Wyczekiwane przez dzieci wakacje nie zawsze bywają źródłem entuzjazmu dla ich rodziców – zwłaszcza, jeżeli domowy budżet przeznaczony na organizacje letniego wypoczynku jest mocno ograniczony. W jaki sposób pozyskać dodatkowe fundusze, które pozwolą na sfinansowanie wszelkich wakacyjnych wydatków? Na to pytanie odpowie Artur Więckowski, ekspert serwisu
Chwilowo.pl.

W polskich szkołach zabrzmiał ostatni dzwonek w tym roku szkolnym, obwieszczający początek wakacji. Choć z błogiego czasu wolnego z pewnością cieszą się dzieci, to nie wszyscy rodzice mogą podzielać ich radość – szczególnie, gdy brakuje środków pieniężnych na opłacenie letniego wypoczynku. Jak mówi Artur Więckowski, ekspert serwisu Chwilowo.pl: „Aby móc spokojnie korzystać z atrakcyjnych ofert wyjazdów wypoczynkowych, musimy dysponować pewnymi zasobami pieniędzy. W przypadku ich braku, warto zwrócić się ku różnym formom sfinansowania naszego wakacyjnego przedsięwzięcia, które będą dopasowane do możliwości domowego budżetu. Dzięki podjęciu odpowiedniej decyzji, wybór ten pozwoli nam nie tylko na pokrycie kosztów całego wyjazdu, ale także będzie stanowić zabezpieczenie w momencie pojawienia się nieprzewidzianych wydatków”.

 

Kosztowne wakacje

Biorąc pod uwagę fakt, iż przerwa wakacyjna trwa aż 10 tygodni, organizacja letniego wypoczynku z pewnością nie należy do najtańszych. Koszt trwającego od 7 do 10 dni obozu dla dziecka w wieku szkolnym wynosi od 1200 aż do kilku tysięcy złotych. W przypadku tygodniowego wyjazdu dla 3-osobowej rodziny, kwota, którą należy przeznaczyć to co najmniej 4500 złotych. Czy w takiej sytuacji dobrym rozwiązaniem okaże się zaciągnięcie pożyczki na wakacje? Wszyscy wiemy, że najlepiej byłoby w miarę możliwości nie zadłużać się wcale, ale jednocześnie wakacje nie będą czekać. Jak rozwiązać ten dylemat?

„Choć słysząc słowo „pożyczka”, w pierwszej chwili myślimy o banku, to nie jest to jedyna instytucja, która oferuje finansowanie na wakacje. Nie wszyscy wiedzą, że korzystając z usług instytucji pozabankowych, można pożyczyć pieniądze szybciej, wygodniej i… taniej niż w banku. Oczywiście decydując się na tego typu finansowanie warto pamiętać, iż zaciągnięcie pożyczki na wakacje okaże się dobrym pomysłem wyłącznie wtedy, kiedy mamy odpowiednio wysoką zdolność do spłaty zaciągniętego zobowiązania. Mówiąc prościej — pożyczenie pieniędzy na urlop będzie zasadne jedynie w sytuacji, kiedy zdołamy spłacić pożyczkę na czas. Zanim sięgniemy po dane środki, upewnijmy się więc, że nasze możliwości finansowe na to pozwalają. W tym może nam również pomóc ustalenie konkretnej sumy, która potrzebna jest do zapłacenia wszystkich kosztów wyjazdu. Co więcej, do tej kwoty warto doliczyć pewną rezerwę budżetową, która w przypadku nieprzewidzianych wydatków stanie się naszym zabezpieczeniem.” — tłumaczy Artur Więckowski, ekspert serwisu Chwilowo.pl.

Na co zwrócić uwagę?

Wiele firm udzielających pożyczek krótkoterminowych oferuje nowym klientom zupełnie darmowe chwilówki. Sięgając po taką pożyczkę, nie zapłacimy nie tylko prowizji, ale również opłaty przygotowawczej, odsetek, ubezpieczenia oraz innych opłat około pożyczkowych. RRSO, czyli Rzeczywista Roczna Stopa Oprocentowania takiego finansowania wynosi 0 proc. Jedynym warunkiem braku opłat jest terminowa spłata zobowiązania. A na tę, w zależności od pożyczkodawcy, ma się od 30 do 65 dni.

Oczywiście zanim zdecydujemy się na pozyskanie pieniędzy od konkretnej firmy pożyczkowej, warto najpierw porównać dostępne oferty i wybrać instytucję, która posiada stabilną pozycję na rynku. Dzięki takiej ostrożności będziemy mieć pewność, że nie padniemy ofiarą oszustwa i nadużycia, a pożyczkodawca dobrze wywiąże się ze swoich obowiązków.

„Najprościej i najszybciej jest skorzystać z odpowiedniego rankingu pożyczek, przygotowanego przez wiarygodną porównywarkę – taką jak Chwilowo.pl. W ten sposób wybierzemy firmę godną zaufania, a nie poświecimy na to zbyt dużo czasu. Jeśli jednak dysponujemy nieco większą ilością czasu, to z pewnością warto poświęcić chwilę na weryfikację wiarygodności firmy, z którą zdecydujemy się nawiązać współpracę. Oprócz przeglądania dostępnych rankingów instytucji pożyczkowych oraz opinii klientów na forach dyskusyjnych i portalach społecznościowych, trzeba zwrócić również uwagę na obecność firmy w organizacjach zaświadczających rzetelność wykonywanych usług. Działający zgodnie z prawem pożyczkodawca powinien być wpisany do rejestru instytucji pożyczkowych prowadzonego przez KNF, posiadać członkostwo Polskiego Związku Instytucji Pożyczkowych oraz Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych w Polsce. Taki status potwierdza etyczne podejście do klienta oraz bezpieczeństwo przeprowadzanych transakcji.” — mówi Artur Więckowski.

Finansowanie z głową

Na rynku istnieje wiele możliwości sfinansowania wakacyjnego wyjazdu. Chcąc wybrać najlepszą, warto dokładnie „prześwietlić” parametry dostępnych na rynku produktów. Aby osiągnąć taki cel, dobrym rozwiązaniem staje się skorzystanie ze wsparcia serwisu Chwilowo.pl – nowoczesnej platformy finansowej, porównującej najlepsze oferty sprawdzonych instytucji pozabankowych. Dzięki Chwilowo.pl można nie tylko porównać oferty poszczególnych pożyczkodawców, ale również sprawnie zaciągnąć pożyczkę krótkoterminową korzystając z oferty współpracujących z platformą pożyczkodawców. Wypełnienie wniosku pożyczkowego trwa z reguły nie dłużej niż kilka minut, a dzięki uproszczonej procedurze badania zdolności kredytowej, pieniądze możemy otrzymać nawet w ciągu godziny.

Najlepsze miejsca na długi weekend na przełomie maja i czerwca

Na przełomie maja i czerwca czeka na nas kolejny długi weekend – Boże Ciało w tym roku wypada 31 maja. Jeden dzień wolnego pozwoli na cztery dni wypoczynku.

Czytaj Więcej >>

Najlepsze pomysły na wyjazd rodzinny z okazji Dnia Dziecka

Wkrótce Międzynarodowy Dzień Dziecka. Wielu rodziców zastanawia się, w jaki sposób spędzić ten szczególny dzień ze swoimi pociechami, aby przyniósł jak najwięcej radości i pozostawił przyjemne wspomnienia. Możliwości na uczczenie tego święta jest naprawdę wiele. 

Czytaj Więcej >>

Najciekawsze pomysły na Majówkę

Już w marcu zaczynamy zastanawiać się, jak, a przede wszystkim, gdzie spędzimy Majówkę. W tym roku 1 maja wypada we wtorek, dodając do tego dwa weekendy plus 3 dni urlopu – szykuje się aż niemal 10 dni wypoczynku!  Czytaj więcej >

Najlepsze wiosenne wyjazdy typu city break

City break to alternatywna opcja dla tych wszystkich, którzy nie mają czasu wybrać się na dłuższy wypoczynek. Obejmuje ona wyjazdy weekendowe do najciekawszych miejsc w Europie. Krótkoterminowa wycieczka pozwala na wypoczynek oraz zapoznanie się z kulturą i kuchnią danego regionu.  Czytaj więcej >

Artykuły wybrane losowo

Zerwij z rutyną w Meksyku

 

BARTEK JANKOWSKI

WWW.TROPIKEY.COM

 

 Gdyby zapytać przeciętnego Polaka, które regiony geograficzne lub miasta kojarzą mu się z Meksykiem, wspomniałby zapewne o Cancún, Acapulco czy półwyspie Jukatan. Od osób nieco bardziej zaznajomionych z tym krajem usłyszelibyśmy może o jego stolicy (także noszącej nazwę Meksyk – po hiszpańsku Ciudad de México), ośrodkach starożytnych Majów Chichén Itzá i Tulum bądź okrytym złą sławą przygranicznym Ciudad Juárez. Idę jednak o zakład, że Akumal, Mahahual (Majahual), Bacalar albo Mismayolę wymieniłaby jedynie garstka naszych rodaków. Czas zatem zboczyć z utartych turystycznych szlaków i zajrzeć do kilku mniej znanych zakątków znajdujących się w meksykańskich granicach.

 

Jesteśmy w samolocie gdzieś nad Atlantykiem. Nie wiem, kto wpadł na pomysł, żeby na liście filmów dostępnych w systemie rozrywki pokładowej umieścić Sicario (2015 r.). Kto widział co prawda świetne dzieło kanadyjskiego reżysera Denisa Villeneuve’a, opowiadające o misji przeciwko meksykańskiemu kartelowi narkotykowemu, zrozumie, dlaczego uważam taki wybór za nieodpowiedni na trasie do tego kraju. To trochę tak, jakby obcokrajowcom lecącym do Polski z Azji lub Ameryki Północnej proponować twórczość Wojciecha Smarzowskiego. Gdyby repertuar zależał ode mnie, pasażerowie mogliby oglądać raczej I twoją matkę też (2001 r.) Alfonsa Cuaróna, bo pokazuje Meksyk mniej oczywisty, klasyczną Noc iguany (1964 r.) Johna Hustona nakręconą w stanie Jalisco i koniecznie Nad morzem z 2009 r. (oryginalny tytuł brzmi Alamar). Właśnie ten ostatni paradokument o kilkuletnim Natanie, jego ojcu i dziadku pchnął nas na głębokie południe półwyspu Jukatan, niemal pod granicę z Belize. Chcieliśmy zobaczyć na własne oczy choć część tego, co sfilmował Pedro González-Rubio.

 

Ciągnącą się przez całe wschodnie wybrzeże Jukatanu szosą 307 (Carretera Federal 307) uciekamy czym prędzej od zgiełku Cancún. Niegdyś było ono perłą stanu Quintana Roo. Dziś pozostało już tylko maszynką do wysysania dolarów z rzeszy głównie amerykańskich i kanadyjskich turystów znęconych neonami obiecującymi wszelkiego rodzaju uciechy życia doczesnego. Wypełniony monstrualnymi hotelami piaszczysty skrawek lądu, który odcina lagunę Nichupté (Laguna de Nichupté) od błękitnego Morza Karaibskiego, należy do najbardziej chyba przygnębiających przykładów degradacji krajobrazu przez branżę hotelarską. Im jednak dalej na południe od Cancún, tym okolica staje się coraz bardziej przyjemna dla oczu. W tym rejonie dominuje soczyście zielony gąszcz lasów tropikalnych, z którego co kilka kilometrów wyłaniają się masywne bramy obwieszczające, że gdzieś za nimi kryje się kolejny 5-gwiazdkowy obiekt jednego z potentatów przemysłu wypoczynkowego.

 

TROCHĘ NA UBOCZU

 

Kolorowe wnętrze baru dla gości w pensjonacie Mayan Beach Garden

diningroom

© MAYAN BEACH GARDEN/MAYANBEACHGARDEN.COM

 

Na mapie tej części Jukatanu miejsce niezwykłe stanowi Akumal. Mimo iż i tu przy samej plaży znajdują się dwa hotele z najwyższej półki, ta mała, przytulona do olśniewająco lazurowej zatoki miejscowość wciąż może uchodzić za prowincjonalną. Do lat 60. XX w. była ona znana tylko poszukiwaczom skarbów, których kusiły legendy o bogactwach kryjących się we wraku hiszpańskiego galeonu „El Matanceros” (zatonął w tutejszych wodach 22 lutego 1742 r.). Należał do nich m.in. meksykański biznesmen, nurek, pisarz, historyk i archeolog Pablo Bush Romero. Zakochał się w tym miejscu do tego stopnia, że w 1962 r. odkupił Akumal wraz z kilkudziesięcioma hektarami pobliskiej ziemi od dotychczasowego właściciela Argimira Argüellesa i zaczął powoli przekształcać ogromną plantację palm kokosowych w ośrodek nurkowania i turystyki ekologicznej. Jego największym skarbem są żyjące w okolicznych wodach żółwie zielone. To podobno one dały nazwę tej miejscowości (ponoć w języku Majów Akumal znaczy „miejsce żółwi”) i nadal odgrywają pierwszoplanową rolę w tutejszej podwodnej krainie. Większość czasu spędzają na jedzeniu trawy morskiej porastającej rozległe łąki na dnie. Wystarczy jednak poczekać kilka minut, aby ujrzeć niekiedy nawet 200-kilogramowego osobnika, który wynurza się z Morza Karaibskiego, nabiera powietrza i nurkuje z gracją z powrotem. Mimo to większego szyku zadaje tu inne stworzenie. Orleń cętkowany (narinari) to prawdziwy arbiter elegantiarum zatoki Akumal (Bahía de Akumal). Jego majestatyczne, nakrapiane jasnymi plamami płetwy piersiowe o rozpiętości dochodzącej do nawet ponad 3 m można zaobserwować znacznie rzadziej niż sympatyczne pyski żółwi czy płaskie ciała szukających schronienia w piachu ogończy. Gdy jednak już nam się to uda, trudno oderwać wzrok od tej osobliwej ryby. Tańczący niczym baletnica orleń sunie dumnie przez wodę i zatacza szerokie łuki kilkumetrowym ogonem. Jeśli jest w dobrym humorze, zupełnie jak celebryta ignoruje zachwycone miny nurków, łaskawie pozwala gawiedzi podążać za sobą i się fotografować. Miejmy nadzieję, że pojawiające się coraz częściej na forach i blogach podróżniczych wpisy polecające ten rejon nie staną się przekleństwem dla wspaniałych mieszkańców tutejszej zatoki.

 

Pobyt w Akumal trzeba koniecznie połączyć z wizytą w jednym z jukatańskich ośrodków wzniesionych kiedyś przez Majów. Zdecydowanie najbliżej znajdują się ruiny wyjątkowego, położonego nad samym brzegiem morza Tulum ze słynną wieżą wyrastającą z wapiennego klifu. Wystarczy jednak pojechać ponad 40 km w głąb lądu, żeby dotrzeć do pozostałości dużo ciekawszego i bardziej okazałego miasta Cobá. Mimo iż przybywa do niego coraz więcej turystów, nadal bywa ono mniej oblegane i pozostaje słabiej skomercjalizowane od najbardziej znanego majańskiego zabytku – Chichén Itzá. Po ukrytych w gęstym tropikalnym lesie ścieżkach warto jeździć rikszą. Ruiny rozrzucone są na dużym obszarze, więc tym środkiem transportu będziemy poruszać się szybciej niż na piechotę. Na dodatek, kierujący rikszami, choć to nie wykwalifikowani przewodnicy turystyczni, raczą swoich pasażerów wieloma ciekawymi informacjami o poszczególnych obiektach. Największym zainteresowaniem na terenie Coby cieszy się 42-metrowa piramida Nohoch Mul, ostatnia na Jukatanie, na którą wciąż jeszcze można się wspinać. Gorący klimat nie sprzyja temu zadaniu, ale opłaca się podjąć taki wysiłek, bo ze szczytu rozciąga się imponujący widok. Ukojenie po wyczerpującej wspinaczce przyniesie kąpiel w jednej z trzech naturalnych studni (zwanych cenotami) utworzonych w skałach wapiennych, oddalonych od ruin o 10 min. jazdy autem. Najwspanialszą z nich stanowi Multum-Ha. Kręcone schody prowadzą kilkanaście metrów pod ziemię, gdzie w dużej jaskini przez tysiąclecia gromadziła się przyjemnie chłodna i nieprawdopodobnie przejrzysta woda. Kąpiel w tym miejscu warta jest wszystkich peso, które w niemałej kwocie trzeba wręczyć kasjerowi przed udaniem się na dół.

 

Cobá – wciąż jeszcze udostępniona dla turystów piramida Nohoch Mul

22

© IMAGENXPEDITION.COM

 

PO ASFALCIE I SZUTRZE

 

Meksyk nie cieszy się opinią kraju odpowiedniego do samodzielnych podróży samochodem. Z różnych stron docierają ostrzeżenia przed wysoką przestępczością, skorumpowaną policją czy oszustwami na stacjach benzynowych i w wypożyczalniach aut. Jak wygląda to w rzeczywistości? W stanie Quintana Roo pokonaliśmy ponad 1 tys. km i nie spotkała nas żadna sytuacja z listy często wymienianych przeciwności i zagrożeń. Powiem nawet więcej, chciałbym, aby w Polsce jeździło się równie przyjemnie jak po głównych drogach na wschodnim wybrzeżu Jukatanu. Najważniejsza z nich – bezpłatna szosa nr 307 – jest bardzo szeroka, ma świetnie utrzymaną nawierzchnię, a ciągnące się kilometrami proste odcinki pozwalają prowadzić bez stresu. Jedynym utrudnieniem, do którego trzeba przywyknąć, są topes, czyli przeszkody ustawione w miastach w poprzek ulic, wymuszające zredukowanie prędkości. Nasze progi zwalniające to przy nich okruchy rozsypane na jezdni. Na szczęście, w zdecydowanej większości zapowiadają je odpowiednie znaki ostrzegawcze i wystarczy zachować zwykłą czujność, żeby uniknąć urwania zawieszenia.

 

Na Jukatanie są jednak i drogi, które skazują samochód i jego pasażerów na niemal piekielne męki, nawet gdy auto ma napęd na cztery koła. Takim narzędziem tortur jest choćby piętnastka wiodąca z Tulum do wioski Javier Rojo Gómez, znanej jako Punta Allen (od nazwy przylądka, na którym się znajduje). Sformułowanie „pokonanie trasy” nabiera tutaj nowego, wyjątkowo dosłownego znaczenia. Początkowo asfaltowa nawierzchnia traci po jakimś czasie swoje właściwości i przemienia się w niemiłosiernie dziurawą i pofałdowaną żwirową wstęgę, która wije się przez tropikalny las porastający wybrzeże. Dotarcie do jej końca potrafi zająć nawet 3 godz., choć cały odcinek ma długość raptem 50 km. Czy zatem warto w ogóle tędy jechać? Niewątpliwie powinni się na to zdecydować miłośnicy natury i wielbiciele dzikich, ustronnych plaż, nawet jeśli po drodze poobijają się w podskakującym na nierównościach samochodzie. Tutejsze wybrzeże to część ogromnego, bo zajmującego aż niemal 5,3 tys. km² powierzchni, Rezerwatu Biosfery Sian Ka’an. Utworzono go 20 stycznia 1986 r. w celu ochrony niezwykłej przyrody, a już w następnym roku organizacja UNESCO wpisała ten zapierający dech w piersiach obszar na prestiżową Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości. W jego gęstych lasach tropikalnych mieszkają pumy płowe, jaguary amerykańskie, oceloty, pekari, wyjce jukatańskie, tapiry panamskie i tukany tęczodziobe. Rozległe bagniste tereny poprzecinane licznymi kanałami i porośnięte soczyście zielonymi namorzynami to królestwo krokodyli amerykańskich i meksykańskich oraz flamingów karmazynowych. W przybrzeżnych wodach nietrudno natrafić na żółwie i delfiny. Warto zatrzymać się tu na kilka dni, aby obcowanie z dziewiczą naturą zrekompensowało trudy podróży.

 

W ŚLAD ZA NATANEM

 

Przypominającą pas startowy, 50-kilometrową odnogą szosy nr 307 docieramy do naszego głównego celu podróży. Oto Mahahual (Majahual) i odcinek malowniczego karaibskiego wybrzeża Meksyku zwany dumnie Costa Maya. W to miejsce, na atol Banco Chinchorro rusza kilkuletni Natan i jego ojciec Jorge, bohaterowie niesamowitego filmu Nad morzem (w oryginale Alamar). Zmierzają do dziadka chłopca, mieszkającego w małej chatce na palach. Mają tutaj spędzić ostatnie chwile razem przed wyjazdem Natana z matką na stałe do Włoch. W tym czasie chłopiec poznaje życie w świecie bez prądu, telewizji i internetu, zaprzyjaźnia się z czaplą Blanquitą, a co najważniejsze, zawiera nierozerwalny pakt z ojcem i dziadkiem. Ten ostatni ponoć nadal trudni się połowami i pływa między Mahahual na stałym lądzie a oddalonym o ok. 20 mil morskich od brzegu skromnym domem osadzonym na chwiejnych palach wystających z atolu. Tak w każdym razie twierdzą Kim i Marcia, Amerykanie prowadzący od ponad 20 lat pensjonat Mayan Beach Garden w osadzie Punta Placer, położonej o pół godziny drogi od Mahahual. Rytm dnia wyznacza w niej natura. Gdy morze jest wystarczająco spokojne, zanurzamy się w płytkich wodach przybrzeżnych, których granicę wytycza Wielka Mezoamerykańska Rafa Koralowa. Przebiega tu ona wyjątkowo blisko brzegu, więc dotarcie do niej wpław nie wymaga dużego wysiłku. Jak okiem sięgnąć, nie widać nikogo oprócz nas. Wokół są tylko koralowce, papugoryby, homary, lucjany, graniki i dziesiątki innych gatunków stworzeń. Zdarza się i orleń cętkowany (narinari), choć ten woli rejony o nieco większej głębokości. Nad naszymi głowami co rusz przelatują zblazowane pelikany i dostojne fregaty. Costa Maya, czyli Wybrzeże Majów, stanowi również dom dla niezmiernie rzadkiego ssaka manata karaibskiego. Największą szansę na jego zobaczenie mamy we wrzynającej się mocno w ląd zatoce Chetumal.

 

Kiedy zbliża się wieczór, goście Kima i Marcii gromadzą się przy wspólnym stole, żeby w wielonarodowym gronie porozmawiać o przeżyciach mijającego dnia. Sącząc dobrze schłodzone ciemne piwo León, czekamy na kolejny pyszny posiłek przygotowywany przez uroczą Lupę i jej koleżanki. Zarówno kolacje, jak i śniadania to istny majstersztyk i esencja tego, co najlepsze w meksykańskiej kuchni. W zależności od pory dnia na stołach lądują placki zwane salbutes, czyli smażone w głębokim tłuszczu tortille przykryte posiekaną sałatą i innymi warzywami, empanadas – nadziewane pierożki zapiekane w piekarniku, ryby i drób przyrządzane na wszelakie sposoby oraz znakomite desery. A do wszystkiego obowiązkowo należy zjeść trójkątne nachos z sosem z awokado albo fasoli. Uczta trwa zawsze do nocy, bo biesiadnicy mają ciągle nowy temat do przedyskutowania. Potem przychodzi czas na najdoskonalszą formę relaksu – kołysanie się w hamaku w rytm szumu fal Morza Karaibskiego i wpatrywanie się w tysiące gwiazd mrugających na nocnym niebie wolnym od sztucznej poświaty.

 

Sielankowy obraz tego miejsca burzą trochę grożące mu niebezpieczeństwa. W sierpniu 2007 r. przetoczył się tędy bezwzględny i okrutny huragan Dean. Pod jego naporem padały nie tylko wiotkie chatki, lecz także solidne budynki, w tym molo w Mahahual. Od tamtej pory niemal wszystko zostało naprawione, jednak ryzyko kolejnego tropikalnego cyklonu wciąż istnieje. Niestety, tutejsi mieszkańcy muszą jeszcze prowadzić nierówną walkę z masami odpadków niesionych przez prądy morskie, ale też wyrzucanych beztrosko przez pasażerów ogromnych statków wycieczkowych zawijających do Mahahual kilkaset razy w ciągu każdego roku. Kim i Marcia oraz właściciele innych nieruchomości przy plaży starają się dbać o otoczenie i codziennie sprzątają swoje rewiry, lecz są i takie miejsca, w których obłożony śmieciami brzeg sprawia dość przygnębiające wrażenie. Pewne obawy budzi również planowane na 2017 r. uruchomienie międzynarodowych lotów z pobliskiego miasta Chetumal. Dzisiaj, kiedy z lotniska w Cancún trzeba tu jechać ponad 5 godz., niewiele osób decyduje się na wakacje na Costa Maya. Pojawiają się głównie kilkugodzinni wycieczkowicze ze statków cumujących w Mahahual. Wprowadzenie regularnych połączeń międzynarodowych z Chetumal może nie tylko oznaczać znaczny wzrost liczby turystów, ale i zwabić inwestorów z branży hotelarskiej. Oby jednak ten urokliwy region nie przeobraził się w nową enklawę wypoczynkową, przypominającą te z północy Jukatanu.

 

MAJOWIE I PIRACI

 

W czasie gdy Kim i Marcia przeprowadzali się do Punta Placer, przebycie 75-kilometrowego dystansu między drogą nr 307 a ich nowym domem zajmowało ponad 6 godz. Dopiero wiele lat później, w związku z planowanym uruchomieniem pirsu w porcie w Mahahual, powstała szeroka i gładka jak stół trasa. Dziś jej nawierzchnia jest już gdzieniegdzie pomarszczona, ale i tak serce raduje się na myśl, że nie musimy poruszać się po dawnej dziurawej szutrówce. Kawałek za wioską Pedro Antonio Santos skręcamy w prawo i drogą nr 293 dojeżdżamy do ruin Chacchobén. To jedno z dziesiątek miejsc na Jukatanie, gdzie z gęstwiny tropikalnego lasu i spod naniesionej przez wieki warstwy ziemi archeolodzy wydobyli zapomniane miasto Majów. W przeciwieństwie do słynnych kompleksów Chichén Itzá i Tulum nie znajdziemy w nim tłumów. Chacchobén (czyli w języku Majów „miejsce czerwonej kukurydzy”) zwiedzamy w towarzystwie zaledwie kilkunastu innych osób, choć niewykluczone, że kiedy do Mahahual przybywa ogromny statek wycieczkowy, robi się w nim bardziej tłoczno. Odkryte tu przez archeologów budowle nie wyglądają aż tak spektakularnie jak te na terenie wykopalisk na północy półwyspu, ale ich otoczenie jest wyjątkowe. Ścieżka dla zwiedzających prowadzi przez gęsty, dający wytchnienie od słońca las tropikalny, rozbrzmiewający co chwilę krzykami małp (czepiaków czy wyjców). Dopiero u podnóża głównej świątyni, do której wiedzie kilkadziesiąt masywnych schodów, krajobraz ulega zmianie. Równo przystrzyżona trawa przypomina, że to jednak muzeum. Takich mniej znanych i rzadko odwiedzanych ruin ze starożytnych czasów znajduje się w tym rejonie więcej. W Dzibanché, które od ok. 200 r. p.n.e. do aż XIII w. n.e. było jednym z ważniejszych miast Majów, zajmującym powierzchnię ponad 40 km2, wiele obiektów pozostaje wciąż przykrytych ziemią i roślinnością. Spacer wśród tych odsłoniętych przenosi nas w przeszłość, do dawnego ośrodka władzy. Masywne świątynie i pałace zbudowane na podstawach kamiennych piramid wraz z przestronnymi placami pokazują, jak prężnie musiało rozwijać się to miasto w okresie swojej świetności w trakcie panowania potężnej dynastii Kaan.

 

Droga między Chacchobén i Dzibanché prowadzi wzdłuż prawdziwego cudu natury tego regionu Meksyku – oszałamiającego swoimi odcieniami jeziora Bacalar (Laguna de Bacalar). Z lotu ptaka zbiornik, rozciągnięty na długości 42 km i szeroki na maksymalnie niecałe 4 km, przypomina azurytową skazę w malachicie. Niesamowita gra kolorów powstaje częściowo za sprawą niemal białego wapiennego dna. Na płyciznach woda jest jasnobłękitna, ale wraz ze wzrostem głębokości staje się coraz ciemniejsza. W Cenote Azul, owalnym naturalnym basenie (głębokim na aż ok. 90 m), przybiera barwę ciemnego granatu. Bacalar wygląda zupełnie jak jezioro Kourna na Krecie, tyle że ponad sto razy większe. Okolicę najlepiej podziwiać podczas kilkugodzinnego rejsu jedną z łodzi cumujących przy licznych pomostach. W jego trakcie docieramy do każdego z odcieni błękitu tego akwenu i wypatrujemy sekretnych kanałów, którymi z Morza Karaibskiego i rzeki Hondo (Río Hondo) dostawali się tu w XVII i XVIII stuleciu piraci napadający na miasto. Mieszkańców bronić przed nimi miał solidny Fort św. Filipa w Bacalar (Fuerte de San Felipe de Bacalar), ukończony w 1729 r. Dziś działa w nim ciekawe muzeum opowiadające m.in. historię XVII-wiecznego Kubańczyka Diega el Mulata i innych karaibskich awanturników.

 

Pustelnia JOHNA HUSTONA

 

Laguna de Bacalar niedaleko Chetumal to tzw. Jezioro Siedmiu Kolorów

LagunaBacalar

© BARTEK JANKOWSKI/TROPIKEY.COM

 

W odległości ponad 2,1 tys. km na zachód od Cancún leży Guadalajara, stolica stanu Jalisco. Dwoma najbardziej znanymi na świecie towarami eksportowymi tego regionu są tak bardzo popularna w Polsce tequila, której nazwa pochodzi od miejscowości położonej na północy, i urodzony w 1947 r. w Autlán de Navarro wirtuoz gitary Carlos Santana. Dzięki połączeniom oferowanym zarówno przez meksykańskiego przewoźnika narodowego (Aeroméxico), jak i kilka linii niskobudżetowych (Interjet, Magnicharters, Viva Aerobus, Volaris) dotarcie tutaj z Cancún zajmuje ok. 2,5 godz. Poza tym na jesieni 2016 r. uruchomiono bezpośrednie loty czarterowe między Warszawą i Puerto Vallarta. To nie przypadek, że wybrano właśnie ten ostatni kurort, a nie przereklamowane Acapulco, które dawno już (podobnie jak Cancún) przeobraziło się w skupisko betonowych molochów. Mimo iż złote wybrzeże Zatoki Flag (Bahía de Banderas) opanowały w wielu miejscach luksusowe hotele, w samym Puerto Vallarta w dużej mierze udało się zachować urok kąpieliska w dawnym stylu. Jego sercem jest Viejo Vallarta, romantyczna najstarsza część miasta z przyległą uroczą plażą o zdecydowanie mniej przyjemnej nazwie – Playa los Muertos (Plaża Zmarłych). Jej nowoczesnym symbolem stało się molo z instalacją do złudzenia przypominającą słynny dubajski wieżowiec Burdż Al Arab (Burj Al Arab). Niegdyś była tu osada rybaków i poławiaczy pereł, ale już od końca XIX w. do szmaragdowych wód Pacyfiku zaczęli przybywać pierwsi letnicy.

 

Prawdziwy rozgłos Puerto Vallarta zyskało jednak w 1964 r., po premierze Nocy iguany z Richardem Burtonem w roli duchownego kuszonego przez kobiety i alkohol. Znaczną część ujęć nakręcono właśnie w tym mieście i na położonej nieopodal malowniczej plaży Mismaloya. Widok ciemnego oceanu kontrastującego z nadbrzeżnymi złotymi skałami i szczytami Sierra Madre Zachodniej (Sierra Madre Occidental) urzekł amerykańskiego reżysera filmu Johna Hustona (1906–1987) tak bardzo, że kupił w tym rejonie willę. Później, kiedy szukał miejsca odizolowanego od świata, znalazł dostępną tylko łodzią plażę Las Caletas. Wydzierżawił ten teren od Indian Chacala i spędził tutaj swoje sędziwe lata, żyjąc w skromnych warunkach, blisko przyrody i z dala od zgiełku filmowego środowiska. Po śmierci Johna Hustona pieczę nad jego azylem objęła ponownie społeczność indiańska, u której dbałość o naturę w pewnym stopniu zastąpiło merkantylne spojrzenie na życie. Dziś działa w tym rejonie agencja turystyczna organizująca dzienne i wieczorne wycieczki łodzią na plażę Las Caletas połączone z relaksującymi zabiegami spa i widowiskowymi występami folklorystycznymi.

 

Wakacje w Meksyku wciąż jeszcze kojarzą nam się głównie z dwutygodniowym leżakowaniem przy basenie w którymś ze wspaniałych kurortów na karaibskiej Riwierze Majów (Riviera Maya). Taka forma wypoczynku ma swoje zalety, ale pobyt w tym kraju może być dużo bardziej urozmaicony i nie musi oznaczać przywiązania do jednego miejsca. Warto ruszyć na wyprawę po innych regionach i to niekoniecznie wypożyczonym samochodem. Dzięki gęstej sieci połączeń autobusowych różnej klasy dotrzemy do mniej zatłoczonych zakątków Meksyku bez ponoszenia znacznych kosztów i bez stresu związanego z prowadzeniem auta. Choć samodzielnego poruszania się po meksykańskich drogach nie trzeba się wcale obawiać, bo tutejsze warunki nie różnią się specjalnie od panujących w naszym kraju. Przy planowaniu w przyszłości wyjazdu do tej fascynującej części świata można zatem rozważyć i taką formę podróżowania.

 

W turystycznym Puerto Vallarta znajdziemy wiele historycznych budowli

Puerto-Vallarta-sunset

© MEDIAKIT.VISITPUERTOVALLARTA.COM

 

Egzotyczny Madagaskar czekający na odkrycie

MICHAŁ SZULIM

www.miejscezamiejscem.pl

 

<< Nazwę tej wyspy znają niemal wszyscy Polacy, a jednak niewielu z nich na nią dotarło. To ogromna szkoda, bo jeśli ktoś ceni sobie prawdziwą egzotykę i jednocześnie szuka pięknych, niebiańskich plaż, a poza tym chce spędzić czas w kontakcie z niewiarygodnie wręcz cudowną przyrodą, powinien jak najszybciej wybrać się na Madagaskar. A spieszyć się trzeba, bo zapewne lada chwila ten kraj zostanie odkryty przez masową turystykę, która prędko zamieni wciąż rajski kawałek świata w kolejny zatłoczony i nieprzyzwoicie komercyjny, jak dla mnie, Zanzibar. >>

 

Słynną aleję koło Morondavy tworzy ok. 250 endemicznych baobabów Grandidiera

© ONTM

 

Na początek zagrajmy w skojarzenia. Gdy słyszymy nazwę „Madagaskar”, w głowach wielu z nas pojawia się pewnie postać sympatycznego lemura katta króla Juliana z popularnego filmu animowanego czy też polskiego podróżnika, żołnierza i awanturnika Maurycego Augusta Beniowskiego (1746–1786), który w drugiej połowie XVIII w. dotarł tu po długiej wędrówce, a gdy wrócił w to miejsce, został obwołany jego władcą. Pierwsza myśl jest jak najbardziej słuszna – na Madagaskarze żyje kilkadziesiąt rodzajów lemurowatych. Jednak o Beniowskim dzisiaj już nikt tutaj nie pamięta, a przypomina o nim tylko niewielka tabliczka zawieszona na jednym z budynków w stolicy kraju.

Poza tym wyspa kojarzy się także z polskimi zamiarami jej kolonizacji i projektem przesiedlenia na nią Żydów z Europy. Mimo to plany odkupienia Madagaskaru od Francji (do której należał aż do początku lat 60. XX w.) przez Polskę trzeba traktować przede wszystkim jako mrzonkę ówczesnych polityków, którzy chcieli podbudować nieco znaczenie naszej ojczyzny i uważali, że osiągną ten cel, jeśli przyłączą do niej egzotyczne terytorium zamorskie. Zresztą nawet słynny pisarz i podróżnik Arkady Fiedler (rząd polski oddelegował go w 1937 r. na wyspę jako jednego z ekspertów) odradzał ten pomysł, pogrzebany ostatecznie przez wybuch II wojny światowej. Tak oto zakończyły się marzenia Polski o kolonii. Choć w sumie chyba dobrze się stało. Na pewno nie przyniosłaby nam zbyt wielkich zysków. Ropy tutaj nie znaleziono, region zalicza się raczej do biedniejszych części świata, a dodatkowo w tamtych czasach podróż statkiem na wyspę musiała trwać bardzo długo, skoro dzisiaj, w dobie nowoczesnych technologii, z Polski leci się na nią najkrócej ok. 10,5 godz. (od 22 czerwca 2018 r. pojawiło się bezpośrednie połączenie czarterowe biura Itaka z Warszawy na Nosy Be).

 

Nosy Iranja to właściwie dwie wysepki połączone piaszczystą mierzeją

© ONTM

 

RAJ NA ZIEMI

Istnieje duże prawdopodobieństwo, że pierwszym miejscem, do którego dotrzemy w tym wyspiarskim państwie położonym na Oceanie Indyjskim, u południowo-wschodnich brzegów Afryki, będzie wulkaniczna wysepka Nosy Be usytuowana w odległości mniej więcej 8 km od północno-zachodniego wybrzeża Madagaskaru i połączona z nim regularnie kursującym promem czy łodziami. Tu właśnie, w miejscowości Fascene, znajduje się lotnisko, gdzie ląduje sporo samolotów z Europy, głównie z Mediolanu i ostatnio również z Warszawy. Sama wyspa jest naprawdę dość niewielka, zajmuje powierzchnię powyżej 320 km² (zamieszkiwaną przez ponad 75 tys. ludzi), ale przecież nie chodzi o jej rozmiar. Nosy Be wyróżnia się głównie swoją urodą. Kiedy już na niej wylądujemy, z pewnością stwierdzimy, że… znaleźliśmy się w raju na ziemi! Plaże są bardzo szerokie i piaszczyste. Część z nich zagospodarowały hotele i ośrodki wypoczynkowe, ale niektóre pozostają zupełnie dzikie i puste. Woda ma turkusowy kolor i zachęca do pływania, bo ocean jest tutaj wyjątkowo ciepły.

Nosy Be to jakby przedsionek Madagaskaru, idealne miejsce na początek naszej przygody z tym egzotycznym krajem. Plasuje się gdzieś pomiędzy znanymi z Europy standardami a afrykańskimi realiami. Możemy tu spokojnie przeczekać kilka pierwszych dni, zanim oswoimy się nieco z zupełnie innym światem. To także najbardziej turystyczna i komercyjna wysepka Madagaskaru i najbardziej europejska w swoim charakterze (wiele firm z sektora usług otworzyli na niej Europejczycy). Tutaj nawet drogi są najlepsze w całym kraju, a pod względem widoków i plaż Nosy Be nie ustępuje w niczym innym sielskim wyspom na naszym globie z Mauritiusem, Seszelami i Zanzibarem na czele. Przewyższa je za to tym, że biznes wakacyjny dopiero na niej raczkuje. Ten raj nie został jeszcze odkryty przez masową turystykę – nie ma w nim tłumów ludzi okupujących każdy wolny skrawek piasku, niewiele jest też ogromnych i luksusowych resortów, które miejscami dominują w krajobrazie jej konkurentów i kawałek po kawałku anektują i odgradzają co piękniejsze fragmenty wybrzeża. Owszem, miejscowość Ambatoloaka to typowa nadmorska wioska żyjąca z turystów, ale i tak czujemy się w niej swojsko. Spokojnie można więc ją potraktować jako bazę wypadową na czas pobytu na Nosy Be.

A zdecydowanie jest tutaj co robić. Leżenie plackiem na plaży, nawet urozmaicone najbardziej wymyślnymi tropikalnymi drinkami z palemką, w końcu się znudzi. Wtedy warto poszukać innych zajęć. Z Nosy Be możemy popłynąć na jedną z okolicznych małych wysepek, takich jak dziewicze Nosy Iranja, Nosy Komba, Nosy Tanga czy Nosy Sakatia, gdzie będziemy mieli okazję popływać wokół przepięknej rafy koralowej. Dużo miejscowych biur podróży organizuje całodniowe wycieczki na nie, obejmujące nie tylko transport, ale też posiłek z pysznych ryb i owoców morza oraz wypożyczenie sprzętu do nurkowania. Warto również wybrać się w głąb Nosy Be. Do tego celu najlepiej wypożyczyć skuter. Wysepkę spokojnie można objechać w jeden dzień. Po drodze będziemy wspinać się na wulkaniczne wzniesienia i podziwiać z nich fantastyczne widoki (najwyższym szczytem jest Mont Lokobe – 455 m n.p.m.), a także obejrzymy kilka z 11 tutejszych jezior kraterowych. Polecam poza tym wizytę w największym mieście na Nosy Be, czyli 40-tysięcznym Andoany (Hell-Ville), w którym panuje typowy madagaskarski gwar i afrykański chaos. Odwiedziny na lokalnym targu pozostaną na długo w naszej pamięci, nie tylko ze względu na… szczególnie intensywny zapach ryb. Z przystani promowej odpływają łodzie i motorówki na wyspę Madagaskar.

 

Sifaka biało-kasztanowa na Nosy Be

© ONTM

 

KIEPSKIE DROGI I PIĘKNA PRZYRODA

Po opuszczeniu rajskiej Nosy Be udajemy się na Madagaskar gotowi na przygodę. Na początku musimy się – niestety – przygotować na twarde lądowanie, bo tutejsze drogi są fatalne. Jeśli ktoś narzeka na stan infrastruktury drogowej w Polsce, w tym kraju szybko zmieni punkt widzenia. Dziury mające 40 cm głębokości niekiedy bywają szersze niż sama droga. Jazda samochodem przypomina slalom – raz szosa schodzi do rzeki, a innym razem prowadzi po prowizorycznym mostku złożonym z dwóch kawałków drewna. Większość dróg wybudowali jeszcze Francuzi i nie były remontowane od ok. 60 lat. Najgorzej jest w porze deszczowej (od końca listopada do marca lub początku kwietnia), kiedy ulewy podmywają część tras i podróż wydłuża się czasem do kilku dni. Po stosunkowo dobrych szosach na Nosy Be sytuacja na Madagaskarze potrafi zaskoczyć. Na rajskiej wysepce jednak turyści zostawiają większość swoich pieniędzy, więc rząd postanowił jej infrastrukturę utrzymywać w lepszym stanie.

Nic dziwnego, że wielu podróżujących decyduje się na wynajem jeepa wraz z kierowcą. To jedyny sposób, żeby w miarę szybko przemieszczać się z miejsca na miejsce. Koszt jest dość spory, ale jeśli rozbije się go na kilka osób, pomysł okazuje się całkiem korzystny. Alternatywą są taksówki (często w katastrofalnym stanie, również technicznym), a dla najbardziej odważnych – taxi-brousse, czyli zawsze przepełnione busy, które przewożą pasażerów stłoczonych jak sardynki w 40-stopniowym upale i poruszają się w żółwim tempie. Tym środkiem transportu można pokonać co najwyżej 100 km dziennie. Na więcej nie pozwala – niestety – jakość tutejszych dróg…

Co właściwie poza przepięknymi plażami zasługuje na zainteresowanie na Madagaskarze? Warto już na początku zaznaczyć, że zabytków nie ma tu prawie wcale (poza stolicą – Antananarywą, gdzie znajdują się m.in. dwa pałace Andafiavaratra i Ambohitsorohitra oraz kilka innych ciekawych budynków). Turystów przyciąga w te strony przede wszystkim niesamowita przyroda. Pod tym względem wyspa uchodzi za prawdziwy fenomen w skali światowej! Mniej więcej 80 proc. tutejszej fauny i 90 proc. flory to organizmy endemiczne, czyli niewystępujące nigdzie indziej na ziemi. Na dodatek każdego roku odkrywa się kolejne, nieznane wcześniej gatunki roślin i zwierząt, dlatego ten kraj jest rajem dla miłośników przyrody. Zaręczam, że nawet jeśli biologia w szkole kogoś nudziła, tutaj nie da się pozostać obojętnym na wdzięki natury. Pierwszym spotkaniem z egzotyką na Madagaskarze bywa zwykle zetknięcie się z kameleonem. Ten sympatyczny gad powinien być umieszczony w godle państwa, bo na wyspie występuje niemal wszędzie. Co ciekawe, wśród mieszkańców cieszy się on szacunkiem graniczącym nawet… ze strachem. Nie wolno nigdy pokazywać kameleona palcem, ponieważ według wierzeń przynosi to nieszczęście. Trzeba zgiąć palec wskazujący i dopiero wtedy skierować go na zwierzę. Kameleon przechodzący przez ulicę na Madagaskarze odgrywa rolę naszego czarnego kota. Należy poczekać, aż sobie spokojnie pójdzie, żeby nie igrać z losem…

 

PRAWDZIWY SKARB

O ile kameleona spotkamy praktycznie wszędzie, o tyle z innymi zwierzętami i unikatowymi roślinami nie pójdzie nam tak łatwo. Już podczas podróży samochodem terenowym przez wyspę można zauważyć, że… praktycznie nie ma na niej drzew. Powód jest smutny, ale prozaiczny: kolejne rządy prowadziły zakrojony na szeroką skalę wyręb lasów i handlowały drewnem na potęgę. Poza tym wśród Malgaszów dużą popularnością cieszy się rolnictwo żarowe polegające na wypalaniu obszarów leśnych i przekształcaniu ich w pola ryżowe. Szacuje się, że w wyniku tych działań ludzkich z powierzchni Madagaskaru zniknęło… niemal 90 proc. drzewostanu o charakterze pierwotnym! Dlatego właśnie, aby poznać wyjątkową faunę i florę wyspy, trzeba udać się do jednego z parków narodowych lub rezerwatów, których powstało w kraju kilkadziesiąt. Jeden z nich – Lokobe (Réserve Naturelle Intégrale de Lokobe) – znajdziemy nawet na południowym wschodzie wspomnianej wcześniej Nosy Be (słynie on z lemurii czarnej i kameleona lamparciego), ale ja radzę odwiedzić położone na północy Madagaskaru Park Narodowy Ankarana (Parc National Ankarana, Réserve Spéciale Ankarana) czy też Park Narodowy Montagne d’Ambre (Parc National Montagne d’Ambre). Warto zdawać sobie sprawę, że tutejsze tereny parkowe są naprawdę dzikie. Nie wjedziemy na nie samochodem, dlatego trzeba się przygotować na wycieczki piesze. Do wyboru mamy zwykle kilkanaście tras ekoturystycznych: od kilkukilometrowych po nawet kilkunastokilometrowe, których przebycie zajmuje cały dzień.

Obowiązkowo należy także wynająć przewodnika. Koszt takiej usługi rozkłada się na całą grupę, ale – proszę mi wierzyć – są to chyba najlepiej wydane pieniądze podczas pobytu na wyspie. Po pierwsze dlatego, że przewodnicy mówią po angielsku, co na Madagaskarze nie jest wcale takie oczywiste. Po drugie, ci ludzie cechują się niewyobrażalną wręcz spostrzegawczością. Gdy idziemy w towarzystwie takiego przewodnika przez park, potrafi on w pewnym momencie nagle przerwać rozmowę i polecić nam być cicho, aby po chwili wpatrywania się gdzieś w dal pokazać małego ptaszka na odległym drzewie w głębi lasu albo lemura siedzącego na gałęzi wysoko nad naszymi głowami.

Jeśli wybieramy się więc do rezerwatu lub parku narodowego, musimy przygotować się na solidną dawkę emocji i częste spotkania ze zwierzętami nie występującymi nigdzie indziej na ziemi. Oprócz oglądania rzadkich ptaków, owadów, kilkudziesięciu rodzajów lemurów czy kameleonów (tych ostatnich do czerwca 2015 r. odkryto aż 202 gatunki!) będziemy mogli jeszcze podziwiać przepiękne widoki na naturalne wąwozy, wyjątkowe formacje skalne z wapienia zwane po malgasku tsingy bądź majestatyczne wodospady (na czele z 62-metrowym Cascade d’Antomboka w Parku Narodowym Montagne d’Ambre) i wulkaniczne jeziora lub przejść się zwodzonym mostem (w Parku Narodowym Ankarana) i pohuśtać na zwisających między drzewami lianach. Poza tym możemy odwiedzić jeden z bujnych lasów deszczowych, które wycina się bezlitośnie na całym świecie. Gorąco polecam zwiedzić kilka parków narodowych i rezerwatów, żeby zrozumieć, dlaczego tutejszy świat przyrodniczy należy do najbardziej fascynujących na naszym globie. Odrębną ciekawostką jest słynna Aleja Baobabów położona na drodze między Morondavą a Belon’i Tsiribihina w regionie Menabe na zachodzie Madagaskaru, chyba jedna z najczęściej fotografowanych przez turystów atrakcji w kraju.

 

ZAPACH KAKAO I ZGIEŁK MIASTA

Podczas pobytu na północy wyspy możemy również poświęcić 3–4 godz. na wizytę na plantacji kakao Millot w Andzavibe koło miasta Ambanja (założonej w 1904 r.), która zaopatruje w ziarna kakaowca m.in. wytwórnie słynnej francuskiej ekskluzywnej czekolady Valrhona. Mamy tu szansę zobaczyć, jak wygląda cały proces produkcji, począwszy od zerwania owoców, przez poddanie ich fermentacji i suszenie, na pakowaniu skończywszy. Plantacja jest spora, a jeśli dopisze nam szczęście, to obwiezie nas po niej sama niebywale charyzmatyczna właścicielka, która opowie z pasją o swoim przedsięwzięciu. Przy okazji będziemy mieć możliwość spróbowania takich specjałów jak pieprz czerwony (zerwany prosto z drzewa), zobaczenia, jak rośnie wanilia, a nawet skosztowania dojrzałych owoców kakaowca przed obróbką. Zwiedzanie kończy wyborny obiad, do którego podaje się ciasto zrobione z czekolady wytworzonej na bazie pochodzącego stąd surowca, a także likier czekoladowy z ziaren kakaowych. Proszę mi uwierzyć, że po wizycie tutaj każda tabliczka czekolady zjedzona po przyjeździe do domu będzie smakować inaczej i kojarzyć się już na zawsze z tym miejscem.

Jeśli ktoś jest z natury mieszczuchem i ciągnie go do dużych skupisk ludzi, to na Madagaskarze też znajdzie coś dla siebie. W stolicy kraju, wspomnianej już Antananarywie (zwanej potocznie Taną), oprócz kilku większych zabytkowych obiektów można znaleźć całkiem dużo budynków w stylu kolonialnym i doświadczyć prawdziwie afrykańskiego tłoku na ulicach (jej obszar metropolitalny zamieszkuje ok. 2,7 mln osób). Niestety, przy obecnym katastrofalnym stanie dróg podróż z Nosy Be do miasta potrafi zająć kilka dni. Dlatego amatorzy życia miejskiego powinni rozważyć wizytę w położonym na północy dawnym Diego-Suarez, w 1975 r. przemianowanym na Antsirananę. Miłośnicy architektury kolonialnej, zakochani w charakterystycznych łukach i zdobieniach, znajdą tu całe kwartały z zabudową w tym stylu. To pozostałość po panowaniu Francuzów na wyspie. Zresztą europejską atmosferę wyczuwa się w tym mieście bardzo wyraźnie. Antsiranana jest również dobrą bazą wypadową na wspaniałe plaże, których nie brakuje w pobliżu. Symbol tego 130-tysięcznego miasta stanowi Głowa Cukru (Pain de Sucre), czyli charakterystyczna wulkaniczna wysepka wystająca z wody na środku tutejszej zatoki Diego-Suarez (Baie de Diego-Suarez), będąca najpopularniejszym obiektem ze zdjęć z tej okolicy.

 

EGZOTYKA W STYLU AFRYKI

Madagaskar kusi jednak nie tylko osoby lubiące błogi wypoczynek na plaży, nurkowanie, wędkarstwo, kajakarstwo, surfing, kite- i windsurfing, żeglarstwo czy spędzanie czasu w otoczeniu przyrody. Ten kraj fascynuje swoją egzotyką i karmi nas widokami, których nie mamy szansy zobaczyć w Europie. Po pierwsze, musimy tu przyzwyczaić się do afrykańskiego stylu życia i zupełnie innych standardów, dotyczących nie tylko stanu dróg. W małych miejscowościach dominuje zabudowa złożona z chat zrobionych z blachy falistej czy bambusa. Przed domami wylegują się Malgasze, którzy spędzają większość dnia na słodkim nicnierobieniu. Trzeba także przywyknąć do wszechobecnego chaosu, widoku zebu (garbatych krów) chodzących sobie spokojnie pomiędzy samochodami na ulicach, podobnie zresztą jak ludzi mających w zwyczaju iść środkiem szosy. Kolejnym szczegółem, który rzuca się w oczy, jest fakt, że wszyscy ciągle coś tu sprzedają. Na wyspie obowiązuje zasada mówiąca, iż kto handluje, ten żyje. Punktem sprzedaży może być kawałek blachy falistej na ulicy czy prowizoryczny stołek. Kobiety sprzedają towary, które noszą w wielkich misach na głowie. Nie tylko owoce i warzywa są przedmiotem transakcji, w obiegu jest dosłownie wszystko.

Na Madagaskarze nic się nie marnuje. Stare, rozklejone buty, podziurawiona koszula lub wyszczerbiona ze starości miotła – te przedmioty mają tutaj po kilka żyć, bo zawsze znajdzie się ktoś, kto zechce je kupić. Procedury handlowe są mocno uproszczone i nikt nie zawraca sobie głowy takimi drobiazgami jak dokładne ważenie towarów. Na bazarze obowiązują tylko dwie miary: duża i mała puszka po kawie. To nimi odmierza się kolejne porcje ryżu, soli czy cukru. Z drugiej strony wszędzie można odczuć wpływ kultury Francuzów, więc jeśli znamy francuski, poczujemy się na Madagaskarze jak ryba w wodzie. Większość jego mieszkańców posługuje się tym językiem, a kiedy otworzymy menu w restauracji, znajdziemy w nim francuskie nazwy potraw. Nic więc dziwnego, że wielu emerytów z Francji osiedla się na wyspie na starość.

Jednak najbardziej rzucają się tu w oczy samochody. Jak powszechnie wiadomo, jednymi z symboli Kuby są amerykańskie krążowniki szos z lat 40. i 50. XX w. Na Madagaskarze za ich odpowiedniki uchodzą równie stare francuskie auta – pozostałość po kolonizatorach z Europy. Leciwe pojazdy marki Citroën, Renault czy Peugeot wciąż pozostają w tym kraju w użytku. Ich karoserie zamalowuje się kolejnymi warstwami lakieru, przykrywającymi ogromne płaty rdzy. Stan techniczny madagaskarskich samochodów mógłby wywołać szok u europejskiego mechanika. Popękane szyby, brak kilku przełożeń w skrzyni biegów, zbite reflektory, lusterka czy oderwany zderzak to cechy charakterystyczne tutejszych aut. Pomiędzy nimi jeżdżą po ulicach żółte pojazdy napędzane silnikiem motorowym – odpowiedniki azjatyckich tuk-tuków, które pełnią funkcję taksówek. W dużych miastach możemy również przejechać się rikszą.

Przy okazji warto też wspomnieć o zwyczaju wręczania łapówek, który na Madagaskarze jest czymś najzupełniej normalnym. Nikt się tu nie dziwi, gdy na drodze przy prowizorycznym szlabanie zrobionym z bambusowych kijów i sznurka, czyli spontanicznie ustanowionym punkcie kontrolnym, ustawia się dwóch policjantów. Każdy kierowca wie, że tym stróżom prawa zawsze chodzi o jedno i to samo, dlatego ma przyszykowane kilka groszy schowanych w brudnym dowodzie rejestracyjnym. Także wręczenie na lotnisku dolara czy dwóch funkcjonariuszowi, który nagle zainteresował się tym, gdzie kupiliśmy cynamon i czy posiadamy odpowiedni certyfikat (nawet jeśli takowy nie istnieje), to normalna praktyka. Zwykle mała łapówka skutecznie ucina ciekawość służb kontrolnych.

 

Kobiety sprzedające turystom kolorowe chusty na madagaskarskiej plaży

© ONTM

 

NA KAŻDĄ KIESZEŃ

Na koniec zostawiłem jeszcze jedną rzecz, o której warto wspomnieć. Madagaskar to bajecznie tani kraj, szczególnie w porównaniu z pobliskim Mauritiusem, a nawet z Grecją czy Portugalią. Czysty pokój w hotelu lub pensjonacie z bardzo podstawowym wyposażeniem możemy tutaj wynająć już za równowartość 40–50 złotych. Podobnie ma się rzecz z jedzeniem, za które – nawet w dobrych restauracjach – zapłacimy mniej więcej jedną trzecią tego, co musielibyśmy wydać na wakacjach w Europie. Jeśli ktoś lubi świeże owoce morza, to na wyspie Nosy Be poczuje się jak w niebie. Można tu spróbować dziesiątek gatunków ryb oceanicznych, krewetek, ośmiornic, kalmarów i wszystkiego, co tylko ocean daje człowiekowi, a ceny są bardzo rozsądne. Tropikalne drinki na plaży kosztują w przeliczeniu kilka (!) złotych (lokalna waluta to ariary). Nic w tym zresztą dziwnego, skoro za litr tutejszego rumu (marki Dzama lub Madi Rum) w sklepie trzeba dać... równowartość 7 złotych, bo alkohol na Madagaskarze jest również bajecznie tani. Stosunkowo drogo wychodzi jedynie wynajęcie jeepa z kierowcą. Ceny biletów do parków narodowych i rezerwatów przyrody są z kolei mniej więcej takie jak w przypadku wstępu do muzeów w Europie.

Jeśli więc ktoś nie ma pomysłu na urlop, a marzą mu się wakacje w egzotycznym i stosunkowo mało popularnym rejonie, z całego serca polecam Madagaskar. To wyspa, której największym skarbem obok przepięknych, niebiańskich plaż jest fascynująca natura. Obserwowanie codziennego życia Malgaszów pozwala poznać prawdziwie afrykański charakter tego miejsca. Najlepiej udać się tutaj w okresie od końca marca do listopada, aby móc w pełni skorzystać z uroków pory suchej. Radzę się jednak pospieszyć, bo lada chwila także i to wyspiarskie państwo zostanie odkryte przez miliony turystów, czego, szczerze mówiąc, wcale mu nie życzę.

 

Wydanie Lato 2018

Najlepsze miejsca do nurkowania na świecie – top 10

MAGDALENA ZDRENKA

 

FOT. TOURISM AUSTRALIA

W morskich głębinach kryje się tak wielkie bogactwo podwodnych krajobrazów, unikalnych ekosystemów i różnorodnych gatunków, że trudno wybrać jeden najpiękniejszy i najciekawszy rejon. Na szczęście wcale nie musimy tego robić. Możemy zwiedzać je wszystkie po kolei, ale nie łudźmy się niepotrzebnie, na pewno nie uda nam się zobaczyć wszystkiego. Jedno życie to za mało na poznanie całego podmorskiego raju na ziemi.

Więcej…