SYLWIA JEDLAK-DUBIEL

 

Kaplica Üw

Piękne freski zdobiące Kościół św. Trójcy na Wzgórzu Zamkowym w Lublinie

© KANCELARIA PREZYDENTA – MARKETING MIASTA LUBLIN

 

Gdy w 1569 r. Polska i Litwa zostały połączone unią realną na sejmie walnym w Lublinie, to miasto królewskie znalazło się w centrum Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Tutaj obradował też od 1578 r. Trybunał Główny Koronny. Na gospodarczo rozwiniętej Lubelszczyźnie wielu zwolenników znalazły także idee reformacji. Życie nie stoi jednak w miejscu i dziś, po kilku stuleciach i wielu zawirowaniach historii, ziemie te leżą na wschodzie naszego kraju. W powszechnej opinii są zwykle uznawane za obszar peryferyjny, przez co nie wzbudzają tak dużego zainteresowania, jak powinny. Takie podejście to ogromny błąd, a przekonać się o tym może każdy, kto odwiedzi tę urokliwą część Polski.

 

WW130402

Zamojski Ratusz na Rynku Wielkim, kilkakrotnie przebudowywany od 1591 r.

© WOJCIECH WÓJCIK/WYDZIAŁ TURYSTYKI I PROMOCJI URZĘDU MIASTA ZAMOŚĆ

 

Nazwą „Lubelszczyzna” określa się obecnie często historyczne województwo lubelskie z lat 1474–1795. Dzisiejszy obszar tego regionu administracyjnego nie pokrywa się w całości z ówczesnym. Włączono do niego m.in. ziemię chełmską i tereny leżące w granicach Wielkiego Księstwa Litewskiego. Współczesny herb województwa przypomina jednak ten z okresu I Rzeczypospolitej – widnieje na nim biały jeleń ze złotą koroną na szyi umieszczony na czerwonym tle.

 

Nigdy nie jest za późno, aby odwiedzić Lubelskie. To znakomity region na jesienne spacery i wycieczki (samochodowe, piesze, rowerowe czy konne). Można w nim podziwiać niesamowite zabytki, cieszyć się pięknem przyrody i aktywnie spędzać czas. Naprawdę nie sposób tu się nudzić.

 

1 Paweé Marczakowski Koniki polskie Ostoja przy Stawach Echo

Roztoczański Park Narodowy, ostoja konika polskiego

© PAWEŁ MARCZAKOWSKI/ROZTOCZAŃSKI PARK NARODOWY

 

W OKOLICY WISŁY

 

Naszą wędrówkę przez współczesną Lubelszczyznę zaczniemy od trzech miast, które zna wielu polskich turystów: Kazimierza Dolnego, Puław i Nałęczowa. Pierwsze dwa leżą na prawym brzegu Wisły, ostatnie znajduje się trochę dalej na wschód. Ze względu na położenie blisko siebie często są odwiedzane podczas jednej wycieczki.

 

Kazimierz Dolny przyciąga urokiem zabytkowego miasteczka. Jego historyczne centrum wyznacza Rynek z XIX-wieczną studnią przykrytą drewnianą wiatą, otoczony kamienicami. Widać z niego Kościół farny św. Jana Chrzciciela i św. Bartłomieja umieszczony na Szlaku Renesansu Lubelskiego. Uwagę zwracają w nim szczególnie detale architektoniczne, takie jak trójdzielny szczyt frontowy. Podobne rozwiązanie zastosowano także w kazimierskim Kościele św. Anny i św. Ducha (również usytuowanym na wspomnianym szlaku). Spod fary ul. Zamkową dochodzi się do ruin średniowiecznego zamku dolnego. Powyżej wnosi się obronna wieża strażnicza nazywana Basztą lub Wieżą Łokietka. To jeden z dwóch punktów w okolicy, z których rozpościera się najlepszy widok na Kazimierz Dolny i Wisłę. Kolejny znajduje się tuż obok, a mowa o Wzgórzu Trzech Krzyży. Na Rynku wzrok przykuwają zwłaszcza bogato zdobione renesansowe Kamienice Przybyłów. Zdecydowanie warto wybrać się też na ul. Puławską, aby obejrzeć rozmieszczone wzdłuż niej dawne spichlerze. Turyści odwiedzający Kazimierz Dolny opuszczają go zazwyczaj z kogutem – lokalnym wypiekiem nieco przypominającym w smaku chałkę. Dwa jego wzory zostały zgłoszone do urzędu patentowego.

 

Najsłynniejszym zabytkiem leżących na północ stąd Puław jest niewątpliwie Pałac Czartoryskich, rezydencja polskich rodów magnackich. Pierwotna budowla, barokowa, powstała na zlecenie Stanisława Herakliusza Lubomirskiego (1642–1702). Niestety, zniszczyły ją w 1706 r. wojska szwedzkie. Odbudowano ją w stylu rokokowym według projektu Jana Zygmunta Deybla. Na przełomie XVIII i XIX w. rezydencja stała się ośrodkiem kulturalnym, a to za sprawą ówczesnych jej właścicieli – Adama Kazimierza Czartoryskiego (1734–1823) i jego żony Izabeli z Flemmingów (1746– 1835), którzy ściągali do niej wielu znakomitych artystów. W tym okresie pałac otrzymał wystrój klasycystyczny. Otaczającemu go rozległemu parkowi nadano charakter romantyczny, umieszczono w nim także dużo nowych obiektów, np. Domek Grecki, Pałac Marynki oraz Świątynię Sybilli i Dom Gotycki. Te dwa ostatnie przeznaczone były na eksponaty gromadzone przez księżną Izabelę, którą uznaje się za założycielkę pierwszego polskiego muzeum narodowego. Dziś malowniczo położony zespół pałacowo-parkowy w Puławach udostępniony jest do zwiedzania. Po wizycie w nim proponuję udać się nad Wisłę i rzucić okiem na pobliski stalowy most im. Ignacego Mościckiego o konstrukcji kratownicowej. Powstał on w 1934 r., ale uległ zniszczeniu w wyniku działań wojennych. Zrekonstruowano go w 1949 r.

 

Nałęczów, ostatni z tej trójki, ma status uzdrowiska kardiologicznego. Zawdzięcza go dobroczynnemu mikroklimatowi i źródłom wód mineralnych. Tutejszy 25-hektarowy Park Zdrojowy założono w połowie XVIII w. Właścicielem miejscowych dóbr był wówczas starosta wąwolnicki Stanisław Małachowski herbu Nałęcz (1727–1784) – dla niego i jego żony Marianny wzniesiono tu barokową rezydencję. Obecnie działa w niej kawiarnia i Muzeum Bolesława Prusa (oddział Muzeum Lubelskiego w Lublinie). Pisarz zatrzymywał się kilkakrotnie w Pałacu Małachowskich w trakcie pobytów w Nałęczowie. W Parku Zdrojowym znajdują się poza tym dwa XIX-wieczne budynki sanatoryjne: Stare Łazienki i Sanatorium Książę Józef. Na zainteresowanie zasługują również Domek Gotycki i Grecki. W Domu Zdrojowym z 1964 r. mieści się pijalnia wód mineralnych i palmiarnia. Ciekawym obiektem w Nałęczowie jest też Muzeum Stefana Żeromskiego utworzone w jego dawnej pracowni – jednoizbowym domu nawiązującym do stylu zakopiańskiego.

 

SERCE REGIONU

 

Funkcję stolicy województwa pełni niemal 350-tysięczny Lublin. Należy on do najstarszych ośrodków miejskich w Polsce, a początki jego historii sięgają istniejącej od VI w. osady na wzgórzu Czwartek. Na innym wzniesieniu (Wzgórzu Zamkowym) za panowania króla Kazimierza III Wielkiego w miejscu grodu kasztelańskiego, z czasów którego zachowała się do dzisiaj okrągła wieża (zabytek sztuki romańskiej), powstał murowany zamek. Jedną z najstarszych jego części stanowi XIV-wieczny Kościół św. Trójcy odgrywający rolę kaplicy zamkowej. Pod koniec XIX stulecia pod warstwą tynku odkryto w jego wnętrzu wspaniałe rusko-bizantyjskie freski z 1418 r., które dzięki przeprowadzeniu prac renowacyjnych można obecnie podziwiać w całej okazałości. Sam zamek przechodził liczne przebudowy. Od 1957 r. jest główną siedzibą Muzeum Lubelskiego. W ekspozycji stałej, w Galerii Malarstwa Polskiego XVII–XIX w., znajduje się obraz Jana Matejki Unia lubelska z 1869 r.

 

Lublin słynie z zabytków. Największe ich zagęszczenie występuje w okolicy Starego Miasta. Zachowały się tu fragmenty murów obronnych, bramy miejskie (Krakowska i Grodzka), kamienice i świątynie. Na Rynku stoi dawny budynek Trybunału Głównego Koronnego, w którym zaczyna się Lubelska Trasa Podziemna. Panoramę Lublina najlepiej podziwiać z neogotyckiej Wieży Trynitarskiej (z platformy widokowej na wysokości 40 m) wznoszącej się niedaleko barokowej Archikatedry św. Jana Chrzciciela i św. Jana Ewangelisty. Reprezentacyjną lubelską ulicą jest Krakowskie Przedmieście, częściowo zamknięte dla ruchu samochodowego. W jego rejonie znajduje się m.in. klasycystyczny gmach Nowego Ratusza czy eklektyczny Grand Hotel Lublinianka (należący obecnie do międzynarodowej sieci IBB Hotel Collection). Poza tym w mieście warto zobaczyć jeszcze na pewno budynek dworca głównego, otwarty w 1877 r. (przebudowany w kolejnym stuleciu) i umiejscowiony na trasie Kolei Nadwiślańskiej, oraz liczne pałace. Poznawanie historii Lublina byłoby też niepełne bez wizyty w Państwowym Muzeum na Majdanku założonym na terenie dawnego niemieckiego obozu koncentracyjnego.

 

Stolica województwa lubelskiego była kiedyś wielokulturowym, tętniącym życiem ośrodkiem. Współcześnie znów wraca się do tej tradycji. W Lublinie funkcjonują świątynie i miejsca spotkań różnych religii i wyznań, organizowane są ciekawe imprezy kulturalne, również cykliczne. Do najpopularniejszych wydarzeń należą Noc Kultury (w czerwcu), Wschód Kultury – Inne Brzmienia (festiwal na początku lipca), Jarmark Jagielloński (w sierpniu), Carnaval Sztukmistrzów (zazwyczaj pod koniec lipca) czy Europejski Festiwal Smaku (w pierwszej połowie września). W 2017 r. miasto obchodzi jubileusz 700-lecia lokacji na prawie magdeburskim.

 

Na północ od Lublina rozciąga się Kozłowiecki Park Krajobrazowy, a za nim dwa miejsca warte odwiedzenia. Pierwsze z nich to Muzeum Zamoyskich we wsi Kozłówka. Otoczony parkiem pałac wzniesiono w latach 1736–1742 w majątku, który otrzymała od babki druga żona wojewody chełmińskiego Michała Bielińskiego. Pod koniec XVIII w. rezydencja trafiła w ręce Zamoyskich. We wnętrzach zachował się autentyczny wystrój z przełomu XIX i XX stulecia. Oprócz tego znajduje się tu kaplica wzorowana na wersalskiej, a w niej kopia nagrobka Zofii z Czartoryskich Zamoyskiej (1778–1837) z kościoła we Florencji.

 

 Na wschód stąd leży ponad 20-tysięczny Lubartów. Do 1744 r. nosił on nazwę Lewartów. Król August III Sas zmienił ją na prośbę nowego właściciela miasta – Pawła Karola Sanguszki (ród uważał się za potomków księcia litewskiego Lubarta Giedyminowicza), który przebudował tutejszy pałac, wzniósł barokową Bazylikę św. Anny i razem z Mikołajem Krzyneckim z Urzędowa ufundował założenie klasztorne kapucynów. Wspomniana rezydencja (Pałac Sanguszków z XVIII w.) sąsiaduje z parkiem ze stawem. Dziś swoją siedzibę ma w niej Starostwo Powiatowe w Lubartowie, ale w godzinach pracy urzędu można obejrzeć reprezentacyjną Salę Rycerską.

 

WZDŁUŻ PÓŁNOCNEJ GRANICY

 

Z centrum regionu przeniesiemy się na północny wschód, do niemal 60-tysięcznej Białej Podlaskiej. Ten rejon znajdował się kiedyś w granicach Wielkiego Księstwa Litewskiego. Miasto zawdzięcza swój największy rozkwit Radziwiłłom, w których ręce przeszło w 1569 r. Do dziś przypominają o tym pozostałości po zamkowym założeniu wzniesionym na ich zlecenie w pierwszej połowie XVII w. Sama rezydencja się nie zachowała, ale na terenie parkowym wciąż można oglądać bramę wjazdową stylizowaną na łuk triumfalny połączoną z barokową wieżą wartowniczą (obecnie siedziba Muzeum Południowego Podlasia), kaplicę sąsiadującą z wieżyczką wschodnią i trzy oficyny. Podczas prac remontowych w 2012 r. odkryto pod ziemią kolejne fragmenty zabudowy, m.in. długą konstrukcję arkadową. Posiadłość miała charakter obronny, o czym przypominają fortyfikacje ziemne (rzadki przykład tzw. szkoły staroholenderskiej). W ostatnich latach pojawił się pomysł rekonstrukcji pałacu, jej plany są już gotowe, ale władze miasta zastanawiają się jeszcze nad formą inwestycji. Według tej koncepcji w odtworzonej rezydencji będzie działał hotel. Jako ciekawostkę warto wspomnieć, że w tym majątku zmarł w listopadzie 1790 r. słynący z hulaszczego trybu życia wojewoda wileński Karol Stanisław Radziwiłł zwany Panie Kochanku.

 

Do zabytków Białej Podlaskiej należy również Kościół św. Anny. Ufundował go Mikołaj Krzysztof Radziwiłł (Sierotka), a przy jego budowie wykorzystano prawdopodobnie mury stojącego tu zboru ariańskiego wzniesionego na miejscu spalonej wcześniej świątyni. Do nawy głównej przylegają dwie kaplice – na szczególną uwagę zasługuje ze względu na bogaty wystrój ta pod wezwaniem św. Jana Kantego. Na kopule kościoła umieszczono krzyż z półksiężycem u podstawy, który jest pamiątką zwycięstwa Jana III Sobieskiego nad armią turecką pod Wiedniem w 1683 r. Dawny rynek miejski w Białej Podlaskiej funkcjonuje obecnie pod nazwą plac Wolności. Otaczają go niskie, kolorowe kamienice z końca XIX i początku XX stulecia.

 

W okolicy północnej granicy województwa leży też 30-tysięczny Łuków. Znajdują się w nim dwa zespoły klasztorne: bernardynów i pijarów. W tzw. Konwikcie Szaniawskich (internacie założonym dla uczniów kolegium pijarskiego z fundacji biskupa Konstantego Felicjana Szaniawskiego) działa Muzeum Regionalne. W powiecie łukowskim urodził się w 1846 r. polski noblista Henryk Sienkiewicz. Jego rodzice mieszkali w Woli Okrzejskiej. W pobliskiej Okrzei, w kościele ufundowanym przez prababkę pisarza, wzięli ślub i ochrzcili syna. W 1966 r. w pierwszej z tych miejscowości, w oficynie dworskiej postało Muzeum Henryka Sienkiewicza. W placówce można obejrzeć osobiste pamiątki po pisarzu, pierwsze wydania jego dzieł, rekwizyty z filmowych ekranizacji książek i XIX-wieczne meble. Prezentuje się w niej także związki Henryka Sienkiewicza z Lubelszczyzną.

 

MALOWNICZE POŁUDNIE

 

Na południu dla odmiany największym ośrodkiem jest 65-tysięczny Zamość. Lokacji miasta dokonał w 1580 r. Jan Zamoyski, kanclerz i hetman wielki koronny. Plan opracował włoski architekt Bernardo Morando. Na obszarze osiedla Stare Miasto zachował się pierwotny układ urbanistyczny z rozległym Rynkiem Wielkim. Przy tym kwadratowym placu o wymiarach 100 na 100 m stoi manierystyczno-barokowy Ratusz z 52-metrową wieżą zegarową. Prowadzą do niego efektowne schody. Zamojski rynek prezentuje się wyjątkowo malowniczo, a to dzięki pięknym kamienicom z podcieniami. Zwykle wyróżnia się wśród nich te tworzące północną pierzeję (zwane ormiańskimi), a wzniesione w połowie XVII w.

 

W rejonie Starego Miasta znajduje się wiele interesujących zabytków. Założyciel Zamościa wybudował dla siebie wspaniałą rezydencję w stylu renesansowym. Pałac wielokrotnie przebudowywano, dlatego nie przypomina już swojej pierwotnej niezmiernie okazałej wersji, ale wciąż robi duże wrażenie. Jan Zamoyski był mecenasem literatury i humanistą, sam studiował na uniwersytecie w Padwie, gdzie został wybrany rektorem. Nie dziwi więc fakt, że we własnym mieście założył uczelnię – Akademię Zamojską, której oficjalne otwarcie odbyło się w marcu 1595 r. Zamknięto ją, gdy Zamość włączono do zaboru austriackiego (w 1784 r.). Niestety, po przekształceniu gmachu w koszary zniszczono wiele elementów dekoracyjnych na elewacji i zabudowano arkady na wewnętrznym dziedzińcu. Kilka lat temu władze miasta rozpoczęły starania o przyznanie funduszy na rewitalizację akademii. W 2017 r. w końcu doszło do podpisania umowy o dofinansowanie. Budynek dawnej uczelni ma zatem szansę odzyskać zapomniany już wygląd. Innym zabytkiem z początkowego okresu istnienia Zamościa jest Katedra Zmartwychwstania Pańskiego i św. Tomasza Apostoła, umieszczona na Szlaku Renesansu Lubelskiego. W tym czasie zaczęły powstawać również fortyfikacje otaczające zabudowania miasta i czyniące z niego twierdzę. Wiele ich fragmentów można wciąż oglądać. Ciekawy obiekt stanowi też odrestaurowana późnorenesansowa synagoga – wyjątkowa na skalę Polski (funkcjonuje w niej ośrodek kultury żydowskiej). W 1992 r. rejon Starego Miasta wpisano na prestiżową Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.

 

Zamość jest świetną bazą wypadową na wycieczki do krainy geograficznej zwanej Roztoczem. Składa się na nią wał wzniesień rozciągający się od Kraśnika do okolic Lwowa na Ukrainie. Na części tego obszaru utworzono w 1974 r. Roztoczański Park Narodowy. W jego logo umiejscowiono konika polskiego (potomka dzikiego tarpana), którego hodowlę rezerwatową założono tutaj w 1982 r. W parku wytyczono ścieżki poznawcze, szlaki turystyczne i trasy rowerowe. Z pewnością znajdą wśród nich coś dla siebie zarówno osoby o słabszej kondycji, jak i bardziej wprawieni turyści. Zapaleni cykliści powinni spróbować pokonać czerwony Centralny Szlak Rowerowy Roztocza prowadzący od Kraśnika do Lwowa. Roztocze to także znakomite miejsce na wyprawy na końskim grzbiecie. W miejscowości Wólka Wieprzecka zaczynają się dwa szlaki konne: Ułański (34-kilometrowy) i Roztoczański (25-kilometrowy). W tym rejonie Polski warto zawitać również do 3-tysięcznego Zwierzyńca, a w nim zobaczyć tzw. kościół na wodzie czy drewnianą willę Plenipotentówkę (siedzibę dyrekcji Roztoczańskiego Parku Narodowego). Nie wolno odmówić sobie też obejrzenia szumów na Tanwi, czyli małych wodospadów tworzących się na progach skalnych tej rzeki. Na taką wycieczkę turyści wyruszają zwykle ze wsi Susiec.

 

Miłośnikom przyrody spodobają się także rozległe Lasy Janowskie położone na granicy województwa lubelskiego i podkarpackiego. Można tu wybrać się na obserwowanie ptaków. Poza tym w okolicy są również trasy rowerowe.

 

 Widok na BazylikÖ pw

Chełm – po prawej dwie wieże i kopuła bazyliki

© ARCHIWUM URZĘDU MIASTA CHEŁM

 

WYPRAWA NA WSCHÓD

 

Południowo-wschodnia część Lubelskiego należała do historycznej Rusi Czerwonej. Do 1772 r. Zamość znajdował się w województwie ruskim, podobnie jak dwa inne miasta położone obecnie niedaleko granicy z Ukrainą – Chełm i Hrubieszów.

 

To pierwsze było kiedyś ośrodkiem zamieszkiwanym przez katolików, żydów, prawosławnych i unitów. W tę historię wpisują się losy chełmskiej Bazyliki Narodzenia NMP. Początkowo w jej miejscu stała cerkiew prawosławna, przekształcona (po unii brzeskiej w 1596 r.) w katedrę unicką. W XVIII w. rozebrano ją i odbudowano w stylu zachodnioeuropejskiego baroku. W 1802 r. budynek zniszczył pożar. W wyniku rekonstrukcji elewacji nadano rysy neoklasycystyczne. Po pierwszym rozbiorze Polski Chełm znalazł się w granicach zaboru rosyjskiego. Gdy Rosjanie zlikwidowali Kościół unicki w 1875 r., świątynia stała się soborem prawosławnym i znów zmieniła swój wygląd. W ręce katolików trafiła w czasach II Rzeczypospolitej, ale w trakcie II wojny światowej ponownie służyła prawosławnym wiernym. Od 1944 r. jest kościołem katolickim. Znajduje się w nim kopia obrazu Matki Boskiej Chełmskiej (oryginał do obejrzenia w Muzeum Ikony Wołyńskiej w Łucku na Ukrainie).

 

Bazylika wznosi się na Górze Katedralnej (Zamkowej), której obszar stanowi najstarszą część miasta. Oprócz tej świątyni są tu jeszcze dawny pałac biskupów unickich, dzwonnica, bazyliański klasztor czy Brama Uściłuska z 1616 r. Poza tym na wzniesieniu odkryto pozostałości XIII-wiecznego palatium Daniela Halickiego, księcia wołyńskiego i halickiego, a potem króla Rusi, który ustanowił w Chełmie swoją siedzibę. Jeszcze w pierwszych dekadach XX w. w mieście żyła znacząca społeczność żydowska. Żydzi osiedlali się tutaj już od XV stulecia. Do dziś zachowała się Mała Synagoga i zrekonstruowany kirkut (zdewastowany przez Niemców w czasie II wojny światowej).

 

Ciekawą miejscową atrakcją są Chełmskie Podziemia Kredowe, czyli dawna kopalnia kredy. Zwiedzającym udostępniono oświetloną trasę turystyczną o długości 2 km, prowadzącą pod zabudowaniami miejskimi. Wejście znajduje się niedaleko Kościoła Rozesłania św. św. Apostołów.

 

Hrubieszów leży kilkanaście kilometrów od granicy polsko-ukraińskiej. Tutejszy, katolicki obecnie Kościół św. Stanisława Kostki także był kiedyś świątynią unicką, a później prawosławną. Słynie on z kopii obrazu Matki Boskiej Sokalskiej. Ciekawym zabytkiem jest prawosławna Cerkiew Zaśnięcia NMP z XIX w. – ma ona aż 13 kopuł. O hrubieszowskich Żydach przypomina dziś stary cmentarz, żadna synagoga nie przetrwała zawirowań historii. W Hrubieszowie funkcjonuje też Muzeum im. ks. Stanisława Staszica. Ten wybitny działacz polityczny i uczony doby oświecenia założył w swoich dobrach Towarzystwo Rolnicze Hrubieszowskie, rodzaj fundacji o charakterze spółdzielczym (należący do niego chłopi byli zwolnieni z pańszczyzny). Siedzibę placówki stanowi dwór, którego główna część została zbudowana w 1791 r. Muzeum współzarządza również interesującą Wioską Gotów w pobliskim Masłomęczu. Archeolodzy odkryli w tej wsi w 1978 r. pozostałości osady gockiej (największej z okolicznych) i cmentarzyska. Na podstawie znalezisk wyodrębnili tzw. grupę masłomęcką, wyróżniającą się charakterystycznymi zwyczajami pochówkowymi i poziomem rzemiosła.

 

Także przy wschodniej granicy, ale z Białorusią, na obszarze Polesia Lubelskiego (Zachodniego) znajduje się 13-tysięczna Włodawa. Już przed lokacją miasta (w 1534 r.) żyli tutaj Polacy, Rusini i Żydzi. Do późnobarokowych realizacji z połowy XVIII w. należy Kościół św. Ludwika przy klasztorze ojców paulinów. Ciekawym obiektem jest prawosławna Cerkiew Narodzenia NMP, rozbudowana pod koniec XIX w. ze świątyni unickiej wzniesionej na terenie cmentarza. W mieście zachowała się poza tym grupa synagog, obecnie włączonych do Muzeum – Zespołu Synagogalnego we Włodawie. Warto też wiedzieć, że po tym, jak właścicielem ośrodka został kalwin Rafał Leszczyński, zbudowano tu zbór, a w 1634 r. odbył się synod kalwiński.

 

Ten rejon Lubelszczyzny będzie również idealny na wyprawy dla miłośników przyrody i spędzania czasu na świeżym powietrzu. Chełm i Włodawa leżą w polskiej części Polesia. Na jego obszarze rozciąga się Równina Łęczyńsko-Włodawska, której naturalne bogactwo chroni Poleski Park Narodowy. Przez ten ostatni przebiega 280-kilometrowy Poleski Szlak Konny, odpowiedni także na wędrówki piesze lub rajdy rowerowe. Amatorów jazdy na dwóch kółkach powinien jednak zainteresować bardziej odcinek Wschodniego Szlaku Rowerowego Green Velo poprowadzony w województwie lubelskim, m.in. przez Sobiborski Park Krajobrazowy i wspomniany Roztoczański Park Narodowy. Na jego trasie znajdują się np. Janów Podlaski (kojarzący się ze stadniną koni czystej krwi arabskiej czy Zamkiem Biskupim, dziś 4-gwiazdkowym hotelem należącym do Grupy Arche), Kostomłoty (z piękną drewnianą Cerkwią św. Nikity Męczennika), Kodeń (słynący z obrazu Matki Boskiej Kodeńskiej z renesansowej Bazyliki św. Anny), Włodawa, Chełm, Krasnystaw (królewskie miasto położone nad Wieprzem ze wspaniałym pojezuickim Kościołem św. Franciszka Ksawerego w stylu barokowym) i Zwierzyniec. Pełna atrakcji Lubelszczyzna z niecierpliwością czeka na ponowne odkrycie!

 

Artykuły wybrane losowo

Mała wielka Malta

MARCIN „HUMBAK” JĘDRZEJCZAK

 

Leżąca na Morzu Śródziemnym, mniej więcej pośrodku między Gibraltarem a Izraelem, a także Sycylią i Tunezją, Malta jest dosyć dobrze rozwiniętym gospodarczo państwem, tysiąc razy mniejszym od Polski (316 km2 powierzchni). Nie uprawia się w nim ani warzyw, ani owoców, wycięto wszystkie oliwne drzewka, a jedyne, co pozostało, to winnice. Brak tu rzek czy jezior, deszcz pada rzadko i praktycznie nie ma słodkiej wody, znajdziemy za to mnóstwo zabytków. Dlatego kraj ten nazywa się często muzeum pod gołym niebem.

Wodę w miejscowym hotelu po przegotowaniu można śmiało wypić. Jej smak nie jest jednak źródlany, bowiem Maltańczycy pozyskują ją odsalając tę, której mają pod dostatkiem w morzu. Nad umywalką umieszczone są dwa krany – z jednego płynie gorąca, a z drugiego zimna woda. To jedna z pozostałości po Brytyjczykach, poprzednich władcach archipelagu.

Więcej…

12 najlepszych miejsc na świecie do uprawiania kitesurfingu

MAŁGORZATA CHOLEWA
MAGDALENA LASOCKA

Z roku na rok coraz więcej Polaków wsiada na deskę z latawcem, wystarczy latem zawitać nad Zatokę Gdańską, aby przekonać się o dużej popularności tego sportu wodnego w naszym kraju. Niestety, pogoda na wybrzeżu Morza Bałtyckiego pozwala cieszyć się wysokimi temperaturami, wiatrem i falami jedynie przez kilkanaście letnich tygodni. W chłodniejszym okresie miłośnicy tej widowiskowej dyscypliny muszą trenować w rejonach o cieplejszym klimacie. Nic więc dziwnego, że w Polsce niezmiernie szybko rozwija się turystyka kitesurfingowa, co wiąże się również ze zwiększającym się zapotrzebowaniem na odkrywanie coraz to nowych, egzotycznych zakątków świata.

Więcej…

Niezwykłe piękno Panamy

 

Filip Werstler

 

Sielski archipelag Bocas del Toro położony na Morzu Karaibskim

14991055 1200368353389294 7969613924783795900 o

© AZULPARADISE.COM/BOCASDELTORO.COM

 

Od zawsze chciałem odwiedzić Amerykę Środkową, a najbardziej Karaiby. Taka podróż z Polski to wciąż niezbyt łatwa wyprawa. Dlatego gdy pojawiła się korzystna oferta lotów do Panamy, nie wahałem się długo. Ten kraj już w trakcie przeglądania relacji internetowych wystarczająco mnie zainteresował. Miałem ochotę na własne oczy zobaczyć wielkie drapacze chmur jego stolicy i piękne bezludne wyspy na Morzu Karaibskim. Jednak to, co ujrzałem i przeżyłem, przerosło moje najśmielsze oczekiwania.

 

Panama jest obecnie jednym z najszybciej rozwijających się państw Ameryki Łacińskiej. W ciągu ostatnich 16 lat zmieniła się nie do poznania, głównie dzięki dochodom płynącym z administrowania Kanału Panamskiego (od 31 grudnia 1999 r.), wpływom ze Strefy Wolnego Handlu Colón (Zona Libre de Colón – druga największa strefa wolnocłowa na naszym globie po Hongkongu) i funkcjonowania stołecznego międzynarodowego centrum bankowego (uważanego również za drugie w skali światowej pod względem wielkości, zaraz po Zurychu). Ma to swoje odbicie także w turystyce, która z roku na rok staje się coraz ważniejszym elementem gospodarki tego niewielkiego kraju (o powierzchni ponad 74 tys. km²) leżącego między Kostaryką a Kolumbią.

 

Ameryka Południowa i Środkowa to – z wyjątkiem niektórych państw wyspiarskich położonych na Morzu Karaibskim, jak Jamajka, Kuba czy Republika Dominikańska, do których latają bezpośrednio samoloty czarterowe z Polski – rejony wciąż nie tak łatwo dostępne dla turystów znad Wisły. Panama, ale też Nikaragua, Kostaryka, Gwatemala, Honduras, Salwador czy inne kraje tej części globu nadal stanowią dla większości Polaków pewną zagadkę. W te strony najczęściej dolecimy z przesiadką w Madrycie (liniami Iberia) lub USA. O ile w tym pierwszym przypadku nie musimy starać się o żadne dodatkowe dokumenty, o tyle zmienianie samolotu na lotnisku w Stanach Zjednoczonych wymaga już posiadania ważnej wizy tranzytowej, co jest niejakim utrudnieniem. Na ogół polskim podróżnikom najłatwiej wyprawić się do kontynentalnej części Ameryki Środkowej z Hiszpanii, skąd dotrą bez żadnych przesiadek do Gwatemali, Salwadoru oraz Kostaryki i Panamy. Te dwa ostatnie państwa są zresztą zdecydowanie najlepiej połączone z Europą. Do kostarykańskiej stolicy dostaniemy się przez cały rok nie tylko z Madrytu, ale także z Frankfurtu nad Menem (Condor) czy Londynu (British Airways). Jeszcze większy wybór mamy obecnie w przypadku panamskiej metropolii. Dolecimy do niej bezpośrednio właśnie z Madrytu oraz Frankfurtu nad Menem (Lufthansa), Paryża (Air France), Amsterdamu (KLM) i Stambułu (Turkish Airlines).

 

Jeżeli chodzi o mnie, to kupiłem bilet do Panamy z Barcelony z międzylądowaniem w hiszpańskiej stolicy. W sumie przesiadałem się dwa razy, bo na Półwysep Iberyjski dotarłem samolotem tanich linii Ryanair z Portu Lotniczego Warszawa-Modlin w Nowym Dworze Mazowieckim. Lot z Madrytu nie najnowszym airbusem trwał ok. 11 godz. i nie należał do ciężkich. Podstawowe udogodnienia w klasie ekonomicznej pozwoliły nam przetrwać podróż w znośnych warunkach. Po wylądowaniu i dopełnieniu formalności administracyjnych udaliśmy się na postój taksówek przy Międzynarodowym Lotnisku Tocumen usytuowanym ok. 25 km od panamskiej metropolii.

 

Casco Antiguo (Casco Viejo) – historyczna dzielnica panamskiej stolicy

Casco Antiguo 2

© AUTORIDAD DE TURISMO DE PANAMÁ (ATP)

 

 

Latynoski Nowy Jork

 

 Stolica kraju – Panama (Ciudad de Panamá) – zachwyciła nas od samego początku naszej wizyty. Dzielnica finansowa (distrito financiero) imponuje wysokimi wieżowcami, których są tu dziesiątki. Potężne galerie handlowe, drapacze chmur i ekskluzywne samochody wypełniają miasto ludzi z latynoskim temperamentem. Ważnym miejscem w tym rejonie jest Cinta Costera, ok. 7-kilometrowa promenada biegnąca wzdłuż wybrzeża. Można na niej spotkać panamczyków, którzy biegają lub ćwiczą w siłowniach pod gołym niebem. Jogging stanowi tutaj jedną z najpopularniejszych aktywności, uprawia go naprawdę wiele osób.

 

Z tej chętnie odwiedzanej promenady szybko dotrzemy do historycznego centrum stolicy – Casco Viejo (Casco Antiguo). Należy pamiętać, żeby raczej nie zwiedzać jego zaułków po zmroku, jeśli nie towarzyszą nam miejscowi. Ta część miasta bardziej przypomina Kubę niż Stany Zjednoczone. Wśród kolorowych, choć dość często odrapanych, kamienic i małych sklepików stojących przy wąskich uliczkach unosi się atmosfera latynoskiego świata. Mimo iż coraz więcej budynków zostało świeżo odnowionych, Casco Viejo nie straciło swojego klimatu. Możemy tu spróbować innych przysmaków niż w modnych restauracjach i poznać bliżej codzienną twarz Panamy, odmienną od jej biznesowego oblicza. Nie znajdziemy w tym rejonie zbyt wielu punktów informacji turystycznej (przyznaję, że nawet ich nie szukałem), ale nie jest on duży i zwiedzimy go w ciągu 2–3 godz. Wystarczy, że ruszymy przed siebie.

 

Kolejne miejsce warte odwiedzenia stanowi Calzada de Amador. Wzdłuż tej drogi łączącej ze stałym lądem mały archipelag czterech wysp na Pacyfiku (Naos, Perico, Culebra i Flamenco) biegnie krótka, bo ledwie kilkukilometrowa, trasa rowerowa, z której rozpościerają się wspaniałe widoki zarówno na nową część Panamy, jak i południowe wejście do Kanału Panamskiego oraz oczekujące na przeprawę różnej wielkości statki. Wypożyczenie roweru kosztuje kilka dolarów amerykańskich (USD), a sama wycieczka razem z postojem na robienie zdjęć i podziwianie okolicy zajmuje ok. 1,5–2 godz.

 

 

Dzieło inżynierii wodnej

 

Podczas 6-dniowego pobytu w stolicy wybrałem się również – oczywiście – nad Kanał Panamski. Obok Kanału Sueskiego to jedna z najważniejszych dróg wodnych na świecie. Dzięki tej ogromnej inwestycji znacząco skróciły się trasy rejsów statków pływających między Atlantykiem (Morzem Karaibskim) a Pacyfikiem. Wpływy z obsługi przeprawy stanowią główną siłę napędową gospodarki kraju. Jednak ten wyjątkowy wytwór inżynierii wodnej warto zobaczyć też z innych powodów.

 

Na miejsce dojedziemy transportem publicznym (za 1 dolara) lub taksówką (ok. 10–20 dolarów). My wybraliśmy tę pierwszą możliwość. Zapłaciliśmy przy wysiadaniu i prowadzeni przez drogowskazy skierowaliśmy się do wejścia na teren centrum dla odwiedzających (Centro de Visitantes de Miraflores). Po drodze dostrzegliśmy znak ostrzegający nas o pojawiających się w okolicy krokodylach, więc postanowiliśmy przyspieszyć kroku.

 

Po kupieniu biletów (15 dolarów od osoby dorosłej) i wejściu do budynku udaliśmy się po schodach na pierwsze piętro, gdzie niczym na stadionie znajdują się trybuny, a spiker na bieżąco komentuje to, co się dzieje. Wielkie tankowce i kontenerowce czekały w oddali. Kolejne wpływały do śluz Miraflores (las esclusas de Miraflores). Choć cała procedura trwa nieco ponad 30 min. (tak przynajmniej było przed powiększeniem Kanału Panamskiego, które zakończono oficjalnie 26 czerwca 2016 r.), jej przebieg wygląda imponująco. Cztery silniki, każdy wielkości ciężarówki, przesuwają się po specjalnych szynach. Do nich przyczepione są liny zamocowane do kadłuba statku. Dopiero po odpowiednim naprężeniu tych lin jednostka może zostać przeprowadzona. Minimalna odległość między burtą a krawędzią śluzy wynosi… ok. 60 cm. Niesamowity wydaje się fakt, że ta technologia ma więcej niż 100 lat (oddano ją do użytku 15 sierpnia 1914 r.). Przez ponad półtorej godziny oglądaliśmy kolejne statki pokonujące kanał, napełnianie i opróżnianie śluz. Ogromne wrażenie zrobiła na mnie sprawność całego procesu. Przeprowadzenie przez nie tak znów szeroki korytarz z wodą (o odległości między brzegami wynoszącej 33,53 m, a po poszerzeniu w 2016 r. – 54,86 m) długich stalowych kolosów wyglądało na najprostszą rzecz na świecie. Takiego doświadczenia się nie zapomina.

 

Po tym spektaklu odwiedziliśmy pozostałe piętra budynku prezentującego w ciekawy sposób rozwiązania techniczne i dzieje panamskiej przeprawy. Można tutaj zapoznać się z informacjami na temat powstawania i modernizacji kanału oraz tego, kto przy nim pracował, a także jakie zwierzęta żyją w jego rejonie. W gablotach obejrzymy mnóstwo okazów owadów różnych gatunków. W centrum dla odwiedzających jest również coś dla młodszych turystów – symulator 3D pokonywania przeprawy. Użytkownik urządzenia wciela się w rolę kapitana masowca o maksymalnych dopuszczalnych dla kanału wymiarach. Panamax może mieć do 294,1 m długości, 32,3 m szerokości i 12 m zanurzenia, a tzw. Neo Panamax (od 26 czerwca 2016 r.) odpowiednio: 366, 49 i 15,2 m. Na ostatnim poziomie znajduje się taras widokowy, z którego jeszcze lepiej widać przepływające statki, choć nie usłyszymy na nim komentatora i nie skorzystamy z miejsc siedzących. Wizytę w Centro de Visitantes de Miraflores z czystym sumieniem mogę polecić każdemu, ponieważ spodoba się tu zarówno dorosłym, jak i dzieciom.

 

Wodospad El Macho skryty wśród bujnej tropikalnej roślinności

El Chorro del Macho

© AUTORIDAD DE TURISMO DE PANAMÁ (ATP)

 

Górskie wędrówki

 

Po opuszczeniu Panamy odwiedziłem najpierw El Valle de Antón – małą miejscowość położoną ok. 125 km na południowy zachód od stolicy, w odległości 2 godz. jazdy busem. Dociera się do niej początkowo Autostradą Panamerykańską (Carretera Panamericana), a następnie drogami wiodącymi przez góry i doliny prowincji Coclé. Po szybkiej konsultacji w punkcie informacji turystycznej wybrałem się obejrzeć mniej więcej 35-metrowy wodospad El Macho (Chorro El Macho). Leży w prywatnym rezerwacie o tej samej nazwie (Refugio Ecológico del Chorro Macho). Wejście kosztuje 5 dolarów, a w granicach obszaru chronionego oprócz podziwiania malowniczej kaskady można obserwować kolibry i przyjrzeć się dokładniej bogatej florze tego specyficznego miejsca. W pobliżu znajduje się poza tym naturalny basen termalny, w którym wolno się kąpać. Bardzo polecam skorzystanie z tej okazji wszystkim oglądającym wodospad.

 

Dłuższą i wymagającą więcej wysiłku wyprawę stanowi zdobycie góry La India Dormida (Śpiąca Indianka – ok. 800–900 m n.p.m.). To jeden z najbardziej wyróżniających się punktów w okolicy. Jej nazwa pochodzi od charakterystycznego kształtu śpiącej Indianki, jaki tworzy linia grzbietu. Wejście na teren Pomnika Przyrody Wzgórze Gaital (Monumento Natural Cerro Gaital), na którym wznosi się ten szczyt, kosztowało mnie 3,5 dolara. Proponuję jednak wynająć lokalnego przewodnika lub skorzystać z tego typu usługi oferowanej przez miejscowych. Ja tego nie zrobiłem, co spowodowało, że dwa razy się zgubiłem i straciłem mniej więcej godzinę na błądzenie po lesie tropikalnym, choć mogło skończyć się o wiele gorzej.

 

Podejście pod górę jest bardzo strome i jeśli mamy dobrą kondycję, na szczycie będziemy już po 50 min. ciągłego marszu. Szlak prowadzi po zboczu porośniętym bujną roślinnością, w trakcie wędrówki mija się też strumień. Towarzyszą nam odgłosy ptaków. Obok wodospadu położonego przy ścieżce warto zrobić sobie przerwę na odpoczynek i podziwianie zarówno wstęgi spienionej wody malowniczo omywającej skały, jak i wąwozu. Podczas mojej wyprawy oglądałem piękne widoki i kolorowe kwiaty oraz spotykałem ciekawe zwierzęta. Natknąłem się także na tutejszych Indian. Jak wspomniałem, nie miałem przewodnika, a przecież poruszałem się po obcym terenie. W takiej sytuacji w Panamie przydaje się znajomość języka hiszpańskiego. Na szczęście, miejscowi pomogli mi i wyprowadzili mnie na szczyt.

 

Zdobycie góry La India Dormida było warte każdych pieniędzy, a moje wspomnienia zostaną ze mną na zawsze. Widok na Dolinę Antoniego (Valle de Antón) zapierał dech w piersiach. Malownicze zielone wzgórza zatrzymywały masy chmur, a słońce oświetlało wąwóz z przeciwnej strony. To jedno z najcudowniejszych miejsc, jakie kiedykolwiek widziałem. W dodatku moja wyprawa nie obyła się bez przygód, więc z pewnością jej nie zapomnę.

 

Wizyta nad pacyfikiem

 

W drodze na północny zachód kraju skręciłem nieco na południe i zatrzymałem się w jednej z miejscowości położonych na wybrzeżu Pacyfiku w prowincji Veraguas. Santa Catalina znajduje się w środku lasu tropikalnego. Dotarcie do niej ze stolicy zajęło mi niemal cały dzień drogi i wymagało dwóch przesiadek (w miastach Santiago de Veraguas i Soná). Podróż kosztowała mnie w sumie ok. 12 dolarów. Późnym popołudniem dojechałem w końcu do miejsca, w którym przyszło mi spędzić kolejne 3 dni.

 

Miejscowość zasługuje na zainteresowanie ze względu na panujące w jej okolicy świetne warunki do uprawiania sportów wodnych. Do pobliskiego Parku Narodowego Coiba (Parque Nacional Coiba) można wybrać się na nurkowanie. Spotyka się tu niezmiernie dużo gatunków zwierząt, w tym manty (diabły morskie), koryfeny (złote makrele), tuńczyki żółtopłetwe, rekiny wielorybie, żarłacze tygrysie czy nawet humbaki, orki, delfinki wysmukłe i butlonosy zwyczajne. Poza tym na malownicze wybrzeże w tym rejonie ściągają liczni surferzy, zarówno osoby początkujące, jak i zaawansowane. Jak to zwykle bywa w takich przypadkach, w niewielkiej Santa Catalinie znaczną grupę stanowią przybysze z całego świata. Według mnie to miejsce jedyne w swoim rodzaju.

 

Pierwszego dnia wybrałem się na surfing. Za wypożyczenie deski musiałem zapłacić 10 dolarów, a za godzinę opieki instruktora w 3-osobowej grupie – 15 dolarów. Warunki były bardzo dobre i po chwili mogłem już cieszyć się ze swoich postępów. Wody Pacyfiku oblewają tutaj pustą plażę pokrytą czarnym piaskiem i ocienioną wysmukłymi palmami. Miłośnikom surfowania z pewnością to miejsce przypadnie do gustu. Po całym dniu spędzonym na falach warto obejrzeć zachód słońca. Przed godziną 18.00 udałem się na brzeg. Widok, jaki ujrzałem, wywarł na mnie ogromne wrażenie. Złocista kula powoli chowała się za horyzontem i odbijała w lekko falującej powierzchni Oceanu Spokojnego. Był to najpiękniejszy zachód słońca, jaki widziałem w życiu. Po dniu pełnym fantastycznych przeżyć szybko poszedłem spać. Nazajutrz planowałem wziąć udział w nurkowaniu.

 

Wyprawę rozpoczęliśmy od zbiórki w bazie i omówienia trasy oraz innych szczegółów. Na pokładzie łodzi poza dwoma osobami z załogi i instruktorem znalazłem się ja, para ze Szwecji i jeden Niemiec. W takim składzie wypłynęliśmy w godzinny rejs na wyspę Coiba (ok. 500 km² powierzchni), będącą częścią wspomnianego parku narodowego.

 

Już na miejscu miał odbyć się trening przypominający podstawowe zasady nurkowania. W moim przypadku okazało się to bardzo przydatne. Sama wyspa i jej okolica wyglądały naprawdę urokliwie. Po kilkudziesięciu minutach przygotowań ruszyliśmy w stronę wyznaczonego punktu. W wodzie mogliśmy obserwować wiele ciekawych zwierząt, m.in. mureny czy manty. Nie był to natomiast dobry sezon na wytropienie rekinów wielorybich czy żarłaczy tygrysich. Po ponad 20 min. od zejścia na dno całkowicie zużyłem swój tlen i musiałem wracać na górę. Czułem pewien niedosyt, bo chciałem jednak zobaczyć więcej.

 

Powrót uprzyjemniła nam niezapowiedziana atrakcja. W pewnym momencie para ze Szwecji zauważyła, że asystują nam 3 delfiny! Co chwilę wyskakiwały z wody w odległości ok. 1 metra od łodzi. Widok był fantastyczny. Pierwszy raz widziałem te sympatyczne ssaki na wolności w ich naturalnym środowisku i nigdy tego nie zapomnę, nawet mimo utraty filmu wideo, który udało mi się wówczas nagrać. Niespodziewana przygoda stała się tematem naszych rozmów już do końca dnia. Po powrocie zjedliśmy kurczaka w sosie kokosowym i poszliśmy spać. Następnego dnia wyruszyłem w kierunku północno-zachodniego wybrzeża Panamy.

 

Nurkowanie w towarzystwie żółwi

 visitpanama 6252876118

© AUTORIDAD DE TURISMO DE PANAMÁ (ATP)

 

Raj odnaleziony

 

Cel mojej kolejnej wyprawy stanowił archipelag Bocas del Toro. Tworzy go kilkanaście większych wysp i ok. 250 wysepek, z których kilka pozostaje zamieszkanych. Najważniejszą wśród nich jest Isla Colón, czyli Wyspa Kolumba (o powierzchni ponad 61 km²), ze stolicą tutejszej prowincji Bocas del Toro noszącą tę samą nazwę, co cały region administracyjny. Miasto liczy w przybliżeniu 8 tys. mieszkańców. Aby dostać się na archipelag, najpierw musimy dojechać do miejscowości Almirante, gdzie należy skorzystać z taksówki wodnej, zabierającej średnio 7–9 osób (za taki kurs zapłacimy 7 dolarów od osoby w jedną stronę, podróż trwa mniej więcej 45 min.). Możemy tu też dolecieć w godzinę samolotem linii Air Panamá z lotniska Albrook w Ciudad de Panamá (koszt biletu powrotnego to ok. 250 dolarów).

 

Na północno-zachodnim brzegu Isla Colón leży Boca del Drago. Ta niewielka osada (a właściwie skupisko kilku domów) przypomina prawdziwy raj. Wśród kołyszących się przy uroczej plaży palm panuje błoga cisza. Nie ma tutaj sklepów, chińskich zabawek i przepełnionych koszów na śmieci. Jest za to dużo hamaków zamocowanych między drzewami. Po prostu wiszą i czekają na chętnych, dostępne bez żadnej opłaty. Nikt nie kładzie na nich swojego ręcznika z samego rana, żeby je zająć. Hamaków wystarczy dla wszystkich. Przystanek autobusowy stanowi palma. Wokół niej zakręca bus, który nas przywiózł. W osadzie znajdują się tylko dwa hostele oraz klimatyczne chatki do wynajęcia (cabañas), a także działają restauracje z wyśmienitymi daniami, typowymi dla kuchni karaibskiej. Wciąż mało kto wie o tym miejscu i chyba lepiej, aby tak zostało.

 

W pobliżu położona jest jedna z największych atrakcji wyspy – Playa de las Estrellas (Playa Estrella),czyli plaża, przy której możemy spotkać cudowne rozgwiazdy. Turyści zazwyczaj wolą nocować w Bocas del Toro, a w tę okolicę wybierają się z wycieczką zorganizowaną, co kosztuje ok. 20–30 dolarów. Za przejazd busem zapłacimy 5 dolarów. Przechadzki przepiękną plażą prowadzącą do Playa de las Estrellas nie da się wycenić. Uważam, że to przeżycie wyjątkowo wartościowe.

 

W Boca del Drago spędziłem 3 dni, w tym Wigilię i pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia. Codziennie szedłem na plażę i ładowałem baterie, leżałem na hamaku i czytałem. W okolicy jedynym miejscem przystosowanym do ruchu turystycznego jest Playa de las Estrellas, ale i ona nie utraciła z tego powodu swojego dziewiczego uroku. Owszem, można tu znaleźć białe plastikowe leżaki, drogie restauracje (zazwyczaj zbudowane z drewna) i reklamy popularnych napojów, a z głośników rozbrzmiewa radosna muzyka reggae. Ja traktowałem jednak to zestawienie jako swoisty klimat tego zakątka. Boca del Drago stanowi prawdziwą oazę spokoju, zachwyci osoby chcące zrelaksować się przez kilka dni w ciszy i z dala od tłumów. Odcięciu od świata sprzyjają nawet przerwy w dostawach energii elektrycznej – z prądu korzysta się tylko przez mniej więcej 5 godz. dziennie, między 18.00 a 23.00, przynajmniej w hostelach, w których nocowałem. A jeśli zatęsknimy za widokiem ludzi, wystarczy, że wybierzemy się wraz z innymi na plażę na podziwianie rozgwiazd.

 

Atrakcje archipelagu

 

Na Isla Colón warto odwiedzić również wspomnianą stolicę prowincji. W Bocas del Toro możemy dobrze zjeść w ciągu dnia i poimprezować w nocy. Tutejsze bary, puby i dyskoteki są otwarte do białego rana. Nie musimy się w nich obawiać o swoje bezpieczeństwo. Oprócz tego jeśli nie będziemy zapuszczać się poza główne ulice i spacerować samotnie, z pewnością nic się nam nie stanie. Po zapadnięciu zmierzchu turyści często wyruszają na pobliską długą i zalesioną wysepkę Carenero (Isla Carenero, 0,94 km² powierzchni). Krótki rejs łodzią, która kursuje bez przerwy, kosztuje 1 dolara. Tu także czeka na nas dobra zabawa. W lokalach gra się lokalną muzykę lub hity popularne w Europie czy Stanach Zjednoczonych.

 

Po nocnych szaleństwach warto udać się na 7-kilometrową plażę Bluff (Playa Bluff). W jednej z tutejszych restauracji zamiast stolików natknęliśmy się na łóżka ustawione przy brzegu morza. Uznaliśmy to za wspaniały pomysł. Jeśli pójdziemy dalej wzdłuż plaży, trafimy na miejsce oblegane przez surferów ze względu na niesamowite fale, wysokie na 2–4 m.

 

Na wyspie polecam zajrzeć też do prywatnego Ogrodu Botanicznego Finca Los Monos. Dzięki takiej wizycie poznamy bogatą florę i faunę tego regionu. Osoby spacerujące alejkami otacza prawdziwa feeria barw i niezliczone ilości egzotycznych kwiatów, a nad ich głowami lata mnóstwo małych kolibrów.

 

Na północ od Isla Colón znajduje się Isla Pájaros – Wyspa Ptaków. To raczej grupa połączonych skał wystających z Morza Karaibskiego pokrytych bujną roślinnością. Prezentuje się jednak niezmiernie malowniczo. Ten cud natury cieszy się dość dużym zainteresowaniem wśród turystów. Zdecydowanie warto go zobaczyć na własne oczy.

 

Innym popularnym miejscem są bezludne Cayos Zapatilla – dwie małe wysepki (0,48 km² powierzchni) oddalone o ok. 50 min. rejsu łodzią od stolicy prowincji. Na wyprawę na nie należy zarezerwować sobie co najmniej pół dnia. Za taką wycieczkę bezpośrednio u właściciela łodzi zapłaciliśmy 10 dolarów za osobę, podczas gdy lokalne agencje turystyczne oferowały ją za 30–40 dolarów. Abyśmy mogli odbić od brzegu, musi zebrać się odpowiedniej wielkości grupa chętnych (przynajmniej 8–9 osób). W drodze powrotnej warto zatrzymać się w Morskim Parku Narodowym Wyspy Bastimentos (Parque Nacional Marino Isla Bastimentos), gdzie w trakcie snorkelingu przyjrzymy się licznym mieszkańcom podwodnego świata. Tego rodzaju rejs zazwyczaj zapewnia każdy właściciel łodzi, a w opłatę wliczony jest również sprzęt do nurkowania powierzchniowego.

 

Podróże po kraju

 

Na koniec chciałbym jeszcze krótko opisać sposoby przemieszczania się między różnymi punktami na mapie kraju. Samoloty z Europy (Frankfurtu nad Menem, Madrytu, Paryża, Amsterdamu i Stambułu) lądują na Międzynarodowym Lotnisku Tocumen (Aeropuerto Internacional de Tocumen), skąd do centrum panamskiej stolicy można dojechać taksówką, zwykły autobusem albo kolorowym chicken busem. Oczywiście, w tym pierwszym przypadku należy negocjować cenę. Po Panamie najlepiej podróżować samochodem bądź środkami autobusowego transportu zbiorowego. W kraju działa także kolej (Ferrocarril de Panamá), łącząca Atlantyk z Pacyfikiem, ale z niej nie korzystałem, bo nie było takiej potrzeby. W stolicy poruszałem się taksówkami lub komunikacją miejską, która funkcjonuje bardzo dobrze, zwłaszcza w części biznesowej i turystycznej. Cały system transportu publicznego jest zintegrowany. Podobnie jak w wielu dużych miastach na świecie, musimy kupić plastikową kartę i wpłacić na nią określoną sumę pieniędzy, które później wydajemy na przejazdy autobusami i metrem (odczytu dokonuje się przy wejściu). Główny stołeczny terminal autobusowy znajduje się przy modnym centrum handlowym Albrook Mall – Gran Terminal Nacional de Transporte de Panamá. Stąd dojedziemy do niemal każdego zakątka w Panamie, włącznie z Bocas del Toro. Oczywiście, po drodze czasem będą konieczne przesiadki (np. do Santa Catalina).

 

Do części rejonów można również dolecieć. Samolotem dostaniemy się np. do Bocas del Toro, choć ten środek transportu wybierają jednak nieliczni z uwagi na dość duży koszt biletu. Krajowe linie lotnicze Air Panamá oferują obecnie połączenia do siedemnastu miejsc leżących w panamskich granicach oraz do San José (stolicy Kostaryki) i dwóch miast w Kolumbii (Armenii i Medellín). Trzeba pamiętać, że niektóre loty są sezonowe. Jeśli nasz budżet na tym zbytnio nie ucierpi, warto skorzystać z usług tego przewoźnika, bo podróżowanie samolotem to z pewnością najwygodniejszy i najszybszy sposób poruszania się po Panamie. Połączeń oferowanych ze stolicy przez Air Panamá nie obsługuje jednak Międzynarodowe Lotnisko Tocumen, ale Międzynarodowy Port Lotniczy Marcosa A. Gelaberta (Aeropuerto Internacional Marcos A. Gelabert) położony przy Albrook Mall.

 

Ta część Ameryki Centralnej wciąż pozostaje dla Polaków ziemią nieznaną. Większość z nich niewiele wie o jej historii i mieszkańcach. Dlatego wyprawa do Panamy ma w sobie coś z odkrywania Nowego Świata. Ten kraj potrafi zachwycić swoim pięknem i nadal można w nim znaleźć prawdziwie rajskie zakątki. Kto zdecyduje się go odwiedzić, przeżyje fascynującą przygodę, której nigdy nie zapomni.