ALEKSANDRA PAKIEŁA

<< Przykład Dolnego Śląska znakomicie pokazuje, że miejsca piękne, zadziwiające różnorodnością i bogatą historią znajdziemy często tuż obok nas. Ślady przeszłości przeplatają się w nim z elementami nowoczesności, tworząc niezmiernie interesującą mozaikę, której żaden fragment nie wydaje się zbędny. Dlatego też ten region Polski trzeba starać się poznać od każdej strony. Najlepiej – oczywiście – zacząć od jego stolicy, czyli Wrocławia – jednego z najstarszych i najpiękniejszych polskich miast. Dajmy się zatem oczarować tej urokliwej krainie już dziś! >>



Krajobraz tej części Śląska tworzą m.in. Sudety, Przedgórze Sudeckie i rozległe niziny. Przy granicy z Niemcami leżą Bory Dolnośląskie, w których rosną chronione gatunki roślin, np. kosaciec syberyjski, pióropusznik strusi czy wroniec widlasty. Co ciekawe, w Parku Krajobrazowym Chełmy spotkamy z powodzeniem introdukowane w tym rejonie muflony, dzikie owce pochodzące z Korsyki i Sardynii.
Wrocław przypomina mi czasami bardzo ambitnego studenta, wciąż głodnego wiedzy i starającego się osiągnąć jak najwięcej, człowieka młodego i nie bojącego się nowych trendów, interesującego się literaturą, filmem, muzyką, sztuką ludową i współczesną, ale ceniącego także dorobek przodków i dumnie reprezentującego Polskę w Europie. Takiego kogoś zawsze warto poznać.

WIZYTÓWKA POLSKI
W 1985 r. pod patronatem Unii Europejskiej ruszył program Europejskie Miasto Kultury (od 1999 r. pod nazwą Europejska Stolica Kultury), zainicjowany przez Melinę Mercouri (1920–1994), grecką minister kultury. Zgodnie z założeniami miał on pomóc w kulturalnym rozwoju wytypowanych ośrodków, które przez cały rok powinny starać się przyciągnąć różnymi atrakcjami i wydarzeniami jak najwięcej gości, oraz wzmocnić międzynarodową współpracę między krajami Europy i pokazać, że łączą je wspólne wartości i historia. Badania pokazały, że projekt z powodzeniem spełnia swoje zadanie. Natomiast wybierane miejscowości świetnie oddają wielobarwność naszego kontynentu.
Do tej pory tylko 2 polskie miasta zostały wyróżnione tym tytułem. Pierwsze z nich, Kraków, nosiło go w 2000 r. i skupiło się na podkreśleniu swojego wkładu w osiągnięcia cywilizacji światowej oraz zaprezentowaniu własnych zabytków kultury. W 2011 r. na Europejską Stolicę Kultury 2016 wybrano Wrocław, który pokonał tym samym mocną konkurencję, jaką stanowiły m.in. Warszawa, Gdańsk czy Lublin. O zwycięstwie bez wątpienia przesądziły bogata oferta kulturalna stolicy Dolnego Śląska, jej dynamicznie zmieniający się w ostatnich latach wizerunek i szczególna atmosfera wielu urokliwych zakątków ukrytych między jej wąskimi uliczkami. Miasto posiada wciąż duży potencjał. Dzięki unijnym funduszom będzie mogło go lepiej wykorzystać.
Szeroki wachlarz imprez organizowanych już od 2010 r. podzielono na kilka działów: międzynarodowy – z ciekawym projektem BASK (przybliżającym dziedzictwo Basków) czy Future City Jobs (promującym tworzenie nowych miejsc pracy w sektorze kreatywnym), ogólnopolski – z kampanią Prawo do kultury, regionalny – z inicjatywami Muzealne spotkania pokoleń i Teatr w podwórkach oraz lokalny – z licznymi wydarzeniami plenerowymi z różnych dziedzin sztuki, w tym literatury i kina (więcej na www.wrocław2016.pl). Wśród tak wielu propozycji każdy na pewno wybierze coś dla siebie.

TAJEMNICZY BASKOWIE
Wrocław dzieli prestiżowy tytuł Europejskiej Stolicy Kultury 2016 z Donostią-San Sebastián leżącą w Kraju Basków, historycznym regionie należącym do jednego z najbardziej zagadkowych ludów Europy, zamieszkującego do II tysiąclecia p.n.e. znaczną jej część. Obecnie żyje ok. 12 mln przedstawicieli tego narodu, głównie na terenach wokół granicy hiszpańsko-francuskiej, w Ameryce Południowej i na Kubie.
Baskowie nie są spokrewnieni z plemionami indoeuropejskimi. Na terytorium naszego kontynentu przybyli przed nimi. Osiedlili się na górzystym, zalesionym obszarze, niezbyt wartościowym dla ich sąsiadów, dlatego udało im się zachować odrębność etniczną. Pochodzenie tego narodu do dziś pozostaje dla naukowców tajemnicą. W jej rozszyfrowaniu nie pomaga też fakt, że język baskijski nie daje się zaklasyfikować do żadnej z grup językowych na świecie. Niewątpliwie taka sytuacja sprzyja snuciu wielu teorii i domysłów, a jednocześnie wzbudza zainteresowanie kulturą tej społeczności. W ostatnich dziesięcioleciach w autonomicznym regionie Kraju Basków w północnej Hiszpanii znacznie wzrosła liczba osób znających baskijski, nauczany obecnie w tamtejszych szkołach, co powinno pozwolić przetrwać mu w obcym dla niego lingwistycznie środowisku. Kto pragnie poznać bliżej ten wyjątkowy lud i jego tradycje, nie musi już wyjeżdżać nad Zatokę Biskajską. Wystarczy, że wybierze się do Wrocławia.
Przy wrocławskiej ulicy Ruskiej pod numerem 46 na podwórku wśród kamienic powstała otwarta pracownia dla projektantów, językoznawców i artystów, prowadzących warsztaty mające na celu zaprezentowanie zjawiska kultury narodowej Basków. Pierwsza edycja programu odbyła się w czerwcu 2013 r. Goście mieli szansę m.in. wziąć udział w zajęciach językowych (Euskal Naiz) czy nauki rysunku (BASKroły), lekcjach baskijskiej kuchni i projekcjach filmów oraz posłuchać muzyki inspirowanej tematyką wydarzenia. Niebawem, bo już w dniach 5–8 czerwca br. rusza kolejna odsłona projektu. Jego bardzo kreatywna metoda przekazywania treści znakomicie wpisuje się we współczesne trendy szukania bezpośredniego i aktywnego kontaktu z biernym do tej pory widzem.

WENECJA NAD ODRĄ
Wrocław wzniesiono u zbiegu 5 rzek (Odry, Bystrzycy, Oławy, Ślęzy i Widawy) na odrzańskich wyspach, dlatego mnogość jego mostów nikogo raczej nie powinna dziwić. Warto na własne oczy zobaczyć te większe i mniejsze przeprawy, znaczące swoimi łukami miejski krajobraz. W okresie przedwojennym ich liczba wynosiła ponad 300! Obecnie znajduje się ich tutaj o ponad połowę mniej, jednak ciągle na tyle dużo, że widoki w mieście przywodzą na myśl klimatyczne weneckie kanały…
Największy wśród wszystkich jest most Grunwaldzki, łączący centrum z placem Grunwaldzkim, przy którym stoi większość akademików i budynków uczelnianych. Zbudowano go na początku XX w., a po wojnie zrekonstruowano. Przepięknie wygląda zwłaszcza wieczorem, gdy rzęsiście oświetlony odbija się w Odrze. Największą popularnością cieszy się natomiast most Tumski, potocznie zwany Mostem Zakochanych, ponieważ przyczepiają oni na jego balustradzie kłódki ze swoimi inicjałami, symbolizujące ich uczucie. Wielokrotnie pojawiał się on w projektach medialnych, filmach lub serialach. Oddalony nieco od tętniącego życiem centrum idealnie nadaje się na spokojne spacery w leniwe popołudnia. Miejska legenda głosi, że wszyscy poszukujący miłości, odnajdą ją właśnie na nim, jeśli najpierw pomodlą się w pobliskiej Archikatedrze św. Jana Chrzciciela i pogłaszczą po głowie kamiennego lwa sprzed jej wejścia. Romantyczną przechadzkę warto zaplanować także po moście Piaskowym, wiodącym na wyspę Piasek, i po niezmiernie uroczych i zacisznych bulwarach nadodrzańskich.

OBLICZA WROCŁAWIA
630-tysięczną stolicę Dolnego Śląska można zwiedzać na bardzo wiele sposobów. Wygodne połączenia komunikacyjne sprzyjają szybkiemu przemieszczaniu się między najatrakcyjniejszymi punktami, jednak lepiej poświęcić nieco więcej czasu i zdecydować się na pieszą wycieczkę, aby poczuć rytm miasta i odkryć wspaniałe kamienice i uliczki z lokalnymi sklepikami.

FOT. MAGAZYN ALL INCLUSIVE
Krasnal Gazuś na moście Tumskim


Turyści często wybierają wędrówkę szlakiem krasnali (mapę z zaznaczonymi lokalizacjami udostępniono w internecie). Polega ona na odnajdywaniu kolejnych figurek umieszczonych w różnych zakątkach Wrocławia. Przy okazji docierają do najciekawszych zabytków i tajemniczych zakamarków nieopisywanych w przewodnikach. Szczególnie dobrze bawią się przy tropieniu wrocławskich krasnoludków dzieci, dla których wizyta w mieście staje się wtedy przyjemną rozrywką.

FOT. M. GOLEŃ
96-metrowa stalowa Iglica przed olbrzymią Halą Stulecia (Ludową)


Bez wątpienia do najważniejszych, obowiązkowych wręcz przystanków na trasie zwiedzania należy monumentalna widowiskowo-sportowa Hala Stulecia, wybudowana w latach 1911–1913. W 2006 r. wpisano ją na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. W jej okolicy znajdują się również inne atrakcje: multimedialna Wrocławska Fontanna, Ogród Japoński i ZOO. Ta pierwsza przyciąga wielobarwnymi spektaklami światło-dźwięk, rozpoczynającymi się po zmroku. Natomiast unikatowy kompleks w Parku Szczytnickim zaprojektowany zgodnie z japońską sztuką ogrodową dzięki współpracy specjalistów stanowi doskonały przykład otwartości dolnośląskiego ośrodka na inne kultury. Ogród Japoński swoją oryginalnością intryguje nie tylko przybyszów, lecz także samych wrocławian.

DUMA MIESZCZAN
Podczas wizyty w tym mieście nie sposób nie zatrzymać się w jednej z czarujących kawiarenek przy Rynku, który zachwyca pastelowymi fasadami kamienic, prowadzącymi do niego brukowanymi ulicami, pamiętającymi jeszcze czasy średniowiecza, oraz budynkami pochodzącymi z różnych epok historycznych. To jeden z najrozleglejszych staromiejskich placów w Europie, ze wspaniałym późnogotyckim Ratuszem – największym w Polsce. Jego dwukondygnacyjny, podpiwniczony gmach swój dzisiejszy wygląd przybrał po licznych rozbudowach na przestrzeni wieków oraz wielu renowacjach. W jego salach funkcjonuje Muzeum Sztuki Mieszczańskiej, a w podziemiach mieści się Piwnica Świdnicka, jedna z najstarszych europejskich restauracji (działająca od ok. 1275 r.).
Tuż obok Rynku leży plac Solny. Od lat odbywa się na nim targ kwiatowy, wabiący przechodniów tysiącem barw i zapachów. Ciekawym obiektem jest też nieco oddalone od historycznej części Wrocławia Muzeum Sztuki Cmentarnej założone na Starym Cmentarzu Żydowskim. Na jego terenie obejrzymy misternie zdobione nagrobki, prawdziwe dzieła sztuki. Ornamenty umieszczone tu na macewach i pomnikach nierzadko mają swoje metaforyczne znaczenie. Przykładowo złamane drzewo świadczy o tym, że pochowana osoba zmarła śmiercią nagłą i tragiczną.
Pod żadnym pozorem nie wolno opuścić stolicy Dolnego Śląska, jeżeli chociaż nie rzuciło się okiem na słynną Panoramę Racławicką – obraz olejny o długości 114 m, przedstawiający bitwę pod Racławicami (1794 r.) i namalowany w latach 1893–1894 pod kierunkiem Jana Styki i Wojciecha Kossaka. Olbrzymie płótno wisi w specjalnej rotundzie, oddziale Muzeum Narodowego we Wrocławiu.
Aby dobrze poznać miasto, należałoby prawdopodobnie zatrzymać się w nim przynajmniej na miesiąc. Przez kilka dni zdołamy jednak zobaczyć większość najważniejszych atrakcji, a także zachwycić się panującą tutaj atmosferą na tyle, że z pewnością będziemy chcieli powrócić w te strony. Cóż, w końcu apetyt rośnie w miarę jedzenia…

SWOJSKIE SMAKI
Nie sposób nie spróbować na Dolnym Śląsku tradycyjnych regionalnych potraw i nie wypić przynajmniej jednego kufla wyśmienitego piwa w różnych nietypowych smakach (np. czekoladowym albo karmelowym). Mnóstwo pierogarni, restauracji, bistr kusi przytulnymi wnętrzami, swojskim klimatem i wydobywającymi się z nich apetycznymi zapachami.
Jakie danie cieszy się w tej części Polski największą popularnością? Oczywiście kluski śląskie! Gdy tylko przydarzy nam się taka sposobność, warto zapytać rodowitego wrocławianina o legendę o Kluskowej Bramie, opowiadającą o żonie pewnego chłopa, która przyrządzała tę potrawę najdoskonalej w okolicy. Ta lokalna specjalność najlepiej smakuje z zawijanymi zrazami… śląskimi. W menu większości knajpek znajdziemy również karpia podawanego na rozmaite sposoby.
Na deser polecam ciasto drożdżowe z cynamonową kruszonką – typowy wrocławski przysmak, od wieków uważany za idealne uzupełnienie popołudniowej kawy. Wieczorny spacer najlepiej zwieńczyć kuflem zimnego piwa. We Wrocławiu warzenie tego złocistego napoju ma długą i ciekawą tradycję. We wspomnianej Piwnicy Świdnickiej produkowano go już w średniowieczu.

COŚ DLA CIAŁA I DUCHA
Ten region naszego kraju może pochwalić się nie tylko bogatą ofertą turystyczną i kulturalną. To także idealne miejsce na odpoczynek dla ludzi zmęczonych nadmiarem pracy, codziennym stresem i pragnących chociaż na chwilę oderwać  się od szarości zwykłych dni. Na Dolnym Śląsku, wśród malowniczych krajobrazów i leczniczych źródeł, znajduje się największe w Polsce skupisko uzdrowisk, które ukoją zarówno duszę, jak i ciało. Nawet najbardziej wymagający kuracjusz wybierze z nich coś dla siebie. Przykładowo Duszniki-Zdrój przypadną do gustu tradycjonalistom, dla których wypoczywanie oznacza spokojne, leniwe godziny spędzane na słuchaniu muzyki Fryderyka Chopina (w tym roku znany Międzynarodowy Festiwal Chopinowski odbędzie się w dniach 1–9 sierpnia) oraz poddawaniu się serii leczniczych i rozluźniających zabiegów. Z kolei w kameralnym Przerzeczynie-Zdroju koło Niemczy organizuje się koncerty i wieczorki integrujące, blisko stąd do obsadzonego różanecznikami, azaliami i liliowcami Arboretum w Wojsławicach czy barokowego Opactwa Cystersów w Henrykowie. Natomiast Kudowa-Zdrój zaprasza osoby aktywne na przejażdżki konne po malowniczej okolicy i wizytę w Aquaparku Wodny Świat.
Przed odwiedzeniem dolnośląskich miejscowości uzdrowiskowych zapoznajmy się z ich propozycjami, otoczeniem i rodzajami wód, które stosuje się w kuracjach. Dzięki temu uda nam się dopasować ośrodek do swoich potrzeb i wymagań.

POLSKA DOLINA LOARY
Już w VI–VII w. Słowianie zaczęli na tym obszarze zakładać pierwsze grody. W 990 r., gdy region Śląska został włączony do księstwa Mieszka I, sukcesywnie umacniano jego południową granicę za pomocą drewnianych warowni. W XIII stuleciu niektóre z nich zamieniono na murowane twierdze. Mimo upływu czasu i zniszczeń wojennych w przeważającej części zachowały się one do dnia dzisiejszego. 

    FOT. MIASTO I GMINA BOLKÓW

Średniowieczny Zamek w Bolkowie z obronną wieżą z dziobem
Dolnośląska kraina zamków i pałaców nie bez powodu nazywana bywa Polską Doliną Loary. Znaczna liczba tego typu obiektów w naszym kraju (aż ok. 760!) leży właśnie tutaj! Najbardziej znana jest – oczywiście – dawna rezydencja rodziny Hochbergów Książ, łącząca w sobie przepych baroku, majestat gotyku oraz ozdobność rokoko. Lubujący się w nieco mroczniejszych klimatach z pewnością zachwycą się twierdzą w Bolkowie. Romantyczne ruiny, charakterystyczna 25-metrowa wieża z dziobem (zwana głodową), obrośnięte bluszczem fragmenty murów przenoszą nas do czasów średniowiecznych władców. Z kolei Zamek Chojnik koło Jeleniej Góry przyciąga turystów tragiczną legendą o księżniczce Kunegundzie, która obiecała, że poślubi tylko tego, kto konno objedzie zamkowe mury dookoła. Wielu śmiałków zginęło w trakcie próby dokonania tego wyczynu. W końcu pewnemu rycerzowi udało się spełnić ten warunek. Nie zamierzał on jednak wziąć za żonę okrutnej księżniczki, przez której kaprys poniosło śmierć tylu ludzi, więc wzgardzona Kunegunda rzuciła się w przepaść. Podobno duch jednego z kandydatów do jej ręki (pod postacią jeźdźca na koniu) nadal pojawia się w okolicy.
To wszystko stanowi jednak tylko małą część licznych atrakcji Dolnego Śląska. Wiele z nich nie zostało na pewno jeszcze odkrytych. Być może to nam dopisze szczęście i podczas wędrówek po tym fascynującym regionie natkniemy się przypadkiem na dotąd nieznany zakątek, który skradnie nam serce…


Artykuły wybrane losowo

PORTUGALIA – NA KOŃCU ŚWIATA

ELŻBIETA PAWEŁEK

 

<< Podobno kiedyś odpoczywali tutaj bogowie. Stąd Vasco da Gama wyruszał na podbój nowych lądów. Dziś ściągają tu podróżnicy, golfiści, amatorzy przygód na zielonych, górskich szlakach oraz miłośnicy doskonałych win. Niewielka Portugalia urzeka urodą plaż i wiosek rybackich. Kusi wspaniałymi zabytkami i wiecznym słońcem. >>

Na południu kraju znajdują się piaszczyste zatoki, malownicze porty rybackie, wypielęgnowane pola golfowe i mariny zapełnione jachtami. To raj dla aktywnych turystów, żeglarzy i surferów, a także zwykłych miłośników plażowania. Wystarczy jednak ruszyć na północ, a krajobraz się zmienia, staje się bardziej wyżynny, a nawet górski. Dwie wielkie rzeki – Tag (po portugalsku Tejo) i Duero (nazywana w Portugalii Douro), biorące swój początek w Hiszpanii, płyną w kierunku zachodnim przez kraj i wpadają do Oceanu Atlantyckiego. W ich ujściach leżą stołeczna Lizbona oraz Porto, skąd pochodzi najsłynniejszy portugalski produkt – wino porto.

Więcej…

Hamburg – metropolia na wodzie

 

Magdalena Ciach-Baklarz


W tej charyzmatycznej i gwarnej metropolii z przepięknymi jeziorami położonymi w samym jej sercu działa prężnie olbrzymi port zapewniający jej bogactwo. Hamburg zawsze był i do dziś jest wolnym miastem, tak kulturowo, jak i obyczajowo i politycznie. To tu żyją najszczęśliwsi mieszkańcy Niemiec, choć z drugiej strony to podobno najmniej niemiecki ośrodek w kraju.Warto sprawdzić, jak dziś wygląda dawne centrum handlu należące do Hanzy.

Więcej…

Nieprzewidywalna Islandia

MICHAŁ MOC

www.icelandic.pl

 

<< Islandia, patetycznie nazywana krainą ognia i lodu, w rzeczywistości okazuje się przede wszystkim mozaiką kolorowych krajobrazów, zadziwiającej roślinności bohatersko wdzierającej się na pola lawy i miejscem, gdzie nawet najbardziej doświadczony obieżyświat musi odrzucić swoje przyzwyczajenia. Tutaj zbytnia pewność siebie i przekonanie o własnej racji może narazić na śmieszność, a nawet sprowadzić na przybysza poważne kłopoty. Za to na uważnych obserwatorów, podróżników otwartych i wyrozumiałych (głównie wobec siebie) i osoby, które właściwie przygotowały się do wyprawy, czeka rzeczywistość nadająca życiu nowy wymiar. >>

 

Wycieczka w głąb południowej części wyspy

©MICHAŁ MOC/WWW.ICELANDIC.PL

 

Na Islandii będziemy podziwiać widoki, jakich nie widzieliśmy nawet w snach, spotkamy ludzi silnych i potrafiących walczyć z przeciwnościami losu jak nikt inny w Europie oraz zwierzęta (konie islandzkie, owce, maskonury, wieloryby, lisy polarne, renifery, ogrom ptaków) żyjące z nimi w niezwykłej symbiozie. Kraj ten stał się nowym turystycznym rajem, a jego popularność wciąż rośnie. I trzeba przyznać, że w pełni zasługuje na swoją wysoką pozycję w rankingach na idealny cel podróży życia!

Na wyspę można dotrzeć bez przesiadek samolotem z kilku miast Polski (Warszawy, Wrocławia, Katowic, Poznania, Gdańska) – lot trwa od 3,5 do 4 godz. Jedyne międzynarodowe lotnisko to Port Lotniczy Keflavík, który zapewnia blisko 100 bezpośrednich połączeń, w tym z większością europejskich stolic.

 

PO PRZYLOCIE

Na miejscu warto wypożyczyć samochód. Oprócz znanych światowych korporacji na Islandii działają też cieszące się dobrą opinią firmy lokalne, w których łatwo trafić na polskich pracowników, a nawet… właścicieli. Wybór pojazdu, obok zakwaterowania, należy do strategicznych decyzji osób planujących zwiedzanie. Wielkość budżetu wyprawy determinuje sposób eksplorowania wyspy. Koszty są bardzo mocno zróżnicowane w zależności od miesiąca i typu wypożyczanego samochodu. Od połowy czerwca do mniej więcej połowy września za wynajem na tydzień małego auta odpowiedniego do poruszania się po głównych drogach asfaltowych trzeba zapłacić kilkaset euro. Wypożyczenie standardowego samochodu z napędem na cztery koła i prześwitem większym niż 20 cm, umożliwiającego wjazd na drogi wewnątrz lądu (w szczególności te oznaczone literą F, zarezerwowaną dla traktów trudniejszych, górskich, kamienistych lub poprzecinanych brodami i rzekami) kosztuje już… kilka tysięcy euro. Z nastaniem chłodniejszych i bardziej deszczowych miesięcy ceny wynajmu stopniowo maleją, aby osiągnąć poziom europejski, ale równocześnie – szczególnie w zimie – rośnie ryzyko znacznego pogorszenia się warunków pogodowych (zdarzają się silne opady śniegu i huraganowe wiatry). Wiele dróg, w tym głównych i wydawałoby się zawsze przejezdnych, może wówczas być zamkniętych. Czasem nie sposób nawet wyjechać ze stołecznego Reykjavíku.

                Pierwszą noc po przylocie warto spędzić w Keflavíku lub okolicach (np. Grindavíku – portowym miasteczku na południowym wybrzeżu półwyspu Reykjanes, ze świetnym basenem, komfortowym kempingiem, a także knajpką „Bryggjan Kaffihús” słynącą z niesamowitej… zupy z owoców morza). Ceny są tu niższe niż w Reykjavíku, można zacząć się aklimatyzować i przyjrzeć nieco otoczeniu, a poza tym w przypadku większości korzystnych cenowo połączeń przylot zaplanowany jest na późny wieczór. Następny dzień dobrze rozpocząć od wizyty w tutejszych sklepach tanich sieci Bonus lub Netto. Wbrew obiegowym opiniom nie warto zapełniać bagażu zabieranego z Polski dużymi zapasami jedzenia (istnieją zresztą istotne prawne ograniczenia dotyczące wwożenia na wyspę produktów spożywczych). Korzystniej postawić na zdrową i niewiele droższą islandzką żywność kupowaną na miejscu. Owszem, cena bagietki (w przeliczeniu ok. 6–9 złotych) czy bochenka chleba (10–24 złotych) nie wydaje się zbyt zachęcająca, ale jakość większości produktów (pieczywo bywa niechlubnym wyjątkiem od tej zasady) jest porównywalna do tych kupowanych w ekskluzywnych sklepach spożywczych w naszym kraju. Warto jedynie zwrócić uwagę, czy artykuły w koszyku są faktycznie lokalne, a nie importowane z Danii, Norwegii, USA lub… Polski (jak popularny tutaj od lat znany polski batonik w złotym opakowaniu). Produkty, które rzeczywiście kosztują więcej, to przede wszystkim alkohol (dostępny w niezbyt dużym wyborze w specjalnych sklepach Vínbúðin) i wyroby tytoniowe. Szczęśliwie używki nie stanowią o magnetycznej sile Islandii. Na spożywanie trunków w trakcie zwiedzania zwykle nie wystarcza czasu (choć smak lokalnych piw bywa niezapomniany, podobnie jak wysokość rachunku), a palenie rzucić tu szczególnie łatwo – przekonują do tego ceny papierosów i znakomita jakość islandzkiego powietrza. Po zakupach pozostaje zadbać o pełen bak paliwa (najtańsze stacje to Orkan oraz Olís i ÓB – w czerwcu 2018 r. litr benzyny bezołowiowej kosztował na nich w przeliczeniu ok. 8 zł).

 

WŁASNYMI SIŁAMI

Alternatywą dla podróży samolotem i wypożyczenia auta na miejscu jest przyjazd własnym samochodem (jedyny prom M/S Norröna, przewoźnika Smyril Line z Wysp Owczych, pływa z duńskiego Hirtshals do portu Seyðisfjörður na wschodzie Islandii raz na tydzień). Podróż trwa niemal 3 doby w jedną stronę, a pod jej koniec można podziwiać niezmiernie urokliwe, ociekające dziesiątkami wodospadów wschodnie fiordy. Niemniej na niekorzyść tego rozwiązania przemawiają koszty takiej przeprawy (szczególnie w lecie), jej czas (należy jeszcze doliczyć dojazd z Polski do północnej Danii) oraz ryzyko ekstremalnych przeżyć na morzu (głównie poza sezonem). Jest to więc dobry pomysł dla osób zakochanych w Islandii i odwiedzających ją po raz kolejny. Dzięki własnemu autu mają szansę poznać ją lepiej, odkryć skarby ukryte przed oczami większości turystów i wejść w bliski kontakt z tutejszą naturą.

                Oczywiście, można spotkać śmiałków przemierzających wyspę na własnych nogach. Gdzieniegdzie podróżowanie autostopem jest popularne lub wręcz oficjalnie sugerowane za pomocą specjalnych znaków drogowych. Jednak poza turystycznym południem ten sposób zwiedzania może też wymagać spędzania na poboczach w trudnym do opisania deszczu i przy huraganowym wietrze wielu godzin, szczególnie jeśli nie sprawdzimy wcześniej, ile aut przejeżdża wybraną drogą. Ogromna dobowa zmienność islandzkiej pogody i występowanie skrajnych zjawisk wyjątkowo silnie kłócą się z nieprzewidzianymi postojami w oczekiwaniu na okazję. Poprzedzone przygotowaniami i poważnym rozeznaniem modne na Islandii letnie wędrówki są warte polecenia, ale wycieczki stopem na wschód, północ albo Fiordy Zachodnie (Vestfirðir) poza sezonem lub w przypadku osób bez dużego doświadczenia łatwo mogą przerodzić się w walkę z czasem, ciężkimi warunkami pogodowymi i własnymi słabościami. Respekt budzi przemierzanie kraju na rowerze (głośnym wyczynem była wyprawa Kuby Witka z 2016 r., po której w kolejnym roku powstał Isoland – wyreżyserowany przez niego film dokumentalny o polskich emigrantach), ale to już zdecydowanie propozycja dla osób z doświadczeniem, siłą woli i świetną kondycją. Niemniej rowerzystów na wyspie spotyka się w wielu rejonach więcej niż autostopowiczów i można odnieść wrażenie, że ten sposób jej poznawania, choć ambitny i nieco ekstremalny, zyskuje na popularności.

 

W RĘKACH LOSU

Zamiast wypożyczać samochód po przylocie mamy wreszcie możliwość wykupienia wycieczek (pojedynczych lub w pakiecie) w lokalnych biurach podroży. To bardzo rozsądna propozycja, w szczególności dla osób, które doceniają, że tutejszy przewodnik trafia od razu we właściwe miejsca, wie, ile czasu na nie poświęcić, zna aktualny stan ścieżek, szlaków i dróg, stale obserwuje najdokładniejszą prognozę pogody oraz przekazuje więcej informacji niż przewodniki książkowe. Podróż po Islandii jest trudna do planowania. Choć wydany w minionym roku przewodnik informuje, że jedyna w promieniu 50 km restauracja serwuje posiłki do 21.00, to może się zdarzyć, iż o 18.30 zastaniemy zamknięte drzwi. Na wyspie wszystko cały czas się zmienia. Droga do konkretnej atrakcji staje się nieprzejezdna, lodowa jaskinia zawala się pod wpływem skoków temperatury, a właściciel gruntu, na którym leży słynny wrak samolotu, ogradza go ze względu na zniszczenia powodowane przez turystów. Niewiele ponad 350 tys. mieszkańców nie jest w stanie sprawnie obsługiwać milionów gości z całego świata, szybko naprawiać bocznych dróg i zużytych samochodów czy remontować hoteli. Jednak to nie komfort stanowi o wyjątkowości tego kraju. Lokalny przewodnik lub farmer oferujący pokój w swoim gospodarstwie zawsze poradzi sobie z codziennymi niedogodnościami albo sprawi, żeby były one jak najmniej uciążliwe. O ostrzeżeniu przed powodzią lodowcową poinformuje swoich gości, zanim otrzymają mrożące krew w żyłach oficjalne SMS-y o niebezpieczeństwie, podpowie też, gdzie widziano renifery, obudzi przyjezdnych podczas zimowego spektaklu zorzy polarnej i wskaże najlepsze miejsce do jej podziwiania.

Samodzielny, nawet najbardziej oczytany turysta (lub korzystający z europejskiego biura podróży z niezbyt zorientowanym przewodnikiem) ma na poznanie prawdziwej Islandii mniejsze szanse. Potwierdzającym to przykładem niech będzie stosunek do pogody i planu wyprawy. Myślący po europejsku przybysze rozplanowują zwiedzanie z dokładnością co do godziny – wyliczają, jak szybko zamierzają się przemieszczać i na jak długo się zatrzymywać. Zakładają, że najpierw dotrą do interesującego ich miejsca, a potem je dokładnie obejrzą. Jednak na Islandii nie podróżuje się od punktu do punktu, tu po prostu się jest!

Warto więc nastawić się na pogodzenie się z warunkami pogodowymi i odkrywanie widoków za kolejnym zakrętem. Na stronie internetowej www.vedur.is dostępna jest najdokładniejsza islandzka prognoza pogody, zawierająca szczegóły dotyczące prędkości wiatru, stopnia zachmurzenia, prawdopodobieństwa opadów czy też… pojawienia się zorzy. Obok www.vegagerdin.is –z podglądem dróg i wiadomościami o ich przejezdności – to podstawowe źródło niezbędnych codziennych informacji dla Islandczyków. Dzięki tej wiedzy można często spędzić w słońcu (lub przynajmniej nie w deszczu) większą część pobytu, ciesząc wzrok cudownymi kolorami i krajobrazami. Prawdziwy urok Islandii tkwi w tym, że chłonie się chwilę, zostaje na dłużej tam, gdzie nam się spodoba, zatrzymuje się w miejscach rozświetlonych promieniami słońca. Często takie spontaniczne, niezaplanowane postoje zapisują się w pamięci jako najpiękniejsze momenty podróży, nie mniej emocjonujące niż oglądanie atrakcji znanych z pocztówek i przyciągających ludzi z całego świata. Przemierzać wyspę i przyglądać się jej to najlepszy sposób na zwiedzanie. Czasem gdy upartemu turyście trudno porzucić przyzwyczajenia, natura sama go ogrywa: akurat na te pół godziny zasłania lodowiec, przemacza poziomym deszczem trzy warstwy podobno nieprzemakalnej odzieży, boleśnie przewraca spontanicznym podmuchem o prędkości 90 km/godz. na nieutwardzonej (a jakże!) ścieżce lub z pomocą silnego wiatru… wyrywa z auta drzwi, zaledwie lekko uchylone z myślą o otwarciu. Śledzenie prognozy pogody, rozsądek i dbanie o swoje bezpieczeństwo są tu ważniejsze niż plan, a nawet pozorne oszczędności. Nagrodą za poddanie się siłom natury jest niezapomniana przygoda na Islandii, która ze sloganowej krainy ognia i lodu zmienia się w krainę marzeń i niesamowitości!

 

CENNE ATRAKCJE

Dzięki temu, że w czasie turystycznego sezonu słońce potrafi świecić niemal całą dobę (na początku lata przy dobrej pogodzie ciemno nie robi się wcale), kluczowe islandzkie atrakcje można odwiedzać w porach innych niż robią to autokary biur podróży, szczególnie iż nie ma tutaj bram, płotów, kas itp. Oferowane na miejscu wycieczki z doświadczonymi lokalnymi przewodnikami nie są tanie (od kilkuset złotych np. za rejs połączony z obserwowaniem wielorybów, spacer po lodowcu czy nurkowanie w międzykontynentalnej szczelinie pomiędzy płytami tektonicznymi, do 1,5 tys. złotych za wyjazd w interior lub pokonanie oszałamiającej górskiej drogi i przejażdżkę śnieżnymi skuterami). Jednak warto ponieść te koszty. Na Islandii turysta zostawia zazwyczaj znacznie więcej pieniędzy niż zakładał, przy czym trzeba przyznać, że wcale tego nie żałuje, a nawet – w miarę możliwości – usiłuje ów wyczyn z nie mniejszym rozmachem powtórzyć. Z kolei Islandczycy uważają, że ceny są takie, jakie być powinny: po prostu rzecz lub usługa kosztuje tyle, ile jest warta i ile ktoś chce za nią otrzymać, zatem właśnie tyle należy mu zapłacić. Poza stołecznym Reykjavíkiemzniżki – afsláttur – stosuje się tu dużo rzadziej niż w kontynentalnej Europie, najczęściej w sklepach spożywczych przy żywności z kończącym się terminem przydatności do spożycia.

 

NA POŁUDNIE, NA ZACHÓD

W przypadku pobytu na wyspie trwającego od pięciu do siedmiu dni, zorganizowanego samodzielnie, mamy do wyboru właściwie dwa kierunki zwiedzania – wyprawę wzdłuż południowego wybrzeża lub w stronę półwyspu Snæfellsnespołożonego na zachodzie. W ich trakcie nie trzeba wjeżdżać w głąb wyspy ani przekraczać rzek. Żadna z nich generalnie nie wymaga poruszania się autem z napędem na cztery koła (korzystanie z takiego samochodu rekomendowane jest od listopada do marca z uwagi na możliwe oblodzenie dróg, silne wiatry i zmienny stan nawierzchni). W przypadku obu wypraw można po drodze odwiedzić słynne kąpielisko termalne Błękitna Laguna (Blue Lagoon), Reykjavík i Golden Circle – Złoty Krąg. Na ten ostatni składają się trzy główne popularne atrakcje: obszar Þingvellir (gdzie w 930 r. po raz pierwszy obradował narodowy parlament Althing), gejzery – Geysir (to od niego wzięła się nazwa tego typu gorącego źródła) i Strokkur (w przeciwieństwie do pierwszego ten wciąż jest aktywny i regularnie wyrzuca strumień wody) – i w końcu Gullfoss, jeden z najbardziej znanych islandzkich wodospadów (ogląda się go zarówno z platform widokowych, jak i – w miesiącach letnich – z głazów wcinających się w przyspieszającą przed kipielą wodę).

Wyprawę po regionie południowym kontynuuje się, podążając drogą nr 1 ponad 300 km na wschód wzdłuż wybrzeża aż do słynnych lodowcowych zatok. Warte obejrzenia są m.in. wodospady: Seljalandsfoss, który obchodzi się ścieżką wokół, Gljúfrabúi (Gljúfrafoss) ukryty w szczelinie skalnej czy Skógafoss tworzący opadającą ścianę wody o wymiarach ok. 15 x 60 m, wciąż czynny wulkan Eyjafjallajökull, wrak samolotu Douglas C-47 Skytrain (zwanego Dakotą) spoczywający na plaży Sólheimasandur, klify na półwyspie Dyrhólaey i sąsiednia czarna plaża Reynisfjara z bazaltowymi skałami, grotą i wystającymi z wody ostańcami znanymi z teledysków islandzkiej piosenkarki Björk. Za Vík í Mýrdal zachwycają: spektakularny, niezmiernie fotogeniczny kanion Fjaðrárgljúfur, pola mchu, Skaftafell (rejon popularnych pieszych wędrówek wokół jęzorów lodowca Vatnajökull i po nich, gdzie można też – poza sezonem letnim – wykupić wycieczki do jaskiń lodowych), jezioro Fjallsárlón, a nieco dalej laguna Jökulsárlón (to tutaj pływa się amfibią lub pontonem wśród gór lodowych z cielącego się lodowca, a po przeciwnej stronie drogi, od strony morza, przechadza się między lśniącymi bryłami lodu o futurystycznych kształtach).

Do wypadów w południowym regionie wyspy dobrą bazą są okolice miejscowości Hella. Na tle nielicznych (i zazwyczaj absurdalnie drogich) ofert zakwaterowania gdzieś wzdłuż lodowców te wypadają zdecydowanie korzystniej pod względem ceny i dostępności. Odpocząć lub przeczekać złą pogodę można w otwartym w 2017 r. nowoczesnym interaktywnym muzeum LAVA Centre w Hvolsvöllur. Godny uwagi jest także znajdujący się obok dobrze wyposażony sklep z islandzkim rękodziełem. W razie niesprzyjających prognoz dla odleglejszych części wybrzeża warto wybrać się na krótki rejs na malowniczo piętrzący się archipelag Vestmannaeyjar. Główna z wysp – Heimaey – wciąż pozostaje zamieszkana mimo widocznych do dziś skutków wybuchu tutejszego wulkanu Eldfell w styczniu 1973 r.

Jeśli zamiast eksplorowania południa Islandii wybraliśmy wycieczkę na Snæfellsnes, wówczas z okolic obszaru Þingvellir warto wyruszyć na północ nowym asfaltowym fragmentem drogi 550 (na niektórych mapach 52) z widokiem na interior. Po ok. 25 km najlepiej odbić w lewo w stronę Borgarnes i podążać dalej na północny zachód w kierunku półwyspu. Jeszcze przed wspomnianym miasteczkiem (dobrym miejscem na nocleg i zakupy) można odwiedzić pola geotermalne Deildartunguhver, wzgórze trolli w Fossatún lub drogą 520 dotrzeć na okalającą pobliski fiord – Hvalfjörður – trasę 47, skąd prowadzi dość wymagająca, ale bardzo ceniona przez piechurów ścieżka do wysokiego na 198 m wodospadu Glymur. Na Snæfellsnes czekają za to kolonie fok (m.in. na prawo od parkingu przy plaży Ytri Tunga), lawowa jaskinia Vatnshellir, niezliczone ptaki wokół przepięknych, postrzępionych nadbrzeżnych skał w wiosce Arnarstapi, urokliwe zatoki pamiętające świetność niewidocznych dziś osad rybackich, których historie znaczą wraki statków. Po północnej stronie półwyspu na wyróżnienie zasługują malownicze pole lawowe Berserkjahraun, Muzeum Rekina (na farmie Bjarnarhöfn, gdzie można spróbować specyficznego sfermentowanego mięsa z tej ryby), prom Baldur ze Stykkishólmur pływający na odizolowaną wysepkę Flatey i Fiordy Zachodnie czy znana z wielu turystycznych folderów góra Kirkjufell (463 m n.p.m.). W drodze powrotnej warto zajrzeć nieco w głąb lądu nad rozłożysty wodospad Hraunfossar oraz skorzystać z najpopularniejszej z nowych islandzkich atrakcji – wycieczki na lodowiec Langjökull potężnym busem z napędem na wszystkie osiem kół i spaceru do wnętrza lodowca specjalnie wyżłobionym tunelem (Into the Glacier).

 

Kirkjufellsfoss, wodospad w sąsiedztwie góry Kirkjufell na półwyspie Snæfellsnes

© PROMOTE ICELAND

 

GORĄCA ZIEMIA

Kto ma 10–14 dni na zwiedzanie Islandii, może już pokusić się o objechanie wyspy dookoła niemal w pełni wyasfaltowaną drogą nr 1. Jeśli jest się gotowym na planowanie noclegów na bieżąco, przy wyborze kierunku najrozsądniej zdać się na… pogodę. Wydaje się to rozwiązaniem nieco droższym, ale w rzeczywistości uwalnia od kłopotliwego pokonywania dziesiątek lub setek kilometrów do zarezerwowanych wcześniej miejsc zakwaterowania i pozwala zobaczyć wiele atrakcji przy akurat sprzyjających warunkach pogodowych. Wschodnie i północne rejony Islandii są światami dalece odmiennymi od turystycznego południa. Należałoby im poświęcać odrębne przewodniki. Fiordy wschodnie czy księżycowe krajobrazy między miastem Egilsstaðir a jeziorem Mývatn, potężny wodospad Dettifoss na rzece Jökulsá á Fjöllum, wulkaniczne obszary wokół miejscowości Reykjahlíð – widoki przekraczają tu możliwości wyobraźni, choć wizyta na południu wyspy już była dla niej ogromną dawką inspiracji. Nieograniczone przestrzenie przynoszą szczególne poczucie wolności, ale i uświadamiają małość i kruchość człowieka. Gdzieniegdzie odnosi się wrażenie, że dane miejsce aż po horyzont zostało przygotowane… tylko dla nas. Tutaj, zaraz za wzniesieniami oddzielającymi zabudowania od gorących jeszcze pól lawowych Krafla i bulgoczącej ziemi Hverarönd (Hverir), znajduje się konkurujące ze słynną Błękitną Laguną (ceną, widokami i kameralnym charakterem) kąpielisko termalne Jarðböðin (Mývatn Nature Baths). Nad jeziorem Mývatn lub w Akureyri (wspaniałym, młodym duchem akademickim mieście, gdzie zamiast czerwonych świateł na skrzyżowaniach zapalają się czerwone serduszka) wykupimy niezapomnianą wycieczkę do wnętrza lądu, np. do kaldery Askja, aby po przeprawie specjalnym busem przez rzeki i marsjańskie krajobrazy podziwiać polodowcowe jezioro Öskjuvatn, wykąpać się w ciepłej, mlecznej wodzie wypełniającej wulkaniczny krater, a nieopodal obejrzeć rozległe pola lawy Holuhraun powstałe w wyniku erupcji wulkanu Bárðarbunga z lat 2014–2015. Jeżeli ktoś ma więcej czasu, w trakcie wyprawy wokół Islandii powinien też rozważyć wypłynięcie na obserwowanie wielorybów ze słynącego z tej atrakcji Húsavíku, choć trzeba przyznać, że podobne rejsy oferuje się w wielu islandzkich portach otwartych na północne wody i to najczęściej w niższej cenie.


NIEPRZYSTĘPNA KRAINA

Najbardziej odizolowane i tajemnicze są imponujące ogromem przewyższeń i klifów, wzbudzające szczególne emocje w oglądających Fiordy Zachodnie, według miejscowych legend kraina… magii i czarów (Strandagaldur, Museum of Icelandic Sorcery & Witchcraft – Muzeum Islandzkiej Magii i Czarów znajduje się w miasteczku Hólmavík). Północno-zachodnie krańce wyspy, jeszcze kilkanaście lat temu niemal niedostępne przez znaczną część roku ze względu na strome i zasypywane śniegiem szutrowe drogi wijące się wzdłuż brzegu morza i przez wysoko położone przełęcze, obecnie stały się nieco łatwiejsze do przemierzania (za wyjątkiem wyłączonego z ruchu i działalności człowieka Rezerwatu Naturalnego Hornstrandir) dzięki prawie w całości utwardzonym drogom 60 i 61. To chyba najbardziej lubiany cel wycieczek samych Islandczyków. Znajdują się tu gorące baseny i naturalne oczka kąpielowe, głębokie fiordy (które można oglądać także z perspektywy kajaka, wypożyczonego np. w Ísafjörður, albo końskiego grzbietu), najrzadziej odwiedzane jary i wodospady, małe rybackie osady i w końcu opuszczone przetwórnie rybne czy wraki (statków, samochodów i samolotów). To Islandia ze wspomnień, bez śladów przemysłu, ufna i prosta – z jajkami i marmoladami wystawianymi na sprzedaż w okolicy samotnych farm, jagodowymi krzewami opanowującymi we wrześniu ciągnące się kilometrami zbocza, pokazująca jak zwyczajne było życie dawniej. To raj dla ptaków i wolnych ludzi, a jednocześnie koniec świata, który jesienna lub wiosenna śnieżyca potrafi odciąć od reszty wyspy albo podzielić na odizolowane od siebie enklawy na długie dni. Mieszkańcy tej części kraju traktują jej trudne warunki jako zwykłą kolej rzeczy, wielu z nich lubi tę surowość, ciszę i siłę, również w niełatwych zimowych miesiącach, mimo szczególnie depresyjnego wówczas nastroju. Z perspektywy turystów magia Fiordów Zachodnich może jednak wyglądać inaczej. Utknąć w śniegu na 10 godz. lub w zapomnianym hoteliku na cztery nieplanowane dni tylko dlatego, że nie śledziło się kilka razy dziennie zmieniającej się dynamicznie prognozy pogody, to nie dla wszystkich atrakcyjne doświadczenie.

 

WIELKA SIŁA PRZYCIĄGANIA

Na turystycznej mapie świata łatwo znaleźć wiele miejsc, gdzie za określoną kwotę można się zrelaksować, wygrzać w słońcu, zaznać komfortu i spokoju, wyłączyć myśli. Jest to formuła tak popularna, jak przewidywalna – kierując się doświadczeniami przyjaciół, opiniami z internetu, artykułu lub przewodnika, decydujemy się na sprawdzoną wycieczkę organizowaną samodzielnie lub przez biuro podróży w formie pakietu all inclusive, dopasowaną do naszych gustów i możliwości. Islandia zachęca do uprawiania zupełnie innego typu turystyki, opartej na eksploracji, ruszaniu w nieznane, odmienności i zmienności. To znamienne, że trudno trafić na osoby, które odwiedziły ten kraj i nie chciałyby do niego wrócić. Nawet 10 lat regularnych turystycznych wypraw w te strony nie daje przekonania, iż poznało się wszystkie malownicze zakątki, a magnetyczna moc wyspy – nigdy ponownie takiej samej – potrafi wielu zawrócić w głowie. Islandia zmienia się jak topniejące lodowce: rok po roku traci odrobinę północnego charakteru, ale równocześnie gdzie może walczy, aby czas i turyści nie pokonali jej zbyt łatwo. Warto przyjechać tu, żeby spojrzeć na świat z szerszej perspektywy i poznać… samego siebie. Nie wolno zwlekać zbyt długo, bo Islandczycy coraz dotkliwiej odczuwają skutki popularności swojej ojczyzny, którą nie każdy przybysz należycie szanuje, czym wywołuje niekiedy frustrację właścicieli tutejszych terenów i doprowadza do zamknięcia czy ogrodzenia kolejnych atrakcji. Mimo dużego zainteresowania Islandią wśród obcokrajowców oraz wysokich cen lokalnych usług i towarów jej mieszkańcy wciąż nie traktują turystów jako dostawców świeżej gotówki lub co gorsza intruzów. Pozostaje więc tylko życzyć sobie odpowiedzialnych przygotowań i dobrej pogody oraz aby wspomnianego ognia i lodu nigdy nie spotkać w jednym miejscu i czasie. Po wizycie na tej niesamowitej wyspie postrzeganie świata i podróżowanie nie jest już takie jak wcześniej. I wyjątkowo często korci, żeby znów stanąć wśród lawy i mchów, oko w oko ze zdziwionymi baranami, wyłuskując z kieszeni grubej kurtki kolejnego lukrecjowego cukierka.

 

Fiordy Zachodnie są jednym z najmniej zaludnionych obszarów wyspy

© MICHAŁ MOC/WWW.ICELANDIC.PL

 

Wydanie Lato 2018