PAP i GovTech Polska uruchamiają aplikację #FakeHunter, czyli nowe narzędzie do walki w sieci z dezinformacją o koronawirusie. Za pomocą tej aplikacji każdy internauta będzie mógł zgłosić wątpliwą treść do sprawdzenia, a następnie otrzymać wiarygodną, zweryfikowaną odpowiedź.

 

Na początku marca Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) ogłosiła, że pojawieniu się koronawirusa (SARS-CoV-2), towarzyszy ogromnych rozmiarów "infodemia", czyli globalny zalew informacji. Niektóre z nich są prawdziwe, inne nie. Razem tworzą mieszankę wybuchową, która wywołuje wśród ludzi dezorientację i panikę.

 

W czasie pandemii fałszywe doniesienia na temat choroby COVID-19, często powielane przez środki masowego przekazu i media społecznościowe stają się wyjątkowo groźne. Od tego, czy ludzie będą kierować się informacją potwierdzoną w wiarygodnych źródłach, czy też ulegać dezinformacji zależy zdrowie i życie milionów osób i firm nie tylko w Polsce, ale i na całym świecie.

Dlatego Polska Agencja Prasowa i GovTech wdrażają projekt #FakeHunter - społeczny system weryfikacji treści publikowanych w Internecie, którego celem jest demaskowanie nieprawdziwych wiadomości dotyczących SARS-CoV-2. Integralną częścią programu jest specjalna aplikacja, za pomocą której, każdy internauta będzie mógł zgłosić wątpliwą treść do sprawdzenia, a następnie otrzymać wiarygodną odpowiedź, zweryfikowaną przez społecznych liderów opinii oraz ekspertów PAP. Wszystkie weryfikowane doniesienia wraz z werdyktami znajdą się w specjalnym serwisie połączonym z aplikacją #FakeHunter.

 

"Po specjalnej akcji rekrutacyjnej do pomocy w walce z dezinformacją dołączyło ponad 300 wolontariuszy. Część już została przeszkolona w sprawdzaniu faktów i korzystaniu z systemu. Razem z zespołem ekspertów PAP będą weryfikować przesyłane przez internautów, budzące wątpliwości, informacje o koronawirusie. Projekt jest otwarty, można powiedzieć, że to dopiero pierwsza faza rozwoju całego systemu" – tłumaczy prezes zarządu PAP Wojciech Surmacz.

"#FakeHunter to odważny krok w walce z dezinformacją. Projekt ma na celu walkę ze wspólnym wrogiem w obliczu infodemii. Do udziału w akcji i używania naszego narzędzia zachęcamy wszystkich internautów i dziennikarzy, by wspólnie stawić czoła temu wyzwaniu" – podkreśla pełnomocnik Prezesa Rady Ministrów ds. GovTech Justyna Orłowska.

 

Wtyczka do pobrania i zainstalowania aplikacji #FakeHunter znajduje się na stronie https://fakehunter.pap.pl/.

Partnerami projektu są Demagog, DO OK, Objectivity, Amazon Web Services.

Polska Agencja Prasowa to największa agencja informacyjna w Polsce. Zbiera, opracowuje i przekazuje obiektywne i wszechstronne informacje z kraju i zagranicy. Przez całą dobę, 7 dni w tygodniu 250 dziennikarzy i 40 fotoreporterów przygotowuje serwisy informacyjne, z których korzystają media, instytucje, urzędy państwowe i przedsiębiorcy.

 

Program GovTech Polska jest realizowany przez Zespół działający w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów pod patronatem Premiera. Zespół odpowiada za międzyresortowe projekty w dziedzinie innowacji, nowych technologii oraz cyfryzacji. Jego celem jest budowa nowoczesnego Państwa wspólnie z innowatorami: przedsiębiorcami, start-upami, środowiskiem naukowym oraz samymi obywatelami. Zespół skupia także społeczność innowatorów chcących wspólnie przyczynić się do budowy nowoczesnego, cyfrowego państwa.

WYSPA LEMURÓW W KSIĄŻKACH I NA EKRANIE

res ce6e14cda0c035730e33af104daae860 full

Bez wątpienia najbardziej znanym polskim autorem piszącym o Madagaskarze jest Arkady Fiedler (1894–1985), pisarz, przyrodnik, podróżnik i porucznik Wojska Polskiego

Czytaj Więcej >>

KAZACHSTAN JAKO CEL TURYSTYKI BIZNESOWEJ

Expo 2017  Nur Alem  Pavilion

 W 2017 r. w Astanie (dzisiejszym Nursułtanie) odbyła się prestiżowa wystawa EXPO, która przyciągnęła gości z całego świata. Stolicę Kazachstanu wybrano nie bez powodu – to obecnie jedno z ciekawszych miejsc do organizowania wydarzeń branżowych, targów, konferencji, kongresów, spotkań firmowych czy wyjazdów integracyjno-motywacyjnych.

 Czytaj Więcej >>

MADERA – ŚLADAMI RONALDA

CR7 Cristiano Ronaldo Mural Madeira by Richard Wilson - richardwilsonartwork

Portugalska wyspa Madera, mimo swojego małego rozmiaru (741 km² powierzchni i ok. 270 tys. mieszkańców), zapisała się na turystycznej, kulinarnej i sportowej mapie naszego globu. Czytaj więcej >

FESTIWAL KWIATÓW NA MADERZE

IMG 1805

Madera jest wspaniałym celem podróży o każdej porze roku, ale to zazwyczaj ostatnie dni kwietnia i maj stanowią wyjątkowy czas na tej wyspie. To wtedy zwykle odbywa się na niej jedno z najpiękniejszych wydarzeń kulturalnych całego archipelagu – Festiwal Kwiatów (Festa da Flor de Madeira).  Czytaj więcej >

Artykuły wybrane losowo

Wszystkie odcienie Peru

IMG 20160616 174118594 HDR

Alpamayo magazyn Alpinismus ogłosił w 1966 r. najpiękniejszą górą świata

© PERU EXPEDITIONS TOURS

 

KAROLINA WUDNIAK

 

Peru to kraj kontrastów: zimna i gorąca, gór i oceanu, bogactwa i biedy, przeszłości i współczesności, bujnej zieleni wilgotnych lasów równikowych i suchych piasków pustyni. Mieni się kolorami tęczy. Ta wielka różnorodność zadziwia, zachwyca, a nawet wciąga na dłużej. Mnie wciągnęła na dwa pełne miesiące, a wciąż czuję, że to zdecydowanie za mało czasu, aby odkryć wszystkie jej odcienie.

 

Obecne tereny Peru setki lat wstecz zamieszkiwali Inkowie, którzy stworzyli całkiem rozległe imperium. Dzisiejszy kraj zajmuje powierzchnię niemal 1,3 mln km2 i jest trzecim największym państwem kontynentu po Brazylii i Argentynie. Od północy graniczy z Ekwadorem i Kolumbią, na wschodzie – z Boliwią i Brazylią, na południu – z Chile, a zachodnie wybrzeże oblewają wody Oceanu Spokojnego. Na obszarze Peru leżą wilgotne lasy dorzecza Amazonki i pustynia, wznoszą się sześciotysięczne szczyty oraz wspaniałe inkaskie ruiny i perły kolonialnej architektury. W tym pięknym kraju nie sposób się nudzić, bo każdy znajdzie w nim coś dla siebie.

 

Turyści zwykle zaczynają tu zwiedzanie od Limy, peruwiańskiej stolicy. Stąd wyruszają później na poznawanie innych regionów Peru. Do wyboru mają wiecznie zielone lasy równikowe, majestatyczne Andy, suche płaskowyże, a nawet pacyficzne plaże.

 

004554 300

Pustynię w okolicy miasta Ica można przemierzać pojazdem typu buggy

© BANCO DE IMÁGENES DE PROMPERÚ/WALTER HUPIU

 

Z WIZYTĄ W STOLICY

 

Lima jest jednym z największych miast w Ameryce Południowej, zamieszkuje ją ponad 10 mln osób. Ośrodek założył 18 stycznia 1535 r. hiszpański konkwistador Francisco Pizzaro (1478–1541) – miał służyć jako zaplecze do podboju imperium Inków. Od 1551 r. działa tutaj szkoła wyższa (Uniwersytet Świętego Marka – Universidad Nacional Mayor de San Marcos), najstarsza na kontynencie. Przez stulecia Lima była stolicą Wicekrólestwa Peru (w latach 1542–1821), a później Republiki Peru. Dziś jest szybko rozwijającą się metropolią, ale znajduje się w niej wiele zabytków z dawnych czasów. Historyczną część miasta z kolonialną zabudową wpisano na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Wyróżniają ją przede wszystkim słynne limskie balkony – bogato i pięknie zdobione przykuwają uwagę przechodniów. Można je podziwiać podczas spaceru ulicami biegnącymi pomiędzy dwoma głównymi placami: Plaza Mayor de Lima (Plaza de Armas de Lima) i Plaza San Martín. Wokół obu wznoszą się wspaniałe zabytkowe obiekty. Przy pierwszym z nich stoi Katedra (Catedral de Lima), której budowę rozpoczęto w 1535 r., Pałac Arcybiskupi (Palacio Arzobispal) i Pałac Rządu (Palacio de Gobierno del Perú), obecna oficjalna siedziba prezydenta kraju. Oczywiście, budynki ozdabiają balkony. Przy drugim placu warto zwrócić uwagę na Gran Hotel Bolívar, a w szczególności jego wnętrze i wspaniałą witrażową kopułę. Miłośnicy sztuki sakralnej nie powinni przegapić również stojącej nieopodal Pałacu Rządu Bazyliki św. Franciszka wraz klasztorem (Basílica y Convento de San Francisco). Z kolei poszukiwacze polskich śladów za granicą muszą zajrzeć do pobliskiego Domu Literatury Peruwiańskiej (Casa de la Literatura Peruana) mieszczącego się w budynku dawnego dworca (Estación de Desamparados). Jedną ze ścian zdobi w nim tablica poświęcona Ernestowi Malinowskiemu (1818–1899) – polskiemu inżynierowi i budowniczemu Centralnej Kolei Transandyjskiej (Ferrocarril Central del Perú).

 

Kolejnym tutejszym rejonem popularnym wśród turystów jest pełen hoteli, hosteli, restauracji i sklepów dystrykt prowincji Lima – Miraflores. Można tutaj kupić sweter z wełny z lamy lub alpaki, plecaki w inkaskie wzory, torebki, dywany, buty, portfele i co tylko dusza zapragnie. Jednak należy zdawać sobie sprawę z tego, że na spacer po targowiskach przy alei Abela Bergasse’a du Petita Thouarsa (Avenida Petit Thouars) potrzeba sporo czasu, dużo silnej woli, umiejętności negocjacyjnych, cierpliwości i… pieniędzy. Po opuszczeniu tego świata andyjskich kolorów najlepiej poszukać wytchnienia nad oceanem. Trasy spacerowe przy Circuito de Playas ciągną się kilometrami. Rozpościera się z nich doskonały widok na surferów walczących z falami. Warto przyjrzeć się rzeźbom w Parku Miłości (Parque del Amor), a na kolację wybrać się do dystryktu Barranco charakteryzującego się piękną i stonowaną XIX-wieczną architekturą, drogimi restauracjami z wymyślnymi daniami kuchni peruwiańskiej i modnymi kawiarniami.

 

011315 300

Promenada Malecón de Miraflores w Limie biegnie niemal na skraju klifów

© BANCO DE IMÁGENES DE PROMPERÚ/MIGUEL CARRILLO

 

W SERCU TROPIKALNEGO LASU

 

Stolica Peru jest dobrą bazą wypadową do różnych części kraju, w tym do tych trudno dostępnych, jak choćby największe na świecie miasto, do którego nie można dojechać drogą lądową – Iquitos. Najłatwiej dostać się do niego samolotem z Limy, ale najłatwiej wcale nie musi oznaczać najciekawszej formy podróżowania. Inną możliwość stanowi rejs jednym ze statków, które wyruszają z miast Yurimaguas i Pucallpa. Z tego pierwszego płynie się do Iquitos dwa i pół dnia, z drugiego – trzy dni. Powolna podróż pozwala obserwować z pokładu życie rzek Marañón (z Yurimaguas) i Ukajali (z Pucallpy) oraz Amazonki, do której oba dopływy dołączają przed miastem. Taki rejs zdecydowanie nie należy do szczególnie komfortowych, ale może być ciekawą przygodą. Alternatywą dla niego jest lot do Iquitos i kilkudniowa wycieczka po Amazonce na pokładzie jednej z luksusowych i pełnych atrakcji łodzi (należących np. do Delfin Amazon Cruises czy Aqua Expeditions). To idealne rozwiązanie dla turystów spragnionych wrażeń, którzy jednocześnie nie chcą rezygnować z wygody. Warto zdecydować się na wyprawę po rzece, bo wschody i zachody słońca w jej rejonie należą do najwspanialszych na świecie. Poza tym to dobry pomysł na odcięcie się od codzienności.

 

Amazonia, zajmująca północno-wschodnią część Peru (ok. 60 proc. powierzchni kraju), jest pięknym i egzotycznym regionem, w którym króluje dzika i nieokiełznana natura. W bezpośredni z nią kontakt można wejść zarówno podczas rejsu po rzece, jak i w trakcie wędrówki po lesie deszczowym. Kilka nocy spędzonych w domku oddalonym od cywilizacji, położonym w samym sercu zielonej gęstwiny również dostarcza sporo wrażeń. Już w Iquitos, w ośrodkach ratowania zwierząt spotkamy mieszkańców królestwa przyrody, np. małpy, manaty, krokodyle czy kolorowe motyle. W ukrytym w selwie mieście żyje na co dzień ponad 450 tys. osób. W centrum znajdziemy wiele pięknych, choć mocno nadgryzionych zębem czasu, budynków z okresu tzw. boomu kauczukowego, czyli przełomu XIX i XX w., kiedy Europejczycy zaczęli na masową skalę pozyskiwać kauczuk w Amazonii. Jeden z najsłynniejszych obiektów stoi na głównym placu Iquitos, Plaza de Armas, i nazywa się Dom z Żelaza (Casa de Fierro). Miał go podobno zaprojektować sam Gustaw Eiffel na wystawę światową w Paryżu w 1889 r. Jeden z potentatów kauczukowych kupił budynek, rozebrał i przetransportował właśnie tutaj. Z tego odciętego od świata miasta najlepiej jednak szybko uciekać. Tutejsze lepkie, wilgotne i gorące powietrze sprawia, że zaczyna się marzyć o chłodniejszym klimacie górskich szczytów. Akurat w Peru nietrudno to marzenie spełnić. Wystarczy wybrać się w inną część kraju.

 

WŚRÓD SZEŚCIOTYSIĘCZNIKÓW

 

To właśnie ta wielka różnorodność zachwyca w Peru. Z głośnego, wonnego i bujnego lasu deszczowego można bez problemu przenieść się do surowej krainy strzelistych, śnieżnych gór. Do najpiękniejszych pasm peruwiańskich Andów należy Kordyliera Biała (Cordillera Blanca). Ciągnie się przez prawie 200 km, a swoją nazwę zawdzięcza zawsze ośnieżonym kilkunastu sześciotysięcznikom i kilkudziesięciu pięciotysięcznikom. W paśmie jest również ponad 720 lodowców. Najwyższy szczyt Kordyliery Białej, a zarazem całego Peru, Huascarán, mierzy 6768 m n.p.m. Każdy, kto chociaż raz oglądał jakiś film wyprodukowany przez Paramount Pictures, widział też górę Artesonraju (6025 m n.p.m.), której sylwetka widnieje w logo amerykańskiej wytwórni (przynajmniej tak twierdzą niektórzy). Miłośnicy górskich wędrówek z całego świata przyjeżdżają do 130-tysięcznego miasta Huaraz, stanowiącego dobrą bazę wypadową na większość tras, także na te w sąsiedniej Kordylierze Czarnej (Cordillera Negra). Szlaki mają różny poziom trudności. Do najbardziej popularnych wypraw należą jednodniowa wycieczka do zniewalającego błękitem polodowcowego jeziora Laguna 69, kilkudniowy trekking Santa Cruz oraz ok. 12-dniowy trekking Cordillera Huayhuash, ale możliwości jest zdecydowanie więcej. Mniej doceniane, ale również ciekawe i trochę łatwiejsze trasy znajdują się w Kordylierze Czarnej, z której rozpościera się niezwykły widok na Kordylierę Białą. Te ośnieżone góry to jedno z moich ukochanych miejsc w Ameryce Południowej, do którego z pewnością jeszcze wrócę.

 

PERUWIAŃSKIE SPECJAŁY

 

Nie można pisać o Peru i nie poruszyć tematów kulinarnych. Dlaczego? Bo tutejsza kuchnia uchodzi za najlepszą w Ameryce Południowej, i to zasłużenie, ponieważ jest wyjątkowo różnorodna. Miejscowe przepisy zasiliły m.in. chińskie, japońskie, hiszpańskie, francuskie i włoskie wpływy. Dzięki temu dziś można wybierać wśród wielu dań z ryb, wołowiny, kurczaka, kukurydzy, ziemniaków czy kwinoi, nazywanej peruwiańskim ryżem lub komosą ryżową. Na pobudzenie apetytu polecam pisco sour, czyli narodowy koktajl Peru. Pisco to destylat powstały z winogron przy okazji produkcji wina, jest dość mocny. Cieszy się podobną popularnością w Peru i Chile i od lat oba kraje toczą spór o to, kto pierwszy zaczął produkować ten trunek. Kwestia – oczywiście – pozostaje nierozstrzygnięta, ale to nie powinno przeszkadzać w degustacji. Kiedy pisco zmiesza się z sokiem z limonek i gorzkim likierem angostura oraz przykryje pianą ubitą z białek jajek, powstaje pisco sour. Ten drink wypić można prawie w każdym pubie i restauracji w kraju, ale żeby zobaczyć, jak produkuje się sam alkohol, trzeba wybrać się na pustynię, w okolice miasta Ica.

 

POŚRÓD PIASKÓW PUSTYNI

 

Mikroklimat regionu Ica umożliwia uprawę winogron, z których wytwarza się mało popularne peruwiańskie wina i uwielbiane pisco. Trunki te powstają kilkanaście kilometrów na północ od wspomnianego miasta. Wystarczy jednak pojechać kilka kilometrów na zachód od Iki, żeby znaleźć się na pustyni, a dokładniej w oazie Huacachina – świetnym miejscu na odpoczynek i uprawianie nietypowych aktywności. Lokalne agencje oferują tutaj przejażdżki po pustynnych wydmach pojazdem rodem z filmu Mad Max, tzw. buggy, oraz sandboarding, czyli nic innego jak zjeżdżanie na specjalnie przygotowanej desce po piasku, przypominające snowboarding i akrobacje na śniegu. Wcale jednak nie trzeba umieć jeździć na snowboardzie, żeby spróbować tej rozrywki. Z większości desek da się korzystać… w pozycji leżącej. Wystarczy się położyć lub usiąść, złapać za przymocowane uchwyty i zjechać z piaszczystego zbocza. Zachód słońca nad tymi wydmami jest przepiękny! Złotopomarańczowe światło tańczące na pustynnym piasku tworzy cudowne wzory. Stąd można wybrać się do Paracas, ponad 70 km na północny zachód od miasta Ica, i wsiąść na jedną z łodzi płynących na wyspy Ballestas (Islas Ballestas), żartobliwie zwane przez niektórych Galapagos dla ubogich, a to dlatego, że na terenie miejscowego rezerwatu żyją pingwiny Humboldta, kotiki południowe, uchatki patagońskie i inne zwierzęta, które trudno spotkać w pozostałych rejonach Peru.

 

Z kolei na południe od Iki znajduje się wielka gratka dla miłośników tajemniczych zjawisk. Mowa tu o słynnych liniach i rysunkach naziemnych w okolicy miasta Nasca (Nazca). W niektórych kręgach te geoglify uznawane są za znaki pozostawione przez przedstawicieli obcej cywilizacji. Jednak naukowcy przypisują ich autorstwo ludowi z kultury Nazca. Linie oraz rysunki zwierząt i roślin pokrywają obszar ok. 450 km2. Powstawały pomiędzy 500 r. p.n.e. a 500 r. n.e. Według opracowań naukowych peruwiańskie geoglify mogły mieć znaczenie religijne lub służyły za kalendarz astronomiczny. Żeby zobaczyć je w całości, trzeba odbyć lot niewielką awionetką.

 

NA DNIE KANIONU

 

Dalej na południe od Naski leży 900-tysięczna Arequipa, drugie największe po względem liczby ludności miasto Peru. Powstała w 1540 r., była ważnym ośrodkiem ekonomicznym w czasach kolonialnych, a w latach 1835–1883 pełniła funkcję stolicy kraju. Jej historyczny rejon został wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO i zachwyca piękną architekturą. Centralny plac miasta, Plaza de Armas, warto obejść zarówno za dnia, jak i po zmroku, kiedy wszystkie budynki są ładnie podświetlone. Uwagę przykuwa tu neorenesansowa Katedra (Catedral de Arequipa), odbudowana w XIX w. po niszczycielskim pożarze z grudnia 1844 r. Kilka ulic dalej stoi wielki Klasztor św. Katarzyny ze Sieny (Monasterio de Santa Catalina de Siena), założony w drugiej połowie XVI stulecia, którego wnętrze kryje kolorowe dziedzińce, arkady, fontanny i dużo zieleni. Historyczne centrum jest idealne na spacer, a sama Arequipa będzie przyjemnym przystankiem po drodze do kanionu Colca. To jedna z najgłębszych tego typu dolin na świecie. Jej ściany wznoszą się po południowej stronie do 3600 m nad poziom rzeki, a po północnej – nawet do 4160 m. Ma długość ok. 120 km. Kanion rzeki Colki po raz pierwszy przepłynęli kajakami Polacy w 1981 r. Na turystów, którzy schodzą na jego dno, czeka zupełnie inny świat. Bujna zieleń mocno kontrastuje z surowymi, skalistymi zboczami. Poza tym w okolicy znajdują się także cudownie orzeźwiające baseny w oazie Sangalle i źródła wód termalnych w Llahuar. Przy temperaturach, jakie panują w kanionie, marzenie o zimnej kąpieli towarzyszy każdemu od pierwszych kroków trekkingu. Zejście do Sangalle można zaplanować na jeden dzień, ale do wyboru jest też dłuższa, dwu- lub trzydniowa wycieczka, której trasa wiedzie z doliny inną ścieżką. Cañón del Colca stanowi również dobre miejsce do obserwowania kondorów wielkich – masywnych i majestatycznych ptaków zamieszkujących Andy. Jeśli komuś nie uda się wypatrzeć ich podczas trekkingu, powinien w drodze powrotnej do Arequipy zatrzymać się na tarasie widokowym Cruz del Cóndor, przy którym często się pokazują.

 

W ŚWIECIE INKÓW

 

022330 300

Machu Picchu to arcydzieło sztuki, urbanistyki, architektury i inżynierii

© BANCO DE IMÁGENES DE PROMPERÚ/PILAR OLIVARES

 

Nie można być w Peru i nie zobaczyć Machu Picchu. Inkowie rozpoczęli budowę miasta w połowie XV w., ale jej nie dokończyli. Mniej więcej 100 lat później w nie do końca wyjaśnionych okolicznościach opuścili Stary Szczyt, jak tłumaczy się nazwę Machu Picchu. W tym wyjątkowym miejscu najbardziej zachwyca jego położenie – miasto założono wysoko w górach, pośród bujnie porośniętych zboczy. Inkowie ukryli je bardzo skutecznie – dopiero amerykański naukowiec Hiram Bingham III w 1911 r. odnalazł ośrodek. Badacz podczas wyprawy dotarł także do innych ruin dawnego inkaskiego imperium. Nie wiadomo dokładnie, jaką funkcję pełniło Machu Picchu. Naukowcy spekulują o jego roli sakralnej i badawczej, niektórzy są zdania, że był to swojego rodzaju resort dla elit społeczeństwa. Zbudowano je na dwóch poziomach, z oszlifowanych, idealnie pasujących do siebie granitowych bloków. Wyżej znajdowały się królewskie grobowce, Pałac Królewski, Świątynia Trzech Okien i Świątynia Słońca. Na niższym poziomie powstała dzielnica mieszkalna i warsztaty. Tereny uprawne wkomponowane zostały w strome zbocza góry. Machu Picchu miało swój własny system doprowadzania wody z kamiennych zbiorników do różnych części miasta oraz okolicznych pól. Ośrodek rozciąga się pomiędzy dwoma szczytami – Huayna Picchu (Wayna Pikchu, czyli Młodym Szczytem, ok. 2720 m n.p.m.) i Machu Picchu (3082 m n.p.m.). Na oba można wejść, żeby podziwiać całą okolicę. Ze szczytów rozpościerają się jedne z tych widoków, które zapierają dech w piersiach i pozostają w pamięci na długo. Są one zdecydowanie warte wysiłku, który trzeba włożyć, aby pokonać strome podejście, choć w trakcie wspinaczki nie jest to wcale tak oczywiste. W 1983 r. Machu Picchu umieszczono na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO, a w 2007 r. biorący udział w głosowaniu internauci wybrali je jednym z 7 Nowych Cudów Świata. Miasto rocznie odwiedza mniej więcej 1,2 mln turystów. Gdyby nie wprowadzone kilka lat temu dzienne limity zwiedzających, zostałoby całkowicie zadeptane.

 

Do Machu Picchu nie tak łatwo się dostać. Z Cusco (Cuzco), dawnej stolicy inkaskiego imperium, jedzie się do Ollantaytambo w tzw. Świętej Dolinie Inków (Valle Sagrado de los Incas), skąd pociągiem PeruRail dociera się do Aguas Calientes – bazy noclegowej pod Starym Szczytem. Stąd często odjeżdżają małe autobusy dowożące turystów pod wejście do zaginionego miasta, ale można też dojść o własnych siłach dość stromym podejściem. Warto wstać w nocy, żeby pojechać jednym z pierwszych autobusów. Poranne złote promienie słońca lub wprowadzające mistyczną atmosferę chmury przeplatające zbocza dodają Machu Picchu nieodpartego uroku. Inną możliwością dotarcia do inkaskiego ośrodka jest dwu- bądź czterodniowy trekking trasą zwaną Camino Inca (Inca Trail). Prowadzi ona przez Świętą Dolinę Inków i okoliczne przełęcze. To jeden z najbardziej obleganych szlaków trekkingowych na świecie. Ze względu na ten fakt oraz wprowadzone przez władze limity (podobnie jak w przypadku wejścia na teren Machu Picchu) wyprawę Drogą Inków należy rezerwować z co najmniej kilkumiesięcznym wyprzedzeniem. Alternatywę dla tej trasy stanowi Salkantay Trek z nielimitowanym wstępem. Wycieczkę tym szlakiem można wydłużyć o dojście do Aguas Calientes i Machu Picchu.

 

Niezależnie od wyboru drogi, każdy turysta najpierw trafia zwykle do Cusco. Miasto to było inkaską stolicą od XIII do XVI w. i zachowało się w nim sporo pozostałości architektonicznych z tych czasów. Piękne historyczne centrum, wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO w tym samym roku co Machu Picchu, zatrzymuje przyjezdnych w swoich objęciach na kilka dni. I bardzo dobrze, bo Cusco leży na wysokości ok. 3400 m n.p.m., a zatem jest odpowiednim miejscem na aklimatyzację przed wyjściem na jeden z wielu szlaków w okolicznych Andach. Ten czas można wykorzystać na zwiedzanie miasta. Na uwagę zasługują pozostałości inkaskich murów, Katedra (Catedral del Cusco), Klasztor św. Dominika (Convento de Santo Domingo) czy liczne muzea z cennymi eksponatami sztuki prekolumbijskiej. Ciasne, strome, kamienne uliczki idealnie nadają się na spacery, a rozświetlony wieczorem główny plac – Plaza de Armas – odcina się na tle okolicznych wzgórz i gór. Cusco jest także dobrym miejscem na odkrywanie peruwiańskich smaków. Mnogość restauracji i kawiarni pozwala docenić tutejszą kuchnię. Bez większego trudu można znaleźć tu potrawy z mięsa lamy czy alpaki, których zdecydowanie warto spróbować podczas pobytu w Andach. Polecam też zakupienie wyrobów z wełny z alpaki (np. swetrów, czapek, szali), które są przydatną i piękną pamiątką. Na lokalnym targu dobrze również zaopatrzyć się w liście koki – sporządzony z nich napar wspomaga aklimatyzację i osłabia objawy choroby wysokościowej (hiszp. soroche). Tak przynajmniej mawiają miejscowi, którzy nałogowo popijają taki napój i żują same liście. Nawet jeśli to nieprawda, wciąż warto spróbować herbaty z koki, bo smakuje naprawdę wybornie. Pamiętać jednak trzeba, żeby pić ją jedynie na miejscu, bo wywożenie rośliny za granicę jest nielegalne.

 

MODŁY DO DUCHA GÓR

 

Po zwiedzaniu i aklimatyzacji przychodzi pora na wybór szlaku. Popularnością cieszy się wspomniany klasyczny pięciodniowy Salkantay Trek w paśmie Vilcabamba (Cordillera de Vilcabamba), trasa na Ausangate w paśmie Vilcanota (Cordillera de Vilcanota) oraz jednodniowa wycieczka pod górę Vinicunca (zwaną Tęczową Górą lub Górą Siedmiu Kolorów, 5200 m n.p.m.). Ausangate jest piątym najwyższym szczytem Peru (6384 m n.p.m.) i mieszkańcy okolicznych wiosek nazywają go Apu Ausangate. W mitologii inkaskiej apu znaczy „duch gór”, „bóg gór”. To właśnie do niego wznoszą prośby, kierują podziękowania i jemu składają ofiary. On odpowiada za dobrą lub złą pogodę, deszcze nawadniające nieliczne pola uprawne i suszę niosącą głód. Legenda mówi, że Ausangate był bratem Salkantaya (Salkantay to najwyższy szczyt pasma Vilcabamba, 6271 m n.p.m.) i razem mieszkali w Cusco. Po jednej z susz rozdzielili się, aby uratować miasteczko od głodu. Salkantay poszedł na północ. Znalazł lasy, zakazaną miłość Veróniki (góra Verónica mierzy 5682 m n.p.m.), a tym samym problemy. Ausangate z kolei wyruszył na południe, gdzie odkrył ziemię bogatą w ziemniaki i kukurydzę oraz pasące się alpaki. Dzięki temu ocalił mieszkańców Cusco przed głodem. Zarówno trekking przy górze Salkantay, jak i wyprawa wokół Ausangate stanowią ciekawe uzupełnienie wizyty w zachwycającym Machu Picchu.

 

Niesamowite w Peru jest to, że w ciągu jednego urlopu można wylegiwać się na słońcu nad Oceanem Spokojnym, spędzić dzień na pustyni i kilka dni w wiecznie zielonym lesie deszczowym, podziwiać z bliska ośnieżone szczyty sześciotysięczników, poznawać bogatą historię imperium Inków, zejść na dno głębokiego kanionu, a na dokładkę przepłynąć się królową rzek – Amazonką. Po powrocie do domu zazwyczaj zaczyna się marzyć o kolejnej wizycie w tych stronach, bo wymienione przeze mnie atrakcje to zaledwie część tego, co nas tutaj czeka. Peru wciąga i rozbudza chęć poznawania kolejnych miejsc i powrotu do tych już poznanych. Dlatego wyruszenie w ponowną podróż do tego kraju stanowi tylko kwestię czasu.

 

Poza utartym szlakiem w Tajlandii

 

Kinga Bielejec

www.gadulec.me

 

 Sukhotai z zabytkami związanymi z początkami architektury tajskiej

Sukhothai-000597

© TOURISM AUTHORITY OF THAILAND (TAT)

 

Tajlandia to jeden z najczęściej odwiedzanych krajów świata. Słynie z pięknych piaszczystych plaż, przejrzystych wód i przepysznej kuchni. Znajduje się tutaj mnóstwo buddyjskich świątyń i posągów. Tajlandzka stolica – Bangkok – nigdy nie zasypia. Nie wszyscy jednak wiedzą, że na krajobraz Tajlandii składają się też bujne zielone lasy i małe sielskie miasteczka, w których czas się zatrzymał.

 

Najlepsza pora na odwiedzenie tego azjatyckiego państwa to okres między listopadem a lutym. Trwa wtedy pora sucha, średnia temperatura powietrza waha się od 28 do 32°C, a opady należą do rzadkości. Jedynie na wschodnim wybrzeżu (w okolicy m.in. Koh Samui, Koh Tao, Phangan) może sporadycznie popadać. Te miesiące są również szczytem sezonu turystycznego, więc hotele w najpopularniejszych miejscach (w czasie Bożego Narodzenia i zabaw sylwestrowych do bardzo chętnie odwiedzanych zaliczają się szczególnie obiekty na wyspach) warto zarezerwować wcześniej.

 

Choć w biurach podróży Tajlandia cieszy się dużym zainteresowaniem, zazwyczaj turystom oferuje się program obejmujący mniej więcej te same atrakcje. Dlatego chciałabym zaproponować zejście z utartego szlaku zwiedzania. W tym kraju pozostało jeszcze wiele do odkrycia.

 

ZAGUBIENI W STOLICY

 

Przy wyborze zakwaterowania w stolicy Tajów korzystałam z portalu Couchsurfing. Ludzie z całego świata oferują w nim nocleg w swoim mieszkaniu i często wspólne spędzanie czasu. Zatrzymaliśmy się u Hosta, z pochodzenia Holendra. Które mniej znane miejsca w Bangkoku warto odwiedzić? – zapytałam go tuż po przylocie do tej prawie 10-milionowej metropolii. Najlepsze, co można zrobić, to się zgubić – odpowiedział. I faktycznie była to wskazówka idealna.

 

Okazało się, że największe miasto Tajlandii to nie tylko słynna ulica Khao San, okryty złą sławą Patpong (dzielnica występów ping pong show, ladyboyów, barów i ledwo trzymających się na nogach turystów), Wielki Pałac Królewski i liczne świątynie, lecz także targi oraz bazary pełne smaków, kolorów i zapachów. Koło ruchliwych skrzyżowań sprzedaje się kawałki kurczaka na patyku czy pad thai (smażony makaron z dodatkami), a na ulicznych straganach piętrzą się świeże egzotyczne owoce. Tutaj najlepszymi przewodnikami są nogi i nos. Do nieco mniej znanych, ale bardzo ciekawych atrakcji należą ulica industrialna (koło Kościoła Świętego Różańca) i Park Pałacowy Dusit, w którym znajdują się Pałac Vimanmek (największa budowla ze złotego drewna tekowego na świecie), sale tronowe, posąg króla Czulalongkorna (Chulalongkorna, Ramy V) i ogród zoologiczny.

 

TAJSKI ANGKOR WAT

 

W drodze z Bangkoku do Chiang Mai (na północy kraju) warto wysiąść na stacji Phitsanulok i wsiąść w autobus do Sukhothai. Początki tego miasta sięgają XIII w., a jego złoty okres przypada na panowanie króla Ramkhamhaenga (urodzonego między 1237 a 1247 i zmarłego w 1298 r.). To wtedy je rozbudowano i stało się jednym z największych na świecie ośrodków buddyzmu. Mniej więcej sto lat później, kiedy swoimi wpływami objęło te tereny Królestwo Ajutthaja (Królestwo Ayutthaya), Sukhothai straciło na znaczeniu. Zainteresowanie wzbudziło ponownie dopiero w XIX w. Przyczynił się do tego król Mongkut, Rama IV (1804–1868).

 

Obecnie odrestaurowane pozostałości tej historycznej stolicy Królestwa Sukhotai znajdują się na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Leżą one w odległości ponad 10 km od współczesnego miasteczka nazywanego Nowym Sukhothai (Sukhothai Thani). Aby dotrzeć do wspaniałych ruin, najlepiej wypożyczyć skuter na dworcu autobusowym lub podjechać tuk-tukiem (trójkołową motorikszą). Należy jednak pamiętać, że kompleks jest duży i dzieli się na kilka stref (wejście płatne osobno), pomiędzy którymi łatwiej (i szybciej) porusza się środkami transportu.

 

W DŻUNGLI ŻYCIA

 

Przepiękny wodospad Thi Lo Su na rzece Maeklong w dystrykcie Umphang

UMPHANGTak-000299

© TOURISM AUTHORITY OF THAILAND (TAT)

 

Z Sukhothai można udać się autobusem do Mae Sot, mało znanego miasta tuż przy granicy z Birmą (Mjanmą). Wyruszają stąd wycieczki do Umphang, miejscowości położonej na skraju dżungli, do której jedzie się ok. 165 km asfaltową drogą z 1219 zakrętami. Już sama podróż to niezapomniane przeżycie – nierzadko siedzi się w pick-upie wraz z miejscowymi żującymi betel oraz ich kurami i kogutami. Przewożenie ludzi (i zwierząt) na dachu samochodu jest tutaj normą. Na dodatek otaczające nas widoki zapierają dech w piersiach. A to dopiero początek przygody!

 

Do najpopularniejszych należą wycieczki czterodniowe. Pierwszego dnia dojeżdża się do Umphang i tu nocuje. Nazajutrz, tuż po śniadaniu, wyrusza się na spływ po niezbyt rwącej rzece Maeklong (Mae Klong). Kilka lat temu zmieniono przepisy i drewniane tratwy zastąpiono dmuchanymi pontonami. Po drodze można spotkać dzikie zwierzęta (węże, gibony, mundżaki, warany, krokodyle różańcowe) i wykąpać się w gorących źródłach. Po lunchu następuje główny punkt programu – kilkugodzinny trekking w dżungli. Oczywiście, cały czas jest się pod opieką doświadczonego lokalnego przewodnika, który zna te rejony od dziecka. Najlepiej nocować w namiocie pośrodku utworzonego w 1989 r. Sanktuarium Dzikiej Przyrody Umphang (Umphang Wildlife Sanctuary), gdzie zasypia się wśród niesamowitych odgłosów. Trzeciego dnia odwiedza się największy wodospad w Tajlandii o wdzięcznej nazwie Thi Lo Su (również Thee Lor Sue lub The Lor Sue). Ma ok. 250 m wysokości i 450 m szerokości. Robi ogromne wrażenie, w dodatku można się w nim kąpać, a niekiedy nawet z niego skakać (wszystko zależy od stanu wody). Popołudniu znów wyrusza się na trekking, a po kilku godzinach dociera się do wioski Karenów. Posługują się oni językami kareńskimi, całkiem innymi niż tajski, i dopiero od kilkunastu lat uczą się w szkołach podstawowych języka urzędowego kraju. W Tajlandii mieszka ok. 400 tys. Karenów. Zajmują się głównie rolnictwem i hodowlą. W wiosce, którą odwiedziliśmy w 2014 r., nie było zasięgu sieci komórkowych czy internetowych. Miejscowi kontaktowali się z resztą świata za pomocą aparatu umieszczonego w jedynej budce telefonicznej. Uczestnicy wycieczki śpią u lokalnej rodziny i razem z nią spożywają kolację i śniadanie. Czwartego dnia wracają do Umphang. Wiele agencji proponuje wyprawy urozmaicone półtoragodzinną przejażdżką na słoniu, po której wszyscy udają się jeepem do miasteczka. Warto dopytać o szczegóły takiej oferty, ponieważ dość często zdarza się, że zwierzęta są źle traktowane, bite i zakute w łańcuchy.

 

Okolice Mae Sot i Umphang rzadko bywają wspominane w przewodnikach czy na blogach podróżniczych. Z jednej strony można nad tym ubolewać, ponieważ to jeden z ciekawszych rejonów w Tajlandii, a z drugiej dzięki temu właśnie miejsce to nie stało się jeszcze tak oblegane przez turystów jak chociażby miasto Chiang Mai. W okolicy znajduje się także jaskinia Takobi i wspierany przez UNICEF 13-tysięczny obóz dla uchodźców z Birmy (głównie Karenów) – Umpiem Mai.

 

ODPOCZYNEK W PAI

 

Omijamy wspomniane turystyczne, chodź bardzo interesujące, Chiang Mai i udajemy się do Pai – jednego z najbardziej niezwykłych miasteczek w tym kraju. Tutaj czas się zatrzymał, życie płynie powoli, podobnie jak pobliska rzeka o tej samej nazwie. To idealne miejsce na odpoczynek od zgiełku i tłumów z całego świata. Mieszkańcy Pai mają tatuaże i dredy i słuchają Boba Marleya. Ciężko stwierdzić, czy właśnie oni przyciągnęli podobnych do siebie turystów, czy sami zaczęli naśladować styl Europejczyków, Amerykanów i Australijczyków. Jedno jest pewne – dziś to leniwe miasteczko uchodzi za mekkę backpackerów ze wszystkich stron świata. Znajdują się tu hostele, nieco bardziej luksusowe bungalowy z hamakami, na których można przeleżeć tydzień, klimatyczne restauracje i kafejki. Młodzi ludzie przyjeżdżają na 2–3 dni i zostają na tydzień (lub znacznie dłużej).

 

W Pai każdy spędzi przyjemnie czas. Jeśli odpoczynek już nam się znudzi, wystarczy wynająć skuter lub zapisać się na zorganizowaną wycieczkę. W okolicy jest mnóstwo atrakcji – kanion (Pai Canyon, Kong Lan), wodospady (w tym szczególnie malowniczy Pam Bok), gorące źródła, Most Pamięci. Po drodze warto wstąpić na pyszną kawę i ciasto do przepięknie położonej kawiarni „Coffee in Love”.

 

SŁONIE I LUDZIE

 

W odległości ok. 10 km od centrum Pai znajduje się Thom’s Elephant Camp, czyli wioska słoni, która oferuje kilkugodzinne przejażdżki na grzbiecie tych inteligentnych i wrażliwych zwierząt bądź kąpiele z nimi w pobliskiej rzece. Aby poznać je jeszcze bliżej, można odbyć tygodniowy lub dwutygodniowy wolontariat. Sens funkcjonowania miejsc, w których główną atrakcją są żywe stworzenia, to niezmiernie trudny i dyskusyjny temat. Nie inaczej jest w tej sytuacji.

 

Słonie od tysięcy lat pomagają tutejszym mieszkańcom w pracy i życiu codziennym. Niegdyś wykorzystywano je w trakcie działań wojennych i przy wycinaniu lasów. Obecnie stały się machiną do zarabiania pieniędzy. Prawie zawsze w wioskach słoni pracują samice, ponieważ samce są nieposłuszne i trudniej je kontrolować. Młode zabiera się od matek i tresuje, aby w przyszłości służyły człowiekowi. Takie szkolenia bywają niezwykle brutalne, gdyż panuje przekonanie, że każdego osobnika trzeba złamać. Trener, tzw. mahout, musi pokazać słoniowi, iż ma nad nim władzę. Nierzadko stosuje się łańcuchy i ostro zakończone kije – zarówno w trakcie szkolenia, jak i później, już podczas wykonywania określonych zadań. Zwierzęta i mahouci pracują od rana do wieczora, 7 dni w tygodniu, praktycznie przez okrągły rok, jeśli tylko jest na to zapotrzebowanie.

 

W Thom’s Elephant Camp w Pai słonie nie mają założonych łańcuchów, a turyści siedzą bezpośrednio na ich karku, a nie w niewygodnych, ciężkich krzesłach. Mimo wszystko zwierzęta muszą pracować bardzo dużo i spędzają całe życie w niewoli, posłusznie służąc swoim opiekunom. Najlepszym rozwiązaniem wydaje się przekształcenie wszystkich takich ośrodków w rezerwaty przyrody, jednak wtedy zatrudnienie straciłyby tysiące mahoutów, którzy najczęściej utrzymują wieloosobowe rodziny. Prawdopodobnie Tajlandia nie jest gotowa na tak radykalne zmiany, ale przed przejażdżką na słoniu powinniśmy zastanowić się nad wszystkimi wadami i zaletami tego typu atrakcji. Być może lepiej będzie odwiedzić wioskę, w której te piękne i dostojne zwierzęta dożywają swojej starości po latach pracy, a w Thom’s Elephant Camp jedynie dać słonicom banana i pogłaskać je po trąbie, a potem stąd odjechać.

 

NIEZWYKŁA ŚWIĄTYNIA

 

Na północy Tajlandii, tuż przy granicy z Laosem i Birmą leży miasto Chiang Rai. Można tu przyjechać na jednodniową wycieczkę z Chiang Mai lub zajrzeć w drodze do innego kraju Azji Południowo-Wschodniej. Kilka kilometrów od centrum znajduje się świątynia buddyjska inna niż wszystkie – Wat Rong Khun, zwana również White Temple (Białą Świątynią). Jej nowoczesny gmach zaprojektował tajski artysta Chalermchai Kositpipat. Budowa obiektu rozpoczęła się w 1997 r. i trwa do dzisiaj. Podobno pomysłodawca powiedział kiedyś, że zostanie ukończona ok. 60–90 lat po jego śmierci. Biała Świątynia jest pełna różnego rodzaju symboli. Do głównego budynku (ubosot) prowadzi mostek, który otacza las powykręcanych rąk i dłoni należących do udręczonych dusz próbujących wydostać się z piekła. Wnętrze, z pozoru mało interesujące, zdobią wizerunki bohaterów współczesnej kultury popularnej: Batmana, Spidermana, Supermana, Jacka Sparrowa czy Harry’ego Pottera (a nawet minionków, Angry Birds i Hello Kitty). Postacie te zostały umieszczone wraz z płonącymi wieżami nowojorskiego World Trade Center, co sugeruje, że nie są w stanie uratować naszego świata. W całym obrazie dominującą rolę odgrywa natomiast wielki demon, w oczach którego znajdują się twarze Osamy bin Ladena i George’a W. Busha. Ten osobliwy mural ma uświadomić patrzącemu, że tylko Budda może zbawić ludzkość.

 

Drugą interesującą budowlą w Chiang Rai jest Baan Dam, czyli Czarny Dom. Kompleks ten stworzył Taj Thawan Duchanee. Składa się na niego kilkadziesiąt budynków z drewna, szkła, terakoty i innych tworzyw. W ich wnętrzach można podziwiać m.in. ogromny zbiór trofeów myśliwskich artysty.

 

NA RAJSKICH WYSPACH

 

Wat Rong Khun – główna świątynia i prowadzący do niej mostek

IMG 3507

© KINGA BIELEJEC/GADULEC.ME

 

Południe Tajlandii to przede wszystkim liczne wyspy i piękne plaże. Tutaj trudniej o miejsca poza utartym szlakiem. Przy wschodnim wybrzeżu, w Zatoce Tajlandzkiej leżą jedne z najciekawszych wysp. Koh Tao to mekka nurków, na Koh Phangan odbywa się słynne Full Moon Party, a Koh Samui jest najspokojniejsza z całej trójki. Na każdej z nich warto wynająć skuter, aby zwiedzać okolicę we własnym tempie. Znajdziemy tu zarówno spektakularnie położone punkty widokowe (np. John-Suwan Viewpoint lub Chalok Viewpoint na Koh Tao), jak i rajskie plaże (chociażby Thian Og na Koh Tao czy Chaloklum albo Haad Salad na Koh Phangan).

 

Wody otaczające Koh Tao stanowią idealny rejon na kurs nurkowania. Przystępne ceny, instruktorzy mówiący w wielu językach i niezwykły podwodny świat sprawiają, że to właśnie na tę wyspę przyjeżdżają turyści spragnieni nowych doznań. W jej bezpośrednim sąsiedztwie wyróżnia się 25 atrakcyjnych miejsc nurkowych, wśród których najbardziej znane są Japanese Gardens, Red Rock, Shark Island, White Rock, Southwest Pinnacle, Mango Bay, Chumporn Pinnacle, Green Rock, Hin Wong, Sail Rock czy Twins Peak. Średnia głębokość wynosi mniej więcej 12–18 m, jednak bez problemu znajdziemy punkty dla bardziej zaawansowanych nurków (do 45 m głębokości). Widoczność sięga ok. 15, a nawet 30–40 m w sprzyjających warunkach.

 

Full Moon Party, Half Moon Party, zabawa sylwestrowa czy Boże Narodzenie – na Koh Phangan okazji do świętowania jest bez liku. Na plaży Haad Rin raz w miesiącu gromadzi się od 10 do 30 tys. młodych ludzi z całego świata. Ściągają tutaj, aby słuchać muzyki, tańczyć i popijać drinki z napoju energetycznego, soku i alkoholu (najczęściej lokalnego rumu) podawane z lodem w plastikowych wiaderkach, a zwane buckets. Imprezowicze krążą do białego rana między kilkoma różnymi scenami wystawionymi nad brzegiem Zatoki Tajlandzkiej. Wszyscy mają pomalowane twarze i odblaskowe koszulki, a kolejka do studia tatuażu ciągnie się przez pół ulicy. I pomyśleć, że wszystko zaczęło się w 1985 r., kiedy po raz pierwszy podczas pełni księżyca bawiła się tu grupa 20–30 turystów. Obecnie to jedna z największych plażowych imprez na świecie. Oprócz tego na Koh Phangan organizuje się także Black Moon Party na plaży Baan Tai (raz w miesiącu, gdy księżyc jest w nowiu) i Half Moon Party w małym lesie leżącym ok. 2 km w głąb lądu (dwa razy w miesiącu, w czasie pierwszej i ostatniej kwadry).

 

Na zachodnim wybrzeżu kraju znajdują się m.in. miasta Krabi i Ao Nang. Same w sobie nie są zbyt ciekawe, jednak będą doskonałymi bazami wypadowymi na maleńkie wysepki lub półwyspy. W Tajlandii obowiązkowo należy odwiedzić plażę Railay (Rai Leh) i archipelag Phi Phi. Na Koh Phi Phi Leh był kręcony słynny film Niebiańska plaża (2000 r.) z Leonardem DiCaprio w roli głównej. Półwysep Railay jest z kolei świetnym miejscem na odpoczynek i znakomitym rejonem dla miłośników wspinaczki skalnej. Niestety, zarówno jego, jak i archipelag Phi Phi oblegają tłumy turystów, szczególnie w okresie ferii świątecznych.

 

Blisko granicy z Malezją znajduje się wyspa idealna dla osób kochających dziką przyrodę, ceniących spokój i ciszę. Infrastruktura turystyczna na Koh Tarutao jest bardzo ograniczona, dlatego jej rejon pozostaje niemal dziewiczy i niezmieniony przez człowieka. Biuro Narodowego Parku Morskiego Tarutao udostępnia bungalowy do wynajęcia, można też rozbić tutaj namiot (swój lub wypożyczony na miejscu).

 

ULICZNE JEDZENIE

 

Tajska kuchnia uchodzi za jedną z najsmaczniejszych na świecie. Co ciekawe, bardzo często jedzenie uliczne, przygotowywane w budkach przez starsze kobiety, jest dużo lepsze niż w restauracjach. Do najpopularniejszych potraw należy pad thai – podsmażony makaron ryżowy z pastą z tamaryndowca, sosem rybnym, sokiem z limonki, jajkiem, chili, czosnkiem, kiełkami fasoli mung i kurczakiem lub krewetkami. Kolejne danie, którego trzeba spróbować w Tajlandii, to tom yum (tom yam). W tej kwaśno-ostrej zupie bazę stanowi wywar z kurczaka bądź wieprzowiny wzbogacony trawą cytrynową, liśćmi papedy, sokiem z limonki, przyprawą galangal, sosem rybnym i chili. Występuje w dwóch wersjach – z mleczkiem kokosowym i bez niego. Miłośnicy ostrych smaków powinni skosztować sałatki z zielonej papai (som tam). Oprócz cienkich pasków tego owocu dodaje się do niej m.in. fasolę, pomidory, czosnek, orzeszki ziemne, sos rybny, sok z limonki, cukier palmowy i chili. Koniecznie należy również spróbować różnych rodzajów curry – zielonego, żółtego i czerwonego. A na koniec warto zjeść jeden z najpyszniejszych deserów świata – mango sticky rice (khao niao mamuang), czyli kleisty ryż z mleczkiem kokosowym i świeżym mango. To prawdziwe niebo w gębie!

 

KRÓL TAJLANDII

 

W artykule o Tajlandii nie można pominąć tak istotnej kwestii, jaką jest rodzina królewska. Bhumibol Adulyadej (Rama IX) zmarł 13 października 2016 r. w Bangkoku w wieku 88 lat. Był najdłużej panującym monarchą na świecie (wstąpił na tron w czerwcu 1946 r.). Rodacy uwielbiali swojego króla, stanowił dla nich ogromny autorytet, zdjęcia z jego podobizną wisiały wszędzie, a o rodzinie królewskiej nie wypadało powiedzieć złego słowa. Tuż po śmierci władcy miliony osób opłakiwały go na ulicach, na tydzień (a nawet miesiąc) zamknięto wiele barów i klubów, w państwie ogłoszono roczną żałobę. Jego jedyny syn i następca, Maha Vajiralongkorn (Rama X), ma niezmiernie trudne zadanie. Król Bhumibol Adulyadej był powszechnie szanowany. Jego potomek natomiast jest równie powszechnie nielubiany.

 

Tajlandia to kraj kontrastów, rozmaitych smaków i kolorów. Mimo iż z roku na rok odwiedza ją coraz więcej turystów, wciąż można tu znaleźć miejsca mniej popularne, leżące z dala od zgiełku i rewirów naganiaczy. Niekiedy dotarcie do takich zakątków zajmuje sporo czasu, ale na pewno warto zejść z utartego szlaku i odwiedzić dżunglę w okolicy Umphang czy kanion i wodospady koło Pai. Promocje na loty do Bangkoku zdarzają się coraz częściej, aż żal z nich nie skorzystać. Na koniec trzeba dodać, że Tajlandia sprawdza się idealnie jako kraj na pierwszą podróż do Azji – jest egzotyczna, ale nie tak bardzo osobliwa i obca dla Europejczyka jak Indie bądź Indonezja.

 

Koh Phi Phi Leh – rajska zatoka Maya

ao-maya-mu-ko-phi-phi - Kopia

© TOURISM AUTHORITY OF THAILAND (TAT)

 

 

Sycylia od kuchni

Stragany na uliczce w Palermo uginają się od świeżych warzyw
food-and-wine-palermo-street-markets

© WWW.SICILY.CO.UK

Dominika Friedrich

www.sycyliabocznymidrogami.pl


Sycylia należy do tzw. Mezzogiorno, południowych regionów Włoch. To najbardziej odległy od kontynentalnej Europy zakątek kraju, oddzielony od niej Cieśniną Mesyńską, i najbliższy reszcie świata. Trójkątny ląd otaczają trzy morza – Jońskie, Tyrreńskie i Śródziemne.

Więcej…