SYLWIA JEDLAK-DUBIEL

 

Co sprawia, że podczas wypoczynku za granicą czujemy się swobodniej niż na co dzień, jesteśmy bardziej otwarci na nowe doznania i odkrywamy w sobie nowe pokłady optymizmu? Może to kwestia dystansu – gdy opuszczamy środowisko, w którym odgrywamy konkretne role, mamy okazję stać się kimś innym. A może chodzi o poczucie wolności, w końcu z dala od domowej i zawodowej rutyny nie musimy aż tak bardzo starać się idealnie wypełniać naszych obowiązków. Ta wyjątkowa atmosfera wyjazdu, która niejako stwarza wokół nas alternatywną rzeczywistość, ekscytujący świat, gdzie wszystko jest możliwe, szczególnie sprzyja przeżywaniu niezapomnianych romantycznych chwil z najbliższą osobą u boku.

 

Podróże poślubne nie bez powodu cieszą się niesłabnącą popularnością. Są zdecydowanie najlepszym sposobem na rozpoczęcie nowego etapu wspólnego życia i źródłem wspaniałych wspomnień na lata. Nic więc dziwnego, że wiele osób chce zatrzymać tę magię miodowego miesiąca na dłużej i chętnie planuje romantyczne wyjazdy we dwoje w różne miejsca na świecie. Coraz większe zainteresowanie wzbudza też możliwość zorganizowania ceremonii ślubnej w malowniczym otoczeniu gdzieś za granicą, zwłaszcza w rejonach, które od dawna przyciągają licznych zakochanych. Dla Polaków ten pomysł jest tym bardziej atrakcyjny, że w naszym kraju pogoda bywa kapryśna nawet w miesiącach letnich, a wiele osób marzy o ślubie na świeżym powietrzu, pod bezchmurnym niebem, i zabawie weselnej pod gwiazdami. Po takiej uroczystości, np. na jednej z czarujących włoskich wysp, nie trzeba już nawet pakować walizek na podróż poślubną. Miesiąc miodowy można zacząć od razu.

 

Polskie biura turystyczne odpowiadają na zapotrzebowanie rynku i oferują swoim klientom wyjazdy przeznaczone specjalnie dla par. Do wyboru są wycieczki dla dwojga, podróże poślubne do różnych zakątków Europy i świata, a nawet pakiety zaręczynowe obejmujące oświadczyny z sesją fotograficzną. Osoby chcące pobrać się za granicą mogą skorzystać z konkretnych, już opracowanych ofert lub poprosić o indywidualne przygotowanie uroczystości zgodnej z ich marzeniami. Specjalizujące się w dziedzinie turystyki ślubnej biura podróży załatwiają na miejscu za swoich klientów wszystkie formalności i pomagają w skompletowaniu dokumentów niezbędnych do dostarczenia. Organizują śluby cywilne i religijne (m.in. katolickie, w tym konkordatowe, oraz prawosławne i protestanckie) z asystą tłumacza przysięgłego. Można im zlecić zajęcie się wszelkimi szczegółami związanymi z oprawą i przyjęciem weselnym. To prawdziwe ułatwienie dla wszystkich, którzy czują się przytłoczeni koniecznością samodzielnego koordynowania przygotowań do ceremonii.

 

WIECZNE MIASTO MIŁOŚCI

 

Chociaż to Paryż nazywa się miastem zakochanych, tytuł ten bez wątpienia mógłby nosić również Rzym. W końcu niejedna para chciałaby przeżyć wyjątkowe chwile w stolicy Włoch wzorem księżniczki Anny (granej przez Audrey Hepburn) i Joe Bradleya (w tej roli Gregory Peck) z Rzymskich wakacji. Scena z tego filmu spopularyzowała Usta Prawdy (Bocca Della Verità), marmurowy medalion w przedsionku stojącej niedaleko Tybru rzymskokatolickiej świątyni (Basilica di Santa Maria in Cosmedin), który według legendy służył jako wykrywacz kłamstw. Wycieczka śladami głównych bohaterów tej amerykańskiej komedii romantycznej będzie znakomitym sposobem na zwiedzanie Rzymu, ponieważ na jej trasie muszą znaleźć się jedne z jego największych atrakcji, takie jak barokowa Fontanna di Trevi, plac Wenecki, Panteon czy Schody Hiszpańskie. Nieobeznanym z zachowaniem włoskich kierowców na drodze nie polecam jednak przejażdżki skuterem po rzymskich ulicach – panuje na nich obecnie dużo większy ruch niż w latach 50. XX w., gdy kręcono ujęcia szalonej przejażdżki księżniczki Anny.

 

Stolica Włoch jako miasto rozpoznawalne na całym świecie stanowi popularne miejsce na sesję ślubną. Można się o tym przekonać pod Koloseum, zwłaszcza w godzinach popołudniowych i wczesnowieczornych. Spotkamy wówczas wiele par pozujących do zdjęć na tle tej słynnej starożytnej budowli. Nowożeńcy fotografują się poza tym m.in. na brzegu Tybru w pobliżu mostu Świętego Anioła prowadzącego do mauzoleum cesarza Hadriana (zwanego Zamkiem Świętego Anioła). Rzym jest też dobrą propozycją dla osób, które chciałyby wziąć poza granicami naszego kraju ślub katolicki, a to ze względu na fakt, że istnieje tu polska parafia i nie ma problemu ze znalezieniem księdza mówiącego po polsku do odprawienia mszy. Ceremonie cywilne w Wiecznym Mieście odbywają się zwykle w salach zabytkowych willi czy pałaców. Takie otoczenie już samo w sobie czyni moment zaślubin niezmiernie uroczystym.

               

Całe Włochy są zresztą tak piękne, że idealnie nadają się na romantyczne podróże dla par. Wspaniałe krajobrazy i cenne zabytki w połączeniu z idylliczną atmosferą prowincji i wyśmienitą kuchnią przyciągają tu zakochanych od lat. Swój nieodparty urok ma także język włoski. Ti amo (po włosku „kocham cię”) brzmi jak początek pięknego poematu.

 

MIŁOSNA IDYLLA

 

Jednym z najbardziej znanych regionów Włoch jest niewątpliwie Toskania. Ona również stanowiła tło w wielu filmach (np. Pod słońcem Toskanii z Diane Lane w roli głównej), a słynie m.in. ze swoich pełnych zabytków miast. Siena ze strzelistą wieżą (Torre del Mangia) przy Piazza del Campo kojarzy się z widowiskowym wyścigiem konnym – Il Palio. Florencja zachwyca olbrzymią ceglaną kopułą Katedry Matki Boskiej Kwietnej (Cattedrale di Santa Maria del Fiore). Do Pizy co roku mnóstwo turystów ściąga na plac Cudów (Piazza dei Miracoli) z monumentalną Katedrą, Baptysterium św. Jana Chrzciciela i charakterystyczną dzwonnicą kościelną (zwaną Krzywą Wieżą). W malowniczym mieście Lukka, w którym urodził się w 1858 r. włoski twórca oper Giacomo Puccini, można podziwiać Torre Guinigi. To romańsko-gotycka wieża z… rosnącymi na jej szczycie dębami ostrolistnymi. Urokliwe San Gimignano zadziwia średniowiecznymi budowlami przypominającymi drapacze chmur. W Toskanii znajduje się także region znany z produkcji wyśmienitego wina. Wzgórza Chianti zapraszają do nieśpiesznych wędrówek wśród krzewów winorośli. Warto też wybrać się na degustacje do miejscowych winnic. Wspaniałym zwieńczeniem dnia będzie oglądanie zachodu słońca z kieliszkiem wybornego chianti w dłoni. Na podróż poślubną do Toskanii powinni koniecznie zdecydować się ci, którzy lubują się we włoskim dolce vita („słodkim życiu”). Całe dnie można tu spędzać na zwiedzaniu we dwoje sielskich historycznych miasteczek i rozkoszowaniu się lokalnymi przysmakami – w końcu miłość i dobre jedzenie to dwie największe namiętności Włochów. Nic więc dziwnego, że w tej wyjątkowej atmosferze wiele osób decyduje się złożyć małżeńską przysięgę. Ślub w cudownej Pizie brzmi jak spełnienie marzeń.

 

10354085 595093690612058 3082545716840431891 n

Marciana Marina (Isola d’Elba), nowożeńcy na vespie

© STUDIO MORLOTTI/ROSSELLA CELEBRINI WEDDING AND FLOWER DESIGNER

 

Zachodnią granicę Toskanii stanowi wybrzeże Morza Liguryjskiego i Tyrreńskiego. Polskie biura podróży organizują na nim ceremonie cywilne na plaży. Państwo młodzi zawierają związek małżeński w obecności miejscowego urzędnika pod ukwieconym baldachimem ustawionym na piaszczystym brzegu oblewanym przez turkusowe fale, a wszystko dzieje się w promieniach zachodzącego słońca. Przy planowaniu takiej uroczystości dobrze skorzystać z usług jednego z licznych stylowych toskańskich hoteli na wybrzeżu. Wiele z nich ma dostęp do własnej prywatnej plaży i odpowiednie warunki do zorganizowania przyjęcia weselnego. Można w nich również zakwaterować swoich gości. Poza tym po ślubie np. w miejscowości Follonica warto rozważyć wycieczkę na pobliskie zniewalające Wyspy Toskańskie. Z Piombino w sezonie codziennie kursują dość często promy na największą z nich – Elbę (223,5 km² powierzchni i ponad 32 tys. mieszkańców), ale ciekawą propozycją jest też z pewnością rejs wynajętym jachtem, podczas którego cumuje się w niewielkich marinach i ukrytych wśród skał urokliwych zatoczkach. Okoliczne krystalicznie czyste wody sprzyjają uprawianiu nurkowania, snorkelingu czy kajakarstwa. Archipelag przypadnie także do gustu osobom lubiącym zwiedzać. Dość wspomnieć, że w największym mieście na Elbie, 12-tysięcznym Portoferraio, zdaniem słynnego angielskiego admirała Horatia Nelsona ze względu na położenie najdoskonalszym porcie na świecie, znajduje się dawna rezydencja Napoleona Bonapartego – Villa dei Mulini (na wygnaniu odwiedziła francuskiego wodza m.in. jego polska kochanka Maria Walewska). Trafił on tutaj po tym, jak został zmuszony do abdykacji w kwietniu 1814 r. Na wyspie Giannutri zachowały się z kolei rzymskie ruiny (willi rodziny cesarza Nerona, świątyni i portu).

 

Najważniejsza z Wysp Toskańskich jest zresztą wymarzonym miejscem dla zakochanych. Wciąż można znaleźć na niej spokojne, niewielkie plaże, na których będziemy tylko we dwoje. Niezbyt rozległą Elbę zwiedzimy wzdłuż i wszerz podczas wycieczek rowerem bądź skuterem. Po drodze mija się malownicze miasteczka, gaje oliwkowe i winnice. Warto robić sobie przystanki, aby spróbować lokalnych potraw. Po dniu spędzonym np. na nurkowaniu czy pływaniu najlepiej usiąść w jednej z knajpek niedaleko przystani i przy pysznym posiłku podziwiać cudowny zachód słońca. Miłą pamiątką po wspólnej podróży tutaj będzie romantyczny prezent – perfumy miejscowej cenionej marki Acqua dell’Elba. Kameralna atmosfera Elby wręcz zachęca do wzięcia na niej ślubu. Narzeczeni mogą wybrać ceremonię m.in. w takich klimatycznych miejscowościach jak Portoferraio, Porto Azzurro, Capoliveri, Marciana Marina, Rio Marina czy Marina di Campo. Przysięgę składa się w historycznym obiekcie (np. forcie lub pałacyku) czy niewielkim kościele, a nawet na plaży albo w kolorowym i wspaniale pachnącym śródziemnomorskim ogrodzie.

 

 nuraghi 2

Hotel Grand Relais de Nuraghi na Sardynii to wymarzone miejsce dla zakochanych

© HOTEL GRAND RELAIS DEI NURAGHI

 

SEKRETNE ROMANSE

 

Na północny wschód od Toskanii leży inny bardzo popularny region Włoch – Veneto. Zakochani ściągają tu przede wszystkim do Wenecji. Nie ma w tym nic dziwnego, atmosfera romansu niemal unosi się w tym mieście w powietrzu. Przytulone pary spacerują wąskimi uliczkami, fotografują się na moście Rialto (Ponte di Rialto) i pływają po kanałach w smukłych gondolach, a wieczorem udają się na romantyczną kolację do jednej z kameralnych restauracji. Choć Wenecja jest oblegana przez turystów, o czym świadczą tłumy na placu św. Marka, wciąż można ukryć się w niej w labiryncie prawie pustych uliczek, aby szeptać sobie do ucha czułe słówka, jak kiedyś czynili to spotykający się na schadzkach kochankowie. A kto chciałby się poczuć jak prawdziwy wenecki arystokrata, powinien zdecydować się na ślub w tutejszym zabytkowym pałacu. Taka uroczystość dla wszystkich jej uczestników będzie podróżą do czasów dożów, patrycjuszy, kondotierów, baronów i hrabin. Państwo młodzi marzący o kameralnej ceremonii mogą po przysiędze wybrać się na wycieczkę gondolą lub kolację, z kolei osoby pragnące hucznie świętować mają do wyboru np. wesele na stylizowanym pirackim statku na wodach Laguny Weneckiej.

 

Niepoprawni romantycy podczas pobytu w Veneto wyruszają do Werony, w której rozgrywa się akcja słynnego dramatu Williama Szekspira Romeo i Julia. W mieście kierują swoje kroki do Casa di Giulietta – symbolicznego domu rodziny głównej bohaterki. Z jego balkonu miała ona rozmawiać ze swoim ukochanym. Trzeba przyznać, że potencjał tego miejsca nie pozostaje niewykorzystany. Polskie biura podróży oferują m.in. pakiet z oświadczynami na wspomnianym balkonie i – oczywiście – organizację ślubu w samym średniowiecznym domu Capuletich. Wspaniałą pamiątką złożenia przysięgi w Weronie będzie sesja fotograficzna w jej przepięknym zabytkowym centrum.

 

W Veneto można poza tym pobrać się na plaży lub… nad jeziorem. Ta druga lokalizacja przypadnie do gustu miłośnikom gór, bo mowa tu o malowniczej Gardzie, otoczonej przez szczyty pasma Prealpi Gardesane. Najcenniejszym skarbem tej okolicy są zapierające dech w piersiach widoki. To największe jezioro Włoch (ok. 370 km² powierzchni) jest wyjątkowo czyste, dlatego przyciąga również amatorów sportów wodnych. Świetny dodatek do uroczystości ślubnej stanowi rejs jachtem dla samych nowożeńców lub pary młodej z gośćmi. Ze względu na przepiękne krajobrazy warto zdecydować się na ceremonię na świeżym powietrzu, np. na tarasie z widokiem na błękitną wodę i górskie szczyty lub w zielonym ogrodzie. Zatrzymać można się w jednym z miejscowych kameralnych hoteli lub zabytkowej willi.

 

 20110829 CasaGiulietta Dmitry 05

Szczęśliwa para młoda na balkonie Casa di Giulietta w historycznym centrum Werony

© WWW.SPOSAMIAVERONA.IT

 

DWIE SZUKAJĄCE SIĘ POŁÓWKI

 

Za prawdziwy skarb Włoch uchodzą także ich dwie największe wyspy – Sardynia i Sycylia. Ta pierwsza (o powierzchni ok. 24,1 tys. km²) zachwyca m.in. słynnym Szmaragdowym Wybrzeżem (Costa Smeralda) i pobliskim archipelagiem La Maddalena. Jest na niej wiele miasteczek o bogatej historii i ze wspaniałymi zabytkami, takich jak Castelsardo, Carloforte, Posada, Bosa czy Alghero, nazywane małą Barceloną (la piccola Barcellona). Na Sardynii poza wypoczywaniem na urokliwych plażach można też spędzać czas bardziej aktywnie. Krystalicznie czyste okoliczne wody zachęcają do eksplorowania głębin. Górzyste wnętrze wyspy pokrywają malownicze szlaki trekkingowe. Nadmorskie skały są świetnym miejscem na wspinaczkę, a wzdłuż brzegu warto wybrać się na wycieczkę rowerową. Zakochani powinni zdecydować się na romantyczny rejs jachtem, szczególnie wokół wspomnianego archipelagu La Maddalena, położonego na północnym wschodzie regionu. Ciekawą propozycję stanowi również wycieczka samochodem terenowym do niedostępnej Barbagii w głębi lądu. Zwiedzanie tutejszych miasteczek i wyprawy po okolicy będą także znakomitą atrakcją dla gości weselnych, bo na Sardynii można też wziąć ślub w scenerii zachwycającej nawet najbardziej wybredne młode pary. Do wyboru mamy np. ceremonię na plaży lub w zabytkowym wnętrzu (np. w jednej sal zamku w Castelsardo). To idealna wyspa na kameralne uroczystości w gronie najbliższych, z którymi świętuje się później ten cudowny moment w życiu na kolacji z wyśmienitymi lokalnymi daniami lub podczas rejsu komfortowym katamaranem.

 

Pobliska Sycylia (zajmująca powierzchnię blisko 26 tys. km²) jest zupełnie inna. Kojarzy się przede wszystkim z majestatycznym wulkanem Etna i licznymi śladami po starożytnych Grekach i Rzymianach (m.in. w Syrakuzach, Agrygencie, Taorminie czy Katanii). Warto odwiedzić tu miejscowości w dolinie Noto (Val di Noto) z przykładami architektury w stylu baroku sycylijskiego. Na wyspie znajdują się również słoneczne plaże i miasteczka, których zabudowania wyrastają tuż nad brzegiem morza, takie jak Cefalù bądź Trapani. Sycylia to wyjątkowe miejsce także ze względu na swoje położenie niemal na wysokości północnego wybrzeża Tunezji. Prawie da się na niej poczuć ciepło afrykańskiego słońca. Poza tym Sycylijczycy znani są ze swojej miłości do… jedzenia, a jest to uczucie bardzo zmysłowe. Podczas wyjazdu we dwoje warto przejść się wśród ulicznych stoisk ze specjałami tutejszej kuchni, kupić kilka takich przysmaków i karmić się nimi nawzajem – wtedy z pewnością łatwo będzie zrozumieć tę namiętność miejscowych. Ślub na Sycylii to wspaniałe przeżycie. Podobnie jak na Sardynii ceremonia może odbywać się w czarującym plenerze lub zabytkowym obiekcie. Z racji łagodnego klimatu wyspa sprawdzi się też w przypadku ślubu w okresie zimowym. Oczywiście, podobnie jak w wielu innych zakątkach Włoch i w tym regionie istnieje możliwość zorganizowania uroczystości w obrządku katolickim z księdzem mówiącym po polsku.

 

 DSC0334

Para delektująca się węgierskim winem nad brzegiem Dunaju z widokiem na Parlament

© MAGYAR TURISZTIKAI ÜGYNÖKSÉG ZRT.

 

ROMANTYCZNE SPACERY

 

Na wyjazd we dwoje nie trzeba jednak wybierać się aż na południe Europy. Wystarczy udać się do naszych sąsiadów i odwiedzić czeską stolicę – Pragę. To położone malowniczo nad Wełtawą miasto jest wręcz stworzone do niespiesznych spacerów ze swoją drugą połówką. Chodzić można tu właściwie wszędzie, a najlepiej zacząć od urokliwych brzegów samej rzeki. Słynny most Karola łączy ze sobą dzielnice Staré Město i Malá Strana, obie zdecydowanie warte zobaczenia. W tej pierwszej należy udać się na Rynek Staromiejski, aby obejrzeć praski zegar astronomiczny (Orloj) umieszczony na południowej ścianie Ratusza Staromiejskiego. Ta druga to przede wszystkim zielone wzgórze Petřín (327 m n.p.m.), na które wjeżdża się kolejką linową lub wchodzi pieszo. Stąd niedaleko już na królewskie Hradczany z Zamkiem Praskim i Katedrą św. Wita, Wacława i Wojciecha z witrażem Alfonsa Muchy. W Pradze koniecznie trzeba przejść się również po dawnej dzielnicy żydowskiej (dziś Josefov) i na wzgórze Wyszehrad, uchodzące za popularny punkt widokowy. Zmęczeni wędrowcy mogą przysiąść na jednej z ławek w parku na Wyspie Strzeleckiej (Střelecký ostrov), która mimo położenia w centrum miasta stanowi przyjemną oazę spokoju. Nie będzie w tym nic dziwnego, gdy po wizycie w pełnej atrakcji czeskiej stolicy ktoś zapragnie wziąć tutaj ślub. Warto zdecydować się np. na ceremonię w Ratuszu Staromiejskim, po której można udać się zabytkowym samochodem na romantyczną sesję, a następnie na uroczysty obiad do jednej z licznych klimatycznych restauracji nad Wełtawą.

 

Osoby uwielbiające charakterystyczną atmosferę dużych europejskich miast wypełnionych zabytkami powinny wybrać się koniecznie do zachwycającego Budapesztu, nazywanego słusznie perłą Dunaju. Stolica Węgier wygląda szczególnie magicznie po zapadnięciu zmierzchu, gdy wzrok przykuwają pięknie oświetlone Wzgórze Zamkowe, Most Łańcuchowy i Parlament. Te światła załamują się na falach Dunaju, tworząc niesamowitą mozaikę, na którą da się patrzeć bez końca. Budapeszt stanowi idealne miejsce dla par także dlatego, że można w nim wypocząć w kąpieliskach zasilanych źródłami termalnymi, a wieczorem spędzić czas na kolacji uświetnionej wyśmienitymi węgierskimi winami. Dla narzeczonych planujących ślub stolica Madziarów jest też ciekawą propozycją ze względu na niewielkie oddalenie od Polski, co znacznie ułatwia sprowadzenie na uroczystość gości. Nie trzeba również decydować się na zwykłą ceremonię. Przysięgę można złożyć na pokładzie statku płynącego po Dunaju lub w przepięknej Kaplicy z Ják (Jáki-kápolna) w stylu romańskim wchodzącej w skład zespołu architektonicznego Zamku Vajdahunyad w Parku Miejskim (Városliget). Co istotne, w pełnym czaru Budapeszcie, jak zresztą i w innych rejonach Węgier, bez problemu znajdziemy także księdza mówiącego po polsku. Uroczystość weselną w stolicy gościnnych i przyjaznych Madziarów warto zorganizować na statku na modrym Dunaju (np. Columbus czy Attila). Mamy wówczas gwarancję niezapomnianych przeżyć i cudownych widoków. Poza tym zarówno czeska Praga, jak i węgierski Budapeszt są znakomitymi miastami na romantyczny weekend, zwłaszcza że z naszego kraju regularnie kursują do nich samoloty rozmaitych linii lotniczych.

 

ZAKOCHANI POD PALMAMI

 

Niektórzy mają dość konkretne wyobrażenie raju na ziemi. Brzeg ciepłego morza pokryty drobnym piaskiem i ocieniony wysmukłymi palmami jest wszystkim, czego im trzeba. Brzmi to jak opis idealnego urlopu, ale czy nie byłoby wspaniale pobrać się właśnie w takim rajskim miejscu? W końcu dzień ślubu powinien być najszczęśliwszym momentem w życiu.

 

Wśród egzotycznych regionów najczęściej wybieranych na podróż poślubną ogromnym zainteresowaniem cieszy się pełna atrakcji turystycznych indonezyjska wyspa Bali. To zupełnie wyjątkowa część Indonezji – w większości zamieszkują ją wyznawcy balijskiego hinduizmu. Balijczycy są przyjaźni i gościnni, a ich wyspa jest usiana licznymi świątyniami i niezmiernie urokliwymi plażami. Co ciekawe, na Bali można też zorganizować ceremonię chrześcijańską. Miesiąc miodowy zaczyna się tu już następnego dnia po uroczystości.

 

Podobno jedne z najpiękniejszych plaż na świecie znajdują się na Seszelach. Na nich również narzeczeni składają przysięgę małżeńską. To wyspiarskie państwo, określane czasem mianem kokosowej krainy szczęścia, leży na Oceanie Indyjskim. Jego mieszkańcy dbają o to, aby mimo zwiększającego się ruchu turystycznego nie ingerować w naturalne piękno ich dwóch głównych archipelagów – w zdecydowanej większości granitowych Wysp Wewnętrznych i koralowych Wysp Zewnętrznych. Wciąż jest tutaj wiele niemal niezaludnionych wysp (jedynie 33 z łącznej liczby 115 są zamieszkane), na których istnieją jedynie ekskluzywne ośrodki wypoczynkowe. Jeśli ktoś szuka na wyjazd we dwoje, podróż poślubną lub ślub miejsca poza światem, powinien pomyśleć o Seszelach. Na zachód stąd, u wybrzeży Afryki Wschodniej znajduje się z kolei tanzański Zanzibar z główną wyspą o tej samej nazwie (znaną także jako Unguja). Tu można odkryć nieco inne oblicze Czarnego Lądu. Z jednej strony zabytkowe zabudowania Stone Town (Kamiennego Miasta) wciąż przypominają o kolonialnej historii tego miejsca i na plaży spotyka się Masajów sprzedających pamiątki. Z drugiej strony szerokie, białe plaże przywodzą na myśl Karaiby, a rozległe plantacje przypraw kojarzą się z Indiami. Na Zanzibarze działają zarówno kameralne pensjonaty (często położone tuż nad brzegiem Oceanu Indyjskiego), jak i luksusowe ośrodki wypoczynkowe. Każdy więc z pewnością znajdzie coś dla siebie. Ślub na wyspie będzie niesamowitym przeżyciem, zwłaszcza jeśli tę radosną chwilę przedłuży się o miesiąc miodowy.

 

Zimą niesamowicie atrakcyjne dla Polaków są zwłaszcza Karaiby. Gdy u nas pogoda nie rozpieszcza, tropikalny raj po drugiej stronie Atlantyku kusi tym, co w nim najlepsze. Gorący klimat tego regionu świata sprzyja romansowaniu, podobnie jak tutejsza rytmiczna muzyka, pyszne drinki na bazie rumu i przepiękne zachody słońca. Dlatego mnóstwo ludzi udaje się na Karaiby ze swoją drugą połówką, często również na podróż poślubną. Obok 5-gwiazdkowych resortów z basenami i centrami spa & wellness znajdują się tu przytulne bungalowy położone blisko plaży. I jedne, i drugie jednak otacza zwykle bujna tropikalna roślinność i odwiedzają kolorowe egzotyczne ptaki. Niektóre zakątki regionu przypominają rajski ogród – łatwo poczuć się w nich niczym Adam i Ewa. Turyści z Polski chętnie wybierają Jamajkę, meksykańską Riwierę Majów, Dominikanę i Kubę. Na Karaibach zachowało się mnóstwo śladów ich kolonialnej przeszłości, w tym dawne potężne fortyfikacje. Półwysep Jukatan przyciąga fascynującymi ruinami prekolumbijskiej cywilizacji Majów. Do tego pod wodą kryją się w tej okolicy cudowne rafy koralowe. Nieodłącznymi świadkami składania przysięgi małżeńskiej na karaibskiej plaży są wysmukłe palmy, miękki, biały piasek i turkusowe fale. Pary preferujące ceremonię w obrządku katolickim mają do wyboru miejscowe urzekające małe kościoły. A po uroczystości i sesji zdjęciowej w tropikalnym plenerze wypada już tylko popłynąć w rejs, podczas którego nowożeńcom na pokładzie jachtu serwuje się kolację z daniami ze świeżych ryb i owoców morza.

 

Są i tacy, którzy pragną, aby ich życie było zawsze emocjonujące i wyjątkowe, a najważniejsze chwile chcą celebrować w sposób daleki od zwyczajności. Dla nich najlepszym pomysłem na romantyczną podróż jest wyprawa na drugi koniec świata. W tym przypadku idealnym celem wyjazdu wydają się niewątpliwie Hawaje. Ten archipelag w Polinezji ma wiele cech pozwalających uważać go za jedno z najoryginalniejszych miejsc na ziemi – leży z dala od kontynentów na środku Pacyfiku, dzięki czemu rozwinęła się na nim endemiczna flora i fauna, stanowi jedyny stan USA położony tylko na wyspach i wznosi się tutaj jeden z najwyższych wulkanów na naszym globie (Mauna Kea, ponad 4207 m n.p.m.). Ślub na Hawajach również należy do wyjątkowych. Odbywa się zwykle na cudownej pacyficznej plaży, a młoda para otrzymuje słynne lei, czyli tradycyjne wieńce z kwiatów będące symbolem miłości, przyjaźni i szacunku. Podczas takiej uroczystości trudno oprzeć się wrażeniu, że w życiu wszystko jest możliwe, skoro na ziemi powstał tak bajeczny i romantyczny archipelag.

 

Artykuły wybrane losowo

Nieodkryta Armenia

 Tatev Monastery

Klasztor Tatew stoi na krawędzi wąwozu

© ARMENIA AND TRAVEL, OFFICIAL TOURISM WEBSITE OF ARMENIA

 

PAWEŁ SAKOWSKI

 

Armenia jest jednym z małych krajów – ma powierzchnię niemal 30 tys. km², a żyje tu ok. 3 mln ludzi, z czego ponad jedna trzecia mieszka w stołecznym Erywaniu. Wciąż nie cieszy się ona raczej zbyt dużą popularnością wśród turystów z Europy, ale zupełnie niezasłużenie. Zdecydowanie warto odwiedzić to wyjątkowe miejsce na naszym globie.

 

Podobno ormiańska diaspora rozsiana po świecie liczy aż ok. 10 mln osób. Niektórzy twierdzą wręcz, że za stolicę Armenii powinien uchodzić obszar metropolitalny Los Angeles, bo mieszka na nim więcej Ormian niż w Erywaniu (prawie 1,5 mln). Historia tego ostatniego sięga niemal 3 tys. lat wstecz. Jednak jednocześnie to armeńskie miasto jest jedną z najmłodszych stolic świata. Tę funkcję nadano mu dopiero w 1918 r., ale dwa lata później kraj znalazł się pod okupacją Armii Czerwonej. Stołecznym ośrodkiem niezależnego państwa Erywań stał się z powrotem wewrześniu 1991 r., po ponownym odzyskaniu niepodległości przez republikę. Armenia to naprawdę wyjątkowy kraj, w którym wszystko jest najstarsze i najlepsze. Tak przynajmniej twierdzą jego mieszkańcy. Ormianie stworzyli jedną z najstarszych cywilizacji na świecie. Jako pierwsi oficjalnie przyjęli chrześcijaństwo (w 301 r. n.e.), co czyni ich ojczyznę najstarszym chrześcijańskim państwem na ziemi. Tutejszy narodowy Kościół (Ormiański Kościół Apostolski) nie podlega władzy Watykanu.

 

Bezpośredni lot z Warszawy do Erywania trwa mniej więcej 3 godz. i 30 min. Różnica czasu między Armenią a Polską wynosi 2 godz. w okresie letnim i 3 godz. w okresie zimowym. Polacy nie muszą wyrabiać wizy, aby przekroczyć granicę, jeśli planują pobyt do 180 dni. Walutę kraju stanowi dram (AMD). Płatności w euro czy dolarach amerykańskich nie są obsługiwane, ale na szczęście kantorów i banków oferujących prawie identyczny kurs jest mnóstwo. Warto przygotować się na to, że po wyjściu z lotniska w Erywaniu turystów oblegają taksówkarze i inne osoby wykonujące przewozy. Standardowa cena za kurs do centrum miasta to 2–3 tys. dramów, czyli ok. 15–22 złotych. Kierowcy proponujący swoje usługi świeżo przybyłym oferują promocyjny przejazd za 15 tys. dramów (mniej więcej 110 złotych). Należy więc im ze spokojem podziękować i udać się na oficjalny postój tuż obok terminala lub zamówić taksówkę w okienku informacyjnym na lotnisku.

               

W STOLICY

 

Erywań jest specyficzny i ma swój niepowtarzalny urok. To młoda stolica, ale niezmiernie stare miasto. Na pewno warto zobaczyć w nim Kaskady, jeden z najbardziej rozpoznawalnych tutejszych obiektów. Ta monumentalna konstrukcja składa się z 572 schodów i łączy punkty, które dzielą od siebie 302 m wysokości. Ze szczytu rozciąga się malowniczy widok na cały Erywań. Widać też świętą górę Ormian, czyli Ararat (5137 m n.p.m.), odległą o ok. 50 km i znajdującą się obecnie na terytorium Turcji.

 

Ciekawym miejscem jest powstały na wzgórzu Cicernakaberd kompleks upamiętniający ofiary ludobójstwa, którego w 1915 r. dopuścili się Turcy na Ormianach. Po ormiańsku zbrodnię tę określa się mianem Mec Jeghern, czyli Wielkie Nieszczęście. Szacuje się, że śmierć poniosło wówczas ok. 1,5 mln ludzi. Większość z tych, którzy przeżyli, rozjechała się po świecie i stworzyła ogromną ormiańską diasporę. Na wzgórzu stoi wysoki na 44 m, stożkowaty słup, spod którego doskonale widać Ararat. Obok niego umieszczono 12 pochylonych płyt formujących okrąg, w jego środku płonie wieczny ogień otaczany codziennie świeżymi kwiatami. Gdy odwiedzam to miejsce, mimo zwiększającego się upału zawsze robi mi się zimno. Na terenie, na którym znajduje się kompleks, rośnie mnóstwo młodych drzew. Sadzili je tutaj znani ludzie z całego świata. W pierwszym szeregu widzę drzewa zasadzone przez prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego i papieża Jana Pawła II.

 

Wróćmy jednak do centrum miasta. Z placu Republiki rozchodzą się koncentrycznie ulice w różnych kierunkach. Najciekawsza jest chyba urocza ulica Abowiana, utrzymana w przedwojennym stylu, ze starą zabudową oraz mnóstwem kafejek i restauracji, czasami ukrytych w zaułkach i bramach.

Warto też przejść się otwartą w 2007 r. aleją Północną, przy której można posiedzieć w jednej z licznych kawiarenek nad filiżanką gęstej, pioruńsko mocnej ormiańskiej kawy. Większość ulic w centrum Erywania zawdzięcza swoje nazwy słynnym pisarzom, poetom, artystom, wynalazcom czy bohaterom narodowym, tymczasem tę jedną z najważniejszych arterii, główny deptak stolicy prowadzący niemal od placu Republiki aż do Opery, nazwano po prostu od kierunku świata. Jest to w pewnym sensie wynik prac planistycznych rozpoczętych w latach 20. XX w. przez wybitnego ormiańskiego intelektualistę Aleksandra Tamaniana (1878–1936), który chciał zaproponować nowy układ urbanistyczny miasta i aleja Północna miała być jego ważnym elementem. Jednak współczesne działania władz Erywania odbiegają raczej od zamierzeń planisty. Cała stara zabudowa została tutaj wyburzona, a w jej miejsce powstały nowoczesne apartamentowce wzniesione przez elitę finansową, w których... nikt nie mieszka. Są one po prostu zbyt drogie nawet dla tych w miarę zamożnych Ormian. Dlatego arteria ta często nazywana jest przez miejscowych ulicą duchów. Gdy spaceruje się nią wieczorami, można dostrzec niewielki ruch w dole, ale wszystkie okna budynków pozostają ciemne.

 

Jeśli chodzi o nocleg, ceny w hotelach wyższej kategorii w Armenii bywają porównywalne z polskimi. Jeżeli dla kogoś jest to za wysoki koszt, ma możliwość zatrzymania się w obiekcie niższej klasy bądź hostelu lub wynajęcia mieszkania. Hostele są w większości przyzwoitej jakości, ale chyba najwygodniejsze wyjście, zwłaszcza przy wielodniowym wyjeździe, stanowi po prostu wynajem. Najlepiej zdecydować się na Erywań. Kraj jest na tyle mały (ma powierzchnię mniej więcej naszego województwa wielkopolskiego), że zrobienie sobie bazy wypadowej w stolicy to świetny pomysł w przypadku pobytów dłuższych niż jeden tydzień. W Armenii warto szukać lokalu do wynajęcia poprzez miejscowy serwis hyurservice.com. W jego bazie zebrano bardzo dużo nieruchomości (apartamentów, domów i hoteli) w dogodnych lokalizacjach, w dobrym standardzie i świetnych cenach. Można znaleźć mieszkanie już za jakieś 15 tys. dramów za dzień (czyli w przybliżeniu 110 złotych), co ma swoje zalety, zwłaszcza gdy podróżuje się w towarzystwie, bo za wynajem nie płaci się od osoby. W trakcie szukania dobrej lokalizacji najlepiej na mapie Erywania wyrysować sobie okrąg, którego promień zaczynać się będzie na placu Republiki, a kończyć przy Operze. Mieszkania położone w jego obrębie znakomicie nadają się na bazę wypadową podczas pobytu w Armenii.

 

W stolicy jest mnóstwo małych, kameralnych teatrów. Mimo iż przedstawienia są najczęściej w języku ormiańskim, warto odwiedzić jeden z nich. Każdy spektakl dostarcza niezapomnianych wrażeń wizualnych i stanowi wyjątkowe artystyczne przeżycie. Zamiłowanie Ormian do sztuki widać zresztą wszędzie.

 

Wieczory polecam spędzać w licznych pubach lub klubach położonych w ścisłym centrum. Panuje w nich świetna atmosfera, w wielu miejscach można posłuchać doskonałej muzyki na żywo. Do wyboru mamy takie gatunki jak jazz, blues, rock czy folk. Trzeba jednak pamiętać, że w Armenii wciąż wszędzie wolno palić, dlatego lokale bywają zadymione, chociaż w wielu skutecznie działa klimatyzacja.

 

OD KUCHNI

 

Warto wspomnieć także o tutejszych specjałach kulinarnych. Prawdziwym skarbem tego kraju jest lawasz – tradycyjny ormiański chleb wypiekany tą samą metodą od tysięcy lat (w 2014 r. wpisany na prestiżową Listę Reprezentatywną Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO). Można go zjeść wszędzie. Ma formę niesamowicie cienkiego placka, dużo delikatniejszego niż pita. Prawdziwego odkrycia dokonałem, gdy w jakimś małym lokalu zamówiłem lahmajo, czyli lekko słonawą pizzę na bazie tego właśnie chleba. Składa się ją w kostkę i je z ręki. Smakuje cudownie, zwłaszcza z piwem. Na obiad proponuję chinkali – tradycyjną kaukaską potrawę, kojarzoną bardziej z Gruzją, ale Ormianie też ją przygotowują, w swojej wyśmienitej wersji. To pierożki, które spożywa się w specyficzny sposób: najpierw należy przegryźć ciasto i wyssać płynną zawartość, a potem ze spokojem zjeść resztę. Chinkali są gotowane lub smażone (w tym drugim wariancie, moim zdaniem, smakują zdecydowanie lepiej). Do picia polecam bardzo popularną lemoniadę gruszkową podawaną np. w restauracji „Tumanyani Khinkali” w Erewaniu. Poza tym wszędzie króluje dolma, czyli coś na kształt naszych gołąbków. W wersji tradycyjnej farsz zawija się w liście winogron. Dla mnie to danie w takiej formie było trochę za gorzkie, dlatego wybierałem je w wariancie z liśćmi kapuścianymi. Bardzo charakterystyczne dla Armenii jest również chaczapuri – zapiekany placek typowy dla kuchni gruzińskiej. Mnie najbardziej zasmakowało w wersji adżarskiej, czyli z jajkiem.

 

Warto wspomnieć także o słodkościach. Dużą popularnością cieszy się owocowy lawasz. Powstaje on w specjalny sposób: najpierw z owoców wyciska się sok, potem rozlewa się go na dnie płaskiego naczynia i wystawia na słońce, aby wysechł. Następnie tę zaschniętą cienką warstwę zdziera się i roluje. Taki rulonik nie zawiera dodatku cukru i konserwantów. To samo zdrowie!

 

Narodowym trunkiem Armenii jest brandy (koniak). Ponoć właśnie tutaj ją wymyślono i zaczęto produkować. Występuje we wszystkich smakach i odmianach. Poza tym Ormianie kochają wino, i to nie tylko z winogron. Ciekawie smakuje np. wino morwowe.

 

Z kawą w Armenii miałem pewien problem. Z podobną sytuacją spotkałem się zresztą w krajach Europy Południowej. Tutaj po prostu nie podaje się czegoś takiego jak duża kawa z mlekiem. W małych filiżankach serwuje się za to mocny, gorący, gęsty płyn o ciemnobrązowym kolorze, po wypiciu którego język staje na baczność. Gdy prosiłem o dużą kawę z mlekiem, dostawałem podwójną porcję tego napoju i mleko w osobnym pojemniku. Jednak po dodaniu mleka nie da się wypić tej mikstury – jest zupełnie pozbawiona smaku i pomimo słodzenia pozostaje gorzka.

 

Aby w pełni poznać różnorodność kulinarną Armenii, najlepiej udać się do jednej z licznych w Erywaniu restauracji Karas. To lokalna sieć podobna do McDonald’s (co ciekawe, w tym kraju nie ma ani jednego baru tej amerykańskiej marki). W samym centrum znajduje się pięć jej lokali. Każdy z nich serwuje to samo menu, na które w całości składają się narodowe potrawy. Ceny są bardzo dobre, jakość jedzenia również. Dzięki dużemu zróżnicowaniu podczas pobytu w Armenii można niemal codziennie spróbować innego lokalnego dania.

 

Yerevan Cascade 02 

Fontanna i rzeźba Gość na drugim poziomie erywańskich Kaskad

© ARMENIA AND TRAVEL, OFFICIAL TOURISM WEBSITE OF ARMENIA

 

WIEKOWE ZABYTKI

 

Z Erywania warto wyruszyć na poznawanie reszty kraju, zwłaszcza że jego obszar jest niewielki i wszędzie mamy blisko. Ja wybrałem na początek trzy niezmiernie atrakcyjne miejsca.

 

Najpierw odwiedziłem jedyną grecko-rzymską pozostałość w Armenii, czyli świątynię w Garni z I w. n.e., która stała się letnią siedzibą siostry króla Tiridatesa III (panującego mniej więcej w latach 287–330) – Chosrowiducht – i zapewne tylko dlatego przetrwała. Licząca sobie niemal 2 tys. lat budowla robi duże wrażenie. Co ciekawe, na murach rzymskich łaźni, które zostały dobudowane później, wyryto napis w grece: „Pracowaliśmy tutaj i nie otrzymaliśmy zapłaty za swoją pracę”. W odległości półgodzinnej przejażdżki stąd leży malowniczy zespół klasztorny Geghard z IV w., wpisany w 2000 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Był on wielokrotnie niszczony i odbudowywany. Dalej drogi już nie ma. Wydaje się, że tu kończy się świat. W podziemiach klasztoru bije źródło. Uważa się, że wypływająca z niego święta woda ma cudowną moc, podobno nawet zapewnia nieśmiertelność. Na wszelki wypadek zamoczyłem w niej stopę. Miejsca te znajdują się w odległości ok. 1 godz. drogi od Erywania. Cała wyprawa trwała w sumie 5 godz., a kosztowała 8 tys. dramów (mniej więcej 60 złotych), które wydałem na taksówkę.

 

Podczas kolejnej wycieczki docieram niemal na szczyt masywu wulkanicznego Aragac, najwyższej góry Armenii (4090 m n.p.m.). Samochodem można podjechać na wysokość 3190 m n.p.m., nad brzeg polodowcowego jeziora Kari, czyli Jeziora z Kamienia. Widoki, jakie już stąd się roztaczają, są oszałamiające. Większość turystów zatrzymuje się tutaj, aby zrobić kilka zdjęć, a potem wraca, skąd przybyła. Ja jednak zostałem dłużej, żeby wybrać się na trekking z zamiarem wejścia na wierzchołek południowy (3888 m n.p.m.). Trasa nie jest łatwa, ale do pokonania. Mimo to nie polecam wspinać się samemu. Asekuracja naprawdę się przydaje. Ja samodzielnie dotarłem na wysokość 3500 m n.p.m., lecz pogoda zmusiła mnie do odwrotu. Nie ma tu żadnego szlaku i trzeba samemu szukać najlepszego przejścia wśród bazaltowych głazów, co bywa trudne i grozi złamaniem lub skręceniem nogi. Jeśli ktoś zdecyduje się więc na taką wyprawę, powinien uprzedzić kogoś na dole o planowanej godzinie powrotu.

 

W drodze powrotnej warto zwiedzić twierdzę Amberd. Jej nazwa oznacza Fortecę w Chmurach. Wzniesiona została na szczycie wzgórza królującego nad doliną (na wysokości 2300 m n.p.m.), w której łączą się dwie rzeki – Arkaszen i Amberd. Stoi na nim już od 14 stuleci. Mimo tak doskonałego położenia nie obroniła się przed żadnym atakiem. Zdobywali ją kolejno Turcy pod panowaniem Seldżuków, Mongołowie i Tatarzy. Dzisiaj warto odwiedzić twierdzę Amberd, bo jest wyjątkowo urokliwa. Oprócz tego można podziwiać wokół cudowne krajobrazy.

 

Poza tym udało mi się obejrzeć jeszcze jeden zapomniany zabytek, do którego nawet taksówkarz nie bardzo wiedział jak dojechać. Nie było w tym miejscu nikogo i niczego dookoła. Budowla ta to wspaniały stary kościół Tegher, który istnieje od 800 lat. Co ciekawe, wciąż jest otwarty. W środku było pięknie, ale pusto. Może drzwi zostawiono otwarte, bo i tak nikt tu nie przyjeżdża? Ja jednak dotarłem w to czarujące miejsce. Naprawdę było warto. Tak zakończyła się moja druga wycieczka. Zapłaciłem za nią 14 tys. dramów (ok. 100 złotych), które znów wydałem na taksówkę, a miałem ją do dyspozycji przez cały dzień.

 

Amberd-3

Ruiny twierdzy Amberd z VII stulecia

© ARMENIA AND TRAVEL, OFFICIAL TOURISM WEBSITE OF ARMENIA

 

KLASZTOR NAD PRZEPAŚCIĄ

 

Moją najdłuższą wyprawą w Armenii był wyjazd do klasztoru Tatew. Tym razem skorzystałem z usługi sprawdzonego lokalnego biura podróży. Wyjechaliśmy bladym świtem, a wróciliśmy nocą. Wycieczka kosztowała 18 tys. dramów (mniej więcej 130 złotych).

 

Do wspomnianego klasztoru jedzie się główną magistralą łączącą zachód i wschód kraju. Droga jest koszmarna, a to przecież ważna trasa! Mijamy widoczną u podnóża góry jaskinię (Areni-1), w której znaleziono w 2008 r. pierwszy but na świecie (mający aż 5,5 tys. lat!), starszy niż egipskie piramidy. Kilka razy musimy zatrzymywać się, aby przepuścić owce przechodzące przez drogę. Stada poganiają zarośnięci pasterze w kożuchach, jadący na małych, krępych koniach. Czas cofa się na chwilę o kilkaset lat.

 

Na miejscu jesteśmy po 5 godz. jazdy z Erywania. Widok na wąwóz przy słynnym klasztorze zapiera dech w piersiach. Za chwilę całej okolicy będę przyglądał się z lotu ptaka. Krawędzie wąwozu łączą Skrzydła Tatewu – to najdłuższa jednosekcyjna, dwukierunkowa, pasażerska kolei linowa na świecie. Jej wagonik pokonuje trasę o długości prawie 6 km (5752 m). Przejazd w jedną stronę trwa aż 11 min. i 25 sek. Z okien rozpościerają się oszałamiające widoki. Według jednej z legend w okolicy klasztoru arabscy najeźdźcy gonili młodą dziewicę. Dziewczyna dobiegła do szczytu wzgórza nad wąwozem. Szybko zrozumiała, że nie ma już gdzie uciekać, więc chcąc uniknąć pohańbienia, rozłożyła ręce, zawołała Tatew! (co w wolnym tłumaczeniu znaczy „Boże, daj mi skrzydła!”) i rzuciła się w przepaść. Przekaz nie mówi o tym, czy jej modlitwa została wysłuchana, ale władze Armenii postanowiły najwidoczniej rozwiać wątpliwości i otwartą w październiku 2010 r. podniebną kolej nazwano właśnie Skrzydłami Tatewu.

 

Docieramy do klasztoru. Główne zabudowania powstały w IX w. Największa budowla to Kościół św. św. Piotra i Pawła. Pod jego nawami zostały ponoć ukryte relikwie obu tych uczniów Jezusa. Po prawej stronie świątyni można podziwiać kilkanaście starych chaczkarów, czyli ormiańskich kamiennych płyt mających upamiętniać konkretne zdarzenia lub osoby. Obok nich stoi mniej więcej ośmiometrowa kolumna pochodząca z X stulecia ostrzegająca przed trzęsieniami ziemi. Gdy jej wierzchołek zaczynał się chwiać, wiadomo było, że zbliża się kataklizm, co dawało mnichom czas, aby udać się w bezpieczne miejsce. Klasztor przetrwał kilka trzęsień ziemi, największe z nich, z kwietnia 1931 r., spowodowało poważne uszkodzenia. Prace renowacyjne nadal się odbywają i – niestety – ich końca wciąż nie widać, ale to, co można oglądać, i tak robi wielkie wrażenie. W jednym z pomieszczeń natykam się na starą bibliotekę i czytelnię, obecnie – oczywiście – bez książek. W klasztorze Tatew działał niegdyś prężnie uniwersytet (w XIV i XV w.), w którym uczyło się ponad tysiąc studentów.

 

Klasztor nadal jest czynnym miejscem kultu. Przebywa w nim… aż dwóch mnichów! Jeden z nich uchodzi za świętego. Podobno gdy pada deszcz, ziemia wokół niego jest sucha i nigdy nie moknie, a trawa pod jego stopami zielenieje, kiedy po niej chodzi. Ludzie z całej Armenii, a nawet świata, przyjeżdżają tu specjalnie po jego błogosławieństwo – wierzą, że czyni cuda. Mnie – niestety – nie pomógł, ale być może zabrakło mi wiary. Jednak i tak obdarzam Tatew głębokim uczuciem. I wiem, że to miłość wieczna i bezwarunkowa. Ciekawe, czy jest również odwzajemniona…

 

Na koniec zatrzymujemy się przed bramą klasztoru. Na krzesełku siedzi kobieta, która wygląda, jakby miała 100 lat. Dalej na straganie sprzedawcy oferują wszelkie lokalne przysmaki, w tym brandy, wina i wódki. Straganiarze częstują turystów, a ponoć nie wypada odmówić. Ja jednak im grzecznie dziękuję, bo przede mną jeszcze pięciogodzinna podróż do Erywania.

 

W drodze powrotnej podziwiam wiszący „tańczący” most w okolicy miasta Goris, w wiosce Chyndzoresk. Ma długość mniej więcej 160 m, jest wysoki na 63 m w najwyższym punkcie i waży 14 t. Most naprawdę tańczy, gdy się po nim idzie. Mniej odważni trzymają się kurczowo lin po obu stronach. Wrażenia z przechadzki są jednak warte tej odrobiny strachu.

 

Alternatywę dla opisanej wycieczki stanowi dwudniowa wyprawa do klasztoru Tatew. Jej program różni się tym, że w okolicy Goris uczestnicy zatrzymują się na nocleg, a po drodze dodatkowo odwiedza się starą winiarnię, w której można zobaczyć, jak produkowano niegdyś w Armenii wina i spróbować przeróżnych trunków. Jednak dodatkową atrakcją jest przede wszystkim wizyta w klasztorze Chor Wirap. Jego nazwę tłumaczy się jako Głębokie Lochy. Budowla często była wykorzystywana jako więzienie polityczne. Przetrzymywano w niej np. św. Grzegorza Oświeciciela (ok. 257–ok. 331), założyciela i patrona Ormiańskiego Kościoła Apostolskiego, apostoła Armenii. Dlatego to najpewniej Chor Wirap stanowi najczęściej odwiedzane miejsce pielgrzymkowe w kraju.

 

W Armenii warto też wybrać się nad Sewan, największe jezioro Kaukazu (1260 km² powierzchni) i jedno z najwyżej położonych na świecie (ok. 1900 m n.p.m.). Dla Ormian jest niczym morze. Słynie z endemicznych gatunków ryb (np. pstrąga sewańskiego – Salmo ischchan) i niespotykanej nigdzie indziej roślinności. Poza tym widoki nad jego brzegiem są zachwycające.

 

Za godny polecenia uważam także Stepanakert, czyli największe miasto (55-tysięczne) i tak naprawdę stolicę nieuznawanej nigdzie na świecie Republiki Górskiego Karabachu, a właściwie Arcachu, jak ją nazywają sami Ormianie. Formalnie leży na terytorium Azerbejdżanu, ale teren ten zamieszkują w przeważającej większości Ormianie, którzy w grudniu 1991 r. ogłosili niepodległość. Armenia również oficjalnie nie uznaje nowego państwa, ale nieformalnie je wspiera. To właśnie na terytorium Arcachu najczęściej dochodzi do incydentów pomiędzy żołnierzami ormiańskimi a azerbejdżańskimi. Nie polecam trekkingu przy granicy z Azerbejdżanem, ale sam Stepanakert jest raczej spokojny i niewątpliwie urokliwy.

 

Gdy przyjechałem po raz pierwszy do Armenii i pytano mnie, skąd pochodzę, odpowiadałem po angielsku: I'm from Poland. Teraz mówię: Es Lehastanits, co znaczy to samo, tylko po ormiańsku. Nie zapewnia mi to zniżek w restauracjach czy sklepach, ale zupełnie satysfakcjonują mnie zdziwione twarze moich rozmówców i ich uśmiechy sympatii. Armenia to naprawdę piękny i pełen atrakcji kraj, ale bardzo słabo rozreklamowany. W rankingach popularności przegrywa zdecydowanie z sąsiednią Gruzją, a moim zdaniem jest dużo ciekawszym celem podróży.

 

Khndzoresk 2

Wiszący „tańczący” most w wiosce Chyndzoresk łączący dwa brzegi wąwozu

© ARMENIA AND TRAVEL, OFFICIAL TOURISM WEBSITE OF ARMENIA

Na północ przez Litwę, Łotwę i Estonię

Drewniana kaplica w Kiernowie nad Wilią
Kernav - Laimonas Ciunys
© WWW.LITHUANIA.TRAVEL/LAIMONAS CIŪNYS

Potężne tallińskie średniowieczne mury obronne z basztami i bramami

panorama-tornidevaljak

© VISIT ESTONIA/KAUPO KALDA

Piękna fasada Domu Bractwa Czarnogłowych na Starym Mieście w Rydze

house-of-the-blackheads

© WWW.LATVIA.TRAVEL

KATARZYNA BYRTEK


Litwa, Łotwa i Estonia, choć na pierwszy rzut oka wydają się do siebie podobne, są jednak całkiem inne. Podróż po tych trzech bałtyckich krajach będzie z pewnością pełna porównań, ale też nietypowych atrakcji. Zwiedzanie parku z socjalistycznymi pomnikami i wyspy, na której rządzą kobiety, podziwianie mnóstwa wspaniałych secesyjnych budynków, spacer po bagnach i oglądanie białych nocy – to wszystko przeżyjemy podczas naszej wyprawy. Ruszamy na północ!

Więcej…

Lazurowe Wybrzeże i Korsyka – perły południa Francji

ALEKSANDRA SOROCZYŃSKA

 

<< Cannes to miasto, które kojarzy się z przepychem, gwiazdami i odbywającym się zwykle w maju prestiżowym festiwalem filmowym. Tylko 15 min. jazdy samochodem dzieli je od Monte Carlo, gdzie niemal w tym samym czasie rozgrywa się wyścig Formuły 1 Grand Prix de Monaco. Turyści planujący odwiedzić Riwierę Francuską stają czasem przed nie lada dylematem, gdy muszą dokonać wyboru między jej pięknymi kurortami. Zwłaszcza że ekskluzywne Cannes i Monako stanowią jedynie część bogatego wachlarza atrakcji południowo-wschodniego wybrzeża Francji. >>

W latach 30. XX w. na plażach Lazurowego Wybrzeża (Côte d'Azur) wypoczywali głównie arystokraci i koronowane głowy, którzy przybywali tu przede wszystkim zimą z Wielkiej Brytanii, a nawet z Rosji. Liczbę ówczesnych turystów szacuje się na 300 tys. rocznie. Wcześniej miejsce to odkryli artyści. Ściągali w te strony pod koniec XIX w. ze względu na doskonałe światło, krajobrazy i klimat. Claude Monet, Auguste Renoir, Pablo Picasso, Marc Chagall, Henri Matisse, Jean Cocteau, Fernand Léger, Alberto Giacometti zarówno czerpali z bogactwa regionu, jak i jednocześnie wywierali wpływ na jego kulturę.

Dziś na Lazurowe Wybrzeże każdego roku przyjeżdża ponad 10 mln turystów, w tym prawie milion to uczestnicy rejsów, a 400 tys. – osoby biorące udział w kongresach. Prawdziwe tłumy pojawiają się latem. Wtedy też tutejsze kurorty okupują głównie Brytyjczycy, Niemcy i Duńczycy. Jednak ta część Francji to nie tylko słynne Nicea i Cannes, lecz także maleńkie miasteczka z zabytkami i muzeami oraz fascynująca górzysta Korsyka.

Więcej…