SYLWIA JEDLAK-DUBIEL

 

Choć to Poznań i Gniezno były pierwszymi głównymi ośrodkami państwa polskiego, do dziś właśnie Kraków, najważniejszy gród Małopolski, kojarzy się Polakom z historycznym sercem ich ojczyzny. Cały region usiany pozostałościami po licznych zamkach przywodzi zresztą na myśl obrazy z dzieł mistrza Jana Matejki. Obecnie wciąż dość łatwo odnaleźć tu ślady królewskiego panowania, ale turyści często odwiedzają tę część naszego kraju także ze względu na duże walory przyrodnicze i krajobrazowe. Z roku na rok poprawia się więc jakość infrastruktury przeznaczonej do obsługi nowych gości, jak również pojawia się coraz więcej ciekawych atrakcji.

 

W dokumentach przywilejów piotrkowskich króla Jana I Olbrachta (1459–1501), wprowadzonych w życie 1 czerwca 1496 r., po raz pierwszy została oficjalnie użyta łacińska nazwa Polonia Minor, czego odpowiednikiem jest toponim Małopolska. Do tej historycznej dzielnicy Polski należały obszary położone wzdłuż Wisły od Tatr do Mazowsza, w tym ziemie krakowska, sandomierska i lubelska. W granicach tego regionu przeniesiemy się nie tylko w przeszłość, lecz także do magicznego świata legend, w którym żyją śpiący pod Giewontem rycerze, zionący ogniem smok wawelski czy krasnoludki z wielickiej kopalni.

 

Do dobrze skomunikowanego województwa małopolskiego łatwo się dostać. W Krakowie znajduje się dworzec kolejowy obsługujący połączenia krajowe i międzynarodowe (Kraków Główny). Niedaleko od miasta (11 km od jego centrum) leży Międzynarodowy Port Lotniczy im. Jana Pawła II Kraków-Balice. Poza tym region przecina autostrada A4 biegnąca ze wschodu na zachód od granicy ukraińskiej do niemieckiej.

 

W STOLICY KRÓLESTWA

 

Rynek Głowny

Obecny wygląd krakowskim Sukiennicom nadano w drugiej połowie XIX w.

© MAŁOPOLSKA ORGANIZACJA TURYSTYCZNA/K. BAŃKOWSKI

 

Do 24 maja 1609 r. Kraków był siedzibą władców Polski. Gdy dwór królewski przeniósł się do Warszawy, małopolskie miasto straciło na znaczeniu, choć kościół katedralny na wzgórzu Wawel wciąż pozostawał formalnie miejscem koronacji królów (pierwszy koronował się w nim w styczniu 1320 r. Władysław I Łokietek). Zamek Królewski i Katedra św. Stanisława Biskupa Męczennika i św. Wacława znajdują się na wzniesieniu nad Wisłą. Tego zabytkowego zespołu zdecydowanie nie da się obejrzeć podczas jednej wizyty. Trudno jednego dnia zobaczyć wszystkie ekspozycje stałe rezydencji (należą do nich Reprezentacyjne Komnaty Królewskie, Prywatne Apartamenty Królewskie, Skarbiec Koronny i Zbrojownia, Wawel Zaginiony, Sztuka Wschodu) i obejść kaplice świątyni, w której warto przyjrzeć się też wspaniałym nagrobkom (np. Władysława I Łokietka, Kazimierza III Wielkiego, Władysława III Warneńczyka i Władysława II Jagiełły). Na pewno trzeba zarezerwować sobie czas na odwiedzenie Wieży Zygmuntowskiej ze słynnym Dzwonem Zygmunt (ufundował go Zygmunt I Stary), wykonanym w 1520 r. Jego dźwięk uświetnia najważniejsze święta i uroczystości kościelne i narodowe. Oprócz tego bije on w momentach ważnych dla Krakowa i Polski. Ciekawostkę stanowi fakt, że od 2001 r. dzwon ma nowe serce – stare musiało zostać zdemontowane ze względu na kolejne już pęknięcie. Przed wizytą na Wawelu najlepiej zastanowić się, co nas najbardziej interesuje, i zwiedzanie zaplanować według tych preferencji. 

 

W obrębie murów zamkowych znajduje się wejście do jaskini krasowej udostępnionej dla chętnych, zwanej Smoczą Jamą. Wyjście z niej leży pod wzgórzem, a w jego pobliżu stoi od 1972 r. Smok Wawelski – odlana z brązu figura, z której paszczy co jakiś czas wydobywa się prawdziwy ogień. Pod tym osobliwym pomnikiem legendarnego stwora często zbierają się rozentuzjazmowane dzieci.

 

Spod Wawelu można wyruszyć przynajmniej w trzy miejsca. Po pierwsze, warto udać się do Kościoła św. Michała Archanioła i św. Stanisława Biskupa i Męczennika, potocznie zwanego Skałką. Tu właśnie, w Krypcie Zasłużonych spoczywają prochy wielu ważnych polskich osobistości ze świata kultury i nauki. Po drugie, na południowy wschód od Zamku Królewskiego leży dawna dzielnica żydowska, czyli Kazimierz. Obecnie ten rejon upodobali sobie szczególnie artyści i osoby lubiące klimatyczne galerie, teatry, kawiarnie, restauracje czy puby oraz poszukiwacze ciekawych okazów zaglądający na tutejszy targ staroci i antyków.

 

Po trzecie, z wawelskiej katedry blisko już na Rynek Główny – chyba najchętniej odwiedzane przez turystów miejsce w mieście. Znajdują się na nim Sukiennice, gotycka wieża ratuszowa z XIV stulecia (sam ratusz został zburzony), niewielki Kościół św. Wojciecha i pomnik Adama Mickiewicza. W tym pierwszym gmachu działa Galeria Sztuki Polskiej XIX wieku w Sukiennicach (oddział Muzeum Narodowego w Krakowie), w której zobaczyć można takie dzieła jak Czwórka Józefa Chełmońskiego, Szał uniesień Władysława Podkowińskiego, Wernyhora Jana Matejki czy Wigilia na Syberii Jacka Malczewskiego. Pod budynkiem przeniesiemy się z kolei w przeszłość dzięki szlakowi turystycznemu po podziemiach Rynku Głównego, czyli stałej wystawie Śladem europejskiej tożsamości Krakowa, prezentującej m.in. efekty prac archeologicznych przeprowadzonych w tym rejonie. Zwiedzający mogą tu oglądać np. zachowane fragmenty dawnych obiektów architektonicznych. Na sąsiednim placu Mariackim stoi natomiast budowla, z której wieży rozbrzmiewa słynny krakowski hejnał. To Bazylika Mariacka z późnogotyckim drewnianym ołtarzem autorstwa Wita Stwosza. Sklepienie świątyni (gwiaździste w prezbiterium i krzyżowo-żebrowe w nawie głównej) zdobią złote gwiazdy na ciemnoniebieskim tle. Poza tym w kościele znajdziemy też polichromie Jana Matejki i witraże Józefa Mehoffera i Stanisława Wyspiańskiego. Jedno z najwybitniejszych dzieł tego ostatniego zobaczymy jednak w położonej na Starym Mieście Bazylice św. Franciszka z Asyżu. W oknie od strony zachodniej umieszczonym nad chórem ujrzymy artystyczne wyobrażenie stworzyciela świata unoszącego dłoń w geście kreacji. Tak w skrócie można opisać wspaniały witraż Stanisława Wyspiańskiego Bóg Ojciec – Stań się!. Ten wszechstronny artysta jest autorem również tutejszych witrażowych przedstawień św. Franciszka, bł. Salomei oraz żywiołów ognia i wody. Podczas zwiedzania okolicy Rynku Głównego nie wolno także ominąć budynków należących do najstarszej polskiej uczelni – Uniwersytetu Jagiellońskiego (w 2014 r. obchodził on 650. rocznicę powstania). W neogotyckim Collegium Novum ma swoją siedzibę rektor tej szkoły wyższej. W auli wisi tu obraz Jana Matejki Astronom Kopernik, czyli rozmowa z Bogiem. Najstarszy budynek uczelni stanowi jednak pobliskie Collegium Maius, którego początki sięgają 1400 r. Obecnie funkcjonuje w nim Muzeum Uniwersytetu Jagiellońskiego. Po wizycie na Starym Mieście najlepiej wybrać się do otaczającego je parku nazywanego Plantami, a potem… wrócić nad Wisłę, królową polskich rzek.

 

BIAŁE ZŁOTO

 

Królewskie były też kopalnie soli w Bochni i Wieliczce, tworzące kiedyś powstałe pod koniec XIII stulecia żupy krakowskie. Obie zostały wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO (podobnie jak historyczne centrum Krakowa). Już 3,5 tys. lat p.n.e. w tym rejonie pozyskiwano sól z solanek. W Bochni eksploatację pokładów rozpoczęto w 1248 r. 

 

Oba obiekty można dziś zwiedzać. Miasto Wieliczka leży bliżej Krakowa. W tutejszej kopalni przygotowano dwie główne trasy: turystyczną i górniczą. Pierwsza jest odpowiednia również dla dzieci w każdym wieku. Prowadzi przez 22 komory, w tym najpiękniejszą z nich – tę z założoną pod koniec XIX w. Kaplicą św. Kingi. Zdobią ją niesamowite żyrandole z solnych kryształów. W Komorze Stanisława Staszica odbył się lot balonem umieszczony w Księdze rekordów Guinnessa. Oprócz tego od czasu do czasu w trakcie wędrówki spotkamy rzeźby krasnoludków. W cenie biletu są jeszcze odwiedziny w Muzeum Żup Krakowskich. Na powierzchnię wraca się prawdziwą windą dla górników. Natomiast trasa górnicza przeznaczona jest dla osób powyżej 10. roku życia, ponieważ wymaga pewnej sprawności i dużo większej ostrożności. Uczestnicy takiej wyprawy otrzymują kombinezony ochronne, lampy, pochłaniacze tlenku węgla i kaski. Udają się w głąb ziemi najstarszym szybem Regis, w którym rozpoczyna się specjalistyczny szlak dla turystów zainteresowanych geologią i górnictwem nazwany Tajemnicami wielickiej kopalni, wymagający dobrej kondycji i wytrzymałości. Nie wpuszcza się na niego dzieci poniżej 13 lat. W Bochni do wyboru mamy trzy trasy turystyczne. Najłatwiejszą (podstawową) urozmaica podziemna ekspozycja multimedialna. Przyrodnicza jest przeznaczona dla dorosłych i dzieci powyżej 7. roku życia. Podąża się tu zejściem Lichtenfels, którym poruszały się kiedyś konie. Poza tym pod drodze można oglądać świecące na pomarańczowo kryształy halitu fluorescencyjnego. Trzecia i ostatnia trasa to szlak historyczny „Wyprawa w Stare Góry”. Wymaga on dobrej kondycji fizycznej. Istnieje także możliwość wykupienia przeprawy łodzią przez zalaną wodą komorę. 

 

Kopalnia Soli „Wieliczka” i Kopalnia Soli Bochnia są miejscami z wyjątkowym mikroklimatem wpływającym bardzo korzystnie na osoby z alergiami i schorzeniami układu oddechowego, a to ze względu na jakość powietrza, na którą składa się wysoka wilgotność, stała temperatura, nasycenie chlorkiem sodu i brak zanieczyszczeń. Dlatego organizuje się w nich pobyty nocne. Na zwiedzanie podziemnych komór należy się odpowiednio przygotować – trzeba zadbać o ciepłą odzież i wygodne zakryte obuwie. Temperatury powietrza utrzymują się tu w granicach 14–16°C.

 

ŚLADEM ZAMKÓW

 

Pieskowa Skała

Zamek w malowniczej Pieskowej Skale

© MAŁOPOLSKA ORGANIZACJA TURYSTYCZNA/K. BAŃKOWSKI

 

O bogatej historii Małopolski najlepiej przypominają jej zamki. Ruiny jednego z nich wznoszą się nad brzegiem Dunajca w Nowym Sączu. W ich obrębie stoi zrekonstruowana renesansowa Baszta Kowalska. Nowosądecki Zamek Królewski powstał za czasów Kazimierza III Wielkiego. Dziś jego pozostałości otacza park miejski. W mieście warto zobaczyć jeszcze eklektyczny Ratusz z wieżą zegarową czy Bazylikę św. Małgorzaty z zachowanym fragmentem gotyckiej polichromii. Na spacer można wybrać się do Sądeckiego Parku Etnograficznego (oddziału Muzeum Okręgowego w Nowym Sączu), gdzie zebrano obiekty charakterystyczne dla Sądecczyzny, w tym liczne zagrody, XVII-wieczny dwór szlachecki, folwark dworski czy łemkowską cerkiew z XVIII stulecia. Poza tym znajduje się tu tzw. Miasteczko Galicyjskie, na które składa się zrekonstruowana małomiasteczkowa zabudowa z terenu Galicji. Niewiele osób wie, że nowosądecki dworzec kolejowy pierwotnie wzniesiono w stylu secesyjnym. Nie tak łatwo to obecnie dostrzec, gdyż został przebudowany. Od strony peronów zadaszenie wciąż jednak podtrzymują zdobione żeliwne filary.

 

Stąd warto wybrać się do pobliskiego Starego Sącza, w którym węgierska księżniczka św. Kinga (1234–1292), żona Bolesława V Wstydliwego (patronka wspomnianej kaplicy w wielickiej kopalni soli oraz górników w Bochni i Wieliczce) założyła w 1280 r. klasztor klarysek. Przeniosła się do niego po śmierci męża i w tym miejscu umarła. W kaplicy fundatorki w przyklasztornym Kościele Trójcy Świętej i św. Klary zachowała się XV-wieczna figurka z drzewa lipowego przedstawiająca książęcą małżonkę. Przechowywane są tu też relikwie świętej, a w świątyni na uwagę zasługują barokowa ambona z 1671 r. i gotycka chrzcielnica z XV stulecia. Do starosądeckiego klasztoru wstąpiła również Jadwiga, żona Władysława I Łokietka. W Starym Sączu do dziś zachował się średniowieczny rynek. 

 

Wśród zamków Małopolski nie wolno pominąć dwóch średniowiecznych warowni wznoszących się nad Jeziorem Czorsztyńskim. Z budowli w Czorsztynie zostały jedynie ruiny. Widać je dość dobrze z przeciwległego brzegu zbiornika, gdzie stoi drugi z obiektów. Zamek w Niedzicy (Zamek Dunajec), usytuowany przy zaporze, zbudowano prawdopodobnie na początku XIV w. Dzisiaj znajduje się w nim muzeum, można tu także zatrzymać się na nocleg w zabytkowej komnacie. 

 

Przez województwo małopolskie biegnie też część 164-kilometrowego Szlaku Orlich Gniazd, który zaczyna się w Krakowie, a kończy w Częstochowie (już w województwie śląskim). Leży na nim m.in. Zamek Pieskowa Skała (oddział Zamku Królewskiego na Wawelu). W obecnym miejscu powstał z inicjatywy Kazimierza III Wielkiego w pierwszej połowie XIV stulecia. Gdy z Włoch zaczęły do Polski docierać nowe tendencje w sztuce związane z epoką odrodzenia, dokonano tu przebudowy w stylu renesansowym. Właśnie z XVI w. pochodzi dziedziniec arkadowy i widokowa loggia. Ciekawostkę stanowi fakt, że w 1787 r. wizytę na zamku złożył ostatni władca Rzeczypospolitej Obojga Narodów – Stanisław August Poniatowski (1732–1798). Pieskowa Skała jest udostępniona do zwiedzania. Z murów zamkowych rozpościera się wspaniały widok na okolicę, która prezentuje się wyjątkowo atrakcyjnie. Nic w tym dziwnego, górująca nad otoczeniem budowla znajduje się przecież w granicach Ojcowskiego Parku Narodowego. Niedaleko niej natkniemy się na charakterystyczny skalny twór o nazwie Maczuga Herkulesa. W krajobrazie tego obszaru chronionego dominują wapienne skały i krasowe jary. W tym rejonie odkryto również wiele grot, w tym Jaskinię Łokietka czy Ciemną. Obie można zwiedzać z przewodnikiem (w okresie zimowym są zamknięte dla turystów). Ta pierwsza została przystosowana do ruchu turystycznego i oświetlona, drugą przemierza się ze świeczką w ręku. Na terenie Ojcowskiego Parku Narodowego znajdują się poza tym jeszcze m.in. ruiny średniowiecznego zamku w Ojcowie.

 

SKARBY SPOD ZIEMI

 

W Małopolsce można także po królewsku odpocząć, a to ze względu na jej malowniczo położone uzdrowiska. Wśród nich wyróżnia się Krynica-Zdrój. Początkowo jako wieś należała ona do biskupów krakowskich. W drugiej połowie XVIII w. odkryto w tym miejscu lecznicze źródła i to sprawiło, że później rozwinęła się tu miejscowość kuracyjna. Odwiedzali ją np. prezydent Ignacy Mościcki czy marszałek Józef Piłsudski oraz królowa Holandii Juliana. Obecnie Krynica-Zdrój cieszy się wielką popularnością wśród turystów i kuracjuszy przez cały rok. Niemały wpływ na to (oprócz leczniczych źródeł) ma z pewnością jej usytuowanie w Beskidzie Sądeckim, w otoczeniu zielonych wzgórz.

 

Samo miasto swój nieodparty urok zawdzięcza nadającej mu klimat sielskiego górskiego uzdrowiska architekturze. W okolicy potoku Kryniczanka i Bulwarów Dietla (Józef Dietl był jednym z twórców balneologii – dziedziny medycyny zajmującej się wpływem leczniczych wód na zdrowie i wykorzystaniem ich w terapiach) wznoszą się drewniane wille z ozdobnymi daszkami i balkonami. Nieco dalej znajduje się neorenesansowy Stary Dom Zdrojowy, a także modernistyczna Pijalnia Główna i Nowy Dom Zdrojowy. Wśród krynickich źródeł warto wymienić takie jak Słotwinka, Zuber, Tadeusz, Jan, Mieczysław bądź Kryniczanka. Dawne zabudowania są używane do dziś – w willach Witoldówka i Wisła działają pensjonaty, w Willi Białej Róży i Węgierskiej Koronie powstały lokale gastronomiczne, w Kosynierze funkcjonuje szkoła muzyczna. W pomalowanej na niebiesko Romanówce urządzono Muzeum Nikifora. Epifaniusz Drowniak (inaczej właśnie Nikifor Krynicki, 1895–1968) był polskim malarzem prymitywistą pochodzenia łemkowskiego. Uwieczniał zwykle znane sobie widoki: okoliczne budynki czy cerkwie, a swoje prace wykonywał głównie na papierze. Już za życia twórcy jego rysunki prezentowano na wystawach w wielu miastach Europy. Mniej więcej 400 m od muzeum, w pobliżu Parku Mieczysława Dukieta odsłonięto we wrześniu 2005 r. pomnik Nikifora Krynickiego.

 

Otaczające Krynicę-Zdrój wzgórza stanowią również dużą atrakcję turystyczną. Najlepiej dostępne są Góra Parkowa (742 m n.p.m.) i Jaworzyna Krynicka (1114 m n.p.m.). Na tę pierwszą wjedziemy wybudowaną w 1937 r. kolejką linowo-terenową, a na tę drugą – gondolową (uruchomioną w 1997 r.). Na spacer warto wybrać się do Parku Słotwińskiego z pijalnią wody mineralnej Słotwinka z początku XIX w. i pawilonem koncertowym (działa w nim obecnie restauracja „Koncertowa”). Dzieci można natomiast zabrać do Muzeum Zabawek, chociaż wizyta w nim będzie pewnie raczej wycieczką w przeszłość dla rodziców.

 

Miasto nie narzeka na brak turystów, dlatego powstało w nim dużo ciekawych obiektów hotelowych. Większość z nich jest pięknie położona, a wiele oferuje standard 4-gwiazdkowy (np. luksusowy Hotel Czarny Potok Resort & Spa czy Hotel Dr Irena Eris Spa). W Krynicy-Zdroju wypoczniemy więc w znakomitych warunkach.

 

Dla odmiany niedaleko granicy ze Słowacją w dolinie rzeki Poprad leżą aż trzy urokliwe miejscowości uzdrowiskowe. Pierwsza, Piwniczna-Zdrój, to miasto królewskie z zachowanym pierwotnym układem czworobocznego rynku. Założono je z polecenia Kazimierza III Wielkiego w 1348 r. Dalej na południowy wschód znajduje się sielski Żegiestów. Na półwyspie Łopata Polska stoi tu odnowione modernistyczne Sanatorium Wiktor z 1936 r. wpisane do rejestru zabytków (obecnie funkcjonuje w nim komfortowy obiekt sanatoryjno-rehabilitacyjny ze spa – Wiktor Cechini Medical & Spa). Poza tym warto podejść do dawnej łemkowskiej Cerkwi św. Michała Archanioła (dziś Kościoła św. Anny i św. Michała Archanioła) z charakterystycznymi metalowymi hełmami. Trzecią miejscowością jest położona na wschód stąd Muszyna sąsiadująca z Rezerwatem Przyrody Las Lipowy Obrożyska. Do ciekawostek okolicy należą z pewnością ruiny średniowiecznego zamku – siedziby starostów Państwa Muszyńskiego (istniało od XIII w. do 1781 r.) na górze Baszta (Zamczysko, 527 m n.p.m.). Dolina Popradu stanowi znakomity rejon rekreacyjny. Wśród jej malowniczych krajobrazów można wędrować pieszo, jeździć na rowerze czy konno. Dużą popularnością cieszą się też spływy samą rzeką wijącą się wśród wzgórz.

 

JAK NA GÓRSKIM TRONIE

 

Zakopane Jaszurowka 4K

Kaplica na Jaszczurówce w Zakopanem

© MAŁOPOLSKA ORGANIZACJA TURYSTYCZNA/K. BAŃKOWSKI

 

Bez zbytniej przesady da się powiedzieć, że w tym regionie Polski zdecydowanie królują najwyższe góry w kraju, czyli Tatry. Pod ich szczytami śpią ponoć rycerze, którzy obudzą się w chwili, gdy naszej ojczyźnie zagrozi wielkie niebezpieczeństwo. O tej legendzie przypomina zarys Giewontu (1894 m n.p.m.) przywodzący na myśl profil śpiącego mężczyzny. U podnóża Tatr rozciąga się Podhale. Tu, dokąd dziś praktycznie przez cały rok ściągają turyści, kiedyś przyjeżdżali zachwyceni pejzażami i kulturą ludzie sztuki. W okresie Młodej Polski (od mniej więcej 1890 do 1918 r.) wykształciła się nawet specyficzna moda na góralszczyznę. W samym paśmie górskim wyróżnia się tzw. Koronę Tatr, na którą składają się najwybitniejsze szczyty z terytorium polskiego i słowackiego (łącznie aż 75). Trudno chyba o bardziej królewską nazwę.

 

Morskie Oko

Polodowcowe jezioro Morskie Oko u stóp Mięguszowieckich Szczytów

© MAŁOPOLSKA ORGANIZACJA TURYSTYCZNA/K. BAŃKOWSKI

 

Turyści zatrzymują się tutaj w licznych miejscowościach bardzo często nastawionych głównie na obsługę gości. Dlatego znajdziemy w tej okolicy wiele klimatycznych pensjonatów bądź gospodarstw agroturystycznych, ale nie brakuje też bardziej rozbudowanych obiektów hotelowych. Najpopularniejszym miejscem odwiedzanym w tej części Polski jest Zakopane. Jako uzdrowisko zaczęło być znane od drugiej połowy XIX w. Gdy odkryli je artyści (zatrzymywali się tu lub mieszkali m.in. pisarze i poeci Jan Kasprowicz, Kazimierz Przerwa-Tetmajer, Stanisław Ignacy Witkiewicz, Stefan Żeromski, kompozytor Karol Szymanowski, aktorka Helena Modrzejewska, pianista Artur Rubinstein), zyskało sobie także sławę ośrodka kulturalnego. Obecnie w Zakopanem funkcjonuje ciekawy Teatr Witkacego i Muzeum Tatrzańskie im. dra Tytusa Chałubińskiego z siedmioma filiami w mieście (np. Galerią Sztuki XX wieku w willi Oksza, Muzeum Stylu Zakopiańskiego im. Stanisława Witkiewicza w willi Koliba czy Muzeum Kornela Makuszyńskiego w willi Opolanka). W willi Harenda działa natomiast Muzeum Jana Kasprowicza, który spędził w niej ostatnie lata swojego życia i został pochowany w mauzoleum wzniesionym obok rezydencji. Stanisław Witkiewicz (1851–1915), ojciec Witkacego, stworzył nawet styl architektoniczny zwany zakopiańskim. Jedną z jego realizacji jest wyjątkowy dom Pod Jedlami, zbudowany w 1897 r. dla Jana Gwalberta Pawlikowskiego (1860–1939). Mieszkała w nim również jego synowa (od czerwca 1919 r.) – poetka i dramatopisarka Maria Pawlikowska-Jasnorzewska (1891–1945). W pobliżu zabytkowego drewnianego Kościoła Matki Boskiej Częstochowskiej przy ul. Kościeliskiej leży Cmentarz Zasłużonych na Pęksowym Brzyzku z grobami ważnych dla Zakopanego postaci. Profil śpiącego rycerza z Giewontu najlepiej podziwiać z Gubałówki (1120–1129 m n.p.m.), na którą można wejść o własnych siłach lub wjechać uruchomioną w 1938 r. kolejką linowo-terenową.

 

Podhale to jednak nie tylko Zakopane. Kto nie lubi tłumów turystów, powinien wybrać którąś z tutejszych spokojniejszych, aczkolwiek równie malowniczych miejscowości. W Bukowinie Tatrzańskiej i Białce Tatrzańskiej zrelaksujemy się w kompleksach geotermalnych: Termach BUKOVINA i Termach Bania z basenami wewnętrznymi i zewnętrznymi. W sąsiedztwie obu obiektów znajdują się 4-gwiazdkowe hotele. Dla osób nastawionych na górskie wędrówki znakomita będzie 4-tysięczna wieś Kościelisko położona niedaleko Doliny Chochołowskiej. Letnicy chętnie wybierają też mniejsze Murzasichle, skąd wyruszają na wycieczki do Tatrzańskiego Parku Narodowego, słynącego z przepięknych jezior takich jak Morskie Oko, Wielki Staw w Dolinie Pięciu Stawów Polskich czy Czarny Staw Gąsienicowy. Ten obszar stanowi już jednak nie królestwo człowieka, a przyrody.

 

Małopolska jest prawdziwie królewskim regionem – tu w końcu rezydowali przez wieki królowie i królowe. Te czasy odeszły do przeszłości, ale ich ślady odnajdziemy i dzisiaj. Poza tym ta część kraju nie straciła nic na swojej atrakcyjności. Współcześnie panuje w niej większy spokój, mieszka więcej ludzi i nie trzeba wznosić zamków obronnych na wypadek ataku obcych wojsk lub zbójeckich band. Można tutaj wypocząć w komfortowych warunkach, poddać się leczniczym kuracjom, spędzić aktywnie wolny czas oraz nacieszyć oczy zabytkową architekturą i niesamowitej urody naturą. 

Artykuły wybrane losowo

Rozgrzej się zimą w Budapeszcie i okolicach

SYLWIA JEDLAK

<< Kiedy już nadejdą długie zimowe wieczory wielu z nas marzy jedynie o kubku herbaty i ciepłym kocu lub rozgrzewającej kąpieli. A gdyby tak zanurzyć się w basenie wypełnionym wodą z gorących źródeł, gdy wokół leży biały puszysty śnieg... Tę fantazję można urzeczywistnić na niezmiernie gościnnych, bliskich naszym sercom Węgrzech! >>

Polacy korzystali z dobroczynnego wpływu źródeł termalnych już w średniowieczu, ale zagraniczne  wyjazdy do wód zaczęły się cieszyć większą popularnością dopiero w XVII w. Na tego typu podróże mogli sobie wtedy pozwolić raczej tylko przedstawiciele arystokracji. Do Baden pod Wiedniem (Baden bei Wien) jeździł nawet król Władysław IV Waza (1595–1648). Kuracje lecznicze szybko stały się dla niektórych jedynie pretekstem do towarzyskich spotkań lub alternatywą dla wycieczek do najbardziej znaczących europejskich miast. Sama Izabela Czartoryska (1746–1835), żona księcia Adama Kazimierza Czartoryskiego (1734–1823), jeździła do Spa (obecnie w Belgii) wraz ze swoimi adoratorami. Dziś turystyka uzdrowiskowa razem z sektorem spa i wellness jest dostępna dla każdego i ciągle się rozwija. Coraz częściej podróżujący w celach zdrowotnych uzupełniają swój pobyt w kurortach interesującymi wyprawami krajoznawczymi.

Więcej…

Panama z dwóch stron

taboga Island 2

Statki w Zatoce Panamskiej u brzegów Tabogi

© HOVER TOURS

 

MARCIN WESOŁY

www.caribeya.pl

 

Słowo „Panama” ma w sobie siłę i melodię. Ilekroć je słyszę, zawsze pobudza moją wyobraźnię. Przed oczami staje mi scena, w której w tropikalnym klimacie literat pracuje nad swoją książką. Na suficie szumi wiatrak, na kolonialnym biurku stoi maszyna do pisania i butelka postarzonego rumu. Panamska rzeczywistość oczarowała pisarzy takich jak choćby Graham Greene, Joseph Conrad czy John le Carré. Ten ostatni zresztą tutaj właśnie umieścił akcję swojej powieści „Krawiec z Panamy”.

 

Kiedy trafiła się więc okazja, aby pojechać do tego kraju w Ameryce Środkowej, natychmiast z niej skorzystałem. Ta wyprawa dała mi mnóstwo radości. Odnajdywałem ją wszędzie: w ludziach, języku, na stoiskach z ulicznym jedzeniem i w przebogatej przyrodzie, której wcześniej nie znałem. Codziennie wstawałem o 5.00 lub 6.00, żeby nowa przygoda nie musiała na mnie czekać, i ciągle nabierałem apetytu na więcej. Na pierwszy rzut oka Panama wydaje się krajem lepiej zorganizowanym niż np. Dominikana. Ale bez obaw! Nie brakuje w niej naturalnego luzu. Wciąż odnajdziemy tu jedyny w swoim rodzaju, uroczy latynoski rozgardiasz. Do Polski wróciłem ogrzany promieniami słońca, naładowany pozytywną energią oraz wzmocniony witaminami ze świeżych soczystych owoców tropikalnych i życzliwością Panamczyków.

 

Z wyprawy do Panamy z największym sentymentem wspominam wizyty na dwóch wyspach: Taboga (Isla de Taboga) i Kolumba (Isla Colón). Pierwszą z nich oblewają wody Oceanu Spokojnego (Zatoki Panamskiej), a druga należy do archipelagu Bocas del Toro na Morzu Karaibskim. Udało mi się więc poznać ten kraj od strony obu jego wybrzeży.

 

Z MIASTA NA WYSPĘ KWIATÓW

 

Mieszkańcy miasta Panama i przyjeżdżający w odwiedziny do tej tętniącej życiem, ale też niezmiernie głośnej, chaotycznej i dzień w dzień potwornie zakorkowanej panamskiej stolicy mają wiele szczęścia. Z tej wielkomiejskiej przestrzeni naznaczonej gęstym lasem połyskujących w słońcu drapaczy chmur, wypełnionych filiami chyba wszystkich kluczowych banków świata czy kancelarii prawniczych, miejsca przypominającego do złudzenia betonową dżunglę Hongkongu albo Singapuru, dosyć łatwo się wydostać. Wystarczy 30 min. i 10 dolarów amerykańskich w kieszeni, aby dopłynąć do wyspy Taboga leżącej w Zatoce Panamskiej (ok. 20 km od wybrzeża kontynentu). Niebiesko-biały katamaran armatora Taboga Express lawiruje co i rusz między majestatycznymi stalowymi bestiami, czyli ogromnymi statkami flot handlowych. Większość z tych wyczekujących wejścia do Kanału Panamskiego wielotonowych kontenerowców, drobnicowców, tankowców czy masowców zarejestrowano w krajach tzw. tanich bander, jak choćby Bahamy, Antigua i Barbuda, oczywiście, Panama i daleka, położona w Afryce Zachodniej Liberia (w jej stolicy, Monrowii, rejestruje się najwięcej jednostek pod względem liczby i tonażu).

 

Na Tabodze dzięki jej wulkanicznemu pochodzeniu i żyznym glebom rozwinęła się niesamowicie bogata przyroda. Tutejsze wzniesienia pokryte są bujnym tropikalnym lasem. Najwyższe z nich – Cerro Vigía – mierzy 307 m wysokości. Wzgórze Krzyża (Cerro de la Cruz) osiąga z kolei 169 m, a wieńczy je okazały sześciometrowy krzyż. Podczas II wojny światowej oba służyły amerykańskim żołnierzom jako punkty obserwacyjne. Stany Zjednoczone ulokowały na wyspie bazę wojskową, co ponoć poprawiło znacznie status ekonomiczny jej mieszkańców. Obecnie na szczyty wzniesień prowadzą ścieżki, których pokonanie wymaga mniejszego lub większego wysiłku. Zmieniające się nachylenie terenu i duchota, panująca szczególnie na odcinkach zadrzewionych, stanowią czasem nie lada wyzwanie. Jednak warto podjąć ten trud dla późniejszych widoków, które po prostu zachwycają. Nieco niepokojący wydaje się fakt, że nad głowami osób wchodzących na górę krążą pojedynczo lub stadnie urubu czarne (sępniki czarne), padlinożerne ptaki z rodziny kondorowatych, zwane w Panamie gallotes lub gallinazos (Coragyps atratus). Monitorują kondycję wchodzących, jakby wyczekiwały swojej szansy.

 

Niemal jedna trzecia powierzchni lądu została tu objęta obszarem chronionym. Taboga zwana jest również całkiem zasadnie Wyspą Kwiatów (Isla de las Flores). Zapach tychże dolatuje do nozdrzy, gdy tylko człowiek postawi nogę na molo niewielkiej przystani promowej – ta woń od razu upaja, wprawia w dobry nastrój, zwiastuje przyjemność wakacyjnej laby. Potem zaczyna się zauważać, że kwiaty rosną wszędzie. Mury i balustrady pokrywają bugenwille w kolorze szaty biskupiej, swoje okazałe kielichy kierują do słońca hibiskusy o barwie stroju kardynalskiego. Rośliny kwitną tu bez przerwy, soczystą, radującą oczy zieleń urozmaica mnóstwo wielobarwnych akcentów. Kwiaty zdobią pobocza wąskich uliczek, jakże spokojnych i urokliwych, upiększają domowe tarasy i przydrożne, zadbane kapliczki, których na wyspie nie brakuje. Najokazalsze z tych ostatnich poświęcone są Matce Boskiej z góry Karmel (Nuestra Señora del Carmen), patronce rybaków. Co roku 16 lipca na jej cześć odbywa się zachwycająca procesja na morzu. Świętuje wówczas cała wyspa. Wokół rozbrzmiewa muzyka, wszyscy tańczą do utraty tchu, a wieczorne niebo roziskrzają pokazy sztucznych ogni.

 

Colon Island 3

Kolorowe domy na karaibskiej Wyspie Kolumba

© HOVER TOURS

 

HISZPAŃSCY KONKWISTADORZY

 

Według legendy przekazywanej od pokoleń Matka Boska miała uwolnić miejscowych od najazdów piratów, którzy nękali tę okolicę w XVI w. Ponoć ukazała się intruzom na plaży jako przywódczyni zbrojnej grupy gotowej na odparcie ataku. Piraci zlękli się i wycofali. Wyspiarze pobiegli więc do kościoła, żeby podziękować Bogu za ten cud. W świątyni ujrzeli ślady mokrych stóp prowadzące do ołtarza. Stojący na nim posąg Maryi był mokry i pokryty piaskiem. Wtedy ludzie zrozumieli, komu ten cud zawdzięczają. Dlatego też czczą swoją patronkę do dziś z niesłabnącym oddaniem.

 

Wspomniany Kościół św. Piotra (Iglesia de San Pedro) jest podobno drugą najstarszą świątynią na półkuli zachodniej. Obecnie pieczołowicie odrestaurowany wyróżnia się bielą murów, jednak wyraźnie chropowatych, pamiętających odległą przeszłość. Mimo wielu budynków stojących w sąsiedztwie kościół już z daleka daje się namierzyć po typowej wieży z dzwonnicą. Wygląda niezmiernie malowniczo. Przed nim rozpościera się niewielki plac, gdzie starsi przychodzą, aby przysiąść i poplotkować, a młodsi, żeby pograć w koszykówkę. Świątynia powstała niedługo po tym, jak w 1524 r. przybył na wyspę hiszpański ksiądz Hernando de Luque i nad brzegiem oceanu założył osadę San Pedro. Najpierw była tu mała kaplica, w której m.in. przed wyprawą konkwistadorską komunię przyjęli poddani Królestwa Hiszpanii Diego de Almagro i Francisco Pizarro. Później, jak głosi historia, ten pierwszy odkrył Chile, a drugi podbił Peru. Datę odkrycia samej Tabogi, której nazwa pochodzi od słowa aboga znaczącego w języku dawnej rdzennej ludności „obfitość ryb”, podaje ceramiczna tablica umieszczona na urokliwym skwerku tuż przy nadmorskiej promenadzie. Według niej czynu tego dokonał w 1513 r. najbardziej kojarzony z Panamą konkwistador – Vasco Núñez de Balboa. Jako pierwszy Europejczyk pokonał Przesmyk Panamski i dotarł do Oceanu Spokojnego, któremu nadał nazwę Mar del Sur – Morze Południowe. Z Santo Domingo na wyspie Hispaniola (gdzie mieszkał i popadł w długi) dostał się do ówczesnej Złotej Kastylii, czyli północnego wybrzeża dzisiejszej Panamy, w nadzwyczaj zuchwały sposób. Ukrył się w beczce na solone mięso.

 

Ciudad de Panama-DSC 8755

Avenida Balboa i drapacze chmur stojące wzdłuż wybrzeża (Ciudad de Panamá)

© AUTORIDAD DE TURISMO DE PANAMÁ

 

WYDŁUŻAJĄCA SIĘ PLAŻA

 

Taboga przyciąga zarówno Panamczyków, jak i obcokrajowców sielskością i wciąż odczuwalną atmosferą czasów kolonialnych. Najwięcej turystów z kontynentu gości w trakcie świąt i weekendów. Dla tych, którzy odwiedzają kosmopolityczne miasto Panama w interesach lub innym celu i marzą, aby choć przez moment odprężyć się poza stolicą, ta wyspa stanowi najwłaściwszy wybór. Znajdują się na niej całkiem przyjemne plaże, obmywane łagodnymi falami Pacyfiku, jak Playa Honda i Playa La Restinga. Wyjątkową cechą tej drugiej jest to, że podczas odpływu można z niej przejść na inną, znacznie mniejszą, pagórkowatą wysepkę zwaną El Morro. Nadal da się tu dostrzec ślady dawnej stoczni. Warto nadmienić, że w połowie XIX stulecia Taboga pełniła funkcję znaczącego panamskiego portu. Miejsce obfituje w owoce tropikalne i owoce morza. Papaje i karambole dojrzewają dziko i w przydomowych ogrodach. Serwowane w lokalnych knajpkach ryby, jak podawana na różne sposoby corvina (Cilus gilberti), będąca panamską specjalnością, czy wszelakie owoce morza są tu zawsze świeże i wyśmienite. Smażona corvina najlepiej smakuje z także smażonymi bananami warzywnymi – platanami (plátanos verdes), popijana lodowatym piwem Balboa albo Panama. Wśród dań z owoców morza prawdziwą rozkosz dla podniebienia stanowią almejas al ajillo – delikatne małże z czosnkiem duszone w winie, doprawione odrobiną ostrej papryki i pietruszki. Uśmiech na niejednej twarzy wywoła na pewno rachunek wypisany odręcznie na kawałku tektury, będącej fragmentem jakiegoś opakowania.

 

UROKI SAN PEDRO

 

Po wyśmienitym posiłku warto udać się na sjestę albo pospacerować po okolicy. Już na obrzeżach San Pedro tutejsza nieposkromiona natura daje o sobie znać. Wszędzie coś rośnie, wije się, pleni. Co chwilę słychać chrobot w konarach drzew, ptasie trele i kwilenie, szelest pośród opadłych, wysuszonych liści lub gdzieś w trawie. Człowiek ma ciągle wrażenie, że nie jest sam, że coś mu dotrzymuje kroku i go obserwuje. Pełno tu jaszczurek śmigających między plamami słońca a cieniem. Jedne są małe i szybkie jak pocisk, inne – całkiem spore, wolniejsze i leniwe. Czasem trafi się wąż, lecz zaraz odpełza w swoją stronę.

 

Po powrocie do miasteczka trafimy na kury grzebiące w cieniu bananowców i na gallos de pelea, czyli koguty bojowe zamknięte w klatkach, odkarmione i zadziorne. Wśród nich znajduje się pewnie przyszły el campeón – czempion. Wtedy skojarzymy, że to, co wcześniej widzieliśmy i co przypominało okrągły basen dla dzieci, ze szczątkami piór zamiast wody, jest w istocie areną do kogucich walk. San Pedro ma też cmentarz. Nekropolie w tropiku zawsze sprawiają wrażenie osobliwych, hipnotyzują. Tworzą przestrzeń z pogranicza jawy i snu, gdzie realizm magiczny, który słynny kolumbijski pisarz Gabriel García Márquez zaklął w swoich powieściach, wkracza do rzeczywistości. Najmocniej intrygują mnie takie nieco chaotyczne, skromne cmentarze. Złożone są one z białych jak wyschnięte piszczele grobowców z typowymi niszami, w które wsuwa się trumny. Część z grobów jest zapadnięta, część powleczona pajęczyną czarnych zacieków, bo wilgoć wypełza w tropiku z każdego kąta. Czasem widać tylko gołe krzyże wyrastające z suchej ziemi. Nie mogę się napatrzeć na takie cmentarze. Fascynuje mnie ten ich jakiś letargiczny charakter, pociągają te wszystkie tajemnice pozaszywane w cieniach i zapisane w osobliwych epitafiach.

 

W drodze do hotelu obowiązkowo należy zajrzeć do sklepu, gdzie Chińczyk mówiący po hiszpańsku płynnie i bez akcentu sprzedaje wyborny panamski rum Abuelo trzy razy drożej niż w kontynentalnej części kraju i narodowy trunek wysokoprocentowy z trzciny cukrowej Seco Herrerano w normalnej cenie. Co ciekawe, chińska społeczność w Panamie jest najliczniejsza w całej Ameryce Środkowej (między 135 tys. a 200 tys. mieszkańców, czyli ok. 4 proc. ludności tej ponad 4-milionowej republiki). Nie zaszkodzi zakupić oba trunki i jeszcze kilka limonek, zupełnie innych niż te, jakie znamy. Skórkę mają odrobinę zbrązowiałą, lecz ledwo przekrojone pachną jak marzenie bukietem aromatów pomarańczy i cytryn. Poza tym można z nich wycisnąć pyszny sok do drinka z rumem i coca colą, jeśli ktoś chciałby napić się cuba libre w wolnej Panamie. W hotelu, w położonym na najwyższym piętrze pokoju z wiatrakiem na suficie patrzę z balkonu na rozświetlony wieczorem Pacyfik – dziesiątki statków wyczekują wejścia do Kanału Panamskiego. O zmierzchu rozbrzmiewają żabie serenady. Niesforne psy ganiają się po sąsiednich podwórkach. Wreszcie przychodzi zasłużony sen.

 

O poranku wschodzące słońce odbija się pomarańczowo w otwartych na oścież drzwiach balkonowych. Na śniadanie dostaję smażone jajka, tosty i kawę, jak zawsze przepyszną. Na plaży na krótko przed wejściem na powrotny prom do Panamy wypijam jeszcze wodę z wielkiego, zielonego, dobrze schłodzonego orzecha kokosowego, w którym zmieściłyby się trzy szklanki płynu. Spoglądam na urzekającą Tabogę i żegnam się z nią: Hasta la próxima! („Do następnego razu!”).

 

WIECZÓR W TROPIKU

 

Po wizycie nad Pacyfikiem trafiam dla odmiany na Wyspę Kolumba (Isla Colón) leżącą na Morzu Karaibskim w prowincji Bocas del Toro (w archipelagu o tej nazwie). Jest późne popołudnie, prawie wieczór. Palmy kokosowe, zalane złotym kolorem zachodzącego słońca strzelają ponad skorodowane rdzą dachy z blachy falistej. Czaple białe wzbijają się nad gęste korony namorzynów, zataczają dwa, może trzy kręgi i siadają. Po drugiej stronie ulicy rozgrywa się scena jak z powieści Gabriela Garcíi Márqueza. Tęga doña z wałkami we włosach, odziana w bufiastą, pstrokatą sukienkę, spoczywa na bujanym fotelu przed domem i chłodzi się wachlarzem. Czasem ofuknie dzieciaki próbujące zwaśnić psa z kotem, jakby obu było mało kłótni na co dzień. W klatce o rozmiarach kredensu kuśtyka po drążku papuga o zielonożółtej głowie z czerwonymi policzkami, zapewne rudosterka żółtoskrzydła, występująca tu pod nazwą cotorra catana (Pyrrhura hoffmanni). Ptak skrzeczy, jakby chciał komuś naubliżać. Trzy młode Mulatki, ubrane w mundurki szkolne, kartkują jakąś opasłą książkę, coś w niej zaznaczają, trajkoczą i śmieją się. W tle za nimi znajduje się bananowy zagajnik, wyrośnięty mangowiec jeszcze bez owoców i drzewo chlebowe z owocami wielkimi jak bomby. Zapalają się pierwsze światła domowych lamp. Woda w zatoce mieni się najpierw złotem, potem różem i fioletem, odbijając kolory gasnącego nieba. Kiedy w tropiku kończy się dzień, wiadomo, że zmierzch zapadnie szybko.

 

Na Wyspie Kolumba warto wybrać się na Plażę Gwiazd (Playa de las Estrellas) z piaskiem drobnym i jasnym jak mąka, gdzie w płytkiej, przezroczystej wodzie niemal przy samym brzegu wylegują się okazałe rozgwiazdy: pomarańczowe, czerwone, żółte, nakrapiane. Są ich tu dziesiątki, leżą czasem jedna obok drugiej, w tercetach, kwartetach… Aby je podziwiać, trzeba podjechać lokalnym minibusem z Bocas Town (Bocas del Toro) do osady zwanej Boca del Drago (bilet kosztuje 5 dolarów amerykańskich) i dalej powędrować ścieżką biegnącą blisko namorzynów, kryjących setki pociesznych krabów. Idzie się pośród gajów palmowych, migdałowców i powykręcanych konarów kokkoloby gronowej (Coccoloba uvifera), której hiszpańska nazwa brzmi uva de playa, czyli „winogrono plażowe”. Po nacieszeniu się widokiem rozgwiazd można zamówić smażoną rybę z dodatkami w przyplażowej restauracyjce. Przeważnie w ofercie jest pargo rojo, czyli lucjan czerwony (Lutjanus campechanus), który smakuje znakomicie za każdym razem (zwłaszcza ze zmrożonym panamskim piwem). Warto zerknąć najpierw na świeże sztuki, dopiero co przyniesione z łodzi, i wybrać tę najbardziej nam odpowiadającą, szczególnie z uwagi na cenę.

 

HOTEL NA PALACH

 

Ostatniego dnia pobytu na Wyspie Kolumba wychodzę na werandę hotelu o lirycznej nazwie Olas de la Madrugada (Fale Wczesnego Poranka). Przy barze zwisa malowniczo kiść miniaturowych bananów. Wybieram dwa dojrzałe owoce, obieram nieśpiesznie i zjadam. Gdzieś w oddali puszczają w radio panamski reggaeton. Ta muzyka jest z natury głośna, rytmiczna i dość erotyczna, zwłaszcza jeśli chodzi o teksty i choreografię w teledyskach. Zrodziła się w wyniku wymiany kulturalnej i muzycznej między Panamą i Portoryko w latach 90. XX w. Zdaniem wielu badaczy reggaeton, nazywany wcześniej reggae po hiszpańsku (reggae en español), pochodzi właśnie z okolic Przesmyku Panamskiego. Dźwięki utworów tego szaleńczego latynoskiego gatunku muzycznego rozchodzą się po wodzie niewielkiej zatoki, ale dystans sprawia, że do moich uszu docierają cichsze, łagodniejsze, co staje się całkiem przyjemnym doznaniem. Pamiętam jeden z usłyszanych kawałków – nazywa się Muchachita. Nagrał go w 2015 r. Fernando Cabrera Guzmán, znany jako Mr. Saik. To dominikański artysta, który zrobił karierę w Panamie.

 

Spoglądam przed siebie. Widzę domy w pastelowych kolorach osadzone na palach, niektóre świeżo pomalowane, inne już nieco zmurszałe, lecz wciąż bijące jakąś radością. Podobnie wygląda mój hotel: żółto-niebieski, trzymający się na filarach zagłębionych w dnie zatoki. Woda jest tu uderzająco przejrzysta i nie brakuje w niej ławic drobnych ryb. Przypomina mi się fragment z Wojny futbolowej Ryszarda Kapuścińskiego, w którym autor opisuje swój tymczasowy dom w stolicy Ghany – Akrze. Mieszkam na tratwie, w bocznej uliczce handlowej dzielnicy Akry. Tratwa stoi wyniesiona na słupach do wysokości pierwszego piętra i nazywa się Hotel Metropol. W porze deszczów ten dziwoląg architektoniczny gnije i pleśnieje, a w miesiącach suszy – rozsycha się i trzeszczy. Ale się trzyma! Pośrodku tratwy stoi zabudowanie podzielone na osiem przegród. To nasze pokoje. Reszta miejsca objęta rzeźbioną balustradą nazywa się werandą. Tam mamy wielki stół do posiłków i kilka małych stolików, przy których pijemy whisky i piwo. Poza tym, że moja kwatera cechuje się zdecydowanie lepszym stanem, ten opis nawet by do niej pasował. Co najwyżej whisky zamieniłbym na wyśmienity panamski rum.

 

KARAIBSKIE REFLEKSJE

 

Ciężko było mi wyjeżdżać z Bocas Town (Bocas del Toro) na Wyspie Kolumba, a szczególnie żegnać się z tym miejscem o świcie. Za dobrze się tu czułem. Klimat Karaibów potrafi niezmiennie człowieka rozczulić. Niebywałe, jak umie go także zmienić przez pokazanie mu innego życia, często bardzo skromnego, choć kto wie, czy nie lepszego, pełniejszego, bliższego ludzkim sprawom. Wielu wraca z karaibskich tropików, myśląc, że być może mieć mniej znaczy mieć więcej. Dużo jest w tej krainie serdeczności, przyjaznych spojrzeń, pomocnych gestów. Ciągle odczuwa się potrzebę bliskości, towarzystwa drugiego człowieka niezbędnego do tańczenia, gry w domino, wypicia szklaneczki rumu. Poza tym wszyscy cały czas pragną tutaj rozmawiać. Na Karaibach komunikacja jest podstawą codziennego życia. Te rozmowy nigdzie tak szybko nie ujawniają charakteru rozmówców, ich temperamentu i emocji. Dyskutuje się głośno, bez umiaru, gestykulując przy tym żywiołowo. Czy rozmawiają dwie sędziwe matrony w zatłoczonym busie, czy nastolatki jazgoczące do swoich wymuskanych telefonów komórkowych – każdy wykazuje ogromne zaangażowanie. O tym właśnie najbardziej marzą ludzie uciekający z poukładanej północy na bezładne, nieprzewidywalne południe. Chcą doświadczyć obfitości życia i jego barwności we wszystkim, pociągającego luzu i braku pośpiechu, tej chwilowej, ale wyczekiwanej wolności.

 

DESZCZ NA POŻEGNANIE

 

O 5.00 lało jak z cebra. O 6.30 deszcz nie ustawał. Z nieba, jaśniejącego z oporem, spadały krople wielkości awokado. To była prawdziwa tropikalna ulewa. Nie chciała wypuścić mnie z hotelu i wyspy. Właściwie nie czułem się tym zmartwiony. Samolot linii Air Panama odlatywał za ponad godzinę, a do lotniska miałem niespełna 800 m. Najpierw planowałem dotrzeć na nie piechotą i po drodze spojrzeć ostatni raz na malownicze, budzące się domy. Jednak w tym potopie mój plan wydawał się bez sensu. Wyskoczyłem na ulicę i pobiegłem do centrum miasteczka, aby złapać taksówkę. Kierowca tej jedynej w zasięgu wzroku zaczynał dopiero dzień. Dopijał kawę w żółtym kubku z logo „Café Durán”, najpopularniejszej sieci w Panamie. Byłem jego pierwszym pasażerem, do tego przemokniętym do suchej nitki. Podrzucił mnie na miejsce, bo mu się nawinąłem, lecz wyczułem, że chętnie przedłużyłby sobie ten kawowy poranek.

 

Na lotnisku ociekający wodą turbośmigłowy samolot Fokker 50 czekał na poprawę pogody. Tą maszyną miałem odlecieć do stolicy. W końcu przestało padać i wyszło słońce. Ściana deszczu zwykle zmienia widoki w tropiku w coś na kształt kontrolnego obrazu z telewizora. Na szczęście promienie słoneczne przywróciły wszelkie utracone barwy. Rozejrzałem się – miałem przed sobą niewielkie lotnisko, mały samolot i krótki pas startowy. Za to karta pokładowa w mojej dłoni była długa jak spory rachunek z supermarketu. W bliskim sąsiedztwie pasa rosły bananowce i palmy. Natomiast tam, gdzie się kończył, zaczynało się boisko do baseballu i piłki nożnej. Niedawno Panama po raz pierwszy w historii awansowała na mundial (mistrzostwa świata odbędą się w Rosji w czerwcu i lipcu 2018 r.). Można więc przypuszczać, w co chętniej będą teraz grać wyspiarze koło lotniska. Lot z Wyspy Kolumba do Ciudad de Panamá trwał 45 min. W odwrotnym kierunku podróżowałem nocnym autobusem linii Tranceibosa (jedynej obsługującej bezpośrednie połączenie) przeszło 10 godz. Co więcej, klimatyzacja w pojeździe była chyba ustawiona na mrożenie pasażerów. Nie pomogła piersiówka z panamskim rumem. Potem, już o świcie, na przystani w miasteczku Almirante wskoczyłem do szybkiej łodzi płynącej do Bocas Town. Przyznam jednak, że pokonałbym tę całą trasę ponownie, każdym środkiem transportu, bo warto dotrzeć na czarujący archipelag Bocas del Toro, w ten czy inny sposób. To w końcu Karaiby!

 

5  Buceo Bocas del Toro1

Malowniczy bar z pomostem na Wyspie Kolumba zbudowany na palach na wodzie

© AUTORIDAD DE TURISMO DE PANAMÁ

 

BYSTRE OKO KINOMANA

 

Kiedy oglądam film i widzę w różnych scenach urzekające tropikalne plenery, jak choćby parujący las deszczowy, wybrzeże usiane wysmukłymi palmami kokosowymi albo fragment wiekowej kolonialnej zabudowy, natychmiast zaczynam szukać w internecie informacji, gdzie nakręcono te ujęcia. Szczególnie gdy tropik prezentuje się wyjątkowo realnie i niemal czuć ten bijący z ekranu żar, jaki oblepia aktorów – czoła im błyszczą, a włosy skręcają się w sprężynki od niepojętej wilgoci. Tego nie można sfabrykować. Jeśli tropik jest prawdziwy, od razu to wiadomo.

 

Tak było z filmem Escobar: Historia nieznana z 2014 r. z Benicio del Toro w roli tytułowej, do tego bardzo wyrazistej i przekonującej. Ten wszechstronny portorykański aktor grał dotąd m.in. wilkołaka, baseballistę czy Ernesta Che Guevarę, a w końcu wcielił się w postać kolumbijskiego barona narkotykowego. Jednak we wspomnianym filmie nie ujrzymy tak naprawdę Kolumbii. Zastąpiła ją Panama, czyli sąsiadka zza miedzy (nawiasem mówiąc, niezmiernie szerokiej, bagnistej i malarycznej, jeśli uznamy za nią przesmyk Darién oddzielający oba kraje). Panamskie pejzaże zostały tutaj zaprezentowane tak, że człowiek od razu nabiera ochoty, aby znaleźć się w okolicy z kadrów. Panama jest wyjątkowo fotogeniczna i skutecznie kusi nieujarzmionym interiorem. Najbardziej cieszy mnie powtórne – choć tym razem ograniczone do filmowych scen – odkrywanie miejsc, które już widziałem na własne oczy. Nieraz zdarzają się niespodzianki. Ostatnio okazało się, że Benicio del Toro gościł wraz z ekipą filmowców na... Bocas del Toro! Właśnie tam jeździłem rowerem: wzdłuż długiej i spektakularnej plaży Bluff na Wyspie Kolumba albo w Bocas Town. Oba miejsca pokazano w filmie kilka razy. Benicio del Toro na Bocas del Toro – brzmi to niesamowicie i zabawnie. Uwielbiam takie odkrycia. A Panama jest po prostu piękna!

 

Sardynia i Sycylia – dwie córy Italii

RENATA SUCHODOLSKA
www.poloniasardynia.blox.pl

 

<< Te dwie największe wyspy Morza Śródziemnego łączą podobne losy ziem przez wiele wieków narażonych na najazdy, pustoszonych przez epidemie i rozpalanych przez bunty. Każda z nich jest mimo to inna. Sardynia przypomina raczej zamkniętą w sobie, nieufną, lecz dumną siostrę jakże odmiennej, towarzyskiej i rozgadanej Sycylii. I jedna, i druga stara się jednak pozostać niezmienna, choć czas upływa nieubłaganie. Może właśnie dlatego dopiero w XX stuleciu pozwoliły, aby przemysł turystyczny na stałe zagościł w ich progach. >>

Więcej…