Jerez   Feria 04

 

SYLWIA JEDLAK-DUBIEL

 

Jest coś niezmiernie pociągającego w widoku jeźdźca, który na swoim koniu zmierza ku linii horyzontu. Wokół niego rozpościera się pusta przestrzeń, może gdzieś w oddali majaczy las lub brzeg morza, ale tak naprawdę w tej chwili istnieje tylko on, jego wierzchowiec i otaczająca ich przyroda. Ten obraz ma chyba w sobie taką siłę, ponieważ w istocie przedstawia wyjątkowy moment, gdy człowiek i zwierzę działają razem. Ci, którzy jeżdżą konno, zapewne uwielbiają to uczucie pełnej jedności. Odnosi się wówczas wrażenie, że koń rozumie nas niemal tak, jakby mówił naszym językiem. Kto jeszcze tego nie doświadczył, musi koniecznie spróbować.

 

Wyprawy na końskim grzbiecie są dzisiaj jednym z coraz popularniejszych sposobów na aktywne spędzanie wolnego czasu. Mają one zresztą wiele zalet – pozwalają nie tylko wypoczywać w ruchu, co przy obecnym często siedzącym trybie pracy jest bardzo ważne, lecz także umożliwiają bliski kontakt z przyrodą. Poza tym nie wolno zapominać, że konie znakomicie sprawdzają się w przypadku zajęć z rehabilitacji psycho-ruchowej. Hipoterapia poprawia kondycję pacjenta, uczy lepszego panowania nad swoim ciałem, utrzymywania równowagi, koordynacji, orientacji w przestrzeni i poczucia rytmu. Na dodatek praca z tymi mądrymi zwierzętami uspokaja, z jednej strony zwiększa u ludzi wrażliwość, a z drugiej wymaga od nich stanowczości. Już sam kontakt z koniem ma dobroczynne działanie na osoby z różnymi zaburzeniami natury psychicznej bądź autyzmem oraz zwykle znakomicie wpływa na psychikę dziecka. Warto więc pomyśleć, czy nie zainteresować jeździectwem również swoich pociech.

 

W Polsce panują bardzo dobre warunki do wycieczek konnych i nauki jazdy. Choć sezon nie trwa przez cały rok, w zimie można korzystać z krytych ujeżdżalni. Kto nie chce czekać na koniec zimy, powinien zdecydować się na wyjazd do kraju o bardziej sprzyjającym klimacie. Wybór jest naprawdę ogromny. W tym wydaniu magazynu All Inclusive przedstawiamy Państwu kilka, naszym zdaniem, wartych rozważenia propozycji.

 

POLSKIE TRADYCJE

 

Za najbardziej znane w Polsce miejsce związane z hodowlą wierzchowców i jeździectwem uchodzi bez wątpienia Stadnina Koni Janów Podlaski, która znajduje się w miejscowości Wygoda (pod Janowem Podlaskim). Słynny ośrodek obchodzi w tym roku swoje 200-lecie, gdyż istnieje od 1817 r. (to najstarsza państwowa polska stadnina). Hoduje się tu przede wszystkim konie czystej krwi arabskiej i półkrwi angloarabskiej. Trafiają one na aukcje przyciągające kupców z kraju i zagranicy (na czele ze słynną Pride of Poland, która odbędzie się w tym roku w dniach 11–14 sierpnia). Stadninę można zwiedzać z przewodnikiem. Uwagę przyciągają szczególnie stajnie Czołowa i Zegarowa zaprojektowane przez architekta Henryka Marconiego (1792–1863). Poza tym ośrodek oferuje przejażdżki bryczką lub wozem oraz możliwość jazdy konnej dla początkujących i zaawansowanych. Przy okazji wizyty w tym malowniczym miejscu warto zajrzeć do samego Janowa Podlaskiego. Na zainteresowanie zasługują w nim: zabytkowy pałac biskupów łuckich (dziś 4-gwiazdkowy luksusowy hotel Zamek Biskupi Janów Podlaski należący do Grupy Arche), barokowy Kościół Świętej Trójcy z nagrobkiem biskupa, historyka i poety Adama Naruszewicza (1733–1796) czy… stacja benzynowa z ręcznymi dystrybutorami paliw z 1928 r.

 

Miłośników koni przyciąga też warszawski Tor Wyścigów Konnych Służewiec. Otwarto go 3 czerwca 1939 r., a obiekt zaprojektował w przeważającej części architekt Zygmunt Plater-Zyberk (1901–1978). Dziś gonitwy odbywają się w weekendy. Wejście na trybuny jest płatne (do strefy B dzieci do lat 18 wchodzą bezpłatnie). Oprócz oglądania wyścigów i kibicowania można także obstawiać wyniki. Wizyta na torze bywa więc często bardzo emocjonującym przeżyciem.

 

WŚRÓD MAZURSKICH ŁĄK

 

Kto chciałby połączyć pasję jeździecką z wakacyjnym wypoczynkiem na łonie przyrody, powinien zajrzeć na Mazury. Wśród tutejszych łąk, zielonych pagórków i urokliwych jezior da się zapomnieć o szarej codzienności. Mniej więcej 10 km od miasta Bartoszyce znajduje się świetne miejsce na dłuższy bądź krótszy pobyt z przyjaciółmi lub rodziną – Pałac i Folwark Galiny. Dawną posiadłość rodziny zu Eulenburgów otacza zadbany park w stylu angielskim. W jej pobliżu położone są stawy nad rzeką Pisą. W sumie do obiektu należy aż 300-hektarowy malowniczy teren z lasami, łąkami i pastwiskami. Serce majątku stanowi XVI-wieczny renesansowy pałac. Jest on połączony z wozownią, oficyną, budynkiem z basztami i oranżerią. Wewnątrz tego zespołu leży reprezentacyjny dziedziniec z gazonem karminowych róż. W pobliżu wznosi się spichlerz z wieżą z zegarem, kuźnia i inne zabudowania folwarczne. Dla gości przeznaczono pokoje w pałacu i XIX-wiecznym folwarku. Poza tym znajduje się tu stadnina (działająca od 1998 r.), w której hoduje się konie sportowe rasy holsztyńskiej i westfalskiej. Do użytku oddano krytą ujeżdżalnię i plac z przeszkodami (parkur). Chętni mogą trenować pod okiem profesjonalnych instruktorów. Dla osób początkujących organizuje się lekcje wprowadzające. Doświadczeni jeźdźcy też nie będą się nudzić – oprócz doskonalenia swoich umiejętności wybiorą się na dłuższą przejażdżkę po przepięknej okolicy albo spróbują swoich sił w skokach przez przeszkody. Dzieciom spodoba się na pewno nauka powożenia lekką bryczką ciągniętą przez kuce szetlandzkie. Z równie sympatycznymi stworzeniami zapoznają się na tutejszej Farmie Zwierząt Miniaturowych. Wizyta na tej ostatniej ma również charakter edukacyjny – najmłodsi dowiedzą się w jej trakcie, jak zajmować się małymi kozami czy owcami.

 

Osoby chcące urozmaicić sobie pobyt w Pałacu i Folwarku Galiny innymi aktywnościami mogą pograć w tenisa na jednym z dwóch profesjonalnych kortów (od kwietnia do października), wybrać się na wycieczkę rowerową lub marsz z kijkami do nordic walkingu. Siły pomoże nam odzyskać smaczny posiłek podawany w dwupoziomowej gospodzie we wspomnianym zabytkowym spichlerzu. Potrawy przyrządza się tu z lokalnych produktów i ekologicznych upraw. Po całym dniu warto natomiast zrelaksować się w tradycyjnej ruskiej bani.

 

NAD MALOWNICZĄ RZEKĄ

 

Konno pojeździmy także w województwie mazowieckim. Mniej więcej 50 km od Warszawy leży malownicza Dolina Pilicy, a w jej sąsiedztwie – Puszcza Stromecka z licznymi rezerwatami. W tej okolicy, w Warce działa 4-gwiazdkowy Hotel Sielanka nad Pilicą. Należący do niego teren ma powierzchnię ponad 100 ha i znajduje się na obszarze ochrony przyrody Natura 2000. Funkcjonuje tu ośrodek jeździecki Farma Sielanka wyróżniony certyfikatem Polskiego Związku Jeździeckiego I kategorii. Wyposażono go w dwie kryte ujeżdżalnie i profesjonalny parkur o wymiarach 120 x 60 m ze sportowym, zdrenowanym podłożem. Do dyspozycji są też komplety przeszkód skokowych i zaprzęgowych oraz czworobok. To odpowiednie miejsce zarówno dla osób początkujących, jak i doświadczonych. W ośrodku skorzystamy z lekcji indywidualnych i grupowych na każdym poziomie zaawansowania. Ci, którzy czują się pewnie w siodle, mogą wyruszyć na wyprawę konną po okolicy i w ten sposób zwiedzić przepiękny rejon Doliny Pilicy. Farma Sielanka zaprasza w swoje gościnne progi także dzieci. Przygodę z jeździectwem mogą one zacząć od kucyków lub koników polskich. W weekendy odbywają się spotkania ABC Miłośnika Koni, podczas których najmłodsi dowiadują się wielu cennych informacji o tych zwierzętach i zwiedzają stajnie. Dla chętnych przygotowano możliwość skorzystania z przejażdżki bryczką lub wozem konnym. Taką wycieczkę kończy piknik bądź ognisko z pieczeniem kiełbasek. Oprócz tego w ośrodku zatrzymamy się również z własnym wierzchowcem. 

 

Na Farmie Sielanka zobaczymy też, jak radzą sobie prawdziwi zawodowcy. Od ponad 10 lat w tym miejscu zmagają się ze sobą profesjonalni jeźdźcy. W 2007 r. odbyły się tu Mistrzostwa Świata w Powożeniu Zaprzęgami Parokonnymi, przez kilka sezonów goszczono Mistrzostwa Polski w Skokach przez Przeszkody. Do 2015 r. od wiosny do jesieni natomiast zawodnicy walczyli o Puchar Sielanki. Przygotowaniem tych imprez zajmowało się Stowarzyszenie Equisport. Obecnie organizuje ono na terenie Farmy Sielanka cykl Mazovia Equi Cup, na który składa się siedem weekendowych zawodów. Finał tych zmagań w 2017 r. zaplanowano na 23–24 września. Będzie mu towarzyszyć mnóstwo atrakcji: rodzinny piknik, promocja regionalnych produktów, w tym niezmiernie popularny ekobazar, gry i konkursy dla najmłodszych oraz widowiskowe pokazy sztuki jeździeckiej. Pojawią się też stoiska z rękodziełem artystycznym.

 

Aktywni goście w Hotelu Sielanka nad Pilicą mogą również wybrać się na spływ kajakowy szlakami o różnym stopniu trudności, wycieczkę na rowerach z tutejszej wypożyczalni i spacer z kijkami do nordic walkingu oraz pograć w siatkówkę plażową i badmintona. Na terenie obiektu funkcjonuje rekomendowany przez UEFA piłkarski kompleks treningowo-pobytowy. Zmęczeni emocjami odpoczniemy w centrum Sielanka Spa. Poddamy się w nim rozmaitym zabiegom kosmetycznym i relaksującym, odprężymy się w jacuzzi, saunie fińskiej czy łaźni parowej lub skorzystamy z krytego basenu z brodzikiem dla dzieci. 

 

SZLACHETNE KONIE HABSBURGÓW

 

Riders Stallions Spanish Riding School Stefan Seelig

Jeźdźcy z Hiszpańskiej Szkoły Jazdy w pałacu Hofburg w Wiedniu

© SPANISH RIDING SCHOOL/STEFAN SEELIG

 

Miłośnicy koni koniecznie powinni wyruszyć za granicę i to nie tylko w poszukiwaniu sprzyjającego klimatu do uprawiania sportu, lecz także żeby poznać jeździeckie tradycje innych krajów. Obowiązkowo trzeba zawitać do Wiednia, stolicy Austrii. W tym mieście działa Hiszpańska Szkoła Jazdy (Spanische Hofreitschule). To najstarsza wciąż istniejąca instytucja na świecie (już od ponad 450 lat!), która kultywuje dawne, klasyczne formy wyższej sztuki jeździeckiej. Jej dorobek doceniła organizacja UNESCO – Hohe Schule (wyższą szkołę jazdy) i klasyczny styl jazdy konnej wpisano w grudniu 2015 r. na Listę Reprezentatywną Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości. Spanische Hofreitschule słynie ze wspaniałych pokazów w barokowych wnętrzach wiedeńskiego pałacu Hofburg. To chyba najpiękniejsza hala jeździecka świata. Początkowo lekcje jazdy konnej pobierali w niej młodzi przedstawiciele arystokracji i członkowie rodziny panującej. Występy wierzchowców i ich jeźdźców oglądał jedynie dwór monarchy. Dziś słynne siwe konie lipicańskie (lipicanery) występują przed dużo większą publicznością. Jeśli nie uda nam się zdobyć biletów na ten zachwycający balet, mamy jeszcze jedną możliwość podziwiania gracji tych wyjątkowych stworzeń. Od godz. 10.00 do 12.00 odbywają się w szkole poranne ćwiczenia przy akompaniamencie muzyki. Można ją w tym czasie odwiedzić i przyjrzeć się treningowi, a poza tym zwiedzić m.in. zabytkowe stajnie. 

 

Skoro o lipicanach już mowa, nie sposób nie przybliżyć nieco tej rasy. Wyhodowano ją w wiosce Lipica, obecnie leżącej w granicach Słowenii. Krzyżowano tu miejscowe karstery z końmi hiszpańskimi i neapolitańskimi. Hodowla powstała w 1580 r. z inicjatywy arcyksięcia austriackiego Karola II Styryjskiego (1540–1590) w pałacowych budynkach należących do rodziny Habsburgów. Rasa, której wykształcenie datuje się mniej więcej na drugą połowę XVIII w., znajduje się pod ochroną Międzynarodowej Federacji Lipicanerów (Lipizzan International Federation). Pochodzące stąd ogiery i klacze sprzedaje się dzisiaj do wielu krajów na świecie. Co ciekawe, młode konie lipicańskie mają ciemne umaszczenie (czarne lub czarnobrązowe) i dopiero z wiekiem ich sierść nabiera białoszarego koloru.

 

Słoweńska Stadnina Lipica (Kobilarna Lipica) zajmuje się obecnie nie tylko hodowlą. Działa w niej także ośrodek jeździecki. Można tu wziąć udział w kursie dla jeźdźców, wybrać się na wyprawę w teren na końskim grzbiecie czy przejażdżkę bryczką ciągniętą przez lipicany. Oprócz tego mamy szansę obejrzeć pokazy lipicańskiej szkoły jazdy. Stadnina udostępniona jest do zwiedzania. W jego trakcie przyjrzymy się też treningowi lipicanerów. W ofercie są również specjalne programy dla rodzin z dziećmi. W tutejszym muzeum (Muzej Lipikum) dzięki interaktywnej wystawie poznamy historię tej słynnej rasy. Warto wspomnieć, że Stadnina Lipica leży w niezmiernie malowniczej okolicy, a na jej terenie odbywają się także rozmaite zawody, np. w powożeniu bryczką.

 

TANIEC HISZPAŃSKICH RUMAKÓW

 

PF TOSCANA 0118

Widowiskowe parady i pokazy zręcznościowe przed wyścigiem Palio di Siena

© FOTOTECA ENIT/GINO CIANCI

 

Osoby interesujące się tradycyjnym jeździectwem muszą odwiedzić też hiszpańską Andaluzję. W mieście Jerez de la Frontera, położonym niedaleko Kadyksu (ok. 35 km), znajduje się Królewska Andaluzyjska Szkoła Sztuki Jeździeckiej (Real Escuela Andaluza del Arte Ecuestre). Działa ona w kompleksie XIX-wiecznego eklektycznego pałacu pod nazwą Recreo de las Cadenas (inaczej Palacio de Abrantes). W XV stuleciu miejscowi kartuzi zajmowali się hodowlą szlachetnej rasy (caballo cartujano), którą dziś zwie się końmi andaluzyjskimi (po hiszpańsku to Pura Raza Española, czyli Czysta Rasa Hiszpańska), a kiedyś określało się mianem dzianetów. Królewską Andaluzyjską Szkołę Sztuki Jeździeckiej można zwiedzać. Program pełnej wizyty obejmuje oglądanie treningu w krytej ujeżdżalni i odwiedziny w obiektach należących do instytucji, w tym stajni, siodlarni, Muzeum Powozów (Museo del Enganche) czy Muzeum Sztuki Jeździeckiej (Museo de Arte Ecuestre). Jednak największą atrakcją placówki są niewątpliwie pokazy pod tytułem Jak tańczą konie andaluzyjskie (Cómo Bailan los Caballos Andaluces). Jeźdźcy występują na nich w tradycyjnych XVIII-wiecznych strojach i przy akompaniamencie hiszpańskiej muzyki wykonują rozmaite układy choreograficzne, podczas których wierzchowce prezentują różne figury i rodzaje chodu. Taki spektakl doceniają nawet osoby nie pasjonujące się jazdą konną. Poza tym Real Escuela Andaluza del Arte Ecuestre oferuje kilka rodzajów kursów, także dla profesjonalistów chcących rozwijać swoje umiejętności.

 

Co roku w maju w Jerez de la Frontera odbywa się Feria del Caballo (w 2017 r. organizowana była od 13 do 20 maja). Ten popularny andaluzyjski festiwal przyciąga wielu turystów. W jego trakcie w Parku Gonzáleza Hontorii (Parque González Hontoria) funkcjonują knajpki zwane casetas serwujące regionalne potrawy i trunki. Obejrzymy tu również pokazy flamenco i – oczywiście – końskie rewie i pochody. Natomiast mniej więcej miesiąc wcześniej w leżącej na północ stąd Sewilli (ok. 95 km) przez tydzień trwa Feria de Abril. To niesamowite święto folkloru i tradycji. Na ulicach miasta spotyka się wtedy powozy z zaprzęgniętymi do nich udekorowanymi końmi. Na arenie walk byków Plaza de toros de la Real Maestranza de Caballería de Sevilla odbywa się z kolei konkurs w powożeniu Exhibición de Enganches. Sama Andaluzja stanowi znakomity region na wyprawy konne. Działa w niej wiele ośrodków jazdy, a podczas wycieczek podziwia się wspaniałe krajobrazy oraz widoki na Ocean Atlantycki czy Morze Alborańskie. Ze względu na sprzyjający klimat na wczasy w siodle można wybrać się tutaj praktycznie przez cały rok, choć w lecie upały mogą dawać się we znaki.

 

PRZEZ WŁOSKIE WZGÓRZA I WYSPY

 

W Europie w poszukiwaniu tradycji jeździeckich warto udać się też do pełnej magii włoskiej Toskanii. Chyba najbardziej znanym miejscem z nimi związanym jest w tym regionie Siena. W tym mieście dwa razy do roku (2 lipca i 16 sierpnia) odbywa się słynny wyścig Palio di Siena na cześć Matki Boskiej. Jego uczestnicy na grzbietach koni w szaleńczym cwale okrążają centralny rynek Piazza del Campo, przy którym wznosi się charakterystyczna XIV-wieczna wieża – Torre del Mangia. Il Palio stanowi kulminację uroczystych obchodów uświetnianych przez parady, pochody i zawody organizowane dla drużyn reprezentujących 17 sieneńskich dzielnic (contrade).

 

Oprócz podziwiania widowiskowych zmagań w Sienie w rejonie Toskanii można po prostu pojeździć konno. Idealnie nadaje się do tego malowniczy region Chianti. Trasy tzw. wypraw trekkingowych wiodą przez zielone wzgórza, lasy i mosty przerzucone przez rzeki. Po drodze mamy szansę podziwiać zabytkową architekturę. Dłuższą wycieczkę warto więc połączyć ze zwiedzaniem ciekawych atrakcji w okolicy. Można także zaplanować wakacyjny pobyt w Toskanii i urozmaicić go jednodniowymi wypadami w teren na koniu. Ta druga wersja bardziej sprzyja delektowaniu się najsłynniejszym produktem regionu, czyli wyśmienitym winem chianti. Po dłuższej degustacji tego szlachetnego trunku nie polecamy kontynuowania konnej przejażdżki.

 

Ciekawą propozycją w tej części kraju jest również wizyta na niezmiernie malowniczej Elbie, należącej do Wysp Toskańskich. Na tym niewielkim lądzie w kształcie ryby, położonym między wybrzeżem kontynentalnych Włoch a francuską Korsyką, działają stadniny oferujące jazdę na koniu w terenie. Wyjazd tutaj najlepiej zaplanować w okresie letnim, gdyż wówczas w pełni skorzystamy ze wszystkich uroków tego rejonu archipelagu. Dużą popularnością w tej okolicy cieszy się nurkowanie. Pod wodą znajduje się wiele ciekawych miejsc, na dnie spoczywają też wraki. Po wycieczce konnej orzeźwimy się kąpielą w morzu i odpoczniemy na plaży. Jeśli znudzimy się przemierzaniem wyspy na końskim grzbiecie, możemy wyruszyć na wyprawę trekkingową o własnych siłach. Na Elbie wytyczono wiele odpowiednich do tego szlaków.

 

Wielbiciele koni powinni zainteresować się także Sardynią. W centrum tej drugiej największej włoskiej wyspy (po Sycylii) leży płaskowyż zwany Giara di Gesturi. Żyją na nim niewielkie dzikie konie sardyńskie (cavallino della Giara). Nie wiadomo dokładnie, kiedy te zwierzęta pojawiły się na Sardynii, ale przypuszczalnie sprowadzili je Fenicjanie lub Grecy w V–IV w. p.n.e. Dziś biegają swobodnie po płaskowyżu i nie są bardzo płochliwe. Przyzwyczaiły się do widoku ludzi, którzy choć nie ingerują w ich życie, starają się utrzymać populacje koni i nie dopuszczać do krzyżowania się z innymi rasami. Górzysta Sardynia idealnie nadaje się poza tym na wakacje w siodle dla osób preferujących jazdę wśród zapierających dech w piersiach skalistych krajobrazów i wzniesień. Można na niej również odbyć przejażdżkę po plaży. W sąsiedztwie ośrodków jeździeckich znajdują się tu komfortowe hotele i apartamenty. Oprócz wypraw w teren oferta obejmuje też doskonalenie umiejętności pod okiem instruktora.

 

NIECO DALSZE PODRÓŻE

 

Kto marzy o słońcu i pięknych plażach, a jednocześnie chciałby nie tylko opalać się i kąpać w ciepłej wodzie, lecz także pojeździć konno, powinien polecieć na Wyspy Kanaryjskie. Na tym należącym do Hiszpanii archipelagu położonym u północno-zachodnich wybrzeży Afryki panuje łagodny klimat – zimy są tutaj dość ciepłe, a lata nieupalne. Takie warunki sprzyjają odbywaniu wycieczek na końskim grzbiecie i to praktycznie przez okrągły rok. Jeśli na jesieni poczujemy ogromny żal z powodu zakończenia się w Polsce sezonu jeździeckiego, rozważmy poważnie wyjazd na Wyspy Kanaryjskie. Na Lanzarote, gdzie organizuje się też przejażdżki na wielbłądach, w siodle będziemy przemierzać pustynne krajobrazy. Łatwo wyobrazić sobie w takiej sytuacji, że podróżuje się w karawanie sunącej przez afrykańską pustynię. Bardziej zróżnicowane otoczenie znajdziemy na Teneryfie, na której wznosi się wulkan Teide (3718 m n.p.m.) – najwyższy szczyt Hiszpanii. Są na niej trasy o różnym poziomie trudności i prowadzące zarówno wzdłuż górskich zboczy, jak i przez bujną roślinność czy w pobliżu wybrzeża. W stadninach można wykupić lekcje dla początkujących (w tym dla dzieci) i zaawansowanych. Na Teneryfie prowadzi się także zajęcia z hipoterapii. Na Gran Canarii popularnym rejonem na konne przejażdżki są okolice Maspalomas na południu wyspy. Działa tu m.in. ośrodek El Salobre Horse Riding oferujący jedno-, dwu- i trzygodzinne wycieczki. Leżąca najbliżej Afryki Fuerteventura słynie z kolei z przepięknych piaszczystych plaż i to właśnie po nich jeździ się na niej na koniach. Poza tym Wyspy Kanaryjskie stanowią prawdziwy raj dla miłośników sportów wodnych i pokrywają je liczne szlaki trekkingowe i rowerowe. Są więc znakomitym rejonem na aktywny wypoczynek.

 

Jeżeli ktoś jest gotowy na więcej egzotyki, niech wybierze się pod szczyty Wielkiego i Małego Kaukazu, do gościnnej Gruzji. W tym kraju przemierza się konno prawdziwie dzikie tereny. Jeźdźcy na swojej drodze często przez długi czas nie spotykają żadnych innych ludzi, z oddali spoglądają na nich tylko ośnieżone wierzchołki gór. Jeśli trasa wyprawy prowadzi akurat po górskim grzbiecie, wokół rozpościerają się niesamowite widoki. W Gruzji propozycje dla amatorów jeździectwa oferują nierzadko po prostu właściciele koni, którzy jak wielu Gruzinów zajmują się usługami dla turystów. Co ciekawe, Polska również ma swój udział w rozpowszechnianiu takiej formy aktywności w tym kraju. Nasze Ministerstwo Spraw Zagranicznych w 2013 r. współfinansowało projekt Rozwój turystyki konnej i budowa lokalnej sieci partnerstwa w społecznościach wiejskich okolic Bordżomi w Gruzji, w ramach którego powstało Stowarzyszenie „Horse Tours Georgia” działające w rejonie rozległego Bordżomsko-Charagaulskiego Parku Narodowego w regionie Samcche-Dżawachetia. Zrzesza ono członków specjalnie szkolonych do organizacji wypraw na koniach, opieki nad turystami oraz poruszania się w terenie górskim i na obszarach chronionych. Można z nimi jeździć w sąsiedztwie miejscowości Bordżomi, Bakuriani i Atskuri.

 

DLA PRAWDZIWYCH KOWBOJÓW

 

Gauchos

Gauchos na bezkresnej argentyńskiej pampie

© INSTITUTO NACIONAL DE PROMOCIÓN TURÍSTICA DE ARGENTINA

 

Tym, którzy dysponują większym budżetem i odpowiednią ilością wolnego czasu, proponujemy jeszcze jedno miejsce na naszym globie, gdzie ludzie od lat korzystali z pomocy koni przy wypasie bydła na olbrzymich terenach. W wyniku tego wytworzyły się nawet konkretne zwyczaje. Mowa tu o Argentynie i południowoamerykańskich pasterzach gauchos przemierzających jej trawiaste równiny (pampy). Typowy dla nich napój, czyli yerba mate z liści ostrokrzewu paragwajskiego, stał się wyjątkowo popularny w kawiarniach na całym świecie. Nawet w Polsce wypijemy go w tradycyjnym naczyniu i z użyciem metalowej rurki zwanej bombillą. Gauchos stosowali ten napar, ponieważ działa on pobudzająco i zmniejsza uczucie głodu. Obecnie w Argentynie wyprawy konne (cabalgatas) inspirowane pracą pasterzy bydła cieszą się sporym zainteresowaniem wśród turystów. Nie ma w tym zresztą nic dziwnego – marzeniem niejednego miłośnika wycieczek w siodle jest pokonywanie bezkresnych przestrzeni, które ogranicza jedynie położona niezmiernie daleko linia horyzontu. Po dniu spędzonym na jeździe towarzysze siadają wspólnie przy ognisku i raczą się wyśmienitą pieczoną argentyńską wołowiną…

 

W Argentynie korzysta się często z rasy koni criollo, a to ze względu na dużą wytrzymałość tych zwierząt. Oprócz krainy zwanej Pampą warto wybrać się tu do Patagonii, gdzie wciąż znajdują się rozległe niezamieszkałe przez ludzi tereny, a przyroda jest naprawdę dziewicza. Tą pociągającą wizją pora zakończyć nasz subiektywny przegląd miejsc odpowiednich na wyprawy konne. Mamy nadzieję, że zachęci on Państwa, drodzy Czytelnicy, do zaplanowania własnej wspaniałej wycieczki.

Artykuły wybrane losowo

Filipiny – kraj tysięcy wysp

DARIUSZ METEL

 

<< Ten przepiękny, malowniczy kraj o powierzchni 300 tys. km2 leży w Azji Południowo-Wschodniej, na Oceanie Spokojnym. Od północy oblewają go wody cieśniny Luzon, a od północnego zachodu – Morza Południowochińskiego. Z kolei na wschodzie rozciąga się Morze Filipińskie. Na południu i południowym zachodzie natrafimy zaś na morza Celebes i Sulu. >>

W archipelagu, na którym położone są Filipiny, jest aż 7107 wysp pochodzenia wulkanicznego, z czego 880 pozostaje zamieszkanych. To jeden z najbogatszych obszarów na świecie pod względem bioróżnorodności. Okoliczne wody kryją przepiękne rafy koralowe i rzadkie gatunki egzotycznych ryb. Turystom ten kraj kojarzy się przede wszystkim z rajskimi plażami z białym piaskiem i lazurowym morzem.

 

Wzgórza Czekoladowe pokrywa gęsta trawa

© Philippine Department of Tourism/David Hettich, Tobias Hauser

 

Filipiny mają ponad 106 mln mieszkańców, niestety, nie należą do bogatych państw, ale wciąż się rozwijają. Ze względu na położenie geograficzne występują tu tajfuny. Nie zniechęca to jednak turystów, z każdym rokiem przybywa ich coraz więcej. Stolicą kraju jest Manila – jedna z największych metropolii na świecie (w granicach obszaru metropolitalnego żyje ok. 13 mln ludzi). Znajdują się w niej m.in. dzielnice biznesowe (Makati) i turystyczno-rozrywkowe (Ermita). Mimo nowoczesnego charakteru miasta nadal można natknąć się w nim na slumsy, zwłaszcza w dzielnicy Tondo.

 

KRAJ W PIGUŁCE

Przygodę z Filipinami koniecznie trzeba zacząć od mojego numeru jeden – wyspy Bohol. Leży ona w samym sercu obszaru administracyjnego Visayas. Stąd promem można dotrzeć na Camiguin, Siquijor, Cebu czy do miasta Dumaguete na Negros. Słyszałem, iż o Bohol mówi się, że to Filipiny w pigułce, ponieważ mamy tutaj wszystkiego po trochu. Na wyspie poznamy kulturę i historię kraju, odpoczniemy na piaszczystych plażach, ponurkujemy z delfinami, wybierzemy się na wycieczkę w celu obserwowania dzikich zwierząt oraz spróbujemy przepysznych, tradycyjnych filipińskich dań. Poza tym spotkamy na niej także otwartych, pomocnych i radosnych Filipińczyków.

                Warto tu udać się w okolice Wzgórz Czekoladowych. Składa się na nie ok. 1270 kopców o bardzo regularnych kształtach, porośniętych trawą. Mniej więcej 30 km na wschód od stolicy wyspy, miasta Tagbilaran, leży miejscowość Loboc. Przepływa przez nią rzeka o tej samej nazwie, po której pływają łodzie przerobione na restauracje. Uczestnicy rejsu przy lokalnej muzyce zajadają się filipińskimi przysmakami. Na pokładzie podaje się kurczaka adobo, owoce morza, ryż, przeróżne ryby, wieprzowinę i – oczywiście – owocowe desery. Jeśli łódź udaje się w głąb tropikalnego lasu, podczas zachodu słońca pasażerowie mają dużą szansę, żeby zobaczyć tysiące świetlików. Nad tą rzeką Francis Ford Coppola kręcił sceny do swojego dramatu wojennego Czas apokalipsy (1979 r.).

Pięknym miejscem jest błękitny wodospad Mag-Aso koło miasteczka Antequera. W upalne dni warto zanurzyć się w jego wodach, aby nieco się ochłodzić. Jeśli ktoś chce poczuć dreszczyk emocji, może pójść w ślady miejscowych i skoczyć na główkę z wysokiego na 10 m brzegu.

Osobom lubiącym aktywny wypoczynek spodoba się Danao Adventure Park. Do wyboru są tu takie atrakcje jak zwiedzanie jaskiń, wspinaczka po korzeniach na klifie, ślizg nad wąwozem czy skok wahadłowy. Wszystko to możliwe jest dzięki naturalnemu ukształtowaniu terenu. Poza tym od września do lutego można też popływać z rekinami wielorybimi w okolicy miasteczka Oslob na pobliskiej wyspie Cebu. Na Bohol za wielką atrakcję turystyczną uchodzi również sanktuarium wyraków filipińskich (tarsjuszy), w którym spotkamy się oko w oko z tymi jednymi z najmniejszych małpiatek na świecie.

 

SAM ŚRODEK RAJU

Na przepięknej, piaszczystej wysepce Pamilacan bungalow wynajmiemy już za równowartość 60 złotych za dobę (oczywiście, standard zakwaterowania można podnieść przy wyższej opłacie). W cenę wliczone są śniadanie, kolacja, niezliczona ilość tropikalnych owoców oraz świeżych ryb i owoców morza, takich jak ośmiornice czy krewetki. Plaża jest zupełnie bezludna. Można na niej znaleźć wspaniałe, duże, kolorowe muszle. Za atrakcję turystyczną uchodzą tutaj czarne jeżowce, które smakują jak słona ikra.

Od niedawna prąd na Pamilacan zapewniają baterie słoneczne. Niestety, ze względu na brak dostępu do wody pitnej nieliczni mieszkańcy (ok. 2 tys.) muszą przywozić ją z miasta Baclayon na wyspie Bohol. Poza bungalowami i zabudowaniami mieszkalnymi znajduje się tu też kościół, sąsiadujący z ruinami ponad 200-letniego hiszpańskiego fortu. Pamilacan to prawdziwa filipińska wieś. Wyspiarze hodują świnie, kozy, krowy, a nawet koguty. Wyspę pokrywa zielona trawa, wśród której rosną ogromne palmy.

 

PODZIEMNY ŚWIAT

W centrum wyspy Palawan leżą lasy namorzynowe i pola uprawne, na których rosną palmy kokosowe, kukurydza i ryż. Ona sama przyciąga bajecznymi krajobrazami i parkami zamieszkanymi przez dzikie zwierzęta. Wzdłuż linii brzegowej rozciągają się piaszczyste plaże oblewane krystaliczną wodą. W okolicy wyspy z całą pewnością warto udać się na nurkowanie. Widok tropikalnych raf koralowych jest nie do opisania. Inną wspaniałą rozrywką będzie tzw. island hopping. Taka wycieczka łodzią trwa cały dzień. Jej uczestnicy przemieszczają się z jednej plaży na drugą, z laguny do laguny. Po drodze koniecznie należy odwiedzić małą wioskę rybacką Sabang. To właśnie w tutejszym Parku Narodowym Rzeki Podziemnej Puerto Princesa (umieszczonym w 1999 r. na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO) płynie podziemna rzeka (Cabayugan), która ma długość 8,2 km (do zwiedzania udostępniono ok. 1,5 km). Za wstęp do wioski trzeba zapłacić. Można to zrobić już na miejscu lub niedaleko Puerto Princesa – głównego miasta wyspy, gdzie znajduje się lotnisko. Park został okrzyknięty w 2011 r. jednym z 7 Nowych Cudów Natury.

 

KRÓLESTWO PLAŻ

Na północy Palawanu położone jest blisko 50-tysięczne miasto El Nido. Ze względu na rozbudowaną ofertę noclegów cieszy się dużą popularnością wśród turystów. Mimo to zachowało swój lokalny charakter. Nadal nie można w nim płacić kartą i działa tu tylko jeden bankomat, dlatego przed przyjazdem lepiej zaopatrzyć się w gotówkę. W pobliżu miasta leży archipelag Bacuit, znajdujący się pod ochroną jako rezerwat przyrody. Wiele przewodników turystycznych uważa go za jedno z najpiękniejszych miejsc na świecie. Organizuje się na niego jednodniowe wycieczki (koszt w przeliczeniu to ok. 90 złotych), podczas których posiłek podaje się na rajskiej wysepce.

Szczególnie warto odwiedzić okoliczne plaże. Każda z nich jest nieco inna. Wąską plażę miejską w El Nido wypełniają stoliki. Trudno nie zauważyć licznych łódek, które cierpliwie czekają na turystów. Z całą pewnością nie da się tu odpocząć w ciszy i spokoju. Mimo to warto odwiedzić to miejsce, choćby po to, aby obejrzeć spektakularny zachód słońca, które chowa się za malowniczymi górami.

Corong-Corong też nie nadaje się na spokojne plażowanie. Plaża ta leży w południowej części miasta, niedaleko nowego terminalu autobusowego. Można wybrać się na nią na romantyczne spacery i drinka w jednej z nastrojowych knajpek.

Zupełnie inna jest Las Cabanas. To prawdziwa perełka wśród plaż na wyspie Palawan, idealna na leniwe wylegiwanie się na piasku, kąpiel w krystalicznie czystym morzu i długie spacery. Najlepiej odwiedzić ją rano, gdy bywa niemal pusta, a wokół panuje błoga cisza, oraz o zachodzie słońca, bo właśnie z niego słynie. Tę fenomenalną grę świateł i kolorów koniecznie trzeba zobaczyć.

Ogromną, piaszczystą plażę Duli oblewa turkusowa woda. Jej główną zaletą jest to, że turyści zbytnio jej nie oblegają. Znajdziemy tutaj za to kilka miejsc idealnych do uprawiania surfingu. Dlatego Duli warto polecić miłośnikom sportów wodnych.

Najpopularniejsza w tym rejonie Nacpan uchodzi również za najpiękniejszą. Znajduje się ona na północ od El Nido, bliżej Duli. Jest szeroka, piaszczysta, zachwyca czystą wodą. Niestety, zwykle goszczą na niej tłumy ludzi, ze względu na których zastawiono ją byle jakimi restauracjami. Dlatego można ją sobie odpuścić.

Prawdziwym rajem dla samotników będzie za to Papaya. Na tę plażę dostaniemy się jedynie drogą morską. Leży ona bardzo blisko El Nido. Ponieważ przypływa się na nią prywatną łodzią, można tu zostać tak długo, jak się pragnie.

 

Wyspa Coron koło Palawanu, z wapiennymi skałami

© Philippine Department of Tourism

 

NIEZNANY SKARB

Mało jeszcze znanym regionem Filipin są wyspy Caramoan (w regionie Bicol) rozsiane w pobliżu półwyspu o tej samej nazwie (części największej filipińskiej wyspy Luzon – ok. 110 tys. km² powierzchni). Zaczynają one jednak budzić coraz większe zainteresowanie wśród turystów. Rejon przypomina nieco El Nido, ale warto go polecić przede wszystkim z uwagi na fakt, że nie dociera tu aż tak wiele ludzi.

Caramoan potrafią zauroczyć. Zdecydowanie polecam spędzić czas na jednej ze spokojnych, białych plaż. Warto przyjrzeć się imponującym, wapiennym skałom i zanurzyć się w turkusowej wodzie, pod której powierzchnią można oglądać kolorowe morskie ryby. Tutaj z całą pewnością da się poczuć bliskość z naturą. Co ciekawe, właśnie w tej okolicy kręcono jedną z edycji amerykańskiej serii telewizyjnej Survivor.

Na Luzon wznosi się też Mayon (2463 m n.p.m.), należący do najpiękniejszych czynnych wulkanów na świecie. Jego szczyt ma kształt stożka. Można go zdobyć bez większego problemu (koszt całodniowej wyprawy z przewodnikiem wynosi 100 dolarów amerykańskich).

 

OSOBLIWA TRADYCJA

Na Filipinach za każdym razem odkryjemy coś nowego. Podczas jednej z moich licznych wycieczek w te strony miałem okazję zobaczyć, jak miejscowi obchodzą Wielkanoc.

                Mniej więcej 80 proc. Filipińczyków jest katolikami. W Wielki Czwartek w Manili rusza procesja z udziałem mężczyzn przebranych za apostołów. Kapłani odprawiają mszę Wieczerzy Pańskiej z obrzędem obmywania nóg. Następnie Filipińczycy z rodzinami i przyjaciółmi odwiedzają siedem kościołów. W takim właśnie momencie znalazłem się w filipińskiej stolicy. Atmosfera zbliżających się świąt była odczuwalna praktycznie na każdym rogu ulicy, gdzie ustawiono stoliki z figurkami Matki Boskiej i Jezusa, różańcami oraz świecami. Wokół klęczeli ludzie zanurzeni w modlitwie. Na twarzach przechodzących widniały szczere uśmiechy. Głośno rozmawiali i z radością oczekiwali zbliżającego się święta.

W Wielki Piątek, pomimo krytyki ze strony zwierzchników kościelnych, na Filipinach wciąż praktykuje się zwyczaj przybijania ochotników do krzyża. Filipińscy biskupi zaznaczają, że tradycje biczowania i krzyżowania w czasie Wielkiego Tygodnia mają korzenie w animizmie i nie są aprobowane przez Kościół katolicki. W ponad 300-tysięcznym mieście San Fernando w prowincji Pampanga na wyspie Luzon w ramach przygotowań do Wielkiego Piątku mieszkańcy na niewielkiej górze w okolicy ustawiają trzy duże krzyże (w dzielnicy San Pedro Cutud). Z tego miejsca ruszają biczujący się pokutnicy. Maszerują wąskimi uliczkami aż do centrum miasta, pod Katedrę Metropolitalną (Metropolitan Cathedral of San Fernando). W tym dniu na ogromnym placu spotyka się tłum wierzących. Oprócz nich są także ekipy telewizyjne, które przyjeżdżają z całego świata, żeby udokumentować to wydarzenie. Wokół placu stoją namioty z barami oraz punkty medyczne, w razie gdyby komuś trzeba było udzielić pomocy.

Typowy pokutnik przemierza trasę boso, trzymając w dłoniach półtorametrowy bicz, na którego końcu znajdują się krótkie, bambusowe patyczki. Biczuje się ok. 3 godz., raniąc plecy ociekające krwią. Mimo 37°C nie przerywa. Koło 13.00 do tysięcy ludzi zgromadzonych na placu w centrum miasta dołączają żołnierze, którzy prowadzą Jezusa wraz z Maryją. Zakończeniem pochodu jest ukrzyżowanie Zbawiciela – jego rolę odgrywa ochotnik. Wraz z nim zostaje ukrzyżowanych jeszcze 14 osób. Do drewnianych krzyży mocuje się metalowe dyby, wzdłuż których mocno i energicznie rozciąga się ręce pokutników. Nie jest to zwyczajne przedstawienie. Słychać krzyki wiernych i obserwujących. Podczas stawiania krzyża w pionie w tłumie rozlega się płacz, czuć wielkie poruszenie. Ludzie na nowo przeżywają mękę Jezusa.

Wielkopiątkowe ukrzyżowania pierwotnie były rytuałem katolickim, jednak na przestrzeni lat zamieniły się w spektakl, który przyciąga tysiące turystów. Choć praktyk tych Kościół nie pochwala i uważa je za wypaczenie wiary, dotychczas nie udało się położyć im kresu. To widowisko wywiera ogromne wrażenie na oglądających, bo wygląda wyjątkowo realnie. Z tego powodu na długo zapada w pamięć. Filipińska tradycja krzyżowania ochotnika nie jest długa. W latach 80. XX w. pewien Filipińczyk, Ruben Enaje, spadł z drabiny przy rusztowaniu i przeżył upadek. Uznał to za cud, postanowił więc podziękować Bogu za uratowanie mu życia. Podczas wielkopiątkowych obchodów w 1985 r. wziął ciężki drewniany krzyż na swoje barki i udał się na górę, gdzie po raz pierwszy dał się ukrzyżować. Zwyczaj trwa do dziś, a Ruben Enaje krzyżuje się co roku w Wielki Piątek, a wraz z nim ok. 20 innych osób.

Ochotnicy przybijani do drewnianych krzyży podczas corocznych obchodów Wielkiego Piątku
© Dariusz Metel

POJEDYNEK KOGUTÓW

Z kolei w mieście Puerto Princesa na Palawanie można odwiedzić wielką, profesjonalną arenę do walk kogucich. Według filipińskiej tradycji każdy mieszkaniec kraju powinien posiadać koguta. Nie chodzi tutaj o kwestie żywieniowe, ale o szacunek sąsiadów. Im lepszy ptak (champion), tym większe poważanie wśród miejscowych. Sabong, czyli walki kogutów, to prawdziwy sport. Oprócz dostarczania oczywistych emocji pozwala też zarobić. Rozgrywki są traktowane niezmiernie poważnie, za wygrany pojedynek można dostać równowartość 75 złotych. Dla Filipińczyków to naprawdę spora kwota. Walka trwa średnio kilkanaście minut – jeśli podczas pierwszych dziesięciu koguty nie zaczynają walczyć, uznawana jest za nieważną.

Zanim jednak ptak stanie na ringu, wymaga specjalnego przygotowania, tzw. uzbrojenia. Do jego nóg przymocowuje się specjalne ostrza, czyli tore, które stają się dodatkową bronią w walce. Kogut przy wyskoku zadaje cios tym ostrzem i tak pokonuje przeciwnika. Zdarzają się bardzo zaciekłe, krwawe potyczki, wtedy nawet sam sędzia, który z bliska śledzi cały pojedynek, musi uważać na swoje bezpieczeństwo.

 

Soczyście zielone tarasy ryżowe znajdujące się w Banaue na wyspie Luzon

© Philippine Department of Tourism

 

POLA NA ZBOCZACH

Podczas opisywania Filipin, nie można zapomnieć o spektakularnych polach ryżowych. W trakcie podróży po tym kraju trzeba je koniecznie zobaczyć.

Jedne z nich znajdują się w okolicy Banaue (w północnej części wyspy Luzon). Zabudowania tego górskiego miasteczka skupione są praktycznie wzdłuż jednej, długiej ulicy. Na centralnym placu stoją kolorowe jeepneye, czyli zmodyfikowane modele jeepa, i mnóstwo trójkołowych rowerów. Blaszane domy nie robią wrażenia na turystach. Uwagę przyciągają liczące aż ok. 2 tys. lat, przepiękne, soczyście zielone tarasy ryżowe, które uchodzą za ósmy cud świata. Uważa się, że ludzie zbudowali je, nie używając maszyn, co czyni je wyjątkowym obiektem. Leżą na pokrytych bujną roślinnością zboczach górskich.

W prowincji Ifugao znajduje się w sumie pięć tarasów ryżowych (w Kordylierach Filipińskich – Batad i Bangaan – oba w Banaue, a także Mayoyao w Mayoyao, Hungduan w Hungduan i Nagacadan w Kiangan), które wpisano w 1995 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Widoki w ich okolicach zapierają dech w piersiach. Można tutaj podziwiać wspaniały, ok. 30-metrowy wodospad Tappiya, w którego wodach warto ochłodzić się po podróży z oddalonej o mniej więcej 30 minut drogi wioski Batad. Niestety, to malownicze miejsce jest bardzo oblegane przez turystów.

 

WISZĄCE TRUMNY

Filipiny to nie tylko rajskie plaże i turkusowa woda, ale również piękne góry. Najsłynniejszą górską miejscowością jest Sagada. Swoją popularność zawdzięcza przede wszystkim tajemniczym jaskiniom i wiszącym trumnom. Niecodzienny sposób chowania zmarłych zapoczątkowała ludność Igorot (Cordillerans), która zamieszkuje północne tereny Luzonu. Zwyczaj głosi, że każdy powinien za swojego życia własnoręcznie wykonać trumnę z jednego kawałka drewna, aby po śmierci zostać w niej pochowany. Zmarłych zawijano w koce i obwiązywano liśćmi rattanu. Rodzina i przyjaciele nieśli później tak przygotowane zwłoki pod skały. Tam owinięte ciało układano w trumnie w pozycji embrionalnej. Wierzono, że skoro człowiek w takiej pozycji przyszedł na świat, to i w tej samej powinien z niego odejść. Trumna po zamknięciu była umieszczana na wcześniej przygotowanym miejscu na skale, wnoszono ją po drabinie. Według wierzeń dzięki usytuowaniu ciała na wysokości zmarły miał bliżej do nieba. Inna hipoteza mówi, że takie nietypowe umieszczanie zwłok stanowiło nagrodę za godne życie.

Podczas wizyty w Sagadzie trzeba także zobaczyć pobliskie, połączone ze sobą jaskinie: Lumiang i Sumaguing. W pierwszej z nich również chowano zmarłych. W ciemnych, podziemnych komorach znajduje się ponad 100 drewnianych skrzyń z ciałami, które mają po kilkaset lat. Należy jednak pamiętać, że jaskinie można zwiedzać tylko z przewodnikiem. Dobrze też zabrać buty na zmianę, ponieważ w środku zbiera się dużo wody. Poza tym koniecznie trzeba wziąć ze sobą latarkę. Jaskinie są ogromne. Do wejścia prowadzą długie, strome, kamienne schody. Należy na nich bardzo uważać, aby się nie przewrócić. Stopnie są wilgotne od spadających na nie kropel wody.

Obszerna Jaskinia Pogrzebowa Lumiang (Lumiang Burial Cave) wyróżnia się ładnymi korytarzami z pojedynczymi naciekami. Podczas jej zwiedzania będziemy zmuszeni często pochylać się i przeciskać przez zwężenia. Jaskinia jest jednak całkiem łatwa do przejścia, a wędrówka po niej to przyjemność.

Sumaguing ma inny charakter korytarzy. Są one większe, zdobi je także więcej nacieków. Na samym końcu znajduje się piękna, kilkumetrowej wysokości formacja naciekowa przypominająca szeroki, zamrożony wodospad.

 

PRZYDATNE INFORMACJE

Przed wyjazdem na Filipiny warto dowiedzieć się kilku rzeczy. Bezpłatną wizę, ważną przez 30 dni, turyści otrzymują na lotnisku – pracownik wbija ją do paszportu po przylocie na miejsce (paszport musi być ważny jeszcze przynajmniej sześć miesięcy). Aby ją dostać, trzeba okazać bilet na wyjazd z Filipin (powrotny do Polski lub do innego kraju). Jeśli nie będziemy go mieć, nie zostaniemy przepuszczeni przez granicę. Największe i najważniejsze filipińskie lotnisko – Międzynarodowy Port Lotniczy Ninoy Aquino – znajduje się w rejonie Manili.

                Jako turyści możemy korzystać z polskiego prawa jazdy przez cztery tygodnie. Po ich upływie powinno się wyrobić lokalne pozwolenie na prowadzenie pojazdów. Przed wyjazdem na Filipiny nie trzeba szczepić się profilaktycznie przeciw żadnym chorobom. Jeśli wybieramy się tu w sezonie (od grudnia do maja), powinniśmy zarezerwować sobie miejsca noclegowe przed przybyciem. Poza sezonem zwykle nie ma problemów ze znalezieniem zakwaterowania już po przylocie. Do wyboru są hotele, hostele i mniej liczne obiekty typu guesthouse (domki gościnne). Zanim zdecydujemy się na jakieś miejsce, powinniśmy sprawdzić, jaki oferuje standard.

 

W DRODZE DO RAJU

Filipiny to idealne miejsce na wakacje. Podróż do tego kraju jest jak ucieczka do raju, gdzie odkrywa się nowy, nieznany świat i… samego siebie. Tutaj można wyjść poza swoją sferę komfortu, docenić piękno przyrody i wartość życia. Wycieczka na Filipiny pozwala oderwać się od rzeczywistości. Ten kraj stanowi wielką mozaikę kultur, dlatego przypadnie do gustu turystom zmęczonym popularnymi kurortami nastawionymi na europejskich urlopowiczów.

Jednak jak każde miejsce na ziemi i to również ma swoje ciemniejsze strony. Znajdziemy tu nie tylko bezludne wyspy i soczyste arbuzy. Natkniemy się także na niewyobrażalne ilości śmieci w największych miastach i spotkamy smutne spojrzenia bezdomnych dzieci śpiących na ulicy. Filipiny są piękne, ale i pełne sprzeczności. Dlatego przed wyjazdem na nie należy przemyśleć swoje nastawienie do podróży. Do tego kraju trzeba podejść świadomie, być przekonanym o tym, że chce się do niego pojechać. W wycieczce na rajskie plaże Filipin chodzi o coś głębszego niż odhaczenie kolejnego punktu z listy marzeń. To miejsce potrafi rozkochać w sobie, ale umie też zawieźć, szczególnie osoby nastawione na idealne wakacje. Jednak po kilku dniach pobytu tutaj zazwyczaj przestaje się zwracać uwagę na niedogodności. Zapomina się również o stresie, codziennym pędzie, potrzebie posiadania coraz to nowych rzeczy. Podróż po Filipinach przede wszystkim skłania do refleksji na temat życia. W tym kraju prawdziwą przyjemnością jest delektowanie się smakiem kokosa i poznawanie zwykłych, szczerych ludzi. Problemy miejscowych, takie jak brak dostępu do wody pitnej czy prądu, także wydają się bardziej realne. Po pobycie na Filipinach człowiek zaczyna się zastawiać, na czym tak naprawdę mu zależy. W Europie mamy różne udogodnienia technologiczne i możliwość kupienia butów z najnowszych kolekcji projektantów, ale czy to pomaga nam w uczeniu się szacunku do ludzi? Na Archipelagu Filipińskim można nauczyć się akceptowania innych i samego siebie oraz tego, że w życiu chodzi o coś więcej niż konsumowanie dóbr.

 

Wydanie lato-jesień 2018

Wyprawy po Republice Południowej Afryki

KRZYSZTOF JAXA KWIATKOWSKI

 

<< Polakom z pokolenia będącego obecnie w średnim wieku Republika Południowej Afryki (RPA) kojarzy się z bajkowym snem o egzotycznym dobrobycie. Młodsi ludzie widzą ją raczej jako rozwijający się kraj pełen przygód i atrakcji, choć leżący na końcu świata. Dziś odwiedzają go miliony turystów, którzy wracają stąd zachwyceni. Przekonajmy się zatem, jak jest w rzeczywistości. >>

 

Spektakularny widok na Przylądek Dobrej Nadziei i plażę Diasa z Cape Point

© LISA BURNELL/CAPE TOWN TOURISM

 

RPA to kraj rozległy (ponad 1,22 mln km² powierzchni), z kilkoma strefami klimatycznymi i wegetacyjnymi, dostępem do dwóch oceanów (Atlantyckiego na zachodzie i Indyjskiego na wschodzie), pustyniami i sawannami, mnóstwem dzikich zwierząt we wspaniale urządzonych parkach narodowych i rezerwatach przyrody oraz wielkimi górami pokrytymi często śniegiem (na czele z Mafadi – 3450 m n.p.m. – w paśmie Gór Smoczych, najwyższym szczytem tego państwa na południowym krańcu Afryki). Duże, nowoczesne miasta, wyśmienita międzynarodowa kuchnia, perfekcyjna infrastruktura hotelowa i drogowa zachęcają do spędzenia tu wakacji. Całości obrazu dopełniają ciekawa, choć mocno zagmatwana, historia oraz grupy etniczne, spośród których kilka wciąż żyje w tradycyjny sposób. Kraj jest obecnie stosunkowo bezpieczny dla turystów, ale – co oczywiste – podczas wizyty w nim trzeba zachować zdrowy rozsądek, podobnie jak w każdym nieznanym miejscu na świecie. W dużych miastach nie należy spacerować samotnie po zmroku, a we wszystkich częściach RPA nie zaleca się zapuszczać do tzw. locations, czyli osiedli zamieszkałych przez czarnoskórych obywateli. Powszechnie używa się tutaj języka angielskiego, ale warto być przygotowanym, że w kilku prowincjach można się dogadać z lokalną społecznością wyłącznie w afrikaans (afrykanerskim). Ze względu na zróżnicowanie etniczne Południowoafrykańczyków nazywa się ich tęczowym społeczeństwem.

Zwiedzanie RPA zazwyczaj zaczyna się w jednym z dwóch największych miast: Johannesburgu lub Kapsztadzie (Cape Town). Rzadziej turyści lecą bezpośrednio do Durbanu albo Nelspruit (Mbombeli). Z czterech największych międzynarodowych lotnisk w kraju w dalszą podróż po nim można udać się samolotem bądź drogą lądową. RPA jest tak rozległa i bogata w różnorodne atrakcje, że nie da się jej zwiedzić w całości nawet w kilka tygodni. Zwykle więc podczas jednej wyprawy odwiedza się kilka wybranych miejsc.

 

MIASTO Z GÓRĄ STOŁOWĄ

Dla wielu osób Kapsztad to najpiękniejsze miasto na świecie. Z pewnością jest on miejscem niezwykłym. Stanowi wyjątkowe połączenie błękitu oceanu, nadbrzeżnych wysokich gór wyrastających tuż przy plaży i nowoczesnej architektury. To tutaj zdecydowana większość turystów rozpoczyna lub kończy przygodę z RPA. W mieście warto zrobić sobie bazę wypadową do wycieczek po okolicy.

Kapsztad (niemal 4 mln mieszkańców w obszarze metropolitalnym) jest rozległym ośrodkiem o niskiej zabudowie. Wyjątek stanowi ścisłe centrum, tzw. City Bowl, w którym wyrastają wysoko nowoczesne biurowce, hotele i apartamentowce. Reprezentacyjne dzielnice mieszkaniowe usytuowane są wzdłuż wybrzeża. Rozciągają się od plaż przy Table View na północy aż po słynne Nabrzeże Wiktorii i Alfreda (Victoria & Alfred Waterfront) – centrum komercyjne z piękną galerią handlową (zbudowaną w miejscu starych magazynów i doków portowych), licznymi hotelami i restauracjami. Tutaj prędzej czy później docierają wszyscy turyści odwiedzający Kapsztad. Stąd w kierunku południowym aż do piaszczystej plaży w Camps Bay biegną obszary z drogimi rezydencjami mieszkalnymi – Green Point, Sea Point i Clifton. Z nowoczesnymi rejonami wyraźnie kontrastują duże dzielnice imigrantów i biedoty, którzy swoje blaszano-kartonowe domy (tzw. shacks) budowali od kilku dekad wzdłuż autostrady, prowadzącej z lotniska do centrum miasta. Obecnie dzięki dużym publicznym nakładom finansowym tereny te są systematycznie przekształcane w gęste osiedla murowanych domków dla najbiedniejszych mieszkańców. Niemniej prawdziwe dzielnice ubogich wciąż istnieją na głębokich przedmieściach i do nich turyści nie powinni się zapuszczać.

W Kapsztadzie każdy znajdzie odpowiednie dla siebie miejsce zakwaterowania. Są tu hotele oferujące usługi na najwyższym światowym poziomie, średniej klasy hotele sieciowe, liczne obiekty typu B&B (bed and breakfast, niezmiernie popularne w RPA) i hostele. Najbardziej okazałe kompleksy znajdują się w centrum, w okolicach City Bowl oraz Nabrzeża Wiktorii i Alfreda. Obiekty B&B o dobrym standardzie rozmieszczone są w zasadzie na terenie całego miasta, ale najlepszą lokalizację mają te z obszarów Green Point i Sea Point oraz sąsiedztwa Gardens. Amatorzy gier hazardowych (i nie tylko!) powinni rozważyć zatrzymanie się w stylowym Grand Hotelu połączonym ze sporym kasynem (GrandWest Casino) i… krytym lodowiskiem, na którym można pojeździć na łyżwach.

Samo centrum Kapsztadu najlepiej zwiedzać pieszo. Tuż obok dzielnicy biurowej, przy placu Grand Parade znajduje się zabytkowy Ratusz Miejski (City Hall), z którego balkonu w 1990 r. Nelson Mandela (1918–2013) wygłosił swoje pierwsze publiczne przemówienie po opuszczeniu więzienia. Tutaj wznosi się również XVII-wieczny Zamek Dobrej Nadziei (Castle of Good Hope), mieszczący obecnie małe muzeum, a będący najstarszym zachowanym budynkiem kolonialnym w Afryce Południowej. W centrum warto też zobaczyć anglikańską Katedrę św. Jerzego (St. George’s Cathedral), sąsiadujący z nią kompleks budynków parlamentu (Houses of Parliament) i park The Company’s Garden. Podczas spacerów po mieście nie wolno ominąć dzielnicy Bo-Kaap, zwanej Dzielnicą Malajską (Malay Quarter). Na jej terenie znajdują się m.in. jeden z pierwszych meczetów powstałych w Kapsztadzie (Nurul Islam Mosque z 1844 r.), charakterystyczne ulice wyłożone brukiem i małe domy pomalowane na jaskrawe kolory. Z kolei szybka przechadzka Long Street, główną arterią City Bowl, pozwala poznać dawną kapsztadzką architekturę. Można tu także znaleźć kilka niezłych knajpek, pubów i klubów nocnych.

Niemal w sercu miasta wyrasta imponująca Góra Stołowa (Table Mountain, 1086 m n.p.m.). Na jej płaski szczyt prowadzi kilka szlaków. Można na niego również wjechać kolejką linową z okrągłymi wagonikami (Table Mountain Aerial Cableway), z których rozpościera się doskonały widok na okolicę – to jedna z największych atrakcji w Kapsztadzie. Na amatorów mocniejszych wrażeń czeka kilka technicznych dróg wspinaczkowych biegnących zboczami Góry Stołowej albo lot moto- lub paralotnią z jej wierzchołka. Na szczycie warto zostać dłużej. Można stąd podziwiać zapierające dech w piersiach widoki na miasto, port i pobliską Robben Island (wyspę w Zatoce Stołowej – Table Bay). Górę pokrywa formacja roślinna fynbos (południowoafrykański odpowiednik śródziemnomorskiej makii). Większości z występujących tu roślin nie spotyka się nigdzie indziej na świecie.

Osoby lubiące wyprawy trekkingowe powinny wybrać się na Głowę Lwa (Lion’s Head, 669 m n.p.m.). Oglądanie zachodu słońca z jej szczytu to doświadczenie jedyne w swoim rodzaju i na długo pozostanie w pamięci. Położone zaraz obok Wzgórze Sygnałowe (Signal Hill, 350 m n.p.m.) jest znakomitym miejscem na podziwianie panoramy miasta, szczególnie po zmroku, gdy Kapsztad ginie w blasku milionów świateł. Codziennie o 12.00 rozlega się pod Signal Hill wystrzał z historycznej armaty.

Turyści bardziej aktywni w ramach porannego spaceru mogą udać się na przechadzkę wzdłuż wybrzeża – od tzw. Mouille Point aż do wspaniałej piaszczystej plaży w Camps Bay. Nad samym oceanem biegnie tutaj malowniczy deptak. Podczas wędrówki można z bliska przyjrzeć się eleganckim osiedlom mieszkalnym.

Poza tym w Kapsztadzie znajduje się jeden z najpiękniejszych ogrodów botanicznych na ziemi – Kirstenbosch National Botanical Garden. Jest on usytuowany na zboczach Góry Stołowej pomiędzy przedmieściami Constantia i Newlands. Został założony w 1913 r. To pierwszy ogród botaniczny na świecie, stworzony specjalnie w celu ochrony endemicznych gatunków roślin. Malowniczo położony Kirstenbosch zachwyca olbrzymią kolekcją wrzośców (Erica) i srebrników (Protea). Po spacerach wśród kwiatów można odpocząć i zjeść obiad w tutejszej restauracji.

Osoby, które podczas wakacji nie mogą obejść się bez zakupów (a oprócz diamentów jest tu co kupować), powinny udać się do jednej z wielu galerii handlowych w mieście. Do najbardziej popularnych należy ta w rejonie Nabrzeża Wiktorii i Alfreda oraz drugie największe na kontynencie afrykańskim (zaraz po Gateway Theatre of Shopping pod Durbanem) luksusowe centrum handlowe Canal Walk (z ponad 400 sklepami rozlokowanymi na powierzchni 141 tys. m²), znane też pod nazwą Century City Mall.

 

Domy w intensywnych kolorach w kapsztadzkiej dzielnicy Bo-Kaap

© SA TOURISM

 

W OKOLICY PRZYLĄDKA

Jeśli z Kapsztadu udamy się na południe, w kierunku Przylądka Dobrej Nadziei (Cape of Good Hope), napotkamy po drodze szereg wspaniałych atrakcji. Warto przejechać nadbrzeżną drogą biegnącą przez miejscowość Hout Bay i dalej jedną z najbardziej widokowych tras świata, tzw. Chapman’s Peak Drive, prowadzącą do Noordhoek. Podczas wyprawy nią trudno nie zatrzymywać się co kilkaset metrów, aby podziwiać widoki, bo każdy wydaje się piękniejszy od poprzedniego. W Hout Bay można skorzystać z łodzi i popłynąć na niewielką wysepkę Duiker (Duiker Island), na której znajduje się spora kolonia uchatek karłowatych. Dalej na południe warto przejechać rzadko uczęszczaną nadbrzeżną drogą przez miasteczka Kommetjie i Scarborough, gdzie również wytyczono wspaniałe punkty widokowe. Stąd wypatrzymy długie plaże, przy których śmiałkowie, nie bojący się spotkania z żarłaczem białym (rekinem ludojadem), surfują po Oceanie Atlantyckim.

Po drugiej stronie skalistego Półwyspu Przylądkowego (Cape Peninsula), nad Zatoką Mylną (False Bay), w uroczej miejscowości Simon’s Town znajduje się jedna z kilku kolonii pingwina przylądkowego. Przy Plaży Głazów (Boulders Beach), objętej ochroną Parku Narodowego Góry Stołowej (Table Mountain National Park), spacerujący po specjalnie wybudowanych pomostach turyści przyglądają się tym osobliwym ptakom wypoczywającym na piasku lub nurkującym w zimnej wodzie. Przy przejeżdżaniu przez miasteczko zwolnijmy – pingwiny uwielbiają spacery poza parkiem i często wędrują parami w poprzek głównej drogi. W samym Simon’s Town warto zobaczyć centrum z budynkami z XIX stulecia oraz położony obok port z okrętami wojennymi. Ciekawostką jest tutaj pomnik doga niemieckiego o imieniu Just Nuisance (1937–1944), który był jedynym na świecie psem wpisanym oficjalnie na listę marynarzy. W czasie II wojny światowej służył na statku HMS Afrikander i w bazie marynarki wojennej w miasteczku.

Legendarny Przylądek Dobrej Nadziei to symbol okolic Kapsztadu, ale też całej Afryki Południowej. Jego pierwotna nazwa – Przylądek Burz (po portugalsku Cabo das Tormentas) – nadana mu została przez pierwszego europejskiego żeglarza, który do niego dotarł w 1488 r. – Portugalczyka Bartolomeu Diasa (ok. 1450–1500). Później król Portugalii Jan II (1455–1495) przemianował go na Cabo da Boa Esperança, bo opłynięcie przylądka otwierało okrętom możliwość dotarcia do Indii. Cape of Good Hope wchodzi w skład Parku Narodowego Góry Stołowej. Występują tu rozmaite zwierzęta (m.in. pawiany, przylądkowe pingwiny i góralki, kilka gatunków antylop, strusie) i wiele endemicznych roślin. Sam przylądek to nieznacznie wysunięty cypel skalny, na którego szczyt można dotrzeć z parkingu lub z centrum obsługi turystycznej położonego poniżej tzw. Cape Point. Ta druga, dłuższa trasa jest szczególnie atrakcyjna, bo po drodze mamy okazję zejść na wspaniałą, dziką plażę ukrytą pomiędzy wysokimi klifami. Specjalna kolejka linowo-terenowa (Flying Dutchman Funicular) dowozi pasażerów pod latarnię na Cape Point, skąd rozciągają się cudowne widoki na False Bay i otwarty ocean. Wbrew temu, co mówią liczne materiały reklamowe dla turystów, oceany Atlantycki i Indyjski spotykają się nie tutaj, a ok. 160 km dalej na południowy wschód, przy Przylądku Igielnym (Cape Agulhas).

Aby zobaczyć imponujące rytuały godowe waleni południowych, warto udać się w okolice miejscowości Hermanus w okresie od czerwca do grudnia. Wyskakujące wysoko ponad wodę olbrzymy można podziwiać ze skalistego brzegu lub pokładu łodzi specjalnie przeznaczonej do tego celu. Amatorzy przygód z dreszczykiem mogą zdecydować się na nurkowanie z drapieżnym żarłaczem białym. Taką rozrywkę organizuje kilka firm w miejscowości Gansbaai. Nurkowanie odbywa się w specjalnych klatkach, ale spotkanie oko w oko z mniej więcej 6-metrowym (i 2-tonowym) stworzeniem robi ogromne wrażenie.

 

AFRYKAŃSKIE WINO

Wielu turystów nie wyobraża sobie podróży przez RPA bez odwiedzenia choć jednej winnicy w okolicy Kapsztadu. Miasta Stellenbosch, Wellington i Paarl czy kapsztadzkie przedmieścia Constantia to jedynie te najbardziej znane ośrodki winiarskie w kraju. Jest ich tutaj znacznie więcej i przy dłuższym pobycie w Południowej Afryce warto poszukać tych mniej znanych miejsc, oferujących wyborne wino koneserom i osobom pijącym je od czasu do czasu. Niemal wszystkie winnice w okolicach Kapsztadu zapraszają również na noclegi, w bardzo dobrym lub średnim standardzie, w zabytkowych domach utrzymanych w historycznym holenderskim stylu przylądkowym. Na zatrzymanie się w nich na noc dobrze się zdecydować, szczególnie jeśli planuje się degustacje w kilku miejscach. Osoby, którym brakuje czasu, mogą zajrzeć do jednej czy dwóch tradycyjnych winnic, takich jak Vergelegen Estate (powstała w 1700 r.) w mieście Somerset West lub położona bliżej Cape Town Klein Constantia (założona w 1685 r.).

 

WZDŁUŻ WYBRZEŻA

Z Kapsztadu w kierunku Durbanu warto pojechać drogą wiodącą wzdłuż wybrzeża. Na wysokości miasta Mossel Bay wjeżdża się na ok. 300-kilometrową Trasę Ogrodów (Garden Route). Ten szlak poleca się szczególnie osobom lubiącym wyprawy samochodowe połączone z zatrzymywaniem się przy licznych atrakcjach przyrodniczych. Można odwiedzić tutaj miasta Knysna i George, miejscowości Plettenberg Bay czy Nature’s Valley oraz Park Narodowy Trasy Ogrodów (Garden Route National Park) i góry Outeniqua (z najwyższym punktem Cradock Peak, 1578 m n.p.m.), gdzie czekają wspaniałe szlaki spacerowe i trekkingowe. Jednym z największych bogactw tego rejonu jest szata roślinna będąca połączeniem fynbosu charakterystycznego dla okolic Kapsztadu z lasami subtropikalnymi. Zaraz za Nature’s Valley znajduje się popularny wśród amatorów wrażeń podnoszących poziom adrenaliny Bloukrans Bridge, najwyższy most na świecie, z jakiego wykonuje się skoki na bungee (ponad 215 m lotu). Dalej na wschód, tuż za Port Elizabeth (przy miejscowości Addo) trzeba odwiedzić atrakcyjny Park Narodowy Słoni Addo (Addo Elephant National Park), będący najbardziej wysuniętym na południe obszarem na kontynencie afrykańskim, gdzie żyją słonie.

Durban, trzecie najbardziej zaludnione miasto kraju (jego obszar metropolitalny zamieszkuje blisko 3,5 mln osób), kojarzy się z ciepłym Oceanem Indyjskim i licznymi plażami ciągnącymi się niemal nieprzerwanie aż do Ponta do Ouro na południowym krańcu Mozambiku. Jeśli w trakcie wizyty w RPA mamy zamiar się tutaj wybrać, to powinniśmy uwzględnić w swoich planach spędzenie kilku leniwych dni na wybrzeżu w którymś z hotelowych resortów czy kameralnych obiektów B&B. Sam Durban, zwany często Małymi Indiami, zamieszkuje największa diaspora Hindusów na świecie. To oni nadali kształt i charakter miastu swoimi świątyniami, zwyczajami, ubiorem i – oczywiście – pyszną indyjską kuchnią. Warto tu zajrzeć do centrum i zapuścić się w mniejsze uliczki ze sklepikami, straganami i małymi targami. Ciekawą atrakcją jest również piękny park tematyczny uShaka Marine World z największym akwarium w Afryce (uShaka Sea World) oraz kompleksem podwodnych restauracji i sal konferencyjnych, usytuowany malowniczo nad Oceanem Indyjskim.

Jeśli z Durbanu wyruszymy na północny wschód, dotrzemy do jednego z największych skarbów przyrodniczych RPA, czyli Parku Mokradeł iSimangaliso (iSimangaliso Wetland Park, znanego też pod nazwą Greater St. Lucia Wetland Park), wpisanego w 1999 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Na olbrzymich, podmokłych terenach (ok. 3280 km² powierzchni), obejmujących także Jezioro św. Łucji (Lake St. Lucia) i pas wybrzeża, żyją wielkie grupy hipopotamów, krokodyli nilowych, kilkaset gatunków ptaków i kilkanaście gatunków mniejszych ssaków. Można tu odbyć wodne safari, podczas którego obserwuje się zwierzęta z pokładu specjalnej łodzi, zatrzymać się w jednym z obiektów hotelowych lub uciec od świata na wspaniałą, dziką plażę.

 

WOKÓŁ STOLIC

Johannesburg to tętniące życiem serce RPA, centrum biznesowe, turystyczne i komunikacyjne, a jednocześnie tygiel etniczny. Samo miasto nie jest szczególnie atrakcyjne dla turystów. Na zainteresowanie zasługuje tutaj kilka ciekawych muzeów (np. Apartheid Museum), dawne podmiejskie slumsy Soweto czy leżący 50 km stąd kompleks muzealny Kolebka Ludzkości (Cradle of Humankind) z zespołem wapiennych jaskiń Sterkfontein wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.

W odległości mniej więcej 60 km na północny wschód od Johannesburga znajduje się Pretoria, siedziba rządu i administracyjna stolica kraju (obok dwóch innych stolic: Kapsztadu z siedzibą parlamentu i Bloemfontein z siedzibą władzy sądowniczej). Właściwie jedyną atrakcją wartą w niej odwiedzenia jest kompleks budynków rządowych (Union Buildings). Stąd po ok. 2 godz. jazdy samochodem na północny zachód dociera się do słynnego Sun City – wybudowanego pod koniec lat 70. XX w. wielkiego centrum rozrywki z kilkoma luksusowymi hotelami, kasynem, restauracjami, barami, dwoma 18-dołkowymi polami golfowymi klasy mistrzowskiej (The Lost City Golf Course i Gary Player Country Club Golf Course) czy rozległym parkiem wodnym (Valley of Waves) ze zjeżdżalniami i basenami ze sztucznymi falami (aż do niemal 2 m wysokości w tzw. Roaring Lagoon). Tuż obok leży Park Narodowy Pilanesberg (Pilanesberg National Park). Można go zwiedzać w trakcie safari, podczas którego wypatruje się Wielkiej Piątki Afryki (lwa, lamparta, bawoła, słonia i nosorożca czarnego). To miejsce szczególnie atrakcyjne dla osób nie wybierających się do Parku Narodowego Krugera (Kruger National Park) lub do innych rezerwatów w kraju.

 

Johannesburg znany jest z bogatego życia nocnego

© SA TOURISM

 

KRÓLESTWO PRZYRODY

Prawie 70 proc. wszystkich turystów odwiedzających RPA udaje się na safari (zwane tutaj game drive) do wspomnianego Parku Narodowego Krugera. Jest on w zasadzie najważniejszą atrakcją turystyczną kraju i z tego powodu umieszczaną niemal zawsze w programach zwiedzania.

Niewątpliwy atut parku stanowi łatwy dostęp do niego – dostaniemy się tu bezpośrednio z pobliskiego lotniska pod Nelspruit (Mbombelą) lub z Johannesburga po kilku godzinach jazdy. Najczęściej odwiedzany bywa obszar południowy ze względu na bliskość tych dwóch ośrodków, najlepszą infrastrukturę noclegową i komunikacyjną oraz brak gęstego buszu, co pozwala na wypatrywanie zwierząt. Główne drogi na terenie parkowym zostały wyasfaltowane, dzięki czemu jego część można zwiedzać nawet autobusem lub otwartą ciężarówką. Drogi boczne są utwardzone, ale dalej na północ lub głębiej w buszu zamieniają się w szutrowe i ziemne. Podczas planowania safari trzeba wziąć więc pod uwagę również odległości i rodzaj nawierzchni. Infrastruktura noclegowa jest bardzo zróżnicowana, ale przygotowana na każdą kieszeń. Doskonale wyposażone kempingi, hotele i – oczywiście – luksusowe lodże otoczone bezpiecznymi ogrodzeniami zapewniają znakomity odpoczynek i oferują dobrą kuchnię. Część z najlepszych obiektów znajduje się w rękach prywatnych w wydzielonych rezerwatach będących jednak wciąż częścią ekosystemu Parku Narodowego Krugera. Zakwaterowanie w lodży można często połączyć z luksusowym safari z wybitnymi przewodnikami i tropicielami. Jeśli mamy więcej czasu i własny samochód terenowy, to warto zapuścić się dużo dalej na północ, aby zobaczyć trudniej dostępne i bardziej dzikie tereny parku. Taka wyprawa zapewnia większą prywatność, jest też niesamowitą przygodą i stwarza okazję do spotkania innych gatunków zwierząt. Park Narodowy Krugera słynie z dużej różnorodności gatunkowej i liczebności fauny. Warto spędzić tu kilka dni na podziwianiu przyrody, jaka nie występuje nigdzie indziej na świecie.

Po zachodniej stronie obszaru parkowego ciągnie się tzw. Panorama Route, czyli trasa widokowa biegnąca m.in. w okolicy jednego z największych kanionów na świecie, drugiego co do wielkości w Afryce – Kanionu Rzeki Radości (Blyde River Canyon), który ma ok. 26 km długości i średnią głębokość mniej więcej 750 m. Po drodze znajduje się wiele punktów, z których rozpościerają się zapierające dech w piersiach widoki. Jeśli z parku udamy się w kierunku południowym, trafimy do Królestwa Suazi, zwanego dawniej Swazilandem. Jest ono odrębnym państwem z licznymi atrakcjami i tradycyjnie żyjącymi grupami etnicznymi.

 

Kotlina Kalahari – wioska Buszmenów, rdzennych mieszkańców Południowej Afryki

© SA TOURISM

 

NA PÓŁNOCY

W artykule o RPA nie sposób nie wspomnieć o bezkresnych piaskach kotliny Kalahari i mających długą historię ludach Khoisan (m.in. Buszmenach czy Hotentotach). Prowincja Przylądkowa Północna (Northern Cape), rozciągająca się aż po granicę z Namibią i Botswaną, jest najrzadziej odwiedzana przez turystów. Co prawda obcokrajowcy docierają do położonego bliżej Johannesburga miasta Kimberley z Big Hole (jak się powszechnie uważa, największą na świecie dziurą w ziemi wykopaną ręcznie przez człowieka – o szerokości 463 m i głębokości ok. 215 m) i słynnym muzeum kopalni diamentów (The Kimberley Mine Museum), ale niezbyt często zapuszczają się na rozległe obszary Kalahari, leżące w północno-zachodniej części kraju. Ten region RPA to idealne miejsce dla poszukiwaczy przygód uwielbiających podróżowanie przez pustkowia. Powinni oni odwiedzić zwłaszcza wioski należące do grup etnicznych Khoisan znajdujące się przy granicy z Botswaną i piękny Transgraniczny Park Kgalagadi (Kgalagadi Transfrontier Park).

Wydanie Lato 2018

Klejnot równika – Indonezja

Darmansjah Djumala – ambasador Republiki Indonezji w Polsce – odpowiada na pytania Michała Domańskiego.

 

Co Indonezja może zaoferować polskim turystom?

Moim zdaniem, praktycznie wszystko – bogatą kulturę, przyrodę, kuchnię i tradycję. Indonezja ma mnóstwo plaż, zarówno pełnych zgiełku i tłumów turystów, np. Kuta w południowej części Bali, jak i spokojnych, cichych, m.in. Senggigi na wyspie Lombok. Są też wybrzeża, choćby na archipelagu Mentawai, które oferują doskonałe warunki dla miłośników surfingu. Amatorzy podnoszących adrenalinę przygód mogą odkrywać u nas głębokie, rwące potoki, tajemnicze jaskinie, skały i klify. Co do wydarzeń kulturalnych – w naszym kraju istnieje ogromna liczba barwnych kultur (ok. 300 grup etnicznych i prawie 750 różnych języków i dialektów). Jest więc naprawdę co podziwiać! Trzeba też koniecznie spróbować tradycyjnych indonezyjskich potraw. Indonezja to również doskonałe miejsce dla miłośników zakupów.

 

Która pora roku jest najlepsza do odwiedzenia Indonezji?

Panujący w Indonezji tropikalny klimat, zapewniający niemal 30°C w cieniu przez cały rok, sprawia, że to dobre miejsce na wypoczynek zarówno wtedy, kiedy w Polsce jest lato, jak i sam środek zimy. Wody, które stanowią 81 proc. powierzchni kraju, są cały czas ciepłe. To one utrzymują praktycznie stałą temperaturę powietrza przez okrągły rok: na nadbrzeżnych równinach ok. 28°C, w głębi lądu i na terenach górzystych – 26°C, a w wyższych regionach górskich – 23°C. Indonezja jest więc doskonałym miejscem dla wszystkich osób spragnionych słońca.

Więcej…