Jerez   Feria 04

 

SYLWIA JEDLAK-DUBIEL

 

Jest coś niezmiernie pociągającego w widoku jeźdźca, który na swoim koniu zmierza ku linii horyzontu. Wokół niego rozpościera się pusta przestrzeń, może gdzieś w oddali majaczy las lub brzeg morza, ale tak naprawdę w tej chwili istnieje tylko on, jego wierzchowiec i otaczająca ich przyroda. Ten obraz ma chyba w sobie taką siłę, ponieważ w istocie przedstawia wyjątkowy moment, gdy człowiek i zwierzę działają razem. Ci, którzy jeżdżą konno, zapewne uwielbiają to uczucie pełnej jedności. Odnosi się wówczas wrażenie, że koń rozumie nas niemal tak, jakby mówił naszym językiem. Kto jeszcze tego nie doświadczył, musi koniecznie spróbować.

 

Wyprawy na końskim grzbiecie są dzisiaj jednym z coraz popularniejszych sposobów na aktywne spędzanie wolnego czasu. Mają one zresztą wiele zalet – pozwalają nie tylko wypoczywać w ruchu, co przy obecnym często siedzącym trybie pracy jest bardzo ważne, lecz także umożliwiają bliski kontakt z przyrodą. Poza tym nie wolno zapominać, że konie znakomicie sprawdzają się w przypadku zajęć z rehabilitacji psycho-ruchowej. Hipoterapia poprawia kondycję pacjenta, uczy lepszego panowania nad swoim ciałem, utrzymywania równowagi, koordynacji, orientacji w przestrzeni i poczucia rytmu. Na dodatek praca z tymi mądrymi zwierzętami uspokaja, z jednej strony zwiększa u ludzi wrażliwość, a z drugiej wymaga od nich stanowczości. Już sam kontakt z koniem ma dobroczynne działanie na osoby z różnymi zaburzeniami natury psychicznej bądź autyzmem oraz zwykle znakomicie wpływa na psychikę dziecka. Warto więc pomyśleć, czy nie zainteresować jeździectwem również swoich pociech.

 

W Polsce panują bardzo dobre warunki do wycieczek konnych i nauki jazdy. Choć sezon nie trwa przez cały rok, w zimie można korzystać z krytych ujeżdżalni. Kto nie chce czekać na koniec zimy, powinien zdecydować się na wyjazd do kraju o bardziej sprzyjającym klimacie. Wybór jest naprawdę ogromny. W tym wydaniu magazynu All Inclusive przedstawiamy Państwu kilka, naszym zdaniem, wartych rozważenia propozycji.

 

POLSKIE TRADYCJE

 

Za najbardziej znane w Polsce miejsce związane z hodowlą wierzchowców i jeździectwem uchodzi bez wątpienia Stadnina Koni Janów Podlaski, która znajduje się w miejscowości Wygoda (pod Janowem Podlaskim). Słynny ośrodek obchodzi w tym roku swoje 200-lecie, gdyż istnieje od 1817 r. (to najstarsza państwowa polska stadnina). Hoduje się tu przede wszystkim konie czystej krwi arabskiej i półkrwi angloarabskiej. Trafiają one na aukcje przyciągające kupców z kraju i zagranicy (na czele ze słynną Pride of Poland, która odbędzie się w tym roku w dniach 11–14 sierpnia). Stadninę można zwiedzać z przewodnikiem. Uwagę przyciągają szczególnie stajnie Czołowa i Zegarowa zaprojektowane przez architekta Henryka Marconiego (1792–1863). Poza tym ośrodek oferuje przejażdżki bryczką lub wozem oraz możliwość jazdy konnej dla początkujących i zaawansowanych. Przy okazji wizyty w tym malowniczym miejscu warto zajrzeć do samego Janowa Podlaskiego. Na zainteresowanie zasługują w nim: zabytkowy pałac biskupów łuckich (dziś 4-gwiazdkowy luksusowy hotel Zamek Biskupi Janów Podlaski należący do Grupy Arche), barokowy Kościół Świętej Trójcy z nagrobkiem biskupa, historyka i poety Adama Naruszewicza (1733–1796) czy… stacja benzynowa z ręcznymi dystrybutorami paliw z 1928 r.

 

Miłośników koni przyciąga też warszawski Tor Wyścigów Konnych Służewiec. Otwarto go 3 czerwca 1939 r., a obiekt zaprojektował w przeważającej części architekt Zygmunt Plater-Zyberk (1901–1978). Dziś gonitwy odbywają się w weekendy. Wejście na trybuny jest płatne (do strefy B dzieci do lat 18 wchodzą bezpłatnie). Oprócz oglądania wyścigów i kibicowania można także obstawiać wyniki. Wizyta na torze bywa więc często bardzo emocjonującym przeżyciem.

 

WŚRÓD MAZURSKICH ŁĄK

 

Kto chciałby połączyć pasję jeździecką z wakacyjnym wypoczynkiem na łonie przyrody, powinien zajrzeć na Mazury. Wśród tutejszych łąk, zielonych pagórków i urokliwych jezior da się zapomnieć o szarej codzienności. Mniej więcej 10 km od miasta Bartoszyce znajduje się świetne miejsce na dłuższy bądź krótszy pobyt z przyjaciółmi lub rodziną – Pałac i Folwark Galiny. Dawną posiadłość rodziny zu Eulenburgów otacza zadbany park w stylu angielskim. W jej pobliżu położone są stawy nad rzeką Pisą. W sumie do obiektu należy aż 300-hektarowy malowniczy teren z lasami, łąkami i pastwiskami. Serce majątku stanowi XVI-wieczny renesansowy pałac. Jest on połączony z wozownią, oficyną, budynkiem z basztami i oranżerią. Wewnątrz tego zespołu leży reprezentacyjny dziedziniec z gazonem karminowych róż. W pobliżu wznosi się spichlerz z wieżą z zegarem, kuźnia i inne zabudowania folwarczne. Dla gości przeznaczono pokoje w pałacu i XIX-wiecznym folwarku. Poza tym znajduje się tu stadnina (działająca od 1998 r.), w której hoduje się konie sportowe rasy holsztyńskiej i westfalskiej. Do użytku oddano krytą ujeżdżalnię i plac z przeszkodami (parkur). Chętni mogą trenować pod okiem profesjonalnych instruktorów. Dla osób początkujących organizuje się lekcje wprowadzające. Doświadczeni jeźdźcy też nie będą się nudzić – oprócz doskonalenia swoich umiejętności wybiorą się na dłuższą przejażdżkę po przepięknej okolicy albo spróbują swoich sił w skokach przez przeszkody. Dzieciom spodoba się na pewno nauka powożenia lekką bryczką ciągniętą przez kuce szetlandzkie. Z równie sympatycznymi stworzeniami zapoznają się na tutejszej Farmie Zwierząt Miniaturowych. Wizyta na tej ostatniej ma również charakter edukacyjny – najmłodsi dowiedzą się w jej trakcie, jak zajmować się małymi kozami czy owcami.

 

Osoby chcące urozmaicić sobie pobyt w Pałacu i Folwarku Galiny innymi aktywnościami mogą pograć w tenisa na jednym z dwóch profesjonalnych kortów (od kwietnia do października), wybrać się na wycieczkę rowerową lub marsz z kijkami do nordic walkingu. Siły pomoże nam odzyskać smaczny posiłek podawany w dwupoziomowej gospodzie we wspomnianym zabytkowym spichlerzu. Potrawy przyrządza się tu z lokalnych produktów i ekologicznych upraw. Po całym dniu warto natomiast zrelaksować się w tradycyjnej ruskiej bani.

 

NAD MALOWNICZĄ RZEKĄ

 

Konno pojeździmy także w województwie mazowieckim. Mniej więcej 50 km od Warszawy leży malownicza Dolina Pilicy, a w jej sąsiedztwie – Puszcza Stromecka z licznymi rezerwatami. W tej okolicy, w Warce działa 4-gwiazdkowy Hotel Sielanka nad Pilicą. Należący do niego teren ma powierzchnię ponad 100 ha i znajduje się na obszarze ochrony przyrody Natura 2000. Funkcjonuje tu ośrodek jeździecki Farma Sielanka wyróżniony certyfikatem Polskiego Związku Jeździeckiego I kategorii. Wyposażono go w dwie kryte ujeżdżalnie i profesjonalny parkur o wymiarach 120 x 60 m ze sportowym, zdrenowanym podłożem. Do dyspozycji są też komplety przeszkód skokowych i zaprzęgowych oraz czworobok. To odpowiednie miejsce zarówno dla osób początkujących, jak i doświadczonych. W ośrodku skorzystamy z lekcji indywidualnych i grupowych na każdym poziomie zaawansowania. Ci, którzy czują się pewnie w siodle, mogą wyruszyć na wyprawę konną po okolicy i w ten sposób zwiedzić przepiękny rejon Doliny Pilicy. Farma Sielanka zaprasza w swoje gościnne progi także dzieci. Przygodę z jeździectwem mogą one zacząć od kucyków lub koników polskich. W weekendy odbywają się spotkania ABC Miłośnika Koni, podczas których najmłodsi dowiadują się wielu cennych informacji o tych zwierzętach i zwiedzają stajnie. Dla chętnych przygotowano możliwość skorzystania z przejażdżki bryczką lub wozem konnym. Taką wycieczkę kończy piknik bądź ognisko z pieczeniem kiełbasek. Oprócz tego w ośrodku zatrzymamy się również z własnym wierzchowcem. 

 

Na Farmie Sielanka zobaczymy też, jak radzą sobie prawdziwi zawodowcy. Od ponad 10 lat w tym miejscu zmagają się ze sobą profesjonalni jeźdźcy. W 2007 r. odbyły się tu Mistrzostwa Świata w Powożeniu Zaprzęgami Parokonnymi, przez kilka sezonów goszczono Mistrzostwa Polski w Skokach przez Przeszkody. Do 2015 r. od wiosny do jesieni natomiast zawodnicy walczyli o Puchar Sielanki. Przygotowaniem tych imprez zajmowało się Stowarzyszenie Equisport. Obecnie organizuje ono na terenie Farmy Sielanka cykl Mazovia Equi Cup, na który składa się siedem weekendowych zawodów. Finał tych zmagań w 2017 r. zaplanowano na 23–24 września. Będzie mu towarzyszyć mnóstwo atrakcji: rodzinny piknik, promocja regionalnych produktów, w tym niezmiernie popularny ekobazar, gry i konkursy dla najmłodszych oraz widowiskowe pokazy sztuki jeździeckiej. Pojawią się też stoiska z rękodziełem artystycznym.

 

Aktywni goście w Hotelu Sielanka nad Pilicą mogą również wybrać się na spływ kajakowy szlakami o różnym stopniu trudności, wycieczkę na rowerach z tutejszej wypożyczalni i spacer z kijkami do nordic walkingu oraz pograć w siatkówkę plażową i badmintona. Na terenie obiektu funkcjonuje rekomendowany przez UEFA piłkarski kompleks treningowo-pobytowy. Zmęczeni emocjami odpoczniemy w centrum Sielanka Spa. Poddamy się w nim rozmaitym zabiegom kosmetycznym i relaksującym, odprężymy się w jacuzzi, saunie fińskiej czy łaźni parowej lub skorzystamy z krytego basenu z brodzikiem dla dzieci. 

 

SZLACHETNE KONIE HABSBURGÓW

 

Riders Stallions Spanish Riding School Stefan Seelig

Jeźdźcy z Hiszpańskiej Szkoły Jazdy w pałacu Hofburg w Wiedniu

© SPANISH RIDING SCHOOL/STEFAN SEELIG

 

Miłośnicy koni koniecznie powinni wyruszyć za granicę i to nie tylko w poszukiwaniu sprzyjającego klimatu do uprawiania sportu, lecz także żeby poznać jeździeckie tradycje innych krajów. Obowiązkowo trzeba zawitać do Wiednia, stolicy Austrii. W tym mieście działa Hiszpańska Szkoła Jazdy (Spanische Hofreitschule). To najstarsza wciąż istniejąca instytucja na świecie (już od ponad 450 lat!), która kultywuje dawne, klasyczne formy wyższej sztuki jeździeckiej. Jej dorobek doceniła organizacja UNESCO – Hohe Schule (wyższą szkołę jazdy) i klasyczny styl jazdy konnej wpisano w grudniu 2015 r. na Listę Reprezentatywną Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości. Spanische Hofreitschule słynie ze wspaniałych pokazów w barokowych wnętrzach wiedeńskiego pałacu Hofburg. To chyba najpiękniejsza hala jeździecka świata. Początkowo lekcje jazdy konnej pobierali w niej młodzi przedstawiciele arystokracji i członkowie rodziny panującej. Występy wierzchowców i ich jeźdźców oglądał jedynie dwór monarchy. Dziś słynne siwe konie lipicańskie (lipicanery) występują przed dużo większą publicznością. Jeśli nie uda nam się zdobyć biletów na ten zachwycający balet, mamy jeszcze jedną możliwość podziwiania gracji tych wyjątkowych stworzeń. Od godz. 10.00 do 12.00 odbywają się w szkole poranne ćwiczenia przy akompaniamencie muzyki. Można ją w tym czasie odwiedzić i przyjrzeć się treningowi, a poza tym zwiedzić m.in. zabytkowe stajnie. 

 

Skoro o lipicanach już mowa, nie sposób nie przybliżyć nieco tej rasy. Wyhodowano ją w wiosce Lipica, obecnie leżącej w granicach Słowenii. Krzyżowano tu miejscowe karstery z końmi hiszpańskimi i neapolitańskimi. Hodowla powstała w 1580 r. z inicjatywy arcyksięcia austriackiego Karola II Styryjskiego (1540–1590) w pałacowych budynkach należących do rodziny Habsburgów. Rasa, której wykształcenie datuje się mniej więcej na drugą połowę XVIII w., znajduje się pod ochroną Międzynarodowej Federacji Lipicanerów (Lipizzan International Federation). Pochodzące stąd ogiery i klacze sprzedaje się dzisiaj do wielu krajów na świecie. Co ciekawe, młode konie lipicańskie mają ciemne umaszczenie (czarne lub czarnobrązowe) i dopiero z wiekiem ich sierść nabiera białoszarego koloru.

 

Słoweńska Stadnina Lipica (Kobilarna Lipica) zajmuje się obecnie nie tylko hodowlą. Działa w niej także ośrodek jeździecki. Można tu wziąć udział w kursie dla jeźdźców, wybrać się na wyprawę w teren na końskim grzbiecie czy przejażdżkę bryczką ciągniętą przez lipicany. Oprócz tego mamy szansę obejrzeć pokazy lipicańskiej szkoły jazdy. Stadnina udostępniona jest do zwiedzania. W jego trakcie przyjrzymy się też treningowi lipicanerów. W ofercie są również specjalne programy dla rodzin z dziećmi. W tutejszym muzeum (Muzej Lipikum) dzięki interaktywnej wystawie poznamy historię tej słynnej rasy. Warto wspomnieć, że Stadnina Lipica leży w niezmiernie malowniczej okolicy, a na jej terenie odbywają się także rozmaite zawody, np. w powożeniu bryczką.

 

TANIEC HISZPAŃSKICH RUMAKÓW

 

PF TOSCANA 0118

Widowiskowe parady i pokazy zręcznościowe przed wyścigiem Palio di Siena

© FOTOTECA ENIT/GINO CIANCI

 

Osoby interesujące się tradycyjnym jeździectwem muszą odwiedzić też hiszpańską Andaluzję. W mieście Jerez de la Frontera, położonym niedaleko Kadyksu (ok. 35 km), znajduje się Królewska Andaluzyjska Szkoła Sztuki Jeździeckiej (Real Escuela Andaluza del Arte Ecuestre). Działa ona w kompleksie XIX-wiecznego eklektycznego pałacu pod nazwą Recreo de las Cadenas (inaczej Palacio de Abrantes). W XV stuleciu miejscowi kartuzi zajmowali się hodowlą szlachetnej rasy (caballo cartujano), którą dziś zwie się końmi andaluzyjskimi (po hiszpańsku to Pura Raza Española, czyli Czysta Rasa Hiszpańska), a kiedyś określało się mianem dzianetów. Królewską Andaluzyjską Szkołę Sztuki Jeździeckiej można zwiedzać. Program pełnej wizyty obejmuje oglądanie treningu w krytej ujeżdżalni i odwiedziny w obiektach należących do instytucji, w tym stajni, siodlarni, Muzeum Powozów (Museo del Enganche) czy Muzeum Sztuki Jeździeckiej (Museo de Arte Ecuestre). Jednak największą atrakcją placówki są niewątpliwie pokazy pod tytułem Jak tańczą konie andaluzyjskie (Cómo Bailan los Caballos Andaluces). Jeźdźcy występują na nich w tradycyjnych XVIII-wiecznych strojach i przy akompaniamencie hiszpańskiej muzyki wykonują rozmaite układy choreograficzne, podczas których wierzchowce prezentują różne figury i rodzaje chodu. Taki spektakl doceniają nawet osoby nie pasjonujące się jazdą konną. Poza tym Real Escuela Andaluza del Arte Ecuestre oferuje kilka rodzajów kursów, także dla profesjonalistów chcących rozwijać swoje umiejętności.

 

Co roku w maju w Jerez de la Frontera odbywa się Feria del Caballo (w 2017 r. organizowana była od 13 do 20 maja). Ten popularny andaluzyjski festiwal przyciąga wielu turystów. W jego trakcie w Parku Gonzáleza Hontorii (Parque González Hontoria) funkcjonują knajpki zwane casetas serwujące regionalne potrawy i trunki. Obejrzymy tu również pokazy flamenco i – oczywiście – końskie rewie i pochody. Natomiast mniej więcej miesiąc wcześniej w leżącej na północ stąd Sewilli (ok. 95 km) przez tydzień trwa Feria de Abril. To niesamowite święto folkloru i tradycji. Na ulicach miasta spotyka się wtedy powozy z zaprzęgniętymi do nich udekorowanymi końmi. Na arenie walk byków Plaza de toros de la Real Maestranza de Caballería de Sevilla odbywa się z kolei konkurs w powożeniu Exhibición de Enganches. Sama Andaluzja stanowi znakomity region na wyprawy konne. Działa w niej wiele ośrodków jazdy, a podczas wycieczek podziwia się wspaniałe krajobrazy oraz widoki na Ocean Atlantycki czy Morze Alborańskie. Ze względu na sprzyjający klimat na wczasy w siodle można wybrać się tutaj praktycznie przez cały rok, choć w lecie upały mogą dawać się we znaki.

 

PRZEZ WŁOSKIE WZGÓRZA I WYSPY

 

W Europie w poszukiwaniu tradycji jeździeckich warto udać się też do pełnej magii włoskiej Toskanii. Chyba najbardziej znanym miejscem z nimi związanym jest w tym regionie Siena. W tym mieście dwa razy do roku (2 lipca i 16 sierpnia) odbywa się słynny wyścig Palio di Siena na cześć Matki Boskiej. Jego uczestnicy na grzbietach koni w szaleńczym cwale okrążają centralny rynek Piazza del Campo, przy którym wznosi się charakterystyczna XIV-wieczna wieża – Torre del Mangia. Il Palio stanowi kulminację uroczystych obchodów uświetnianych przez parady, pochody i zawody organizowane dla drużyn reprezentujących 17 sieneńskich dzielnic (contrade).

 

Oprócz podziwiania widowiskowych zmagań w Sienie w rejonie Toskanii można po prostu pojeździć konno. Idealnie nadaje się do tego malowniczy region Chianti. Trasy tzw. wypraw trekkingowych wiodą przez zielone wzgórza, lasy i mosty przerzucone przez rzeki. Po drodze mamy szansę podziwiać zabytkową architekturę. Dłuższą wycieczkę warto więc połączyć ze zwiedzaniem ciekawych atrakcji w okolicy. Można także zaplanować wakacyjny pobyt w Toskanii i urozmaicić go jednodniowymi wypadami w teren na koniu. Ta druga wersja bardziej sprzyja delektowaniu się najsłynniejszym produktem regionu, czyli wyśmienitym winem chianti. Po dłuższej degustacji tego szlachetnego trunku nie polecamy kontynuowania konnej przejażdżki.

 

Ciekawą propozycją w tej części kraju jest również wizyta na niezmiernie malowniczej Elbie, należącej do Wysp Toskańskich. Na tym niewielkim lądzie w kształcie ryby, położonym między wybrzeżem kontynentalnych Włoch a francuską Korsyką, działają stadniny oferujące jazdę na koniu w terenie. Wyjazd tutaj najlepiej zaplanować w okresie letnim, gdyż wówczas w pełni skorzystamy ze wszystkich uroków tego rejonu archipelagu. Dużą popularnością w tej okolicy cieszy się nurkowanie. Pod wodą znajduje się wiele ciekawych miejsc, na dnie spoczywają też wraki. Po wycieczce konnej orzeźwimy się kąpielą w morzu i odpoczniemy na plaży. Jeśli znudzimy się przemierzaniem wyspy na końskim grzbiecie, możemy wyruszyć na wyprawę trekkingową o własnych siłach. Na Elbie wytyczono wiele odpowiednich do tego szlaków.

 

Wielbiciele koni powinni zainteresować się także Sardynią. W centrum tej drugiej największej włoskiej wyspy (po Sycylii) leży płaskowyż zwany Giara di Gesturi. Żyją na nim niewielkie dzikie konie sardyńskie (cavallino della Giara). Nie wiadomo dokładnie, kiedy te zwierzęta pojawiły się na Sardynii, ale przypuszczalnie sprowadzili je Fenicjanie lub Grecy w V–IV w. p.n.e. Dziś biegają swobodnie po płaskowyżu i nie są bardzo płochliwe. Przyzwyczaiły się do widoku ludzi, którzy choć nie ingerują w ich życie, starają się utrzymać populacje koni i nie dopuszczać do krzyżowania się z innymi rasami. Górzysta Sardynia idealnie nadaje się poza tym na wakacje w siodle dla osób preferujących jazdę wśród zapierających dech w piersiach skalistych krajobrazów i wzniesień. Można na niej również odbyć przejażdżkę po plaży. W sąsiedztwie ośrodków jeździeckich znajdują się tu komfortowe hotele i apartamenty. Oprócz wypraw w teren oferta obejmuje też doskonalenie umiejętności pod okiem instruktora.

 

NIECO DALSZE PODRÓŻE

 

Kto marzy o słońcu i pięknych plażach, a jednocześnie chciałby nie tylko opalać się i kąpać w ciepłej wodzie, lecz także pojeździć konno, powinien polecieć na Wyspy Kanaryjskie. Na tym należącym do Hiszpanii archipelagu położonym u północno-zachodnich wybrzeży Afryki panuje łagodny klimat – zimy są tutaj dość ciepłe, a lata nieupalne. Takie warunki sprzyjają odbywaniu wycieczek na końskim grzbiecie i to praktycznie przez okrągły rok. Jeśli na jesieni poczujemy ogromny żal z powodu zakończenia się w Polsce sezonu jeździeckiego, rozważmy poważnie wyjazd na Wyspy Kanaryjskie. Na Lanzarote, gdzie organizuje się też przejażdżki na wielbłądach, w siodle będziemy przemierzać pustynne krajobrazy. Łatwo wyobrazić sobie w takiej sytuacji, że podróżuje się w karawanie sunącej przez afrykańską pustynię. Bardziej zróżnicowane otoczenie znajdziemy na Teneryfie, na której wznosi się wulkan Teide (3718 m n.p.m.) – najwyższy szczyt Hiszpanii. Są na niej trasy o różnym poziomie trudności i prowadzące zarówno wzdłuż górskich zboczy, jak i przez bujną roślinność czy w pobliżu wybrzeża. W stadninach można wykupić lekcje dla początkujących (w tym dla dzieci) i zaawansowanych. Na Teneryfie prowadzi się także zajęcia z hipoterapii. Na Gran Canarii popularnym rejonem na konne przejażdżki są okolice Maspalomas na południu wyspy. Działa tu m.in. ośrodek El Salobre Horse Riding oferujący jedno-, dwu- i trzygodzinne wycieczki. Leżąca najbliżej Afryki Fuerteventura słynie z kolei z przepięknych piaszczystych plaż i to właśnie po nich jeździ się na niej na koniach. Poza tym Wyspy Kanaryjskie stanowią prawdziwy raj dla miłośników sportów wodnych i pokrywają je liczne szlaki trekkingowe i rowerowe. Są więc znakomitym rejonem na aktywny wypoczynek.

 

Jeżeli ktoś jest gotowy na więcej egzotyki, niech wybierze się pod szczyty Wielkiego i Małego Kaukazu, do gościnnej Gruzji. W tym kraju przemierza się konno prawdziwie dzikie tereny. Jeźdźcy na swojej drodze często przez długi czas nie spotykają żadnych innych ludzi, z oddali spoglądają na nich tylko ośnieżone wierzchołki gór. Jeśli trasa wyprawy prowadzi akurat po górskim grzbiecie, wokół rozpościerają się niesamowite widoki. W Gruzji propozycje dla amatorów jeździectwa oferują nierzadko po prostu właściciele koni, którzy jak wielu Gruzinów zajmują się usługami dla turystów. Co ciekawe, Polska również ma swój udział w rozpowszechnianiu takiej formy aktywności w tym kraju. Nasze Ministerstwo Spraw Zagranicznych w 2013 r. współfinansowało projekt Rozwój turystyki konnej i budowa lokalnej sieci partnerstwa w społecznościach wiejskich okolic Bordżomi w Gruzji, w ramach którego powstało Stowarzyszenie „Horse Tours Georgia” działające w rejonie rozległego Bordżomsko-Charagaulskiego Parku Narodowego w regionie Samcche-Dżawachetia. Zrzesza ono członków specjalnie szkolonych do organizacji wypraw na koniach, opieki nad turystami oraz poruszania się w terenie górskim i na obszarach chronionych. Można z nimi jeździć w sąsiedztwie miejscowości Bordżomi, Bakuriani i Atskuri.

 

DLA PRAWDZIWYCH KOWBOJÓW

 

Gauchos

Gauchos na bezkresnej argentyńskiej pampie

© INSTITUTO NACIONAL DE PROMOCIÓN TURÍSTICA DE ARGENTINA

 

Tym, którzy dysponują większym budżetem i odpowiednią ilością wolnego czasu, proponujemy jeszcze jedno miejsce na naszym globie, gdzie ludzie od lat korzystali z pomocy koni przy wypasie bydła na olbrzymich terenach. W wyniku tego wytworzyły się nawet konkretne zwyczaje. Mowa tu o Argentynie i południowoamerykańskich pasterzach gauchos przemierzających jej trawiaste równiny (pampy). Typowy dla nich napój, czyli yerba mate z liści ostrokrzewu paragwajskiego, stał się wyjątkowo popularny w kawiarniach na całym świecie. Nawet w Polsce wypijemy go w tradycyjnym naczyniu i z użyciem metalowej rurki zwanej bombillą. Gauchos stosowali ten napar, ponieważ działa on pobudzająco i zmniejsza uczucie głodu. Obecnie w Argentynie wyprawy konne (cabalgatas) inspirowane pracą pasterzy bydła cieszą się sporym zainteresowaniem wśród turystów. Nie ma w tym zresztą nic dziwnego – marzeniem niejednego miłośnika wycieczek w siodle jest pokonywanie bezkresnych przestrzeni, które ogranicza jedynie położona niezmiernie daleko linia horyzontu. Po dniu spędzonym na jeździe towarzysze siadają wspólnie przy ognisku i raczą się wyśmienitą pieczoną argentyńską wołowiną…

 

W Argentynie korzysta się często z rasy koni criollo, a to ze względu na dużą wytrzymałość tych zwierząt. Oprócz krainy zwanej Pampą warto wybrać się tu do Patagonii, gdzie wciąż znajdują się rozległe niezamieszkałe przez ludzi tereny, a przyroda jest naprawdę dziewicza. Tą pociągającą wizją pora zakończyć nasz subiektywny przegląd miejsc odpowiednich na wyprawy konne. Mamy nadzieję, że zachęci on Państwa, drodzy Czytelnicy, do zaplanowania własnej wspaniałej wycieczki.

Artykuły wybrane losowo

Bali – perła Indonezji

Balijki w bogato zdobionych kostiumach w trakcie tańca legong

Photo Balinese - Kopia

© AMBASADA REPUBLIKI INDONEZJI W WARSZAWIE

 

MARTINA ZAWADZKA

http://lovelajf.pl/

 

Bali od stuleci przyciąga turystów i podróżników z całego świata. Odwiedzają oni wyspę ze względu na jej wielowiekową kulturę, zapierające dech w piersiach krajobrazy i egzotyczną przyrodę. Pragną osobiście przekonać się, czy wszystko, co słyszeli na jej temat, jest prawdą. Po kilku dniach od przybycia na miejsce wiedzą już, że na Bali czeka ich dużo więcej. W tym niezwykłym zakątku ziemi mieszkają przecież przyjaźni, uśmiechnięci ludzie i od samego początku daje się wyczuć panującą w nim specyficzną atmosferę duchowości. Większość obcokrajowców w chwili wylotu zdaje sobie sprawę, iż nie była tu po raz ostatni i na pewno wróci odkrywać kolejne sekrety tego fascynującego lądu.

 

Tworzące piękne tarasy pola ryżowe nawadniane systemem przelewowym

rice flields Bali Mkhail Tsyganov

 

© VISIT INDONESIA TOURISM OFFICE/MKHAIL TSYGANOV

 

Indonezja leży na 17 508 wyspach, z których w przybliżeniu jedna trzecia – ok. 6 tys. – pozostaje stale zamieszkana. Zdecydowanie najpopularniejsza jest Bali, wchodząca w skład archipelagu Małych Wysp Sundajskich, położonego na granicy Pacyfiku i Oceanu Indyjskiego. Znajduje się ona między znacznie większą od siebie Jawą (dzieli je cieśnina Bali) a nieco mniejszą Lombok (odseparowane są cieśniną Lombok). Stolicę prowincji stanowi 850-tysięczne miasto Denpasar, w linii prostej oddalone od Warszawy o ok. 11 tys. km. Bali ma powierzchnię zaledwie 5780 km2 (razem z sąsiednimi wysepkami Nusa Penida, Nusa Lembongan czy Nusa Ceningan), czyli trochę mniej niż połowa województwa świętokrzyskiego, jednego z najmniejszych w naszym kraju. Maksymalna długość wyspy z północy na południe wynosi mniej więcej 112 km, a szerokość – jakieś 153 km.

 

Aby dostać się z Polski do tej części Indonezji, trzeba przekroczyć linię równika. Ze względu na położenie geograficzne przez cały rok panuje tutaj stabilny klimat. Przewodniki turystyczne ostrzegają przed występującą w tym regionie porą deszczową, która trwa zwykle od października do kwietnia. Jednak z doświadczenia wiem, że sytuacja nie wygląda wówczas tak źle. Deszcz i burze pojawiają się głównie wieczorem bądź w nocy, rzadko w ciągu dnia, ale nawet jeśli pada, wciąż jest ciepło. Średnia roczna temperatura powietrza na wybrzeżu wynosi 28°C, w głębi lądu osiąga wartość 26°C, a wyżej w górach – 23°C. Dlatego można wybrać się tu praktycznie zawsze.

 

INNY ŚWIAT

 

Ta perła Indonezji wyróżnia się na tle reszty kraju. W przeciwieństwie do innych wysp, na których żyją głównie wyznawcy islamu, dominującą religię w tym rejonie stanowi hinduizm w odmianie balijskiej. Nie znaczy to jednak, że nie spotkamy w nim muzułmanów (ponad 13 proc. tutejszej ludności) czy chrześcijan (niemal 2 proc. Balijczyków). Miejscowi traktują się nawzajem z szacunkiem. Dużą przyjemność sprawia obserwowanie, jak bardzo tolerancyjne społeczeństwo tworzą. Podczas mojej podróży dookoła świata miałam szansę przez kilka tygodni mieszkać u tradycyjnej rodziny z Bali. Ketut i jego żona Puspa wyznawali właśnie hinduizm balijski. To najpopularniejsza odmiana tej religii na wyspie. Łączy w sobie również elementy buddyzmu i animistycznych wierzeń lokalnych.

 

Balijczycy uważają, że każdego z nich od urodzenia obciążają trzy długi (Tri Rna), które muszą spłacić w trakcie swojego życia. Pierwszym z nich jest Dewa Rna (dług życia). Należy za niego wynagrodzić bogu Sang Hyang Widhi Wasa, który stworzył człowieka. Drugi dług to Pitra Rna (dług miłości i oddania). Za niego trzeba uczynić zadość swoim przodkom. Trzeci – Rsi Rna (oznaczający nabytą mądrość) – spłaca się kapłanom. Większość obrzędów i ceremonii religijnych na Bali dotyczy realizacji tych zobowiązań. Balijczycy liczą, iż bogowie i zmarli krewni uznają ich starania po śmierci.

 

Poza tym dla mieszkańców wyspy bardzo ważna jest karma. Wierzą, że wszystko, co człowiek daje innym, zarówno dobro, jak i zło, wraca do niego z podwojoną siłą, czyli czyny mają wpływ na nasze życie. Jeśli więc siejemy nienawiść, możemy być pewni, iż prędzej czy później takie działanie wyda plony i to, na co pracowaliśmy, zostanie zniszczone.

 

Oprócz tego Balijczycy wierzą w dobre i złe bóstwa. Znajduje się tu kilkadziesiąt tysięcy różnych miejsc kultu. Mimo iż ta liczba wydaje się ogromna jak na tak niewielką wyspę, mieszkańcy praktykują swoją religię nie tylko w ich pobliżu. Sfera sacrum obejmuje znacznie więcej, co dostrzega się na każdym kroku.

 

W BALIJSKIM DOMU

 

Przygotowywanie ofiarnych koszyków

offiar

© AMBASADA REPUBLIKI INDONEZJI W WARSZAWIE

 

Podczas gościny u balijskiej rodziny miałam możliwość przyjrzeć się z bliska niektórym obrzędom oraz oddawaniu czci siłom przyrody i bogom. Niezmiernie dużą rolę odgrywają tutaj także kult przodków i wiara w demony. Puspa (podobnie jak większość kobiet na Bali) codziennie przygotowywała ofiarę złożoną z pięknych kwiatów, ryżu, świeżych owoców i pachnących kadzideł umieszczonych w małym koszyczku z liści palmowych. Jest to bardzo ważny rytuał. Czasem dorzuca się też drobne monety i papierosy. Cudownie przyozdobione kolorowe dary składane są w różnych intencjach zarówno dobrym, jak i złym bóstwom. Ofiarne koszyczki można zobaczyć prawie na każdym ulicznym rogu, chodnikach, przy domach i sklepach, a nawet na plażach.

 

Pewnego dnia Puspa i Ketut obudzili mnie z samego rana i poprosili, żebym wyprowadziła swój skuter, ponieważ chcieliby poświęcić pojazdy. Aby to zrobić, najpierw należało przyozdobić je kwiatami i ofiarami. Podeszli do tego niesamowicie poważnie. Powiedzieli, że po poświęceniu nie będą musieli się o mnie martwić, gdy wybiorę się gdzieś samodzielnie skuterem, bo nie zagrozi mi już żadne niebezpieczeństwo. Obrzęd wraz z przygotowaniami trwał mniej więcej godzinę. Na początek wspólnie pokroiliśmy owoce, przycięliśmy kwiaty i wykonaliśmy koszyczki z liści palmy, a następnie udekorowaliśmy nimi zaparkowane na podjeździe pojazdy. Po kilku minutach ich samochód i mój skuter przypominały przystrojone na święta Bożego Narodzenia choinki. Wtedy przyszedł czas na modlitwę. Poprowadziła ją najstarsza osoba z obecnych, czyli ojciec Puspy. Wszyscy, włącznie ze mną, byliśmy ubrani w tradycyjne koronkowe koszule i długie spódnice, a biodra przepasaliśmy sarongiem (chustą zasłaniającą nogi), który miał nas chronić przed demonami wychodzącymi z wnętrza ziemi. Ceremonia odbywała się na werandzie domu moich gospodarzy. Przed nią stały zaparkowane pojazdy, a w powietrzu unosił się zapach kadzideł. Siedzieliśmy ze skrzyżowanymi nogami i rękoma złożonymi na wysokości klatki piersiowej. Ojciec Puspy powtarzał słowa modlitwy, którą co jakiś czas przerywał, aby zadzwonić małym dzwonkiem, gdy my oddawaliśmy pokłon.

 

MUZYKA I TANIEC

 

Mimo iż Bali jest niewielką wyspą, może poszczycić się niezmiernie barwną kulturą. To nieprawda, że tutejsze budowle i wytwory artystyczne mają tylko przyciągać turystów. Przejawy sztuki dostrzeżemy praktycznie wszędzie, a jej cel stanowi zadowolenie bogów. Już po opuszczeniu samolotu na lotnisku w Denpasar orientujemy się, iż znaleźliśmy się w zupełnie innej, magicznej części świata. Atmosferę duchowości wyczujemy również w domach, świątyniach, budynkach rządowych, biurach i hotelach.

 

Gdy po raz pierwszy usłyszałam balijską muzykę, byłam zachwycona! Jednak po kilku dniach słuchania jej w kółko, zaczęłam mieć wrażenie, że towarzyszy mi ciągle ten sam utwór… Na wyspie rozwinął się wyjątkowy styl muzyczny i taneczny, rozpoznawany na całym świecie, a zwany gamelanem. Utwory gra się na tradycyjnych metalofonach, gongach, ksylofonach i bębnach. Zespołów tego typu można posłuchać na Bali przy każdej okazji – podczas pokazów artystycznych, występów tancerzy czy rozmaitych uroczystości, np. weselnych.

 

Według statystyk na tej niewielkiej wyspie funkcjonują setki grup tanecznych wykonujących więcej niż 200 rodzajów tańca tradycyjnego. Oryginalny układ choreograficzny wykorzystuje głównie mowę ciała, mimikę i ruchy palców, nadgarstka, stóp, szyi, a nawet ust i oczu. Jeden z najstarszych gatunków (jego dzieje sięgają XV stulecia) nosi nazwę gambuh, charakteryzuje się wolnym rytmem i swoistym mistycyzmem. Bez wątpienia taniec u Balijczyków należy do sfery sacrum.

 

Ze względu na bardzo duże zainteresowanie tym elementem kultury wśród turystów, pokazy odbywają się niemal wszędzie. Tancerzy coraz częściej można podziwiać w restauracjach, hotelach, a nawet centrach handlowych. Żeby zapobiec profanacji w przypadku religijnych odmian tańca balijskiego, w 1992 r. lokalne władze podjęły decyzję o całkowitym zakazie prezentowania niektórych gatunków w nieodpowiednich dla ich charakteru miejscach.

 

KRAINA SPOKOJU I PIĘKNA

 

Jak większość mieszkańców Azji Balijczycy są ludźmi raczej niskimi, lecz o wielkich sercach i szczerym uśmiechu. W odróżnieniu od Europejczyków żyją zdecydowanie wolniej. Z przyjemnością można przyglądać się, jak celebrują czas spędzany z rodziną i jak ogromnym szacunkiem obdarzają osoby starsze. Zdają sobie sprawę z tego, że wszystko, co mają, zawdzięczają swoim przodkom i tego uczą swoje dzieci. I nie oznacza to wcale majątku, a dar życia. Balijczycy skupiają się na codziennych zajęciach, nie rozmyślają o przyszłości i nie snują długoterminowych planów. Oprócz pracy rytm kolejnych dni wyznaczają im religijne obrzędy i święta. Żyją w zgodzie z tradycją.

 

Podróż na Bali dostarcza mnóstwa wrażeń.Na wyspie działa bardzo dużo ośrodków oferujących zajęcia z jogi i sesje poświęcone nauce medytacji. Najwięcej znajduje się ich w ponad 30-tysięcznym mieście Ubud. Stanowi ono tutejsze centrum kulturalne, a także jest ważnym duchowym ośrodkiem regionu. Powinna do niego zawitać każda osoba szukająca odpowiedniego miejsca, aby móc skupić myśli i odnaleźć wewnętrzną harmonię. Bali to idealny zakątek na skoncentrowanie się na przywróceniu równowagi w swoim życiu.

 

Miłośnicy sportów wodnych też bez wątpienia nie będą się tu nudzić. W pobliżu plaż (np. w sąsiedztwie miasta Kuta) miejscowi oferują wypożyczenie nart wodnych, sprzętu surfingowego, windsurfingowego i łodzi do żeglowania. Balijskie wybrzeże cieszy się wielką popularnością wśród surferów, zarówno tych początkujących, jak i zaawansowanych. Co więcej, wiele osób uważa je za najpiękniejszą okolicę do nurkowania na świecie. Tutejsze rafy koralowe bywają określane mianem cudu natury. Ich niesamowicie bogatą faunę i niespotykane kształty można podziwiać m.in. w południowym rejonie Bali – Nusa Dua, koło wysepki Nusa Penida i plaży Sanur, niedaleko miejscowości Padang Bai (Padangbai) i Candi Dasa (Candidasa), rybackiej wioski Tulamben i zatoki Cemeluk (Jemeluk) oraz wysepki Menjangan i osady Pemuteran.

 

ATRAKCJE WYSPY

 

We wspomnianym mieście Ubud leży Ubud Monkey Forest. To park z hinduistycznymi świątyniami położony w wiosce Padangtegal i zamieszkany przez liczne makaki krabożerne. Przed jego odwiedzeniem warto zaopatrzyć się w banany. Dzięki takiej przynęcie małpy będą bardzo chętnie do nas podchodziły.

 

Miejscem godnym polecenia w pobliżu Ubud jest Satria Coffee Plantation (Satria Agrowisata).Podczas spaceru można tu obejrzeć nie tylko plantację wiecznie zielonych krzewów kawowca, ale również uprawy egotycznych owoców i przypraw. Za jedną z najlepszych i najdroższych kaw na świecie uchodzi kopi luwak. Powstaje ona w specyficzny sposób. Jagody kawowca stanowią pożywienie łaskuna muzanga (nazywanego cywetą, a lokalnie luwakiem). Ten drapieżny ssak z rodziny łaszowatych nie trawi jednak nasion, a jedynie miąższ. Wydalone ziarna, które zostały poddane działaniu enzymów w przewodzie pokarmowym, wybiera się z odchodów zwierzęcia, następnie suszy i pali. W Satria Coffee Plantation przyjrzymy się temu procesowi na własne oczy, a także spróbujemy tej pysznej kawy i innych indonezyjskich przysmaków.

 

Indonezja jest też trzecim największym producentem ryżu na świecie (po Chinach i Indiach). Ze względu na uprawianie różnych jego gatunków zbiory odbywają się co kilka miesięcy, a więc Balijczycy sadzą i zbierają plony przez okrągły rok.W centrum Bali nieodłączną częścią krajobrazu są zielone pola ryżowe. Pokrywają one wzgórza i tworzą piękne wielopoziomowe tarasy.

 

Egzotycznym i jednocześnie mistycznym przeżyciem będzie dla Europejczyków wizyta w Pura Tirta Empul, zwanej również Świątynią Świętej Wody. Pielgrzymi z całej wyspy przybywają do niej w celu oczyszczenia bądź uleczenia ciała i duszy. W odświętnych strojach zanurzają się w kamiennym basenie z fontannami. Po kolei podchodzą do każdej z nich i odmawiają modlitwy, po czym opłukują twarz i ciało tryskającą z otworu wodą. Ceremoniom towarzyszy zapach kadzideł unoszący się w powietrzu.

 

Do najstarszych świątyń na Bali należy XI-wieczna Pura Uluwatu (Pura Luhur Uluwatu). Wznosi się ona na 97-metrowym klifie, znajdującym się na południowym krańcu wyspy. Oprócz podziwiania samej budowli (niestety, turyści nie mogą wejść do środka) atrakcję w tej okolicy stanowi także spacer po przepięknym urwistym wybrzeżu.

 

Pierwszą świątynią, do której zabrali mnie Puspa i Ketut, była Pura Tanah Lot z XVI stulecia. Właśnie od niej polecono mi zacząć odkrywanie Bali i uważam, że to właściwy wybór. Miejsce kultu umieszczono tu na wspaniałej formacji skalnej, której osobliwy kształt wyrzeźbiły fale oceanu. Nazwa Tanah Lot oznacza po balijsku „Ziemię w morzu”. Jeżeli zdecydujemy się na odwiedziny w trakcie przypływu, to zobaczymy właśnie, jak całkowicie oddzielone od lądu skały oblewa z każdej strony woda. W pobliżu znajduje się poza tym słynna jaskinia węży morskich, które podobno chronią świątynię przed intruzami i złymi duchami. Warto też pamiętać, że w przypadku większości obiektów sakralnych przed wizytą na ich terenie trzeba zadbać o odpowiedni ubiór. Należy założyć ubranie zakrywające nogi albo osłonić je sarongiem, który można kupić przed wejściem.

 

W odległości niemal 2 km od świątyni Ulun Danu Bratan (Pura Ulun Danu Bratan) odkryłam miejsce, które skradło moje serce. Prawdopodobnie nie wspomina o nim żaden przewodnik, ale podczas pobytu w urokliwym rejonie miejscowości Bedugul bardzo polecam się tutaj wybrać. Mam na myśli majestatyczną bramę będącą kiedyś wejściem do pobliskiego miasta. Ciężko oddać słowami niecodzienny widok, jaki tworzy ona wraz z wznoszącymi się w tle malowniczymi zielonymi górami. W okolicy stoją wiejskie domy i leżą pola uprawne, a w środku tego sielskiego krajobrazu wyrasta samotny portal przypominający przejście do innego świata.

 

Istnieje mnóstwo powodów, aby odwiedzić Bali. Jednym z nich są bez wątpienia cudowne rajskie plaże. Najpiękniejsze i najbardziej zapadające w pamięć to według mnie Suluban, Padang Padang i Balangan.

 

OSOBLIWY SYSTEM

 

Pura Ulun Danu Bratan w górach nad jeziorem Bratan niedaleko Bedugul

15-photos-that-will-make-you-want-to-travel-to-indonesia

© VISIT INDONESIA TOURISM OFFICE

 

W trakcie mojego pobytu gospodarze domu kilkakrotnie próbowali mi wyjaśnić, dlaczego większość koleżanek i kolegów Ketuta nosi takie samo imię i skąd pochodzi jego własne. Muszę przyznać, że miałam duży problem ze zrozumieniem zależności w tutejszym systemie nazywania dzieci stosowanym przez Balijczyków żyjących zgodnie z tradycją. Zasady dotyczą głównie potomków mężczyzn pochodzących z najliczniejszych rodzin i najniższej kasty bądź mężczyzn z wyższej kasty, którzy poślubili kobiety z kasty najniższej. Oprócz przynależności kastowej o imieniu decyduje również kolejność urodzin. Pierwsze dziecko powinno nazywać się Wayan (co pochodzi od słowa wayahan oznaczającego „starszy”), Gede (Duży) lub Putu, czyli Wnuk. Płeć dziecka nie zawsze ma znaczenie. Imię Putu częściej nadaje się dziewczynkom, Wayan i Gede natomiast – chłopcom. Nie jest to jednak regułą. W innych przypadkach te same imiona mogą nosić zarówno synowie, jak i córki. W celu rozróżnienia płci Balijczycy stosują odpowiednie przedrostki. Gdy mówi się o chłopcach, należy użyć „i”, np. I Putu, kiedy wspomina się o dziewczynce, wstawia się „ni”, jak w Ni Putu.

 

Drugi w kolejności potomek to Made (imię zostało prawdopodobnie utworzone od słowa madya, czyli „środek”, „średni”), Nengah (tengah oznacza „w środku”) albo Kade czy Kadek (wyraz adik określa „młodszego brata”). Na trzecie dziecko zazwyczaj woła się Nyoman bądź Komang (co wywodzi się według pewnych hipotez od anom – „młody”, „mały” lub uman – „koniec”, „odpoczynek”). Ostatniego, najmłodszego malca nazywa się Ketut (przypuszczalnie od kitut, czyli „ogon”). Widać więc, że w pewnym uproszczeniu imię danej osoby zależy od kasty, kolejności urodzin, a czasem także od rejonu, z którego pochodzi rodzina. Trzeba przyznać, iż ten system nie jest łatwy i można się w nim pogubić.

 

POZA CZASEM

 

Życie na Bali upływa w swoim tempie i to nie tylko dlatego, że niemal zawsze świeci tu słońce, a w okolicy są same piaszczyste plaże, ciepły ocean i wysokie palmy kokosowe. Gdy mieszkałam u Puspy i Ketuta, codziennie rano obserwowałam, jak przeglądali gazetę i sprawdzali, kiedy będzie pełnia księżyca i jakie święta przypadają w najbliższym czasie według ich rachuby. Balijczycy mają swój własny tradycyjny kalendarz, na który składają się dwa systemy: 210-dniowy Pawukon (6 miesięcy po 35 dni) i księżycowy Saka (12-miesięczny). W każdym roku współistnieje ze sobą 10 osobnych cykli. Na podstawie ich wzajemnych zależności określa się m.in. daty ceremonii religijnych odprawianych w świątyniach.

 

Czas zatrzymuje się na wyspie w Nowy Rok, zwany Nyepi (wypada w marcu, niekiedy w kwietniu – w 2017 r. w dniu 28 marca). Ulice pustoszeją, sklepy, banki, a nawet urzędy są zamknięte. Lotnisko w Denpasar nie funkcjonuje i nie sposób dostać się tutaj w jakikolwiek sposób. Nie wolno jeździć samochodami i nikt nawet nie myśli o tym, aby wsiąść na skuter. Co więcej, w tym dniu Balijczycy rezygnują również z używania elektryczności, rozpalania ognia i wszelkich aktywności. Okna w domach pozostają zasłonięte, nikt nie wychodzi na zewnątrz. Mieszkańcy Bali wierzą, że w tym czasie nad wyspą przelatują demony, dlatego starają się je przekonać, iż cała okolica jest wyludniona, aby nie dać im powodu do zatrzymania się.

              

Ten tzw. Dzień Ciszy przeznacza się na medytację, rozmyślanie i pogrążenie się w zadumie. Stanowi on okazję do oczyszczenia umysłu, osiągnięcia wewnętrznej równowagi i zebrania myśli. Pozwala oderwać się od rzeczywistości, odseparować od świata zewnętrznego po to, aby odnaleźć spokój w sobie. Bali jest zresztą przez cały rok znakomitym miejscem na odkrywanie samego siebie. Panująca na wyspie atmosfera sprzyja błogiemu relaksowi i skupieniu się na swoim wnętrzu. Warto zatrzymać się choć na chwilę w codziennym pędzie, żeby odwiedzić ten wyjątkowy zakątek Indonezji.

Szmaragdowa Irlandia

ROBERT PAWEŁEK

 

Ta zielona wyspa potrafi zauroczyć nawet najbardziej wybrednych obieżyświatów. Wspaniałe ślady celtyckiej kultury sąsiadują na niej z pozostałościami po czasach wczesnochrześcijańskich. Nieodłączną częścią tutejszego krajobrazu rozległych równin i skalistych urwisk są tajemnicze dolmeny i kamienne rzeźbione krzyże. Możemy tu znaleźć fabrykę słynnego piwa Guinness i puby tętniące życiem do białego rana oraz zwiedzić Dublin pod rękę z bohaterem powieści Jamesa Joyce’a Ulisses. To właśnie osobliwe połączenie teraźniejszości z przeszłością oraz sympatyczni i otwarci mieszkańcy stanowią o uroku Irlandii.

FOT. TOURISM IRELAND

Po irlandzku nazwa tego europejskiego państwa brzmi Éire. Dziś zajmuje ono większą część drugiej pod względem wielkości wyspy archipelagu Wysp Brytyjskich, współdzieląc jej terytorium ze Zjednoczonym Królestwem Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej. W godle państwowym na niebieskim tle znajduje się złota harfa Briana Śmiałego, króla panującego na tych ziemiach na początku XI w. Najpopularniejszym symbolem kraju jest jednak trójlistna koniczyna (ang. shamrock), którą Irlandczycy noszą przypiętą do ubrania w dniu swojego patrona św. Patryka, 17 marca.

Więcej…

Poczuć radość życia na Filipinach

kayaking_in_pangulasian.jpg

Wyspa Pangulasian – wycieczka kajakiem

©PHILIPPINE DEPARTMENT OF TOURISM/FOTOSEEKER.COM


MARTA DUCZMAN

MICHAŁ KĘPA

www.ducziwdrodze.pl


Pełna magii Republika Filipin leży w Azji Południowo-Wschodniej. Swoimi granicami obejmuje aż 7107 wysp. Niespełna połowa z nich ma własną nazwę, a zaledwie kilkaset jest zamieszkałych. Oblewają je wody Oceanu Spokojnego i mórz Sulu, Celebes, Południowochińskiego i Filipińskiego. 


ChocolateHills-3.jpg

Wzgórza Czekoladowe leżą na terenie gmin Carmen, Batuan i Sagbayan 

©PHILIPPINE DEPARTMENT OF TOURISM


Powierzchnia wszystkich lądów w Archipelagu Filipińskim wynosi ok. 300 tys. km2,czyli nieco mniej niż terytorium Polski. Wydzielono tu 3 główne obszary geograficzne: Luzon, Visayas (Visayan) i Mindanao. Największą wyspę stanowi Luzon, która ma niemal 110 tys. km² i 50 mln ludności. Populacja kraju liczy ponad 102 mln mieszkańców, co sprawia, że znajduje się on na 12. miejscu wśród najbardziej zaludnionych państw na świecie. 


Filipiny to kraina niezmiernie różnorodna pod względem geograficznym i kulturowym. Dostrzeżemy w niej wyraźne wpływy kolonizatorów. Przybyli tu w XVI w. Hiszpanie zaszczepili na wyspach chrześcijaństwo. Dziś ok. 80 proc. Filipińczyków jest katolikami.


Krótka historia

north_luzon_38_midres.jpg

Vigan to najlepiej zachowane hiszpańskie miasto kolonialne w Azji 

©PHILIPPINE DEPARTMENT OF TOURISM/FOTOSEEKER.COM/DAVID HETTICH, TOBIAS HAUSER


Ludzie zamieszkiwali Archipelag Filipiński prawdopodobnie już ponad 50 tys. lat temu. W późniejszym okresie docierali w te strony m.in. przybysze z Półwyspu Arabskiego, dzisiejszych Chin, Tajwanu i Indii. Europejczycy pojawili się na wyspach wraz z Ferdynandem Magellanem (1480–1521) w 1521 r. Portugalski żeglarz i odkrywca, służący Hiszpanom, przyłączył je wtedy do hiszpańskiego imperium. Kolonizację Filipin rozpoczął jednak tak naprawdę dopiero w 1565 r. Miguel López de Legazpi (ok. 1503–1572), który zbudował pierwszą osadę – Villa de San Miguel, przemianowaną potem na Cebu. Następnie w 1571 r. założył dzisiejszą Manilę, ówczesną stolicę Hiszpańskich Indii Wschodnich (aż do 1898 r.).


W 1896 r. Filipińczycy wzniecili powstanie narodowe i 12 czerwca 1898 r. ogłosili niepodległość. Radość z wolności nie trwała zbyt długo. W tym czasie rozgrywała się wojna amerykańsko-hiszpańska, trwająca od 25 kwietnia do 12 sierpnia 1898 r. Ponieważ Hiszpanie ponieśli w niej klęskę, na mocy traktatu paryskiego z 10 grudnia 1898 r. Filipiny włączono do terytoriów Stanów Zjednoczonych. 8 grudnia 1941 r., po ataku na amerykańską bazę Pearl Harbor na Hawajach, armia japońska dokonała udanej inwazji na archipelag. Po przegranej w bitwie o Midway w czerwcu 1942 r. Japończycy zaczęli jednak tracić powoli zagarnięte tereny. Ostatecznie 4 lipca 1946 r. Filipińczycy podpisali z Amerykanami traktat w Manili, w wyniku którego proklamowana została niepodległa Republika Filipin. Pierwszym jej prezydentem był Manuel Róxas (1892–1948).


Przyjaźni wyspiarze

Kadayawan_Festival_2.jpg

Trzeci tydzień sierpnia to czas Festiwalu Kadayawan w mieście Davao

©PHILIPPINE DEPARTMENT OF TOURISM


Filipiński (filipino) bazuje na języku tagalskim (tagalog). Oprócz tego istnieje tutaj mniej więcej 175 innych lokalnych języków i dialektów (w zależności od zasad klasyfikacji). W niektórych częściach Filipin wciąż usłyszymy ludzi mówiących po hiszpańsku. Angielski (drugi urzędowy język kraju obok filipińskiego) jest powszechnie używany w urzędach, szkołach i innych miejscach publicznych. Dlatego przed podróżą w te strony nie trzeba się obawiać problemów związanych z porozumiewaniem się z mieszkańcami.


Termin Filipino pierwotnie oznaczał „człowieka o hiszpańskim pochodzeniu urodzonego na Filipinach”. Żyjący obecnie na archipelagu naród stanowi potomków ludów austronezyjskich, Chińczyków, Hindusów, Hiszpanów, Japończyków, Amerykanów i Arabów. Wyspiarze charakteryzują się pogodnym usposobieniem, otwartością, życzliwością i serdecznością. Między sobą często używają zwrotów Madame i Sir. Podczas wizyty na Filipinach możemy zostać zaproszeni do gry w koszykówkę czy badmintona, a także do wspólnego biesiadowania. W wioskach i na mniejszych wyspach, szczególnie pod sklepikami zwanymi sari-sari, miejscowi chętnie częstują turystów lokalnym trunkiem tuba lub bahalina. To nic innego jak samogon, tyle że otrzymywany z palmy kokosowej. Ma on mętny brązowy kolor i bardzo charakterystyczny smak fermentującej rośliny. W niektórych regionach bywa podawany z pepsi. Takie wspólne popijanie tuby stanowi okazję do snucia opowieści o lokalnych zwyczajach i historii.


Nie sposób nie wspomnieć również o zamiłowaniu Filipińczyków do śpiewania i ich wstydliwości, która przejawia się tym, że kiedy nie potrafią odpowiedzieć na pytanie bądź czegoś nie wiedzą, spuszczają głowę, jakby udawali, iż rozmówca zniknął. Tę pierwszą cechę także nietrudno zauważyć. Wyspiarze, czy to młodzi, czy starzy, śpiewają niemal wszędzie. Czasem kiedy ekspedientka w dużym markecie usłyszy w głośnikach ulubiony utwór, przy obsługiwaniu klientów bez żadnego skrępowania wtóruje jego wykonawcy. Jeśli odmówimy wspólnego wykonania piosenki, tłumacząc się brakiem umiejętności, Filipińczycy prawdopodobnie odpowiedzą nam, że oni sami też nie wykazują szczególnych zdolności wokalnych. Jednak tym akurat się nie przejmują, bo zwyczajnie kochają śpiewać.


„Kani tayo!”


Kuchnia filipińska jest połączeniem wpływów orientalnych, europejskich (głównie hiszpańskich) i amerykańskich. Wspólne gotowanie i spożywanie posiłków ma dla mieszkańców tego kraju duże znaczenie. Dlatego w trakcie podróży po nim warto nauczyć się zwrotu Kani tayo!, czyli „Zjedzmy coś!”, funkcjonującego jako zaproszenie do stołu. Filipińczycy kochają życie i uwielbiają to celebrować podczas różnego rodzaju zjazdów i fiest. Do charakterystycznych dań lokalnej kuchni należy m.in. podawana na zimno przystawka z surowej ryby zwana kinilaw (kilawin). Świeże mięso np. z tuńczyka miesza się z octem, limonką, imbirem, chili, cebulą i czarnym pieprzem, a następnie pozostawia na kilka godzin w lodówce. Taki przysmak przyjemnie orzeźwia w gorące dni. Najważniejszą potrawą wszelkich uroczystości i świąt jest lechón – cała świnia pieczona nad rozgrzanymi węglami do uzyskania chrupiącej skórki. Poza tym mięsa lub owoce morza smaży się także w specjalnej marynacie adobo z czosnku, octu i sosu sojowego. Przygotowane w ten sposób kalmary są niezwykle smaczne. Popularnością cieszy się również pancit kanton, czyli smażony makaron jajeczny z krewetkami, wieprzowiną i niewielką ilością warzyw takich jak marchewka, kapusta i szczypior. Z kolei kare-kare stanowi rodzaj gulaszu o intensywnym orzechowym smaku.


Co ciekawe, sieci restauracyjne typu McDonald’s czy KFC do swojego menu na Filipinach wprowadzają dania kuchni lokalnej. Nawet w takim miejscu możemy więc dostać porcję ryżu do nóżki kurczaka, makaron ze słodkim sosem pomidorowym lub ciastko z mango. Za najpopularniejszy filipiński deser uchodzi natomiast halo-halo, na które składają się schłodzone owoce chlebowca, fasola, mleko, kostki galaretki i kruszony lód. Ten specjał podaje się w wysokiej szklance z łyżką.


Typowym elementem azjatyckiej gastronomii są stoiska z jedzeniem ulicznym. W tym kraju znajdziemy na nich smażone na głębokim oleju banany, słodkie ziemniaki, jelita kaczki, papryczki chili w cieście ryżowym i empanadas, czyli duże pierogi z ciasta kukurydzianego nadziewane kapustą, marchewką, chili i mięsem. Na koniec warto jeszcze wspomnieć o pewnej ciekawostce kulinarnej z Filipin – budzącym mieszane emocje wśród Europejczyków przysmaku balut.Jest togotowane jajko z 17-dniowym zarodkiem kaczki z wyraźnie wykształconym już dziobem. Przekąsce tej przypisuje się właściwości afrodyzjaku. Kosztuje ona 20 peso filipińskich (PHP) i kupimy ją prawie na każdym rogu.


Mango i fiesta t
en pyszny filipiński owoc wpisano do Księgi rekordów Guinnessa dwa razy. W 1995 r. odmiana manila mango została uznana za najsłodszą na świecie. Z kolei w 2009 r. w mieście portowym Cagayan de Oro na wyspie Mindanao podczas lokalnej fiesty zaprezentowano okaz, który ważył aż 3,435 kg! Na Filipinach zbiera się rocznie ponad 800 tys. ton tych owoców (ok. 3,6 proc. światowej produkcji). Z uprawy mango słynie przede wszystkim Cebu. Podczas odwiedzin na niej można wybrać się na plantację i jeść je prosto z drzewa.


Wyspiarze kochają kolory. Świadczą o tym m.in. dość kiczowate malunki na jeepneyach czy barwne imprezy w poszczególnych dzielnicach (barangay, dawniej barrio). Aby poznać lokalny folklor, trzeba koniecznie wybrać się na taką potańcówkę połączoną z występami i kulinarną ucztą zakrapianą miejscowymi trunkami. Filipiny słyną też z różnokolorowych festiwali tanecznych i maskarad. Jedno z najpopularniejszych tego typu wydarzeń odbywa się w mieście Bacolod na wyspie Negros. Nosi wiele mówiącą nazwę MassKara. Ta zabawa to kilkudniowy uliczny spektakl, w którym główne role grają tańczący ludzie poubierani w eleganckie i pomysłowe kostiumy z odblaskowymi maskami.

W drodze


Do przemieszczania się po lądzie na długich i krótkich dystansach mamy na Filipinach do wyboru autobusy typu naszych PKS-ów w wersji klimatyzowanej i nieklimatyzowanej. Szybsze są wyposażone w klimatyzację minibusy, ale komfort jazdy jest w nich raczej pozorny. W rzeczywistości takim pojazdem, przeznaczonym dla 11 pasażerów, jedzie tyle osób, ile się zmieści, wraz z bagażami, np. 10-kilogramowym workiem ryżu lub żywym inwentarzem w postaci kurczaków w pudełku. Kolejny popularny środek transportu publicznego stanowią jeepneye, czyli stare przedłużane jeepy, które zostały na wyspach po Amerykanach. Na pace takiego samochodu terenowego po obu stronach znajdują się ławki dla podróżujących. Karoserię aut zdobią charakterystyczne różnobarwne malunki, często pojawiają się na nich postaci Matki Boskiej albo Jezusa. Ciekawie prezentuje się również trycykl. To motocykl z domontowanym z boku wózkiem. Choć wygląda na dwuosobowy i niejednokrotnie ciężko wsiąść do niego przeciętnemu Europejczykowi, przewozi czasem kilkoro Filipińczyków i ich bagaże. Trycyklem nazywa się też rower typu BMX z zamocowanym koszem na pasażerów i parasolem ogrodowym. Rzadko ma on normalny hamulec, przeważnie kierowca zwalnia za pomocą naciśnięcia klapkiem na oponę. Interesujące rozwiązanie stanowi także taksówka motocyklowa habel-habel. Można podróżować nią tylko z kierowcą lub w większym towarzystwie. 


Do pokonywania odległości między wyspami służą wolne, ale tanie promy, trochę droższe szybkie łodzie (fast boats) oraz tradycyjne filipińskie banki (banca). Te ostatnie wyglądają jak duże pająki wodne, ponieważ do ich wąskich kadłubów przyczepia się długie bambusowe stabilizatory, które zapobiegają wywróceniu się. Jeśli wybierzemy lokalne środki transportu, na pewno czeka nas wiele niesamowitych przeżyć.


Sport dla odważnych


Za nieodłączną część kultury filipińskiej uchodzą walki kogutów. Mimo iż są krwawe i brutalne, odbywają się całkowicie legalnie. To lokalna forma hazardu. Arena, na której walczą ptaki przypomina ring bokserski. Koguty dzieli się na trzy kategorie wiekowe: 0–9 miesięcy, 9–20 miesięcy i powyżej 20 miesięcy. Standardowy trening przed walką trwa 21 dni. Zaczyna się o godz. 3.00 rano przy silnym oświetleniu. Taki zabieg ma na celu oswoić ptaka ze światłem, które pada na niego na arenie. Kogut wykonuje różne ćwiczenia wzmacniające jego mięśnie, skrzydła i pazury. Po 7 dniach treningów w nagrodę właściciel podsuwa mu kurę. Dzięki kopulacji w koguciej krwi wzrasta poziom testosteronu. Poza tym wpływa ona też pozytywnie na rozwój muskulatury. W czasie ćwiczeń ptak dostaje suplementy diety, specjalne jedzenie oraz witaminy i antybiotyki, a także środki na rozbudowę masy mięśniowej. 


W dniu walki przed wejściem na arenę do lewej nogi koguta przywiązuje się ostrze. Z wieloletnich obserwacji wynika, że w 99 proc. przypadków pierwsze kopnięcie wykonuje on właśnie tą łapą. Za pomocą tej broni ptak zadaje śmiertelny cios swojemu rywalowi. Gdyby nie otrzymał takiego wyposażenia, starcie trwałoby znacznie dłużej. Walki kogutów są ważną częścią codziennego życia wyspiarzy, dlatego jeśli mamy mocne nerwy, powinniśmy choć raz obejrzeć tego rodzaju zawody.


Wyspa cudów


Większość turystów rozpoczyna swoją podróż po Filipinach od największej ich wyspy Luzon ze stolicą Manilą i znajdującymi się w niej dwoma międzynarodowymi lotniskami – Ninoy Aquino International Airport i Clark International Airport. W pobliżu miasta, w prowincji Batangas wznosi się czynny wulkan Taal (311 m n.p.m.). Ostatnio wybuchł w 1977 r., lecz od 1991 r. pozostaje wciąż aktywny i raz na jakiś czas daje o sobie znać lekkimi wstrząsami ziemi i bulgotaniem wydobywającym się z krateru. Wygląda jednak wyjątkowo malowniczo. Jego stożek wystaje nad spokojną taflę oblewającego go jeziora Taal. To widok zapierający dech w piersiach.


Na Luzon ujrzymy także uznawane za ósmy cud świata, liczące sobie ok. 2 tys. lat, przepiękne tarasowe pola ryżowe Kordylierów Filipińskich, położone w prowincji Ifugao. Leżą one na wysokości mniej więcej 1500 m n.p.m. W 1995 r. zostały wpisane na prestiżową Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.


W górskim regionie (Mountain Province) znajduje się też miasteczko Sagada. W tej urokliwej miejscowości o przyjemnym chłodnym klimacie zobaczymy słynne wiszące trumny. Najpopularniejsze miejsce do ich oglądania stanowią Echo Valley i jaskinia Lumiang Burial. Przyczepione do wapiennych skał skrzynie są pozostałością po dawnej formie pochówku sprzed 500 lat. Razem z przewodnikiem można udać się z Sagady na eksplorowanie okolicznych grot, atrakcyjnych ze względu na wąskie przejścia i podziemną rzekę. 


Na północno-zachodnim wybrzeżu Luzon, nad Morzem Południowochińskim, leży 50-tysięczne Vigan. To czarujące miasto z zachowaną XVI-wieczną zabudową. Jego historyczne centrum wzniesione przez hiszpańskich kolonizatorów również znalazło się na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Wśród jego klimatycznych uliczek można poczuć się jak w Hiszpanii. Warto tu przejechać się dorożką, spróbować empanadas i pizzy pinakbet, odwiedzić garncarnię i tkalnię. Kinomanów zaciekawi na pewno fakt, że w tym miejscu kręcono film Urodzony 4 lipca (1989 r.) z Tomem Cruise’em w roli głównej.


Podziemna rzeka


Najdalej wysuniętą na północ częścią archipelagu są wyspy Batanes położone w bliskim sąsiedztwie Tajwanu. Ten region uchodzi za nie lada gratkę dla miłośników historii II wojny światowej, ponieważ znajdowała się w nim amerykańska baza wojskowa. Do dziś zachowała się m.in. radiostacja, a także japoński tunel. Poza tym rejon charakteryzuje się chłodniejszym klimatem i soczyście zielonym krajobrazem z klifowym wybrzeżem. 


Z Manili dolecimy np. do Puerto Princesa na niezmiernie długiej wyspie Palawan, leżącej na południowym zachodzie. Słynie ona z obszaru wpisanego na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO i jednego z 7 Nowych Cudów Natury, czyli Parku Narodowego Rzeki Podziemnej Puerto Princesa (bramę do niego stanowi wioska Sabang). Umieszczona w jego nazwie rzeka (Cabayugan) płynie przez 8,2 km pod ziemią, wpada bezpośrednio do Morza Południowochińskiego i podlega pływom. Jej okolicę porasta bujna roślinność. Odkryto tutaj ok. 800 gatunków flory. Oprócz tego jaskinie krasowe i ich sąsiedztwo zamieszkują liczne pajęczaki, ssaki, gady i ptaki. To znakomite miejsce dla miłośników biologii.


Na północny wschód od Sabang znajduje się cichy i leniwy nadmorski Port Barton. Przed budową drogi ekspresowej pozwalającej dostać się z Puerto Princesa do El Nido w kilka godzin w tym mieście przyjezdni zatrzymywali się na nocleg. Wówczas przeżywało ono okres największej popularności. Obecnie pozostaje trochę zapomniane. Port Barton spodoba się jednak osobom unikającym masowej turystyki i ceniącym sobie spokój. Rozciąga się w nim piękna piaszczysta plaża. Wybierzemy się też stąd na całodniowy rejs łodzią na pobliskie malutkie wyspy połączony z oglądaniem raf koralowych i ich mieszkańców, m.in. żółwi morskich. Podczas spaceru w głąb dżungli napotkamy lokalną ludność, ujrzymy liczne małpy i zażyjemy odświeżającej kąpieli w wodach wodospadu. Kolację najlepiej zjeść tu w jednej z garkuchni.

Z kolei wspomniane wcześniej El Nido to bardzo popularna miejscowość, położona na północnym końcu Palawanu. Słynie ona z dziewiczego archipelagu Bacuit. W jego okolicach spotkamy manty, delfiny, diugonie przybrzeżne i żółwie (szylkretowe, oliwkowe, skórzaste i zielone). Miłośnicy klifów i dziewiczych lagun na pewno będą zachwyceni tutejszymi krajobrazami.


Z El Nido drogą morską dostaniemy się na wyspę Coron. Właśnie w jej pobliżu spoczywa kilka wraków japońskiej floty zaopatrzeniowej z okresu II wojny światowej. Brak silnych prądów i specyficzne ukształtowanie terenu czynią nurkowanie z licencją OWD (Open Water Diver) wokół tych jednostek wyjątkowo łatwym.


Rekiny i czary


Zarówno z Manili, jak i z Puerto Princesa, można dotrzeć samolotem na wyspę Cebu, leżącą w sercu regionu Visayas. Miasto Cebu było pierwszą osadą założoną przez hiszpańskich kolonizatorów w kwietniu 1565 r. Znajdziemy w nim kaplicę ze słynnym Krzyżem Magellana (niedaleko Bazyliki Dzieciątka Jezus) i Muzeum Sugbo (Museo Sugbo). To wspaniałe miejsce do poznawania bogatej historii tego wyspiarskiego kraju.


Osoby lubiące nieco inne wrażenia powinny wybrać się w okolice Mango Square. Rejon ten znany jest z klubów nocnych, imprez w stylu house i klubów go-go. Na ulicach spotkamy dziewczyny lub transwestytów składających niedwuznaczne propozycje.


W położonym na południe od Cebu miasteczku Oslob można popływać z rekinami wielorybimi. Te niezwykłe ryby dożywają podobno nawet 70 lat. Ich skóra o grubości do 10 cm chroni je przed najgroźniejszymi drapieżnikami. Największy odnotowany okaz miał aż 12,65 m długości i ważył ok. 21,5 tony! Choć takie fakty brzmią nieco przerażająco, zwierzęta nie stanowią zagrożenia dla człowieka. Żywią się głównie planktonem. Spotkanie oko w oko z rekinem wielorybim z pewnością będzie przeżyciem zapadającym na długo w pamięć.


U południowych wybrzeży Cebu, pomiędzy wyspami Negros i Bohol znajduje się Siquijor. Wśród Filipińczyków cieszy się złą sławą i budzi grozę. Jeśli zaprosimy kogoś miejscowego na wspólne zwiedzanie tego niewielkiego lądu (ok. 337,5 km²), prawdopodobnie zdecydowanie nam odmówi. Podobno tę wyspę zamieszkują czarownice, szamani i stworzenia o nadprzyrodzonych zdolnościach takie jak abat czy łak-łak (wak-wak, aswang). Ten ostatni według lokalnych wierzeń zjada płody z wnętrzności ciężarnej kobiety. Mimo to urokliwa i zróżnicowana Siquijor jest coraz chętniej odwiedzana przez turystów. Jeśli wypożyczymy motocykl bądź trycykl, objedziemy ją w jeden dzień. Warto udać się tutaj do kilku wodospadów. Cambugahay mają 3 poziomy, a na każdym z nich można wykąpać się w orzeźwiającej wodzie. W Sanktuarium Motyli zapoznamy się ze stopniami rozwoju tych owadów i dowiemy się, jakie ich gatunki występują w tym regionie. Na uwagę zasługują też jaskinie i puste piaszczyste plaże. 


Czekoladowa kraina


Na samym środku pobliskiej wyspy Bohol, niedaleko miejscowości Carmen leżą słynne Wzgórza Czekoladowe, czyli co najmniej ok. 1270 kopców osiągających wysokość od 30 do 120 m. W porze suchej (od lutego do maja), kiedy wszystko wokół zamiera, przybierają brązowy kolor podobny do barwy czekolady.


Także w tej części Filipin znajdziemy rezerwat uroczych małych małpek – wyraków filipińskich. Po drodze do niego warto udać się na spływ rzeką Lobok, której okolica posłużyła za plener do filmu Czas Apokalipsy (1979 r.) Francisa Forda Coppoli. Ze względu na położenie w sercu dżungli zachwyca ona widokami.


Amatorom mocnych wrażeń przypadnie do gustu propozycja przejażdżki rowerem po linie rozwieszonej na wysokości 225 m w Chocolate Hills Adventure Park. W jej trakcie z siodełka można podziwiać niesamowitą panoramę ze Wzgórzami Czekoladowymi.


Na południowy wschód od Bohol leży Camiguin. Na tym lądzie o powierzchni niemal 238 km2, zamieszkanym przez 90 tys. ludzi, wznosi się aż 7 wulkanów. Erupcje i ruchy ziemi sprawiły, że ta spektakularna wyspa jest pełna cudów i bogactw naturalnych. Ogromne wrażenie robi zatopiony cmentarz (Sunken Cemetery), a jego historia opowiedziana przez mieszkańców dodaje mu jeszcze większego uroku. Na Camiguin odkryjemy również dwa potężne wodospady – Tuasan i Katibawasan. Bije od nich przyjemny chłód i życiodajna energia. Idealnym zakończeniem dnia będzie natomiast relaksująca kąpiel w gorących źródłach Ardent u stóp wulkanu Hibok-Hibok (1332 m n.p.m.).


Jak w raju


Z większą wyspą Panay sąsiaduje maleńka Boracay. Zajmuje ona ok. 10 km2 powierzchni i szczyci się najpiękniejszą białą plażą oblewaną turkusową wodą na całych Filipinach – White Beach. Jeżeli zapytamy Filipińczyków, dokąd warto wybrać się w ich ojczyźnie, jak jeden mąż odpowiedzą, że właśnie do tej rajskiej oazy. Ten niewielki skrawek lądu został w dużej mierze opanowany przez masową turystykę, lecz jest na tyle przestronny, że można na nim spędzić spokojnie urlop. Znakomitym pomysłem będzie też rejs dookoła Boracay połączony z przystankami na snorkeling, skakanie z klifu czy zwiedzanie grot i pływanie w nich. Do miejscowych atrakcji należą również nurkowanie, wind- i kitesurfing czy lot na paralotni, a nawet… kurs bycia syreną. 


Z kolei u północno-wschodnich wybrzeży Panay rozciągają się Wyspy Olbrzymów (Islas de Gigantes), podzielone na rejon północny (Gigantes Norte) i południowy (Gigantes Sur). Ten owiany legendami obszar kusi dziewiczymi piaszczystymi plażami, pysznymi świeżymi owocami i skalnym krajobrazem. Na archipelagu warto odwiedzić przestronne jaskinie (aż 73!) i zażyć kąpieli w ich krystalicznie czystych wodach, a także wejść na latarnię morską (North Gigantes Island Lighthouse). Przede wszystkim jednak trzeba koniecznie udać się na punkt widokowy, z którego rozpościera się wspaniała panorama okolicy.


Podwodne eldorado


Filipiny znajdują się w czołówce najlepszych regionów dla nurków na świecie. Eksploracja podwodnego królestwa w tej szerokości geograficznej dostarcza niezapomnianych wrażeń. Za największy skarb archipelagu uchodzi przede wszystkim wpisany w 1993 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO Park Naturalny Raf Tubbataha (Tubbataha Reefs Natural Park), założony na południowy wschód od Puerto Princesa (Palawan) na morzu Sulu. Zajmuje on 1300 km². Ochroną objęto tutaj dziewiczą rafę koralową z przepiękną 100-metrową ścianą, rozległymi lagunami i koralowymi wysepkami. Ten region jest udostępniony do zwiedzania tylko podczas kilkudniowego nurkowego safari, które – niestety – nie należy do najtańszych.


Kolejnym idealnym miejscem dla amatorów podwodnych przygód będzie rejon Parku Naturalnego Rafy Apo (Apo Reef Natural Park), zwanej też miniaturową Tubbatahą, rozciągający się u zachodnich wybrzeży Mindoro. To drugi co do wielkości ciągły system rafowy na świecie (ok. 34 km2). Podczas nurkowania można tu spotkać rekiny, ślimaki nagoskrzelne, ryby z rodziny rogatnicowatych, manty i barakudy.


Dużą popularnością cieszą się także Moalboal na Cebu i wyspa Pescador. Wśród pobliskich miękkich ścian koralowych aż roi się od egzotycznych stworzeń, w tym żółwi morskich. Nurkowie odwiedzają również Bohol i plażę Alona na Panglao, gdzie działa wiele lokalnych baz. Z tutejszymi instruktorami udamy się na wyspę Balicasag, wokół której wznoszą się pod wodą strome stoki z koralowców zamieszkane m.in. przez ryby z gatunku karanksów, plataksy długopłetwe (Platax teira), mniejsze ślimaki nagoskrzelne czy liczne błazenki. W okolicach brzegów rajskiej Pamilacan o poranku można spotkać stada delfinów radośnie skaczących nad powierzchnię morza w promieniach wschodzącego słońca.


Nad morzem i w górach


We wschodniej części Filipin oblewanej przez wody Morza Filipińskiego, w rejonie Mindanao leży Siargao (ok. 437 km²). Dzięki tworzącym się tutaj wysokim falom, wyspa zaskarbiła sobie względy surferów z całego świata. Miejsce, gdzie powstaje słynna „Cloud 9” („Chmura 9”) co roku we wrześniu gości międzynarodowe zawody surfingowe. Oprócz tego Siargao zachwyca pięknymi piaszczystymi plażami i kolorowymi rafami koralowymi.


Na Archipelagu Filipińskim nie powinni też się nudzić wielbiciele trekkingu. Najwyższy szczyt kraju stanowi góra Apo (2954 m n.p.m.) na Mindanao, położona koło miasta Davao. Wejście na nią zajmuje 3 dni i nie należy do łatwych ze względu na ukształtowanie terenu. Po drodze trzeba pokonać skaliste obszary, omszałe lasy, duże rzeki i bagna. Jednak zapierający dech w piersiach widok z wierzchołka wynagradza wszelkie trudy.


Na uwagę zasługuje również uważany za mistyczny Obelisk Kleopatry (Cleopatras’s Needle), druga najwyższa góra Palawanu (1593 m n.p.m.). Nazwa ta pochodzi od formacji skalnej znajdującej się na szczycie. Trekking trwa 3–4 dni, a wieńczy go podziwianie wspaniałej panoramy morza Sulu i miasta Puerto Princesa.


Filipiny są na tyle różnorodne, że można na nich stale podróżować do nowych regionów i odkrywać niezwykłe miejsca. Do poznania tego archipelagu szczególnie mocno zachęcają dwie rzeczy. Nadal nie ma tutaj zbyt wielu turystów, a Polacy nie potrzebują wizy, jeśli chcą zatrzymać się w kraju na okres do 30 dni. Wystarczy, że okażą ważny jeszcze co najmniej 6 miesięcy paszport, bilet powrotny i zadeklarują posiadanie środków na pokrycie kosztów pobytu. Warto więc wyruszyć na pełen atrakcji rajski Archipelag Filipiński, żeby odnaleźć na nim prawdziwą radość życia.