20170223 145557

 

Szukając informacji przed podróżą do Kenii natrafialiśmy przede wszystkim na publikacje zachwalające piękno fauny i flory, wspaniałe krajobrazy i co najważniejsze niezawodną pogodę, niemal przez cały rok. Jednakże pięknych zakątków na świecie nie brakuje, szczególnie jeżeli mamy do wydania kilka tysięcy złotych. Więc dlaczego warto pojechać właśnie do Kenii? Oczywiście, drugim kluczowym argumentem są parki narodowe, możliwość przeżycia niesamowitych chwil podczas safari, zobaczenie słynnej „wielkiej piątki”, czy niepoliczalnych stad różowych flamingów. Jeśli safari, to tylko Kenia

 

Ja chce przedstawić Wam trochę inne podejście do tego niezwykłego miejsca na ziemi. Kenia jest w dziesiątce najbiedniejszych państw świata oraz w pierwszej piątce najbardziej skorumpowanych. Jest położona w niezbyt bezpiecznym rejonie Afryki, bardzo łatwo zachorować tam na malarię, a infrastruktura turystyczna nie powala na kolana. Jednak, my będziemy wracać do Kenii już zawsze. Jeżeli chcecie dowiedzieć się dlaczego, przeczytajcie ten tekst do końca.

 

Nasza kenijska przygoda zaczęła się banalnie, od wertowania ofert biur podróży proponujących wypoczynek w ciepłym miejscu w środku polskiej zimy. Z różnych powodów wybór padł na Kenię. Mieliśmy w planach safari – bo jakżeby inaczej, romantyczne spacery po pudrowej plaży, kąpiele w ciepłych, turkusowych wodach Oceanu Indyjskiego, leniwe przyglądanie się kenijskiej rzeczywistości i kulturze. Tak, tak – wiele czytaliśmy o tamtejszych „beach-boys’ach”, czyli chłopcach z plaży, którzy próbują sprzedać turystom niemal wszystko i są bardzo skuteczni w wyłudzaniu nawet osobistych rzeczy, które mamy na sobie. Na forach turystycznych osoby, które były w Kenii chętnie dzielą się patentami: „jak pozbyć się natrętnego beach-boys’a”. A jakże, kilka z tych sposobów mieliśmy „wykutych na blachę”.

 

Kenię przecina Równik, więc podróż nie należy do najkrótszych (ok. 10 godzin lotu). Na miejscu, jeżeli wybraliście hotel na południe od Mombasy czeka Was przeprawa promem przez zatokę, jest to niezwykle barwne, tętniące życiem oraz zaskakujące widowisko. Jeśli oglądaliście film „Biała Masajka”, będąc w Kenii, odniesiecie wrażenie, że czas się tam zatrzymał i mimowolnie zaczniecie się rozglądać za główną bohaterką. Po przepłynięciu zatoki będziecie dalej powoli toczyć się klimatyzowanym autokarem, oglądając przez okna, jak kadry z niesamowitego filmu, obrazki z dzielnicy slamsów Mombasy – Likoni.

 

Hotele w Kenii w większości zbudowane są w stylu suahili. Przeważają naturalne elementy z drewna, bambusa, liści palmowych i kamienia. Pokoje zazwyczaj skromnie wyposażone, wszystko jednak niezwykle zadbane i czyste. Plaże szerokie, przepiękne, z pudrowym, białym piaskiem, ciągnące się kilometrami. Można powiedzieć bezludne, gdyby nie beach-boysi. W turkusowych wodach Oceanu Indyjskiego leniwie falują przy brzegu drewniane, afrykańskie „katamarany”. Dlaczego zdecydowaliśmy się napisać artykuł o Kenii, pomimo że byliśmy w wielu pięknych miejscach na świecie? Dlaczego to właśnie Kenia będzie prawdopodobnie naszym ostatnim przystankiem na mapie podróży po świecie? Odpowiedź Was zaskoczy, nie z powodu safari, pięknych krajobrazów, dzikich zwierząt, drewnianych łodzi z jednym żaglem, nawet nie z powodu rajskich plaż. Przyczyna jest jedna – drugi człowiek, a właściwie wielu ludzi. To, że Kenia jest miejscem niezwykłym, chyba ustaliliśmy na samym początku. Ja wielokrotnie zastanawiałam się dlaczego? Co powoduje, że nie możesz przestać patrzeć w oczy mieszkających tam ludzi, że ich melodyjny, prosty angielski zapada Ci w uszy i w serce? Może to Wielki Rów Wschodni, który biegnie przez całą Kenię, jest miejscem niepoznanym i czyni Kenię niezwykłą. A może jednak fakt, że to właśnie na terenach obecnej Kenii wiele milionów lat temu człowiek zszedł z drzewa i stamtąd wyruszył na podbój świata. Jedno jest pewne, jest w mieszkających tam ludziach bardzo namacalna prawda o człowieku.

 

Wróćmy jednak do drewnianej łodzi z żaglem pozszywanym z wielu kawałków materiału, to od niej wszystko się zaczęło. Kiedy pierwszego ranka postawiliśmy nasze stopy, wyjęte dopiero co z zimowych butów, na rozgrzanym piasku Galu Beach, natychmiast wyrósł, jak spod ziemi, drobny Kenijczyk, w trudnym do określenia wieku. Nie znalazł się tam przypadkiem, cel miał jeden – sprzedać nam cokolwiek. Na swoje szczęście, zaczął od propozycji rejsu afrykańskim katamaranem na pobliską rafę. Ponieważ mieliśmy taką wycieczkę w planach, a jedna z recept na pozbycie się beach-boysa brzmiała „kup coś od nich pierwszego dnia, a jest szansa, że dadzą Ci spokój”, to po krótkiej rozmowie kupiliśmy. Owa wyprawa drewnianą łodzią miała dojść do skutku jeszcze tego samego dnia, gdyż jak twierdził nasz agitator „dzisiaj jest dobra woda, jutro będzie gorsza” – oczywiście przypuszczaliśmy, że „nabija nas w butelkę”, bo jak to możliwe żeby jutro nie było dobrej wody? Dzisiaj wiemy, że wiedział co mówi. I tu jest miejsce, w którym wspomnimy o niezwykle malowniczych pływach Oceanu Indyjskiego. Jednego dnia możesz spacerować po oceanicznej łące nawet pół kilometra od brzegu i podziwiać faunę i florę oceanu, w miejscu gdzie za kilka godzin trzeba być wytrawnym pływakiem.

 

Wracając do wyprawy łodzią, już gdy zbliżaliśmy się do „naszego” katamaranu oniemiałam widząc malowniczą scenkę stawiania żagla. Czar trochę prysł, gdy próbowałam wsiąść do wąziutkiej dłubanki wypełnionej do kostek wodą, gdzie jedynym siedzeniem był kawałek deski wsparty na burtach. Zewnętrzne płozy powiązane były „na słowo honoru” byle jakim sznurkiem. Do dzisiaj nie wiem dlaczego jednak zdecydowałam się popłynąć, ale na pewno wiem, że była to niezwykła około trzygodzinna wyprawa. Płynęliśmy z wiatrem w żaglu i we włosach, tylko my i dwóch Kenijczyków, z których jeden jest dzisiaj naszym serdecznym przyjacielem. Z tej wyprawy, oprócz niezwykłego kolorytu i kolorów zapadła mi w pamięć opowieść o kenijskim życiu.

 

Kiedy wróciliśmy na ląd, po odświeżeniu i posiłku, postanowiliśmy pójść plażą o zachodzie słońca w kierunku Tanzanii. Okazało się, że nasz poranny agitator wybiera się z nami. Byłam tym poirytowana, a że mój angielski wówczas był niewystarczający do wyrażenia owej irytacji, nalegałam na męża, aby spowodował oddalenie się nieproszonego towarzysza. Po chwili zmieniałam jednak zdanie, trochę z ciekawości, a trochę ze względów bezpieczeństwa – zawsze to lepiej spacerować z tubylcem, któremu dobrze patrzy z oczu, niż narazić się na niechybne towarzystwo nieznajomego. Dzisiaj wiem, to tamten spacer zadecydował o tym, że zostawiliśmy nasze serca w Kenii. Mój angielski okazał się wystarczający do rozmowy o rodzinie, o domu, o dzieciach, a nawet o wartościach.

 

Kolejnego dnia ów znajomy, który stał się naszym osobistym przewodnikiem zabrał nas do swojej wioski, do swojego domu i zaprosił do swojego życia.

 

Jeśli jesteście ciekawi, co takiego wydarzyło się w przeciągu kilkudziesięciu kolejnych godzin i dni zapraszamy na naszą stronę internetową http://pomagamywkenii.org.pl/ oraz fanpage na Facebooku https://www.facebook.com/KenyaAsanteSanaPolska/.

 

Nie możemy zapominać, że jesteśmy na portalu turystycznym, więc szybciutko wracamy do safari. To prawda, jeśli safari to tylko w Kenii, wszystko dostosowane do potrzeb i zasobności portfela. Można zacząć od jednodniowej wycieczki do Parku Simba Hills, gdzie zobaczycie wiele dzikich zwierząt, niespotykane w innym miejscu antylopy szablorogie, malownicze wodospady, zjecie lunch w restauracji na drzewie oraz popatrzycie na oddalony o 30 kilometrów ocean z punktu widokowego na wzgórzu. Można pojechać, a nawet trzeba, na dwudniowe safari do Parku Narodowego Tsavo, z noclegiem w pobliżu wodopoju dla dzikich zwierząt, w hotelu na palach. Zobaczycie „wielką piątkę”, tygrysa rozszarpującego antylopę, lwicę z małymi lwiątkami, majestatyczne stada zebr i słoni, charakterystycznie galopujące żyrafy, a przy odrobinie szczęścia nawet nosorożca. Jest jeszcze do wyboru wersja „safari de luxe” w Parku Masai Mara, gdzie jest równie pięknie, malowniczo i dziko, a leci się tam małym, kilkuosobowym samolotem z prywatnego lotniska w Ukundzie.

 

Safari to podobno niezapomniane przeżycie. Dlaczego podobno? Nie uwierzycie, ale pomimo naszych ścisłych związków z Kenią, nie byliśmy jeszcze na safari. Podczas pierwszego pobytu w Kenii pieniądze przeznaczone na wycieczkę przekazaliśmy mieszkańcom wioski Mwabungu. Później nie mieliśmy czasu i miejsca w emocjonalnym buforze na dodatkowe intensywne przeżycia. Wiem, że na pewno warto, bo widziałam reakcję ludzi, którzy ledwo żywi, ale szczęśliwi ponad wszystko, wracali z safari.

 

O Kenii wiemy bardzo dużo, wiemy co warto zobaczyć, gdzie jechać, co zjeść i na co uważać. Powiem więcej – w paru pięknych miejscach w okolicach wioski Mwabungu byliśmy, pływaliśmy z delfinami w pobliżu wyspy Wasini, jedliśmy świeżo złowione langusty, homary i kraby, widzieliśmy mangrowce, bawiliśmy się z koczkodanami, ale najwięcej przyjemności i satysfakcji czerpaliśmy i czerpiemy nadal z kontaktów z ludźmi mieszkającymi w Kenii.

 

Najpiękniejszym naszym wspomnieniem, najwartościowszą pamiątką jest mała dziewczynka o imieniu Magda, która prawie rok temu szczęśliwie przyszła na świat, ponieważ pewnego dnia zdecydowaliśmy, że nie pojedziemy na safari, tylko pomożemy jej mamie. Little Madzia, jak o niej mówią wszyscy w okolicy, jest symbolem naszej pomocy w Kenii. Na jej temat też znajdziecie dużo na Facebooku i na naszej stronie www. Najpierw urodziła się Little Madzia, a później narodziła się Fundacja Kenya Asante Sana Polska. W języku suahili „asante sana” oznacza „dziękuję bardzo”. Dzisiaj, licząc na Wasze wsparcie i choć symboliczne zainteresowanie, staramy się pomagać społeczności dwóch wiosek Mwabungu i Biga.

 

Podsumowując, Kenia jest idealnym miejscem nie tylko na wypoczynek, poznawanie uroków egzotycznej przyrody, jest miejscem magicznym, w którym najbardziej można poznać samego siebie. Od dwóch lat staramy się być w Kenii dwa razy do roku. Codziennie zaś mamy kontakt z naszymi kenijskimi przyjaciółmi przez aplikację WhatsApp. Być może wyda Wam się to dziwne, ale wśród tej biedy, wśród ludzi, którzy często mają problem z czytaniem i pisaniem, funkcjonuje nasz wysłużony smartfon, dzięki któremu mamy stały kontakt. Wiele razy przekonaliśmy się, że komunikacja, oprócz dostarczania ogromnej radości i okazji do wzajemnego poznania, może także ratować zdrowie i życie. Możliwości współczesnego świata pozwalają reagować na ogromne odległości w bardzo krótkim czasie, najważniejsze, to ze sobą rozmawiać i mieć do siebie zaufanie. Dlatego też każdego dnia opowiadamy Wam na naszej stronie internetowej oraz na Facebooku historie dwóch kenijskich wiosek Mwabungu i Biga. Możecie poznać ich mieszkańców, tych małych i tych dużych, zobaczyć ich codzienne, niełatwe życie, wyobrazić sobie ból bosych, zranionych stóp, zobaczyć ich ubogi posiłek, ciężką pracę kobiet, ale też najprawdziwszą radość na świecie z najprostszych, wręcz elementarnych rzeczy. Możecie dowiedzieć się, że życie można wykupić od śmierci czasami tylko za siedem dolarów. Dlatego kiedy tak jak my, przez przypadek lub wręcz przeciwnie celowo, znajdziecie się w Kenii spójrzcie głęboko w oczy podchodzącego „beach-boysa” i spróbujcie zobaczyć w nich człowieka.

 

Najlepsze miejsca na wielkanocne wyjazdy

Budapest Vajdahunyad-BurgNajlepsze miejsca na wielkanocne wyjazdy

Coraz więcej osób rezygnuje z tradycyjnej formy spędzania świąt Wielkiej Nocy, decydując się spędzić je poza domem – to dobry czas, aby pobyć z najbliższymi w miłej scenerii.

Więcej >>

Najlepsze miejsca na wiosenne wycieczki

toskaniaWiosna to doskonała pora, aby spędzić urlop za granicą. Przemęczeni pracą i niekończącą się zimą marzymy o nastaniu słonecznej wiosny. Warto więc wyjść jej naprzeciw.

Więcej >>

Najlepsze miejsca na ferie zimowe

Salzburg2

Ferie zimowe już tuż, tuż… Ich dobre zaplanowanie to gwarancja udanego i niezapomnianego wypoczynku. Biura podróży oferują wiele atrakcyjnych miejsc, bardzo często po okazyjnej cenie. Czytaj więcej >

Najlepsze miejsca na imprezy karnawałowe

nicea

Karnawał zbliża się wielkimi krokami, a więc miłośnicy gorących rytmów i zabawy do białego rana powinni już zacząć planować swoje karnawałowe szaleństwa Myśląc o najlepszym miejscu na karnawałową zabawę, punktem pierwszym będzie – oczywiście – Rio de Janerio w Brazylii. Czytaj więcej >

Artykuły wybrane losowo

W kalejdoskopie Stanów Zjednoczonych

CTTC100318162748121.jpg

Golden Gate Bridge w San Francisco

©CALIFORNIA TRAVEL AND TOURISM COMMISSION/ANDREAS HUB

 

LUCYNA LEWANDOWSKA

www.lucyna-lewandowska.pl

 

Od kilku stuleci ludzie przybywający do Ameryki przywożą ze sobą swoje wyobrażenia, nadzieje i marzenia. W dzisiejszych czasach Stany Zjednoczone są dodatkowo postrzegane przez pryzmat kadrów z licznych amerykańskich filmów. Z pamięci widzów wyłania się więc specyficzny obraz kraju, na który składają się drapacze chmur, przepaściste kaniony, neony kasyn i bezkresne drogi. 

Więcej…

Dominikana na dużym ekranie

 catedral de america S

Świątynia w Santo Domingo nazywana Pierwszą Katedrą Ameryki

© MINISTERIO DE TURISMO DE REPÚBLICA DOMINICANA

 

MARCIN WESOŁY

www.caribeya.pl

 

Dominikana jest jak naturalne, wielkometrażowe studio filmowe z plenerami zapierającymi dech w piersiach i przepiękną kolonialną zabudową, która idealnie nadaje się na tło. Od lat pamiętają o tym filmowcy, szczególnie ci z Hollywoodu. Swoje dzieła kręcili tutaj Francis Ford Coppola, Sydney Pollack, Robert De Niro czy Andy García. Coraz chętniej z dominikańskich krajobrazów korzystają również lokalni artyści. Warto wspomnieć choćby o filmie „Stróż” („El hombre que cuida”), który w październiku 2017 r. był pokazywany w Polsce w ramach 33. Warszawskiego Festiwalu Filmowego.

 

Wiele znakomitych ujęć, znanych z takich produkcji jak Ojciec chrzestny II (1974) czy Hawana – miasto utracone (2005), powstało właśnie w tym karaibskim kraju. Kiedy trzeba, Dominikana odgrywa także samą siebie bez zbytniego upiększania. Często bywa jednak świetnym dublerem innych miejsc, choćby tych leżących w sąsiedztwie. Działa tu magia kina. Filmową Hawanę, energetyczną stolicę Kuby z czasów Fulgencia Batisty, czyli sprzed rewolucji, z różnych powodów łatwiej uchwycić w… dzisiejszym rozpalonym słońcem Santo Domingo. Dla osób, które wiedzą o tym fakcie, odkrywanie zakątków tego tropikalnego, tętniącego życiem miasta jest jeszcze ciekawsze. Scenerię z filmów bez trudu można rozpoznać, najczęściej odnajduje się ją na obszarze Zona Colonial (Ciudad Colonial). Tędy przemykał m.in. Al Pacino jako Michael Corleone w Ojcu chrzestnym II.

 

Poza stolicą z murami sprzed ponad pięciu wieków prawdziwym rajem dla scenografów filmowych jawi się fascynujący interior Dominikany. Warunki krajobrazowe są w tym kraju szalenie zróżnicowane. Na północy na półwyspie Samaná i na wschodzie w okolicach Punta Cana można usiąść w cieniu rozwichrzonych palm kokosowych, targanych morską bryzą, albo na plaży w kolorze mąki kukurydzianej, z piaskiem równie drobnym jak ona. W centrum Dominikany w dolinie Cibao znajdują się zielone pola ryżowe, jakby żywcem wyjęte z azjatyckich scenerii, rozległe plantacje bananów i szczyty Kordyliery Środkowej wyższe niż Tatry. Stąd wyrusza się pod samą granicę z Republiką Haiti przez dominikański Dziki Zachód – po drodze mija się czerwone ziemie, spłaszczone akacje, suchy busz i kaktusy o kształcie wielkich proc, pod którymi wylegują się ospałe dominikańskie smoki, czyli legwany nosorogie (Cyclura cornuta) i legwany z Hispanioli (Cyclura ricordi). Okolica przypomina meksykańską prerię, znaną z westernów, albo afrykańską sawannę, pokazaną w filmie Pożegnanie z Afryką (1985) Sydneya Pollacka. Może Oliver Stone powinien pójść w ślady Francisa Forda Coppoli i uwiecznić w swoim obrazie The Doors (1991) coś z Dominikany, choćby jaskinie z piktogramami Indian Taíno. Sceny do Czasu apokalipsy (1979) kręcone wzdłuż rzeki Chavón (Río Chavón) wyszły Coppoli wspaniale. Z kolei miejsce, gdzie kokosowe gaje ustępują pola szumiącej trzcinie cukrowej, umiejętnie wykorzystał aktor i reżyser Andy García. W jednej z efektownych scen Hawany – miasta utraconego Ernesto Che Guevara z kompanią rebeldes (rewolucjonistów) wynurzają się z falujących na wietrze zielonych łanów. Dla odmiany zamglone góry w Demokratycznej Republice Konga lub Rwandzie przypomina pasmo Sierra de Bahoruco albo wspomniana Kordyliera Środkowa. Do dawnego Konga Belgijskiego (granego przez Dominikanę) i jego ówczesnej stolicy Léopoldville (w rzeczywistości Santo Domingo) zabiera widza Robert De Niro w wyreżyserowanym przez siebie dramacie Dobry agent (2006). Jak widać Republika Dominikańska jest nieprawdopodobnym, niezmiernie zróżnicowanym krajem, a leży na wyspie Haiti (Hispanioli) odkrytej przez Krzysztofa Kolumba w 1492 r. To ją upodobał sobie najbardziej ze wszystkich. Współcześnie Dominikanę odkrywa się ponownie, intensywnie, również z twórczym nastawieniem, a jednocześnie z ogromną pasją i przyjemnością. Robią to zarówno filmowcy, jak i rzesze turystów.

 

 Samaní 12

Półwysep Samaná słynie z rajskich plaż

© MINISTERIO DE TURISMO DE REPÚBLICA DOMINICANA

 

WSZECHŚWIAT NA ULICY

 

Do Santo Domingo przyjechałem pierwszy raz niemal 11 lat temu. Wszystko wydawało mi się wówczas nowe, świeże, fascynujące, rozszalałe w swoim chaosie, intensywnie rozkwitające, zanurzone w gęstym i lepkim powietrzu, nasyconym jakąś niemożliwą pożądliwością. Było to dokładnie 30 maja, w kolejną rocznicę el tiranicidio – „tyranobójstwa”, czyli zamachu z 1961 r. na Kozła (El Chivo), jak zwano dyktatora Rafaela Leónidasa Trujillo Molinę ze względu na jego nadmierny apetyt seksualny.

 

Doskonale pamiętam tamtą rozwibrowaną gorącem, nasyconą zapachami i wypełnioną odgłosami cykad karaibską noc. Z lotniska do hotelu w dzielnicy Bella Vista w Santo Domingo dotarłem nad ranem. Taksówkarz wiózł mnie do stolicy wzdłuż wybrzeża Morza Karaibskiego, bo tak prowadzi autostrada Las Américas. Czułem zmęczenie długim lotem z Europy, ale pamiętam, że byłem przeszczęśliwy, choć nie wiedziałem jeszcze, co to za uczucie, skąd się ono bierze, jak długo we mnie zostanie. Miałem przed sobą tyle niewiadomych, tyle obcych mi wówczas hiszpańskich słów, tyle wszystkiego w kraju, który dopiero zaczynałem odkrywać. Czekała mnie jakaś przygoda, wiedziałem, że nie będę mógł się jej oprzeć. Napawałem się chwilą. Opuściłem do oporu szybę w oknie i od razu poczułem orzeźwiający zapach morskiej bryzy.

 

Gdy dojechałem na miejsce, było ciemno i podejrzanie cicho, jakbym utrafił w ten ledwie uchwytny wycinek nocy, kiedy Dominikana faktycznie śpi: w końcu posnęli kochankowie na wymiętych prześcieradłach, psy na chłodniejszych patiach, zmęczeni ochroniarze w swoich stróżówkach, a właścicielki pokątnych przybytków rozkoszy pogasiły ostatnie światła. Powietrze stało się parne i wilgotne, zbierało się na deszcz, który potem o świcie uderzył z impetem w asyście rwących niebo grzmotów. Tak przywitało mnie Santo Domingo.

 

Zawsze powtarzam, że w stolicy Dominikany zatrzymuje człowieka ulica. Ten koncept świetnie oddał noblista V.S. Naipaul (Vidiadhar Surajprasad Naipaul) z Trynidadu i Tobago. Wyrosły na Karaibach brytyjski pisarz stworzył niegdyś zbiór znakomitych opowiadań Nasza ulica (oryginalny tytuł Miguel Street), w których sportretował trynidadzki mikrokosmos. Za pomocą wycinka rzeczywistości przedstawił wyspę Trynidad w pigułce wraz z jej barwnym codziennym życiem. Dominikańska ulica także potrafi wciągnąć człowieka w swoje uniwersum, z którego nie chce go później wypuścić. Można to polubić, choć niekoniecznie od razu. Warto jednak poczuć rytm tej nie dającej się opanować latynoskiej codzienności. To przeważnie inna rzeczywistość niż ta, którą znamy. Tu potrzebny jest dystans właściwie do wszystkiego. Znacznie łatwiej odnaleźć się w tym świecie, jeżeli pozwoli się, aby czas płynął wolniej, jak robią to mieszkańcy Karaibów.

 

BUDOWLE NOWEGO ŚWIATA

 

3a

Ruiny XVI-wiecznego Szpitala św. Mikołaja z Bari w stolicy Dominikany

© MARCIN WESOŁY/WWW.CARIBEYA.PL

 

W Santo Domingo nie sposób się nudzić. Ekscytujących wrażeń dostarcza tutaj choćby spacer wśród wspaniałych budynków z czasów kolonizacji Nowego Świata. Do pierwszych obiektów postawionych na wyspie Haiti (dawniej La Españoli) należą Katedra (Catedral Primada de América), Szpital św. Mikołaja z Bari (Hospital San Nicolás de Bari) czy kościół i klasztor dominikański (Iglesia y Convento de los Dominicos). Nie można przejść obok nich obojętnie, bez zachwytów i zadumy. Przecież tędy chodzili kiedyś potomkowie i następcy Krzysztofa Kolumba.

 

Za pomnikiem admirała w parku noszącym jego imię (Parque Colón) wznosi się wspomniana najstarsza katedra w Nowym Świecie. Legenda głosi, że zajęła miejsce małego ascetycznego kościoła, krytego liśćmi palmowymi, gdzie w porze deszczowej zawieszano nabożeństwa. Obiekt, który możemy podziwiać obecnie, postawiono niemal w całości z bloków wapienia. Na dziedzińcu odsłonięto w 2008 r. popiersie papieża Jana Pawła II na pamiątkę jego pierwszej wizyty w Republice Dominikańskiej w styczniu 1979 r. Znacznie wcześniej, bo w 1586 r., wtargnął do Santo Domingo korsarz Francis Drake, który służył angielskiej monarchini Elżbiecie I. Hiszpanie nadali mu przydomek El Draque, co w dawnym języku hiszpańskim miało znaczyć „Smok”. Przezwisko idealnie oddawało jego temperament. Francis Drake spalił i splądrował miasto, a świątynię zbezcześcił, urządzając w niej koszary dla swoich kompanów. Ponoć pełniła również funkcje składu win, rzeźni i więzienia. Nie wiadomo, czy ktoś w niej wówczas w ogóle się modlił, być może tylko niepewni swojego losu skazańcy.

 

Do ruin Szpitala św. Mikołaja z Bari dotrzemy ulicą Hostos (Calle Hostos). Obiekt powstał z inicjatywy Nicolása de Ovando, obrotnego i okrutnego gubernatora Hispanioli i innych kolonii hiszpańskich w Ameryce, który wyjątkowo krwawo rozprawiał się z rdzenną ludnością. Szpital wznoszono etapami przez kilka dekad, począwszy od 1503 r. Budowa finansowana była z datków zamożniejszych mieszkańców kolonii. Na początku stanął tutaj jedynie namiot z pryczami dla kilku osób, gdzie chorych doglądały wolontariuszki. Wreszcie ukończono obiekt, który stanowił później wzorzec architektoniczny dla placówek medycznych powstających w całej hiszpańskiej Ameryce. Niestety, szpital uległ zniszczeniom podczas grabieżczych wypraw Francisa Drake’a, huraganów i trzęsień ziemi i obecnie można podziwiać jedynie jego ruiny. Pośród nich czeka zwiedzających niespodzianka. Zadomowiły się tu rozkrzyczane zielone papugi zwane coticas (Amazona ventralis). Są gatunkiem endemicznym w Republice Dominikańskiej i Haiti. Podobno łatwiej je znaleźć wśród starych miejskich murów niż w tropikalnym lesie. Wypatrywanie tych papug sprawia wiele radości. Łatwo je namierzyć, bo niesamowicie hałasują. To chyba najsympatyczniejsze przedstawicielki dominikańskiej fauny.

 

FILMOWE ODKRYCIA

 

W stolicy Dominikany warto zatrzymać się przez moment u zbiegu ulic Hostos (Calle Hostos) i Mercedes (Calle Las Mercedes). W kolonialnej kamienicy działa tu klimatyczna księgarnia – Librería La Filantrópica. Założył ją przed laty były student prawa Daniel Liberato, który narzekał na brak książek i podręczników z literatury przedmiotu. Obecnie oprócz publikacji prawniczych stoi w niej na półkach mnóstwo innych pozycji, obejmujących choćby dominikańską historię, język czy folklor. Reżyser Francis Ford Coppola na początku lat 70. XX w. kręcił nieopodal jedną z pamiętnych scen Ojca chrzestnego II. Przypomnę, że Santo Domingo zastępowało w niej Hawanę. Sama scena wyglądała następująco: limuzyna Michaela Corleone (w tej roli świetny Al Pacino) hamuje w jednej z wąskich hawańskich ulic (w rzeczywistości to pochyły, kamienny i chyba najbardziej urokliwy odcinek właśnie Calle Hostos na obszarze Zona Colonial). Przejazd blokuje wojsko i policja. Johnny Ola – powiernik i prawa ręka gangstera Hymana Rotha, obeznany z miejscowymi realiami, wyjaśnia, że schwytano wywrotowców. Stoją pod murem z rękami na głowie. Nagle jeden wyrywa się spod lufy karabinu, chwyta któregoś z mundurowych i wpycha go do samochodu ustawionego w poprzek drogi. Wtedy wybucha granat. Samobójczy atak przynosi dwie ofiary. Incydent robi wrażenie na Michaelu Corleone. Na Kubie prawdopodobnie coś się szykuje... W tle widać kawałek parceli odgrodzonej palmami królewskimi, gdzie znajdują się wspomniane ruiny Szpitala św. Mikołaja z Bari. Przyznam, że jako fan mafijnej sagi nakręconej przez Coppolę wielokrotnie odtwarzałem sobie przytoczoną scenę w wyobraźni – kilka lat temu mieszkałem przez jakiś czas po drugiej stronie Calle Hostos.

 

Niesamowite wrażenie wywiera zawsze na zwiedzających majestatyczny kompleks klasztorny dominikanów. Dociera się do niego ulicą Ojca Billiniego (Calle Padre Billini). Najbardziej fotogeniczny fragment budowli stanowi ceglastopomarańczowa fasada zachodnia, zdobiona tuż nad bramą motywem przywodzącym na myśl splecioną winorośl. Kompleks zbudowali mnisi z zakonu św. Dominika, którzy przybyli na wyspę z początkiem XVI w. W 2016 r. minęło 800 lat od powstania tego zgromadzenia. Należeli do niego m.in. żarliwy obrońca praw Indian Bartolomé de Las Casas (wizytował ten klasztor) i inkwizytor Bernard Gui, którego Umberto Eco wprowadził do swojej powieści Imię róży. Ten kościelno-klasztorny przybytek ma ciekawą historię. Za sprawą decyzji papieża Pawła III z 1538 r. funkcjonował w nim pierwszy uniwersytet w Nowym Świecie. Obecnie jego tradycję kontynuuje Uniwersytet Autonomiczny w Santo Domingo (Universidad Autónoma de Santo Domingo, UASD). Mimo licznych klęsk żywiołowych występujących na przestrzeni stuleci mury zachowały się w znakomitej kondycji. Budowlę można podziwiać w pełnej okazałości, zarówno na żywo, jak i w filmowych kadrach. Wykorzystali ją w swoich filmach np. Robert De Niro (Dobry agent) i Andy García (Hawana – miasto utracone).

 

BOHATER I PAŁAC

 4a

Pomnik Juana Pabla Duarte znajdujący się w parku jego imienia

© MARCIN WESOŁY/WWW.CARIBEYA.PL

 

Podczas zwiedzania nie sposób pominąć parku imienia jednego z trzech ojców założycieli Republiki Dominikańskiej – Juana Pabla Duarte (Parque Duarte; pozostałymi dwoma postaciami są Matías Ramón Mella i Francisco del Rosario Sánchez). To miejsce należy zdecydowanie do najprzyjemniejszych zakątków historycznej części Santo Domingo. Można tu odpocząć (albo pograć z miejscowymi w domino, popijając piwo Presidente) w otoczeniu palm, bugenwilli i drzew flamboyán (wianowłostek królewskich), zwanych płomieniami Afryki ze względu na liczne intensywnie czerwone kwiaty (pojawiające się przeważnie w czerwcu). Środek tutejszego placu zajmuje pomnik wspomnianego bohatera walk o niepodległość kraju. Park i jego najbliższe sąsiedztwo również docenili znani filmowcy. W kinowych produkcjach zagrała m.in. poczerniała, przypominająca dom, w którym straszy, kamienica z 1936 r. (dziś wystawiona na sprzedaż) zwana Edificio Elmúdesi. Niegdyś była w niej prywatna klinika. Budynek pojawił się w co najmniej dwóch hollywoodzkich filmach: Hawanie – mieście utraconym i Dobrym agencie. O ile Andy García wykorzystał stare Santo Domingo do odwzorowania stolicy Kuby, o tyle Robert De Niro poszedł jeszcze dalej. Sceny z jego obrazu miały przedstawiać Léopoldville, dzisiejszą Kinszasę, stolicę Demokratycznej Republiki Konga w środkowej części Afryki.

 

Władze Dominikany są jak dotąd przychylne zagranicznym ekipom filmowym. Bez większych problemów wpuszczają je także do własnych siedzib, przede wszystkim do Pałacu Narodowego (Palacio Nacional), gdzie urzęduje prezydent kraju. Przekonali się o tym Francis Ford Coppola, Sydney Pollack i Andy García. W ich filmach charakterystyczny gmach wcielił się w rolę El Capitolio w Hawanie, który przed 1959 r. był bastionem Fulgencia Batisty, dyktatora z Kuby. Trudno o bardziej fotogeniczną lokalizację w Santo Domingo, gdy temat kinowy dotyka wielkiej władzy i polityki. Zawsze ciekawiło mnie, ile mogła kosztować niezbędna w tym przypadku zamiana powiewającej przed pałacem flagi dominikańskiej na kubańską. Siedziba prezydenta Dominikany jest imponująca – gmach w kolorze piaskowym uchodzi za architektoniczną perłę zdominowaną przez styl neoklasycystyczny. Powstał na zlecenie dyktatora Rafaela Leónidasa Trujillo Moliny. Miał odzwierciedlać nieśmiertelne aspiracje wodza. Budowę rozpoczęto dokładnie 27 lutego 1944 r. Chodziło o datę symboliczną – setną rocznicę proklamowania niepodległości Republiki Dominikańskiej (w 1844 r.). Pracę ukończono w ponad trzy lata. Do głównego wejścia pałacu prowadzą masywne schody wykute z szarego marmuru. Strzegą ich lwy z brązu. Dokładnie po tych schodach zbiegał Al Pacino jako Michael Corleone w Ojcu chrzestnym II. Wcześniej, podczas balu noworocznego w pałacu, złożył swojemu bratu Fredowi (który go zdradził) słynny pocałunek śmierci.

 

STOLICA MAŁYCH RADOŚCI

 

W Santo Domingo cieszą również rzeczy drobne, codzienne, czasem niczym się nie wyróżniające. W sklepie na rogu, gdzie dudni muzyka, sprzedają Presidente – najzimniejsze piwo na świecie w oszronionej zielonej butelce, a miejscowi żartują od rana i grają w domino. Radość sprawia też jazda publiczną, wieloosobową taksówką (tzw. carro público) z ośmioma współpasażerami zamiast pięciu, bo w innym przypadku szoferowi nie opłaca się jechać. Tu rzeczywistość ciągle się zmienia, nieprzerwanie kwitnie i marnieje, po czym w niesłychanym tempie odradza się znowu.

 

Nie każdemu podoba się Santo Domingo, nie każdego do niego ciągnie. Turyści często chętniej wybierają Hawanę albo stolicę Portoryko – San Juan. Te miasta, powstałe w podobnych okolicznościach historycznych, stanowią naturalną konkurencję dla stolicy Dominikany. Oczywiście, Santo Domingo potrafi zadbać o siebie. Upiększa się makijażem, raz mocnym i wyrazistym, kiedy indziej stonowanym, bardziej wysmakowanym. Umiejętnie wabi świeżością i zachęca do bliższego poznania. Jednak jednocześnie cierpi na udręki typowe dla latynoskich miast. Bywa także miejscem przytłaczającym: rozgrzanym do bólu, dusznym, głośnym, zaśmieconym. Z różnych stron w niesłychanym natężeniu nacierają na człowieka kaskady dźwięków wydawanych przez sznury pojazdów, dużych i mniejszych, nowych i starych, a często wręcz bezlitośnie zdezelowanych gruchotów, które już dawno powinny dogorywać na złomowisku.

 

Na dodatek w powietrzu czuć drażniące nozdrza spaliny, zapach paliw wyciekających spod reperowanych aut, wyziewy wydobywające się z ujść labiryntów kanalizacji. Te aromaty mieszają się z kolei z orzeźwiającą słoną bryzą znad Morza Karaibskiego i wonią przejrzałych owoców – ananasów, gujaw, mango, kawy parzonej gdziekolwiek i lanej z termosów do małych plastykowych kubków, rarytasów kuchni ulicznej oferowanych na każdym rogu, prania wywieszonego na finezyjnych balkonach, kulek naftalinowych, wilgoci wyzierającej zewsząd, wyganianej przeciągami z ciemnych kątów, liści tytoniowych gotowych do zwijania w skromnych manufakturach, samego dymu popalanych cygar, naperfumowanych ludzkich ciał, lakieru utrwalającego włosy kobiet czy żelu kładzionego na fryzury młodych kawalerów.

 

Santo Domingo pachnie tropikiem. Jest nienasyconym karaibskim miastem z niezbadaną tajemnicą. Z jednej strony pozostaje zatrzymane w odległym czasie, sędziwe, nieco zmurszałe, śniące o kolonialnej przeszłości, o której wyraźnie przypomina, zwłaszcza w trakcie spaceru po historycznym rejonie. Gdzie indziej wydaje się nazbyt nowoczesne, chaotyczne, wyzywające; wypełniają je szklane biurowce, drapacze chmur i gigantyczne bilbordy ze sloganami znanych marek. Oferuje niemal wszystko, czego dusza ludzka zapragnie, o każdej porze, wszędzie. Jeśli przymknie się oko na jego bolączki, potrafi być urocze i zajmujące. Do tego jest miastem wyjątkowo lubianym przez twórców kina, również tego hollywoodzkiego. Jednak nie każdy o tym wie. Często nie są świadomi tego faktu nawet sami Dominikańczycy. Santo Domingo może opowiedzieć sporo zaskakujących historii. Wspaniałe, wykwintne architektonicznie i co ważne pieczołowicie odrestaurowane obiekty z obszaru Zona Colonial zyskują nowe życie, nowe przeznaczenie, nowe uznanie. Trzeba tu dotrzeć, przynajmniej raz, i zobaczyć to wszystko samemu, aby móc potem miło wspominać swoją wizytę, np. podczas filmowego seansu. Bo Santo Domingo zostało uwiecznione przez kino wielokrotnie. Poszukajmy zatem niektórych scenerii z filmów, choćby według wskazówek zawartych w tym artykule. Z pewnością będzie to przyjemne urozmaicenie spacerów po zachwycającej stolicy Dominikany, a jednocześnie swoista filmowa przygoda na gościnnej dominikańskiej ziemi.

 

Turystyka aktywna na Wyspach Kanaryjskich

JOANNA CYBULSKA-MIKA
www.wyspy-szczesliwe.pl

<< Wyspy Kanaryjskie najczęściej kojarzą się z błogim wylegiwaniem się pod palmą na wspaniałej, przez cały rok skąpanej w słońcu plaży czy z drinkiem w ręku przy basenie eleganckiego hotelu. Jednak region ten oferuje także niezliczone możliwości dla osób pragnących podczas urlopu zażywać więcej ruchu i poszukiwać nowych wrażeń. Wycieczka statkiem na spotkanie z delfinami, zdobywanie wulkanów pieszo czy na rowerze, ujarzmianie oceanu i wiatru, eksploracja wąwozów i wawrzynowych lasów to tylko kilka z wybranych tutejszych atrakcji dla miłośników turystyki kwalifikowanej. >>

Osoba lubiąca aktywny wypoczynek poczuje się na tym hiszpańskim archipelagu jak ryba w wodzie. Na wybrzeżu zimą temperatury w ciągu dnia rzadko spadają poniżej 20°C, a w lecie nieczęsto przekraczają 29°C, więc na wyspach swój ulubiony sport można uprawiać na świeżym powietrzu o każdej porze roku. Sami Kanaryjczycy wysoko cenią kulturę fizyczną i posiadają doskonałą infrastrukturę do dbania o swoją kondycję. Centra sportowo-rekreacyjne znajdziemy nawet w niewielkich miastach, powszechnie dostępne są sprzęty do ćwiczeń i boiska do gry w piłkę nożną czy siatkówkę, wytyczono również liczne oznakowane szlaki piesze i dla rowerów górskich, a kluby turystyki organizują trekkingi z wykwalifikowanymi przewodnikami. Bardzo dużą popularnością cieszy się tutaj lucha canaria (zapasy kanaryjskie), nadal naucza się też wymagającego dużej sprawności skoku pasterza – salto de pastor – z użyciem długiego kija. Dawniej stanowił on sposób na przekraczanie wąwozów.

Więcej…