BARBARA TEKIELI

 

« Przez ostatnie lata województwo śląskie dynamicznie się zmieniało. Z tego względu dziś zalicza się je do najbardziej atrakcyjnych turystycznie miejsc w Polsce. Ogromnym atutem regionu jest jego odmienna kultura. Odzwierciedlają ją śląskie zwyczaje, święta, tradycyjne stroje i kuchnia. »

Ambasador kultury polskiej – Zespół Pieśni i Tańca „Śląsk” im. Stanisława Hadyny – od lat rozsławia nasz kraj na wszystkich kontynentach. Dawne kopalnie, zakłady przemysłowe i dzielnice górnicze po rewitalizacji dostają drugie życie. Święto Szlaku Zabytków Techniki INDUSTRIADA bije w czerwcu rekordy popularności. Na tej trasie turystyki industrialnej znajdują się prawdziwe perełki, takie jak Zabytkowa Kopalnia Srebra w Tarnowskich Górach, wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO, czy Sztolnia Królowa Luiza w Zabrzu, laureat tegorocznej nagrody Europa Nostra.

 

Śląskiemu jest po drodze z kulturą. Każdego roku gości wielkie festiwale muzyczne. Zamki i strażnice władców ze Szlaku Orlich Gniazd (wytyczonego w województwie śląskim i małopolskim) przyciągają turystów wydarzeniami kulturalnymi i nowymi atrakcjami. Warto je odwiedzić w czasie najsłynniejszej związanej z nim imprezy – wrześniowej JUROMANII. 

 

GWIAZDA SZLAKU 

Zabytkowa Kopalnia Srebra w Tarnowskich Górach jest jedną z czterech największych gwiazd Szlaku Zabytków Techniki województwa śląskiego. Od 2004 r. zarówno ona, jak i Sztolnia Czarnego Pstrąga znajdują się na liście Pomników Historii. Dziesięć lat później kopalnia została włączona do Europejskiego Szlaku Dziedzictwa Przemysłowego (European Route of Industrial Heritage – ERIH) jako jeden z tzw. punktów kotwicznych, a 9 lipca 2017 r. jej podziemia wraz z systemami odwadniania, infrastrukturą wodociągową i krajobrazem kulturowym wpisano na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.

 

To jedyne w Polsce miejsce, gdzie trasą turystyczną można wyruszyć na zwiedzanie wyrobisk pozostałych po wydobyciu srebra, ołowiu i cynku. Wszystko miało się zacząć od przypadkowego odkrycia dokonanego na przełomie XV i XVI w. przez chłopa zwanego Rybką, zamieszkującego osadę Tarnowice (obecnie dzielnicę Tarnowskich Gór pod nazwą Stare Tarnowice), który orząc pole, natrafił na bryłę kruszcu. Dzięki temu położone na północnych krańcach Górnego Śląska Tarnowskie Góry stały się później jednym z najważniejszych ośrodków przemysłowych w tej części Europy. Wydobycie rud srebra, ołowiu i cynku pociągnęło za sobą znaczący rozwój miasta, a jego mieszkańcom zapewniało dostatek. Pozyskiwano tu głównie tzw. galenę, czyli rudę ołowiu z domieszką srebra. 

 

W połowie XVI stulecia Tarnowskie Góry były największym producentem ołowiu i srebra w tej części kontynentu. Według historyków pochodzący stąd ołów miał pośredni wpływ na rozwój międzynarodowego handlu i ogólne ożywienie gospodarcze w Europie. Z kolei srebro transportowano aż do Chin, które wykorzystywały je do produkcji monet.

 

W styczniu 1788 r. w państwowej kopalni Fryderyk po raz pierwszy w tej części kontynentu zastosowano maszynę parową do odwadniania podziemi. Urządzenie odwadniające skonstruowano w należącej do słynnego angielskiego przemysłowca Samuela Homfraya (1762–1822) hucie żelaza Penydarren w południowej Walii. Wieść o uruchomieniu cuda ówczesnej techniki szybko rozeszła się po Europie. Do Tarnowskich Gór zaczęły wkrótce przybywać osoby chcące na własne oczy zobaczyć maszynę. Wśród nich byli władcy, politycy, wojskowi, naukowcy i artyści. W księdze gości pośród wpisów blisko 900 znanych postaci widnieje też ten zamieszczony przez Józefa Wybickiego (1747–1822), twórcę słów do pieśni, która stała się polskim hymnem narodowym.

 

Obecnie tarnogórska kopalnia jest jedną z największych atrakcji turystycznych w Polsce. To idealne miejsce do realizowania projektów o charakterze edukacyjnym i kulturowym. Do najciekawszych tutejszych imprez należą wydarzenia związane z INDUSTRIADĄ czy odbywający się 1 maja Piknik na ul. Maszynowej. Na terenie Skansenu Maszyn Parowych organizowane są plenerowe przedstawienia teatralne, koncerty i pokazy.

 

Po zwiedzaniu można wybrać się do oberży słynącej z lokalnego piwa oraz dań kuchni śląskiej i polskiej. „Restauracja 10 stopni” działa w dawnym nadszybiu. Nazwa lokalu utrzymanego w stylu postindustrialnym oznacza wysokość temperatury utrzymującej się w tarnogórskich podziemiach. 

 Wnętrza Zabytkowej Kopalni Srebra w Tarnowskich Górach – komora Srebrna z rzeźbami górników

© STOWARZySZEnIEMIŁOŚnIKÓWZIEMITARnOGÓRSKIEJ

 

AMBASADOR KULTURY POLSKIEJ

Zespół Pieśni i Tańca „Śląsk” im. Stanisława Hadyny od 66 lat promuje bogactwo polskiej kultury. Jest drugim po Państwowym Zespole Ludowym Pieśni i Tańca „Mazowsze” im. Tadeusza Sygietyńskiego zespołem folklorystycznym rozpoznawalnym na całym świecie. Koncertował w 44 krajach na pięciu kontynentach. Zdobył wiele prestiżowych nagród i wyróżnień. Dał powyżej 7 tys. koncertów dla ponad 25 mln widzów. W swoim repertuarze ma 18 programów artystycznych, które prezentują 70 polskich regionów. Wśród 20 t strojów noszonych przez chórzystów i tancerzy na scenie znajduje się 22 tys. kompletów ze wszystkich etnograficznych regionów Polski. Największą część stanowią kostiumy ze Śląska.

 

Zespół ma w swoim repertuarze tańce narodowe, pieśni i utwory wokalne, chóralne i oratoryjne, stworzone głównie przez wybitnych kompozytorów polskich, ale i światowych. Ważne miejsce w jego programach zajmuje muzyka m.in. Wojciecha Kilara, Stanisława Hadyny, Czesława Grabowskiego, Janusza Stalmierskiego czy Romualda Twardowskiego. Od początku swojego istnienia „Śląsk” nieprzerwanie uczestniczy w międzynarodowej wymianie kulturalnej. Współpracuje z licznymi, rozsianymi po całym świecie zespołami polonijnymi. Tradycyjnie utrzymuje kontakty z grupami funkcjonującymi w USA, Kanadzie, Francji, Niemczech i Austrii oraz za wschodnią granicą. Uniwersalny język muzyki etnicznej daje nieograniczone możliwości rozwijania współpracy międzynarodowej.

 

Pierwszy, najbardziej znany program zespołu, opracowany przez jego twórców, kompozytora, dyrygenta, muzykologa i pisarza Stanisława Hadynę (1919–1999) oraz choreografkę i pedagog Elwirę Kamińską (1912–1983), przyniósł „Śląskowi” sławę, uznanie i liczne nagrody na całym świecie. W 2019 r. przypada 100. rocznica urodzin tego pierwszego. Dlatego też Sejmik Województwa Śląskiego ustanowił go Rokiem Stanisława Hadyny. Z tej okazji zaplanowano wiele koncertów. Szczególny odbędzie się 30 sierpnia w wiślańskim amfiteatrze, który nosi imię współzałożyciela zespołu. Kolejne ważne koncerty uświetnią IV Międzynarodowy Festiwal Folklorystyczny „Silesia” w Koszęcinie (od 2 do 8 września).

 

W maju 2017 r. podpisano umowę o współprowadzeniu „Śląska” z ministrem kultury i dziedzictwa narodowego. Siedziba zespołu znajduje się w Koszęcinie w powiecie lublinieckim. Tu funkcjonuje również Śląskie Centrum Edukacji Regionalnej prowadzące działalność edukacyjną i kulturalną, w tym Letnią Szkołę Artystyczną. Oferta cieszy się dużym zainteresowaniem, co potwierdza liczba już zrealizowanych 7 tys. godz. warsztatowych.

Jeden z niezmiernie widowiskowych koncertów Zespołu Pieśni i Tańca „Śląsk” im.Stanisława Hadyny

© W.KORPUSIK/ŚLĄSKAORGAnIZACJATURySTyCZnA

 

ŚLĄSK W PIGUŁCE

O przywiązaniu mieszkańców województwa śląskiego do tradycji świadczy zachowanie najpiękniejszych fragmentów katowickich osiedli robotniczych Giszowiec i Nikiszowiec, prawdziwych pereł Szlaku Zabytków Techniki. Miejscowa architektura grała w wielu filmach, a sam region jest często wykorzystywany jako plener przez znanych reżyserów. Ostatnio wieś Rudy w powiecie raciborskim rozsławił wielokrotnie nagradzany i promowany poza granicami Polski film Pawła Pawlikowskiego Zimna wojna ze wspaniałymi zdjęciami. Wspomniane katowickie osiedla pojawiały się w produkcjach Kazimierza Kutza (1929–2018). Ten najbardziej znany popularyzator tradycji i historii ziemi śląskiej nazywał Nikiszowiec Śląskiem w pigułce. Nagrywano tu sceny do takich filmów jak Angelus Lecha Majewskiego, Kolejność uczuć Radosława Piwowarskiego, Grzeszny żywot Franciszka Buły Janusza Kidawy, Barbórka Macieja Pieprzycy czy Piąta pora roku Jerzego Domaradzkiego.

 

Turyści chętnie zaglądają do Giszowca i Nikiszowca, bo nigdzie indziej nie znajdują podobnej atmosfery i autentyczności. Unikatowe na skalę europejską, powstałe ponad 100 lat temu osiedla budzą zachwyt nie tylko wśród miłośników architektury i urbanistyki, ale też fanów śląskiego folkloru. W rankingu platformy TripAdvisor figurują wśród najciekawszych miejsc w Katowicach. 

 

Giszowiec, którego obiekty wpisano do rejestru zabytków, nie przypomina już co prawda siebie sprzed wieku. Większość obecnego osiedla zajmują nowe budynki mieszkalne, ale to, co ocalało, nadal przyciąga wielu turystów poszukujących prawdziwego Śląska. Starego Giszowca broni główny bohater filmu Paciorki jednego różańca Kazimierza Kutza. Karol Habryka nie chce wyprowadzić się ze swojego domu i pozwolić, aby w jego miejscu wybudowano nowe bloki z wielkiej płyty. Jego losy stanowią nawiązanie do historii osiedla.

 

AKTYWNA PSZCZYNA

Nieduża, 26-tysięczna Pszczyna, słynąca z jednego z najpiękniejszych zamków w Polsce i pokazowej Zagrody Żubrów usytuowanej w zabytkowym parku, przypadnie do gustu osobom lubiącym spędzać czas aktywnie. Blisko historycznego centrum leży Ośrodek Sportów Wodnych w Łące. To nie tylko raj dla amatorów konkretnych dyscyplin, ale też świetne miejsce na weekendowe wypady. Można tutaj popływać łodziami, jachtami, kajakami, rowerami i skuterami wodnymi. Ośrodek ma świetne zaplecze z toaletami i prysznicami. Na jego terenie znajduje się kawiarenka i pole kempingowe przeznaczone pod namioty, przyczepy kempingowe i kampery. Przy brzegu jeziora Łąka cumują żaglówki. Można tu również odbyć kurs żeglarski czy windsurfingowy. 

 

Miłośnicy jazdy na dwóch kółkach mają do wyboru w okolicy miasta łącznie osiem samoobsługowych stacji wypożyczania jednośladów i 80 rowerów, a liczba ta co roku wzrasta. Pierwsza trasa rowerowa z prawdziwego zdarzenia połączyła Pszczynę z zaporą na Wiśle w Goczałkowicach-Zdroju (Jeziorem Goczałkowickim). Obecnie powstaje nowa sieć ponad 20 km utwardzonych ścieżek, która uzupełni braki dróg w okolicy i umożliwi dojazd rowerem z centrum miasta do pobliskich wsi, np. Wisły Małej i Ćwiklic, słynących z zabytków architektury drewnianej. W tych drugich znajduje się jedna z najstarszych drewnianych świątyń w Polsce (Kościół św. Marcina).

 

W 2018 r. w Pszczynie powstał także unikatowy obiekt dla miłośników nurkowania (jedyny taki w kraju). Stare zbiorniki przeciwpożarowe przystosowano do prowadzenia ćwiczeń dla nurków. Stworzono tu warunki odpowiednie zarówno dla osób początkujących, jak i zaawansowanych instruktorów czy ratowników trenujących poruszanie się w ciasnych korytarzach. Z obiektu mogą korzystać też szkoły nurkowe i nauczyciele nurkowania ze swoimi uczniami. 

 

Pszczyna słynie również z licznych imprez kulturalnych odbywających się w weekendy w pięknym otoczeniu starej części miasta i zabytkowego Parku Pszczyńskiego. W maju swoje święto ma najsłynniejsza tutejsza mieszkanka – uhonorowana ławeczką księżna pszczyńska Daisy (Maria Teresa Oliwia Hochberg von Pless, 1873–1943). Z jego okazji organizuje się kilkanaście wydarzeń kulturalnych, które związane są z pasjami i działalnością tej osobistości. Cały rynek zamienia się wtedy w wielki ogród pokazowy. Dekoracje przygotowują centra ogrodnicze z południowej Polski. Roślinne dzieła sztuki można podziwiać bezpłatnie w dzień i po zapadnięciu zmroku, bo są pięknie oświetlone. W mieście warto także wziąć udział w Nocnej Grze Książęcej czy Majówce Konnej oraz wybrać się na koncerty Von Promnitz Tour.

 

W Pszczynie już dwukrotnie odbył się kulinarny Festiwal „Śląskie Smaki”. Tutejsze restauracje słyną ze smacznej kuchni i z tego względu były wielokrotnie nagradzane w rozmaitych konkursach. Warto spróbować chociażby gęsiny, policzków wołowych czy ryb prosto z Jeziora Goczałkowickiego serwowanych z warzywami od lokalnych rolników. Wspaniałe tradycyjne potrawy śląskie są specjalnością restauracji „Frykówka”. Moim ulubionym miejscem jest znajdujące się przy jednej z uliczek koło pszczyńskiego rynku bistro Punkt „G”astronomiczny. Podawane w nim dania przygotowywane według starych receptur to prawdziwe dzieła sztuki na talerzu.

 

W czasie wizyty w tym mieście nie wolno ominąć zabytkowej herbaciarni w Parku Zamkowym. Bywali w niej właściciele Pszczyny, w tym sama księżna Daisy. Obiekt poddano renowacji konserwatorskiej, po której otwarto go na nowo. W herbaciarni serwuje się pyszne desery, kawę i herbatę, ale już niebawem będzie w niej można również wykupić wycieczki łodziami po parkowych zbiornikach.

 

W okresie letnim jedną z najpopularniejszych pszczyńskich imprez jest Śląski Dzień Miodu, który w tym roku odbył się po raz 10. Sierpniowe Dni Pszczyny (najbliższe 24 i 25 sierpnia) są znakomitą okazją do zabawy i spróbowania lokalnych specjałów. Obchodom towarzyszy Festiwal Pszczyńskich Maszketów Chochla. W jego trakcie amatorskie drużyny rywalizują ze sobą w przygotowywaniu potraw charakterystycznych dla regionu. Tematem przewodnim tegorocznej imprezy będą desery. Co ciekawe, w konkursie ma wziąć też udział zespół reprezentujący mniejszość ukraińską w Pszczynie.

 

Na zainteresowanie zasługuje poza tym jesienny festiwal Spotkania z Kulturą Żydowską (w 2019 r. w dniach 17–19 października), którego koordynatorem jest Sławomir Pastuszka – pszczynianin, wieloletni opiekun pszczyńskiego kirkutu, nominowany do nagrody POLIN2016 przyznawanej za działalność na rzecz ochrony pamięci o historii polskich Żydów. W programie wydarzenia znajdują się m.in. wykłady, seans filmowy, koncert, bezpłatne wycieczki z przewodnikiem szlakiem judaików oraz warsztaty współczesnej kuchni żydowskiej.

 

 

ŚNIADANIE PO NASZYMU

Czasem warto zatrzymać się w biegu, aby przeżyć coś wyjątkowego, dostrzec wokół siebie innych ludzi, nawiązać z nimi więź i cieszyć się drobnymi przyjemnościami zwykłej codzienności. Do tego właśnie zachęca festiwal POLEKU – slow life po naszymu. W czerwcu 2019 r. w Skansenie Zagroda Wsi Pszczyńskiej odbył się on już po raz trzeci. Organizatorom wydarzenia od początku przyświecała jedna idea – chcieli przekonać innych do zmiany stylu życia, zwolnienia na chwilę w tym pędzącym przed siebie świecie i zrozumienia, że najważniejsze jest cieszenie się pięknym otoczeniem, celebrowanie wspólnych posiłków i spędzanie czasu na rozmowach przy biesiadnym stole.

 

Do miejscowych zbierających się na festiwalu chętnie dołączają turyści zwiedzający skansen, zachęceni formą imprezy i zaangażowaniem biorących w niej udział osób. Podobnie jak w minionych latach tegoroczne śniadanie było ekologiczne, a składało się z placuszka twarogowego z ziołami, kanapki z orkiszowego chleba na zakwasie oraz batonika energetycznego z płatkami zbożowymi i suszonymi owocami. Po nim na uczestników festiwalu czekały liczne atrakcje, gry i zabawy, które wciągnęły całe rodziny. Przeprowadzono m.in. warsztaty na temat zasad świadomego odżywiania się, urozmaicone wypiekaniem świeżych ciasteczek bananowo-gryczanych i pomarańczowo-jaglanych z ekologicznych składników. Ich zachęcający zapach unosił się w powietrzu, przyciągając coraz to nowe osoby. W oczekiwaniu na wypieki uczestnicy mogli zająć się wyciskaniem soków z lokalnych warzyw i owoców. Nie lada atrakcję stanowiły jak co roku warsztaty pszczelarskie, których celem było uświadomienie najmłodszym, że pszczoła jest przyjacielem człowieka. Poznać lepiej świat przyrody pomagało tworzenie niezwykłych lasów w słoju. Dla tych, którzy chcieli zdobyć wiedzę o lokalnej kulturze i tradycjach, zorganizowano intrygującą grę terenową dostarczającą wielu wrażeń. 

 

WYCIECZKA ZE SMAKIEM

Bogate tradycje województwa śląskiego odzwierciedla także jego różnorodna kuchnia. Regionalnych dań można spróbować w którejś z 27 restauracji umieszczonych na Szlaku Kulinarnym „Śląskie Smaki” (www.slaskiesmaki.pl), jednym z pierwszych, jakie powstały w Polsce. W ich menu znajdują się potrawy śląskie, ale też beskidzkie, jurajskie czy zagłębiowskie. Turysta ma do wyboru ponad 100 regionalnych specjałów, których tradycyjny smak, znakomitą jakość i właściwy sposób przyrządzania gwarantuje certyfikat „Śląskie Smaki”. Szlak Kulinarny „Śląskie Smaki” otrzymał Certyfikat Polskiej Organizacji Turystycznej dla Najlepszego Produktu Turystycznego 2013, a w 2015 r. został doceniony przez Komisję Europejską nagrodą EDEN (European Destination of Excellence) na Międzynarodowym Konkursie na Najlepszą Europejską Destynację Turystyczną.

 

Najważniejszą imprezą kulinarną w regionie jest odbywający się od 14 lat Festiwal „Śląskie Smaki”. Prawie każdego roku organizuje się go w innej miejscowości, bo z założenia ma promować różne regiony województwa śląskiego. Dwukrotnie festiwal zawitał do Pszczyny (w 2009 i 2018 r.). Tegoroczna, 14. edycja odbyła się w połowie czerwca w parku przy dawnym opactwie cysterskim w Rudach. Wzięcie udziału w przeprowadzanym podczas wydarzenia konkursie kulinarnym stanowi świetną okazję do sprawdzenia się jako szef kuchni. Do walki o Złoty Durszlak oraz tytuł Eksperta Śląskich Smaków stanąć może każdy: profesjonalny kucharz, uczeń szkoły gastronomicznej i amator. Najbardziej emocjonującym elementem festiwalu jest pokaz Bitwa Smaków, połączony z raczeniem się potrawami przyrządzanymi przez znanych kucharzy – w tej roli zwykle występują Remigiusz Rączka wraz z kolegą po fachu. Dodatkową atrakcją są również degustacje przygotowywane przez restauracje znajdujące się na wspomnianym szlaku. Festiwal „Śląskie Smaki” promuje kuchnię regionalną jako zdrową, urozmaiconą i smaczną. Zachęca do zainteresowania się trendem slow food i gotowania dań z produktów nieprzetworzonych. Imprezę wieńczy tradycyjnie uczta dla zmysłów, czyli wieczorny koncert galowy Zespołu Pieśni i Tańca „Śląsk” im. Stanisława Hadyny.

 

ATRAKCJE FESTIWALI

Kulinarne festiwale i targi promujące lokalne przysmaki są ważnymi wydarzeniami dla województwa śląskiego. Odbywają się przy okazji wielu imprez kulturalnych. Żywiec ma swój OscypekFest, na którym główną gwiazdą jest ten najbardziej oryginalny góralski ser. Festiwal prezentuje poza tym kulturę żywiecką. Biorą w nim udział górale zajmujący się wytwarzaniem oscypka, handlowcy i firmy promujące ten przysmak. Nie brakuje także przedsiębiorstw związanych z produkcją serów, mieszkańców Beskidów oraz ambasadorów kuchni regionalnej, którzy mają bezpośredni wpływ na kultywowanie ludowych tradycji i wdrażanie nowych rozwiązań w rejonach atrakcyjnych turystycznie. W tym roku OscypekFest odbył się w lipcu w Amfiteatrze pod Grojcem w Żywcu. Wzorem lat minionych wykonano Mega Ser Góralski. Festiwal uświetniły też liczne pokazy, prezentacje i degustacje potraw pasterskich i regionalnych.

 

Nie mniej ciekawą propozycją dla turystów zainteresowanych śląską kuchnią jest Jarmark Produktów Tradycyjnych w Muzeum „Górnośląski Park Etnograficzny w Chorzowie”. Pod koniec lipca 2019 r. w ramach imprezy zorganizowano finał konkursu „Nasze Kulinarne Dziedzictwo – Smaki Regionów”. Podczas wydarzenia można było spróbować tradycyjnych potraw i je kupić. Wiele oferowanych dań i trunków wpisano na Listę Produktów Tradycyjnych województwa śląskiego. Poza znaną już roladą z modrą kapustą i gumiklejzami (kluskami śląskimi) pojawiły się necówka, krupnioki, kołocze czy nalewki. W trakcie imprezy odbywały się również warsztaty kulinarne, których uczestnicy dowiadywali się, jak przygotować domowy twaróg, co dawniej królowało na polskich stołach oraz jak trafić do serc domowników przez żołądek.

 

Słynna kwaśnica gra pierwsze skrzypce podczas Festiwalu Kwaśnicy w Żywcu, organizowanego w Amfiteatrze pod Grojcem (w 2019 r. zaplanowanego na 9 sierpnia). Święto Pstrąga w tym roku odbyło się już po raz 23 w Złotym Potoku. Wątek kulinarny pojawi się także w trakcie najważniejszego wydarzenia na Szlaku Orlich Gniazd o nazwie JUROMANIA. Od 20 do 22 września 2019 r. będzie można wziąć udział w warsztatach gotowania i pokazach kuchni tradycyjnej, średniowiecznej i regionalnej. Smakosze serów zrobią własny ser w kształcie amonita w Łutowcu koło Niegowy. W czasie spotkania z dietetykiem dowiemy się, jak wyglądała dieta praczłowieka i w jaki sposób zaadaptować ją obecnie. Na terenie zespołu pałacowo-parkowego w Złotym Potoku (Pałacu Raczyńskich) zostanie zorganizowana degustacja potraw z pstrągiem złotopockim. Będzie też można poznać zwyczaje podejmowania gości w ogrodach pałacowych i historię tutejszej pstrągarni. 

 

MIASTO MAŁYSZA

Bywali tu Władysław Reymont, Bolesław Prus i Władysław Orkan, ale Wisła to dziś przede wszystkim miasto Adama Małysza, najsłynniejszego polskiego skoczka narciarskiego. Figura sportowca wykonana z białej czekolady przyciąga wzrok jego fanów w holu Domu Zdrojowego, tuż przy wiślańskim rynku. Imię skoczka nosi tutejsza duża skocznia narciarska w Malince. W mieście działa również Galeria Sportowe Trofea Adama Małysza, a w Muzeum Narciarstwa znajdują się narty, na których zdobył tytuł mistrza Polski.

 

Wisła leży w Beskidzie Śląskim, w dolinie najdłuższej, blisko 1050-kilometrowej polskiej rzeki. Ten górski kurort nie bez powodu cieszy się największą popularnością wśród turystów w tej części kraju. Jest atrakcyjny zarówno zimą, jak i latem. Pierwsze wzmianki o miejscowości pochodzą z dokumentu księcia cieszyńskiego Adama Wacława (1574–1617) wydanego w 1615 r. (historycznie należała do Księstwa Cieszyńskiego). 

 

Jako uzdrowisko Wisłę rozsławił Bogumił Hoff (1829–1894), który w 1882 r. nie tylko zachwycił się jej znakomitym położeniem, ale też docenił panujące w niej warunki. Za sprawą Juliana Ochorowicza (1850–1917), filozofa interesującego się psychologią eksperymentalną, powstały tu pierwsze drewniane pensjonaty i wille dla letników. Przełomowym okresem w rozwoju miejscowości były lata międzywojenne. Wybudowano wówczas linię kolei żelaznej z Ustronia do Głębiec (części Wisły). W latach 30. XX w. powstała nowa droga na przełęcz Kubalonka (758 m n.p.m.) oraz modernistyczna Rezydencja Prezydenta RP Zamek w Wiśle-Czarnem wzniesiona według projektu architekta Adolfa Szyszko-Bohusza (1883–1948). Pierwszym prezydentem, który się w niej zatrzymywał, był Ignacy Mościcki (1867–1946). Od 2005 r. z pałacyku znów korzystają kolejne głowy państwa. W tym okresie zbudowano także m.in. Dom Zdrojowy z salą widowiskową i basen kąpielowy. W 1962 r. Wisła otrzymała prawa miejskie. Coraz liczniej przybywali do niej turyści i ludzie kultury. W 1964 r. po raz pierwszy zorganizowano Tydzień Kultury Beskidzkiej, wywodzący się z przedwojennego Święta Gór. To obecnie jedna z największych imprez folklorystycznych na świecie i najstarszy tego rodzaju festiwal w Polsce.

 

W mieście przez cały rok odbywają się rozmaite wydarzenia kulturalne. Przyciągają miłośników muzyki, folkloru i tańca. Do najciekawszych należą Dożynki i Dni Wisły, Lato z Filharmonią oraz piknik Wiślaczek Country (jego 20 już edycja odbędzie się w dniach 24–25 sierpnia 2019 r.). Kibice przybywają do Wisły na letnie i zimowe zawody Pucharu Świata w skokach narciarskich. Osoby lubiące spędzać czas aktywnie przyjeżdżają na bieg przeszkodowy Barbarian Race, Bieg po Nowe Życie czy inne imprezy biegowe i rowerowe.

W Wiśle warto odwiedzić Muzeum Beskidzkie im. Andrzeja Podżorskiego z Enklawą Budownictwa Drewnianego, ewangelicko-augsburski Kościół Apostołów Piotra i Pawła z pierwszej połowy XIX w. i cmentarz Na Groniczku z nagrobkami wielu znanych postaci, zasłużonych dla miasta. Spoczywają tutaj m.in. Stanisław Hadyna, Bogumił Hoff, Bogdan Hoff, ksiądz Karol Michejda i Adam Niedoba (autor nieoficjalnego hymnu miejscowych górali Szumi jawor i założyciel zespołu regionalnego „Wisła”).

 

Ciekawą historię ma też Pałacyk Myśliwski Habsburgów zbudowany pod Baranią Górą (1220 m n.p.m.) pod koniec XIX stulecia. Gościli w nim członkowie rodziny cesarskiej, którzy przyjeżdżali tu na polowania z Wiednia i Cieszyna. Przez ok. 50 lat (od 1925 r.) w rezydencji mieściło się schronisko turystyczne. Przeniesiony w 1985 r. do centrum miasta pałacyk jest obecnie siedzibą wiślańskiego oddziału PTTK. 

 

WŚRÓD WAROWNI

Wyżyna Krakowsko-Częstochowska (Jura Krakowsko-Częstochowska) łącząca Małopolskę ze Śląskiem działa na turystów jak magnes. Można ją przemierzać na rowerze lub samochodem, a podczas zwiedzania poszczególnych obiektów położonych na Szlaku Orlich Gniazd przeżyć niejedną przygodę. Czekają tu na nas atrakcje, które trudno znaleźć w innych miejscach w Polsce. Osoby o lepszej kondycji mogą wspinać się na skały, mniej wysportowani turyści mają okazję przelecieć się balonem, obejrzeć walki rycerskie czy spróbować dań znakomitej kuchni nawiązującej do tradycji dawnych mieszkańców zamków. Ten region skrywa wiele tajemnic, warto wyruszyć na ich odkrywanie.

 

Obszar Wyżyny Krakowsko-Częstochowskiej stanowi prawdziwy raj dla geologów oraz pasjonatów wspinaczek skałkowych i grotołazów. Znajdziemy tutaj różnego rodzaju skamieniałości. Najpopularniejsze są odciski muszli amonitów mające charakterystyczny kształt spirali. Bardziej odważni mogą wejść do nieczynnych już kamieniołomów, bo w nich odkryją prawdziwe bogactwo śladów z prehistorii. Często po odłupaniu powierzchni skał przy pomocy młotka natrafimy na skamieniałe gąbki, podłużne belemnity, ramienionogi lub kuliste jeżowce. Zdarzają się także zęby rekinów. Wśród białokremowych wapieni występują również brązowe, szare, czerwone bądź czarne krzemienie. To one służyły prehistorycznemu człowiekowi do robienia narzędzi. Jedną z ich odmian – krzemień pasiasty, charakterystyczny dla województwa świętokrzyskiego – wydobywano w kopalniach w Krzemionkach Opatowskich.

 

Niepowtarzalny charakter nadają Wyżynie Krakowsko-Częstochowskiej stare warownie, rezydencje królewskie i szlacheckie, pięknie wkomponowane w tutejszy krajobraz. Większość z nich założono w XIV w. z inicjatywy króla Kazimierza Wielkiego (1310–1370). Do najsłynniejszych należą te w Bobolicach, Korzkwi, Ojcowie, Rudnie, Smoleniu i Mirowie. Zachwyt wzbudzają ruiny zamku w Olsztynie koło Częstochowy, najbardziej rozpoznawalnej twierdzy jurajskiej, zbudowanej z białego wapienia. Jednym z najpiękniejszych obiektów na Szlaku Orlich Gniazd jest warownia w Mirowie, której bryła przypomina okręt. To jedna z najstarszych budowli obronnych Wyżyny Krakowsko-Częstochowskiej. W odległości półgodzinnego spaceru od niej wznosi się Zamek Bobolice. Usytuowany na skalistym wzgórzu, robi duże wrażenie. 

 

Aby poznać atrakcyjne zakątki Wyżyny Krakowsko-Częstochowskiej, warto udać się na wyprawę jedną z licznych tras tematycznych. Wycieczkę najlepiej zaplanować tak, żeby móc uczestniczyć we wspomnianej JUROMANII. Święto Szlaku Orlich Gniazd przeniesie nas do średniowiecza i okresu potopu szwedzkiego. Podczas turniejów rycerskich chłonie się atmosferę, w jakiej żyli przed wiekami mieszkańcy warowni. W programie tegorocznej imprezy znajdują się nocne zwiedzanie, nocny rajd po Pustyni Błędowskiej czy spotkania z duchami. Można będzie rozbić namiot u podnóża Zamku Ogrodzieniec we wsi Podzamcze, gdzie zaplanowano koncert w wykonaniu muzyków Filharmonii Zabrzańskiej mających grać utwory z filmów kręconych w tym niesamowitym regionie Polski.

JUROMANIA,regiment szwedzki, Zamek Ogrodzieniec

© RADOSŁAWKAŹMIERCZAK/ŚLĄSKAORGAnIZACJATURySTyCZnA

 

ROZŚPIEWANE BESKIDY 

Do najważniejszych wydarzeń kulturalnych organizowanych latem w tej części kraju należy wspomniany Tydzień Kultury Beskidzkiej. To jedna z najstarszych i największych imprez międzynarodowych w województwie śląskim. Na przełomie lipca i sierpnia 2019 r. odbyła się jej 56. edycja. Koncerty zorganizowano w kilku beskidzkich miejscowościach: Wiśle, Szczyrku, Żywcu, Makowie Podhalańskim, Istebnej, Ujsołach i Jabłonkowie (w Czechach) oraz w Oświęcimiu. Z kolei 26 lipca w Amfiteatrze pod Grojcem w Żywcu można było posłuchać koncertu jubileuszowego 50. Festiwalu Folkloru Górali Polskich.

 

W ramach 56. Tygodnia Kultury Beskidzkiej odbyły się też w Wiśle 30. Międzynarodowe Spotkania Folklorystyczne. Udział wzięły w nich trzy polskie zespoły i kilkanaście zagranicznych. Ostatniego dnia lipca Trebunie-Tutki wystąpiły razem z gruzińską grupą Quintet Urmuli z projektem Duch Gór. Festiwal stanowi także okazję do zaprezentowania kultury różnych regionów świata, oryginalnej muzyki ludowej, tańca i pieśni. Prawdziwy zachwyt wzbudzają ciekawe stroje członków zespołów, rzadkie instrumenty, obrzędy i zwyczaje, tak codzienne, jak i świąteczne. Z okazji 56. Tygodnia Kultury Beskidzkiej Poczta Polska wydała okolicznościowy znaczek pocztowy z klepokiem, drewnianym ptaszkiem, będącym symbolem wydarzenia, w nakładzie 3 mln sztuk. Wypuszczono go 19 lipca 2019 r.

 

Jak widać, województwo śląskie to kraina niezmiernie barwna. Dlatego warto się do niego wybrać z wizytą. Można się tu nauczyć, jak ważne jest kultywowanie tradycji i przekazywanie ich z pokolenia na pokolenie.

 

Artykuły wybrane losowo

Zerwij z rutyną w Meksyku

 

BARTEK JANKOWSKI

WWW.TROPIKEY.COM

 

 Gdyby zapytać przeciętnego Polaka, które regiony geograficzne lub miasta kojarzą mu się z Meksykiem, wspomniałby zapewne o Cancún, Acapulco czy półwyspie Jukatan. Od osób nieco bardziej zaznajomionych z tym krajem usłyszelibyśmy może o jego stolicy (także noszącej nazwę Meksyk – po hiszpańsku Ciudad de México), ośrodkach starożytnych Majów Chichén Itzá i Tulum bądź okrytym złą sławą przygranicznym Ciudad Juárez. Idę jednak o zakład, że Akumal, Mahahual (Majahual), Bacalar albo Mismayolę wymieniłaby jedynie garstka naszych rodaków. Czas zatem zboczyć z utartych turystycznych szlaków i zajrzeć do kilku mniej znanych zakątków znajdujących się w meksykańskich granicach.

 

Jesteśmy w samolocie gdzieś nad Atlantykiem. Nie wiem, kto wpadł na pomysł, żeby na liście filmów dostępnych w systemie rozrywki pokładowej umieścić Sicario (2015 r.). Kto widział co prawda świetne dzieło kanadyjskiego reżysera Denisa Villeneuve’a, opowiadające o misji przeciwko meksykańskiemu kartelowi narkotykowemu, zrozumie, dlaczego uważam taki wybór za nieodpowiedni na trasie do tego kraju. To trochę tak, jakby obcokrajowcom lecącym do Polski z Azji lub Ameryki Północnej proponować twórczość Wojciecha Smarzowskiego. Gdyby repertuar zależał ode mnie, pasażerowie mogliby oglądać raczej I twoją matkę też (2001 r.) Alfonsa Cuaróna, bo pokazuje Meksyk mniej oczywisty, klasyczną Noc iguany (1964 r.) Johna Hustona nakręconą w stanie Jalisco i koniecznie Nad morzem z 2009 r. (oryginalny tytuł brzmi Alamar). Właśnie ten ostatni paradokument o kilkuletnim Natanie, jego ojcu i dziadku pchnął nas na głębokie południe półwyspu Jukatan, niemal pod granicę z Belize. Chcieliśmy zobaczyć na własne oczy choć część tego, co sfilmował Pedro González-Rubio.

 

Ciągnącą się przez całe wschodnie wybrzeże Jukatanu szosą 307 (Carretera Federal 307) uciekamy czym prędzej od zgiełku Cancún. Niegdyś było ono perłą stanu Quintana Roo. Dziś pozostało już tylko maszynką do wysysania dolarów z rzeszy głównie amerykańskich i kanadyjskich turystów znęconych neonami obiecującymi wszelkiego rodzaju uciechy życia doczesnego. Wypełniony monstrualnymi hotelami piaszczysty skrawek lądu, który odcina lagunę Nichupté (Laguna de Nichupté) od błękitnego Morza Karaibskiego, należy do najbardziej chyba przygnębiających przykładów degradacji krajobrazu przez branżę hotelarską. Im jednak dalej na południe od Cancún, tym okolica staje się coraz bardziej przyjemna dla oczu. W tym rejonie dominuje soczyście zielony gąszcz lasów tropikalnych, z którego co kilka kilometrów wyłaniają się masywne bramy obwieszczające, że gdzieś za nimi kryje się kolejny 5-gwiazdkowy obiekt jednego z potentatów przemysłu wypoczynkowego.

 

TROCHĘ NA UBOCZU

 

Kolorowe wnętrze baru dla gości w pensjonacie Mayan Beach Garden

diningroom

© MAYAN BEACH GARDEN/MAYANBEACHGARDEN.COM

 

Na mapie tej części Jukatanu miejsce niezwykłe stanowi Akumal. Mimo iż i tu przy samej plaży znajdują się dwa hotele z najwyższej półki, ta mała, przytulona do olśniewająco lazurowej zatoki miejscowość wciąż może uchodzić za prowincjonalną. Do lat 60. XX w. była ona znana tylko poszukiwaczom skarbów, których kusiły legendy o bogactwach kryjących się we wraku hiszpańskiego galeonu „El Matanceros” (zatonął w tutejszych wodach 22 lutego 1742 r.). Należał do nich m.in. meksykański biznesmen, nurek, pisarz, historyk i archeolog Pablo Bush Romero. Zakochał się w tym miejscu do tego stopnia, że w 1962 r. odkupił Akumal wraz z kilkudziesięcioma hektarami pobliskiej ziemi od dotychczasowego właściciela Argimira Argüellesa i zaczął powoli przekształcać ogromną plantację palm kokosowych w ośrodek nurkowania i turystyki ekologicznej. Jego największym skarbem są żyjące w okolicznych wodach żółwie zielone. To podobno one dały nazwę tej miejscowości (ponoć w języku Majów Akumal znaczy „miejsce żółwi”) i nadal odgrywają pierwszoplanową rolę w tutejszej podwodnej krainie. Większość czasu spędzają na jedzeniu trawy morskiej porastającej rozległe łąki na dnie. Wystarczy jednak poczekać kilka minut, aby ujrzeć niekiedy nawet 200-kilogramowego osobnika, który wynurza się z Morza Karaibskiego, nabiera powietrza i nurkuje z gracją z powrotem. Mimo to większego szyku zadaje tu inne stworzenie. Orleń cętkowany (narinari) to prawdziwy arbiter elegantiarum zatoki Akumal (Bahía de Akumal). Jego majestatyczne, nakrapiane jasnymi plamami płetwy piersiowe o rozpiętości dochodzącej do nawet ponad 3 m można zaobserwować znacznie rzadziej niż sympatyczne pyski żółwi czy płaskie ciała szukających schronienia w piachu ogończy. Gdy jednak już nam się to uda, trudno oderwać wzrok od tej osobliwej ryby. Tańczący niczym baletnica orleń sunie dumnie przez wodę i zatacza szerokie łuki kilkumetrowym ogonem. Jeśli jest w dobrym humorze, zupełnie jak celebryta ignoruje zachwycone miny nurków, łaskawie pozwala gawiedzi podążać za sobą i się fotografować. Miejmy nadzieję, że pojawiające się coraz częściej na forach i blogach podróżniczych wpisy polecające ten rejon nie staną się przekleństwem dla wspaniałych mieszkańców tutejszej zatoki.

 

Pobyt w Akumal trzeba koniecznie połączyć z wizytą w jednym z jukatańskich ośrodków wzniesionych kiedyś przez Majów. Zdecydowanie najbliżej znajdują się ruiny wyjątkowego, położonego nad samym brzegiem morza Tulum ze słynną wieżą wyrastającą z wapiennego klifu. Wystarczy jednak pojechać ponad 40 km w głąb lądu, żeby dotrzeć do pozostałości dużo ciekawszego i bardziej okazałego miasta Cobá. Mimo iż przybywa do niego coraz więcej turystów, nadal bywa ono mniej oblegane i pozostaje słabiej skomercjalizowane od najbardziej znanego majańskiego zabytku – Chichén Itzá. Po ukrytych w gęstym tropikalnym lesie ścieżkach warto jeździć rikszą. Ruiny rozrzucone są na dużym obszarze, więc tym środkiem transportu będziemy poruszać się szybciej niż na piechotę. Na dodatek, kierujący rikszami, choć to nie wykwalifikowani przewodnicy turystyczni, raczą swoich pasażerów wieloma ciekawymi informacjami o poszczególnych obiektach. Największym zainteresowaniem na terenie Coby cieszy się 42-metrowa piramida Nohoch Mul, ostatnia na Jukatanie, na którą wciąż jeszcze można się wspinać. Gorący klimat nie sprzyja temu zadaniu, ale opłaca się podjąć taki wysiłek, bo ze szczytu rozciąga się imponujący widok. Ukojenie po wyczerpującej wspinaczce przyniesie kąpiel w jednej z trzech naturalnych studni (zwanych cenotami) utworzonych w skałach wapiennych, oddalonych od ruin o 10 min. jazdy autem. Najwspanialszą z nich stanowi Multum-Ha. Kręcone schody prowadzą kilkanaście metrów pod ziemię, gdzie w dużej jaskini przez tysiąclecia gromadziła się przyjemnie chłodna i nieprawdopodobnie przejrzysta woda. Kąpiel w tym miejscu warta jest wszystkich peso, które w niemałej kwocie trzeba wręczyć kasjerowi przed udaniem się na dół.

 

Cobá – wciąż jeszcze udostępniona dla turystów piramida Nohoch Mul

22

© IMAGENXPEDITION.COM

 

PO ASFALCIE I SZUTRZE

 

Meksyk nie cieszy się opinią kraju odpowiedniego do samodzielnych podróży samochodem. Z różnych stron docierają ostrzeżenia przed wysoką przestępczością, skorumpowaną policją czy oszustwami na stacjach benzynowych i w wypożyczalniach aut. Jak wygląda to w rzeczywistości? W stanie Quintana Roo pokonaliśmy ponad 1 tys. km i nie spotkała nas żadna sytuacja z listy często wymienianych przeciwności i zagrożeń. Powiem nawet więcej, chciałbym, aby w Polsce jeździło się równie przyjemnie jak po głównych drogach na wschodnim wybrzeżu Jukatanu. Najważniejsza z nich – bezpłatna szosa nr 307 – jest bardzo szeroka, ma świetnie utrzymaną nawierzchnię, a ciągnące się kilometrami proste odcinki pozwalają prowadzić bez stresu. Jedynym utrudnieniem, do którego trzeba przywyknąć, są topes, czyli przeszkody ustawione w miastach w poprzek ulic, wymuszające zredukowanie prędkości. Nasze progi zwalniające to przy nich okruchy rozsypane na jezdni. Na szczęście, w zdecydowanej większości zapowiadają je odpowiednie znaki ostrzegawcze i wystarczy zachować zwykłą czujność, żeby uniknąć urwania zawieszenia.

 

Na Jukatanie są jednak i drogi, które skazują samochód i jego pasażerów na niemal piekielne męki, nawet gdy auto ma napęd na cztery koła. Takim narzędziem tortur jest choćby piętnastka wiodąca z Tulum do wioski Javier Rojo Gómez, znanej jako Punta Allen (od nazwy przylądka, na którym się znajduje). Sformułowanie „pokonanie trasy” nabiera tutaj nowego, wyjątkowo dosłownego znaczenia. Początkowo asfaltowa nawierzchnia traci po jakimś czasie swoje właściwości i przemienia się w niemiłosiernie dziurawą i pofałdowaną żwirową wstęgę, która wije się przez tropikalny las porastający wybrzeże. Dotarcie do jej końca potrafi zająć nawet 3 godz., choć cały odcinek ma długość raptem 50 km. Czy zatem warto w ogóle tędy jechać? Niewątpliwie powinni się na to zdecydować miłośnicy natury i wielbiciele dzikich, ustronnych plaż, nawet jeśli po drodze poobijają się w podskakującym na nierównościach samochodzie. Tutejsze wybrzeże to część ogromnego, bo zajmującego aż niemal 5,3 tys. km² powierzchni, Rezerwatu Biosfery Sian Ka’an. Utworzono go 20 stycznia 1986 r. w celu ochrony niezwykłej przyrody, a już w następnym roku organizacja UNESCO wpisała ten zapierający dech w piersiach obszar na prestiżową Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości. W jego gęstych lasach tropikalnych mieszkają pumy płowe, jaguary amerykańskie, oceloty, pekari, wyjce jukatańskie, tapiry panamskie i tukany tęczodziobe. Rozległe bagniste tereny poprzecinane licznymi kanałami i porośnięte soczyście zielonymi namorzynami to królestwo krokodyli amerykańskich i meksykańskich oraz flamingów karmazynowych. W przybrzeżnych wodach nietrudno natrafić na żółwie i delfiny. Warto zatrzymać się tu na kilka dni, aby obcowanie z dziewiczą naturą zrekompensowało trudy podróży.

 

W ŚLAD ZA NATANEM

 

Przypominającą pas startowy, 50-kilometrową odnogą szosy nr 307 docieramy do naszego głównego celu podróży. Oto Mahahual (Majahual) i odcinek malowniczego karaibskiego wybrzeża Meksyku zwany dumnie Costa Maya. W to miejsce, na atol Banco Chinchorro rusza kilkuletni Natan i jego ojciec Jorge, bohaterowie niesamowitego filmu Nad morzem (w oryginale Alamar). Zmierzają do dziadka chłopca, mieszkającego w małej chatce na palach. Mają tutaj spędzić ostatnie chwile razem przed wyjazdem Natana z matką na stałe do Włoch. W tym czasie chłopiec poznaje życie w świecie bez prądu, telewizji i internetu, zaprzyjaźnia się z czaplą Blanquitą, a co najważniejsze, zawiera nierozerwalny pakt z ojcem i dziadkiem. Ten ostatni ponoć nadal trudni się połowami i pływa między Mahahual na stałym lądzie a oddalonym o ok. 20 mil morskich od brzegu skromnym domem osadzonym na chwiejnych palach wystających z atolu. Tak w każdym razie twierdzą Kim i Marcia, Amerykanie prowadzący od ponad 20 lat pensjonat Mayan Beach Garden w osadzie Punta Placer, położonej o pół godziny drogi od Mahahual. Rytm dnia wyznacza w niej natura. Gdy morze jest wystarczająco spokojne, zanurzamy się w płytkich wodach przybrzeżnych, których granicę wytycza Wielka Mezoamerykańska Rafa Koralowa. Przebiega tu ona wyjątkowo blisko brzegu, więc dotarcie do niej wpław nie wymaga dużego wysiłku. Jak okiem sięgnąć, nie widać nikogo oprócz nas. Wokół są tylko koralowce, papugoryby, homary, lucjany, graniki i dziesiątki innych gatunków stworzeń. Zdarza się i orleń cętkowany (narinari), choć ten woli rejony o nieco większej głębokości. Nad naszymi głowami co rusz przelatują zblazowane pelikany i dostojne fregaty. Costa Maya, czyli Wybrzeże Majów, stanowi również dom dla niezmiernie rzadkiego ssaka manata karaibskiego. Największą szansę na jego zobaczenie mamy we wrzynającej się mocno w ląd zatoce Chetumal.

 

Kiedy zbliża się wieczór, goście Kima i Marcii gromadzą się przy wspólnym stole, żeby w wielonarodowym gronie porozmawiać o przeżyciach mijającego dnia. Sącząc dobrze schłodzone ciemne piwo León, czekamy na kolejny pyszny posiłek przygotowywany przez uroczą Lupę i jej koleżanki. Zarówno kolacje, jak i śniadania to istny majstersztyk i esencja tego, co najlepsze w meksykańskiej kuchni. W zależności od pory dnia na stołach lądują placki zwane salbutes, czyli smażone w głębokim tłuszczu tortille przykryte posiekaną sałatą i innymi warzywami, empanadas – nadziewane pierożki zapiekane w piekarniku, ryby i drób przyrządzane na wszelakie sposoby oraz znakomite desery. A do wszystkiego obowiązkowo należy zjeść trójkątne nachos z sosem z awokado albo fasoli. Uczta trwa zawsze do nocy, bo biesiadnicy mają ciągle nowy temat do przedyskutowania. Potem przychodzi czas na najdoskonalszą formę relaksu – kołysanie się w hamaku w rytm szumu fal Morza Karaibskiego i wpatrywanie się w tysiące gwiazd mrugających na nocnym niebie wolnym od sztucznej poświaty.

 

Sielankowy obraz tego miejsca burzą trochę grożące mu niebezpieczeństwa. W sierpniu 2007 r. przetoczył się tędy bezwzględny i okrutny huragan Dean. Pod jego naporem padały nie tylko wiotkie chatki, lecz także solidne budynki, w tym molo w Mahahual. Od tamtej pory niemal wszystko zostało naprawione, jednak ryzyko kolejnego tropikalnego cyklonu wciąż istnieje. Niestety, tutejsi mieszkańcy muszą jeszcze prowadzić nierówną walkę z masami odpadków niesionych przez prądy morskie, ale też wyrzucanych beztrosko przez pasażerów ogromnych statków wycieczkowych zawijających do Mahahual kilkaset razy w ciągu każdego roku. Kim i Marcia oraz właściciele innych nieruchomości przy plaży starają się dbać o otoczenie i codziennie sprzątają swoje rewiry, lecz są i takie miejsca, w których obłożony śmieciami brzeg sprawia dość przygnębiające wrażenie. Pewne obawy budzi również planowane na 2017 r. uruchomienie międzynarodowych lotów z pobliskiego miasta Chetumal. Dzisiaj, kiedy z lotniska w Cancún trzeba tu jechać ponad 5 godz., niewiele osób decyduje się na wakacje na Costa Maya. Pojawiają się głównie kilkugodzinni wycieczkowicze ze statków cumujących w Mahahual. Wprowadzenie regularnych połączeń międzynarodowych z Chetumal może nie tylko oznaczać znaczny wzrost liczby turystów, ale i zwabić inwestorów z branży hotelarskiej. Oby jednak ten urokliwy region nie przeobraził się w nową enklawę wypoczynkową, przypominającą te z północy Jukatanu.

 

MAJOWIE I PIRACI

 

W czasie gdy Kim i Marcia przeprowadzali się do Punta Placer, przebycie 75-kilometrowego dystansu między drogą nr 307 a ich nowym domem zajmowało ponad 6 godz. Dopiero wiele lat później, w związku z planowanym uruchomieniem pirsu w porcie w Mahahual, powstała szeroka i gładka jak stół trasa. Dziś jej nawierzchnia jest już gdzieniegdzie pomarszczona, ale i tak serce raduje się na myśl, że nie musimy poruszać się po dawnej dziurawej szutrówce. Kawałek za wioską Pedro Antonio Santos skręcamy w prawo i drogą nr 293 dojeżdżamy do ruin Chacchobén. To jedno z dziesiątek miejsc na Jukatanie, gdzie z gęstwiny tropikalnego lasu i spod naniesionej przez wieki warstwy ziemi archeolodzy wydobyli zapomniane miasto Majów. W przeciwieństwie do słynnych kompleksów Chichén Itzá i Tulum nie znajdziemy w nim tłumów. Chacchobén (czyli w języku Majów „miejsce czerwonej kukurydzy”) zwiedzamy w towarzystwie zaledwie kilkunastu innych osób, choć niewykluczone, że kiedy do Mahahual przybywa ogromny statek wycieczkowy, robi się w nim bardziej tłoczno. Odkryte tu przez archeologów budowle nie wyglądają aż tak spektakularnie jak te na terenie wykopalisk na północy półwyspu, ale ich otoczenie jest wyjątkowe. Ścieżka dla zwiedzających prowadzi przez gęsty, dający wytchnienie od słońca las tropikalny, rozbrzmiewający co chwilę krzykami małp (czepiaków czy wyjców). Dopiero u podnóża głównej świątyni, do której wiedzie kilkadziesiąt masywnych schodów, krajobraz ulega zmianie. Równo przystrzyżona trawa przypomina, że to jednak muzeum. Takich mniej znanych i rzadko odwiedzanych ruin ze starożytnych czasów znajduje się w tym rejonie więcej. W Dzibanché, które od ok. 200 r. p.n.e. do aż XIII w. n.e. było jednym z ważniejszych miast Majów, zajmującym powierzchnię ponad 40 km2, wiele obiektów pozostaje wciąż przykrytych ziemią i roślinnością. Spacer wśród tych odsłoniętych przenosi nas w przeszłość, do dawnego ośrodka władzy. Masywne świątynie i pałace zbudowane na podstawach kamiennych piramid wraz z przestronnymi placami pokazują, jak prężnie musiało rozwijać się to miasto w okresie swojej świetności w trakcie panowania potężnej dynastii Kaan.

 

Droga między Chacchobén i Dzibanché prowadzi wzdłuż prawdziwego cudu natury tego regionu Meksyku – oszałamiającego swoimi odcieniami jeziora Bacalar (Laguna de Bacalar). Z lotu ptaka zbiornik, rozciągnięty na długości 42 km i szeroki na maksymalnie niecałe 4 km, przypomina azurytową skazę w malachicie. Niesamowita gra kolorów powstaje częściowo za sprawą niemal białego wapiennego dna. Na płyciznach woda jest jasnobłękitna, ale wraz ze wzrostem głębokości staje się coraz ciemniejsza. W Cenote Azul, owalnym naturalnym basenie (głębokim na aż ok. 90 m), przybiera barwę ciemnego granatu. Bacalar wygląda zupełnie jak jezioro Kourna na Krecie, tyle że ponad sto razy większe. Okolicę najlepiej podziwiać podczas kilkugodzinnego rejsu jedną z łodzi cumujących przy licznych pomostach. W jego trakcie docieramy do każdego z odcieni błękitu tego akwenu i wypatrujemy sekretnych kanałów, którymi z Morza Karaibskiego i rzeki Hondo (Río Hondo) dostawali się tu w XVII i XVIII stuleciu piraci napadający na miasto. Mieszkańców bronić przed nimi miał solidny Fort św. Filipa w Bacalar (Fuerte de San Felipe de Bacalar), ukończony w 1729 r. Dziś działa w nim ciekawe muzeum opowiadające m.in. historię XVII-wiecznego Kubańczyka Diega el Mulata i innych karaibskich awanturników.

 

Pustelnia JOHNA HUSTONA

 

Laguna de Bacalar niedaleko Chetumal to tzw. Jezioro Siedmiu Kolorów

LagunaBacalar

© BARTEK JANKOWSKI/TROPIKEY.COM

 

W odległości ponad 2,1 tys. km na zachód od Cancún leży Guadalajara, stolica stanu Jalisco. Dwoma najbardziej znanymi na świecie towarami eksportowymi tego regionu są tak bardzo popularna w Polsce tequila, której nazwa pochodzi od miejscowości położonej na północy, i urodzony w 1947 r. w Autlán de Navarro wirtuoz gitary Carlos Santana. Dzięki połączeniom oferowanym zarówno przez meksykańskiego przewoźnika narodowego (Aeroméxico), jak i kilka linii niskobudżetowych (Interjet, Magnicharters, Viva Aerobus, Volaris) dotarcie tutaj z Cancún zajmuje ok. 2,5 godz. Poza tym na jesieni 2016 r. uruchomiono bezpośrednie loty czarterowe między Warszawą i Puerto Vallarta. To nie przypadek, że wybrano właśnie ten ostatni kurort, a nie przereklamowane Acapulco, które dawno już (podobnie jak Cancún) przeobraziło się w skupisko betonowych molochów. Mimo iż złote wybrzeże Zatoki Flag (Bahía de Banderas) opanowały w wielu miejscach luksusowe hotele, w samym Puerto Vallarta w dużej mierze udało się zachować urok kąpieliska w dawnym stylu. Jego sercem jest Viejo Vallarta, romantyczna najstarsza część miasta z przyległą uroczą plażą o zdecydowanie mniej przyjemnej nazwie – Playa los Muertos (Plaża Zmarłych). Jej nowoczesnym symbolem stało się molo z instalacją do złudzenia przypominającą słynny dubajski wieżowiec Burdż Al Arab (Burj Al Arab). Niegdyś była tu osada rybaków i poławiaczy pereł, ale już od końca XIX w. do szmaragdowych wód Pacyfiku zaczęli przybywać pierwsi letnicy.

 

Prawdziwy rozgłos Puerto Vallarta zyskało jednak w 1964 r., po premierze Nocy iguany z Richardem Burtonem w roli duchownego kuszonego przez kobiety i alkohol. Znaczną część ujęć nakręcono właśnie w tym mieście i na położonej nieopodal malowniczej plaży Mismaloya. Widok ciemnego oceanu kontrastującego z nadbrzeżnymi złotymi skałami i szczytami Sierra Madre Zachodniej (Sierra Madre Occidental) urzekł amerykańskiego reżysera filmu Johna Hustona (1906–1987) tak bardzo, że kupił w tym rejonie willę. Później, kiedy szukał miejsca odizolowanego od świata, znalazł dostępną tylko łodzią plażę Las Caletas. Wydzierżawił ten teren od Indian Chacala i spędził tutaj swoje sędziwe lata, żyjąc w skromnych warunkach, blisko przyrody i z dala od zgiełku filmowego środowiska. Po śmierci Johna Hustona pieczę nad jego azylem objęła ponownie społeczność indiańska, u której dbałość o naturę w pewnym stopniu zastąpiło merkantylne spojrzenie na życie. Dziś działa w tym rejonie agencja turystyczna organizująca dzienne i wieczorne wycieczki łodzią na plażę Las Caletas połączone z relaksującymi zabiegami spa i widowiskowymi występami folklorystycznymi.

 

Wakacje w Meksyku wciąż jeszcze kojarzą nam się głównie z dwutygodniowym leżakowaniem przy basenie w którymś ze wspaniałych kurortów na karaibskiej Riwierze Majów (Riviera Maya). Taka forma wypoczynku ma swoje zalety, ale pobyt w tym kraju może być dużo bardziej urozmaicony i nie musi oznaczać przywiązania do jednego miejsca. Warto ruszyć na wyprawę po innych regionach i to niekoniecznie wypożyczonym samochodem. Dzięki gęstej sieci połączeń autobusowych różnej klasy dotrzemy do mniej zatłoczonych zakątków Meksyku bez ponoszenia znacznych kosztów i bez stresu związanego z prowadzeniem auta. Choć samodzielnego poruszania się po meksykańskich drogach nie trzeba się wcale obawiać, bo tutejsze warunki nie różnią się specjalnie od panujących w naszym kraju. Przy planowaniu w przyszłości wyjazdu do tej fascynującej części świata można zatem rozważyć i taką formę podróżowania.

 

W turystycznym Puerto Vallarta znajdziemy wiele historycznych budowli

Puerto-Vallarta-sunset

© MEDIAKIT.VISITPUERTOVALLARTA.COM

 

Argentyna - podróż życia

EMILIA GRZESIK

 

<< Tam, gdzie strzeliste szczyty łaskoczą niebo, ziarnka piasku ścigają się z wiatrem przez bezkresne równiny Patagonii, a Ocean Spokojny konkuruje z Atlantykiem – tam rodzi się przygoda. Wytrwałość podróżników przemierzających setki kilometrów surowej patagońskiej ziemi i odwaga żeglarzy wpływających w zdradliwe wody Cieśniny Magellana lub okolic przylądka Horn nabierają zupełnie nowego znaczenia, kiedy podziwiamy majestat andyjskich lodowców. Krajobrazy południowej Argentyny należą do jednych z najbardziej spektakularnych na naszej planecie. Dla mnie Patagonia wraz z Ziemią Ognistą stanowią wręcz symbole wielkich wypraw życia. >>

Południowoamerykańska Republika Argentyńska to kraj bardzo zróżnicowany. Ze względu na jego specyficzne położenie występuje tu kilka stref klimatycznych. Ukształtowanie terenu również nie jest jednolite: wschodnią granicę stanowi wybrzeże Oceanu Atlantyckiego, a zachodnią – wysokie Andy. Pomiędzy nimi rozciągają się bezkresne równiny i porośnięta trawą pampa, na której pasie się bydło. To stąd pochodzi najlepsza na świecie argentyńska wołowina, królowa popularnego asado, czyli tradycyjnego grilla dla rodziny i przyjaciół (barbecue).

W moich oczach Argentyna zawsze była ziemią poszukiwaczy nowych lądów. Dlatego też by poczuć się jak oni, postanowiłam wyruszyć na jej najdalej wysunięty na południe kraniec, stanąć na brzegu kontynentu i rzucić wyzwanie nieznanemu.

Więcej…

Kolumbia jest pasją

MICHAŁ DOMAŃSKI

 

Kolumbia jest przepięknym krajem wyróżniającym się niesamowitą różnorodnością etniczną i biologiczną, łączącym w sobie wszystkie atrakcje Ameryki Łacińskiej i Karaibów. Co dziesiąty gatunek roślin i zwierząt żyjących na naszej planecie pochodzi właśnie stąd. To ziemia sympatycznych, gościnnych i przyjaznych ludzi oraz niepowtarzalnych krajobrazów. Pełna bogatej historii, kultury, niezwykłych karnawałów, barwnych świąt lokalnych i festiwali. To kraj słynący z wyśmienitej kawy i najpiękniejszych szmaragdów na świecie. Tutaj właśnie narodziła się słynna legenda o El Dorado i fikcyjna wioska Macondo stworzona przez Gabriela Márqueza. Kolumbia promuje się na całym świecie hasłem Colombia, el riesgo es que te quieras quedar, co oznacza Kolumbia, ryzyko jest takie, że będziesz chciał tu zostać. Kto miał szczęście odwiedzić ten cudowny kraj, wie, że to prawda...  

Więcej…