SYLWIA JEDLAK-DUBIEL

 

 Zamek w Malborku – spektakularna panorama od strony rzeki Nogat

 6

© MUZEUM ZAMKOWE W MALBORKU

 

Wojciech Kossak, autor głównie scen batalistycznych, w 1931 r. maluje obraz olejny „Zaślubiny Polski z morzem”. Uwiecznia na nim generała Józefa Hallera, który dokonuje symbolicznego aktu odzyskania Pomorza przez Rzeczpospolitą Polską. Jego niewielki fragment (ok. 140 km wybrzeża Bałtyku) przyznano nam wówczas na mocy traktatu wersalskiego kończącego I wojnę światową. Rok wcześniej, bo w 1930 r., z portu w Gdyni zaczynają kursować regularnie statki pasażerskie do Nowego Jorku. Wiek XX przynosi wiele zmian, które podobnie jak i wydarzenia z poprzednich stuleci, nie pozostają bez wpływu na obecny obraz tej części naszego kraju. Czas odwiedzić województwo pomorskie i sprawdzić, czym dziś potrafi zafascynować.

 

Zanim wyruszymy w stronę Bałtyku, warto uporządkować sobie pewne rzeczy. Pozwoli nam to łatwiej orientować się w terenie. Jako kraina historyczna Pomorze obejmuje północny obszar Polski leżący między ujściami Odry i Wisły oraz region położony w Niemczech, głównie w kraju związkowym Meklemburgia-Pomorze Przednie. Obecnie większość tych ziem należy do województwa pomorskiego i zachodniopomorskiego, a także kujawsko-pomorskiego. Jednak znaczna ich część przez lata znajdowała się w granicach Prus, czego ślady da się dostrzec do dzisiaj.

 

Polacy nad Bałtyk wybierają się przede wszystkim w okresie letnim, gdy marzą o wygrzewaniu się na plaży, ale tak naprawdę przyjechać do tego regionu można zawsze, bo jest niesamowicie ciekawy. Nie musimy więc czekać, aż w telewizji pojawią się pierwsze komunikaty o odpowiedniej do kąpieli temperaturze wody w morzu. Urokliwe miasta i miasteczka czy malownicze parki narodowe w województwie pomorskim czekają na nas przez cały rok.

 

HANDLOWE TRADYCJE

 

Zdecydowanie wyjątkowym miejscem na mapie Polski jest Gdańsk. Świadczy o tym choćby fakt, że w swojej historii dwa razy przysługiwał mu status wolnego miasta (w latach 1807–1814 i 1920–1939). Szczyci się on długimi tradycjami handlowymi, o których przypomina np. nazwa jednego z historycznych traktów – Długi Targ. Wznosi się przy nim późnogotycki Dwór Artusa, czyli dawna siedziba bractw kupieckich (dziś oddział Muzeum Historycznego Miasta Gdańska). W jego pobliżu znajduje się Ratusz Głównego Miasta z ponad 83-metrową wieżą zegarową przykrytą hełmem z figurą króla Zygmunta II Augusta. Jeśli udamy się stąd na spacer na nabrzeże nad Motławą, będziemy mogli przyjrzeć się Wyspie Spichrzów, którą niegdyś wypełniały liczne magazyny (część z nich odbudowano), i słynnemu drewnianemu dźwigowi portowemu umocowanemu w murowanej Bramie Szerokiej. Ten ostatni, nazywany Żurawiem, służył dawniej do załadowywania towaru i balastu na statki. Przy ulicy Długiej (przedłużeniu Długiego Targu) stoją kamienice należące kiedyś do bogatych gdańskich rodzin. Najbliżej zabytkowej Fontanny Neptuna znajduje się renesansowy Dom Schumannów z 1560 r. Dalej można podziwiać barokową Kamienicę Czirenbergów z fasadą autorstwa architekta Abrahama van den Blocke (wykonawcy m.in. projektu figury przedstawiającej Neptuna ze wspomnianej fontanny), Dom Ferberów czy Dom Uphagena z lat 70. i 80. XVIII w., w którym funkcjonuje Muzeum Wnętrz Mieszczańskich.

 

Z renesansowym budynkiem z 1560 r. będącym własnością rodu Ferberów wiąże się legenda. Zwano go wcześniej kamienicą Adam i Ewa ze względu na płaskorzeźby pierwszych ludzi umieszczone na drzwiach wejściowych. Ich wykonanie zlecił podobno mieszkający tu rajca miejski, który po śmierci ukochanej żony postanowił wywołać jej ducha. Pomagał mu w tym wenecki szarlatan. Na jego wezwanie pojawiły się najpierw postacie Adama i Ewy, później ojca rajcy, a w końcu jego małżonki. Gdy zrozpaczony wdowiec mimo zakazu otrzymanego od mistrza magii podbiegł do ukochanej i zaczął błagać ją o wybaczenie za przywołanie jej z zaświatów, duchy wraz z zagranicznym gościem zniknęły. Po tym wydarzeniu właściciel domu polecił wstawić do niego drzwi z figurami pierwszej pary ludzi, a kamienicę zaczęto uważać za przeklętą. Wiele lat później, ok. połowy XIX stulecia, podczas przebudowy zdobione skrzydła zdemontowano, co w powszechnej opinii zdjęło klątwę ciążącą na tym miejscu.

 

Przez Gdańsk, ważny ośrodek handlowy, przez wieki przepływały ogromne ilości najróżniejszych towarów. Wśród nich był też bursztyn. Ciekawe okazy tego złota Bałtyku i wykonanych z niego wyrobów obejrzymy w Muzeum Bursztynu działającym od 2006 r. w unikatowym w skali Europy zespole budynków (Wieży Więziennej, tzw. Szyi z Domem Więziennym i Katowni) przy Targu Węglowym.

 

Fontanna Neptuna stojąca przed Dworem Artusa na Długim Targu

Gdaäsk 3

© POMORSKA REGIONALNA ORGANIZACJA TURYSTYCZNA

 

UPŁYWAJĄCY CZAS

 

Do najistotniejszych gdańskich zabytków należy z pewnością Bazylika Mariacka. Jej charakterystyczną wieżę o wysokości 82 m (do kalenicy) widać już z daleka. To największa na świecie średniowieczna świątynia zbudowana z cegły (ma długość 105,5 m i szerokość w transepcie 66 m). W środku na zainteresowanie zasługują zdobiące wnętrze obrazy i rzeźby (np. Piękna Madonna Gdańska z pierwszej połowy XV w. czy późnogotycki ołtarz główny przedstawiający koronację Matki Boskiej, wykonany najprawdopodobniej przez mistrza Michała z Augsburga). Poza tym warto podejść pod niesamowity zegar astronomiczny. Choć jeszcze nie udało się go uruchomić, wygląda naprawdę imponująco. W drugiej połowie XV stulecia do Bazyliki Mariackiej trafiło dzieło niderlandzkiego malarza Hansa Memlinga (ur. ok. 1430, zm. w 1494 r.) – Sąd Ostateczny. Tryptyk przypłynął tutaj na pokładzie statku Piotr z Gdańska (Peter von Danczk), którego załoga weszła w posiadanie obrazu po zdobyciu w kwietniu 1473 r. galery San Matteo. Ze względu na swoją wartość często stawał się łupem wojennym. Obecnie można go oglądać w Muzeum Narodowym w Gdańsku.

 

Wyjątkowym obiektem jest z pewnością siedziba Polskiej Filharmonii Bałtyckiej im. Fryderyka Chopina na wyspie Ołowianka. Ta instytucja działa obecnie w kompleksie dawnej elektrowni (później elektrociepłowni) wybudowanej w latach 1897–1898 przez berlińską firmę Siemens & Halske. Tutejszy zespół architektoniczny, sąsiadujący z zabytkowym Spichlerzem Królewskim z początku XVII w., w którym funkcjonuje 3-gwiazdkowy Hotel Królewski, tworzy Gdańskie Centrum Muzyczno-Kongresowe. W gmachu filharmonii znajduje się Sala Koncertowo-Kongresowa na 977 osób z 95-głosowymi organami sprowadzonymi ze szwajcarskiej Lozanny i mniejsze sale: Kameralna, Jazzowa, Dębowa, Salon Gdański, Prasowa, Nad Motławą i dwie Superior, a także nowoczesne studio nagraniowe.

 

Na północ od Głównego Miasta leży rejon zwany Starym Miastem. Na jego obszarze wznosi się Kościół św. Katarzyny z XIII w., którego interesującą atrakcję stanowi carillon (karylion), czyli instrument muzyczny złożony z dzwonów (w tym przypadku pięćdziesięciu). Umieszczono go w 76-metrowej wieży świątyni. Co piątek odbywają się tu koncerty carillonowe. Kościół kryje jeszcze jedno ciekawe urządzenie, ale nieco bardziej współczesne. Mowa o zamontowanym w budynku w 2011 r. zegarze pulsarowym, wówczas pierwszym na świecie tego typu przyrządzie i najdokładniejszym. Jego działanie opiera się na pomiarach fal radiowych emitowanych przez obiekty astronomiczne zwane pulsarami. Niedaleko od świątyni, na sztucznej wyspie na 13,5-kilometrowym Kanale Raduni znajduje się natomiast Wielki Młyn zbudowany przez Krzyżaków. Swoją funkcję pełnił aż do 1945 r. Obecnie nie jest używany, choć w 2016 r. mieściły się w nim sklepy i butiki.

 

W Gdańsku warto jeszcze odwiedzić co najmniej dwa miejsca. Jedno z nich to Pomnik Poległych Stoczniowców 1970 wystawiony na placu Solidarności, niedaleko Stoczni Gdańskiej. Upamiętnia on ofiary protestów robotniczych z grudnia 1970 r. Monument tworzą 3 olbrzymie krzyże z kotwicami. Znajdziemy na nim m.in. fragment wiersza Czesława Miłosza (1911–2004) Który skrzywdziłeś. Drugim miejscem jest półwysep Westerplatte i Pomnik Obrońców Wybrzeża. We wrześniu 1939 r. przez 7 dni stacjonujący tu żołnierze Wojska Polskiego bohatersko bronili się przed kompanią szturmową niemieckiej marynarki wojennej, która przypłynęła na pokładzie pancernika Schleswig-Holstein.

 

W trakcie spacerów po mieście na pewno zgłodniejemy. W tej sytuacji z pomocą przyjdzie nam np. serwis internetowy Smaki Gdańska. To przewodnik po ciekawych miejscach, w których można spróbować polskich dań tradycyjnych i tych w bardziej nowoczesnej odsłonie. Specjalnie wybrane lokale podzielono na kilka kategorii tematycznych ułatwiających znalezienie tego odpowiedniego na daną okazję. Na stronie umieszczono również mapę z zaznaczonymi restauracjami, kawiarniami i sklepami. Oprócz wersji on-line od 1 sierpnia 2016 r. przewodnik dostępny jest w formie papierowej w punktach informacji turystycznej. W ramach projektu szefowie 9 lokali stworzyli gdańskie przystawki na podstawie własnych przepisów mających łączyć w sobie to, co charakterystyczne dla współczesnego Gdańska. Prym wiodą wśród nich podane w oryginalny sposób śledzie.

 

PORT I UZDROWISKO

 

O portowych tradycjach Gdyni najlepiej świadczą statki muzealne zacumowane przy Molo Południowym. Na odwiedzających czekają trzymasztowy żaglowiec szkoleniowy Dar Pomorza wykonany w Hamburgu i niszczyciel ORP Błyskawica wykorzystywany przez Marynarkę Wojenną II RP w trakcie II wojny światowej. Nieco dalej znajduje się Akwarium Gdyńskie. Można w nim poznać faunę zamieszkującą ekosystem rafowy, toń oceaniczną, tropikalne wody Amazonii i basen Morza Bałtyckiego. Zobaczymy tutaj m.in. zwierzęta żyjące w Zatoce Puckiej, największą żywą rafę koralową w Polsce i urocze koniki morskie, rekiny marmurkowe i rogate oraz dwie anakondy zielone, grupę piranii czerwonych, węgorze elektryczne (strętwy) i osobliwego aksolotla meksykańskiego – płaza, który w warunkach naturalnych nie przekształca się z postaci larwalnej w lądową i potrafi w znacznym stopniu regenerować utracone części ciała. Wizyta w Akwarium Gdyńskim spodoba się z pewnością zarówno dorosłym, jak i dzieciom.

 

Między Gdynią a Gdańskiem leży Sopot. Wszystkie trzy ośrodki tworzą Trójmiasto, ale tylko ten ostatni ma status uzdrowiska. Kuracjusze przyjeżdżają tu wdychać powietrze bogate w jod. Według pomiarów największe jego stężenie występuje na części słynnego molo najdalej wysuniętej w głąb zatoki. Cała konstrukcja mierzy ponad 510 m długości. To największe drewniane molo w całej Europie. W miesiącach letnich jest wręcz oblegane, dlatego warto skorzystać z okazji i wybrać się na nie w innym okresie, ponieważ rozpościera się stąd wspaniały widok na Zatokę Gdańską i Trójmiasto. Wzdłuż brzegu ciągnie się w tym miejscu piękna piaszczysta plaża. W jej pobliżu znajduje się Grand Hotel (obecnie 5-gwiazdkowy Sofitel Grand Sopot) zbudowany w dwudziestoleciu międzywojennym. W latach 60. XX w. poza sezonem letnim działał w nim kultowy klub muzyczny Non Stop, w którym grali Czesław Niemen, Helena Majdaniec, Karin Stanek czy Czerwone Gitary. Turyści w Sopocie często wybierają się na tzw. Monciak – 700-metrowy deptak stworzony na ulicy Bohaterów Monte Cassino. Polacy chyba jednak ciągle często kojarzą miasto przede wszystkim z Operą Leśną i organizowanym w niej przez wiele lat, choć później pod zmienioną nazwą, Międzynarodowym Festiwalem Piosenki (Sopot Festival).

 

DZIEDZICTWO KRZYŻAKÓW

 

W województwie pomorskim nie sposób nie zauważyć licznych śladów panowania na tych ziemiach zakonu krzyżackiego. Najważniejszym zabytkiem z tamtych czasów jest – oczywiście – zamek w Malborku. Potężną warowną twierdzę wzniesiono na prawym brzegu rzeki Nogat. Budowano ją od ok. 1280 r. do połowy XV w. Pod koniec II wojny światowej siedziba wielkich mistrzów uległa znacznym zniszczeniom. Prace rekonstrukcyjne trwały od lat 50. XX w., a w 1997 r. obiekt został wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Do dziś administruje nim powołane do życia 1 stycznia 1961 r. Muzeum Zamkowe. Zwiedzanie z przewodnikiem zajmuje kilka godzin. Nic zresztą dziwnego, Krzyżacy potrafili wznosić warownie, które nie tylko znakomicie spełniały swoją funkcję obronną, lecz także pokazywały potęgę zakonu. Zamek musiał robić ogromne wrażenie na gościach i wciąż zadziwia swoją monumentalnością. Wędrówka przez rozmaite sale i pomieszczenia, ganki i korytarze o sklepieniu krzyżowym wydaje się nie mieć końca. A im bardziej zagłębiamy się w komnaty twierdzy, tym wyraźniej odczuwamy atmosferę tych wieków, gdy żyli tu Krzyżacy. W trakcie zwiedzania można oglądać też różne wystawy. W zamku zgromadzono interesujące zbiory, m.in. znaleziska archeologiczne z okolicznych ziem, rzeźby gotyckie czy kolekcję broni. Poza tym trzeba również wspomnieć, że warownia prezentuje się niezmiernie malowniczo z prowadzącego do niej mostu lub drugiego brzegu Nogatu.

 

W poszukiwaniu pozostałości po zakonie krzyżackim należy udać się także do miasta Gniew, położonego na lewym brzegu Wisły, na południowy zachód od Malborka. Jego historyczne centrum (rynek z gotyckim ratuszem i pobliskimi uliczkami) zachowało średniowieczny układ urbanistyczny. Za jedną z najważniejszych gniewskich budowli uchodzi zamek komturów krzyżackich. Obiekt, wzniesiony na planie czworoboku z dziedzińcem po środku, powstał na przełomie XIII i XIV w. Po wojnie trzynastoletniej (1454–1466) aż do pierwszego rozbioru Polski w 1772 r. swoją siedzibę mieli tu polscy starostowie. W 1625 r. zamek na dwa lata zajęli Szwedzi, którzy zdobyli go również na krótko na początku potopu szwedzkiego (1655–1660). Po pierwszym rozbiorze Gniew trafił w ręce Prusaków. W 1921 r. najsłynniejszy gniewski zabytek został poważnie zniszczony przez pożar. Obecnie, po latach odbudowy i rewitalizacji, organizowane są w jego murach turnieje rycerskie i inne imprezy propagujące wiedzę historyczną. Wnętrza można zwiedzać z przewodnikiem. Poza tym część zamku zaadaptowano na potrzeby 4-gwiazdkowego hotelu. Oprócz tego budowle pokrzyżackie odnajdziemy jeszcze m.in. w Bytowie, Lęborku, Człuchowie czy Sztumie.

 

MOST I TAJEMNICZE KRĘGI

 

Na północ od Gniewu, po tej samej stronie Wisły leży Tczew. Słynie on głównie z wyjątkowego mostu. Gdy w 1857 r. oddawano go do użytku, uchodził za wspaniałe dzieło ówczesnej myśli technicznej. Budowę przeprawy nadzorował inżynier Carl Lentze (1801–1883), portale i wieże zaprojektował pruski architekt Friedrich August Stüler (1800–1865). W chwili ukończenia prac był to najdłuższy most w Europie (liczył 837 m) i pierwszy żelazny na Wiśle. Początkowo poprowadzono nim ciąg drogowy i kolejowy. Jednak ze względu na zwiększony ruch na tej trasie w 1891 r. otwarto wzniesioną obok nową przeprawę kolejową i od tej pory pociągi korzystały tylko z niej. W czasie II wojny światowej most został poważnie uszkodzony, ale uniknął wysadzenia. To umożliwiło jego późniejszą odbudowę. Od lipca 2015 r. konstrukcja o długości 1052 m znów jest w renowacji, a według planów w przyszłości będzie jej przywrócony pierwotny wygląd. Choć na most wchodzić nie wolno, warto przejść zadbanym bulwarem wzdłuż Wisły w Tczewie i przyjrzeć mu się z tej perspektywy.

 

W województwie pomorskim coś dla siebie znajdą też osoby fascynujące się tajemnicami z przeszłości. W sąsiedztwie wsi Odry w gminie Czersk las skrywa Rezerwat „Kamienne Kręgi”. Według archeologów ten obszar pokryty osobliwymi strukturami z kamieni stanowi cmentarzysko kultury gocko-gepidzkiej z I i II w. n.e. W jego skład wchodzi 10 całych kręgów i fragmenty mniejszych oraz 29 kurhanów. Wśród nich poprowadzono ścieżki dla zwiedzających opatrzone tablicami (wstęp na teren rezerwatu jest płatny). Tutejsze niezwykłe obiekty nadal przyciągają uwagę tak naukowców, jak i ezoteryków. Według pewnych teorii miały służyć jako konstrukcje ułatwiające obserwacje astronomiczne, zgodnie z innymi wyznaczały miejsce o niespotykanej energii…

 

Wizyta w Odrach może stać się pretekstem do odwiedzenia leżącego niedaleko stąd Parku Narodowego „Bory Tucholskie”. Istnieje on od 1996 r. Na jego obszarze znajdują się liczne jeziora. Z tego względu spotyka się tu m.in. bieliki, błotniaki stawowe, zimorodki, bociany czarne, łabędzie krzykliwe czy wiele gatunków płazów, a także wydry europejskie i bobry. Większość powierzchni parku (46,13 km²) stanowią lasy i bory, ale wśród nich natkniemy się również na torfowiska i murawy psammofilne (wydmy pokryte charakterystyczną roślinnością). Podczas spacerów należy uważać na jadowite żmije zygzakowate. Zwykle nie atakują ludzi, chyba że poczują się zagrożone, np. gdy przypadkiem na którąś nadepniemy. Dlatego najlepiej założyć na wycieczkę długie spodnie i zakryte buty do kostek lub kalosze albo po prostu uważnie się rozglądać. W okresie wiosennym i na początku lata zaleca się też unikać loch z młodymi. Na szczęście zbliżanie się dzików słychać zwykle już z daleka.

 

Most drogowy w Tczewie do dziś zadziwia swoimi imponującymi rozmiarami

Most w Tczewie zoom

© POMORSKA REGIONALNA ORGANIZACJA TURYSTYCZNA

 

WŚRÓD PIASKÓW WYBRZEŻA

 

Wyjątkowo pięknym krajobrazowo obszarem jest położony koło Łeby Słowiński Park Narodowy (327,44 km² powierzchni). Tak naprawdę warto wybrać się do niego o każdej porze roku. Wzdłuż wybrzeża Bałtyku leżą tutaj malownicze jeziora. Za jedną z największych atrakcji parku uważa się jednak wydmy ruchome na pasie mierzei. Wiatr rysuje na ich powierzchni niesamowite wzory, które uwydatniają cienie rzucane przez słońce. Po całym terenie chronionym należy poruszać się tylko pieszymi szlakami turystycznymi (wolno także jeździć rowerem). Jeśli ktoś chce obejrzeć panoramę parku, może wejść na wieżę widokową (nieczynną w zimie) na świętym wzgórzu Kaszubów Rowokół, wznoszącym się na wysokość 114,8 m n.p.m., lub na ponad 25-metrową latarnię morską w Czołpinie (uruchomioną w 1875 r.). Na obu obiektach obowiązuje opłata. W tym rejonie znajduje się również trzecie największe jezioro w Polsce – Łebsko, które zajmuje powierzchnię ponad 71 km2. Drugim zbiornikiem pod względem wielkości w tej okolicy jest Gardno z Wyspą Kamienną, według jednej z legend powstałą z kamieni porzuconych przez diabła zmuszonego do wybudowania kościoła. Słowiński Park Narodowy stanowi przede wszystkim ostoję ptaków (w jego logo umieszczono mewę srebrzystą), dlatego lubią odwiedzać go ornitolodzy i fotografowie przyrody. Występują tu np. niezbyt często spotykane w naszym kraju uszatki błotne, bekasy kszyki, rybitwy białoczelne, ohary i rożeńce zwyczajne. Zdarza się, że pojawiają się też gatunki tylko wizytujące Polskę: sowa śnieżna, birginiak, mornel czy błotniak stepowy. Pobliska Łeba to popularna miejscowość wypoczynkowa, w sezonie letnim oblegana przez turystów.

 

W województwie pomorskim Polacy chętnie odpoczywają także na 35-kilometrowej Mierzei Helskiej. Na samym jej końcu leży Hel. Za charakterystyczny obiekt uchodzi w nim czynna latarnia morska z 1942 r. w kształcie ośmiobocznej wieży o wysokości 41,5 m. Jej poprzedniczkę (działającą od 1827 r.) wysadzili w czasie kampanii wrześniowej polscy saperzy, aby utrudnić orientację niemieckiej artylerii. Z galerii umieszczonej wokół lampy widać Zatokę Pucką i Gdańską oraz Bałtyk. Poza tym w mieście funkcjonuje Muzeum Rybołówstwa (oddział Narodowego Muzeum Morskiego w Gdańsku), mieszczące się w zabytkowym ewangelickim Kościele św. Piotra i Pawła z XIV stulecia, i fokarium Stacji Morskiej Instytutu Oceanografii Uniwersytetu Gdańskiego (przy Bulwarze Nadmorskim). Ta ostatnia placówka ma na celu odtworzenie i ochronę populacji fok szarych w tym rejonie Morza Bałtyckiego. W basenach przebywają tutaj zwierzęta wymagające leczenia i rehabilitacji oraz osobniki zdrowe należące do hodowli. Odchowane młode i dorosłe ssaki, które powróciły do zdrowia, wypuszcza się na wolność. Fokarium jest otwarte cały rok, a dwa razy dziennie odbywa się w nim karmienie fok z krótkim wykładem na ich temat. W Helu znajdziemy oprócz tego interesujące obiekty administrowane przez Muzeum Obrony Wybrzeża, w tym główne stanowisko artyleryjskie „Bruno”. Zwiedzający oglądają wystawy stałe i eksponaty związane z historią militarną półwyspu. Od 1 września do 2 października 1939 r. polscy żołnierze bohatersko bronili Rejonu Umocnionego Hel przed inwazją wojsk III Rzeszy. W okolicy wytyczono też 7 szlaków helskich fortyfikacji (opis umieszczono na stronie internetowej szlaki.gohel.pl). Jednym z oddziałów placówki jest Muzeum Helu w stanowisku „Anton”, prezentujące materiały etnograficzne i życie miejscowej ludności. W okresie letnim do miasta przyjeżdżają liczni amatorzy nurkowania, wind- i kitesurfingu.

 

Miejscowości na Mierzei Helskiej mają charakter wypoczynkowy. Ze względu na walory półwyspu objęto go granicami Nadmorskiego Parku Krajobrazowego (188 km² powierzchni), do obszaru którego zalicza się również zachodnie wybrzeże Zatoki Puckiej i część jej wód oraz tereny przybrzeżne na odcinku od Białogóry do Władysławowa. W okolicy wsi Rozewie i Jastrzębia Góra brzeg morski przybiera formę klifu (osiągającego maksymalnie wysokość ok. 33 m), zupełnie odmienną od piaszczystych plaż województwa pomorskiego. Tutejszy przylądek Rozewie jeszcze niedawno szczycił się statusem najdalej na północ wysuniętego miejsca w Polsce, ale najnowsze pomiary umieszczają ten punkt we wspomnianej Jastrzębiej Górze w sąsiedztwie pomnika „Gwiazda Północy”. Kto chce poczuć, że dotarł do północnego krańca kraju, powinien wejść na starą rozewską latarnię morską z 1822 r. (o wysokości 32,7 m). To jeden z najstarszych tego typu obiektów na naszym wybrzeżu.

 

W tym regionie Polski na zainteresowanie zasługują poza tym z pewnością uzdrowiskowa Ustka, Pelplin z gotycką Katedrą Wniebowzięcia NMP z oryginalnymi rzeźbionymi stallami, Słupsk i jego przepiękny neogotycki Ratusz wyglądający niczym pałac czy Kwidzyn i zamek kapituły pomezańskiej ukończony w drugiej połowie XIV w. Co ciekawe, znajdziemy tu także atrakcje, jakich zwykle spodziewamy się raczej w górach. Na zachód od Pucka, w kaszubskiej wsi Mechowo leży Grota Mechowska (występująca też pod nazwą Groty Mechowskie). Do jaskini wchodzi się od strony skupiska piaskowcowych kolumn przypominających osobliwy naturalny krużganek. Niewielki jej fragment udostępniono do zwiedzania. Grota Mechowska ma status pomnika przyrody nieożywionej.

Gdziekolwiek się udamy w województwie pomorskim, na pewno nie będziemy żałować. Nierzadko można odnieść wrażenie, że czas płynie tutaj inaczej. Nawet jeśli nie odwiedzamy Pomorza akurat latem, często przestawiamy się na jego obszarze na wakacyjny rytm dnia. Chyba właśnie dzięki temu w trakcie pobytu w tej pełnej atrakcji części Polski potrafimy dostrzec wyjątkowe zalety tego regionu i oderwać się na chwilę od codziennych obowiązków.

 

Piaszczysta Mierzeja Helska to malowniczy ciąg zalesionych wydm

Hel

© POMORSKA REGIONALNA ORGANIZACJA TURYSTYCZNA

 

 

Artykuły wybrane losowo

Do Panamy po panamę

SYLWIA JEDLAK 

 

<< Kanał Panamski i słynny biały kapelusz panama mogą śmiało uchodzić za najbardziej rozpoznawalne symbole tego małego kraju Ameryki Środkowej. Są też zapewne pierwszymi skojarzeniami, z którymi turyści z innych części świata przekraczają jego granice. Gdy jednak opuszczają gościnne progi Panamy, w ich głowach nie ma już śladu po tej prostej, stereotypowej symbolice. Od tego momentu we wspomnieniach podróżników zdecydowanie ważniejsze miejsce zajmują chociażby przepiękne, wielobarwne „molas” – tradycyjne, bogato zdobione ubrania Indian Kuna. >>

  FOT. VISITPANAMA

Na mapie terytorium Panamy wygląda jak mały haczyk łączący ze sobą Amerykę Północną z Południową. Na wschodnim i zachodnim krańcu państwa leżą dziewicze obszary chronionej przyrody: Park Narodowy Darién (Parque Nacional Darién) przy granicy z Kolumbią oraz Międzynarodowy Park La Amistad (Parque Internacional La Amistad) przy granicy z Kostaryką. Bogactwo flory i fauny jest zresztą jedną z panamskich atrakcji turystycznych, a możemy się nim zachwycać nie tylko na lądzie, lecz także pod wodą. Poza tym na powierzchni 78 200 km2, oprócz Metysów, Mulatów, ludności pochodzenia europejskiego i przedstawicieli rasy czarnej, żyją tutaj unikalne plemiona indiańskie, które przetrwały kolonizację hiszpańską, i do dziś zachowały swoją kulturę i obyczaje.

Chyba niewiele osób wie o tym, że popularne kapelusze typu panama, oryginalnie wyplatane z włókien łyczkowca palmiastego (Carludovica palmata), pochodzą tak naprawdę z Ekwadoru. Jednak pod koniec XIX w. to właśnie w Panamie ekwadorscy producenci tych nakryć głowy znaleźli dużo większy rynek zbytu na swoje towary niż we własnej ojczyźnie. Dziś wielu turystów chętnie zabiera ze sobą pamiątkowy egzemplarz kapelusza, aby przypominał im o panamskiej podróży w zaciszu domowym.

Więcej…

Panama z dwóch stron

taboga Island 2

Statki w Zatoce Panamskiej u brzegów Tabogi

© HOVER TOURS

 

MARCIN WESOŁY

www.caribeya.pl

 

Słowo „Panama” ma w sobie siłę i melodię. Ilekroć je słyszę, zawsze pobudza moją wyobraźnię. Przed oczami staje mi scena, w której w tropikalnym klimacie literat pracuje nad swoją książką. Na suficie szumi wiatrak, na kolonialnym biurku stoi maszyna do pisania i butelka postarzonego rumu. Panamska rzeczywistość oczarowała pisarzy takich jak choćby Graham Greene, Joseph Conrad czy John le Carré. Ten ostatni zresztą tutaj właśnie umieścił akcję swojej powieści „Krawiec z Panamy”.

 

Kiedy trafiła się więc okazja, aby pojechać do tego kraju w Ameryce Środkowej, natychmiast z niej skorzystałem. Ta wyprawa dała mi mnóstwo radości. Odnajdywałem ją wszędzie: w ludziach, języku, na stoiskach z ulicznym jedzeniem i w przebogatej przyrodzie, której wcześniej nie znałem. Codziennie wstawałem o 5.00 lub 6.00, żeby nowa przygoda nie musiała na mnie czekać, i ciągle nabierałem apetytu na więcej. Na pierwszy rzut oka Panama wydaje się krajem lepiej zorganizowanym niż np. Dominikana. Ale bez obaw! Nie brakuje w niej naturalnego luzu. Wciąż odnajdziemy tu jedyny w swoim rodzaju, uroczy latynoski rozgardiasz. Do Polski wróciłem ogrzany promieniami słońca, naładowany pozytywną energią oraz wzmocniony witaminami ze świeżych soczystych owoców tropikalnych i życzliwością Panamczyków.

 

Z wyprawy do Panamy z największym sentymentem wspominam wizyty na dwóch wyspach: Taboga (Isla de Taboga) i Kolumba (Isla Colón). Pierwszą z nich oblewają wody Oceanu Spokojnego (Zatoki Panamskiej), a druga należy do archipelagu Bocas del Toro na Morzu Karaibskim. Udało mi się więc poznać ten kraj od strony obu jego wybrzeży.

 

Z MIASTA NA WYSPĘ KWIATÓW

 

Mieszkańcy miasta Panama i przyjeżdżający w odwiedziny do tej tętniącej życiem, ale też niezmiernie głośnej, chaotycznej i dzień w dzień potwornie zakorkowanej panamskiej stolicy mają wiele szczęścia. Z tej wielkomiejskiej przestrzeni naznaczonej gęstym lasem połyskujących w słońcu drapaczy chmur, wypełnionych filiami chyba wszystkich kluczowych banków świata czy kancelarii prawniczych, miejsca przypominającego do złudzenia betonową dżunglę Hongkongu albo Singapuru, dosyć łatwo się wydostać. Wystarczy 30 min. i 10 dolarów amerykańskich w kieszeni, aby dopłynąć do wyspy Taboga leżącej w Zatoce Panamskiej (ok. 20 km od wybrzeża kontynentu). Niebiesko-biały katamaran armatora Taboga Express lawiruje co i rusz między majestatycznymi stalowymi bestiami, czyli ogromnymi statkami flot handlowych. Większość z tych wyczekujących wejścia do Kanału Panamskiego wielotonowych kontenerowców, drobnicowców, tankowców czy masowców zarejestrowano w krajach tzw. tanich bander, jak choćby Bahamy, Antigua i Barbuda, oczywiście, Panama i daleka, położona w Afryce Zachodniej Liberia (w jej stolicy, Monrowii, rejestruje się najwięcej jednostek pod względem liczby i tonażu).

 

Na Tabodze dzięki jej wulkanicznemu pochodzeniu i żyznym glebom rozwinęła się niesamowicie bogata przyroda. Tutejsze wzniesienia pokryte są bujnym tropikalnym lasem. Najwyższe z nich – Cerro Vigía – mierzy 307 m wysokości. Wzgórze Krzyża (Cerro de la Cruz) osiąga z kolei 169 m, a wieńczy je okazały sześciometrowy krzyż. Podczas II wojny światowej oba służyły amerykańskim żołnierzom jako punkty obserwacyjne. Stany Zjednoczone ulokowały na wyspie bazę wojskową, co ponoć poprawiło znacznie status ekonomiczny jej mieszkańców. Obecnie na szczyty wzniesień prowadzą ścieżki, których pokonanie wymaga mniejszego lub większego wysiłku. Zmieniające się nachylenie terenu i duchota, panująca szczególnie na odcinkach zadrzewionych, stanowią czasem nie lada wyzwanie. Jednak warto podjąć ten trud dla późniejszych widoków, które po prostu zachwycają. Nieco niepokojący wydaje się fakt, że nad głowami osób wchodzących na górę krążą pojedynczo lub stadnie urubu czarne (sępniki czarne), padlinożerne ptaki z rodziny kondorowatych, zwane w Panamie gallotes lub gallinazos (Coragyps atratus). Monitorują kondycję wchodzących, jakby wyczekiwały swojej szansy.

 

Niemal jedna trzecia powierzchni lądu została tu objęta obszarem chronionym. Taboga zwana jest również całkiem zasadnie Wyspą Kwiatów (Isla de las Flores). Zapach tychże dolatuje do nozdrzy, gdy tylko człowiek postawi nogę na molo niewielkiej przystani promowej – ta woń od razu upaja, wprawia w dobry nastrój, zwiastuje przyjemność wakacyjnej laby. Potem zaczyna się zauważać, że kwiaty rosną wszędzie. Mury i balustrady pokrywają bugenwille w kolorze szaty biskupiej, swoje okazałe kielichy kierują do słońca hibiskusy o barwie stroju kardynalskiego. Rośliny kwitną tu bez przerwy, soczystą, radującą oczy zieleń urozmaica mnóstwo wielobarwnych akcentów. Kwiaty zdobią pobocza wąskich uliczek, jakże spokojnych i urokliwych, upiększają domowe tarasy i przydrożne, zadbane kapliczki, których na wyspie nie brakuje. Najokazalsze z tych ostatnich poświęcone są Matce Boskiej z góry Karmel (Nuestra Señora del Carmen), patronce rybaków. Co roku 16 lipca na jej cześć odbywa się zachwycająca procesja na morzu. Świętuje wówczas cała wyspa. Wokół rozbrzmiewa muzyka, wszyscy tańczą do utraty tchu, a wieczorne niebo roziskrzają pokazy sztucznych ogni.

 

Colon Island 3

Kolorowe domy na karaibskiej Wyspie Kolumba

© HOVER TOURS

 

HISZPAŃSCY KONKWISTADORZY

 

Według legendy przekazywanej od pokoleń Matka Boska miała uwolnić miejscowych od najazdów piratów, którzy nękali tę okolicę w XVI w. Ponoć ukazała się intruzom na plaży jako przywódczyni zbrojnej grupy gotowej na odparcie ataku. Piraci zlękli się i wycofali. Wyspiarze pobiegli więc do kościoła, żeby podziękować Bogu za ten cud. W świątyni ujrzeli ślady mokrych stóp prowadzące do ołtarza. Stojący na nim posąg Maryi był mokry i pokryty piaskiem. Wtedy ludzie zrozumieli, komu ten cud zawdzięczają. Dlatego też czczą swoją patronkę do dziś z niesłabnącym oddaniem.

 

Wspomniany Kościół św. Piotra (Iglesia de San Pedro) jest podobno drugą najstarszą świątynią na półkuli zachodniej. Obecnie pieczołowicie odrestaurowany wyróżnia się bielą murów, jednak wyraźnie chropowatych, pamiętających odległą przeszłość. Mimo wielu budynków stojących w sąsiedztwie kościół już z daleka daje się namierzyć po typowej wieży z dzwonnicą. Wygląda niezmiernie malowniczo. Przed nim rozpościera się niewielki plac, gdzie starsi przychodzą, aby przysiąść i poplotkować, a młodsi, żeby pograć w koszykówkę. Świątynia powstała niedługo po tym, jak w 1524 r. przybył na wyspę hiszpański ksiądz Hernando de Luque i nad brzegiem oceanu założył osadę San Pedro. Najpierw była tu mała kaplica, w której m.in. przed wyprawą konkwistadorską komunię przyjęli poddani Królestwa Hiszpanii Diego de Almagro i Francisco Pizarro. Później, jak głosi historia, ten pierwszy odkrył Chile, a drugi podbił Peru. Datę odkrycia samej Tabogi, której nazwa pochodzi od słowa aboga znaczącego w języku dawnej rdzennej ludności „obfitość ryb”, podaje ceramiczna tablica umieszczona na urokliwym skwerku tuż przy nadmorskiej promenadzie. Według niej czynu tego dokonał w 1513 r. najbardziej kojarzony z Panamą konkwistador – Vasco Núñez de Balboa. Jako pierwszy Europejczyk pokonał Przesmyk Panamski i dotarł do Oceanu Spokojnego, któremu nadał nazwę Mar del Sur – Morze Południowe. Z Santo Domingo na wyspie Hispaniola (gdzie mieszkał i popadł w długi) dostał się do ówczesnej Złotej Kastylii, czyli północnego wybrzeża dzisiejszej Panamy, w nadzwyczaj zuchwały sposób. Ukrył się w beczce na solone mięso.

 

Ciudad de Panama-DSC 8755

Avenida Balboa i drapacze chmur stojące wzdłuż wybrzeża (Ciudad de Panamá)

© AUTORIDAD DE TURISMO DE PANAMÁ

 

WYDŁUŻAJĄCA SIĘ PLAŻA

 

Taboga przyciąga zarówno Panamczyków, jak i obcokrajowców sielskością i wciąż odczuwalną atmosferą czasów kolonialnych. Najwięcej turystów z kontynentu gości w trakcie świąt i weekendów. Dla tych, którzy odwiedzają kosmopolityczne miasto Panama w interesach lub innym celu i marzą, aby choć przez moment odprężyć się poza stolicą, ta wyspa stanowi najwłaściwszy wybór. Znajdują się na niej całkiem przyjemne plaże, obmywane łagodnymi falami Pacyfiku, jak Playa Honda i Playa La Restinga. Wyjątkową cechą tej drugiej jest to, że podczas odpływu można z niej przejść na inną, znacznie mniejszą, pagórkowatą wysepkę zwaną El Morro. Nadal da się tu dostrzec ślady dawnej stoczni. Warto nadmienić, że w połowie XIX stulecia Taboga pełniła funkcję znaczącego panamskiego portu. Miejsce obfituje w owoce tropikalne i owoce morza. Papaje i karambole dojrzewają dziko i w przydomowych ogrodach. Serwowane w lokalnych knajpkach ryby, jak podawana na różne sposoby corvina (Cilus gilberti), będąca panamską specjalnością, czy wszelakie owoce morza są tu zawsze świeże i wyśmienite. Smażona corvina najlepiej smakuje z także smażonymi bananami warzywnymi – platanami (plátanos verdes), popijana lodowatym piwem Balboa albo Panama. Wśród dań z owoców morza prawdziwą rozkosz dla podniebienia stanowią almejas al ajillo – delikatne małże z czosnkiem duszone w winie, doprawione odrobiną ostrej papryki i pietruszki. Uśmiech na niejednej twarzy wywoła na pewno rachunek wypisany odręcznie na kawałku tektury, będącej fragmentem jakiegoś opakowania.

 

UROKI SAN PEDRO

 

Po wyśmienitym posiłku warto udać się na sjestę albo pospacerować po okolicy. Już na obrzeżach San Pedro tutejsza nieposkromiona natura daje o sobie znać. Wszędzie coś rośnie, wije się, pleni. Co chwilę słychać chrobot w konarach drzew, ptasie trele i kwilenie, szelest pośród opadłych, wysuszonych liści lub gdzieś w trawie. Człowiek ma ciągle wrażenie, że nie jest sam, że coś mu dotrzymuje kroku i go obserwuje. Pełno tu jaszczurek śmigających między plamami słońca a cieniem. Jedne są małe i szybkie jak pocisk, inne – całkiem spore, wolniejsze i leniwe. Czasem trafi się wąż, lecz zaraz odpełza w swoją stronę.

 

Po powrocie do miasteczka trafimy na kury grzebiące w cieniu bananowców i na gallos de pelea, czyli koguty bojowe zamknięte w klatkach, odkarmione i zadziorne. Wśród nich znajduje się pewnie przyszły el campeón – czempion. Wtedy skojarzymy, że to, co wcześniej widzieliśmy i co przypominało okrągły basen dla dzieci, ze szczątkami piór zamiast wody, jest w istocie areną do kogucich walk. San Pedro ma też cmentarz. Nekropolie w tropiku zawsze sprawiają wrażenie osobliwych, hipnotyzują. Tworzą przestrzeń z pogranicza jawy i snu, gdzie realizm magiczny, który słynny kolumbijski pisarz Gabriel García Márquez zaklął w swoich powieściach, wkracza do rzeczywistości. Najmocniej intrygują mnie takie nieco chaotyczne, skromne cmentarze. Złożone są one z białych jak wyschnięte piszczele grobowców z typowymi niszami, w które wsuwa się trumny. Część z grobów jest zapadnięta, część powleczona pajęczyną czarnych zacieków, bo wilgoć wypełza w tropiku z każdego kąta. Czasem widać tylko gołe krzyże wyrastające z suchej ziemi. Nie mogę się napatrzeć na takie cmentarze. Fascynuje mnie ten ich jakiś letargiczny charakter, pociągają te wszystkie tajemnice pozaszywane w cieniach i zapisane w osobliwych epitafiach.

 

W drodze do hotelu obowiązkowo należy zajrzeć do sklepu, gdzie Chińczyk mówiący po hiszpańsku płynnie i bez akcentu sprzedaje wyborny panamski rum Abuelo trzy razy drożej niż w kontynentalnej części kraju i narodowy trunek wysokoprocentowy z trzciny cukrowej Seco Herrerano w normalnej cenie. Co ciekawe, chińska społeczność w Panamie jest najliczniejsza w całej Ameryce Środkowej (między 135 tys. a 200 tys. mieszkańców, czyli ok. 4 proc. ludności tej ponad 4-milionowej republiki). Nie zaszkodzi zakupić oba trunki i jeszcze kilka limonek, zupełnie innych niż te, jakie znamy. Skórkę mają odrobinę zbrązowiałą, lecz ledwo przekrojone pachną jak marzenie bukietem aromatów pomarańczy i cytryn. Poza tym można z nich wycisnąć pyszny sok do drinka z rumem i coca colą, jeśli ktoś chciałby napić się cuba libre w wolnej Panamie. W hotelu, w położonym na najwyższym piętrze pokoju z wiatrakiem na suficie patrzę z balkonu na rozświetlony wieczorem Pacyfik – dziesiątki statków wyczekują wejścia do Kanału Panamskiego. O zmierzchu rozbrzmiewają żabie serenady. Niesforne psy ganiają się po sąsiednich podwórkach. Wreszcie przychodzi zasłużony sen.

 

O poranku wschodzące słońce odbija się pomarańczowo w otwartych na oścież drzwiach balkonowych. Na śniadanie dostaję smażone jajka, tosty i kawę, jak zawsze przepyszną. Na plaży na krótko przed wejściem na powrotny prom do Panamy wypijam jeszcze wodę z wielkiego, zielonego, dobrze schłodzonego orzecha kokosowego, w którym zmieściłyby się trzy szklanki płynu. Spoglądam na urzekającą Tabogę i żegnam się z nią: Hasta la próxima! („Do następnego razu!”).

 

WIECZÓR W TROPIKU

 

Po wizycie nad Pacyfikiem trafiam dla odmiany na Wyspę Kolumba (Isla Colón) leżącą na Morzu Karaibskim w prowincji Bocas del Toro (w archipelagu o tej nazwie). Jest późne popołudnie, prawie wieczór. Palmy kokosowe, zalane złotym kolorem zachodzącego słońca strzelają ponad skorodowane rdzą dachy z blachy falistej. Czaple białe wzbijają się nad gęste korony namorzynów, zataczają dwa, może trzy kręgi i siadają. Po drugiej stronie ulicy rozgrywa się scena jak z powieści Gabriela Garcíi Márqueza. Tęga doña z wałkami we włosach, odziana w bufiastą, pstrokatą sukienkę, spoczywa na bujanym fotelu przed domem i chłodzi się wachlarzem. Czasem ofuknie dzieciaki próbujące zwaśnić psa z kotem, jakby obu było mało kłótni na co dzień. W klatce o rozmiarach kredensu kuśtyka po drążku papuga o zielonożółtej głowie z czerwonymi policzkami, zapewne rudosterka żółtoskrzydła, występująca tu pod nazwą cotorra catana (Pyrrhura hoffmanni). Ptak skrzeczy, jakby chciał komuś naubliżać. Trzy młode Mulatki, ubrane w mundurki szkolne, kartkują jakąś opasłą książkę, coś w niej zaznaczają, trajkoczą i śmieją się. W tle za nimi znajduje się bananowy zagajnik, wyrośnięty mangowiec jeszcze bez owoców i drzewo chlebowe z owocami wielkimi jak bomby. Zapalają się pierwsze światła domowych lamp. Woda w zatoce mieni się najpierw złotem, potem różem i fioletem, odbijając kolory gasnącego nieba. Kiedy w tropiku kończy się dzień, wiadomo, że zmierzch zapadnie szybko.

 

Na Wyspie Kolumba warto wybrać się na Plażę Gwiazd (Playa de las Estrellas) z piaskiem drobnym i jasnym jak mąka, gdzie w płytkiej, przezroczystej wodzie niemal przy samym brzegu wylegują się okazałe rozgwiazdy: pomarańczowe, czerwone, żółte, nakrapiane. Są ich tu dziesiątki, leżą czasem jedna obok drugiej, w tercetach, kwartetach… Aby je podziwiać, trzeba podjechać lokalnym minibusem z Bocas Town (Bocas del Toro) do osady zwanej Boca del Drago (bilet kosztuje 5 dolarów amerykańskich) i dalej powędrować ścieżką biegnącą blisko namorzynów, kryjących setki pociesznych krabów. Idzie się pośród gajów palmowych, migdałowców i powykręcanych konarów kokkoloby gronowej (Coccoloba uvifera), której hiszpańska nazwa brzmi uva de playa, czyli „winogrono plażowe”. Po nacieszeniu się widokiem rozgwiazd można zamówić smażoną rybę z dodatkami w przyplażowej restauracyjce. Przeważnie w ofercie jest pargo rojo, czyli lucjan czerwony (Lutjanus campechanus), który smakuje znakomicie za każdym razem (zwłaszcza ze zmrożonym panamskim piwem). Warto zerknąć najpierw na świeże sztuki, dopiero co przyniesione z łodzi, i wybrać tę najbardziej nam odpowiadającą, szczególnie z uwagi na cenę.

 

HOTEL NA PALACH

 

Ostatniego dnia pobytu na Wyspie Kolumba wychodzę na werandę hotelu o lirycznej nazwie Olas de la Madrugada (Fale Wczesnego Poranka). Przy barze zwisa malowniczo kiść miniaturowych bananów. Wybieram dwa dojrzałe owoce, obieram nieśpiesznie i zjadam. Gdzieś w oddali puszczają w radio panamski reggaeton. Ta muzyka jest z natury głośna, rytmiczna i dość erotyczna, zwłaszcza jeśli chodzi o teksty i choreografię w teledyskach. Zrodziła się w wyniku wymiany kulturalnej i muzycznej między Panamą i Portoryko w latach 90. XX w. Zdaniem wielu badaczy reggaeton, nazywany wcześniej reggae po hiszpańsku (reggae en español), pochodzi właśnie z okolic Przesmyku Panamskiego. Dźwięki utworów tego szaleńczego latynoskiego gatunku muzycznego rozchodzą się po wodzie niewielkiej zatoki, ale dystans sprawia, że do moich uszu docierają cichsze, łagodniejsze, co staje się całkiem przyjemnym doznaniem. Pamiętam jeden z usłyszanych kawałków – nazywa się Muchachita. Nagrał go w 2015 r. Fernando Cabrera Guzmán, znany jako Mr. Saik. To dominikański artysta, który zrobił karierę w Panamie.

 

Spoglądam przed siebie. Widzę domy w pastelowych kolorach osadzone na palach, niektóre świeżo pomalowane, inne już nieco zmurszałe, lecz wciąż bijące jakąś radością. Podobnie wygląda mój hotel: żółto-niebieski, trzymający się na filarach zagłębionych w dnie zatoki. Woda jest tu uderzająco przejrzysta i nie brakuje w niej ławic drobnych ryb. Przypomina mi się fragment z Wojny futbolowej Ryszarda Kapuścińskiego, w którym autor opisuje swój tymczasowy dom w stolicy Ghany – Akrze. Mieszkam na tratwie, w bocznej uliczce handlowej dzielnicy Akry. Tratwa stoi wyniesiona na słupach do wysokości pierwszego piętra i nazywa się Hotel Metropol. W porze deszczów ten dziwoląg architektoniczny gnije i pleśnieje, a w miesiącach suszy – rozsycha się i trzeszczy. Ale się trzyma! Pośrodku tratwy stoi zabudowanie podzielone na osiem przegród. To nasze pokoje. Reszta miejsca objęta rzeźbioną balustradą nazywa się werandą. Tam mamy wielki stół do posiłków i kilka małych stolików, przy których pijemy whisky i piwo. Poza tym, że moja kwatera cechuje się zdecydowanie lepszym stanem, ten opis nawet by do niej pasował. Co najwyżej whisky zamieniłbym na wyśmienity panamski rum.

 

KARAIBSKIE REFLEKSJE

 

Ciężko było mi wyjeżdżać z Bocas Town (Bocas del Toro) na Wyspie Kolumba, a szczególnie żegnać się z tym miejscem o świcie. Za dobrze się tu czułem. Klimat Karaibów potrafi niezmiennie człowieka rozczulić. Niebywałe, jak umie go także zmienić przez pokazanie mu innego życia, często bardzo skromnego, choć kto wie, czy nie lepszego, pełniejszego, bliższego ludzkim sprawom. Wielu wraca z karaibskich tropików, myśląc, że być może mieć mniej znaczy mieć więcej. Dużo jest w tej krainie serdeczności, przyjaznych spojrzeń, pomocnych gestów. Ciągle odczuwa się potrzebę bliskości, towarzystwa drugiego człowieka niezbędnego do tańczenia, gry w domino, wypicia szklaneczki rumu. Poza tym wszyscy cały czas pragną tutaj rozmawiać. Na Karaibach komunikacja jest podstawą codziennego życia. Te rozmowy nigdzie tak szybko nie ujawniają charakteru rozmówców, ich temperamentu i emocji. Dyskutuje się głośno, bez umiaru, gestykulując przy tym żywiołowo. Czy rozmawiają dwie sędziwe matrony w zatłoczonym busie, czy nastolatki jazgoczące do swoich wymuskanych telefonów komórkowych – każdy wykazuje ogromne zaangażowanie. O tym właśnie najbardziej marzą ludzie uciekający z poukładanej północy na bezładne, nieprzewidywalne południe. Chcą doświadczyć obfitości życia i jego barwności we wszystkim, pociągającego luzu i braku pośpiechu, tej chwilowej, ale wyczekiwanej wolności.

 

DESZCZ NA POŻEGNANIE

 

O 5.00 lało jak z cebra. O 6.30 deszcz nie ustawał. Z nieba, jaśniejącego z oporem, spadały krople wielkości awokado. To była prawdziwa tropikalna ulewa. Nie chciała wypuścić mnie z hotelu i wyspy. Właściwie nie czułem się tym zmartwiony. Samolot linii Air Panama odlatywał za ponad godzinę, a do lotniska miałem niespełna 800 m. Najpierw planowałem dotrzeć na nie piechotą i po drodze spojrzeć ostatni raz na malownicze, budzące się domy. Jednak w tym potopie mój plan wydawał się bez sensu. Wyskoczyłem na ulicę i pobiegłem do centrum miasteczka, aby złapać taksówkę. Kierowca tej jedynej w zasięgu wzroku zaczynał dopiero dzień. Dopijał kawę w żółtym kubku z logo „Café Durán”, najpopularniejszej sieci w Panamie. Byłem jego pierwszym pasażerem, do tego przemokniętym do suchej nitki. Podrzucił mnie na miejsce, bo mu się nawinąłem, lecz wyczułem, że chętnie przedłużyłby sobie ten kawowy poranek.

 

Na lotnisku ociekający wodą turbośmigłowy samolot Fokker 50 czekał na poprawę pogody. Tą maszyną miałem odlecieć do stolicy. W końcu przestało padać i wyszło słońce. Ściana deszczu zwykle zmienia widoki w tropiku w coś na kształt kontrolnego obrazu z telewizora. Na szczęście promienie słoneczne przywróciły wszelkie utracone barwy. Rozejrzałem się – miałem przed sobą niewielkie lotnisko, mały samolot i krótki pas startowy. Za to karta pokładowa w mojej dłoni była długa jak spory rachunek z supermarketu. W bliskim sąsiedztwie pasa rosły bananowce i palmy. Natomiast tam, gdzie się kończył, zaczynało się boisko do baseballu i piłki nożnej. Niedawno Panama po raz pierwszy w historii awansowała na mundial (mistrzostwa świata odbędą się w Rosji w czerwcu i lipcu 2018 r.). Można więc przypuszczać, w co chętniej będą teraz grać wyspiarze koło lotniska. Lot z Wyspy Kolumba do Ciudad de Panamá trwał 45 min. W odwrotnym kierunku podróżowałem nocnym autobusem linii Tranceibosa (jedynej obsługującej bezpośrednie połączenie) przeszło 10 godz. Co więcej, klimatyzacja w pojeździe była chyba ustawiona na mrożenie pasażerów. Nie pomogła piersiówka z panamskim rumem. Potem, już o świcie, na przystani w miasteczku Almirante wskoczyłem do szybkiej łodzi płynącej do Bocas Town. Przyznam jednak, że pokonałbym tę całą trasę ponownie, każdym środkiem transportu, bo warto dotrzeć na czarujący archipelag Bocas del Toro, w ten czy inny sposób. To w końcu Karaiby!

 

5  Buceo Bocas del Toro1

Malowniczy bar z pomostem na Wyspie Kolumba zbudowany na palach na wodzie

© AUTORIDAD DE TURISMO DE PANAMÁ

 

BYSTRE OKO KINOMANA

 

Kiedy oglądam film i widzę w różnych scenach urzekające tropikalne plenery, jak choćby parujący las deszczowy, wybrzeże usiane wysmukłymi palmami kokosowymi albo fragment wiekowej kolonialnej zabudowy, natychmiast zaczynam szukać w internecie informacji, gdzie nakręcono te ujęcia. Szczególnie gdy tropik prezentuje się wyjątkowo realnie i niemal czuć ten bijący z ekranu żar, jaki oblepia aktorów – czoła im błyszczą, a włosy skręcają się w sprężynki od niepojętej wilgoci. Tego nie można sfabrykować. Jeśli tropik jest prawdziwy, od razu to wiadomo.

 

Tak było z filmem Escobar: Historia nieznana z 2014 r. z Benicio del Toro w roli tytułowej, do tego bardzo wyrazistej i przekonującej. Ten wszechstronny portorykański aktor grał dotąd m.in. wilkołaka, baseballistę czy Ernesta Che Guevarę, a w końcu wcielił się w postać kolumbijskiego barona narkotykowego. Jednak we wspomnianym filmie nie ujrzymy tak naprawdę Kolumbii. Zastąpiła ją Panama, czyli sąsiadka zza miedzy (nawiasem mówiąc, niezmiernie szerokiej, bagnistej i malarycznej, jeśli uznamy za nią przesmyk Darién oddzielający oba kraje). Panamskie pejzaże zostały tutaj zaprezentowane tak, że człowiek od razu nabiera ochoty, aby znaleźć się w okolicy z kadrów. Panama jest wyjątkowo fotogeniczna i skutecznie kusi nieujarzmionym interiorem. Najbardziej cieszy mnie powtórne – choć tym razem ograniczone do filmowych scen – odkrywanie miejsc, które już widziałem na własne oczy. Nieraz zdarzają się niespodzianki. Ostatnio okazało się, że Benicio del Toro gościł wraz z ekipą filmowców na... Bocas del Toro! Właśnie tam jeździłem rowerem: wzdłuż długiej i spektakularnej plaży Bluff na Wyspie Kolumba albo w Bocas Town. Oba miejsca pokazano w filmie kilka razy. Benicio del Toro na Bocas del Toro – brzmi to niesamowicie i zabawnie. Uwielbiam takie odkrycia. A Panama jest po prostu piękna!

 

SKARBY SRI LANKI

ALINA WOŹNIAK

 

<< Ogromne bogactwo tropikalnej przyrody, ziół i przypraw, bezcenne pamiątki przeszłości, kamienie szlachetne i wyśmienita herbata – wszystko to znajdziemy na niewielkiej wyspie, która niczym łza opada z Półwyspu Indyjskiego. A powitają nas na niej ludzie, którym spokoju ducha może pozazdrościć każdy Europejczyk. >>

  FOT. SRI LANKA TOURISM

Mimo iż położona na wyspie Cejlon Sri Lanka ma zaledwie ok. 65,6 tys. km2, to jest ogromnie zróżnicowana, pulsuje kolorami, a krajobrazy zmieniają się tu jak w kalejdoskopie: od wiecznie zielonych lasów po góry wysokie jak Tatry, suche równiny, malownicze rzeki i wodospady, laguny, plantacje herbaty i tropikalnych owoców oraz skąpane w słońcu, długie i piaszczyste plaże z rozwiniętą infrastrukturą turystyczną. To prawdziwie rajski zakątek dla spragnionych błogiego leniuchowania, kontaktu z dziewiczą naturą i wspaniałymi zabytkami. Aż 8 tutejszych obiektów znajduje się na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO – starożytne miasta Polonnaruwa, Sigiriya, Anuradhapura i Kandy, Rezerwat Leśny Sinharaja, Stare Miasto Galle i jego fortyfikacje, buddyjska Złota Świątynia Dambulla i Płaskowyż Centralny.

Więcej…