonym. Czasem wystarczy po prostu posiedzieć cierpliwie nad rzeką, bagnem czy jeziorem. Możemy się ukryć pod siatką maskującą, ale nie musimy. Ptaki przylecą na pewno i to w ogromnej liczbie, więc będziemy zadowoleni. Tak wielu i tak pięknych nie widziałem nigdzie indziej na świecie.


W kwietniu, na koniec pory deszczowej w Namibii zdarzają się wieczorne burze, dzięki którym krajobraz wygląda dużo ciekawiej. Wjeżdżamy do Parku Narodowego Etosza, jednego z najstarszych (jego historia zaczyna się już w 1907 r.) i największych (22 275 km² powierzchni) tego typu obszarów na kontynencie afrykańskim. Możemy tu zrobić zdjęcia wszystkich zwierząt należących do słynnej Wielkiej Piątki Afryki, czyli słonia, bawoła, lwa, lamparta i nosorożca czarnego uważanych tradycyjnie za najniebezpieczniejsze gatunki Czarnego Lądu. Takich miejsc jest na nim więcej, ale w tym parku stworzone zostały specjalne warunki do obserwowania fauny. Tuż obok kempingów znajdują się podświetlane zbiorniki wodne, które są niczym scena ustawiona dla widzów. Nocą siadamy wygodnie na ławce i patrzymy na gromadzące się nad wodą zwierzęta. Słonie, zebry czy żyrafy przychodzą tu po upalnym dniu, żeby ugasić pragnienie. Stado ciągnie za stadem. Nosorożce wchodzą do zbiornika. Z oddali dobiega ryk lwa. Kto wie, może za chwilę będziemy świadkami polowania…


W Malawi w październiku wybieramy się do Parku Narodowego Liwonde. Leży on wzdłuż rzeki Shire. Rejs o poranku stanowi wyśmienitą okazję do podglądania słoni. Te największe ssaki lądowe uwielbiają wodę i chłodzące kąpiele. W stadach liczących kilkanaście sztuk wchodzą do rzeki, aby uchronić się przed upałem. Młode słonie świetnie się bawią. Gdy nurkują, ponad powierzchnię wody wystają im tylko trąby. Po chwili wspinają się na swoich większych towarzyszy. My siedzimy w łódce z aparatami w dłoniach. Nasi modele prezentują się wspaniale.

W AMERYCE POŁUDNIOWEJ I POLSCE


Legwan galapagoski (Galapagos, Ekwador)

IMG 7122

Nie mniej interesująca kraina dla fotografów przyrody znajduje się po drugiej stronie Atlantyku. Na trzytygodniową podróż po Ekwadorze lecę w styczniu. Spędzam czas na chodzeniu po górach, odwiedzinach w Rezerwacie Przyrody Cuyabeno i lasach deszczowych regionu Mindo. Pogoda jest zmienna i często pada, ale to przecież normalne w tych stronach. Wspomniane lasy deszczowe zachwycają wielką różnorodnością ptaków (ok. 500 gatunków). W Rezerwacie Las Tangaras wystarczy po prostu aparat i trochę cierpliwości. W ciągu pół godziny, siedząc na werandzie miejscowego schroniska, fotografuję czternaście różnych gatunków kolibrów spośród ponad stu, które występują w Ekwadorze. Jednak to nie dla nich wybrałem się do tego odległego kraju. Codziennie rano, ok. 6.00 odbywa się w okolicy wyjątkowy spektakl, jedyny na całym świecie. Po pół godzinie marszu docieram do miejsca (zwanego lek), gdzie piękne, ubarwione na pomarańczowoczerwono samce rupicoli (skalikurka andyjskiego) starają się o względy samiczek. Nurkują pomiędzy gałęziami i śpiewają.


Innym razem w styczniu trafiłem na ekwadorski archipelag Galapagos. To kraina ptaków, żółwi i legwanów. Gospodarzami są w niej zwierzęta, człowiekowi przypada rola gościa. Wędrujemy plażą, na której znajduje się więcej legwanów morskich niż ludzi. Docieramy na bezludną wysepkę Seymour Norte stanowiącą prawdziwe ptasie królestwo. Fregaty wielkie budują gniazda na krzewach. Samce głuptaków niebieskonogich wykonują swój taniec godowy na przybrzeżnych skałach. Przestępują z nogi na nogę, prezentując przed samicami absurdalnie wyglądające jasnobłękitne kończyny. Pelikany brunatne nurkują w poszukiwaniu zdobyczy, aby po paru chwilach wynurzyć się z dziobem i workiem skórnym pełnym wody, ryb i wodorostów. Nie trzeba tu szukać punktu obserwacyjnego ani używać siatek maskujących. Ptaki są wszędzie. Wystarczy chwilę poczekać i zaraz się zjawiają. Może w tym czasie przejdzie obok nas legwan morski lub lądowy (galapagoski), a na pobliskiej plaży zacznie się wylegiwać uszanka galapagoska lub kotik galapagoski.


Także Polska doskonale sprawdza się jako cel wyprawy fotograficznej. Zdjęcia zwierzętom zrobimy w naszym kraju o każdej porze roku. Zimą nad Biebrzą wypatrzymy m.in. łosie, bobry czy przepięknie ubarwione wilki. Na wiosnę praktycznie wszędzie można wybrać się na obserwowanie ptaków i ich toków (zalotów). W lato mamy szansę spotkać niedźwiedzia w Bieszczadach, borsuka na Mazurach albo jenota na Warmii. Jesienią lasy i łąki zmieniają się w rykowiska dla jeleni i bukowiska dla łosi. Polska przyroda jest wyjątkowo piękna i charakteryzuje się ogromną różnorodnością zwierząt. Często nie doceniamy tego, co znajduje się na wyciągnięcie ręki. Aby sfotografować wilki, lisy, borsuki, łosie, jelenie, jenoty, niedźwiedzie, dudki, żołny, zimorodki, puszczyki, sóweczki i setki innych gatunków nie musimy podróżować do Afryki bądź Ameryki Południowej. Powinniśmy tylko wiedzieć, jakie stworzenia nas interesują oraz gdzie i kiedy udaje się je spotkać.

ODPOWIEDNIE WARUNKI

Możemy wyróżnić cztery główne sposoby tworzenia okazji do fotografowania fauny. Pierwszy, chyba najbardziej popularny, stanowi safari. To parodniowa wycieczka, podczas której mamy większą lub mniejszą szansę na spotkanie dzikich zwierząt. Odbywa się zazwyczaj samochodami terenowymi w kilkuosobowym gronie. Terytoria parków narodowych przemierza się wyznaczonymi polnymi, szutrowymi lub laterytowymi drogami. Safari może być też piesze albo wodne, choć nie na wszystkich obszarach chronionych organizuje się te rodzaje wypraw. Taki sposób podglądania zwierząt cieszy się niezmiernie dużą popularnością w Afryce Południowej i Wschodniej, np. w Tanzanii, Kenii czy Ugandzie. Gdy przejrzymy oferty biur podróży dotyczące wyjazdów na kontynent afrykański, zorientujemy się, że w większości w ich programie znajduje się safari. W Namibii, Botswanie i Republice Południowej Afryki zaplanujemy wyprawę samodzielnie, z wykorzystaniem własnego środka transportu (wynajętego na miejscu). Co ciekawe, niekoniecznie wszędzie musimy poruszać się autem terenowym z napędem na cztery koła, ale zwykle pozwoli nam ono na dotarcie do innych, bardziej interesujących zakątków i – oczywiście – obserwację dzikich zwierząt z lepszej perspektywy.


Każde safari dostarcza niezapomnianych przeżyć i jest wyjątkową przygodą. Często zrobimy na nim również świetne zdjęcia i zobaczymy mnóstwo różnych gatunków fauny. Jednak z punktu widzenia fotografa to nie do końca to, na co liczy. Zwierzęta spotyka się całkowicie przypadkowo. Wyprawa zorganizowana we własnym zakresie pozwala zaoszczędzić pieniądze, ale jednocześnie stwarza mniejsze szanse na dotarcie do miejsc, o których istnieniu wiedzą lokalni przewodnicy. Safari piesze czy wodne stanowi z kolei ciekawą atrakcję, lecz trudno natknąć się podczas niego na płochliwe stworzenia. Mimo wszystko są to dobre i bardzo popularne wycieczki fotograficzne, w których często brałem udział i nadal planuję uczestniczyć.


Drugi sposób stworzenia warunków do fotografowania przyrody to profesjonalnie przygotowany pod tym kątem kilkudniowy pobyt na terytorium parków, w których występują dzikie i rzadkie zwierzęta. Podczas przeglądania wielu dostępnych ofert możemy natrafić na naprawdę wyjątkowe propozycje. W tym przypadku musimy liczyć się jednak ze znacznymi wydatkami. Organizacją takich programów nierzadko zajmują się zawodowi fotografowie we współpracy z lokalnymi placówkami. Wyprawy są specjalnie przygotowane ze względu na ich cel, a obejmują m.in. transport dużej ilości sprzętu fotograficznego i zakwaterowanie w przerwach pomiędzy sesjami oraz wybór pleneru, pory roku i dnia, a także gatunków zwierząt, które mają być tematem zdjęć. Mogą zostać ukierunkowane na fotografowanie np. lwów, lampartów i gepardów w tanzańskim Parku Narodowym Serengeti, niedźwiedzi w Finlandii, maskonurów na Islandii albo cyklicznych wydarzeń, takich jak spektakularna Wielka Migracja lub przeloty albo toki konkretnych ptaków. Uczestnicy znajdują się zwykle pod opieką uznanego fotografa i jego doświadczonych asystentów. W przerwach pomiędzy sesjami często odbywają się również warsztaty fotograficzne, w trakcie których recenzuje się ujęcia, udziela rad i wskazówek dotyczących też obróbki materiału. Na tego rodzaju wyprawie nie liczymy już tylko na szczęście i przypadek, dzięki czemu zwiększają się nasze szanse na wykonanie dobrego zdjęcia. Takie wyjazdy fotograficzne organizują np. David Lloyd, Will Burrard-Lucas i Dana Allen, a w Polsce – Michał Mrozek, Tomasz Tomaszewski czy Marcin Kydryński.


Trzeci sposób to podróż do regionu zamieszkanego przez interesujące nas zwierzęta i wynajęcie dobrego lokalnego przewodnika. W niektórych krajach jest naprawdę trudno o odpowiednią osobę, ale są takie miejsca w Kenii, Tanzanii, Ugandzie, Ghanie czy Ekwadorze, gdzie możemy znaleźć kompetentnych ludzi. Znają oni doskonale rejony występowania wybranych przez nas gatunków ptaków lub ssaków i dodatkowo rozumieją potrzeby i wymagania fotografów.


Na koniec pozostaje nam jeszcze tzw. zasiadka w czatowni, czyli w niewielkim obiekcie zbudowanym i przystosowanym do obserwowania i fotografowania fauny. Stawia się je często w celu podglądania konkretnych gatunków nad wodą, w górach, lasach i na łąkach. Fotograf ukrywa się wewnątrz i przez kilka, kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt godzin czeka cierpliwie na zwierzęta. Aby zwiększyć prawdopodobieństwo pojawienia się ich w zasięgu wzroku, stosuje się specjalnie przygotowaną przynętę. W zależności od gatunku mogą to być mięso, owoce lub warzywa. Podczas fotografowania przyrody w Polsce korzystałem z kilku tego typu miejsc.


WYPOSAŻENIE FOTOGRAFA

Nie trzeba mieć drogiego sprzętu, żeby zrobić dobre zdjęcie. Wiele świetnych fotografii powstaje przy użyciu naprawdę niedrogich urządzeń. Są to często proste bezlusterkowce, aparaty kompaktowe czy niezbyt zaawansowane modele aparatów lustrzankowych ze stosunkowo tanimi teleobiektywami. Takie wyposażenie wystarczy do fotografowania przyrody w trakcie zwykłego safari.


Oczywiście, nie da się także ukryć, że odpowiednie body (korpus), obiektyw bądź stabilny statyw pozwalają osiągnąć lepszy efekt, bardziej zbliżyć obiekt, zrobić więcej ujęć w ciągu jednej sekundy lub wykonać ostre zdjęcie w gorszych warunkach oświetleniowych. Ja osobiście używam obecnie sprzętu marki Canon i kilku teleobiektywów (inne osoby z redakcji magazynu All Inclusive korzystają np. z aparatów Pentax, a także Nikon, Olympus i Sony). Nie wyobrażam sobie wyprawy fotograficznej, na którą nie zabrałbym obiektywu o odpowiedniej ogniskowej. Dlatego bardzo często podczas wędrówki po górach mam ze sobą kilkunastokilogramowy plecak, którego zawartość stanowi w większości wyposażenie fotografa. Choć przemieszczanie się z ciężkim bagażem jest niewygodne, warto się przemęczyć, bo nigdy nie wiadomo, czy za chwilę w okolicy nie pojawi się coś interesującego. Bez sprzętu pod ręką okazja na zrobienie zdjęcia przepadnie.


Dlatego też uważam, że oprócz sprawdzonego aparatu i obiektywów przy fotografowaniu przyrody ważne są trzy rzeczy. Po pierwsze – trzeba mieć trochę szczęścia, po drugie – przyda się pomysł i umiejętność dobrego kadrowania, a po trzecie – musimy uzbroić się w cierpliwość. Bez tego wszystkiego o ciekawe i wyjątkowe ujęcie bywa bardzo trudno.


POMOC SPECJALISTÓW

Wyjazd fotograficzny możemy – oczywiście – zorganizować sobie sami, o ile w rejonie, do którego się wybieramy, nie obowiązują inne zasady. W tym przypadku pomocne są jednak wyspecjalizowane biura podróży. Na polskim rynku jedną z najbogatszych ofert w tym zakresie ma Klub Podróży Horyzonty. Obejmuje ona nie tylko wyjazdy do Afryki, ale również m.in. na Islandię, Lofoty, Węgry, Kubę, do Finlandii, Bułgarii, Włoch, Brazylii bądź Wietnamu. Wyprawy proponowane przez biura turystyczne odbywają się pod opieką uznanych polskich fotografów, takich jak Marcin Dobas czy Przemysław Antoni Kunysz.


Można także poszukać informacji na temat organizatorów lub ekspertów od fotografii działających w miejscu, do którego się wybieramy. Często polecanymi na forach internetowych przewodnikami specjalizującymi się w zdjęciach ptaków są np. Willy Kombe w Kenii i Harriet Kemigisha w Ugandzie. Gdy zdecydujemy się na konkretną osobę, nie pozostanie nam nic innego, jak zebrać grupę ludzi o podobnych zainteresowaniach i wyruszyć w podróż. Po dotarciu do celu pomocą będzie nam służył nasz opiekun.


Jeśli chcemy fotografować w Polsce, możemy zwrócić się do kilku tutejszych biur oferujących parodniowe pobyty w atrakcyjnych pod względem fotograficznym miejscach. Tego rodzaju wyjazdy w naszym kraju organizują też polscy fotografowie: Magdalena Sarat i Łukasz Łukasik (Fotoczaty), Marek Kosiński z Białowieży oraz Mateusz Matysiak i Bogusław Kowalczyk (BiesCzaty). Wykorzystują oni swoje bogate doświadczenie zawodowe podczas kilkudniowych warsztatów nad Biebrzą, na Mazurach, w Puszczy Białowieskiej i Bieszczadach.


Są wreszcie specjaliści w dziedzinie fotografii znający doskonale region, w którym mieszkają. Dzięki temu wiedzą, gdzie dokładnie warto wybrać się z aparatem. Często stawiają w tych miejscach czatownie, z których zainteresowane osoby mogą fotografować zwierzęta: jenoty, bieliki i jastrzębie (Warmia – Zbigniew Maćko), rybołowy, orliki krzykliwe i borsuki (Mazury – Krzysztof Stasiaczek), niedźwiedzie, wilki, rysie, orły przednie i puszczyki uralskie (Bieszczady – Mateusz Matysiak i Bogusław Kowalczyk).


ZDOBYĆ DOŚWIADCZENIE

Pasję fotograficzną odkryłem w trakcie podróży do dalekich krajów. To, co podczas nich miałem okazję oglądać, było mi nieznane, wydawało się niezmiernie ciekawe i inne. Zapragnąłem utrwalić te niesamowite obrazy. Podziwiałem kolorowe ptaki, zapierające dech w piersiach widoki. Po wielu latach podróżowania po Afryce, Ameryce Południowej i Azji, zachwycaniu się krajobrazami i egzotycznymi zwierzętami zacząłem zwracać baczniejszą uwagę na polską przyrodę. Gdy byłem na Mazurach, nad Biebrzą czy w Tatrach, dostrzegałem urodę tych regionów. W nich także żyją interesujące ptaki i ssaki, a tutejsze krajobrazy są równie piękne jak te z innych części świata. Choć my mamy takie widoki na co dzień, mieszkańcom Azji, Afryki, Ameryki lub Australii wydają się one egzotyczne, nieznane. Aby zrobić ciekawe zdjęcie, wcale nie musimy jechać bardzo daleko. Fotografowanie przyrody to po prostu wspaniała pasja. Żeby ją w pełni realizować, trzeba fotografować dużo, w różnych warunkach, w coraz innych miejscach. Warto więc robić to w Polsce i pozostałych krajach świata, w czatowniach, podczas safari, nad wodą, w górach i lasach – jednym słowem wszędzie.

Artykuły wybrane losowo

Sycylia – mit i rzeczywistość

 taormina DSC9981 ORIZZ

Pozostałości teatru greckiego z III w. p.n.e. w Taorminie niedaleko wulkanu Etna

© REGIONE SICILIANA DIPARTIMENTO TURISMO, SPORT E SPETTACOLO

 

DOMINIKA FRIEDRICH

www.sycyliabocznymidrogami.pl

 

 Trójkątna w swoim kształcie Sycylia jest ziemią słońca i ognia Etny zwanej Mongibello. Niegdyś stanowiła centrum antycznego świata, dlatego też wiele mitów opowiada właśnie o niej. To największa wyspa Morza Śródziemnego. Swojemu strategicznemu położeniu zawdzięczała nie tylko rozkwit, lecz także zainteresowanie najeźdźców. Nie bez znaczenia były zarówno jej urodzajne gleby, jak i wspaniały śródziemnomorski klimat. Kiedyś nazywano ją nawet spichlerzem Włoch, którym zresztą pozostaje do dziś.

 

Na Sycylii od stuleci krzyżowały się wpływy rozmaitych kultur. Pozostawiły one na niej liczne ślady, obecnie bezcenne dzieła sztuki. Współcześni Sycylijczycy wydają się być odrębnym narodem, a ich wyspa – niemal autonomicznym krajem. Łatwo dostrzec, że pod względem społecznym i kulturowym różni się ona od kontynentalnych Włoch. Wszystko jest tutaj jakby doprowadzone do przesady: słońce świeci jaskrawiej, niebo i morze mają wyjątkowo intensywną barwę, owoce są niesamowicie słodkie. To ziemia kontrastów, luksusu i biedy, jedyna w swoim rodzaju, meravigliosa, czyli wspaniała.

 

Sycylia moim zdaniem zdecydowanie bardziej przypomina Afrykę niż Europę. Od kontynentalnych Włoch dzieli ją co prawda tylko wąska Cieśnina Mesyńska, ale południowo-zachodni kraniec wyspy leży zaledwie ok. 230 km od Tunisu. Mamy więc tutaj okazję pooddychać afrykańskim powietrzem w europejskim kraju.

 

OJCZYZNA SYCYLIJCZYKÓW

 

Można pojechać na Sycylię i zobaczyć jedynie słońce, morze i błękitne niebo niczym ze zdjęć w turystycznych folderach. W końcu wyspa ma 1152 km wybrzeża! Jednak już sama wyprawa w głąb lądu stanowi podróż do innej krainy. W miarę zbliżania się do takich miast jak Enna czy Caltanissetta, położonych w centrum Sycylii, można zauważyć, jak wszystko się zmienia: światło, otaczający krajobraz, twarze ludzi i ich charaktery. Po drodze z Katanii do Palermo z wesołej, świątecznej i rozświetlonej nadmorskiej okolicy trafia się do ciemnego, gorzkiego i melancholijnego regionu.

 

Wbrew pozorom tę włoską wyspę warto odwiedzić nie tylko latem. Nie wszyscy wiedzą, że miasta w środku lądu, np. wspomniana Enna, lub te wzniesione na skałach, jak leżące na północno-zachodnim krańcu Erice, są otulone mgłą niczym miejscowości w Lombardii. W jednym z miasteczek na zboczach Etny można z kolei zjeść tradycyjne ciasteczka narciarza (biscotti dello sciatore), bo już w latach 20. XX w. Sycylijczycy uprawiali narciarstwo na stokach tutejszego wulkanu. Jedno jest jednak pewne – na Sycylii podróżnik musi uzbroić się w cierpliwość, niezbędną podczas szukania nieznanych miejsc i odkrywania fascynujących tajemnic. Ta wytrwałość zostanie z pewnością nagrodzona, ale należy uważać, bo wyspa potrafi uzależnić i sprawić, że ciągle chce się na nią wracać.

 

Sycylijska kuchnia jest niezmiernie różnorodna i smakowita. Odzwierciedla historię regionu – mieszają się w niej wpływy włoskie, greckie, arabskie, francuskie i hiszpańskie. Burzliwa przeszłość wyspy ukształtowała też charakter Sycylijczyków. Są oni z natury nieufni, co zapewne stanowi efekt ciągłych najazdów, ale jednocześnie ciekawi świata, na przestrzeni stuleci zetknęli się w końcu z wieloma kulturami. Mają także niesamowite poczucie humoru i cieszą się każdą chwilą, bo przecież jutro może nie nadejść. Nie żyją, żeby pracować, lecz pracują, aby żyć. Sycylijczyk potrafi być prawdziwym przyjacielem, który nigdy nie zostawi nas w potrzebie. Jednak w kłótni bywa tak samo żywiołowy i gwałtowny jak w okazywaniu radości. Poza tym mieszkańcy Sycylii są bardzo rodzinni i darzą ogromnym szacunkiem starszych. Na wspólne wyjazdy wakacyjne często wybierają się razem nawet czteropokoleniowe rodziny.

 

Może ze względu na południowy, niemal afrykański klimat Sycylijczycy mają czas na wszystko, nie skąpią go więc na życzliwy uśmiech, dobre słowo czy kawę z przyjacielem. Jeżeli zapytamy ich o drogę po angielsku, będą prawdopodobnie zakłopotani (najczęściej nie znają tego języka), ale sami zaprowadzą nas na miejsce. To ludzie z sercem na dłoni, nawet jeśli się zdenerwują, po chwili znów wraca im humor. Sycylijczycy są prawdziwym skarbem tej wyspy.

 

POD OKIEM MAFIOSÓW

 

Niestety, Sycylia osobom, które niewiele wiedzą na jej temat, najczęściej kojarzy się z mafią. Ta jednak jest nie tylko organizacją przestępczą o początkach sięgających dalekiej przeszłości. Stanowi również zjawisko społeczne, tradycję, sposób na życie i codzienność mieszkańców wyspy. Stworzyła własny kodeks obowiązujący jej członków i określający zasady postępowania. Mafia ma różne oblicza i jej pobieżna charakterystyka zajęłaby setki stron. Zainteresowanym tematem polecam książkę, która do tej pory nie ukazała się w języku włoskim, ale została wydana po polsku – Sycylijski mrok australijskiego autora Petera Robba. Ta publikacja z pewnością pomoże zrozumieć nieco lepiej rzeczywistość Sycylijczyków.

 

Nawet Benicie Mussoliniemu nie udało się ostatecznie zniszczyć tutejszej mafii. Być może stało się tak dlatego, że jest ona integralną częścią sycylijskiego świata. W 1992 r. przegrali z nią sędziowie Giovanni Falcone i Paolo Borsellino (obaj zginęli w zamachach bombowych). Jak dotąd nikt nie rozwiązał problemu mafii na Sycylii definitywnie.

 

Za najlepszy kinowy obraz nakręcony na ten temat uchodzi film, w którym – podobnie jak w książce stanowiącej dla reżysera główną inspirację – słowo „mafia” nie pojawia się ani razu! Ojciec chrzestny Francisa Forda Coppoli powstał na podstawie powieści Maria Puzo o tym samym tytule. Do dziś uważany jest za wzór dla wszystkich twórców, którzy mierzą się z przeniesieniem na ekran mafijnego świata.

 

Sycylia była w przeszłości łakomym kąskiem dla zdobywców szukających nowych ziem. Po śmierci w grudniu 1250 r. cesarza Fryderyka II Hohenstaufa na ludność sycylijską nałożono powinności feudalne, a tych, którzy nie chcieli podporządkować się narzuconym nakazom, surowo karano. Ta sytuacja doprowadziła do buntu Sycylijczyków – powstała grupa mająca pomagać uciśnionym. Według innej teorii taka organizacja zawiązała się, gdy wyspę okupowali Hiszpanie. Mafia zawsze działała w kręgu wielkiej polityki i w tle ważnych wydarzeń. Tzw. Bractwo wspierało Giuseppe Garibaldiego, a w czasie II wojny światowej operacja aliantów pod kryptonimem „Husky” (9 lipca – 17 sierpnia 1943 r.) była poprzedzona zawarciem układu z sycylijskimi bossami.

 

Z mitologicznej otoczki odziera mafię jej codzienna działalność przestępcza. Wymuszenia, nielegalne budownictwo, produkcja narkotyków i handel nimi, prostytucja – to tylko nieliczne przykłady. Mafia stara się legalizować swoje interesy. Wychodzi z założenia, że jeśli pieniądze można włożyć w legalny biznes, należy to po prostu zrobić. Przedsiębiorstwa mafijne zarabiają dziś na wywozie śmieci, budowaniu nieruchomości, rolnictwie, gastronomii i innych usługach. We Włoszech ok. 30 proc. firm odpowiadających za odbiór odpadów znajduje się w rękach mafii lub jest z nią powiązanych. Prasa podaje, że roczne dochody rodzin są szacowane na mniej więcej 120–140 mld euro.

 

 IMG 1930

Polpo bollito – gotowana ośmiornica

© REGIONE SICILIANA DIPARTIMENTO TURISMO, SPORT E SPETTACOLO

 

FESTIWAL ZMYSŁÓW

 

Na Sycylii widok ludzi jedzących na ulicy w trakcie spacerowania, robienia zakupów na targu, jazdy na skuterze czy prowadzenia samochodu należy do codzienności. Ludzie zatrzymują się przed ulicznym straganem, biorą coś do ręki i jadą dalej. Tutaj je się o każdej porze dnia, a używa się do tego palców. Sprzedaje się głównie małe przekąski (gotowane, smażone bądź pieczone na ruszcie), przygotowywane na stoiskach na świeżym powietrzu. To rodzaj miejscowego fast foodu, którego historia na wyspie sięga ponad 2 tys. lat wstecz. Cucina di strada („kuchnia uliczna”) i buffittieri (bufety) są integralną częścią sycylijskiej sztuki kulinarnej. Od wieków oferowane na ulicach specjały oddawały porządek pór roku, dni tygodnia i godzin.

 

Sycylijczycy od zawsze uważali jedzenie nie tylko za sposób na zaspokojenie głodu, ale również za prawdziwą przyjemność. Na Sycylii ludzie się nie pożywiają, oni delektują się, biesiadują i pełnymi garściami czerpią z tego satysfakcję i radość, czyniąc w ten sposób zadość potrzebom duchowym. Poza tym kuchnia jest także nieodłącznym elementem tutejszej kultury.

 

Na całym świecie panuje obecnie moda na tzw. finger food. Na nowo odkrywamy przyjemność, jaka płynie z jedzenia palcami, gdy uaktywnia się nie tylko wzrok, smak i węch, ale też zmysł dotyku. Właśnie przez dotykanie poznajemy najpierw konsystencję i temperaturę tego, co akurat spożywamy, zanim włożymy to do ust. Opuszki palców są bardzo wrażliwe, co potęguje doznania. Sycylijczycy jedzą rękami bez skrępowania, aż do oblizywania palców. Zupełnie nie wstydzą się tej przyjemności. Istnieje nawet takie włoskie powiedzenie buono da leccarsi le dita (dosłownie „dobre aż do oblizania palców”). Do dziś zresztą duża część ludzkości je palcami, bez użycia sztućców (to popularny sposób m.in. w kręgu krajów arabskich, Etiopii czy Azji Południowej).

 

W starożytnych Syrakuzach, Selinuncie, Morgantinie czy innych miastach jedzono na ulicy. Osoby spacerujące pomiędzy stoiskami wchłaniały zapachy przygotowywanych potraw, karmiły oczy ich widokiem, a w końcu rozkoszowały się smakiem. Ten uniwersalny zwyczaj, którego nie zmieniły zawirowania historii, łączy nas dzisiaj z dawnymi czasami.

 

 Palermo - Ph Valerio Casari

W Palermo sprzedaje się różnego rodzaju przekąski wprost na ulicy

© REGIONE SICILIANA DIPARTIMENTO TURISMO, SPORT E SPETTACOLO/VALERIO CASARI

 

W TEATRZE SMAKÓW

 

Uliczną kuchnię można znaleźć na targowiskach miejskich, w zaułkach starych uliczek nadmorskich, rybackich miejscowości, w Katanii, Syrakuzach, Agrygencie (Agrigento), ale przede wszystkim w Palermo. To ostatnie miasto wypełnia różnokolorowy tłum, egzotyczne bary, sklepy z arabskimi artykułami na wystawach. Wokół słychać różne języki, jakby w jednym miejscu zgromadzili się budowniczowie wieży Babel, wszędzie unoszą się rozmaite zapachy. Palermo jest stolicą Sycylii i sycylijskiego street foodu. To miasto pełne życia i ruchu, żyjące szybko, niezmiernie kolorowe, agresywne, hałaśliwe, głośne i ekscytujące.

 

Palermitańska plaża Mondello, leżąca w dzielnicy o tej samej nazwie, uchodzi za popularne wśród mieszkańców miejsce wieczornych spacerów latem i niedzielnych obiadów na świeżym powietrzu na wiosnę. Można tutaj znaleźć również stoiska z ulicznym jedzeniem, jakże odmiennym od tego w centrum Palermo. Na cibo da strada, czyli „żywność z ulicy”, składają się potrawy, których najczęściej nie przygotowuje się w domu. Są zbyt pracochłonne i nie warto przyrządzać porcji tylko dla kilku osób. W Mondello kupimy polpo bollito – gorącą, gotowaną ośmiornicę, ricci di mare – jeżowce, otwierane na oczach klienta (niewiele jest w nich do zjedzenia, to przede wszystkim zapach wiatru i morskiego powietrza), frutti di mare crudi – świeże owoce morza na surowo, np. fasolari (małże wenus brunatne), tartufi di mare, cannolicchi (małże brzytwy), vongole (małże wenus) czy cozze (omułki śródziemnomorskie),ostrygi, padelle i telline (urąbki). Tych wszystkich przysmaków zawsze później brakuje turystom po powrocie z Sycylii do Polski.

 

W centrum Palermo nie wolno odmówić sobie przyjemności, jaką daje spacer, degustacja i zaopatrzenie się w różne specjały na historycznym targowisku Vucciria. To największy tutejszy bazar, oszałamiający kolorami, ilością towarów i chaotyczną, hałaśliwą atmosferą, przypominający nieco suk w arabskim mieście. Po wejściu na targ można poczuć się tak, jak ktoś, kto w teatrze wyszedł nagle zza kulis na scenę podczas trwającego przedstawienia i stał się jednym z aktorów biorących udział w spektaklu. Rozwinięte czerwone markizy zasłaniające oślepiające słońce przywodzą na myśl namiot cyrkowy. Spod płóciennych dachów wyglądają artyści – miejscowi sprzedawcy, z których każdy stara się przyciągnąć uwagę przechodzących osób, szczególnie obcokrajowców, wyróżniających się ubraniem i sposobem poruszania się. Główną rolę odgrywa tu miecznik (pesce spada) ze straganu rybnego. Jest ogromny, ma długi, błyszczący miecz, srebrzystą skórę i ogon wygięty w łuk. Słońce świecące przez markizy zabarwia go na czerwono. Obok ciągną się w nieskończoność rzędy fioletowych i czarnych bakłażanów oraz zielonych cukinii, również tych z rodzaju serpente di Sicilia („sycylijskiego węża”), wraz z ich kruchymi liśćmi – tenerumi. Dalej leżą pachnące pomidory odmian San Marzano, piccadilly, datterino czy Pacchino. Znajdziemy też stoiska z różnorakimi sałatami i warzywami liściastymi(sałatą rzymską,lodową i canasta,rukolą, endywią,cykorią,burakami liściowymi).W powietrzu unosi się oszałamiający zapach świeżej bazylii i mięty. Wzrok z daleka przyciągają ogromne cebule – cipolle di Chiarantana, i czerwony czosnek – aglio rosso di Nubbia.

 

Na targowisku nie brakuje także barwnych owoców. Piętrzą się egzotyczne, piegowate opuncje, słoneczne melony kasaba (casaba) i chlebowe (meloni di pane), zielone arbuzy (tzw. meloni d’acqua – melony wodne, inaczej angurie), rumiane brzoskwinie z Leonforte (pesche di Leonforte) owinięte w oddzielne bibułki niczym balowe sukienki, spłaszczone brzoskwinie tabacchiere (Saturn) i okrągłe, żółte percocche, nektarynki, morele, różnokolorowe winogrona i figi, delikatne, słodkie, rozłożone na liściach figowych. Wśród tego wszystkiego stoją worki pełne ciecierzycy, soczewicy, fasoli, grochu, migdałów, sezamu, rodzynek, orzechów i zielonego złota Etny, czyli pistacji. Znajdziemy również suszone pomidory, kapary – kwiaty do jedzenia, potocznie zwane sycylijskimi orchideami, finocchietto selvatico – dziki koper włoski, a także otwarte wielkie puszki z solonymi sardynkami, suszoną ikrę tuńczyka – bottargę, kadzie pełne oliwek: czarnych, fioletowych lub zielonych.

 

NIEBO W GĘBIE

 

Vucciria to nie tylko żołądek, ale i tętniące serce Palermo, niesamowite królestwo sycylijskiego jedzenia ulicznego. Jeżeli ktoś chce spróbować właśnie takich specjałów, powinien udać się na gwarny palermitański targ. W ponad 670-tysięcznej stolicy Sycylii, w odróżnieniu od innych regionów wyspy, szczególnie nieturystycznych zakątków we wnętrzu lądu, można zjeść o każdej godzinie bez wchodzenia do restauracji czy trattorii. To bardzo charakterystyczne dla Palermo, którego ulice, szczególnie w centrum, pełnią ciągle jeszcze funkcję społeczną, są miejscem spotkań dla wielu Sycylijczyków i stanowią naturalne przedłużenie małego, ciasnego mieszkania. Turystom nie chcącym tracić cennego czasu przeznaczonego na zwiedzanie polecam te posiłki w locie (pranzetti volanti), sprzedawane w kioskach i ulicznych smażalniach.

 

W stolicy wyspy można kupić jedzenie do ręki (cibo nelle mani) w doskonałym wydaniu. Warto spróbować pane con panelle – kanapkiz tradycyjnymi placuszkami z mąki z ciecierzycy, smażonymi na bieżąco w głębokim oleju i roznoszącymi wokół zapach typowy dla orientalnych targowisk. To tania i skromna przekąska, lecz otacza ją niewidzialny, jedynie wyczuwalny innymi zmysłami przepych. Poza tym na zainteresowanie zasługują z pewnością cazzilli (crocchè di patate) – krokiety z ziemniaków, i melanzane a quaglia – bakłażany rozkrojone w formie kwiatu. Klasyczną propozycją na drugie śniadanie jest sfincione, czyliciasto przypominające pizzę, posmarowane solonymi sardynkami, sosem pomidorowym, posypane cebulą i startym serem caciocavallo oraz polane odrobiną oliwy z oliwek z pierwszego tłoczenia. Nie wolno zapomnieć też o arancini. Ten specjał przypomina o setkach lat sycylijskich tradycji kulinarnych. Pachnący szafranem ryż z dodatkiem zielonego groszku otula serce z mięsnego sosu ragoût z mozzarellą (arancini con ragù). Żeby wygodniej było przewozić arancini i jeść je na ulicy, nadano im okrągły kształt, ze względu na który przypominają po usmażeniu małą pomarańczę (arancia). Obecnie te pyszne złote kulki spotyka się w najróżniejszych wersjach.

 

Od godziny 16.00 uliczne bufety w Palermo stają się jeszcze atrakcyjniejsze. Można wręcz dostać zawrotu głowy od rodzajów przekąsek do wyboru. Na stoiskach serwuje się także wino. Warto wrzucić coś na ząb przed kolacją, którą na wyspie je się nie wcześniej niż o 21.00. Każdego popołudnia w zaułkach i na peryferiach miasta unoszą się do nieba kolumny gryzącego dymu, przypominającego ten z dawnych ołtarzy greckich świątyń. Na wschodzie Sycylii na prymitywnych rusztach piecze się mięso końskie (carne equina), kiełbasy, makrele lub sardynki. W Palermo za gwiazdę popołudniowych ulicznych straganów uchodzą wnętrzności jagnięce bądź kozie, nadziane na szpadkę jak szaszłyk i pieczone na grillu zwane stigghiola.

 

Tradycyjną przekąską w stolicy wyspy o każdej porze dnia i roku jest panino con la milza (pani câ meusa) – bułka z cielęcą śledzioną. W zimowe popołudnia na ulicach podaje się i inne ciepłe dania. Należy do nich np. caldume, czyli gorący talerz (po sycylijsku quarume). W jego skład wchodzą podroby i gotowane flaki wołowe. Na tych samych stoiskach w lecie oferuje się serwowane na zimno wieprzowe kopyta (odpowiednik naszych zimnych nóżek), wołowe policzki i ozory, flaki i inne specjały ugotowane i spryskane sokiem wyciśniętym z cytryny.

 

Warto jeszcze wspomnieć o kilku sycylijskich osobliwościach. Frittola to chrząstki, kawałki tłuszczu i resztki mięsa podsmażone na smalcu z dodatkiem szafranu, liści laurowych, soli i czarnego pieprzu. Pod nazwą babbaluci (vavaluci) kryją się małe, białe ślimaki z gatunku Helix pisana (Theba pisana). Koniecznie trzeba spróbować wspomnianej już miejscowej odmiany cukinii zwanej serpente di Sicilia („sycylijski wąż”). Ugotowana i podana na zimno z odrobiną soli idealnie sprawdza się jako lekkie danie w lecie, szczególnie kiedy wieje suchy i gorący sirocco. W okresie letnim nie brakuje też pysznych zmrożonych kawałków arbuza. Od początku jesieni aż do zimy sprzedaje się obrane na miejscu opuncje.

 

O Sycylii mogłabym pisać bez końca, ale wiem, że nie da się w ten sposób oddać charakterystycznych dla niej kolorów, zapachów i smaków. Tak naprawdę zrozumie mnie tylko ten, kto sam wybierze się na tę pasjonującą włoską wyspę. Na szczęście każdy moment jest dobry na taką podróż. Sycylia zachwyca o każdej porze roku, a wyprawa na nią nie wymaga żadnych wielkich przygotowań. Wystarczy jedynie zabrać ze sobą apetyt i – oczywiście – dobry humor. Wówczas z pewnością zakochamy się w tej Perle Morza Śródziemnego lub Wyspie Słońca, jak słusznie przyjęło się o niej mówić.

 

 Venditore di olive Mercato del Capo a Palermo - Ph Valerio Casari

Stoisko z rozmaitymi rodzajami oliwek na Mercato del Capo w Palermo

© REGIONE SICILIANA DIPARTIMENTO TURISMO, SPORT E SPETTACOLO/VALERIO CASARI

W Gwatemali, kraju wiecznej wiosny

NATALIA ŚWIĘCHOWICZ

 

<< Określana mianem kraju wiecznej wiosny tajemnicza Gwatemala, kipiąca zielenią i zachwycająca piramidami otulonymi mistyczną mgłą lasu deszczowego to niewielka kraina ludzi o ogromnych sercach. Niezmiennie od lat przyciąga ona podróżników szukających kontaktu z wciąż żywą kulturą Majów. Lawirując pomiędzy jej przeszłością i teraźniejszością, odkrywamy jej unikatowy na skalę światową charakter, tak różnorodny jak paleta barw majańskiej chusty. >>

Więcej…

Cuda Zjednoczonych Emiratów Arabskich

 Palm jumeirah -1

Hotel Atlantis, The Palm z 2008 r. leżący na sztucznej wyspie Palma Dżamira

© DUBAI CORPORATION OF TOURISM & COMMERCE MARKETING

 

MICHAŁ STOLAREWICZ

www.blogglobtrotera.pl

 

Przed przyjazdem do Dubaju spodziewałem się w nim przepychu i oznak bogactwa na każdym kroku. Słyszałem wiele o tej krainie złotem płynącej, gdzie na ulicach można zobaczyć najdroższe samochody i w której wszystko jest perfekcyjnie zaprojektowane i zorganizowane. Te opowieści okazały się prawdą! Jednak to miasto w Zjednoczonych Emiratach Arabskich wciąż się rozwija, dlatego jego centrum przypomina jeden wielki plac budowy. Obok ukończonych już olbrzymich apartamentowców stoją nowe, dopiero powstające konstrukcje. Ogromne drapacze chmur wyrastające z pustynnej ziemi oszałamiają zwykłych śmiertelników swoimi rozmiarami i luksusem.

 

Dubaj (2,9-milionowa stolica emiratu o tej samej nazwie) zachęca do pozostania na dłużej coraz więcej osób ze względu na brak cła i podatków. Mieszka tutaj jedynie ok. 15 proc. Emiratczyków, poza tym w mieście żyją m.in. wysoko wykwalifikowani pracownicy z różnych części świata i robotnicy z Indii, Bangladeszu, Pakistanu i Filipin. Miejska policja porusza się samochodami takich marek jak Aston Martin, BMW, Bugatti, Ferrari, Hummer, Lamborghini, Lexus czy Porsche. Budżet Zjednoczonych Emiratów Arabskich (ZEA) zasilają głównie dochody z wydobycia ropy naftowej. Mimo iż Dubaj leży na pustyni, znajdziemy w nim dużo zieleni. Rośliny nawadnia ukryta pod ziemią sieć rurek doprowadzających odsoloną wodę z Zatoki Perskiej.

 

Zjednoczone Emiraty Arabskie należą do najcieplejszych krajów świata. Lato jest tutaj bardzo gorące i suche. Średnia dzienna temperatura powietrza wynosi w tym okresie 40–45°C. Noce są również upalne (po zapadnięciu zmierzchu termometry wskazują mniej więcej 30°C). W zimie panują o wiele przyjemniejsze warunki – w ciągu dnia bywa ok. 23°C, a nocą 15°C. W Dubaju stale świeci słońce i rocznie przypada jedynie mniej więcej pięć dni deszczowych. Najlepszy czas na wizytę w ZEA stanowią miesiące od listopada do marca, kiedy temperatury dzienne utrzymują się na poziomie 25–30°C. Jest wtedy ciepło, ale nie piekielnie gorąco jak w okresie największych upałów (lipiec–sierpień).

 

ATRAKCJE STOLICY

 

 Jumeirah at Etihad Towers - Etihad Towers Exterior

Kompleks Etihad Towers po zachodzie słońca

© ABU DHABI CONVENTION BUREAU

 

Zjednoczone Emiraty Arabskie kojarzą się wszystkim głównie z nowoczesnym Dubajem, ale warto także odwiedzić ich stolicę – 1,5-milionowe Abu Zabi. Pierwsze kroki w tym mieście należy skierować do uznawanego za jeden z najbardziej luksusowych i najdroższych hoteli na świecie Emirates Palace, należącego do sieci Kempinski. Otwarto go w lutym 2005 r., a koszt budowy tego obiektu o powierzchni 850 tys. m2 wyniósł ponad 3 mld dolarów amerykańskich. Kompleks otrzymał nieformalne 7 gwiazdek w 5-gwiazdkowej skali. Goście mogą wybierać wśród 394 pokojów i apartamentów. Emirates Palace zatrudnia podobno ok. 2 tys. pracowników, którzy w sumie posługują się 50 językami. W obiekcie zatrzymują się najczęściej uczestnicy wizyt państwowych i konferencji międzynarodowych oraz najbogatsi ludzie na świecie i znane gwiazdy. Każdy gość ma przydzielonego osobistego kamerdynera.

 

Naprzeciwko Emirates Palace wznoszą się Etihad Towers. To kompleks pięciu wieżowców, zbudowanych w latach 2006–2011, które stały się wizytówką Abu Zabi oraz synonimem nowoczesności i luksusu. Budynki liczą od 54 do 75 pięter i przypominają kształtem żagle. Wyglądem nawiązują do tradycji i historii miasta – dawnego portu rybackiego. W wieżowcach znajdują się powierzchnie biurowe oraz luksusowe rezydencje mieszkalne (łącznie 885 apartamentów i penthouse’ów). W jednym z drapaczy chmur (Tower 1) mieści się także ekskluzywny 5-gwiazdkowy hotel Jumeirah at Etihad Towers. Do dyspozycji gości oddano w nim 12 restauracji i barów, baseny, gabinety spa, centrum fitness i prywatną plażę. Na 62. piętrze działa „Ray’s Bar”, z którego podziwiać można panoramę Abu Zabi. Warto również odwiedzić restaurację „Observation Deck at 300” na 74. piętrze sąsiedniego budynku (Tower 2). To najwyższy udostępniony punkt widokowy w całym mieście.

 

Do najpopularniejszych atrakcji stolicy ZEA należy tor wyścigowy Yas Marina Circuit. Odbywa się tutaj od 2009 r. wyścig Formuły 1 Abu Dhabi Grand Prix, największe międzynarodowe wydarzenie sportowe na Bliskim Wschodzie. Kompleks powstał na sztucznej wyspie Yas o powierzchni 25 km². Koszt budowy obiektu wyniósł ponad 1,3 mld dolarów amerykańskich, a sponsorem tytularnym zostały linie lotnicze Etihad Airways. Tor ma szerokość 12–16 m, a najdłuższa prosta wynosi 1173 m. Podczas Abu Dhabi Grand Prix zawodnicy pokonują 55 okrążeń o pełnym dystansie 305,355 km. Do kompleksu wyścigowego przylega 5-gwiazdkowy Yas Viceroy Abu Dhabi. Jest to jedyny na świecie hotel, z którego okien możemy podziwiać zmagania kierowców podczas wyścigu Formuły 1. Wyróżnia go futurystyczny wygląd – obiekt przykrywa konstrukcja ze szklanych paneli przypominająca kształtem wieloryba, podświetlana nocą. Wraz z torem wyścigowym powstał także park tematyczny Ferrari World Abu Dhabi o powierzchni 86 tys. m2. Jego największą atrakcję stanowi najszybszy rollercoaster na świecie (Formula Rossa – wagoniki rozpędzają się do 240 km/godz.).

 

Najnowszym punktem na architektonicznej mapie Abu Zabi jest muzeum Louvre Abu Dhabi. To filia paryskiego Luwru, którą zaprojektował francuski architekt Jean Nouvel. Stolica ZEA podpisała z rządem Francji 30-letnią umowę zezwalającą na używanie nazwy „Louvre” i wypożyczanie dzieł ze słynnego muzeum w Paryżu. Budowla ma kształt ogromnej kopuły o średnicy 180 m, która przykrywa przestrzeń ekspozycyjną podzieloną basenami i kanałami z wodą. Louvre Abu Dhabi zostało otwarte dla publiczności w listopadzie 2017 r. Będzie częścią muzealnej wyspy. Znajdzie się na niej też m.in. Zayed National Museum i muzeum Guggenheim Abu Dhabi.

 

NIESAMOWITY DUBAJ

 

Symbol Dubaju stanowi Burdż Chalifa (Burj Khalifa) – największy budynek świata (niemal 830 m). Na piętrach 124., 125. i 148. usytuowane są tarasy widokowe, a na 76. – basen. W wieżowcu działa najwyżej położona restauracja na ziemi – „At.mosphere” – wpisana do Księgi rekordów Guinnessa (na 122. piętrze). W dolnej części dubajskiego drapacza chmur funkcjonuje luksusowy 5-gwiazdkowy Armani Hotel Dubai. Bilety na taras widokowy najlepiej kupić przez internet z bardzo dużym wyprzedzeniem. Na miejscu trzeba za nie zapłacić o wiele więcej i nie zawsze udaje się je dostać z powodu dużego zainteresowania. Burdż Chalifa jest najbardziej niesamowitą budowlą, jaką dotychczas miałem okazję podziwiać. Zachwyca szczególnie oglądany w słoneczny dzień, gdy promienie słońca odbijają się od szklanych ścian na najwyższych piętrach. Widać go z odległości nawet 95 km.

 

Z kolei otwarty w grudniu 1999 r. dubajski Burdż Al Arab (Burj Al Arab) to pierwszy na świecie luksusowy hotel (Burj Al Arab Jumeirah), który otrzymał nieformalne 7 gwiazdek w 5-gwiazdkowej skali. Oferuje się w nim usługi na najwyższym poziomie. Na życzenie gości organizuje się komfortowy transport z lotniska. Do wyboru mamy limuzynę Rolls Royce Phantom albo najnowsze BMW serii 7. Można zamówić także bezpośredni lot helikopterem z salonu VIP Al Majlis dubajskiego portu lotniczego. Nowoczesne, pełne przepychu wnętrza przypominać mogą arabskie haremy. W głównym holu stoją dwa olbrzymie akwaria, pomiędzy którymi umieszczono kaskadową fontannę. W obiekcie działają butiki najdroższych światowych firm. Hotel oferuje 202 luksusowo wyposażone, obszerne apartamenty o powierzchni od 170 do 780 m2 z 21-calowym laptopem, 42-calowym telewizorem i pokrytym 24-karatowym złotem iPodem służącym do korzystania z hotelowych usług. Można tu zjeść dania niemal wszystkich kuchni świata, a rano dostarcza się świeże gazety z każdego zakątka globu. Do dyspozycji gości oddano pięć basenów (dwa wewnętrzne i trzy zewnętrzne), prywatną plażę, kompleks spa i studio fitness Talise oraz bibliotekę. Do dekoracji wnętrz użyto podobno 1790 m3 złota. Na jednego gościa przypada sześciu pracowników. Na 27. piętrze znajduje się restauracja z kuchnią francuską „Al Muntaha” („Najwyższa”), położona na 200 m n.p.m. na krytym tarasie zewnętrznym ze wspaniałym widokiem na błękitne wody Zatoki Perskiej. Na tym samym poziomie mieści się również „Skyview Bar”, serwujący napoje i koktajle sporządzane według ściśle strzeżonych receptur.

 

Nad brzegiem zatoki leży też nowy, utworzony w 2003 r. dystrykt Dubai Marina ze sztucznym kanałem i przystanią dla jachtów. Wzdłuż kanału ciągną się szerokie promenady, przy których powstały luksusowe sklepy i restauracje otoczone przez efektowne wieżowce. Polecam wszystkim wycieczkę do tej najbardziej ekskluzywnej części miasta. Można w niej dostać zawrotu głowy od patrzenia na niesamowicie wyglądające drapacze chmur z drogimi mieszkaniami i apartamentami. Naprawdę warto zobaczyć je na własne oczy. Jeszcze kilkanaście lat temu nie było tutaj nic oprócz pustynnego piasku i skromnych domów.

 

Bardzo ciekawą nowość w Dubaju stanowi widowiskowy spektakl wodny La Perle. Prezentuje się podczas niego 65 artystów z 23 krajów. Premierowe przedstawienie odbyło się 31 sierpnia 2017 r. w samym centrum Al Habtoor City w specjalnie wybudowanym teatrze z głębokim na 12 m basenem o pojemności 2,7 mln l. Jedną z atrakcji spektaklu są skoki z wysokości 25 m urozmaicone akrobacjami. La Perle będzie można podziwiać przez najbliższych 10 lat. Przewidziano ponad 450 przedstawień w roku.

 

FAMILY

Wizyta w Dubai Aquarium & Underwater Zoo

© DUBAI CORPORATION OF TOURISM & COMMERCE MARKETING/WWW.VISITDUBAI.COM

 

SZALEŃSTWO ZAKUPÓW

 

Dubaj uchodzi także za mekkę osób uwielbiających zakupy. Tuż obok Burdż Chalifa znajduje się drugie pod względem powierzchni centrum handlowe na świecie (po New Century Global Center w chińskim Chengdu) – The Dubai Mall (powyżej 1,1 mln m²). W tym miejscu da się spędzić cały dzień. W kompleksie jest ponad 1,2 tys. sklepów i 200 punktów gastronomicznych. Poza tym można w nim pojeździć na łyżwach i pograć w hokeja na lodowisku, popływać z rekinami w gigantycznym akwarium czy zajrzeć do podwodnego zoo (Dubai Aquarium & Underwater Zoo). The Dubai Mall odwiedza dziennie średnio przeszło 200 tys. osób. Ciekawą tutejszą atrakcję stanowi wewnętrzny suk różniący się od typowego arabskiego bazaru – ekskluzywny i urządzony w stylu orientalnym. Do centrum handlowego dojedziemy czerwoną linią metra (Red Line). Od stacji aż do samego wejścia prowadzi w pełni klimatyzowany, przeszklony korytarz o długości 820 m.

 

Amatorzy zakupowego szaleństwa powinni udać się też do Mall of the Emirates. To centrum handlowe słynie z krytego ośrodka sportów zimowych Ski Dubai z pięcioma sztucznie naśnieżanymi trasami narciarskimi o różnym stopniu trudności, dwoma wyciągami orczykowymi i czteroosobowym krzesełkowym oraz wypożyczalnią profesjonalnego sprzętu. Cały obiekt zajmuje powierzchnię aż 22,5 tys. m², co odpowiada trzem boiskom piłkarskim. Gdy na zewnątrz temperatura powietrza w sezonie letnim sięga nawet 50°C, w środku ludzie zjeżdżają na nartach lub snowboardzie w zimowych ubraniach. W Mall of the Emirates łatwo się zgubić, ponieważ kompleks jest bardzo duży (jego powierzchnia użytkowa to ponad 230 tys. m²). Dzięki brakowi konieczności płacenia ceł i podatków ceny wielu artykułów w ok. 630 sklepach są naprawdę atrakcyjne, poza tym mamy tutaj ogromny wybór towarów, od elektroniki po kosmetyki.

 

W Dubaju spróbować możemy również najdroższych lodów na świecie w kawiarni i lodziarni Scoopi przy Jumeirah Beach Road. Gałka deseru o nazwie Black Diamond – o smaku madagaskarskiej wanilii z irańskim szafranem i kawałkami włoskiej czarnej trufli – kosztuje 2999 dirhamów (AED), czyli ok. 2,9 tys. złotych. Lody te podaje się z posypką z 23-karatowego jadalnego złota w naczyniu firmy Versace. W tym mieście warto odwiedzić także profesjonalne 18-dołkowe pole golfowe Majlis należące do Emirates Golf Club, gdzie grali m.in. Tiger Woods, Rory McIlroy i Ernie Els. Zaprojektował je Karl Litten. Miłośnicy golfa muszą koniecznie zmierzyć się z tutejszymi dołkami o krętych torach prowadzenia piłki. To pierwsze pole golfowe z trawiastą nawierzchnią na Bliskim Wschodzie. Co roku pod koniec stycznia lub na początku lutego odbywa się na nim turniej Omega Dubai Desert Classic.

 

Milionerów z całego świata przyciąga do Dubaju jednak organizowany w ostatnią sobotę marca na torze Meydan (Meydan Racecourse) wyścig konny Dubai World Cup, w którym pula nagród ma wartość 10 mln dolarów amerykańskich. W zmaganiach biorą udział najlepsze konie i najwspanialsi dżokeje na naszym globie. Aby podziwiać te zawody w prawdziwie luksusowych warunkach, trzeba zarezerwować miejsce w namiocie, gdzie zbiera się dubajska śmietanka towarzyska.

 

DUBAJSKIE PLAŻE

 

Dubaj to nie tylko imponujące miasto szklanych drapaczy chmur i stolica luksusowych marek. Znajdziemy tu urokliwe plaże z białym piaskiem i turkusową wodą, na których odpoczniemy od wielkomiejskiego zgiełku. Rozciągają się one na długości ok. 170 km (wliczając w to tutejsze sztuczne wyspy) i są naprawdę piękne. Niektóre z nich udostępnia się tylko dla gości luksusowych hoteli, a piasek na nich jest regularnie schładzany do odpowiedniej temperatury, aby plażowicze nie poparzyli sobie stóp.

 

Do najpopularniejszych w Dubaju należy bezpłatna plaża Jumeirah. Duże zainteresowanie zawdzięcza bliskiemu sąsiedztwu Burdż Al Arab. Hotel sfotografowany od strony wody wygląda jak największy na świecie krzyż ustawiony na pustyni. W publicznej części plaży (Jumeirah Beach Park) nie ma zbyt wielu udogodnień, takich jak leżaki do wypożyczenia, ale jest ona bardzo szeroka, więc nie odczujemy na niej tłoku. Funkcjonują tutaj kawiarnie, w których kupimy przekąski (frytki, burgery) i napoje, świeżo wyciskane soki czy kawę. Można skorzystać też z pryszniców i toalety (niestety, tylko jednej). Nad bezpieczeństwem pływających czuwają ratownicy, w okolicy brzegu rozciąga się pas płycizny. Na plaży znajdziemy również specjalne miejsca do odpoczynku z bezpłatnym internetem bezprzewodowym. Na wodach zatoki wyznaczono strefy do pływania i uprawiania sportów wodnych.

 

Najlepiej zagospodarowana plaża w Dubaju leży nieco dalej na południowy zachód, w otoczeniu wieżowców ekskluzywnego osiedla Jumeirah Beach Residence. Korzystać z niej mogą wszyscy, zarówno mieszkańcy czy goście hotelowi, jak i przyjezdni. W tym rejonie można uprawiać np. parasailing lub wakeboarding, a także inne sporty wodne, i wybrać się na przejażdżkę na wielbłądzie. Wzdłuż brzegu znajdują się liczne restauracje i bary z widokiem na Zatokę Perską. Z plaży widać słynną sztuczną wyspę w kształcie palmy – Palma Dżamira (Palm Jumeirah) z hotelem Atlantis, The Palm. Na specjalnie usypanych pasach gruntu powstało całe luksusowe miasteczko. To najmniejsza z trzech Wysp Palmowych u wybrzeży Dubaju. Wspomniana plaża stanowi idealne miejsce na odpoczynek. Są na niej toalety, przebieralnie i wypożyczalnie leżaków. Zejście do wody nie jest łagodne i już po kilku krokach robi się głęboko. W tej okolicy bywa jednak tłoczno. Na brzegu można przespacerować się piękną promenadą The Walk o długości 1,7 km.

 

PUSTYNNE SAFARI

 

 Qasr Al Sarab

Rodzinna wycieczka na wielbłądach

© ABU DHABI CONVENTION BUREAU

 

Turyści podróżujący do ZEA decydują się również zazwyczaj na wyprawę na pustynię. Dla mnie wykupienie wycieczki Dubai Desert Safari okazało się strzałem w dziesiątkę – takie przeżycie dostarcza niesamowitych wrażeń, a widoki zapierają dech w piersiach! W Dubaju koniecznie trzeba udać się na ekstremalną przejażdżkę po wydmach samochodami z napędem na cztery koła. Ceny wyprawy na pustynię są zróżnicowane, choć zwykle raczej dość wysokie, ale naprawdę warto ponieść ten koszt (za pięcio-, sześciogodzinne safari zapłacimy już od ok. 65 dolarów amerykańskich za osobę). Do wyboru mamy kilka rodzajów pustynnych wycieczek: od porannych (które odradzam ze względu na ubogi program) przez popołudniowe lub wieczorne po całonocne. Musimy też wybrać odpowiednią agencję turystyczną, których działa w Dubaju naprawdę dużo. Większość z nich oferuje praktycznie ten sam program safari. Przy podejmowaniu decyzji powinniśmy zwrócić uwagę na kilka rzeczy. Warto rozważyć szczególnie oferty obejmujące transport bezpośrednio z naszego hotelu i z powrotem do niego. Poza tym najlepiej, gdy cała wyprawa odbywa się tymi samymi samochodami, którymi jeździ się potem po pustyni, i nie trzeba przesiadać się z busów do terenowych aut. Na zainteresowanie zasługują wycieczki z wliczonymi w cenę dodatkowymi atrakcjami, takimi jak przejażdżka na wielbłądzie, sandboarding czy palenie sziszy.

 

Uczestnicy popołudniowego safari odbierani są zwykle z hotelu w godzinach 14.30–15.30. Dojazd na pustynię pod Dubajem zajmuje ok. 40 min. Nasza przygoda zaczęła się od przejazdu samochodem po wydmach (dune bashing). Zdecydowanie było to jedno z najlepszych doświadczeń off-roadowych w moim życiu! Jeepy są specjalnie wzmocnione, a w środku znajduje się klatka. Podczas jazdy warto trzymać się poręczy. W aucie mieści się zazwyczaj siedmiu pasażerów. Najlepiej jest usiąść – oczywiście – obok kierowcy albo w drugim rzędzie. Samochód porusza się szybko, ja czułem się jak na karuzeli. Przed taką przejażdżką nie należy się zbytnio objadać. Tego typu rozrywki nie polecam jednak kobietom w ciąży i osobom z problemami z kręgosłupem, a także cierpiącym na chorobę lokomocyjną. Po ok. 20–30 min. szaleńczej jazdy z doświadczonym kierowcą zatrzymujemy się pośrodku pustyni na zrobienie zdjęć i zjeżdżanie na desce po piaszczystych wydmach. Za dodatkową opłatą można pojeździć na quadach.

 

Ostatni etap wycieczki stanowią zwykle odwiedziny w wiosce beduińskiej, w której na turystów czeka posiłek. Nas na powitanie poczęstowano pysznymi małymi pączkami smażonymi na miejscu w głębokim tłuszczu i podawanymi w polewie z syropu daktylowego z odrobiną sezamu (lukaimat lub luqaimat). Następnie zasiedliśmy przy tradycyjnych niskich stolikach, na arabskich dywanach i poduszkach. Do wyboru mieliśmy różne sałatki, makarony, mięso i warzywa z grilla. W cenę wliczone są również kawa arabska, herbata i woda. Możemy skusić się też na napoje alkoholowe, ale za dodatkową opłatą. Taki posiłek na pustyni urozmaicają występy kobiet wykonujących taniec brzucha czy wirujących derwiszów. Poza tym uczestnicy wycieczki mogą zdecydować się na tatuaż z henny, przejechać się na wielbłądzie, przymierzyć lokalne stroje i zapalić sziszę, a nawet podziwiać najszybsze ptaki świata – sokoły wędrowne (podczas lotu nurkowego osiągają średnią prędkość ponad 320 km/godz.). Wszystkie te atrakcje (jak również robienie zdjęć) powinny być wliczone w koszt wyprawy. Do hotelu wraca się koło godz. 21.00–22.00.

 

PODRÓŻOWANIE PO MIEŚCIE

 

Dubaj ma bardzo dobrze zorganizowaną sieć dróg, a także transport publiczny. Tutejsze 75-kilometrowe metro jest jednym z najdłuższych w pełni zautomatyzowanych systemów kolejowych na świecie (pociągi poruszają się bez maszynisty). Główna czerwona linia (Red Line), wzdłuż której znajduje się 29 stacji, prowadzi wprost z lotniska do centrum miasta i największej chluby ZEA, czyli Burdż Chalifa.

 

W Dubaju opłaca się korzystać z taksówek. Ceny przejazdu należą do bardzo niskich, ponieważ paliwo jest tu tanie. Bilet dzienny umożliwiający korzystanie z metra, tramwaju i autobusów kosztuje 22 dirhamy (2 dirhamy za Nol Red Ticket i 20 dirhamów za załadowanie go na cały dzień). Trzeba jednak pamiętać o pewnych zasadach panujących w środkach komunikacji publicznej, aby nie narazić się na kary. Znajduje się w nich oddzielna specjalna strefa przeznaczona jedynie dla kobiet i dzieci. Zazwyczaj jest ona umieszczona w przedniej części pojazdu. Poza tym w środkach komunikacji publicznej i na przystankach nie wolno spożywać jedzenia i napojów, a także żuć gumy. Warto dodać, że przystanki autobusowe stanowią świetne schronienie przed upałem. Wszystkie są zamykane i klimatyzowane. Co ciekawe, za zaśnięcie na przystanku również zapłacimy mandat. Największa jednak kara grozi za kolizje z miejskimi tramwajami, które są prezentem dla mieszkańców od emira Dubaju i jednocześnie premiera i wiceprezydenta ZEA, szejka Muhammada ibn Raszida Al Maktuma. Te wyjątkowe pojazdy zasługują na specjalne traktowanie, w ruchu drogowym mają zawsze pierwszeństwo.

 

PRZYDATNE INFORMACJE

 

Przed przyjazdem do Dubaju, warto zapoznać się z niektórymi obowiązującymi tutaj przepisami prawa. Jak wspomniałem, należy zwrócić szczególną uwagę na zasady dotyczące zachowania w komunikacji miejskiej. Poza tym w kraju obowiązuje szariat. Za posiadanie narkotyków grozi kara śmierci. Homoseksualizm karany jest więzieniem (w innych częściach ZEA za seks homoseksualny grozi kara śmierci). Za stosunki pozamałżeńskie też karze się pozbawieniem wolności. Oprócz tego obowiązuje zakaz spożywania alkoholu w miejscach publicznych i zakaz bycia pod wpływem alkoholu poza miejscem zamieszkania. Turyści mogą spożywać trunki jedynie w specjalnie koncesjonowanych restauracjach i barach oraz hotelach. Jeśli wyjdziemy na ulicę pijani, możemy zostać aresztowani. Aby kupić alkohol i spożyć go w domu, należy posiadać wydaną przez policję odpowiednią licencję na jego zakup i transport. Jeżeli odwiedzamy miasto ze swoją drugą połówką, unikajmy publicznego okazywania sobie czułości. Takie zachowanie uznane być może za przestępstwo obyczajowe, za które również grozi kara pozbawienia wolności. Podczas odwiedzania meczetu trzeba pamiętać o zdjęciu butów oraz zakryciu ramion i nóg. Nie należy fotografować ani zaczepiać mijanych na ulicach miejscowych kobiet bez pozwolenia ich mężów. Także długie przypatrywanie się Emiratce narusza jej prywatność i skutkować może wezwaniem policji. Władzę w Dubaju sprawuje emir, a najwyższe stanowiska w emiracie są obsadzone przez członków rodziny wspomnianego szejka Muhammada ibn Raszida Al Maktuma.

 

Zjednoczone Emiraty Arabskie 22 marca 2014 r. zniosły obowiązek promesy wizowej dla Polaków. Oznacza to, że nie musimy przed wyjazdem martwić się żadnymi formalnościami. Na lotnisku w Dubaju otrzymamy pieczątkę w paszporcie, która zezwala na pobyt w kraju przez 30 dni. Jedynym warunkiem jej otrzymania jest ważność tego dokumentu tożsamości przez kolejne sześć miesięcy.