Manufaktura z gory widok z Muz

Manufaktura – zrewitalizowane budynki XIX-wiecznej fabryki bawełny w Łodzi

© SEBASTIAN GLAPIŃSKI/URZĄD MIASTA ŁODZI

 

SYLWIA JEDLAK-DUBIEL

 

Choć może się wydawać, że Polska szczyci się głównie ciekawymi zabytkami, które przetrwały burzliwe czasy wojen, najazdów, rozbiorów czy okupacji, ma ona bez wątpienia również swoje nowoczesne oblicze. Dość wspomnieć, że to właśnie futurystyczny budynek nowej szczecińskiej filharmonii otrzymał w 2015 r. Nagrodę Miesa van der Rohe, którą wyróżnia się obiekty uznane za najlepsze odzwierciedlenie idei współczesnej architektury urbanistycznej (sześć lat wcześniej jury konkursu doceniło gmach opery w Oslo). Aby przekonać się o tym, że w naszym kraju nadal podąża się za najnowszymi trendami i rozwija rozmaite pomysły, nie trzeba wybierać się aż pod granicę z Niemcami. Jedno z województw, położone w centralnej części Polski, wyjątkowo nadaje się na wyprawę śladami nowych rozwiązań. Przy okazji można w nim także dobrze odpocząć i dowiedzieć się czegoś interesującego o historii regionu. Mowa tu o inspirującym województwie łódzkim.

 

Gdy po I wojnie światowej powstała niepodległa II Rzeczpospolita, trzeba było zacząć administrować odzyskanymi terenami. Wtedy też (w 1919 r.) pojawiło się pierwsze województwo łódzkie. W jego granicach znalazły się m.in. Kalisz i Konin, jak również centralne i południowe ziemie obecnego obszaru administracyjnego występującego pod tą nazwą. Istniejąca od 1999 r. jednostka podziału terytorialnego siedzibę swoich władz ma w Łodzi (tak samo zresztą jak w okresie międzywojennym), trzecim największym mieście w kraju pod względem liczby ludności (ok. 700 tys. mieszkańców).

 

Łódzkie można poznawać na rozmaite sposoby. Chyba najłatwiej rozpocząć zwiedzanie od jego najważniejszego ośrodka. Niedaleko Łodzi (w Strykowie) przecinają się trasy dwóch autostrad: A1 (Bursztynowej) i A2 (Wolności). Przez miasto przebiegają linie kolejowe. Zaledwie 6 km od jego centrum znajduje się międzynarodowe lotnisko (Port Lotniczy Łódź im. Władysława Reymonta) obsługujące obecnie regularne połączenia do Irlandii (Dublina) i Anglii (East Midlands i Londynu-Stansted) oraz jedynie do końca czerwca br. do Niemiec (Monachium). Ze względu na położenie niemal w centrum województwa Łódź jest świetnym punktem wypadowym do wycieczek po okolicy, a zdecydowanie warto wyruszyć na poznawanie całego regionu.

 

NOWE OBLICZE MIASTA

 

Nie wszyscy wiedzą, że w swoich początkach (do końca XVII stulecia) było to miasteczko rolnicze należące do biskupów włocławskich. Dopiero w XIX w. zaczął się tutaj rozwijać ważny ośrodek przemysłowy. Dziś Łódź wciąż kojarzy się m.in. z fabrykami włókienniczymi. Dziedzictwo tamtych i późniejszych czasów postanowiono na nowo przywrócić do użytku. W ten sposób powstało np. centrum handlowo-usługowo-rozrywkowe Manufaktura, otwarte w maju 2006 r. Na jego potrzeby przystosowano dawny kompleks fabryczny należący do spółki, w której większościowym udziałowcem był Izrael Poznański (1833–1900).

 

Charakterystyczne zabudowania z czerwonej cegły odnowiono i uzupełniono nowoczesną infrastrukturą. Obecnie znajduje się tu ok. 260 sklepów, kawiarnie, restauracje, kino, Teatr Mały, Muzeum Fabryki, ms2 (oddział Muzeum Sztuki), Experymentarium i nie tylko. Od strony ul. Ogrodowej wita odwiedzających niegdysiejsza brama główna. W pobliskim budynku dawnej przędzalni działa designerski hotel andel’s by Vienna House Lodz. Rewitalizacja tej zabytkowej łódzkiej fabryki włókienniczej jest zdecydowanie jednym z najlepszych pomysłów na nadanie historycznej architekturze przemysłowej nowego miejsca w przestrzeni publicznej. 

 

Łódź ma zresztą bardzo duży potencjał pod tym względem, choć wciąż nie w pełni wykorzystany. Ciekawym obiektem są m.in. odnowione tzw. Beczki Grohmana, czyli monumentalna brama z końca XIX stulecia prowadząca do zakładów należących do przedsiębiorstwa rodziny Grohmanów. W trend adaptowania zabudowy industrialnej do celu popularyzowania wiedzy z różnorodnych dziedzin lub sztuki idealnie wpisuje się Centralne Muzeum Włókiennictwa w Białej Fabryce Ludwika Geyera przy ul. Piotrkowskiej. Można w nim zobaczyć np. rekonstrukcję tkalni z przełomu XIX i XX w. oraz rozmaite narzędzia i maszyny włókiennicze czy interaktywną wystawę w Kotłowni. Prezentuje się tutaj również ciekawe ekspozycje czasowe. Poza tym muzeum organizuje Międzynarodowe Triennale Tkaniny – wystawę i konkurs współczesnych tkanin artystycznych (od 9 maja do 30 października 2016 r. odbywała się już 15. edycja tego wydarzenia). 

 

Na pewno warto też wspomnieć o usytuowanym prawie w centrum Łodzi komfortowym Hotelu Tobaco należącym do Grupy Arche. Kiedyś w tym miejscu funkcjonowała fabryka wełny łódzkiego przemysłowca Karola Kretschmera, którą później (po II wojnie światowej) przekształcono w zakłady wyrobów tytoniowych. W maju 2013 r. industrialne wnętrza obiektu oddano do dyspozycji hotelowych gości. Surowy styl pofabrycznych pomieszczeń z XIX stulecia połączono z prostymi nowoczesnymi elementami wystroju. Znajduje się tu 115 komfortowych pokoi z meblami nawiązującymi do lat 50. XX w. Inwestycja jest dziełem Grupy Arche, która ma duże doświadczenie w rewitalizacji obiektów zabytkowych i przystosowywaniu ich do funkcji noclegowych. Tutejsza wielokrotnie nagradzana „Restauracja u Kretschmera” (wyróżniona nawet w prestiżowym Żółtym Przewodniku Gaullt&Millau Polska) zaprasza w kulinarną podróż do Łodzi czterech kultur – oferuje wyśmienite dania regionalne inspirowane polskimi, niemieckimi, rosyjskimi i żydowskimi tradycjami gastronomicznymi. Od początku szefem kuchni jest w niej Maciej Kowalski. Restauracja bierze też udział w różnego rodzaju wydarzeniach kulinarnych odbywających się w Łodzi. Z myślą o klientach biznesowych przygotowano siedem odpowiednio wyposażonych sal konferencyjnych z miejscami dla ponad 200 uczestników. Wszystkie są klimatyzowane, można w nich też skorzystać z bezprzewodowego połączenia internetowego. Hotel jest częścią klimatycznego kompleksu mieszkalno-usługowego Tobaco Park.

 

Swoją drugą młodość przeżywają także pałace i kamienice dawnych łódzkich przedsiębiorców. Do wspomnianej spółki, w której większościowym udziałowcem był Izrael Poznański, należała obecna główna siedziba Muzeum Miasta Łodzi przy ul. Ogrodowej. Odrestaurowany pałac (usytuowany obok Manufaktury) robi wielkie wrażenie tak z zewnątrz, jak i wewnątrz. Odwiedzającym przybliża życie ówczesnych bogatych łodzian. Co ciekawe, w rezydencji kręcono sceny do Ziemi obiecanej Andrzeja Wajdy (1926–2016). Przy ul. Gdańskiej stoi pałac wzniesiony dla syna Izraela Poznańskiego, Karola (1859–1928). Zbudowano go w 1904 r. w stylu neorenesansowym (nawiązano do elewacji pałaców florenckich) z elementami barokowymi i secesyjnymi. Wnętrza ozdobiono z przepychem, ale nie zapomniano też o udogodnieniach – obiekt wyposażono w ogrzewanie centralne. Dzisiaj znajduje się tu główna siedziba Akademii Muzycznej im. Grażyny i Kiejstuta Bacewiczów w Łodzi. Dla odmiany w willi fabrykanta Henryka Grohmana (1862–1939) przy ul. Tymienieckiego działa Muzeum Książki Artystycznej. Jej dawny właściciel, ten sam, do którego zakładów wiodła monumentalna brama zwana Beczkami Grohmana, był nie tylko przedsiębiorcą, lecz także mecenasem kultury, szczególnie zainteresowanym grafiką (polską i zagraniczną) i sztuką Wschodu. W Pałacu Juliusza Heinzla przy ul. Piotrkowskiej mieści się z kolei siedziba Urzędu Miasta Łodzi i Urzędu Wojewódzkiego. W kwietniu 1999 r. ustawiono przed nim Ławeczkę Tuwima wykonaną ze spiżu przez rzeźbiarza Wojciecha Gryniewicza. Potarcie nosa figury jednego z najpopularniejszych poetów dwudziestolecia międzywojennego, urodzonego we wrześniu 1894 r. w Łodzi, podobno przynosi szczęście.

 

Sama Piotrkowska to reprezentacyjna ulica miasta. Spacer po niej jest zwykle głównym punktem wycieczek po stolicy województwa łódzkiego. Znajduje się przy niej wiele restauracji, kawiarni, barów, pubów i klubów muzycznych. Na uwagę zasługują zabytkowe kamienice (m.in. neogotycka Kamienica Szai Goldbluma z 1898 r. czy eklektyczna Kamienica Hermana Konstadta z 1885 r.). Tutaj powstała też Aleja Gwiazd Łódzkiej Drogi Sławy – pierwszą mosiężną tablicę z nazwiskiem aktora Andrzeja Seweryna wmurowano w maju 1998 r. Łódź kojarzy się przecież także z Państwową Wyższą Szkołą Filmową, Telewizyjną i Teatralną im. Leona Schillera. Studiowali w niej choćby Andrzej Wajda, Kazimierz Kutz, Roman Polański, Krzysztof Kieślowski, Krzysztof Zanussi, Jerzy Skolimowski, Jan Jakub Kolski, Wojciech Smarzowski, Małgorzata Szumowska, Janusz Gajos, Zbigniew Zamachowski, Jan Machulski czy Agnieszka Osiecka. Rektorat uczelni znajduje się w klasycystycznym pałacu Oskara Kona przy ul. Targowej.

 

Z ważną rolą miasta w historii polskiego kina związane są również inne obiekty. Działa tu jedyne w kraju Muzeum Kinematografii mieszczące się w dawnej rezydencji jednego z największych łódzkich przemysłowców Karola Scheiblera (1820–1881) przy pl. Zwycięstwa. Natomiast w Aparthotelu Stare Kino Cinema Residence wystrój każdego z pokojów nawiązuje do innego filmu lub serialu, a w urządzonej w piwnicy małej sali kinowej można obejrzeć dzieła puszczane z klasycznej taśmy 35 mm. Na terenie byłej Wytwórni Filmów Fabularnych funkcjonuje dziś nowoczesny 4-gwiazdkowy hotel DoubleTree by Hilton Łódź. W odpowiednio przystosowanych halach obecnie odbywają się koncerty, przedstawienia teatralne oraz organizowane są konferencje i kongresy. 

 

Poza tym na zainteresowanie zasługuje też Teatr Powszechny w Łodzi. W sezonie odwiedza go ponad 150 tys. widzów. Od 1995 r. funkcję dyrektor instytucji pełni Ewa Pilawska. Jest ona autorką realizowanych tu ciekawych projektów takich jak Polskie Centrum Komedii, unikatowy w Europie Teatr dla niewidomych i słabo widzących oraz Międzynarodowy Festiwal Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych. Ten ostatni, jedno z najważniejszych wydarzeń teatralnych w Polsce, odbywa się od 1994 r. W 2017 r. zorganizowano już XXIII jego edycję (w dniach 4 marca–26 czerwca), tym razem o temacie Awangarda jako stan umysłu. Teatr Powszechny w Łodzi działa już od maja 1945 r. przy ul. Legionów. Obok Dużej Sceny od 2012 r. zaprasza widzów na spektakle wystawiane na nowej Małej Scenie. 

 

Warto wiedzieć, że jeden z łódzkich obiektów trafił na prestiżową listę Iconic Houses, która obejmuje budowle z całego świata, w tym realizacje projektów Le Corbusiera, Antoniego Gaudíego i Franka Lloyda Wrighta. Willa Leopolda Kindermanna przy ul. Wólczańskiej uchodzi za jeden z najlepszych przykładów polskiej i europejskiej secesji. Budynek wzniesiony na początku XX w. zaprojektował architekt Gustaw Landau-Gutenteger (1862–1924). Jego dzieło przedstawia spójną koncepcję, na którą składają się różne elementy. Uwagę zwracają użyte motywy roślinne, w tym rzeźbione kolumny przy wejściu stylizowane na drzewa jabłoni. W środku zachowały się oryginalne witraże. Dzięki zakończonej w 2013 r. gruntownej renowacji zabytkowa willa odzyskała swój dawny blask. Obecnie działa w niej Galeria Willa.

 

Ciekawą osobliwością na mapie Łodzi jest tzw. stajnia jednorożców. Tym żartobliwym określeniem mieszkańcy miasta ochrzcili olbrzymią wiatę osłaniającą przesiadkowy węzeł tramwajowy na skrzyżowaniu ul. Piotrkowskiej i al. Adama Mickiewicza. Kto uda się w to miejsce, od razu zrozumie, dlaczego przylgnęła do niego właśnie taka nazwa. Nad torami na wygiętych dekoracyjnie słupach umieszczono dach ozdobiony kolorowym geometrycznym wzorem. Wiata swoją formą ma nawiązywać do secesji. Choć niewątpliwie balansuje na granicy kiczu, przyciąga wzrok przechodniów. Funkcjonuje też jako swoista atrakcja turystyczna dla osób zainteresowanych współczesnym wyglądem Łodzi. Wzbudza zresztą tyle emocji, że postanowiono jeszcze bardziej ją wyróżnić. Przy wiacie ma stanąć pomnik z grupą jednorożców – projekt ten będzie realizowany w ramach budżetu obywatelskiego na 2017 r. (jego szacowany koszt to 400 tys. zł). 

 

Miłośnikom współczesnych form sztuki spodobają się z pewnością łódzkie murale. Z inicjatywy Fundacji Urban Forms na budynkach w mieście powstało już 36 takich wielkoformatowych malowideł. Należą do Galerii Urban Forms, a ich położenie oznaczono na planie dostępnym na stronie internetowej www.galeriaurbanforms.org. W Łodzi znajduje się jeden z największych w Polsce murali (ma niemal 35 m wysokości i 12 m szerokości) – został namalowany w 2013 r. na bloku przy alei ks. kard. Stefana Wyszyńskiego 80. Wykonał go chilijski artysta Inti.

 

Nie sposób nie wspomnieć również o pierwszej komercyjnej łódzkiej elektrowni uruchomionej w 1907 r. przy ul. Targowej. Od tego czasu do dziś minął ponad wiek i chociaż od momentu oddania do użytku wciąż spełniała ona swoją funkcję, ostatecznie zakończyła pracę na progu kolejnego stulecia (w 2001 r.). W maju 2008 r. nowo powstała instytucja EC1 Łódź – Miasto Kultury zaczęła rewitalizację kompleksu. Podjęto starania, aby mimo modernizacji zachować zabytkowy charakter zabudowań i jednocześnie przygotować je do ich planowanego przeznaczenia. Zgodnie z zamierzeniami ma działać tu kilka placówek. Jedną z nich jest otwarte w styczniu 2016 r. Planetarium EC1, część nieukończonego jeszcze Centrum Nauki i Techniki. Pod ogromną kopułą (18 m średnicy) umieszczono ekran sferyczny, na którym wyświetlane są obrazy w wysokiej rozdzielczości, i 110 wygodnych foteli dla widzów. Ta najnowocześniejsza w Polsce placówka popularyzuje wiedzę o wszechświecie, gwiazdach i planetach, a dzięki pokazom specjalnym czy koncertom dostarcza także rozrywki. Centrum Nauki i Techniki do swoich ścieżek dydaktycznych chce włączyć historyczną infrastrukturę obiektu i wykorzystać ją do przedstawienia problematyki wytwarzania energii elektrycznej. Jak wiele nowoczesnych ośrodków tego typu stawia ono na wchodzenie w interakcje podczas zwiedzania i przyswajanie wiedzy na drodze doświadczenia. Poza tym do kompleksu należą jeszcze Narodowe Centrum Kultury Filmowej, Łódź Film Commission oraz Centrum Komiksu i Narracji Interaktywnej.

 

WODA ZDROWIA DODA

 

20140717 120919 Richtone HDR

Rozległa zewnętrzna strefa kąpielowa w kompleksie Termy Uniejów

© ARCHIWUM URZĘDU MIASTA W UNIEJOWIE

 

Po intensywnej wycieczce po dużym i pełnym rozmaitych atrakcji mieście warto nieco odpocząć. W tym celu najlepiej udać się do malowniczo usytuowanego sielskiego Uniejowa. Leży on nad rzeką Wartą przy północno-zachodniej granicy województwa łódzkiego. Turyści i kuracjusze zjeżdżają do tego 3-tysięcznego miasteczka ze względu na wydobywane w nim na głębokości ponad 2 km wody termalne bogate w duże ilości składników mineralnych (m.in. chlorku sodu, potasu, magnezu, fluoru, wapnia, jodu, radonu, siarki i bromu). Mają one temperaturę 68–70°C. Wspomagają proces rehabilitacji oraz leczenie chorób układu ruchu, naczyniowego, oddechowego, nerwowego i pokarmowego, łagodzą również objawy schorzeń skórnych. Lecznicze źródła zostały odkryte w tym miejscu już w 1978 r., jednak status uzdrowiska Uniejów otrzymał dopiero w 2012 r.

 

Dobroczynnemu wpływowi tutejszych solanek można poddać się w rozległym kompleksie Termy Uniejów. Podzielono go na dwie strefy kąpielowe. W zewnętrznej (o powierzchni 1238 m²) znajdują się baseny: rekreacyjny, pływacki, dziecięcy i dwa solankowe oraz brodzik dla maluchów, dwie zjeżdżalnie (o długości 12 i 58 m), bufet wodny z zatoką otoczony rwącą rzeką, wyspa z jacuzzi i taras wypoczynkowy. W strefie wewnętrznej, zajmującej ok. 303 m², na chętnych czekają basen leczniczy z ławeczkami i hydromasażami oraz rekreacyjno-dziecięcy ze statkiem pirackim, ścianką wspinaczkową i armatką wodną, a także tężnia solankowa pełniąca funkcję naturalnego inhalatorium jodowego. W Termach Uniejów działa też strefa masażu i relaksu (czynna codziennie od godz. 11.00 do 21.00), restauracja na 100 miejsc siedzących czy wreszcie klub taneczny i kręgielnia (w podziemiach). Ciekawym udogodnieniem jest to, że w trakcie pobytu w sektorze restauracyjnym naliczanie czasu zostaje wstrzymane na 30, 45 bądź 60 min. w zależności od rodzaju kupionego biletu. Oprócz tego można się tutaj zrelaksować i na chwilę zapomnieć o całym świecie. W Strefie Saun skorzystamy z gorącego basenu solankowego, sanarium, sauny bani, łaźni aromatycznej lub tureckiej parowej (dostępne są dwie), basenu lodowego (do ochłodzenia ciała po wizycie w saunie), komory śnieżnej z temperaturą od –5 do –13°C czy kabiny na podczerwień IR. Chętni mogą wybrać się również do gabinetu masażu (gdzie wykonuje się przyjemne zabiegi z użyciem miodu albo czekolady) bądź na opalanie do solarium lub na słonecznej łące. Poza tym w centrum spa znajduje się część ogólna z sekcją wypoczynkową z kozetkami, kabiną biczów wodnych, masażem stóp, fińskim wiadrem i natryskami. Strefa Saun połączona została z tarasem, na którym jej goście mogą podziwiać piękne widoki i spróbować orzeźwiających koktajli owocowych.

 

Termy Uniejów cieszą się dużą popularnością, szczególnie wśród mieszkańców centralnej Polski, w tym warszawiaków czy łodzian, ale nie tylko. Żeby w pełni docenić moc leczniczej wody, warto przyjechać tu na kilka dni. W pobliżu kompleksu basenowo-uzdrowiskowego noclegi oferuje Zamek Arcybiskupów Gnieźnieńskich. W ceglanej budowli z połowy XIV w., wznoszącej się nad termami, funkcjonuje hotel ze stylizowanymi apartamentami i wygodnymi pokojami na poddaszu. Te pierwsze ze względu na wystrój wnętrz podzielono na średniowieczne (zostały nazwane od królów Polski: Kazimierza Wielkiego, Władysława Jagiełły i Kazimierza Jagiellończyka) i eklektyczne (Rubinowy, Złoty i Szmaragdowy). Działa tu także centrum konferencyjne (z czterema salami – Rycerską, Białej Damy, hr. Aleksandra i Tollów – z pełnym wyposażeniem technicznym i audiowizualnym) odpowiednie na wyjazdy biznesowe. Zatrzymać można się też w pobliskim Domu Pracy Twórczej lub zespole muzealno-noclegowym Zagroda Młynarska. W tym ostatnim dla gości oddano pokoje we dworze z miejscowości Nagórki i odpowiednio urządzone pomieszczenie w młynie z Chorzepina. To dwa z pięciu zabytkowych obiektów pochodzących z województwa łódzkiego, które znajdują się na tym terenie. Oprócz nich w skład Zagrody Młynarskiej wchodzą jeszcze wiatrak kozłowy ze Zbylczyc, budynek inwentarski z Uniejowa i chałupa ze Skotnik. Stoi tu także wierna rekonstrukcja stodoły z Besiekier. Zwiedzający mogą m.in. dowiedzieć się, jak wytwarzało się kiedyś mąkę żytnią. W chacie z połowy XIX w. przeniesionej ze wsi Skotniki wypieka się chleb według tradycyjnej receptury, funkcjonuje w niej również karczma, w której wszystkie dania przyrządza się ze świeżych produktów. W budynku inwentarskim z Uniejowa mieści się obecnie stajnia z boksami oddanymi do dyspozycji turystów przyjeżdżających do Zagrody Młynarskiej z własnymi końmi. 

 

Do Uniejowa warto także przyjechać po prostu na odpoczynek. Dzięki malowniczemu położeniu nad rzeką wśród pól i terenów zielonych miasteczko znakomicie sprawdza się jako baza wypadowa na wycieczki rowerowe czy konne, spływy kajakami lub odprężające długie spacery. W okolicy wspomnianego Zamku Arcybiskupów Gnieźnieńskich leży 34-hektarowy park w stylu angielskim. Założono go w drugiej połowie XIX stulecia, gdy rezydencja należała do estońskiej rodziny Tollów. Z inicjatywy właścicieli majątku wzniesiono też w 1885 r. prawosławną kaplicę grobową (tzw. cerkiew w Uniejowie), obecnie wpisaną do rejestru zabytków. Poza tym w urokliwej miejscowości uzdrowiskowej nad Wartą, która uzyskała prawa miejskie ok. 1285 r., znajduje się jeszcze XIV-wieczna gotycka Kolegiata Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny i neobarokowa wieża kościelna z 1901 r.

 

Z HISTORIĄ W TLE

 

mury obronnne Piotrkowa Trybunalskiego

Zachowane fragmenty potężnych murów miejskich w Piotrkowie Trybunalskim

© ARCHIWUM URZĘDU MARSZAŁKOWSKIEGO WOJEWÓDZTWA ŁÓDZKIEGO 

 

Po chwili oddechu w uniejowskich termach można wyruszyć na dalsze poznawanie regionu. W województwie łódzkim nie brakuje również miejsc o długiej historii. Drugim największym ośrodkiem jest tutaj 75-tysięczny Piotrków Trybunalski, w którym zachował się niezmieniony średniowieczny układ urbanistyczny Starego Miasta. W latach 1512–1519 w granicach tego historycznego obszaru zbudowano Zamek Królewski (dzieło mistrza Benedykta z Sandomierza). Przyjął on formę gotycko-renesansowej wieży mieszkalnej. Jako budulca użyto głównie cegły i piaskowca. Obecnie znajduje się w nim Muzeum w Piotrkowie Trybunalskim. Najstarszym obiektem sakralnym w mieście jest gotycki Kościół św. Jakuba Apostoła (z barokowymi kaplicami), który pierwszy raz był wzmiankowany w dokumentach z 1349 r. Do naszych czasów przetrwał także, jako jeden z niewielu w Polsce, budynek Wielkiej Synagogi. Ukończono go w 1793 r., a dziś funkcjonuje tu Miejska Biblioteka Publiczna im. Adama Próchnika. Co ciekawe, zburzenia w trakcie II wojny światowej uniknęła też wzniesiona w 1775 r. Mała Synagoga, w której po odnowieniu umieszczono bibliotekę dla dzieci. Choć wnętrze obiektu zostało poważnie zniszczone przez Niemców, na jednej ze ścian zachował się fragment polichromii Pereca Wilenberga. Warto również wspomnieć o tzw. Piotrkowskiej Manufakturze (Manufakturze Piotrkowskiej) przy ul. Sulejowskiej. Tą nazwą określa się czterokondygnacyjny ceglany budynek fabryki włókienniczej pochodzący z 1911 r. (projektu inż. Józefa Majchrowskiego). Spółka, która zainicjowała rozwój przedsiębiorstwa, zawiązała się już w czerwcu 1893 r. Mimo wielu pomysłów na wykorzystanie gmachu nadal stoi on pusty i niszczeje. Nie udało się – niestety – przekształcić obiektu np. w centrum handlowo-usługowo-rozrywkowe podobne do Manufaktury w Łodzi.

 

Piotrków Trybunalski w 2017 r. obchodzi jubileusz 800-lecia powstania miasta (najstarsza pisemna wzmianka o nim znajduje się w dokumencie z 1217 r. wydanym przez księcia Leszka Białego dla pobliskiego opactwa cystersów w Sulejowie). Z tej okazji zaplanowano różnorodne wydarzenia. Poza tym w marcu odbyły się Dni Przyjaźni Polsko-Węgierskiej. Ich gospodarzem w tym roku był właśnie Piotrków Trybunalski. Miasto odwiedzili prezydenci Polski i Węgier, a z koncertem wystąpił m.in. węgierski zespół rockowy Omega. Natomiast w dniach 27–28 maja zorganizowano IV Festiwal Kultury Miast Partnerskich, podczas którego zaprzyjaźnione ośrodki z innych krajów prezentowały swoje zwyczaje, kulturę, kuchnię i atrakcje turystyczne. Na 17 czerwca zaplanowano finał Ogólnopolskiego Festiwalu Wokalnego „Najpiękniejsze są polskie piosenki”. Motyw przewodni konkursu stanowi twórczość pochodzącej z Piotrkowa Trybunalskiego Anity Lipnickiej. Świętowanie piotrkowskiego jubileuszu tak naprawdę dopiero się jednak rozpoczęło. W planach jest jeszcze wiele innych interesujących imprez. W okresie letnim jak co roku obchodzone będą Dni Miasta pod hasłem Imieniny Piotrków. Zaczną się one od tradycyjnego Jarmarku Trybunalskiego 23 czerwca i potrwają do 25 czerwca. Zawita tutaj także Lato z Radiem, w ramach którego 20 sierpnia z koncertami wystąpią polscy artyści (m.in. Zakopower i IRA). We wrześniu (w dniach 29–30) Piotrków Trybunalski jako gospodarz zorganizuje wojewódzkie obchody Światowego Dnia Turystyki – w programie znajdują się np. wystawa lotnicza, warsztaty piwowarskie i etnograficzne, minigra miejska „800 lat” czy degustacja przysmaków z lokalnych restauracji. To – oczywiście – nie wszystkie atrakcje przygotowane przez miasto na ten rok.

 

ARCYBISKUPI I PRZEMYSŁ

 

Skierniewice Swieto Kwiatow Owocow i Warzyw fot Julia Kostarska-Talaga

Skierniewickie Święto Kwiatów, Owoców i Warzyw

© JULIA KOSTARSKA TALAGA/REGIONALNA ORGANIZACJA TURYSTYCZNA WOJEWÓDZTWA ŁÓDZKIEGO

 

Do wartych poznania miast województwa łódzkiego należą też niemal 50-tysięczne Skierniewice. Dziś wciąż kojarzą się one z rozwijającym się w nich przemysłem, w tym m.in. Zakładami Transformatorów Radiowych UNITRA-ZATRA (później ZATRA S.A.). Co ciekawe, pierwotnie były własnością arcybiskupa gnieźnieńskiego. Jednym z najważniejszych skierniewickich zabytków jest Pałac Prymasowski otoczony zespołem parkowym. Wzniesiono go w latach 1610–1619, ale ostateczny kształt otrzymał w drugiej połowie XVIII stulecia. Charakteryzuje się stylem neorenesansowym, a w jego pobliżu powstała osada pałacowa. Od strony wschodniej do parku prowadzi klasycystyczna Brama Wjazdowa autorstwa architekta Efraima Szregera (1727–1783). Niedaleko znajduje się również eklektyczna Willa Aleksandria z 1841 r. projektu Adama Idźkowskiego (1798–1879). W drugiej połowie XIX w. mieszkali w niej adiutanci cara Aleksandra II Romanowa. Budowla była także nazywana pałacykiem Sabediany. Według legendy książę Aleksander Bariatyński (1814–1879), w latach 70. XIX stulecia właściciel dóbr skierniewickich, trzymał w niej przywiezioną z Kaukazu brankę, którą zwał właśnie Sabedianą, ponieważ miała być mądra jak królowa Saby i zgrabna jak rzymska bogini Diana. W tej okolicy na uwagę zasługują jeszcze dwa obiekty, o nieco odmiennym charakterze. Pierwszy z nich to wyjątkowy gmach dworca kolejowego. Budynek w stylu modnego wówczas gotyku angielskiego zaprojektował w drugiej połowie XIX w. Jan Kacper Heurich (1834–1887). Choć spłonął w 1914 r., został odbudowany według projektu Jana Fryderyka Heuricha (1873–1925), a na przełomie XX i XXI stulecia odrestaurowany zgodnie z pierwotnymi planami. Zachowała się tu oryginalna wiata peronowa o konstrukcji żelazno-drewnianej z 1893 r. Nic dziwnego, że skierniewicki dworzec stał się tłem dla scen w Ziemi obiecanej w reżyserii Andrzeja Wajdy. Na peronie 1 w 2010 r. umieszczono poza tym rzeźbę Stanisława Wokulskiego, bohatera powieści Lalka Bolesława Prusa (1847–1912), który w trakcie podróży do Krakowa ze swoją narzeczoną Izabelą Łęcką, jej ojcem i kuzynem Starskim w tym miejscu wysiadł z pociągu, kiedy dowiedział się, że jego wybranka naprawdę go nie kocha. Niedaleko znajduje się również zabytkowa parowozownia z 1845 r. – można w niej oglądać nieużywane już lokomotywy, parowozy i wagony. Na południe stąd leży skierniewicki Rynek z zachowanym średniowiecznym układem urbanistycznym. Wznosi się przy nim neorenesansowy Ratusz z 1847 r. i urokliwe kamieniczki. Nieco bliżej wspomnianego zespołu pałacowo-parkowego stoi odnowiona eklektyczna Willa Kozłowskich z 1893 r., w której dziś funkcjonuje m.in. Urząd Stanu Cywilnego (Pałac Ślubów).

 

W 2017 r. Skierniewice obchodzą 560-lecie nadania prawa miejskich (otrzymały je w 1457 r.). Główne uroczystości związane z tą okazją odbyły się w lutym (np. impreza plenerowa na Rynku i uroczysta gala w Kinoteatrze Polonez). Natomiast 27 maja na festiwalu Maj Syty Fest wystąpili na Rynku artyści grający muzykę alternatywną. W czasie trwania koncertów można było posilić się specjałami z food trucków. Już po wakacjach z kolei planowana jest też wyjątkowa, 40. edycja wrześniowego Skierniewickiego Święta Kwiatów, Owoców i Warzyw (16 i 17 września 2017 r.). W ciągu całego roku zorganizowanych zostanie wiele ciekawych wydarzeń kulturalnych i sportowych. Program obchodów jubileuszu udostępniono na stronie internetowej www.najlepszegoskierniewice.pl.

 

***

Województwo łódzkie z pewnością potrafi zaskoczyć każdego, szczególnie swoim potencjałem. Tutaj, w centralnej części Polski, ślady przeszłości przywraca się do życia, historia łączy się ze współczesnością. A jeśli zmęczymy się nadmiarem wrażeń podczas zwiedzania niesamowicie inspirującej Łodzi i innych okolicznych miast, możemy zrelaksować się w uniejowskich termach. Łódzkie to świetne miejsce nie tylko na weekendowy odpoczynek, lecz także na dłuższą wycieczkę, i wciąż czeka na odkrycie.

Artykuły wybrane losowo

12 najlepszych miejsc na wyjazdy rowerowe w Polsce i Europie

opracował:
JAKUB WASIAK

<< Moda na aktywny wypoczynek nadal ma się świetnie wśród Polaków. Szczególnie niektóre sposoby takiego spędzania wolnego czasu zyskały sobie dużą popularność w naszym kraju. Gdy nadchodzi wiosna, z garażów i piwnic wyciągamy jeden z ulubionych środków transportu na całym świecie – tani w eksploatacji, w pełni ekologiczny i łatwy do przewożenia rower. Nic tak nie poprawia samopoczucia po mroźnej zimie i jednocześnie nie wzmacnia kondycji fizycznej jak wycieczka jednośladem wśród przepięknych polskich i europejskich krajobrazów. >>

Więcej…

Rajskie wyspy Indonezji

 Prambanan temple

Hinduistyczny kompleks Prambanan na Jawie

© AMBASADA REPUBLIKI INDONEZJI W WARSZAWIE

 

MAJA KAŹMIERCZAK-BARTHEL

www.TRAVELINGROCKHOPPER.COM

 

Według mnie Indonezja słynie z licznych wulkanów, tradycyjnego dania „nasi goreng”, orangutanów z Sumatry i Borneo oraz waranów z Komodo. Choć każdy z moich przykładów da się uzasadnić, większość osób kojarzy ją jednak z rajską Bali. Czy właśnie ta wyspa najlepiej reprezentuje cały kraj? Zdecydowanie nie i… trochę tak.

 

Indonezja leży w Azji Południowo-Wschodniej i częściowo Oceanii. To największe wyspiarskie państwo na świecie (o powierzchni ponad 1,9 mln km²). Swoimi granicami obejmuje 17 508 wysp, z czego mniej więcej 6 tys. pozostaje zamieszkanych. Ten rozległy kraj oddziela Pacyfik od Oceanu Indyjskiego.

 

Przy tak dużym wyborze naprawdę trudno zdecydować, gdzie zawitać podczas podróży po Indonezji. Mnóstwo jej wysp kusi turystów obietnicą rajskich wakacji. W tym ogromie znajduje się wiele prawdziwych perełek.

 

KRAINA BOGÓW

 

Bali z jednej strony jawi się jako turystyczny eden, egzotyczna kraina o wyjątkowej kulturze, z cudowną przyrodą, piaszczystymi plażami i idealną pogodą. Z drugiej strony wiele osób mówi, że wyspa jest przereklamowana, zatłoczona czy wręcz niewarta odwiedzenia, ponieważ w Indonezji znajduje się mnóstwo ciekawszych miejsc. Obie te opinie są słuszne. Na Bali funkcjonują rewelacyjne resorty, ale także kiepskiej jakości hotele. Rozwinęła się tu interesująca kultura i balijska odmiana hinduizmu, przetrwał odrębny język (balijski, basa bali), jednak inne rejony kraju też są wyjątkowe. Na wyspie leży dużo pięknych plaż, lecz wiele z nich jest zatłoczonych. W tym regionie panuje klimat równikowy z dwoma porami w roku: suchą i deszczową. W trakcie trwania tej drugiej (zazwyczaj od października do kwietnia) nie należy raczej spodziewać się idealnej pogody. Mnóstwo miejsc na Bali ma charakter typowo turystyczny, komercyjny, ale nie wszystkie, uchowało się tutaj również wiele urokliwych zakątków. Choć to nieduża wyspa (ma ponad 5,5 tys. km² powierzchni), jednak jest na tyle rozległa, że dzięki sporemu zróżnicowaniu prawie każdy znajdzie na niej coś dla siebie. Zdecydowanie warto ją odwiedzić i poznać rozmaite jej oblicza. W końcu nie bez przyczyny nazywana bywa krainą bogów.

 

Jednym z powodów, dla których turyści udają się na Bali, są jej przepiękne plaże. Wybrzeże wyspy w wielu miejscach pokrywa biały piasek. Natkniemy się też na czarne, wulkaniczne brzegi (plaża Lovina na północy), także bardzo malownicze. Amatorzy wszelkich sportów wodnych poczują się tu jak w raju. Ogromną popularnością cieszą się surfing i nurkowanie. Ciekawą atrakcję stanowi poza tym obserwowanie delfinów.

 

Indonezja jest w większości muzułmańska (powyżej 87 proc. ludności), jednak Balijczycy wyznają przede wszystkim lokalną odmianę hinduizmu (ok. 83,5 proc. mieszkańców wyspy), co w dużej mierze sprawiło, że kultura balijska tak bardzo różni się od tej z innych rejonów kraju. Na Bali znajduje się ponad 6 tys. świątyń hinduistycznych! Nie sposób ich wszystkich odwiedzić, ale do kilku koniecznie należy się wybrać, gdyż są dość specyficzne. Jedne z piękniejszych to np. Besakih na zboczu góry Agung (3031 m n.p.m.), Tirta Empul i Gunung Kawi w mieście Tampaksiring, sanktuarium Goa Gajah (Jaskinia Słonia) koło Ubud, zbudowana na klifie XI-wieczna świątynia Uluwatu (zwana również Luhur Uluwatu) oraz dwie najchętniej fotografowane budowle: Ulun Danu Bratan nad brzegiem jeziora Bratan i usytuowana na skale Tanah Lot niedaleko Denpasar.

 

Zwiedzanie obiektów sakralnych na wyspie można połączyć z oglądaniem przedstawienia muzyczno-tanecznego. Mimo iż takie spektakle bywają zwykle przeznaczone głównie dla turystów, warto je zobaczyć, gdyż prezentują interesujące elementy balijskiej kultury. Do typowych widowisk należy pokaz tańca lwa (barong), ilustrującego wieczną walkę dobra ze złem.

 

Podczas pobytu na Bali albo w innej części Indonezji polecam zainteresować się także batikiem. To technika malowania tkanin polegająca na nakładaniu wielu warstw wosku na materiał, a następnie zanurzaniu go w barwniku, który farbuje jedynie nie pokryte niczym miejsca. Aby uzyskać rozmaite efekty, proces woskowania i farbowania powtarza się wielokrotnie. Ta metoda zdobienia znana jest w różnych krajach, np. w Indonezji, Malezji, Singapurze, Indiach, Bangladeszu, Nigerii, Senegalu, Mali, Chinach, Japonii, Iranie, na Sri Lance i Filipinach. Historia batiku sięga starożytności, już w IV w. p.n.e. w Egipcie używano podobnie dekorowanych tkanin do owijania zwłok. Co ciekawe, ten indonezyjski uchodzi za zdecydowanie najsłynniejszy. W 2009 r. batik z Indonezji wpisano na Listę Reprezentatywną Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Od tego czasu tutejszy rząd zachęca obywateli, aby w piątki nosili ubrania wykonane z tak zdobionych tkanin, a 2 października obchodzi się w kraju Dzień Batiku.

 

Ciekawą atrakcją Bali jest również Małpi Las Ubud (Ubud Monkey Forest). To park o powierzchni ok. 12,5 ha. Żyje w nim mniej więcej 700 małp (makaków krabożernych), występują tutaj rozmaite gatunki roślin i znajdują się trzy świątynie. Wizyta w tym miejscu powinna być doznaniem duchowym, przynieść nam spokój i równowagę.

 

Jeden z moich ulubionych rejonów na wyspie stanowią tarasy ryżowe (Tegallalang lub Jatiluwih). Ryż jest podstawowym produktem spożywczym na Bali (jak i w całym kraju), częścią tutejszej kultury. Co więcej, jego uprawa to ważny element indonezyjskiej gospodarki. Indonezja znajduje się na trzecim miejscu wśród największych światowych producentów ryżu (po Chinach i Indiach). Niestety, uprawianie tej rośliny stanowi skomplikowane i trudne zajęcie. W Azji rolnicy coraz częściej rezygnują z pracy na polu, gdy widzą, że łatwiej czerpać dochody z branży turystycznej. Trudno im się dziwić, ale żal patrzeć na niszczejące tarasy ryżowe.

 

Bali szczyci się też typowo indonezyjską atrakcją, jaką są wulkany. Dwa najsłynniejsze to Batur (1717 m n.p.m.) i Agung (3031 m n.p.m.). Ze szczytu pierwszego z nich turyści często podziwiają zachwycający wschód słońca. Góra Agung jest wyższa i wspinaczka na nią wymaga dużo więcej wysiłku. Na dodatek od sierpnia 2017 r. aktywność tego wulkanu bardzo wzrosła i w listopadzie doszło do kilku znacznych wybuchów. Z tego powodu odwołano wszystkie loty z i na Bali, a wiele osób ewakuowano. Większa erupcja może całkowicie odmienić oblicze wyspy...

 

RAJ BEZ TURYSTÓW

 

Jeżeli wakacje na Bali ciągle nie brzmią do końca przekonująco, polecam wybrać się na Lombok. Obie wyspy są do siebie podobne pod względem przyrodniczym (niektóre miejsca nawet mają takie same nazwy, np. plaża Kuta). Lombok bywa jednak słusznie nazywana Bali bez tłumów. Warto się spieszyć, żeby ją odwiedzić, bo każdego roku przybywa na nią coraz więcej turystów.

 

Na wyspie znajdują się wspaniałe plaże (w tym wyjątkowa różowa Tangsi), piękne wodospady (Benang Kelambu i Senaru), góry i wulkany. Jej okolica świetnie nadaje się do surfowania i nurkowania. Lombok to również znakomite miejsce na romantyczną podróż dla nowożeńców. Tutejsze tradycje i kulturę można poznać bliżej w wiosce grupy etnicznej Sasak.

 

Na północy wyspy wznosi się jeden z najwyższych i najbardziej aktywnych indonezyjskich wulkanów – Rinjani (3726 m n.p.m.). Wyprawa na jego szczyt zajmuje ok. dwa–trzy dni, mimo to przyciąga on wielu chętnych. Z góry rozpościera się wspaniała panorama na całą Lombok, widać nawet pobliską Bali.

 

U północno-zachodnich wybrzeży leżą tu trzy małe wysepki Gili. Dość długo ten archipelag był uznawany za rajski, idealny na idylliczne wakacje dla mniej zamożnych turystów. Obecnie wszystko się zmienia, jednak wysepki Gili ciągle wydają się być ciekawą propozycją turystyczną.

 

SEN NA JAWIE

 

bromo

Rozległa kaldera Tengger z dymiącym kraterem czynnego wulkanu Bromo

© AMBASADA REPUBLIKI INDONEZJI W WARSZAWIE

 

Najbardziej zaludnioną wyspę na świecie stanowi indonezyjska Jawa. Zamieszkuje ją aż ok. 145 mln osób. Zdecydowanie nie brzmi to jak zachęta do jej odwiedzenia, ale jest tutaj kilka wspaniałych miejsc, bez zobaczenia których wizyta w Indonezji byłaby niepełna. To właśnie na Jawie znajdują się mistyczne świątynie Borobudur i Prambanan, zachwycające okolice z wulkanami Bromo (2329 m n.p.m.) i Ijen (2443 m n.p.m.) oraz Madakaripura – wodospad pozostający na długo w pamięci. Tutejsze cuda wbrew nazwie wyspy wydają się jak ze snu.

 

Zwiedzanie najlepiej zacząć od ponad 400-tysięcznej Yogyakarty (Jogyakarty). Uchodzi ona za centrum kultury i sztuki jawajskiej. Miasto jest warte zobaczenia, a do tego tutejsze restauracje kuszą smaczną kuchnią. Z Yogyakarty obowiązkowo trzeba wybrać się do wspomnianych wyjątkowych zabytków sakralnych.

 

Borobudur należy do największych buddyjskich świątyń na świecie. Pochodzi według szacunków z VIII–IX w. W 1991 r. obiekt ten został wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Moim zdaniem to najpiękniejsza i najciekawsza świątynia w Indonezji, nie tylko ze względu na detale architektoniczne, liczne rzeźby (m.in. 504 posągi Buddy) i płaskorzeźby (2672 reliefy). Zachwyca także jej okolica. Jedynie ogromna popularność tego miejsca, a co za tym idzie, ściągające tu codziennie tłumy turystów, mogą odstręczać od wizyty. Co ciekawe, kompleks Borobudur przez kilka stuleci był ukryty pod pyłem wulkanicznym i porośnięty bujną roślinnością. Został opuszczony prawdopodobnie na przełomie X i XI w., ale dopiero w 1814 r. natrafiono na pierwsze ślady budowli. Przez kolejne lata odkrywano ją po kawałku, a obecnie jest jedną z głównych atrakcji kraju.

 

Prambanan to hinduistyczny zespół świątynny z połowy IX w. Ten największy tego typu obiekt w Indonezji umieszczono zresztą w 1991 r. na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Niestety, w wyniku trzęsień ziemi, zwłaszcza ostatniego z maja 2006 r., wiele miejscowych świątyń zostało zniszczonych. Niektóre z nich odbudowano, ale część nadal czeka na renowację. Prambanan również uchodzi za jedną z ważniejszych atrakcji kraju. Każdego dnia odwiedzają go rzesze turystów. Jednak i tu można znaleźć spokój i miejsce tylko dla siebie.

 

W Indonezji jest prawie 130 czynnych wulkanów. Na Jawie, o ile pozwalają na to względy bezpieczeństwa, polecam odwiedzić okolice Bromo i Ijen. Czasem z powodu dużej aktywności nie zaleca się wycieczek w ich rejony. Należy więc wcześniej sprawdzić aktualną sytuację.

 

Najpopularniejszy w Indonezji Bromo wchodzi w skład masywu Tengger. Najaktywniejszym i najwyższym wulkanem na Jawie jest jednak Semeru (zwany też Mahameru, 3676 m n.p.m.). Od 1967 r. regularnie (co ok. 20 min.) wydobywa się z niego dym, a czasem wydostają się również chmury pyłu lub kamienie. Bromo i Semeru położone są wewnątrz kaldery o średnicy mniej więcej 10 km i otoczone przez tzw. morze piasków (z drobnego piasku wulkanicznego). Okolica wulkanów stanowi popularne miejsce na podziwianie wschodu słońca. Jakkolwiek banalnie to brzmi, zapewniam, że jest cudownym doświadczeniem. Wyłaniający się spod pierzyny chmur krajobraz wygląda niesamowicie. Po przeżyciach natury estetycznej można pokrążyć w pobliżu i nawet zajrzeć do krateru. W drodze powrotnej trzeba koniecznie zobaczyć Madakaripurę – według mnie jeden z najwspanialszych wodospadów w Azji.

 

Równie wyjątkowo prezentuje się zespół czynnych wulkanów Ijen (Kawah Ijen, Gunung Iljen). W jednym z kraterów znajduje się największe na świecie kwaśne jezioro charakteryzujące się pięknym turkusowym kolorem. Ijen często bywa celem nocnych wycieczek, których uczestnicy chcą zobaczyć tzw. niebieski płomień. Zjawisko to zachodzi na skutek wysokiego stężenia związków siarki. Nie jest to jedyne miejsce na naszym globie, gdzie można je obserwować, jednak w Indonezji widuje się największe niebieskie ognie. Niestety, okolica słynie także z niezmiernie ciężkich warunków pracy. Mężczyźni wydobywający siarkę wspinają się po zboczu, aby dostać się do złóż. Nie mają żadnego specjalistycznego sprzętu, strojów ochronnych czy chociażby masek przeciwgazowych. Rozłupują ogromne bloki, a potem układają żółte bryły w dwóch sporych koszach i niosą je na plecach stromą i długą ścieżką. Mimo włożonego wielkiego wysiłku nie zarabiają zbyt dużo. Na ten temat nakręcono kilka filmów dokumentalnych, m.in. Śmierć człowieka pracy (Workingman’s Death) z 2005 r. w reżyserii Austriaka Michaela Glawoggera.

 

Na Jawie znajduje się również stolica, a zarazem największe miasto Indonezji – ponad 10-milionowa Dżakarta. Nie jest ona jednak zbyt ciekawa. Właściwie warto polecić w niej jedynie piękny park Taman Mini Indonesia Indah, który prezentuje w miniaturze rozmaite atrakcje kraju. Wizyta w nim może być swojego rodzaju inspiracją do odwiedzenia poszczególnych wysp. Dżakarta sprawia też wrażenie najbardziej holenderskiego miejsca w Indonezji. Przez kilka wieków nazywana była Batawią (od 1619 do 1949 r.) i stanowiła stolicę Holenderskich Indii Wschodnich (od 1800 do 1949 r.). Dziś w Holandii działa wiele restauracji indonezyjskich. W Indonezji można za to spotkać Holendrów i znaleźć wiatraki.

 

 Sunrise at Kawah Ijen

Turkusowe kwaśne jezioro wulkaniczne w aktywnym kraterze Kawah Iljen

© AMBASADA REPUBLIKI INDONEZJI W WARSZAWIE

 

U ORANGUTANÓW

 

Sumatra to szósta pod względem wielkości wyspa na świecie (ma powierzchnię ponad 443 tys. km²) i największa należąca w całości do Indonezji. Słynie ona przede wszystkim z przepięknej przyrody. Znajdziemy tutaj tropikalne lasy, wulkany i jeziora. Poza tym wyspę zamieszkuje także endemiczny gatunek orangutana (orangutan sumatrzański). Polecam szczególnie dwa akweny na Sumatrze – Toba i rzekę Bahorok.

 

Pierwszy z nich to największe jezioro wulkaniczne na świecie, które powstało po wybuchu ogromnego wulkanu, prawdopodobnie ok. 75–80 tys. lat temu. Toba ma powierzchnię 1130 km². Znajduje się na nim wyspa o nazwie Samosir. Okolica cieszy się dużą popularnością wśród Indonezyjczyków, ale niewielu obcokrajowców słyszało o tym miejscu. Muszę przyznać, że otoczenie jeziora wygląda całkiem przyjemnie, wokół wznoszą się majestatyczne góry, jest tu spokojnie (prawie nie ma turystów) i można wypocząć. Jednak bardzo rozczarowała mnie jakość wody. Niestety, obecnie Toba nie nadaje się nawet do pływania. Widok ludzi myjących w nim kanistry na benzynę zdecydowanie nie polepsza sytuacji. Może kiedyś się to zmieni.

 

Lasy deszczowe na Borneo i Sumatrze zamieszkują orangutany. Te wyjątkowe zwierzęta są dziś zagrożone wyginięciem. Ich populacja zmniejsza się ze względu na wycinanie drzew i wypalanie skupisk leśnych (często nielegalne). Uważam, że podczas podróżowania po świecie trzeba zachowywać się odpowiedzialnie i starać się jak najmniej wpływać na miejsca, do których się trafia. Dotyczy to szczególnie środowiska naturalnego. Polecam więc odwiedzać rezerwaty (a nie ogrody zoologiczne), gdzie można nauczyć się czegoś o ich mieszkańcach i dowiedzieć się, jak pomóc przetrwać zagrożonym gatunkom. Jednym z takich obszarów specjalnej ochrony jest sanktuarium w miejscowości Bukit Lawang na Sumatrze. Ośrodek nad rzeką Bahorok został założony w 1973 r. właśnie z myślą o osieroconych, rannych lub urodzonych w niewoli orangutanach. To wspaniałe centrum rehabilitacji leży na wschodnim skraju Parku Narodowego Gunung Leuser.

 

NA GRANICY

 

Trzecią co do wielkości wyspę na świecie stanowi Borneo (ma blisko 750 tys. km² powierzchni). Jej terytorium jest podzielone między trzy kraje: Malezję, Brunei i Indonezję. Do tego ostatniego należy największy obszar (ok. 73 proc. powierzchni wyspy). Borneo po indonezyjsku nazywa się Kalimantan. Co ciekawe, nie ma na niej wulkanów (z wyjątkiem Bombalai w malezyjskiej części), nie występuje również zagrożenie tsunami. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu wyspę pokrywały głównie lasy deszczowe. Niestety, ten stan bardzo drastycznie się zmienił. Niemniej dla turystów Borneo wciąż jest wielkim tropikalnym lasem z rozmaitymi gatunkami roślin i zwierząt. W indonezyjskiej części wyspy obowiązkowo trzeba odwiedzić Park Narodowy Tanjung Puting słynący z ochrony orangutanów i nosaczy sundajskich.

 

WSPANIAŁY OGRÓD

 

Sulawesi (Celebes) leży między Borneo i Molukami (Wyspami Korzennymi). Jest jedną z głównych wysp Indonezji (ma ponad 180 tys. km² powierzchni), ale ciągle pozostaje niemal nieodkrytą perełką. Znajdują się na niej piękne plaże, góry, tarasy ryżowe czy lasy deszczowe. Rozwinęła się tutaj także bogata kultura i tradycje. Na Sulawesi można spotkać wiele endemicznych gatunków zwierząt, np. anoa nizinnego, babirussę sulaweską, łaskuniaka (łaskuna) brązowego, wyraka karłowatego, nogala hełmiastego, makaka czarnego czy makaka czubatego (który przeniósł się też na sąsiednie mniejsze wyspy). Okoliczne wody budzą duże zainteresowanie wśród miłośników nurkowania, ponieważ rozciąga się w nich przepiękna kolorowa rafa koralowa (m.in. w rejonie wysepki Bunaken, archipelagu Wakatobi lub Togian).

 

Sulawesi ma bardzo specyficzny kształt – składa się z czterech półwyspów. Na poszczególnych jej obszarach występuje charakterystyczna dla nich fauna i flora. Mieszkańcy każdego półwyspu wymieniają tysiące powodów, dla których turyści powinni odwiedzić właśnie ich region. Ja jednak ograniczyłabym się do kilku najpiękniejszych miejsc (np. jeziora Tondano, obszaru Tana Toraja), chyba że czas pozwala komuś na dłuższy pobyt.

 

Wyspę zamieszkują różne grupy etniczne, w tym m.in. Toradżowie (Toraja), którzy zajmują się od lat uprawą ryżu, rybołówstwem i myślistwem. Warto rozważyć wizytę w rejonie Tana Toraja, aby poznać zwyczaje jego mieszkańców, ich styl życia czy specyficzne podejście do śmierci i oryginalne tradycje pogrzebowe. Poza tym to wyjątkowo malownicza okolica z zielonymi dolinami i górami.

 

Na Sulawesi nie bez powodu przyciągają wielu turystów dwa obszary chronione. W końcu przyroda jest najpiękniejszym skarbem tej wyspy. W Parku Narodowym Bogani Nani Wartabone żyje mnóstwo endemicznych gatunków zwierząt, w tym anoa nizinny, niezmiernie rzadko widywana sowica cynobrowa, babirussa sulaweska, świnia celebeska czy jego symbol – nogal hełmiasty. Podobnym bogactwem fauny szczyci się pięknie usytuowany Rezerwat Naturalny Tangkoko Batuangus, gdzie ujrzymy choćby makaka czubatego i wyraka upiornego.

 

NIEZNANY SKARB

 

Flores przez wielu uważana jest za najpiękniejszą i najbardziej fascynującą wyspę Indonezji. Długo pozostawała w cieniu np. dużo popularniejszej Bali i dzięki temu nie została jeszcze zalana przez tłumy turystów. Dlatego tym bardziej polecam rozważyć zatrzymanie się na niej podczas planowania wakacji w tym fascynującym kraju. Flores reklamuje się jako wyspa dla osób aktywnych, ze wspaniałymi miejscami do nurkowania i snorkelingu oraz spektakularnymi wulkanami idealnymi na trekkingi. Poza tym kładzie się tu też nacisk na ekoturystykę, promowanie lokalnych tradycji i kultury.

 

Największą atrakcją wyspy jest zdecydowanie góra Kelimutu (1639 m n.p.m.). Zdjęcia prezentujące trzy tutejsze niesamowite wulkaniczne jeziora zdecydowanie zachęcają do odwiedzenia Flores. Widoki w tej okolicy rzeczywiście zapierają dech w piersiach. W przeszłości trzy jeziora w kraterze często zmieniały swój kolor. Obecnie jedno jest czarnobrązowe, drugie – turkusowoniebieskie, a trzecie ma barwę przechodzącą z zielonej w czerwoną. Ich woda wybarwia się prawdopodobnie za sprawą minerałów, które nasycają ją w różnej ilości w zależności od aktywności wulkanu. Ze względu na występowanie tego zjawiska lokalna ludność uważa to miejsce za święte. Okolica wulkanu Kelimutu zachwyca o każdej porze dnia, jednak najwięcej ludzi przyciąga o wschodzie słońca lub wcześnie rano.

 

Aby poznać kulturę Flores i jej mieszkańców, najlepiej wybrać się do wioski Wae Rebo. Żyją w niej przedstawiciele grupy etnicznej Manggarai. Osada jest ukryta wśród malowniczych gór i żeby się do niej dostać, trzeba maszerować przez ok. 3–4 godz. Nagrodę za ten wysiłek stanowi wyjątkowe doświadczenie obcowania z rdzenną ludnością Indonezji. Co więcej, w Wae Rebo można także spędzić noc w charakterystycznym domu w kształcie stożka.

 

Całkowicie inną wioską, niemniej fascynującą, jest Bena. To najbardziej znana i najczęściej odwiedzana tradycyjna osada na Flores. Podobnie jak Wae Rebo ona również leży w pięknej scenerii. Wizyta w niej będzie więc nie tylko poznawaniem kultury grupy etnicznej Ngada (Ngadha), ale też doznaniem estetycznym.

 

Inne ciekawe miejsce na wyspie stanowi jaskinia Liang Bua. Sama w sobie jest warta odwiedzenia, ale cieszy się obecnie zainteresowaniem głównie ze względu na cenne znalezisko. W 2003 r. odkryto tutaj szczątki Homo floresiensis, czyli człowieka z Flores. Naukowcy wciąż spierają się, czy był to osobny gatunek, czy odnaleziony osobnik cierpiał na jakąś chorobę, np. genetycznie uwarunkowany zespół Downa bądź zespół Larona. Niezależnie od tego, jakie okaże się wyjaśnienie tej zagadki, Flores jest dumna ze swojego hobbita, jak potocznie nazywa się hominida, którego szczątki zachowały się w Liang Bua. W okolicy warto również odwiedzić dwie pobliskie jaskinie – Gua Galang i Gua Tanah.

 

 Wae Rebo

Wioska Wae Rebo na wyspie Flores z domami mbaru niang w kształcie stożka

© AMBASADA REPUBLIKI INDONEZJI W WARSZAWIE

 

INDONEZYJSKIE SMOKI

 

Na zakończenie należy dodać chociaż kilka słów o jednym z symboli Indonezji – waranie (smoku) z Komodo. To największa współcześnie żyjąca jaszczurka. Dorosły osobnik może ważyć ponad 70 kg i osiągnąć 3 m długości. Co ciekawe, warany z Komodo nie mają naturalnych wrogów, przynajmniej wśród innych zwierząt, ale zdarza się, że zjadają młode swojego gatunku. Potrafią być też dość agresywne i choć zdarza się to wyjątkowo rzadko, mogą zaatakować człowieka. Muszę przyznać, że gdy kiedyś spotkałam jednego z nich na plaży (akurat wyszedł zza krzaków, wydając charakterystyczne odgłosy), bardzo szybko przeniosłam się w inne, bezpieczniej wyglądające miejsce. W celu ochrony warana w 1980 r. założono Park Narodowy Komodo (od 1991 r. znajduje się na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO). Zajmuje on powierzchnię 1817 km² i obejmuje wiele wysp i wysepek, m.in. Komodo, Padar i Rincę (Rindję).

 

Peru w kolorach tęczy

 

LUCYNA LEWANDOWSKA

WWW.LUCYNA-LEWANDOWSKA.PL

 

Obchody Inti Raymi (Święta Słońca) w Cusco

025518 300

© HEINZ PLENGE PARDO/PROMPERÚ

 

W języku hiszpańskim nazwę „Peru” akcentuje się na ostatnią sylabę, przeciągając nieco literę „u”. W rozmowie z mieszkańcami zawsze warto wspomnieć, że bardzo podoba nam się ich ojczyzna. „Perú, hermoso país” („Peru, piękny kraj”) nie jest wcale jedynie kulturalną formułką, ponieważ to rzeczywiście wspaniałe miejsce na naszym globie, olśniewające niezmiernie zróżnicowanymi krajobrazami i fascynującą kulturą, ale chyba przede wszystkim zachwycające wręcz niesamowitą mozaiką barw.

 

Z podróży w te strony pozostają w pamięci soczysta zieleń Amazonii, błękit Oceanu Spokojnego, pomarańcz i brąz wyżyn oraz wielokolorowe stroje peruanos (Peruwiańczyków). Nic więc dziwnego, że wiphala, symbol kojarzony z imperium Inków (Tawantinsuyu), składa się z kwadratów w siedmiu kolorach. W swojej współczesnej wersji prezentują one spektrum światła widzialnego.

 

Już sam lot z Europy do Peru dostarcza barwnych widoków. Kiedy przemierzymy niebieski Atlantyk, przez kilka godzin przez okna samolotu możemy przyglądać się olbrzymiej puszczy amazońskiej. W pewnym momencie zielony las deszczowy niespodziewanie zamyka potężny łańcuch Andów. Gdy docieramy do mniej więcej 10-milionowej Limy, stolicy kraju, góry nagle ustępują miejsca kolejnemu oceanowi, tym razem Pacyfikowi.


KOLONIALNE MIASTO KRÓLÓW

 

Lima, niegdyś jeden z najbogatszych ośrodków Ameryki Południowej, nazywana bywa też miastem hiszpańskich konkwistadorów. Francisco Pizarro (1478–1541) założył ją prawie 500 lat temu (w styczniu 1535 r.) jako bazę do podboju państwa Inków. Aż do 1824 r. była stolicą Wicekrólestwa Peru. Pierwotnie tytułowano ją Miastem Królów (Ciudad de los Reyes). Mimo wielokrotnych trzęsień ziemi zabytki w Limie zachowały swój kolonialny charakter i wciąż przypominają o jej dawnym bogactwie. Świadczy o tym wpisanie w 1988 r. zabudowy historycznego centrum na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.

 

Najwięcej turystów przyciąga plac Broni (Plaza de Armas, inaczej Plaza Mayor). Nazwę tę nadawano dość często głównym placom w wielu miastach Ameryki Południowej, ponieważ tu podczas najazdów z zewnątrz rozdawano broń ludziom. W tym miejscu znajdują się największe zabytki kolonialne: Katedra (Catedral de Lima) z grobowcem Francisca Pizarra, Pałac Arcybiskupi (Palacio Arzobispal) z pięknymi zdobionymi balkonami i Pałac Wicekrólów, obecnie Pałac Rządu (Palacio de Gobierno), w którym w 1821 r. ogłoszono niepodległość Peru. Obowiązkowo należy również złożyć wizytę w XVII-wiecznej Bazylice św. Franciszka, tworzącej zespół architektoniczny wraz z pobliskim klasztorem (Basílica y Convento de San Francisco) i uchodzącej za jedną z najpiękniejszych budowli sakralnych na kontynencie. Za jej potężną fasadą kryje się wnętrze ozdobione freskami, pozłacanymi ołtarzami i malowidłami. Odwiedzających intrygują jednak przede wszystkim tajemnicze katakumby znajdujące się pod ziemią. Jak twierdzą przewodnicy, pochowano w nich 25 tys. osób. Po obejrzeniu złożonych w kolejnych salach kości i czaszek nabiera się przekonania, że liczba ta wcale nie jest zawyżona.

 

Prowincja Lima przyciąga turystów także nowoczesnym nadmorskim rejonem z widokiem na długie oceaniczne fale, idealne do surfowania. Prym na tym obszarze wiedzie ekskluzywny dystrykt Miraflores, położony praktycznie na skraju klifów. Władze regionu postanowiły stworzyć tutaj zespół parków z rzeźbami, oryginalnymi roślinami oraz ścieżkami do spacerów i uprawiania joggingu. W wysokich wieżowcach działają najlepsze w okolicy restauracje, sklepy, hotele i nocne kluby.

 

Na zainteresowanie zasługuje też limska kuchnia ze specjałem ceviche (cebiche), czyli marynowaną surową rybą podawaną z sokiem z limonki, z dodatkiem cebuli, papryki i soli. Warto zwrócić uwagę, że to tradycyjnie przyrządzane danie można spotkać zarówno w luksusowych lokalach, jak i małych ulicznych budkach. Poza tym limeños (mieszkańcy Limy) uwielbiają pisco – brandy wyprodukowane z winogron. Alkohol ten jest składnikiem koktajlu pisco sour, uznawanego niemal za symbol narodowy Peru.

 

INKASKI ŚWIAT

 

Dawna stolica Inków – Cusco (Cuzco) – leży na wysokości ok. 3400 m n.p.m., pośród łagodnych, najczęściej nagich wzgórz. W oddali wznoszą się przykryte śniegiem monumentalne andyjskie szczyty. Przed udaniem się w ten rejon warto sobie uświadomić, że Peru ze względu na swoje położenie blisko linii równika i zróżnicowane ukształtowanie terenu charakteryzuje się rozmaitymi rodzajami klimatu. W trakcie naszej zimy w tej okolicy bywa jednak dosyć ciepło. Choć nocą temperatura powietrza potrafi spaść do 0°C, to w ciągu dnia, na słońcu, wzrasta nawet do ponad 20°C.

 

Mimo iż blisko 84 proc. mieszkańców kraju posługuje się na co dzień hiszpańskim, ciągle używa się tu kilkunastu języków indiańskich, w tym keczua i ajmara. To właśnie od pochodzącego z tego ostatniego języka wyrażenia qusqu wanka („skała sowy”) wielu etymologów wywodzi nazwę Cusco. Według legendy założył je pierwszy inkaski władca Manco Cápac. Zgodnie z badaniami archeologów Inkowie przybyli tutaj na początku XIII stulecia. Ich ośrodek szybko stał się najważniejszym centrum gospodarczym i kulturalnym regionu, mogącym poszczycić się m.in. nowoczesnym systemem wodno-kanalizacyjnym. Prawdopodobnie stanowi najstarsze miasto na zachodniej półkuli zamieszkane nieprzerwanie do dziś.

 

Czas największego rozkwitu Cusco przypadł na XV w. Trzeba zaznaczyć, że państwo Inków (nazywane Tawantinsuyu, Tahuantinsuyo)liczyło wtedy ok. 14 mln mieszkańców i rozciągało się na terenach należących obecnie do Ekwadoru, Peru, Boliwii, Chile, Argentyny i Kolumbii. Ten wyjątkowy okres skończył się wraz z przybyciem Hiszpanów. W listopadzie 1533 r. Francisco Pizarro podbił miasto. Trzy lata później spalono je, aby stłumić antyhiszpańskie powstanie. Na gruzach Cusco kolonizatorzy postawili nowe budynki. Wznieśli je m.in. z pozostałości po inkaskiej zabudowie. Z biegiem czasu okazało się, że mury konstruowane przez Inków z odpowiednio ociosanych kamieni potrafią przetrwać kolejne trzęsienia ziemi, hiszpańska architektura natomiast często ulegała zniszczeniom i wiele obiektów trzeba było wciąż stawiać od nowa.

 

Do dzisiaj możemy podziwiać tu zarówno budowle konkwistadorów, jak i fragmenty pierwotnego miasta. Centralnym placem jest – oczywiście – Plaza de Armas, przy którym wznosiła się niegdyś świątynia ku czci boga słońca (Coricancha). Stanowiła ważny ośrodek kultu, miejsce koronacji i pochówku inkaskich królów. Obecnie znajduje się w tym rejonie Klasztor św. Dominika Guzmána (Convento de Santo Domingo), w którym obejrzymy pozostałości pierwotnego obiektu. Przy głównym placu stał również pałac XV-wiecznego władcy Inków Viracochy (Huiracocha Inca). Na jego fundamentach wybudowano Katedrę (Catedral del Cusco), symbol nowego miasta. Hiszpanie zakończyli prace nad kościołem po ponad 100 latach. W ich trakcie używali kamieni pochodzących z murów pobliskiej inkaskiej twierdzy Sacsayhuamán. W środku, oprócz bogatych dekoracji, możemy podziwiać m.in. obraz peruwiańskiego malarza Marcosa Zapaty (ok. 1710–1773) przedstawiający ostatnią wieczerzę. W odróżnieniu od europejskich wersji tej sceny na stole przed Jezusem i apostołami autor umieścił półmisek z daniem typowym dla Peru – pieczoną świnką morską (kawią domową).

 

O potędze Inków świadczy wspomniana twierdzaSacsayhuamán,która góruje nad Cusco. Chociaż do dziś przetrwały jedynie jej ruiny, nadal zachwyca turystów. Plan fortecy przypomina kształtem pysk pumy – zygzakowate mury przywodzą na myśl zęby. Została ona wzniesiona z gigantycznych kamiennych bloków idealnie przylegających do siebie bez zastosowania jakiejkolwiek zaprawy. Największe z zachowanych głazów ważą 300–350 t. Budowa twierdzy trwała mniej więcej 50 lat i według badaczy musiało przy niej pracować ok. 20 tys. robotników. Trzeba zdawać sobie sprawę z tego, że Inkowie nie znali koła, nie używali zwierząt pociągowych, a poszczególne kamienie dopasowywali do siebie jedynie za pomocą narzędzi.

 

Spacer ulicami Cusco to także doskonała okazja do przyjrzenia się niezwykłym ubraniom jego mieszkańców, łączącym tradycyjne elementy stroju ludowego z wpływami hiszpańskimi. W wielu rejonach Peru typowym kobiecym ubiorem jest suto marszczona, wielowarstwowa spódnica sięgająca kolan, ściągnięta szerokim i bogato zdobionym pasem. Zamiast torebek czy plecaków Peruwianki używają kolorowych, pasiastych tkanin zwanych mantami. Noszą w nich m.in. warzywa, drewno i… dzieci. Mężczyźni ubierają się na ogół po europejsku, choć można spotkać też panów w klasycznych, barwnych poncho. W okolicy Cusco i jeziora Titicaca dopełnieniem zarówno damskiego, jak i męskiego stroju są kapelusze podobne do meloników, zapewne pozostałość po hiszpańskich kolonizatorach.

 

SZLAKIEM INKÓW

 

Mimo iż dawna stolica Inków leży ok. 450 km w linii prostej od wybrzeża, a ze względu na ukształtowanie terenu od Pacyfiku dzieli ją trasa o długości ponad 650 km, to ryby złowione w oceanie trafiały świeże na stół ich władcy. Dzięki rozbudowanemu systemowi szlaków specjalnie przeszkoleni gońcy (chasquis) mogli przemieszczać się bardzo szybko. Również i dzisiaj turyści mają okazję docenić wielkość rozwijającej się w tym regionie cywilizacji.

 

Odtworzona kamienna Droga Inków (Camino Inca), wiodąca w dolinie Urubamby na północny zachód od Cusco, należy bez wątpienia do najpiękniejszych tras turystycznych świata. Dziennie wpuszcza się na nią maksymalnie tylko 500 osób, a rezerwacji trzeba dokonywać kilka miesięcy wcześniej z uwagi na dużą liczbę chętnych.

 

W ciągu od 2 do 5 dni przechodzi się zarówno przez las deszczowy z niezliczoną ilością egzotycznych kwiatów i ptactwa, jak i przez wysoko położone przełęcze, z których najwyższa to Warmiwañusqa (4200 m n.p.m.). Na odpoczynek uczestnicy wyprawy zatrzymują się w inkaskich ruinach, robiących imponujące wrażenie pośród górskiego krajobrazu. Zwieńczeniem całej wędrówki jest wizyta w najbardziej znanym mieście Inków – Machu Picchu (ok. 2430 m n.p.m.).

 

TAJEMNICA Z PRZESZŁOŚCI

 

Do słynnego ośrodka w Andach można dotrzeć nie tylko pieszo, ale także pociągiem PeruRail z Cusco. Dojeżdża się wówczas do miejscowości Aguas Calientes, skąd dalej o własnych siłach bądź autobusem należy udać się już bezpośrednio do zapierających dech w piersiach ruin.

 

Inkowie wznieśli kompleks Machu Picchu w połowie XV w., kiedy ich cywilizacja znajdowała się u szczytu potęgi. Mieszkali w nim zaledwie przez ponad 100 lat. Z nieznanych nam przyczyn opuścili miasto w 1572 r. Być może zrobili to ze względu na szerzącą się epidemię jakiejś choroby, brak wody lub stopniowy upadek państwa spowodowany hiszpańską inwazją, chociaż mimo niewielkiej odległości od Cusco (ok. 130 km), konkwistadorzy nigdy tu nie dotarli. W ciągu kolejnych 350 lat górskie ścieżki prowadzące do ośrodka zarosły, a wśród kamiennych budowli zaczęła rządzić natura. O istnieniu miejsca wiedzieli nieliczni Indianie. Dla świata odkrył je amerykański naukowiec Hiram Bingham III (1875–1956) 24 lipca 1911 r.

 

Otoczenie Machu Picchu wygląda niemal bajkowo. Miasto powstało na wysoko położonym siodle (ponad 2400 m n.p.m.), pomiędzy Młodym Szczytem (Huayna Picchu lub Wayna Picchu, ok. 2700 m n.p.m) a Starym Szczytem (Machu Picchu). W dolinie leżącej 400 m niżej wije się rzeka Urubamba, a stoki wokół porastają bujne lasy. Inkowie wykorzystali naturalne ukształtowanie terenu i rozplanowali swój ośrodek na tutejszych skalnych półkach. Do domów i pól uprawnych na specjalnie przygotowanych tarasach woda docierała licznymi kanałami tworzącymi razem rozbudowany system. Wszystkie budowle, zarówno mieszkalne, jak i te o znaczeniu religijnym, wzniesiono z ciosanych i dobrze dopasowanych kamieni.

 

Indianie zastosowali tu też swoją wiedzę dotyczącą astronomii. W Świątyni Trzech Okien (Templo de las Tres Ventanas) promienie słoneczne wpadają do wnętrza tylko w określonych porach dnia. Umieszczony natomiast na niewielkim wzgórzu kamień Intiwatana prawdopodobnie służył kapłanom jako kalendarz i zegar astronomiczny.

 

Do dziś badacze nie są pewni, jakie znaczenie miało Machu Picchu w inkaskim imperium. O wyjątkowości miasta świadczy nieduża liczba jego mieszkańców (prawdopodobnie żyło w nim od 300 do 1 tys. osób) i fakt, że na tutejszej nekropolii odkryto dużo więcej grobów kobiet niż mężczyzn. Być może stanowiło ono ośrodek religijny, na co wskazywałyby liczne obiekty kultu.

 

Widok na Machu Picchu z charakterystyczną sylwetką Huayna Picchu

022330 300

© PILAR OLIVARES/PROMPERÚ

 

LINIE NA PUSTYNI

 

Większość turystów odwiedzających Machu Picchu bywa tak zachwyconych oszałamiającymi widokami, że uznaje je za jedno z najwspanialszych stanowisk archeologicznych na świecie. Warto jednak zdawać sobie sprawę z tego, iż Inkowie byli nie tyle twórcami, ile spadkobiercami ludów andyjskich, żyjących znacznie wcześniej. Na terytorium dzisiejszego Peru rozwijały się po sobie kultury Vicús, Chavín, Cupisnique, Pucará, Recuay, Cajamarca, Lima, Huarpa (Warpa), Lambayeque (Sicán), Nasca (Nazca), Paracas, Tiahuanaco, Wari (Huari), Pachacámac (Pacha Kamaq), Chincha, Chachapoyas, Colla, Lupaca, Chiribaya, Maranga, Huamachuco, Huanca (Wanka), Chancay, Moche (Mochica) i Chimú. Do naszych czasów przetrwało dostatecznie wiele obiektów i przedmiotów świadczących o wielkich umiejętnościach i twórczej wyobraźni ich autorów. Są wśród nich zarówno monumentalne budowle, jak i wymyślne wyroby ze złota.

 

Do najbardziej niezwykłych przykładów starożytnej architektury krajobrazu należą ogromne znaki utrwalone na płaskowyżach oddalonych o ok. 90 km od wybrzeża Peru. Największe ich zagęszczenie znajdziemy w pustynnym rejonie Pampas de Jumana, między miejscowościami Nasca (Nazca) i Palpa. Tajemnicze linie i rysunki powstawały między VI w. p.n.e. a VI stuleciem n.e. Na temat ich pochodzenia i przeznaczenia wysunięto mnóstwo hipotez, a niekiedy wręcz sensacyjnych teorii. Znalezione w pobliżu przedmioty identyfikowane z kulturą Nasca mogą świadczyć o tym, że znaki te były dziełem mieszkańców tej okolicy. Według badaczy do stworzenia większości rytów wystarczyło tylko kilku ludzi wyposażonych w tyczki i sznurek jako prosty przyrząd mierniczy oraz miotłę. W jakim jednak celu powstały te osobliwe wzory, zapewne nigdy się już nie dowiemy.

 

Wyróżnia się tutaj szczególnie kilka rysunków, takich jak m.in. przedstawienia kolibrów, kondorów, czapli, żurawia, pelikana, mewy, papugi, małpy, pająka, ślimaka, psa, 27-metrowego walenia, węża, ryby, kaktusów i kwiatów. Ze względu na ich gigantyczne rozmiary geoglify te w całości można podziwiać wyłącznie z dużej wysokości, np. podczas lotu samolotem. W nieodległej miejscowości Nasca organizowane są tego typu wycieczki dla chętnych.

 

KRAINA SZEŚCIOTYSIĘCZNIKÓW

 

Z pustynnego płaskowyżu przenosimy się dla odmiany w ośnieżone Andy. Białe szczyty, ostre słońce i lazurowe jeziora – tym właśnie charakteryzuje się Park Narodowy Huascarán (Parque Nacional Huascarán), który dzięki swojej wyjątkowości został wpisany w 1985 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Znajduje się w nim na obszarze 3400 km² 296 akwenów, 41 rzek, ponad 660 lodowców i 27 sześciotysięczników, w tym najwyższa góra Peru, czyli Nevado Huascarán (6768 m n.p.m.), stanowiąca cel spragnionych wrażeń miłośników wspinaczki.

 

Na tym obszarze wyróżnia się siedem stref roślinnych: od wilgotnych lasów po formacje wysokogórskie. Rośnie tutaj np. kantuta (Cantua buxifolia), uznawana za narodowy kwiat Peru. Spośród żyjących w tych stronach zwierząt warto wymienić andoniedźwiedzia okularowego (niedźwiedzia peruwiańskiego), który jest jedynym gatunkiem z rodziny niedźwiedziowatych występującym w Ameryce Południowej.

 

Nie tylko amatorzy turystyki wysokogórskiej znajdą w parku coś dla siebie. Niektóre jego malownicze zakątki da się zwiedzić w ciągu jednego dnia, zarówno podczas wycieczki pieszej czy rowerowej, jak i wyprawy na mule.

 

LIŚCIE KOKI W FILIŻANCE

 

W trakcie przemierzania płaskowyżu Altiplano na pewno zauważymy, jak powszechnie miejscowi spożywają liście koki. W Peru można je kupić legalnie za niewielkie pieniądze na każdym targowisku, nierzadko nawet w sporych workach. Ludzie zamieszkujący te tereny już 8 tys. lat temu żuli kokę m.in. dlatego, że dzięki temu odczuwa się mniejszy głód, a wędrówka, dźwiganie bagażu lub wykonywanie innych czynności na dużych wysokościach nie wymagają tyle wysiłku co zazwyczaj.

 

Krzew kokainowy (Erythroxylum coca) odgrywa istotną rolę w kulturze andyjskiej. Jego liście, przypominające kształtem liście laurowe, ofiarowywane były bogom, a w czasach Inków używały ich głównie klasy uprzywilejowane. Ponad 100 lat temu (od 1885 do 1929 r.) wykorzystywano je do produkcji coca-coli. Obecnie mieszkańcy andyjskich wyżyn żują kokę i sporządzają z niej napar zwany mate de coca (lub té de coca). Napój ten (zwalczający objawy choroby wysokogórskiej), traktowany jak herbata, podawany jest nawet w ekskluzywnych hotelach. Liście z krzewu kokainowego stanowią też dodatek do tutejszych ciastek i cukierków. Warto pamiętać, że turyści mogą bez przeszkód wywozić z kraju tego typu produkty, ale nie samą roślinę.

 

WEŁNA BOGÓW

 

Stepowe płaskowyże Peru, pokryte niską roślinnością, są naturalnym środowiskiem życia dla bardzo sympatycznych i pożytecznych dla człowieka zwierząt. Lamy andyjskie, alpaki i wikunie andyjskie (wigonie) należą do jednej rodziny wielbłądowatych. Z daleka wyglądają podobnie, jednak alpaka trochę bardziej przypomina owcę, wikunia z kolei jest z nich wszystkich najbardziej smukła. Słowo llama (polskie „lama”) wywodzi się z języka keczua. Hiszpanie tłumaczyli je jako„owca”. Później za pośrednictwem języka hiszpańskiego wyraz przyswoili sobie inni mieszkańcy Europy.

 

Wikunie w Peru objęte są ochroną. Na trasach przelotowych, z dala od miast, można zobaczyć znaki informujące o ich występowaniu. W takich okolicach na drogach umieszczono specjalne progi spowalniające ruch samochodowy ze względu na pasące się zwierzęta. Lamy i alpaki w Ameryce Południowej odgrywały ważną rolę w gospodarstwie już ponad 5 tys. lat temu. Trzymano je dla pozyskiwanej z ich sierści przędzy oraz dobrego mięsa, które zawiera bardzo dużo białka i jednocześnie zaskakująco mało cholesterolu i tłuszczu. I choć hodowla lam bardziej się rozpowszechniła, to jedynie wełnę z alpak nazywa się wełną bogów.

 

Już w czasach Inków takie wełniane tkaniny kojarzono z luksusem, a ubrania z nich wykonane nosiła inkaska arystokracja. Także i dzisiaj tego typu odzież sporo kosztuje, ponieważ sama przędza jest wyjątkowo miękka, delikatna i lekka, a zrobione z niej rzeczy są trzy razy cieplejsze niż te z włókien owczych i trzykrotnie bardziej odporne na ścieranie. O niezwykłej wytrzymałości materiału mogą zaświadczyć odkrycia archeologiczne. W peruwiańskich grobowcach znaleziono przedmioty z wełny z alpak pochodzące jeszcze sprzed narodzin państwa Inków.

 

Wysepki Uros na jeziorze Titicaca

020838 300

© JUAN PUELLES/PROMPERÚ

 

DRYFUJĄCE WYSPY

 

Jeśli udamy się w góry na granicy z Boliwią, będziemy mogli podziwiać wyjątkowy krajobraz, który tworzą dwa pasy przepięknego błękitu przedzielone brązowymi wzgórzami i błyszczącymi od śniegu szczytami. Takie widoki zapewnia Titicaca – najwyżej położone żeglowne jezioro świata (3812 m n.p.m.). To również drugie co do wielkości jezioro w Ameryce Południowej (po Maracaibo w Wenezueli). W najszerszym miejscu mierzy niemal 80 km, a jego całkowita powierzchnia wynosi ok. 8400 km². Jest więc ok. 74 razy większe od polskich Śniardw.

 

Główne miasto w tym rejonie – 150-tysięczne Puno – stanowi bardzo dobrą bazę wypadową do poznawania okolicy. W porcie warto zobaczyć historyczną kanonierkę Yavarí, która została zbudowana w Wielkiej Brytanii w 1862 r., a potem w częściach dotarła nad Titicacę. Statek złożono ostatecznie w 1870 r. Był wykorzystywany przez ponad 100 lat (do 1975 r.).

 

Największą atrakcją jeziora są jednak wyspy Uros (Urus) z trzciny totora, które mogą… pływać (na terytorium Peru istnieje ich ponad 20). Kiedyś swobodnie dryfowały, terazprzycumowuje się je w jednym miejscu. Sama roślina przez wieki była podstawowym produktem dla tutejszej ludności. Indianie Uro (Uru) przygotowywali z niej herbatę, jedli słodki rdzeń, dorzucali ją do paleniska. Dzisiaj wciąż z trzciny buduje się domy i łodzie (tzw. caballitos de totora) oraz wyrabia meble i pamiątki. Średnio co trzy miesiące na zgniłe fragmenty wyspy kładzie się nową warstwę liści i łodyg. Po ok. 20 latach całą konstrukcję trzeba wymienić.

 

Część regionu pozostaje zamieszkana. Indianie żyją tu głównie z rybołówstwa, choć turystyka staje się coraz ważniejszym źródłem ich dochodów. Miejscowi często porzucają język uro (uru) na rzecz ajmara czy hiszpańskiego.

 

Na jeziorze znajdują się też naturalne wyspy. Taquile słynie z wyrobu tkanin. W 2008 r. ta sztuka została wpisana oficjalnie na Listę Reprezentatywną Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Jej mieszkańcy (taquileños) aż do lat 50. XX w. żyli w niemal całkowitej izolacji, dzięki czemu wciąż łączy ich silne poczucie wspólnoty. Noszą typowe jedynie dla Taquile stroje. Kobiety zakładają czarne lub czerwone spódnice (polleras) i różowe bluzki (almillas), a na głowę i ramiona długie, czarne chusty, które z tyłu sięgają kolan (chuku). Mężczyźni ubierają się przeważnie w czarne spodnie z szerokim, kolorowym pasem i białe koszule. Ten zwyczaj, inspirowany wyglądem hiszpańskich chłopów, pojawił się z końcem XVI w., kiedy to konkwistadorzy zabronili taquileños używania tradycyjnego ubioru.

 

Chociaż tkaniny wytwarza niemal cała lokalna społeczność, bez względu na wiek i płeć, to kobiety głównie przygotowują przędzę, a mężczyźni tkają i robią na drutach. Najbardziej charakterystycznymi częściami stroju są szeroki paskalendarzowy, przedstawiający coroczny cykl prac i obrzędów, oraz wełniana czapka chullo z nausznikami, która w różnych wariantach, nie tylko kolorystycznych, jest popularna w całym kraju.

 

KANION SZYBUJĄCYCH KONDORÓW

 

Polacy pozostawili po sobie w Peru dwa ważne ślady. Polski inżynier Ernest Malinowski (1818–1889) wybudował w nim drugą najwyżej położoną linię kolejową na świecie (Ferrocarril Central del Perú – Centralną Kolej Transandyjską). Natomiast w maju 1981 r. dziką, spienioną rzeką na dnie kanionu Colca po raz pierwszy w historii spłynęła grupa kajakarzy z Polski z Andrzejem Piętowskim (kierownikiem wyprawy) na czele. Wyczyn ten został wpisany do Księgi rekordów Guinnessa i przyniósł temu miejscu sławę. W dowód wdzięczności mieszkańcy pobliskiego miasteczka Chivay nazwali główną 6-kilometrową ulicę Avenida Polonia, czyli aleją Polska.

 

Cañón del Colca uważa się za drugi najgłębszy kanion na ziemi (po Cotahuasi, leżącym także w Peru). Panorama rozpościerająca się z jego stromych brzegów zapiera dech w piersiach. Górne krawędzie wznoszą się na wysokość 4–5 tys. m n.p.m. Dno znajduje się na poziomie od 950 do 3050 m n.p.m. W węższej części kanionu ściany pozbawione są roślinności. U jego wylotu, odległość między brzegami staje się coraz szersza, a na zboczach leżą przepiękne tarasy uprawne.

 

Największe wrażenie wywiera jednak widok kondorów wielkich o poranku. W miejscu zwanym Krzyżem Kondora (Cruz del Cóndor) pojawia się ich najwięcej. Te olbrzymie ptaki (o rozpiętości skrzydeł sięgającej ponad 3 m) przelatują często kilkanaście metrów ponad głowami turystów. Zjawiają się regularnie z samego rana. W wyniku stopniowego ogrzewania promieniami słońca zimnego powietrza z dna kanionu powstają wznoszące prądy, które kondorom widocznie bardzo odpowiadają.

 

TĘCZOWA KRAINA

 

W Peru wciąż spotyka się ślady po mieszkańcach dawnego imperium, którzy zdołali rozwinąć tu rolnictwo, zbudować potężne państwo i założyć miasta w rejonach pięknych, choć ciężkich do życia. Ludzie w tym regionie zawsze uczyli się pokonywać trudności. Widać to nie tylko w opuszczonym Machu Picchu, ale również w niemal 1-milionowej Arequipie, drugim co do wielkości ośrodku w kraju, otoczonym przez wulkany i nawiedzanym przez trzęsienia ziemi. Stare domy i świątynie zbudowane są w nim ze skamieniałej lawy. W bujnym amazońskim lesie równikowym, z dala od cywilizacji Indianie od setek lat zakładają swoje skromne osady.

 

To poza tym niezmiernie zaskakująca kraina. Na kolorowych procesjach i festynach rytuały prekolumbijskie przenikają się z tradycjami katolickimi i lokalnymi zwyczajami. Mężczyźni nad jeziorem Titicaca robią na drutach. Kobiety w górach noszą męskie kapelusze. Na obiad możemy zjeść tutaj pieczoną świnkę morską, a w hotelu zamówimy herbatę z liści koki. Nawet ziemniaki występują aż w kilkudziesięciu odmianach i mają różną barwę: od brązu i żółci po fiolet i czerwień. Dlatego żeby opisać Peru, trzeba użyć całej palety kolorów. W końcu nawet flagi w Cusco są tęczowe.

 

Cruz del Cóndor i Indianie oferujący turystom pamiątki i barwne tekstylia

025850 300

© JAMES POSSO/PROMPERÚ