ALEKSANDRA SOROCZYŃSKA

<< Nigdzie indziej w Europie czy na świecie nie ma takiego zagęszczenia zamków i pałaców w jednym rejonie. Na brzegach Loary i jej dopływów Cher, Indre czy Vienne wznosi się ich ponad 300. Wiele z nich zyskało miano wybitnych obiektów architektonicznych. Należą do nich np. Château de Chambord czy perła epok renesansu i oświecenia Château de Chenonceau. Ta wspaniała francuska kraina nie tylko otwiera przed nami podwoje swoich wytwornych rezydencji otoczonych cudowną przyrodą, lecz także zaprasza do spróbowania wyśmienitej kuchni i win. >>

Piękno Doliny Loary pomiędzy Sully-sur-Loire i Chalonnes-sur-Loire doceniła organizacja UNESCO, która w 2000 r. wpisała ją na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości. W uzasadnieniu decyzji przeczytamy m.in., że region ten to wyjątkowy krajobraz kulturowy o niezwykłej urodzie, składający się z historycznych miast i wsi oraz zabytków architektury najwyższej klasy (châteaux), a także ziem uprawnych, ukształtowanych przez wieki w wyniku wzajemnego oddziaływania człowieka i jego środowiska naturalnego, a w szczególności samej rzeki Loary.
To drugie zaraz po Paryżu najczęściej odwiedzane przez turystów miejsce we Francji. Co roku przybywa ich tu ponad 3 mln. Co sprawia, że przyjeżdżają właśnie tutaj? Na to pytanie postaram się odpowiedzieć.

 

PAŁACE JAK Z BAJKI
Zamków w Dolinie Loary jest tyle, że nie sposób opisać ich wszystkich w jednym krótkim artykule. Przedstawię więc 5 – moim zdaniem – najpiękniejszych, których zdecydowanie nie wolno pominąć podczas wizyty w tym malowniczym zakątku Europy.
    Pierwszy z nich – Château du Clos Lucé – leży w miejscowości Amboise, słynącej z budowli o tej samej nazwie (Château d’Amboise), nie wartej jednak zbytniej uwagi. Pod koniec XV w. król Francji Karol VIII Walezjusz (1470–1498) zamienił średniowieczną twierdzę w pałac dla żony Anny Bretońskiej (1477–1514). Kolejny gospodarz – Franciszek I Walezjusz (1494–1547) zbyt długo w rezydencji nie mieszkał i nie ingerował znacząco w jej wygląd. Sławę przyniósł jej pewien gość francuskiego władcy. W trakcie swojej podróży do Włoch król poznał artystę i wynalazcę Leonarda da Vinci (1452–1519). Zafascynowany jego osobowością i talentem sprowadził go w 1516 r. do Clos Lucé. Włoski mistrz spędził w nim ostatnie 3 lata swojego życia, które poświęcił na dopracowywanie wielu ze swoich niesłychanie wizjonerskich pomysłów. W tutejszym muzeum można dziś podziwiać jego prototypy czołgu, karabinu maszynowego czy helikoptera.

 FOT. LÉONARD DE SERRES

Komnata mistrza Leonarda da Vinci w Château du Clos Lucé


    Chyba najbardziej rozpoznawalny ze wszystkich zamków nad Loarą Château de Chenonceau powstał w obecnym kształcie w XVI w. Ród Marques sprzedał wtedy jego teren wraz ruinami fortecy i młynem szambelanowi króla Karola VIII Walezjusza – Thomasowi Bohierowi. Gdy brał on udział w kampaniach wojennych we Włoszech na początku XVI stulecia, wówczas prac budowlanych doglądała jego żona Katherine Briçonnet. W związku z podejrzeniami o malwersacje finansowe Franciszek I Walezjusz skonfiskował włości w 1535 r. Jego następca Henryk II Walezjusz (1519–1559) podarował je swojej metresie Dianie de Poitiers (1499–1566). Było to nie po myśli królowej Katarzyny Medycejskiej (1519–1589), która odebrała zamek w Chenonceau ukochanej faworycie męża dopiero po jego śmierci. Walka między kochanką a małżonką króla odbiła się na samej posiadłości – na każdym kroku widać tu konkurujące ze sobą style. Rezydencja przetrwała Wielką Rewolucję Francuską (1789–1799), ponieważ przylegał do niej jedyny w okolicy most na rzece Cher. Znajdowała się wówczas w rękach bogatej rodziny Dupin. Kupiła ona zamek od Bourbonów w 1733 r. Podobno Louise Dupin (1706–1799) usunęła z nazwy Chenonceaux literę x, będącą oznaką przynależności do królewskiego majątku. Ze względu na fakt, że obiektem zarządzały przez stulecia kobiety, zyskał on sobie miano Château des Dames – Zamku Dam.
    W Château d'Ussé wciąż mieszkają jego właściciele. Jego dolną część, ozdobioną XIX-wiecznymi tapiseriami i meblami udostępnili publiczności. Ponoć francuski autor baśni Charles Perrault (1628–1703) właśnie tą ukrytą wówczas wśród lasów budowlą zainspirował się przy pisaniu opowieści o śpiącej królewnie. Woskowe figury przedstawiające bajkowe postacie obejrzymy dziś w zamkowych wnętrzach. W czasie wizyty w tym miejscu kupimy też wina i szampany pochodzące z tutejszej winnicy.
    Potężny Château de Chambord przybrał swoją obecną formę w XVI w., gdy Franciszek I Walezjusz pod wpływem Leonarda da Vinci zaplanował wznieść pałac myśliwski w stylu renesansu. Król miał chcieć nawet zmienić bieg Loary tak, aby przepływała naprzeciw głównej fasady kompleksu. Podczas rewolucji francuskiej rebelianci splądrowali rezydencję i wytrzebili zwierzynę w okolicznych lasach. Od tego momentu majątek przechodził z rąk do rąk. Dopiero w latach 30. XX w. stał się własnością państwową. W latach II wojny światowej to właśnie w nim przechowywano najcenniejsze francuskie dzieła sztuki, w tym samą Monę Lisę. Chambord to przykład geniuszu renesansowej myśli architektonicznej. Co roku odwiedza go ponad 700 tys. turystów, co czyni go jednym z najpopularniejszych zamków w Dolinie Loary.

FOT. ATOUT FRANCE/LØONARD DE SERRES

Château de Chambord to prawdziwa perła architektury renesansu


    Stosunkowo mały Château d'Azay-le-Rideau jest dość oddalony od głównych szlaków. Należy jednak do najbardziej znanych posiadłości w regionie, a sam wielki pisarz realista Honoré de Balzac (1799–1850) nazwał go „fasetowanym diamentem osadzonym w Indre” (stoi na wyspie otoczonej przez tę rzekę). Zachwyt gości wzbudzają niezwykłe wnętrza zamku z okresu renesansu. Wśród jego murów odkryjemy też sale urządzone według kanonów z różnych epok, w tym komnaty niczym z XIX-wiecznej powieści Victora Hugo. Sławę przyniosły mu jednak przede wszystkim rzadkie i wspaniałe arrasy flamandzkie z XVI i XVII w.
Wszystkie te zamki znajdują się jedynie 2–3 godz. jazdy samochodem od Paryża (autostradą A10). Ze stolicy można również pociągiem TGV dotrzeć do Tours, a następnie skorzystać z kolei regionalnej lub autobusów. Zwiedzanie każdego z obiektów zajmie nam również ok. 2–3 godz.

FOT. ATOUT FRANCE/PHILIPPE MAILLE

Narodowe Muzeum Prehistorii w Les Eyzies-de-Tayac-Sireuil

 

POWRÓT DO JASKINI
Dolina Loary zaskakuje na każdym kroku. To właśnie w niej spotkamy współczesnych jaskiniowców, którzy mieszkają w grotach wykutych w skałach. Prowadzą w nich również hotele i restauracje. Troglodyci, bo tak o sobie mówią, pochodzą w wielu przypadkach z wielkich miast, ale postanowili porzucić metropolie i żyć bliżej natury. Obecnie co dwa lata starają się organizować zjazd pod nazwą Rendez-vous Troglos („Spotkanie Troglodytów”), który przyciąga setki turystów.
W tym rejonie znajdują się tysiące jaskiń. Od zawsze służyły one ludziom na różne sposoby: jako źródło piaskowca do budowy zamków, składnice win, miejsca hodowli grzybów, schronienie dla najuboższych. Podczas wojny ukrywały się w nich osoby poszukiwane przez hitlerowców. W latach 70. XX w. rozpoczęła się moda na urządzanie mieszkań w grotach. Specjaliści twierdzą, że ten trend odzwierciedla zainteresowanie współczesnego społeczeństwa takimi sprawami jak ekologia, powrót do natury, zachowywanie tradycji. Wiele pieczar przekształcono w hotele, a chętnych, żeby w nich zanocować, nie brakuje.

 

DWA MIASTA
W tej malowniczej krainie warto zatrzymać się również w niemal 300-tysięcznym Nantes, choć nie zajmuje ono czołowej pozycji na liście najczęściej odwiedzanych miast we Francji. Jednak dawna stolica książąt bretońskich przeszła w ostatnich latach prawdziwą metamorfozę. Podczas II wojny światowej została zbombardowana i przez pewien czas straszyła ruinami z osmolonymi fasadami i opustoszałymi dzielnicami. Lokalne władze po latach starań uczyniły z gruzów i zgliszczy ośrodek nowoczesny, awangardowy i przyciągający rzesze turystów.
Jeszcze 10 lat temu miasto było zdominowane przez samochody. Stopniowo zaczęto więc wprowadzać strefy płatnego parkowana, aby zachęcić mieszkańców do korzystania z komunikacji publicznej. Stworzono też sieć ścieżek rowerowych i udostępniono miejski system wypożyczania rowerów. Poza tym pełno tu ogrodów warzywnych i owocowych. Podobno każdy nantejczyk mieszka maksymalnie 300 m od parku i ma do dyspozycji 57 m2 zielonej przestrzeni.
Nantes tętni życiem kulturalnym. Odbywa się w nim wiele festiwali – filmowych, muzyki klasycznej, jazzu czy sztuki współczesnej. Z myślą o przybyszach zorganizowano interesujący szlak Le Voyage à Nantes („Podróż do Nantes”), ciągnący się przez ok. 10 km. Na jego trasie umieszczono m.in. pracownie licznych artystów, miejsca koncertów, a także Château des ducs de Bretagne (Zamek Książąt Bretanii), z którego wieży roztacza się wspaniały widok na okolicę.
Zaledwie godzinę drogi stąd leży urocza, 150-tysięczna miejscowość Angers, słynąca ze średniowiecznej twierdzy zbudowanej z łupków i wapienia (Château d’Angers). Tę niegdysiejszą stolicę Andegawenii nazywano czarnym miastem ze względu na kolor dachów domów oraz rządzące nim przez długi czas wspólnoty religijne.
Najważniejszy tutejszy zabytek stanowi wspomniana XIII-wieczna siedziba książąt andegaweńskich, otoczona grubym murem z 17 wieżami obronnymi. Obejrzymy w niej niezwykły arras o długości 144 m i szerokości 6,1 m, składający się z 6 sekcji. Został on utkany pod koniec XIV w. na zamówienie Ludwika I Andegaweńskiego (1339–1384) i przedstawia fragmenty Apokalipsy św. Jana. W XVIII w. pocięto go na kawałki przeznaczone m.in. na ścierki. Na szczęście, kilkadziesiąt z nich uratowano przed ostatecznym zniszczeniem, odtworzono i odrestaurowano. Dzięki temu możemy dziś podziwiać 71 z 90 scen arrasu.
W mieście zachowało się oprócz tego około setki uliczek w oryginalnym kształcie, z domami pochodzącymi nawet z XII w. Natomiast Cathédrale Saint-Maurice d'Angers (Katedrę św. Maurycego) zdobią przepiękne witraże z XII i XV w. Specjalnością Angers jest likier Cointreau produkowany z suszonych i świeżych skórek pomarańczy i dodawany do znanych naleśników Suzette (crêpes Suzette). Warto też nadmienić, że w latach 1939–1940 w położonym na obrzeżach miejscowości Château de Pignerolle znalazł azyl rząd RP na uchodźstwie z premierem gen. Władysławem Sikorskim (1881–1943) i prezydentem Władysławem Raczkiewiczem (1885–1947).

 

DROGI LĄDOWE I WODNE
W Dolinie Loary poprowadzono ponad 800 km szlaków dla rowerów. Dzięki temu wielbiciele dwóch kółek mogą wybrać się na wycieczkę po 2 regionach: Centre (Centralnym) i Pays de la Loire (Kraju Loary), 6 departamentach: Cher, Loiret, Loir-et-Cher, Indre-et-Loire, Maine-et-Loire, Loire-Atlantique oraz 6 miastach: Orleanie, Blois, Tours, Saumur, Angers i Nantes. Trasy stanowią część europejskiego projektu EuroVelo 6, który ma na celu zbudowanie sieci dróg rowerowych, ciągnących się od Saint-Nazaire (Loara Atlantycka) aż do rumuńskiej Konstancy. Trasę La Loire à Vélo pokonuje rocznie ponad 800 tys. turystów ze wszystkich zakątków świata.
Od kilku lat coraz popularniejsze staje się przemierzanie Francji barką (pénichette): wypożyczoną na własny użytek bądź w wersji bardziej luksusowej – nawigowaną przez doświadczoną załogę. Na wyprawę po francuskich rzekach i kanałach najlepiej wybrać się pod koniec lata i na początku jesieni. Statek porusza się z prędkością ok. 7 km na godz., dlatego to dobry środek transportu dla tych, którzy lubią podróżować bez pośpiechu. Jeśli chcemy samodzielnie prowadzić barkę, nie potrzebujemy żadnych dokumentów poświadczających nasze umiejętności, musimy tylko przejść odpowiednie szkolenie, dotyczące zwłaszcza przekraczania śluz. Przed rejsem łódź zostaje zatankowana do pełna. Po jego zakończeniu płacimy za zużyte paliwo. Jednostki wyposażone są w zapewniające komfortowy wypoczynek kabiny, mogące pomieścić nawet 12 osób, oraz kuchnię. W trakcie takiej wycieczki o wszystkim decydujemy sami: zarówno o trasie i długości podróży, jak i o kolejnych postojach. To wyjątkowo rodzinny rodzaj turystyki. Oferta pływających hoteli zaciekawi natomiast zamożniejszych turystów. Jeżeli ktoś ceni sobie luksus, wykwintną kuchnię, wyśmienite francuskie wina dobierane przez najlepszych sommelierów, ta propozycja przypadnie mu z pewnością do gustu.

 

***

Niezmiernie barwna historia, liczne wspaniałe zabytki architektury i urokliwa przyroda Doliny Loary należą do prawdziwych skarbów Francji. Tę gościnną krainę można odwiedzić o każdej porze roku, zawsze czeka na nas z otwartymi ramionami. Według niektórych szczególnie czarująco wygląda jesienią, kiedy liście drzew i krzewów malują jej krajobraz na złoto, pomarańczowo i czerwono. Ten cudowny widok najlepiej podziwiać z kieliszkiem wybornego miejscowego wina w dłoni.

Artykuły wybrane losowo

Przez Irlandię ze św. Patrykiem

JUSTYNA MAZUREK-SCHRAMM

                                                                                                               FOT. TOURISM IRELAND

<< W IV i V w., gdy w Hibernii (łacińska nazwa Irlandii) ludzie żyli głównie z rolnictwa, jej terytorium podzielone było na wiele małych królestw. Mimo iż Rzymianie podbili sąsiednią Brytanię, nigdy nie pokusili się, aby zająć ziemie po drugiej stronie dzisiejszego Morza Irlandzkiego. Dlatego bez problemu mogła się tu rozwijać kultura celtycka. To wtedy rozpoczęła się chrystianizacja tej krainy, a dawne tradycje w połączeniu z nową religią zapoczątkowały rozwój irlandzkiej sztuki i literatury. >>

Szmaragdowa wyspa należy obecnie do dwóch państw: Republiki Irlandii (Éire) oraz Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej. Te oddzielone od siebie granicą obszary łączy jednak nierozerwalnie wspólna historia, której częścią jest postać pewnego wczesnochrześcijańskiego duchownego...

Więcej…

Na koniu przez świat

Jerez   Feria 04

 

SYLWIA JEDLAK-DUBIEL

 

Jest coś niezmiernie pociągającego w widoku jeźdźca, który na swoim koniu zmierza ku linii horyzontu. Wokół niego rozpościera się pusta przestrzeń, może gdzieś w oddali majaczy las lub brzeg morza, ale tak naprawdę w tej chwili istnieje tylko on, jego wierzchowiec i otaczająca ich przyroda. Ten obraz ma chyba w sobie taką siłę, ponieważ w istocie przedstawia wyjątkowy moment, gdy człowiek i zwierzę działają razem. Ci, którzy jeżdżą konno, zapewne uwielbiają to uczucie pełnej jedności. Odnosi się wówczas wrażenie, że koń rozumie nas niemal tak, jakby mówił naszym językiem. Kto jeszcze tego nie doświadczył, musi koniecznie spróbować.

Więcej…

Gwatemala – serce świata Majów

HANNA BORA

www.sledznas.pl

<< Gwatemala to z pewnością jeden z najciekawszych krajów Ameryki Centralnej. Zachwyca wielką różnorodnością. Można tu zagubić się w bujnym tropikalnym lesie podczas odkrywania pozostałości cywilizacji Majów, wspinać się na majestatyczne wulkany, kąpać się w turkusowych wodospadach, odwiedzać kolonialne miasta i kolorowe targi. Nic dziwnego, że to miejsce staje się coraz bardziej popularnym celem podróży dla turystów z całego świata. Zdecydowanie warto wybrać się do Gwatemali. >>

 

Wzniesiony pod koniec XVII stulecia Łuk Świętej Katarzyny w mieście Antigua

© JACEK ŚLEDZIŃSKI/WWW.SLEDZNAS.PL

 

Ten kraj graniczy z Meksykiem, Belize, Hondurasem i Salwadorem. Ma wybrzeże zarówno nad Morzem Karaibskim, jak i nad Pacyfikiem. Przez terytorium Gwatemali przebiega łańcuch Kordylierów Południowych z licznymi wulkanami.

Nasza wyprawa do tej części Ameryki Centralnej była niezapomnianym przeżyciem. Czas spędzaliśmy na trekkingach i wycieczkach do gwatemalskich cudów natury. Z zainteresowaniem poznawaliśmy też miejscową kulturę – podziwialiśmy pozostałości cywilizacji Majów i odkrywaliśmy zwyczaje ich potomków.

 

WYBUCHOWA NOC

Jest chłodna noc. Kulimy się w naszych śpiworach w namiocie. Na szczęście mamy ze sobą jeszcze koc. Po zachodzie słońca temperatura znacząco spadła. Zerkam na zegarek. Jest dopiero 21.00, do pobudki pozostało ponad 7 godz. Staram się zasnąć. Jednak kiedy tylko zapadam w sen, wyrywa mnie z niego potężny huk. Potem jeszcze przez dłuższą chwilę słychać spadające kamienie. Tej nocy powtórzy się to kilka razy.

Przed naszym namiotem co kilkadziesiąt minut rozgrywa się niesamowite widowisko. Mamy świetny widok na szalejący Wulkan Ognia (Volcán de Fuego, 3763 m n.p.m.) – najbardziej aktywny w Ameryce Centralnej i jeden z niemal 40 znajdujących się w Gwatemali. To niezwykłe doświadczenie. Zanim położyliśmy się spać, wpatrywaliśmy się zahipnotyzowani w gęste obłoki dymu i rozżarzone strumienie lawy spływające po zboczach. Potęga natury jednocześnie przeraża i zachwyca. Trudno od tego spektaklu oderwać wzrok.

Budzimy się o 4.00. Zziębnięci próbujemy ogrzać się kawą przy ognisku. Przed nami ostatni odcinek szlaku na wulkan Acatenango. Spieszymy się, żeby zobaczyć z jego szczytu wschód słońca. Drogę już znamy. Poprzedniego dnia dotarliśmy do naszego obozowiska wczesnym popołudniem i postanowiliśmy wejść na wierzchołek na zachód słońca. Tym razem jednak idzie się trudniej. Panuje zupełny zmrok rozświetlany jedynie światłem naszych czołówek. Przystajemy, kiedy słyszymy głośniejsze pomruki wulkanu, żeby nie ominąć kolejnego wybuchu. Po nieprzespanej nocy bardziej dokucza nam wysokość. Wspinamy się na 3976 m n.p.m.

Gwiazdy powoli bledną i robi się coraz jaśniej. Niebo zaczyna się mienić kolorami. Pomiędzy chmurami przebłyskują światła okolicznych miast. Do wierzchołka niewiele nam już brakuje. Na szczycie spotykamy inne grupy turystów. Poprzedniego wieczoru byliśmy tu sami. Teraz jednak chętnych do podziwiania tego niezwykłego spektaklu jest znacznie więcej. Obecnie dla wielu osób ta nocna wędrówka to największa atrakcja Gwatemali, a w pobliskiej Antigui działa kilkanaście agencji organizujących grupowe trekkingi. Można też dojechać do wioski La Soledad i w niej znaleźć lokalnego przewodnika lub wybrać się w góry samemu, o ile ma się odpowiednie doświadczenie w wyprawach wysokogórskich.

Wschód rzeczywiście jest spektakularny. Słońce wstaje nad kolejnym szczytem – Wulkanem Wody (Volcán de Agua, 3760 m n.p.m.). Jego promienie tańczą pomiędzy chmurami i dodają kolorom ciepła. Fuego wciąż wykazuje aktywność i wypuszcza spore kłęby dymu. Nie musimy się nigdzie spieszyć, więc spokojnie obchodzimy krawędź krateru, podziwiając widoki. Przed nami rozciągają się łańcuchy górskie, leżą jeziora, miasta i mniejsze wioski. W pewnym momencie możemy nawet dostrzec imponujący cień wulkanu. Poza nami nie ma już prawie nikogo. Jest naprawdę magicznie.

Schodzimy też do środka krateru, gdzie znajduje się nieduża, prosta chata. Niewielkie refugio („schronisko”) imienia doktora Axela Carranzy zbudowano tutaj w 2017 r. po tym, jak sześcioro turystów (w tym wspomniany gwatemalski chirurg) zginęło na wulkanie z powodu nagłego załamania pogody. Warunki tego dnia były fatalne – opowiada nam Alberto, spotkany na górze lokalny przewodnik. Radziliśmy im, żeby zawrócili, ale nie chcieli zrezygnować. Wieczorem zerwał się silny wiatr, który porwał ich namioty. Temperatura spadła poniżej zera i większość z nich zmarła z wyziębienia. Mamy nadzieję, że nigdy więcej nie dojdzie do takiej tragedii. Słuchamy jego słów w milczeniu i przyglądamy się tablicom pamiątkowym. Góry są nieprzewidywalne i uczą człowieka pokory.

W drodze powrotnej z wulkanu ekscytacja powoli ustępuje w nas miejsca zmęczeniu. Napakowane ciepłymi ubraniami plecaki ciążą, mięśnie zaczynają się buntować. Zejście zawsze wydaje nam się bardziej monotonne i mozolne, nawet jeśli trwa krócej. Mijamy liczne grupy turystów wdrapujących się na szczyt. Niektórzy wypytują nas o wrażenia. Potwierdzamy, że Wulkan Ognia jest bardzo aktywny i można liczyć na pokaz naturalnych fajerwerków. Sami marzymy już tylko o tym, żeby się położyć i odpocząć.

 

MIASTO W CIENIU WULKANÓW

Na odpoczynek ruszamy do dawnej stolicy hiszpańskiej kolonii Capitanía General de Guatemala (z lat 1540–1776). Antigua (Antigua Guatemala) sprawia wrażenie, jakby czas się w niej zatrzymał. Niska zabudowa, brukowane uliczki, kolonialne budynki w różnych kolorach i dachy pokryte czerwoną dachówką zachwycają turystów. Poza tym rozpościerają się stąd wspaniałe widoki na trzy wulkany: Ognia, Wody i Acatenango. To malownicze położenie dodaje miastu uroku, ale bywało też źródłem nieszczęść. Antigua była wielokrotnie nękana przez trzęsienia ziemi. W 1773 r. została zniszczona niemal doszczętnie, a trzy lata później zarządzający kolonią zadecydowali o przeniesieniu stolicy. Śladami po tym dramatycznym wydarzeniu są liczne ruiny barokowych kościołów. Ich popękane mury przypominają o nieustannym zagrożeniu.

Na spacer po mieście najlepiej wybrać się rano, kiedy ulice wciąż pozostają puste i dopiero budzą się do życia. Łatwiej wtedy wypatrzyć najbardziej klimatyczne zaułki i detale, które składają się na wyjątkowy charakter tego miejsca. Dzień zaczynamy od typowego gwatemalskiego śniadania – desayuno chapín („śniadania mistrzów”). Na stole pojawiają się: jajecznica, pasta z czerwonej fasoli, smażone banany, plasterki awokado, kawałek białego sera i oczywiście tortille – bez nich w Gwatemali nie ma posiłku. Nie sposób się nie najeść. Do tego wypijamy czarną kawę. W końcu to główny towar eksportowy kraju. Niestety, ta podawana w ulicznych jadłodajniach lub na targu zazwyczaj nie jest zbyt mocna.

Po dodającym mnóstwa energii posiłku włóczymy się wąskimi uliczkami i obserwujemy życie mieszkańców, którzy powoli gromadzą się na licznych placach. Z zachwytem patrzymy na tradycyjne, niezwykle kolorowe stroje kobiet. Kierujemy się w stronę żółtego Łuku Świętej Katarzyny (Arco de Santa Catalina). To najbardziej charakterystyczny punkt miasta i jedna z wizytówek Gwatemali. Kawałek za nim znajduje się piękny barokowy Kościół Miłosierdzia (Iglesia de la Merced) ukończony w 1767 r. Siadamy na ławce i przypatrujemy się misternym, białym zdobieniom. Zaraz obskakuje nas grupka dzieciaków próbujących sprzedać nam plecione bransoletki, kolorowe torebki i zabawki. Grzecznie odmawiamy, ale młodzi handlarze nie dają za wygraną i wpatrują się w nas dużymi, ciemnymi oczami. Trudno się nie złamać.

Obowiązkowym punktem na trasie zwiedzania Antigui jest Wzgórze Krzyża (Cerro de la Cruz). Prowadzi na nie rząd schodów, ale na górę można wjechać też taksówką lub samochodem. Kilka lat temu to miejsce nie cieszyło się najlepszą sławą. Podobno zdarzały się tu napady na turystów. Obecnie od rana do zmierzchu patrole policyjne pilnują porządku w okolicy. Na wzgórzu jest spokojnie, spotyka się na nim sporo zakochanych par wymieniających czułości i rodzin z dziećmi. Z Cerro de la Cruz rozciąga się imponująca panorama miasta z Wulkanem Wody w tle. Dopiero stąd widać idealny plan ulic układających się w szachownicę. W środkowym punkcie znajduje się Park Centralny (Parque Central) otoczony najważniejszymi budynkami i przytulnymi kawiarniami. Oglądanie Antigui ze wzgórza to idealne uzupełnienie zwiedzania. Rozpoznajemy odwiedzone wcześniej miejsca i odnajdujemy te, które przez przypadek ominęliśmy.

Pomimo zniszczeń miasto zdołało zachować swój unikatowy, kolonialny charakter. W 1979 r. zostało wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Obecnie Antigua jest jednym z najchętniej odwiedzanych miejsc nie tylko w Gwatemali, ale i całej Ameryce Centralnej. Wielu turystów postanawia zatrzymać się w niej na dłużej. Nie brakuje tu eleganckich hoteli z pięknymi dziedzińcami, budżetowych hosteli, szkół językowych, sklepów z pamiątkami i organiczną żywnością. Mamy wrażenie, że wymyślnych restauracji działa w mieście znacznie więcej niż tanich jadłodajni. Osobom zainteresowanym lokalnym kolorytem polecamy wizytę na głównym targowisku. Tuż za nim znajduje się dworzec, gdzie możemy zobaczyć swoistą wystawę kolejnego symbolu Gwatemali. Lśniące i jaskrawo pomalowane chicken busy są nieodłącznym elementem krajobrazu tego kraju. To stare szkolne autobusy z USA, które otrzymały szansę na nowe życie i sprawdzają się na najtrudniejszych drogach Ameryki Centralnej. Nie sposób ich nie zauważyć. Mienią się wszystkimi kolorami tęczy. Kierowcy wykazują się dużą kreatywnością przy dekorowaniu swoich wehikułów. Często też nadają im imiona, polecają opiece świętych i opatrzności Bożej.

Przejażdżka takim pojazdem to prawdziwa przygoda. Pasażerowie upychani są do granic możliwości, nie zdarza się, żeby dla kogoś zabrakło miejsca. Bagaże i wszelkiego rodzaju pakunki lądują na dachu. Niektórzy przewożą też zwierzęta, głównie kury. Właśnie stąd najprawdopodobniej wzięła się popularna, angielska nazwa. Kiedy nieustraszony kierowca mknie po górskich serpentynach, jego pomocnik wykrzykuje nazwę docelowego miasta, aby wyłapać kolejnych podróżnych. Wtóruje mu donośnie klakson. Czas przejazdu umilają pasażerom ulubione piosenki kierowcy (puszczane z głośników najgłośniej jak się da) oraz niekończące się korowody sprzedawców oferujących przekąski, napoje i masę niepotrzebnych przedmiotów wszelkiej maści.

 

Stożek aktywnego wulkanu Acatenango nocą

©© JACEK ŚLEDZIŃSKI/WWW.SLEDZNAS.PL

 

NAJPIĘKNIEJSZE JEZIORO ŚWIATA

Jeszcze zanim wyjechaliśmy z Antigui nad jezioro Atitlán, zdążyliśmy wiele o tym miejscu usłyszeć. Na cały świat rozsławił je angielski pisarz Aldous Huxley, autor wydanej w 1932 r. powieści Nowy wspaniały świat. To właśnie on stwierdził, że jest najpiękniejszym jeziorem na ziemi i tę opinię do dziś powtarzają niemal wszystkie przewodniki i foldery turystyczne. Od wielu osób słyszeliśmy o malowniczym położeniu, kolorowych majańskich wioskach rozsianych wzdłuż brzegów i niezwykłej energii, która nie pozwala szybko stąd wyjechać. Zazwyczaj podchodzimy do takich zachwytów sceptycznie. Pozwala nam to uniknąć zbędnych rozczarowań. Jednak już na krętej, prowadzącej stromo w dół drodze zaczęliśmy rozumieć, skąd wzięły się te entuzjastyczne oceny. Chcąc nie chcąc, sami ulegliśmy w końcu magii tego miejsca.

Na czym polega urok tej okolicy? Na ten temat krąży wiele legend. Według jednej z nich w czasach konkwisty hiszpański żołnierz zakochał się w pięknej majańskiej dziewczynie, którą ujrzał nad brzegiem jeziora. Niestety, jego wybranka nie zwracała na niego uwagi. Wybrał się więc do lokalnej szamanki z prośbą o pomoc. Otrzymał od niej pierścień i zapewnienie, że jeśli dziewczyna go założy, jej serce będzie należało do niego. Tak rzeczywiście się stało. Choć zakochana para spotykała się potajemnie, wkrótce o związku dowiedział się dowódca oddziału i wpadł w szał. Swojego podwładnego wtrącił do więzienia, a dziewczynę skazał na śmierć. Tuż przed egzekucją zauważył na jej dłoni pierścień. Postanowił go zatrzymać. Po kilku dniach zaczął jednak odczuwać niepokojące przywiązanie do niepokornego żołnierza. Nie potrafił nad nim zapanować. Którejś nocy wypłynął łódką na środek jeziora i wyrzucił pierścień do wody. Od tej pory Atitlán rzuca czar na każdego, kto na nie spojrzy.

Jezioro leży na wysokości ponad 1500 m n.p.m. i wypełnia rozległą kalderę, która powstała w wyniku wybuchu wulkanu ok. 85 tys. lat temu. Ma powierzchnię 130 km2. Otaczają je góry i trzy wulkaniczne szczyty: Atitlán (3537 m n.p.m.), Tolimán (3158 m n.p.m.) i San Pedro (3020 m n.p.m.). Głównym miasteczkiem w okolicy jest Panajachel (w skrócie Pana). W latach 60. XX w. upodobali je sobie hippisi. To najłatwiej dostępne, ale też najbardziej turystyczne miejsce w tym rejonie. Wystarczy jednak wsiąść w wodną taksówkę, aby przenieść się do jednej ze spokojniejszych miejscowości. San Pedro La Laguna cieszy się popularnością wśród osób młodych. Można znaleźć tutaj najtańsze noclegi, szkoły języka hiszpańskiego oraz wiele restauracji i barów czynnych do późna. San Juan La Laguna przyciąga artystów, a San Marcos La Laguna – praktykujących jogę i medytację. Warto wybrać się też do miasta Santiago Atitlán, gdzie można odwiedzić lokalny targ, a także majańskiego boga Maximóna. To nieoficjalny gwatemalski święty, którego drewnianą figurę przyozdabia bandana i kapelusz. Wiele osób zwraca się do niego z prośbami, a w zamian za ich spełnienie zostawia mu pieniądze, alkohol lub papierosy. Atitlán to świetne miejsce na spotkanie z kulturą i tradycjami współczesnych Majów.

Osoby zafascynowane dawnym majańskim imperium powinny zajrzeć pod wodę. W 1996 r. biznesman i nurek Roberto Samayoa natknął się w jeziorze na nietypowe znalezisko. Odkrył podwodne miasto – prawdziwą Atlantydę Majów. Nazwał je Samabaj. Początkowo nikt mu nie wierzył. Po pewnym czasie jednak okazało się, że jego odkrycie jest unikatowe na skalę całej Mezoameryki. Rozpoczęto więc prace archeologiczne. Na ich podstawie badacze doszli do wniosku, że wcześniej była tu niewielka wyspa, która została zatopiona ok. 2 tys. lat temu w wyniku naturalnej katastrofy, takiej jak wybuch wulkanu.

 

TARGOWISKO RÓŻNOŚCI

W niedzielę wybieramy się do Chichicastenango. Leży zaledwie godzinę drogi od jeziora. Na pierwszy rzut oka miasto nie wyróżnia się niczym szczególnym. Jednak dwa razy w tygodniu – w czwartki i niedziele – jego ulice wypełniają się gwarem, kolorami i zapachami, gdy zamieniają się w ogromne targowisko. Można tutaj kupić wszystko. Stragany uginają się od towarów, na wieszakach powiewają pięknie haftowane bluzki (huipiles). Do tego aż roi się od barwnych chust, pasów, toreb i plecaków, wszelkiego rodzaju figurek, obrazków… Łatwo dostać oczopląsu od tych wszystkich kolorów. Targ w Chichi przyciąga jak magnes turystów poszukujących pamiątek z podróży. Z tego względu ceny często są na nim dość mocno zawyżone i trzeba się targować. Targowisko ma jednak też swoją mniej turystyczną stronę – pojawiają się na nim liczne stoiska z warzywami, owocami, ziołami i przyprawami, na których zaopatrują się mieszkańcy okolicznych wiosek.

W samym sercu miasteczka znajduje się Kościół św. Tomasza z Akwinu (Iglesia de Santo Tomás de Aquino). Prowadzi do niego 18 stopni. Zanim na te tereny przybyli Hiszpanie, były to schody majańskiej świątyni. Każdy stopień symbolizuje jeden miesiąc z kalendarza Majów. Nawet dziś można na nich spotkać lokalnych szamanów odprawiających tradycyjne rytuały. Schody okupują również kobiety sprzedające kwiaty, które wierni składają w ofierze. Wszędzie unosi się zapach kadzidła. Choć z zewnątrz kościół nie różni się specjalnie od innych katolickich świątyń, obrzędy odprawiane w środku zupełnie nie przypominają tych powszechnie znanych. Wnętrze jest ciemne, oświetlone jedynie wątłymi płomieniami świeczek. Słyszymy ludzi mruczących modlitwy. Przyglądamy się z zafascynowaniem. Turyści są w kościele mile widziani. Pod żadnym pozorem jednak nie można w nim robić zdjęć.

 

Naturalne turkusowe baseny tworzące niezwykły wodospad Semuc Champey

©© JACEK ŚLEDZIŃSKI/WWW.SLEDZNAS.PL

 

DACH AMERYKI CENTRALNEJ

Kolejnym przystankiem na naszej trasie jest drugie największe miasto Gwatemali – Quetzaltenango, znane też jako Xelajú lub Xela. Nie wygląda ono tak ładnie i fotogenicznie jak Antigua. Spotyka się też w nim zdecydowanie mniej turystów. Nam jednak się tutaj podoba. Włóczymy się bez celu ulicami i zaglądamy na miejscowy targ. Na obiad wstępujemy do gwarnej jadłodajni, gdzie podaje się głównie kurczaka w przeróżnej postaci. Między stołami biegają psy czyhające na smaczne kąski. Najwięcej czasu spędzamy na… cmentarzu. Jest ogromny – przypomina miasto w mieście, barwne i malowniczo otoczone wulkanami. Nie brakuje na nim dostojnych, marmurowych grobowców, w których spoczywają najważniejsze lokalne osobistości. Najwięcej tu jednak wielopiętrowych, kolorowych krypt.

W mieście nie zostajemy długo. Wyruszamy na kolejny wulkan. Wznoszący się na 4220 m n.p.m. Tajumulco to najwyższy szczyt nie tylko Gwatemali, ale i całej Ameryki Centralnej. Trasa nie jest trudna i spokojnie można ją pokonać w obie strony w jeden dzień. Postanawiamy jednak spędzić noc na szczycie, żeby obejrzeć z niego zachód i wschód słońca. Mamy namiot, karimaty, śpiwory i sporo ciepłych ubrań. Początkowy odcinek stanowi monotonna, brukowana droga. Jesteśmy na trasie sami. Gdy przechodzimy wzdłuż pól kukurydzy, spotykamy miejscową rodzinę. Pozdrawiają nas życzliwie i życzą powodzenia. Ścieżka powoli zaczyna się piąć w górę. Szlak nie jest oznaczony. Kilka razy z niego zbaczamy i przedzieramy się przez krzaki. Trudno jednak byłoby się tutaj zgubić. Cały czas widzimy wyraźnie przed sobą wierzchołek wulkanu.

Na szczyt docieramy po 5 godz. Jesteśmy zmęczeni i lekko rozczarowani, bo wręcz toniemy w chmurach. Z pięknych widoków nici. Rozstawiamy namiot i przez chwilę walczymy z pokusą, żeby zaszyć się w środku i odpocząć. Na szczęście zwycięża nasza silna wola. Tuż przed zachodem słońca część chmur się rozchodzi i możemy podziwiać cały łańcuch wulkaniczny Gwatemali. Po chwili słońce zaczyna opadać coraz niżej, a niebo rozpalają odcienie czerwieni. Jak zauroczeni wpatrujemy się w magiczny spektakl natury.

Kryzys przychodzi nocą, kiedy zaczynamy odczuwać skutki braku aklimatyzacji. Organizm się buntuje. Głowa pulsuje i nie daje zasnąć. Po kilku godzinach przerywanego snu budzą nas głosy przed namiotem. Okazuje się, że tego dnia na wulkan wybrała się też spora grupa prowadzona przez organizację Quetzaltrekkers. Trzęsąc się z zimna, zbieramy się na wschód słońca. Niestety, nie jest już tak spektakularny jak zachód.

 

OAZA W ŚRODKU TROPIKALNEGO LASU

Po zdobyciu dachu Ameryki Centralnej należy nam się odpoczynek. Możemy wybrać się na wybrzeże Pacyfiku, wyruszamy jednak nad wodospad Semuc Champey. Turkusowe kaskady otoczone gęstym lasem tropikalnym wydają nam się bardziej atrakcyjne niż plaża i palmy. Jedynym wyzwaniem jest dojazd. Ten cud natury znajduje się w odległym rejonie (w departamencie Alta Verapaz), a prowadząca do niego kręta, wyboista droga przecina serpentynami góry. Dla nas brzmi to zachęcająco. Ruszamy w stronę miasta Cobán. Po godzinie jazdy utykamy w sznurze samochodów. Dalej nie dojedziecie – informuje nas jeden z czekających kierowców. Droga jest zamknięta przez protesty. Otworzą ją dopiero po południu. Tego nie przewidzieliśmy. Staramy się rozeznać w sytuacji – może znajdziemy jakiś objazd? Miejscowi kręcą głowami. Nie mamy szans przejechać, wszystko jest poblokowane. Pozostaje nam czekać. W centrum wydarzeń znajduje się kilkunastoosobowa grupa z megafonem. Wytykają władzom pazerność i korupcję. Przyglądamy się protestującym i czytamy hasła z ich żądaniami. Są przyjaźnie nastawieni, uśmiechają się. Podpytują nas o Polskę i opowiadają o swojej sytuacji. Bardzo dużo płacimy za prąd. Nie powinno tak być! – słyszymy od kilku osób. Niektórzy mówią nam jednak, że protesty są ustawione, a mieszkańcy wiosek otrzymują wynagrodzenie za blokowanie dróg. Za to my tracimy przez nich pieniądze, bo nie dowieziemy towarów na czas – narzeka jeden z mężczyzn.

Po 14.00 droga zostaje w końcu odblokowana. Ruszamy dalej. Krajobrazy wokół nas stają się coraz bardziej imponujące. Przejeżdżamy przez porośnięte gęstą zielenią góry. Zabudowań jest znacznie mniej. Z oddali dociera do nas huk rzeki Cahabón. Przepływa przez okoliczne doliny, aż nagle znika pod naturalnym wapiennym mostem. Na jego powierzchni powstały baseny wypełnione krystalicznie czystą wodą, która przelewa się między nimi, tworząc dziesiątki strumieni i wodospadów. Tak właśnie wygląda Semuc Champey. Najładniej prezentuje się z góry. Wchodzimy w głąb tropikalnego lasu i wspinamy się stromą ścieżką na punkt widokowy. W powietrzu unosi się wilgoć. Choć trasa nie jest ani specjalnie trudna, ani długa, pot leje się z nas strumieniami. Nie możemy się już doczekać chwili, gdy zanurzymy się w przejrzystej wodzie. W basenach można spędzić cały dzień na przepływaniu z jednego do drugiego, korzystaniu z naturalnych zjeżdżalni i skakaniu z wysokich półek skalnych. To prawdziwa oaza i idealne miejsce na odpoczynek.

 

Świątynia II (Świątynia Masek) w dawnym majańskim mieście Tikal

©© JACEK ŚLEDZIŃSKI/WWW.SLEDZNAS.PL

 

ŚLADAMI MAJÓW

Gwatemala to dawne serce imperium Majów. Porośnięta gęstym lasem nizina Petén położona na północy kraju zajmuje mniej więcej 33 proc. jego powierzchni. Jednocześnie stanowi najrzadziej zaludniony gwatemalski region. To właśnie tutaj ukryte są ruiny dawnych miast. Najsłynniejszym z nich jest Tikal. Turystów wpuszcza się na jego teren od godziny 6.00. Wstajemy jeszcze przed wschodem słońca, żeby zdążyć przed większymi grupami odwiedzających. Gęsty las powoli budzi się do życia. Ciszę rozdzierają głośne wołania wyjców. Najpierw kierujemy się do Świątyni IV (Świątyni Dwugłowego Węża) – najwyższej, na którą można się wspiąć (prawie 70 m). Wpatrujemy się w kolejne piramidy wyłaniające się pomiędzy koronami drzew. Wciąż spowite są poranną mgłą, która jeszcze nie zdążyła opaść.

Tikal uważany jest za ważny ośrodek dawnego państwa Majów. Okres jego największego rozkwitu przypadł na VII–VIII w. Co ciekawe, już niecałe 200 lat później z nieznanych przyczyn miasto zostało opuszczone i zapomniane. Dopiero w XVII stuleciu odkryli je hiszpańscy misjonarze. Jego centrum zajmuje Wielki Plac (Gran Plaza) ze słynną Świątynią Wielkiego Jaguara (Świątynią I) i zabudowaniami Akropolu. Kontynuujemy spacer między ruinami i docieramy do placu o wymownej nazwie Zaginiony Świat (Mundo Perdido). Kompleks obejmuje kilka świątyń. Dawniej prowadzono tu także obserwacje astronomiczne. Przysiadamy na kamiennych stopniach i wsłuchujemy się w szept historii. Choć Tikal to niewątpliwie jedna z największych atrakcji turystycznych Gwatemali, w niektórych miejscach jesteśmy sami. Towarzyszą nam jedynie dzikie zwierzęta takie jak zabawne ostronosy, małpy czepiaki i różne gatunki egzotycznych ptaków.

 

Wydanie Wiosna 2018