I OGŁASZA 20-PROCENTOWĄ PROMOCJĘ NA WSZYSTKIE POŁĄCZENIA

Wizz Air, największy nisko kosztowy przewoźnik w Europie Środkowo-Wschodniej zaprezentował dzisiaj rozkład lotów na sezon lato 2014, w ramach którego oferować będzie ponad 280 połączeń w 35 krajach. W przyszłym roku linia zapowiada uruchomienie 14 nowych tras w Europie oraz otwarcie bazy we Lwowie na Ukrainie, dzięki czemu oferować będzie loty łącznie z 18 baz. Dodatkowo przewoźnik zwiększy częstotliwość swoich najbardziej popularnych lotów. Część z nich łączących Londyn Luton z europejskimi stolicami będzie odbywało się nawet 4 razy dziennie.

Czytaj więcej...

Od listopada LOT uruchamia bezpośrednie połączenia czarterowe Dreamlinerem do egzotycznych zakątków świata. Jest to możliwe dzięki współpracy polskiego przewoźnika z dwoma wiodącymi Biurami Podróży – Itaka i Rainbow Tours. To nie tylko jakość i komfort niedostępne do tej pory dla pasażerów latających na wakacje czarterami, ale przede wszystkim bezpośrednie i zdecydowanie krótsze połączenia.

Czytaj więcej...

Szanowni Państwo,

Polska Izba Turystyki reprezentując interesy gospodarcze zrzeszonych w niej przedsiębiorców, broniąc godności i praw swoich członków, a także realizując zadania kształtowania i upowszechniania zasad etyki w działalności gospodarczej nie może pozostać neutralna wobec działań TUI Poland sp. z o.o.

TUI Poland sp. z o.o. jest od wielu lat obecna na polskim rynku usług turystycznych. W okresie tym nawiązała współpracę z setkami agentów, z niektórymi współpracowała  nawet kilkanaście lat.  Umowa agencyjna jest umową należącą do grupy umów o świadczenie usług, wymagającą szczególnego zaufania stron. Nosi znamiona trwałości i skierowana jest na stałepośredniczenie lub stałe dokonywanie czynności prawnych w imieniu dającego zlecenie. Niewątpliwie przez okres kilkunastu lat współpracy pomiędzy agentem a TUI Poland doszło do ukształtowania wzajemnego zaufania oraz poszanowania praw każdej ze Stron. Na uwagę zasługuje okoliczność, iż na zbudowanie w Polsce marki TUI Poland przyczyniły się również wieloletnie działania agentów.

Czytaj więcej...

Wyjątkowo ciepła jesień powoduje, że chętniej planujemy długi listopadowy weekend w polskich hotelach i ośrodkach wypoczynkowych. Zainteresowaniem cieszą się zarówno Mazury, Bałtyk, jak i znane uzdrowiska.

Czytaj więcej...

Sezon narciarski zbliża się wielkimi krokami – biura podróży przygotowały już ofertę dla miłośników białego szaleństwa. Gdzie tej zimy zapłacimy mniej, a gdzie musimy liczyć z wyższymi cenami? Jakie nowości i promocje przygotowali organizatorzy imprez i w końcu jak wygląda kalendarz imprez narciarskich w tym sezonie? - sprawdzili eksperci z portali turystycznych  Wakacje.pl i EasyGo.

Czytaj więcej...

Najlepsze miejsca na długi weekend na przełomie maja i czerwca

Na przełomie maja i czerwca czeka na nas kolejny długi weekend – Boże Ciało w tym roku wypada 31 maja. Jeden dzień wolnego pozwoli na cztery dni wypoczynku.

Czytaj Więcej >>

Najlepsze pomysły na wyjazd rodzinny z okazji Dnia Dziecka

Wkrótce Międzynarodowy Dzień Dziecka. Wielu rodziców zastanawia się, w jaki sposób spędzić ten szczególny dzień ze swoimi pociechami, aby przyniósł jak najwięcej radości i pozostawił przyjemne wspomnienia. Możliwości na uczczenie tego święta jest naprawdę wiele. 

Czytaj Więcej >>

Najciekawsze pomysły na Majówkę

Już w marcu zaczynamy zastanawiać się, jak, a przede wszystkim, gdzie spędzimy Majówkę. W tym roku 1 maja wypada we wtorek, dodając do tego dwa weekendy plus 3 dni urlopu – szykuje się aż niemal 10 dni wypoczynku!  Czytaj więcej >

Najlepsze wiosenne wyjazdy typu city break

City break to alternatywna opcja dla tych wszystkich, którzy nie mają czasu wybrać się na dłuższy wypoczynek. Obejmuje ona wyjazdy weekendowe do najciekawszych miejsc w Europie. Krótkoterminowa wycieczka pozwala na wypoczynek oraz zapoznanie się z kulturą i kuchnią danego regionu.  Czytaj więcej >

Artykuły wybrane losowo

Kolumbia – kraj nierzeczywisty

Cartagena de Indias  Cortesia ProColombia

Kolonialna Cartagena de Indias – wieża Katedry św. Katarzyny Aleksandryjskiej

© PROCOLOMBIA

 

MARIA HAWRANEK, SZYMON OPRYSZEK

www.intoamericas.com

 

To niewiarygodne, że Kolumbia istnieje naprawdę. Znajdziemy w niej wszystko: od karaibskich plaż przez tropikalne lasy po andyjskie szczyty. Na dodatek żyją tu najmilsi ludzie na kontynencie, a atmosfera w tym kraju pełna jest magii. Nic dziwnego, że to tutaj urodził się jeden z najważniejszych przedstawicieli realizmu magicznego – Gabriel García Márquez.

 

To czwarte pod względem powierzchni państwo Ameryki Południowej może poszczycić się wyjątkowym położeniem. Ma wybrzeże zarówno nad Pacyfikiem, jak i Atlantykiem (a dokładniej Morzem Karaibskim). Jego stolica, Bogota, leży na średniej wysokości 2640 m n.p.m. Najbardziej na południe wysunięty odcinek granicy przebiega wzdłuż Amazonki.

 

Do jakiego kraju byście wrócili? Dokąd w Ameryce Południowej warto pojechać? – pytają nas często słuchacze podczas prelekcji podróżniczych. Niezmiennie wśród naszych trzech ukochanych miejsc wymieniamy właśnie Kolumbię, której w Polsce wciąż przypina się nieaktualną już od dawna łatkę niebezpiecznej krainy koki. Warto odrzucić stereotypy i odkryć skarby tego naprawdę magicznego zakątka świata.

 

UKOCHANA ZIEMIA

 

Cali to miasto najszybszej salsy na świecie, w którym niemal na każdym kroku wyrasta szkoła tańca, a w klubach tancerze wykonują akrobacje. Oczami wyobraźni już widzieliśmy, jak pocimy się na parkiecie. Ale w dniu wylotu do Cali z Brazylii dostaliśmy maila z propozycją pracy na wolontariacie w prowincjonalnej szkole położonej 40 km od Bogoty, gdzie pilnie potrzebowali nauczycieli angielskiego.

 

Dlatego w czasie przesiadki na lotnisku w kolumbijskiej stolicy, zamiast kontynuować podróż – szukamy autobusu do miasta Zipaquirá. Przyjeżdżamy na rekonesans we wtorek wieczorem, a już w środę rano o godz. 7.00 stoimy pod tablicą. Przez najbliższe trzy miesiące będziemy prowadzić lekcje w miejscowości Cogua, gdzie na przerwach słychać muczenie krów. Alejandro Clavijo, koordynator programu, tłumaczy nam, że zaprasza obcokrajowców do swojej szkoły z dwóch powodów. Po pierwsze, żeby nasi uczniowie w końcu nauczyli się angielskiego. Na naszym hiszpańskojęzycznym kontynencie ze zrozumiałych powodów nie jest popularny, ale kiedy tylko chcemy wyjechać, w mig rozumiemy, jak bardzo się przydaje. A po drugie, abyście zobaczyli, że Kolumbia to już dawno nie jest kraj białego proszku, „narcos” i FARC-u (Fuerzas Armadas Revolucionarias de Colombia – Rewolucyjnych Sił Zbrojnych Kolumbii). Zresztą nigdy w pełni nim nie była, tylko świat przyzwyczaił się tak o nas myśleć.

 

Po wielu tygodniach spędzonych w Kolumbii mamy poczucie głębokiej niesprawiedliwości, że za tą perłą Ameryki Południowej ciągnie się taka krzywdząca opinia. Przepiękne, wściekle zielone pagórki regionu Zona Cafetera, gdzie uprawia się kawę, zjawiskowe, karaibskie plaże, tropikalne lasy – czego jeszcze można chcieć?

 

Każdy dzień na wolontariacie zaczynamy od pobudki o chłodnym poranku na wysokości mniej więcej Kasprowego Wierchu i przytulania się z uczniami na dzień dobry (z przyjemnością odkrywamy, że łączy ich z nauczycielami prawdziwa, oparta na zaufaniu i bliskości więź). Przed przyjazdem do Kolumbii słyszeliśmy, że jest w niej wspaniale, bo Kolumbijczycy to najmilsi ludzie na kontynencie. Nauczeni doświadczeniem, aby na takie slogany patrzeć przez palce, nie dowierzaliśmy im – przecież wszyscy Latynosi są otwarci i sympatyczni. A jednak – ten kraj stał się naszym miejscem na świecie właśnie dzięki jego mieszkańcom. Gdzie indziej klientka w sklepie mięsnym zapyta ekspedientkę: czy podaruje mi pani kurze udko?. Gdzie dwudziestolatek, który odchodzi od grupy znajomych przy piwie, żeby się wysikać, powie: za pozwoleniem? Kolumbijczycy śpiewają o swojej ojczyźnie w najsłynniejszej cumbii: Colombia tierra querida („Kolumbia ukochana ziemia”). Podzielamy ich uczucia.

 

MIASTO POTWÓR

 

Większość stolic Ameryki Południowej to przerośnięte i przytłaczające aglomeracje, w których dojazdy z jednego punktu do drugiego zajmują zbyt dużo czasu w zbyt wielkim ścisku. Kolumbijska Bogota niestety nie jest wyjątkiem – mieszka tu ponad 8 mln ludzi, długie przegubowe autobusy pędzą ulicami wypełnione po brzegi. To zdecydowanie najmniej przyjazne miasto w Kolumbii, więc najlepiej uciec z niego jak najszybciej. Poza małą, urokliwą La Candelarią, którą można obejść w trakcie nie wymagającego wysiłku spaceru i gdzie warto udać się na smaczną kolację, żadna dzielnica nie zachwyca. Wieczorami wiele ulic, nawet tych w centrum, nie jest oświetlonych – nieoswojeni z miastem turyści mogą się przez to czuć niekomfortowo.

 

Dla tych, którzy muszą zakosztować stolicy, mamy jednak trzy propozycje. Po pierwsze, wizytę w spektakularnym Muzeum Złota (Museo del Oro), gdzie znajduje się ogromna kolekcja eksponatów sztuki złotniczej kultur prekolumbijskich (niemal 60 tys. przedmiotów). Po drugie, polecamy zajrzeć do Muzeum Botero (Museo Botero) z dziełami najważniejszego współczesnego kolumbijskiego malarza, rzeźbiarza i rysownika, rozpoznawalnego na całym świecie Fernanda Botera. Grubaśne postaci przedstawione na jego obrazach są charakterystyczne dla stylu twórcy – trochę zabawne, czasem smutne, na swój sposób piękne. Poza tym muzeum mieści się w starym budynku z urokliwym patio – to kolejny powód, aby je odwiedzić. Po trzecie, warto spędzić noc przy rytmach salsy, cumbii i vallenato. Najlepiej skorzystać z usług jednej z kilku agencji turystycznych. Oferują one udział w pokazach i lekcjach z profesjonalnymi tancerzami, ale też zabierają do najlepszych miejscówek w mieście, do których trudno trafić samemu.

 

KATEDRA Z SOLI

 

Kiedy rozpoczynaliśmy wolontariat w kolumbijskiej szkole, nie mieliśmy pojęcia, że miasto Zipaquirá, w którym zamieszkaliśmy, słynie z Katedry Solnej (Catedral de Sal) i że Kolumbijczycy byli kilka lat temu w polskiej kopalni w Wieliczce na wizycie studyjnej, żeby podpatrzyć nowe pomysły na turystykę.

 

Obecny podziemny kościół powstał w latach 90. XX w. Pierwszą kapliczkę, w której górnicy modlili się przed rozpoczęciem pracy, założono w kopalni na początku XX stulecia, ale nie został po niej żaden ślad. W latach 50. na jej miejscu pod ziemią wyrosła katedra. Jednak 40 lat później, po serii podmyć i tąpnięć, ze względów bezpieczeństwa trzeba było ją zamknąć. Mniej więcej 60 m pod nią zbudowano Nową Katedrę (Nueva Catedral).

 

Podobno co niedzielę odbywa się tu msza, ale odnieśliśmy wrażenie, że ten przybytek ma bardziej komercyjny niż duchowy charakter. W katedrze jest mrocznie, ale nie mistycznie. Stacje gigantycznej drogi krzyżowej (Viacrusis) są praktycznie nie do odróżnienia. Wnętrze tworzą trzy nawy. W porównaniu z wielicką Kaplicą św. Kingi świątynia w Zipaquirze wygląda monumentalnie – jest prawie trzy razy dłuższa (ma 80 m) i o połowę wyższa (mierzy ponad 16 m) – ale świeci pustkami. Chociaż opisuje się ją jako „osiągnięcie współczesnej architektury”, na nas nie robi wielkiego wrażenia.

 

O wiele bardziej ucieszyło nas odkrycie, że w mieście przez cztery lata mieszkał w internacie i chodził do liceum Gabriel García Márquez, kolumbijski noblista, którego śladami mieliśmy w planie wyruszyć (w jego dawnym liceum działa dziś Centro Cultural Casa del Nobel Gabriel García Márquez). Zresztą w Kolumbii znajduje się mnóstwo zdecydowanie piękniejszych i ciekawszych miejsc niż solny kościół, jak chociażby pobliska Villa de Leyva.

 

TAM, GDZIE CZAS SIĘ ZATRZYMAŁ

 

Villa de Leyva wygląda jak wyobrażenie o czasach kolonialnych w Ameryce Łacińskiej. Położona ok. 170 km od Bogoty na średniej wysokości 2149 m n.p.m., zalicza się do najbardziej fotogenicznych (obok Guatapé) kolumbijskich miasteczek. W 1954 r. uznano ją za skarb narodowy. Powstała w 1572 r. jako miejscowość wypoczynkowa dla sędziwych konkwistadorów, kleru i szlachty. Od tamtej pory niewiele sięzmieniło. Najlepiej przyjechać do miasteczka w tygodniu – wtedy będziemy mieć szansę na spokojne poznanie tego miejsca. W weekendy wąskie uliczki pękają w szwach, ściągają tu amatorzy butikowych hoteli i ekskluzywnych restauracji – mieszkańcy stolicy chętnie wpadają do Villi de Leyva na dwudniowy odpoczynek.

 

Centrum miejscowości stanowi oczywiście Plaza Mayor (Plaza Principal), według niektórych największy brukowany plac w Ameryce Południowej (ma 14 tys. m2 powierzchni). Obowiązkowym miejscem do zwiedzenia dla Kolumbijczyków jest również Dom Muzeum Kapitana Antonia Ricaurtego (Casa Museo Capitán Antonio Ricaurte). Walczył on o niepodległość u boku największego bohatera narodowego Kolumbii i wyzwoliciela wielu krajów kontynentu – Simóna Bolívara (1783–1830). Villę de Leyva otacza malownicza półpustynia. Dzięki temu i położeniu wysoko w górach miasteczko zachowało swój niezmieniony kształt.

 

KRAJ KAWY

 

Choć Kolumbia jest trzecim największym po Brazylii i Wietnamie producentem kawy na świecie, ze zdziwieniem odkryliśmy, że niełatwo się tu napić czegoś w stylu espresso – mocnego, aromatycznego i gorzkiego. Od rana na ulicach stoją mężczyźni z wózkami (często są podprowadzone z supermarketu) wypełnionymi termosami z tinto. To słodka, dosyć słaba kawa, podawana w plastikowych kubeczkach (na początku mieliśmy kłopot z zapamiętaniem tej nazwy, ponieważ w innych hiszpańskojęzycznych krajach oznacza czerwone wino). Byliśmy w Kolumbii, kiedy Starbucks, który zaopatruje się tutaj w kawę, otwierał swoją pierwszą kawiarnię w Bogocie (Parque 93). Z rozbawieniem obserwowaliśmy, jak lokalni hipsterzy od świtu stali w kolejce, aby kupić amerykański napój z rodzimych ziaren. W dłoniach trzymali słodkie tinto.

 

Jednak jedno jest pewne – miejsca, w których uprawia się kawowce, są zjawiskowe. Położona na zachód od Bogoty w kawowym trójkącie – departamentach Caldas, Risaralda i Quindío – Zona Cafetera (Eje Cafetero) od kilku lat znajduje się na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Na soczyście zielonych pagórkach leżą posiadłości z plantacjami (fincas), a w dolinach rosną najwyższe palmy na świecie – palmy woskowe. Zakochaliśmy się w tym rejonie od pierwszego wejrzenia.

 

Zwiedzanie kawowego regionu zwykle zaczyna się w Salento (tu również najlepiej zawitać poza weekendem). W miasteczku jest dużo gringos, ale warto zatrzymać się w nim na noc i spróbować lokalnego specjału – pstrąga ze smażonymi plackami z platana (patacones). Tę odmianę banana pod różnymi postaciami podaje się w Kolumbii do większości posiłków (nam najbardziej smakował pieczony). Poza tym trzeba zagrać w tejo, narodową kolumbijską grę (najlepiej w barze „Los Amigos”). Polega ona na rzucaniu ciężkich metalowych dysków do celu. Jeśli trafi się w fajerwerk ukryty pod piaskiem, następuje wybuch.

 

Prawdziwe skarby znajdują się jednak w okolicy miasteczka. Na piechotę można dojść do plantacji rodziny Eliasów (Finca Las Brisas, Café Don Elias), biznesu prowadzonego od lat na niewielką skalę. Kolejnego dnia warto pojechać jeepami (odjeżdżają z głównego placu) do Valle de Cócora, spektakularnej doliny z wysmukłymi palmami woskowymi. Samochody dowożą nas do początkowego punktu czterogodzinnej trasy pieszej. Po drodze pokonujemy łąki, pagórki i linowe mosty rozwieszone nad strumieniami, aż w końcu dochodzimy do sanktuarium kolibrów Acaime. Starsza para, która je prowadzi, częstuje gorącą czekoladą lub kawą i kawałkiem sera (za symboliczną opłatą). Z filiżanką w dłoni obserwujemy, jak do rozwieszonych wszędzie poidełek podlatują kolejne kolibry. W Kolumbii występuje aż ok. 165 gatunków tego małego ptaka! W drodze powrotnej zaglądamy do jednej z licznych fincas. Do tego regionu najlepiej przyjeżdżać w okresie od stycznia do lutego, kiedy trwają zbiory kawy i dużo się dzieje.

 

KOLUMBIJSKI TYGRYS

 

Paisaje Cultural Cafetero

Departament Quindío to unikatowy przykład urodzajnego krajobrazu kulturowego

© PROCOLOMBIA

 

Od kiedy masową wyobraźnią zawładnęły obrazy z serialu Narcos, miasto Medellín znowu kojarzy się z kokainą, przestępstwami i Pablem Escobarem. Skojarzenia te są częściowo słuszne, ale od ok. 25 lat nieaktualne i stygmatyzujące. Owszem, Medellín było stolicą biznesu narkotykowego w latach 80. XX w., jednak gdy zabito Pabla Escobara w 1993 r. i rozprawiono się z innymi baronami, postawiło na zmianę i rozwój. W tej chwili to najbardziej dynamiczne i nowoczesne miasto w Kolumbii. Kwitnie tu biznes i nowe technologie (zainwestowano m.in. w sieć kolejek gondolowych i największe słodkowodne akwarium w Ameryce Południowej – do obejrzenia w interaktywnym centrum naukowo-technologicznym Parque Explora). Ze względu na swoje położenie w andyjskiej dolinie zwanej Valle de Aburrá, w otoczeniu zielonych wzgórz, i panujący w niej klimat słynie jako miasto wiecznej wiosny (la ciudad de la eterna primavera).

 

Zwiedzanie Medellín zaczynamy od placu imienia wspomnianego artysty Fernanda Botera, pełnego opasłych rzeźb jego autorstwa. Jeśli ktoś nie był w jego muzeum w Bogocie, koniecznie musi zajrzeć do Muzeum Antioquii (Museo de Antioquia) i obejrzeć kolekcję dzieł tego twórcy. Wieczory spędzamy w Parku Lleras (Parque Lleras) – w nim mieszkańcy miasta zbierają się wieczorem na szklaneczkę aguardiente przed imprezą i tańce do rana. Na ciekawe popołudnie wybieramy się do Comuny 13 (San Javier), dawniej niebezpiecznej dzielnicy, gdzie wałęsali się partyzanci z FARC-u i gangsterzy. Dziś wypełniają ją kolorowe domy, galerie sztuki i murale, przeprowadza się w niej ekologiczne i artystyczne projekty (ale wciąż lepiej nie kusić losu nocnymi spacerami). Amatorzy jazdy kolejką gondolową na pewno chętnie skorzystają z jednej z czterech linii (J, K, L i H), które łączą położone na wzgórzach dzielnice Medellín (zanim powstały kolejki, mieszkańcy tych rejonów spędzali na dojeździe do pracy nawet po 2–3 godz. dziennie!). Jeśli kogoś goni czas, naszym zdaniem lepiej jednak zajrzeć na Mercado Minoristai na tym targu urządzić sobie degustację świeżych tropikalnych owoców – niektóre występują tylko w Kolumbii! My po zakosztowaniu soku z lulo nie mogliśmy odżałować, że w żadnym sąsiednim kraju go nie spotkaliśmy. Na stoiskach sprzedaje się też mangostany, pitaje, guanábany czy tamarillo (tomates de árbol, pomidory drzewiaste).

 

Z Medellín można wybrać się na jednodniową wycieczkę do odległego o ok. 80 km miasteczka uchodzącego za najbardziej kolorowe w Kolumbii – Guatapé. To idealne miejsce dla miłośników fotografii i wolno płynącego czasu. Oprócz szukania odpowiednich ujęć, zajadania przysmaków z ulicznych stoisk i popijania tinto nie ma tu nic do roboty. W drodze powrotnej można wysiąść w miejscowości Santa Elena słynącej z pięknych kwiatów, które co roku dostarcza na sierpniowy festiwal Feria de las Flores w Medellín – powstają z nich niesamowite barwne konstrukcje. W tej okolicy ze względu na doskonałe warunki – żyzne ziemie, odpowiednią wysokość bezwzględną i temperaturę – kwiaty rosną jak szalone. Turyści zwykle wybierają się na zachód słońca do położonego nieopodal malowniczego Parku Arví (Parque Arví), gdzie czekają na nich lasy, jeziora, ptaki (ponad 100 gatunków) i owady (powyżej 160 gatunków).

 

KARAIBSKA PERŁA KOLUMBII

 

Cartagena de Indias to obowiązkowy przystanek dla turystów podróżujących po Kolumbii. Pewnie dlatego, że ten dawniej jeden z najważniejszych karaibskich portów, założony w 1533 r., zachował swój kolonialny urok. Po rozległym starym mieście jeżdżą trochę kiczowate bryczki (podobne do tych w Krakowie), ale można też znaleźć mniej turystyczne zakątki. Dlatego oprócz zwiedzania najważniejszych zabytków, takich jak plac św. Dominika (Plaza de Santo Domingo), Zamek św. Filipa (Castillo de San Felipe de Barajas), Katedra św. Katarzyny Aleksandryjskiej (Catedral de Santa Catalina de Alejandría), kościoły: św. Piotra Klawera (Iglesia de San Pedro Claver), św. Trójcy (Iglesia de la Santísima Trinidad) i św. Turybiusza de Mogrovejo (Iglesia de Santo Toribio de Mogrovejo) czy Pałac Inkwizycji (Palacio de la Inquisición), wybieramy się również w inne strony. Wchodzimy na potężne mury, gdzie próbujemy wyobrazić sobie, jak musieli się czuć konkwistadorzy, gdy przybijali do tych karaibskich brzegów, zanurzamy się w dzielnicę Getsemaní, pełną stylowej sztuki ulicznej, tworzonej przez znanych lokalnych i międzynarodowych artystów. To tutaj znajdujemy tętniące życiem bary, do których trafiają tylko zdeterminowani gringos.

 

Dla wielu osób Cartagena de Indias jest bazą wypadową na koralowe Wyspy Różańcowe (Islas del Rosario), gdzie można podziwiać akwarium na otwartym morzu i kąpać się przy bielutkich plażach. Niestety ta część parku narodowego (Parque Nacional Natural Corales del Rosario y de San Bernardo) to jedno z najczęściej odwiedzanych miejsc w kraju – w sezonie przeżywa prawdziwe oblężenie, co nie pozwala na swobodne rozkoszowanie się naturą. Dlatego dla nas Cartagena de Indias stała się bazą do wyprawy na niezwykły, ledwie nadgryziony przez turystów i zupełnie nieznany w Polsce archipelag San Bernardo. Po 2 godz. rejsu motorówką lądujemy w raju na wyspie Múcura, gdzie funkcjonują tylko dwa hotele, a jeden z nich – ekskluzywny Punta Faro – to ziszczenie marzeń o relaksie. Czeka nas nurkowanie lub snorkeling w przejrzystej wodzie pełnej egzotycznych ryb, płaszczek i homarów, samotne kąpiele przy pustych plażach i wycieczki kajakami wzdłuż wybrzeża.

 

Kilka minut rejsu łódką od Múcury leży zupełnie inna wyspa, Santa Cruz del Islote, do której brzegów przybiliśmy, żeby pod pretekstem nauki angielskiego poznać jej społeczność, a potem, za jej zgodą, napisać reportaż do naszej książki Tańczymy już tylko w Zaduszki. Santa Cruz del Islote uchodzi za najgęściej zaludnioną wyspę świata – zajmuje niecały hektar powierzchni, a na co dzień mieszka na niej niemal 800 osób. Kiedy dzieci wracają do domu na wakacje z kontynentalnej Kolumbii, gdzie chodzą do szkoły z internatem, ta liczba zwiększa się nawet do 1,2 tys. Wyspa wygląda jak kawałek betonowego osiedla wrzucony w morze – nie ma tu plaż ani palm. Mieszkańcy nieustannie rozbudowują Santa Cruz de Islote. W miejscach, gdzie jest wystarczająco płytko, wykładają mieliznę muszlami ślimaków morskich (będących składnikiem codziennej diety), wielkogabarytowymi śmieciami i betonem. Żeby zagrać w piłkę, płyną na przestronną i zieloną Múcurę. Aby pochować zmarłego, udają się na cmentarz na sąsiednią Tintipán. Warto ich odwiedzić, ale najlepiej zrobić to na własną rękę, wynajętą łódką, a nie z chmarą turystów, którzy chodzą po wyspie w kapokach i pokazują sobie wyspiarzy palcami.

 

Isla Mucura Cortesia ProColombia

 

SIELSKI ZAKĄTEK

 

Jeden z najpopularniejszych parków narodowych w Kolumbii to Naturalny Park Narodowy Tayrona (Parque Nacional Natural Tayrona). W sezonie trzeba liczyć się w nim z dużą liczbą turystów. Nic w tym dziwnego, w końcu karaibskie wybrzeże spotyka się tutaj z tropikalnym lasem. Kiedy staniemy w jednej z licznych zatoczek zwróceni twarzą w stronę morza, nad głową ujrzymy wysmukłe palmy, a za plecami będziemy mieli bujną leśną roślinność i pasmo Sierra Nevada de Santa Marta.

 

W Parku Tayrona koniecznie należy wybrać się na pocztówkowy przylądek – Cabo San Juan de Guía. Przy odrobinie szczęścia po drodze można spotkać papugi, legwany (to akurat pewne), a nawet małpy! Ten zjawiskowy rejon kryje też w swoich lasach niewielkie ruiny osady Taironów (El Pueblito) i pozostałości ich kultury (kamienny krąg Nueve Piedras). Przede wszystkim znajdują się tu jednak niesamowite plaże, jak La Piscina czy Arrecifes.

 

Miasto Santa Marta, które mijamy po drodze z Cartageny de Indias, jest malownicze, ale naszym zdaniem na wybrzeżu o wiele lepiej spędzać czas w otoczeniu natury niż wśród murów. Wielbiciele plaż mogą zatracić się w Parku Tayrona, ale mamy jeszcze jedną propozycję: wycieczkę do położonej o ok. 15 km od Santa Marty wioski Minca otulonej tropikalną zielenią. Od rana rozbrzmiewa tu głośny śpiew ptaków (w tym rejonie występuje ponad 360 gatunków, a lokalne agencje organizują spacery ornitologiczne). Poza tym roztacza się stąd cudowny widok na wybrzeże i okolicę, bo miejscowość leży na wysokości 650 m n.p.m. Warto pójść na spacer do punktu widokowego Los Pinos albo do dwóch małych jezior Pozo Azul, żeby zanurzyć się w chłodnej kąpieli. A jeśli jeszcze uda się komuś zarezerwować nocleg w wyjątkowym kameralnym hostelu Casa Loma, który wygląda jak domek na drzewie, wizyta w Mince będzie niezapomniana.

 

W Santa Marcie można też spełnić marzenie niejednego odkrywcy – zapisać się na niezwykły kilkudniowy trekking przez tropikalny las do zaginionego miasta, czyli Ciudad Perdida (Teyuna). Odkryli je lokalni poszukiwacze skarbów w 1972 r. Kiedy złote figury i biżuteria oraz starodawne naczynia zaczęły pojawiać się na targach, w głąb lasu ruszyli archeolodzy. Ustalili, że miasto pochodzi prawdopodobnie z ok. 800 r. (czyli założono je jakieś 650 lat przed słynnym Machu Picchu), a zostało opuszczone w trakcie hiszpańskiej konkwisty. Rdzenne lokalne społeczności, m.in. Arhuaco, Kogi (Kagaba) i Wiwa, odwiedzały to miejsce od zawsze, ale nie dzieliły się nim ze światem. Przez wiele lat, kiedy na tym terenie operował FARC, wycieczka do Ciudad Perdida była ryzykowna, ale od 2005 r. na szlaku działają agencje turystyczne i taka wyprawa jest bardzo bezpieczna (nie należy jednak wędrować samotnie, bo nietrudno się zgubić, poza tym spacer po tropikalnym lesie wymaga merytorycznego przygotowania). Kto zdecyduje się na trekking, musi wiedzieć, że do pokonania ma ok. 46 km przy dużej wilgotności powietrza.

 

W drodze powrotnej z Parku Tayrona można wysiąść w mieście Barranquilla, a jeśli trwa karnawał, to nawet trzeba! Tu odbywa się najsłynniejsza zabawa karnawałowa w całym kraju, na którą przybywa ponad milion gości. Jej korzenie sięgają XIX w. W Barranquilli mieszają się ze sobą różne kultury z wybrzeża karaibskiego – ich wpływy widać przede wszystkim w muzyce, tańcach i przebraniach. Poza tym miasto ma jeszcze jeden powód do dumy: w 1977 r. urodziła się tu najsłynniejsza współczesna kolumbijska piosenkarka – Shakira (jako ciemna brunetka).

 

KOLEBKA REALIZMU MAGICZNEGO

 

Casa Museo Gabriel Garcia Marquez Aracataca 1

Muzeum Gabriela Garcíi Márqueza w mieście Aracataca otworzono w 2010 r.

© PROCOLOMBIA

 

Jest takie miasto w Kolumbii, do którego nie zajrzy nikt, kto nie zaczytał się choć raz w prozie Gabriela Garcíi Márqueza. To Aracataca. Dla fanów realizmu magicznego wizyta w niej będzie niewielkim nadłożeniem drogi – leży ona zaledwie 80 km od Santa Marty.

 

Aracataca – ta nazwa wybija rytm jak koła pociągu, który przejeżdżał przez miasto wyładowany owocami w okresie boomu bananowego podsycanego przez United Fruit Company. Na te czasy przypadło dzieciństwo pisarza – Gabo, jak pieszczotliwie mówią na niego Latynosi, spędził tu pierwszych osiem lat życia. Aracataca stanowi pierwowzór mitycznego Macondo z powieści Sto lat samotności (1967 r.). Musieliśmy do niej przyjechać, żeby spróbować zrozumieć, jak to się stało, że w opowieściach Márqueza rzeczywistość tak płynnie przechodzi w fantazję, że trudno stwierdzić, co jest bardziej autentyczne – to, co prawdopodobne, czy też to, co wydaje się wytworem wyobraźni.

 

W tym sennym, trochę zapomnianym mieście wszystko dzieje się powoli i nie wiadomo, czy wydarza się naprawdę. Nad murami i chodnikami latają żółte motyle (te owady wciąż towarzyszyły Mauriciowi Babilonii, jednej z postaci Stu lat samotności). Odwiedzamy muzeum, dawny dom pisarza, ale sąsiadka tłumaczy nam, że nie ma on wiele wspólnego z autentycznym, który był dużo skromniejszy. To po prostu replika zbudowana na wzór posiadłości ze słynnej powieści Márqueza, z pokojami ciotek i warsztatem dziadka.

 

Inny sąsiad, Hannibal Caí (dziś dobiega już setki), rozsiada się w bujanym fotelu i opowiada o tym, jak jedna z ciotek Gabo, Francisca, podpaliła kiedyś ich dom. Zajmowała się świętymi w naszym kościele, przystrajała ich ołtarze kwiatami, zapalała świeczki. W domu też miała ołtarzyk. Zapaliła świeczkę i buch, cały dom po chwili stanął w płomieniach. Pomagałem gasić – śmieje się do wspomnień.

 

Próbujemy ustalić, czy jest w miasteczku jakiś pomnik Márqueza. Nie ma i nigdy nie było – twierdzi część mieszkańców. Nie ma, ale był – mówią pozostali. Jaki? Poznajemy trzy różne wersje. Najbardziej podoba nam się ta: ktoś postawił pomnik nagiego Gabita, ale ten przyjechał, obejrzał dzieło i zdecydował, że trzeba je zburzyć – przecież on nie ma takiego małego przyrodzenia!

 

Gwatemala – serce świata Majów

HANNA BORA

www.sledznas.pl

<< Gwatemala to z pewnością jeden z najciekawszych krajów Ameryki Centralnej. Zachwyca wielką różnorodnością. Można tu zagubić się w bujnym tropikalnym lesie podczas odkrywania pozostałości cywilizacji Majów, wspinać się na majestatyczne wulkany, kąpać się w turkusowych wodospadach, odwiedzać kolonialne miasta i kolorowe targi. Nic dziwnego, że to miejsce staje się coraz bardziej popularnym celem podróży dla turystów z całego świata. Zdecydowanie warto wybrać się do Gwatemali. >>

 

Wzniesiony pod koniec XVII stulecia Łuk Świętej Katarzyny w mieście Antigua

© JACEK ŚLEDZIŃSKI/WWW.SLEDZNAS.PL

 

Ten kraj graniczy z Meksykiem, Belize, Hondurasem i Salwadorem. Ma wybrzeże zarówno nad Morzem Karaibskim, jak i nad Pacyfikiem. Przez terytorium Gwatemali przebiega łańcuch Kordylierów Południowych z licznymi wulkanami.

Nasza wyprawa do tej części Ameryki Centralnej była niezapomnianym przeżyciem. Czas spędzaliśmy na trekkingach i wycieczkach do gwatemalskich cudów natury. Z zainteresowaniem poznawaliśmy też miejscową kulturę – podziwialiśmy pozostałości cywilizacji Majów i odkrywaliśmy zwyczaje ich potomków.

 

WYBUCHOWA NOC

Jest chłodna noc. Kulimy się w naszych śpiworach w namiocie. Na szczęście mamy ze sobą jeszcze koc. Po zachodzie słońca temperatura znacząco spadła. Zerkam na zegarek. Jest dopiero 21.00, do pobudki pozostało ponad 7 godz. Staram się zasnąć. Jednak kiedy tylko zapadam w sen, wyrywa mnie z niego potężny huk. Potem jeszcze przez dłuższą chwilę słychać spadające kamienie. Tej nocy powtórzy się to kilka razy.

Przed naszym namiotem co kilkadziesiąt minut rozgrywa się niesamowite widowisko. Mamy świetny widok na szalejący Wulkan Ognia (Volcán de Fuego, 3763 m n.p.m.) – najbardziej aktywny w Ameryce Centralnej i jeden z niemal 40 znajdujących się w Gwatemali. To niezwykłe doświadczenie. Zanim położyliśmy się spać, wpatrywaliśmy się zahipnotyzowani w gęste obłoki dymu i rozżarzone strumienie lawy spływające po zboczach. Potęga natury jednocześnie przeraża i zachwyca. Trudno od tego spektaklu oderwać wzrok.

Budzimy się o 4.00. Zziębnięci próbujemy ogrzać się kawą przy ognisku. Przed nami ostatni odcinek szlaku na wulkan Acatenango. Spieszymy się, żeby zobaczyć z jego szczytu wschód słońca. Drogę już znamy. Poprzedniego dnia dotarliśmy do naszego obozowiska wczesnym popołudniem i postanowiliśmy wejść na wierzchołek na zachód słońca. Tym razem jednak idzie się trudniej. Panuje zupełny zmrok rozświetlany jedynie światłem naszych czołówek. Przystajemy, kiedy słyszymy głośniejsze pomruki wulkanu, żeby nie ominąć kolejnego wybuchu. Po nieprzespanej nocy bardziej dokucza nam wysokość. Wspinamy się na 3976 m n.p.m.

Gwiazdy powoli bledną i robi się coraz jaśniej. Niebo zaczyna się mienić kolorami. Pomiędzy chmurami przebłyskują światła okolicznych miast. Do wierzchołka niewiele nam już brakuje. Na szczycie spotykamy inne grupy turystów. Poprzedniego wieczoru byliśmy tu sami. Teraz jednak chętnych do podziwiania tego niezwykłego spektaklu jest znacznie więcej. Obecnie dla wielu osób ta nocna wędrówka to największa atrakcja Gwatemali, a w pobliskiej Antigui działa kilkanaście agencji organizujących grupowe trekkingi. Można też dojechać do wioski La Soledad i w niej znaleźć lokalnego przewodnika lub wybrać się w góry samemu, o ile ma się odpowiednie doświadczenie w wyprawach wysokogórskich.

Wschód rzeczywiście jest spektakularny. Słońce wstaje nad kolejnym szczytem – Wulkanem Wody (Volcán de Agua, 3760 m n.p.m.). Jego promienie tańczą pomiędzy chmurami i dodają kolorom ciepła. Fuego wciąż wykazuje aktywność i wypuszcza spore kłęby dymu. Nie musimy się nigdzie spieszyć, więc spokojnie obchodzimy krawędź krateru, podziwiając widoki. Przed nami rozciągają się łańcuchy górskie, leżą jeziora, miasta i mniejsze wioski. W pewnym momencie możemy nawet dostrzec imponujący cień wulkanu. Poza nami nie ma już prawie nikogo. Jest naprawdę magicznie.

Schodzimy też do środka krateru, gdzie znajduje się nieduża, prosta chata. Niewielkie refugio („schronisko”) imienia doktora Axela Carranzy zbudowano tutaj w 2017 r. po tym, jak sześcioro turystów (w tym wspomniany gwatemalski chirurg) zginęło na wulkanie z powodu nagłego załamania pogody. Warunki tego dnia były fatalne – opowiada nam Alberto, spotkany na górze lokalny przewodnik. Radziliśmy im, żeby zawrócili, ale nie chcieli zrezygnować. Wieczorem zerwał się silny wiatr, który porwał ich namioty. Temperatura spadła poniżej zera i większość z nich zmarła z wyziębienia. Mamy nadzieję, że nigdy więcej nie dojdzie do takiej tragedii. Słuchamy jego słów w milczeniu i przyglądamy się tablicom pamiątkowym. Góry są nieprzewidywalne i uczą człowieka pokory.

W drodze powrotnej z wulkanu ekscytacja powoli ustępuje w nas miejsca zmęczeniu. Napakowane ciepłymi ubraniami plecaki ciążą, mięśnie zaczynają się buntować. Zejście zawsze wydaje nam się bardziej monotonne i mozolne, nawet jeśli trwa krócej. Mijamy liczne grupy turystów wdrapujących się na szczyt. Niektórzy wypytują nas o wrażenia. Potwierdzamy, że Wulkan Ognia jest bardzo aktywny i można liczyć na pokaz naturalnych fajerwerków. Sami marzymy już tylko o tym, żeby się położyć i odpocząć.

 

MIASTO W CIENIU WULKANÓW

Na odpoczynek ruszamy do dawnej stolicy hiszpańskiej kolonii Capitanía General de Guatemala (z lat 1540–1776). Antigua (Antigua Guatemala) sprawia wrażenie, jakby czas się w niej zatrzymał. Niska zabudowa, brukowane uliczki, kolonialne budynki w różnych kolorach i dachy pokryte czerwoną dachówką zachwycają turystów. Poza tym rozpościerają się stąd wspaniałe widoki na trzy wulkany: Ognia, Wody i Acatenango. To malownicze położenie dodaje miastu uroku, ale bywało też źródłem nieszczęść. Antigua była wielokrotnie nękana przez trzęsienia ziemi. W 1773 r. została zniszczona niemal doszczętnie, a trzy lata później zarządzający kolonią zadecydowali o przeniesieniu stolicy. Śladami po tym dramatycznym wydarzeniu są liczne ruiny barokowych kościołów. Ich popękane mury przypominają o nieustannym zagrożeniu.

Na spacer po mieście najlepiej wybrać się rano, kiedy ulice wciąż pozostają puste i dopiero budzą się do życia. Łatwiej wtedy wypatrzyć najbardziej klimatyczne zaułki i detale, które składają się na wyjątkowy charakter tego miejsca. Dzień zaczynamy od typowego gwatemalskiego śniadania – desayuno chapín („śniadania mistrzów”). Na stole pojawiają się: jajecznica, pasta z czerwonej fasoli, smażone banany, plasterki awokado, kawałek białego sera i oczywiście tortille – bez nich w Gwatemali nie ma posiłku. Nie sposób się nie najeść. Do tego wypijamy czarną kawę. W końcu to główny towar eksportowy kraju. Niestety, ta podawana w ulicznych jadłodajniach lub na targu zazwyczaj nie jest zbyt mocna.

Po dodającym mnóstwa energii posiłku włóczymy się wąskimi uliczkami i obserwujemy życie mieszkańców, którzy powoli gromadzą się na licznych placach. Z zachwytem patrzymy na tradycyjne, niezwykle kolorowe stroje kobiet. Kierujemy się w stronę żółtego Łuku Świętej Katarzyny (Arco de Santa Catalina). To najbardziej charakterystyczny punkt miasta i jedna z wizytówek Gwatemali. Kawałek za nim znajduje się piękny barokowy Kościół Miłosierdzia (Iglesia de la Merced) ukończony w 1767 r. Siadamy na ławce i przypatrujemy się misternym, białym zdobieniom. Zaraz obskakuje nas grupka dzieciaków próbujących sprzedać nam plecione bransoletki, kolorowe torebki i zabawki. Grzecznie odmawiamy, ale młodzi handlarze nie dają za wygraną i wpatrują się w nas dużymi, ciemnymi oczami. Trudno się nie złamać.

Obowiązkowym punktem na trasie zwiedzania Antigui jest Wzgórze Krzyża (Cerro de la Cruz). Prowadzi na nie rząd schodów, ale na górę można wjechać też taksówką lub samochodem. Kilka lat temu to miejsce nie cieszyło się najlepszą sławą. Podobno zdarzały się tu napady na turystów. Obecnie od rana do zmierzchu patrole policyjne pilnują porządku w okolicy. Na wzgórzu jest spokojnie, spotyka się na nim sporo zakochanych par wymieniających czułości i rodzin z dziećmi. Z Cerro de la Cruz rozciąga się imponująca panorama miasta z Wulkanem Wody w tle. Dopiero stąd widać idealny plan ulic układających się w szachownicę. W środkowym punkcie znajduje się Park Centralny (Parque Central) otoczony najważniejszymi budynkami i przytulnymi kawiarniami. Oglądanie Antigui ze wzgórza to idealne uzupełnienie zwiedzania. Rozpoznajemy odwiedzone wcześniej miejsca i odnajdujemy te, które przez przypadek ominęliśmy.

Pomimo zniszczeń miasto zdołało zachować swój unikatowy, kolonialny charakter. W 1979 r. zostało wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Obecnie Antigua jest jednym z najchętniej odwiedzanych miejsc nie tylko w Gwatemali, ale i całej Ameryce Centralnej. Wielu turystów postanawia zatrzymać się w niej na dłużej. Nie brakuje tu eleganckich hoteli z pięknymi dziedzińcami, budżetowych hosteli, szkół językowych, sklepów z pamiątkami i organiczną żywnością. Mamy wrażenie, że wymyślnych restauracji działa w mieście znacznie więcej niż tanich jadłodajni. Osobom zainteresowanym lokalnym kolorytem polecamy wizytę na głównym targowisku. Tuż za nim znajduje się dworzec, gdzie możemy zobaczyć swoistą wystawę kolejnego symbolu Gwatemali. Lśniące i jaskrawo pomalowane chicken busy są nieodłącznym elementem krajobrazu tego kraju. To stare szkolne autobusy z USA, które otrzymały szansę na nowe życie i sprawdzają się na najtrudniejszych drogach Ameryki Centralnej. Nie sposób ich nie zauważyć. Mienią się wszystkimi kolorami tęczy. Kierowcy wykazują się dużą kreatywnością przy dekorowaniu swoich wehikułów. Często też nadają im imiona, polecają opiece świętych i opatrzności Bożej.

Przejażdżka takim pojazdem to prawdziwa przygoda. Pasażerowie upychani są do granic możliwości, nie zdarza się, żeby dla kogoś zabrakło miejsca. Bagaże i wszelkiego rodzaju pakunki lądują na dachu. Niektórzy przewożą też zwierzęta, głównie kury. Właśnie stąd najprawdopodobniej wzięła się popularna, angielska nazwa. Kiedy nieustraszony kierowca mknie po górskich serpentynach, jego pomocnik wykrzykuje nazwę docelowego miasta, aby wyłapać kolejnych podróżnych. Wtóruje mu donośnie klakson. Czas przejazdu umilają pasażerom ulubione piosenki kierowcy (puszczane z głośników najgłośniej jak się da) oraz niekończące się korowody sprzedawców oferujących przekąski, napoje i masę niepotrzebnych przedmiotów wszelkiej maści.

 

Stożek aktywnego wulkanu Acatenango nocą

©© JACEK ŚLEDZIŃSKI/WWW.SLEDZNAS.PL

 

NAJPIĘKNIEJSZE JEZIORO ŚWIATA

Jeszcze zanim wyjechaliśmy z Antigui nad jezioro Atitlán, zdążyliśmy wiele o tym miejscu usłyszeć. Na cały świat rozsławił je angielski pisarz Aldous Huxley, autor wydanej w 1932 r. powieści Nowy wspaniały świat. To właśnie on stwierdził, że jest najpiękniejszym jeziorem na ziemi i tę opinię do dziś powtarzają niemal wszystkie przewodniki i foldery turystyczne. Od wielu osób słyszeliśmy o malowniczym położeniu, kolorowych majańskich wioskach rozsianych wzdłuż brzegów i niezwykłej energii, która nie pozwala szybko stąd wyjechać. Zazwyczaj podchodzimy do takich zachwytów sceptycznie. Pozwala nam to uniknąć zbędnych rozczarowań. Jednak już na krętej, prowadzącej stromo w dół drodze zaczęliśmy rozumieć, skąd wzięły się te entuzjastyczne oceny. Chcąc nie chcąc, sami ulegliśmy w końcu magii tego miejsca.

Na czym polega urok tej okolicy? Na ten temat krąży wiele legend. Według jednej z nich w czasach konkwisty hiszpański żołnierz zakochał się w pięknej majańskiej dziewczynie, którą ujrzał nad brzegiem jeziora. Niestety, jego wybranka nie zwracała na niego uwagi. Wybrał się więc do lokalnej szamanki z prośbą o pomoc. Otrzymał od niej pierścień i zapewnienie, że jeśli dziewczyna go założy, jej serce będzie należało do niego. Tak rzeczywiście się stało. Choć zakochana para spotykała się potajemnie, wkrótce o związku dowiedział się dowódca oddziału i wpadł w szał. Swojego podwładnego wtrącił do więzienia, a dziewczynę skazał na śmierć. Tuż przed egzekucją zauważył na jej dłoni pierścień. Postanowił go zatrzymać. Po kilku dniach zaczął jednak odczuwać niepokojące przywiązanie do niepokornego żołnierza. Nie potrafił nad nim zapanować. Którejś nocy wypłynął łódką na środek jeziora i wyrzucił pierścień do wody. Od tej pory Atitlán rzuca czar na każdego, kto na nie spojrzy.

Jezioro leży na wysokości ponad 1500 m n.p.m. i wypełnia rozległą kalderę, która powstała w wyniku wybuchu wulkanu ok. 85 tys. lat temu. Ma powierzchnię 130 km2. Otaczają je góry i trzy wulkaniczne szczyty: Atitlán (3537 m n.p.m.), Tolimán (3158 m n.p.m.) i San Pedro (3020 m n.p.m.). Głównym miasteczkiem w okolicy jest Panajachel (w skrócie Pana). W latach 60. XX w. upodobali je sobie hippisi. To najłatwiej dostępne, ale też najbardziej turystyczne miejsce w tym rejonie. Wystarczy jednak wsiąść w wodną taksówkę, aby przenieść się do jednej ze spokojniejszych miejscowości. San Pedro La Laguna cieszy się popularnością wśród osób młodych. Można znaleźć tutaj najtańsze noclegi, szkoły języka hiszpańskiego oraz wiele restauracji i barów czynnych do późna. San Juan La Laguna przyciąga artystów, a San Marcos La Laguna – praktykujących jogę i medytację. Warto wybrać się też do miasta Santiago Atitlán, gdzie można odwiedzić lokalny targ, a także majańskiego boga Maximóna. To nieoficjalny gwatemalski święty, którego drewnianą figurę przyozdabia bandana i kapelusz. Wiele osób zwraca się do niego z prośbami, a w zamian za ich spełnienie zostawia mu pieniądze, alkohol lub papierosy. Atitlán to świetne miejsce na spotkanie z kulturą i tradycjami współczesnych Majów.

Osoby zafascynowane dawnym majańskim imperium powinny zajrzeć pod wodę. W 1996 r. biznesman i nurek Roberto Samayoa natknął się w jeziorze na nietypowe znalezisko. Odkrył podwodne miasto – prawdziwą Atlantydę Majów. Nazwał je Samabaj. Początkowo nikt mu nie wierzył. Po pewnym czasie jednak okazało się, że jego odkrycie jest unikatowe na skalę całej Mezoameryki. Rozpoczęto więc prace archeologiczne. Na ich podstawie badacze doszli do wniosku, że wcześniej była tu niewielka wyspa, która została zatopiona ok. 2 tys. lat temu w wyniku naturalnej katastrofy, takiej jak wybuch wulkanu.

 

TARGOWISKO RÓŻNOŚCI

W niedzielę wybieramy się do Chichicastenango. Leży zaledwie godzinę drogi od jeziora. Na pierwszy rzut oka miasto nie wyróżnia się niczym szczególnym. Jednak dwa razy w tygodniu – w czwartki i niedziele – jego ulice wypełniają się gwarem, kolorami i zapachami, gdy zamieniają się w ogromne targowisko. Można tutaj kupić wszystko. Stragany uginają się od towarów, na wieszakach powiewają pięknie haftowane bluzki (huipiles). Do tego aż roi się od barwnych chust, pasów, toreb i plecaków, wszelkiego rodzaju figurek, obrazków… Łatwo dostać oczopląsu od tych wszystkich kolorów. Targ w Chichi przyciąga jak magnes turystów poszukujących pamiątek z podróży. Z tego względu ceny często są na nim dość mocno zawyżone i trzeba się targować. Targowisko ma jednak też swoją mniej turystyczną stronę – pojawiają się na nim liczne stoiska z warzywami, owocami, ziołami i przyprawami, na których zaopatrują się mieszkańcy okolicznych wiosek.

W samym sercu miasteczka znajduje się Kościół św. Tomasza z Akwinu (Iglesia de Santo Tomás de Aquino). Prowadzi do niego 18 stopni. Zanim na te tereny przybyli Hiszpanie, były to schody majańskiej świątyni. Każdy stopień symbolizuje jeden miesiąc z kalendarza Majów. Nawet dziś można na nich spotkać lokalnych szamanów odprawiających tradycyjne rytuały. Schody okupują również kobiety sprzedające kwiaty, które wierni składają w ofierze. Wszędzie unosi się zapach kadzidła. Choć z zewnątrz kościół nie różni się specjalnie od innych katolickich świątyń, obrzędy odprawiane w środku zupełnie nie przypominają tych powszechnie znanych. Wnętrze jest ciemne, oświetlone jedynie wątłymi płomieniami świeczek. Słyszymy ludzi mruczących modlitwy. Przyglądamy się z zafascynowaniem. Turyści są w kościele mile widziani. Pod żadnym pozorem jednak nie można w nim robić zdjęć.

 

Naturalne turkusowe baseny tworzące niezwykły wodospad Semuc Champey

©© JACEK ŚLEDZIŃSKI/WWW.SLEDZNAS.PL

 

DACH AMERYKI CENTRALNEJ

Kolejnym przystankiem na naszej trasie jest drugie największe miasto Gwatemali – Quetzaltenango, znane też jako Xelajú lub Xela. Nie wygląda ono tak ładnie i fotogenicznie jak Antigua. Spotyka się też w nim zdecydowanie mniej turystów. Nam jednak się tutaj podoba. Włóczymy się bez celu ulicami i zaglądamy na miejscowy targ. Na obiad wstępujemy do gwarnej jadłodajni, gdzie podaje się głównie kurczaka w przeróżnej postaci. Między stołami biegają psy czyhające na smaczne kąski. Najwięcej czasu spędzamy na… cmentarzu. Jest ogromny – przypomina miasto w mieście, barwne i malowniczo otoczone wulkanami. Nie brakuje na nim dostojnych, marmurowych grobowców, w których spoczywają najważniejsze lokalne osobistości. Najwięcej tu jednak wielopiętrowych, kolorowych krypt.

W mieście nie zostajemy długo. Wyruszamy na kolejny wulkan. Wznoszący się na 4220 m n.p.m. Tajumulco to najwyższy szczyt nie tylko Gwatemali, ale i całej Ameryki Centralnej. Trasa nie jest trudna i spokojnie można ją pokonać w obie strony w jeden dzień. Postanawiamy jednak spędzić noc na szczycie, żeby obejrzeć z niego zachód i wschód słońca. Mamy namiot, karimaty, śpiwory i sporo ciepłych ubrań. Początkowy odcinek stanowi monotonna, brukowana droga. Jesteśmy na trasie sami. Gdy przechodzimy wzdłuż pól kukurydzy, spotykamy miejscową rodzinę. Pozdrawiają nas życzliwie i życzą powodzenia. Ścieżka powoli zaczyna się piąć w górę. Szlak nie jest oznaczony. Kilka razy z niego zbaczamy i przedzieramy się przez krzaki. Trudno jednak byłoby się tutaj zgubić. Cały czas widzimy wyraźnie przed sobą wierzchołek wulkanu.

Na szczyt docieramy po 5 godz. Jesteśmy zmęczeni i lekko rozczarowani, bo wręcz toniemy w chmurach. Z pięknych widoków nici. Rozstawiamy namiot i przez chwilę walczymy z pokusą, żeby zaszyć się w środku i odpocząć. Na szczęście zwycięża nasza silna wola. Tuż przed zachodem słońca część chmur się rozchodzi i możemy podziwiać cały łańcuch wulkaniczny Gwatemali. Po chwili słońce zaczyna opadać coraz niżej, a niebo rozpalają odcienie czerwieni. Jak zauroczeni wpatrujemy się w magiczny spektakl natury.

Kryzys przychodzi nocą, kiedy zaczynamy odczuwać skutki braku aklimatyzacji. Organizm się buntuje. Głowa pulsuje i nie daje zasnąć. Po kilku godzinach przerywanego snu budzą nas głosy przed namiotem. Okazuje się, że tego dnia na wulkan wybrała się też spora grupa prowadzona przez organizację Quetzaltrekkers. Trzęsąc się z zimna, zbieramy się na wschód słońca. Niestety, nie jest już tak spektakularny jak zachód.

 

OAZA W ŚRODKU TROPIKALNEGO LASU

Po zdobyciu dachu Ameryki Centralnej należy nam się odpoczynek. Możemy wybrać się na wybrzeże Pacyfiku, wyruszamy jednak nad wodospad Semuc Champey. Turkusowe kaskady otoczone gęstym lasem tropikalnym wydają nam się bardziej atrakcyjne niż plaża i palmy. Jedynym wyzwaniem jest dojazd. Ten cud natury znajduje się w odległym rejonie (w departamencie Alta Verapaz), a prowadząca do niego kręta, wyboista droga przecina serpentynami góry. Dla nas brzmi to zachęcająco. Ruszamy w stronę miasta Cobán. Po godzinie jazdy utykamy w sznurze samochodów. Dalej nie dojedziecie – informuje nas jeden z czekających kierowców. Droga jest zamknięta przez protesty. Otworzą ją dopiero po południu. Tego nie przewidzieliśmy. Staramy się rozeznać w sytuacji – może znajdziemy jakiś objazd? Miejscowi kręcą głowami. Nie mamy szans przejechać, wszystko jest poblokowane. Pozostaje nam czekać. W centrum wydarzeń znajduje się kilkunastoosobowa grupa z megafonem. Wytykają władzom pazerność i korupcję. Przyglądamy się protestującym i czytamy hasła z ich żądaniami. Są przyjaźnie nastawieni, uśmiechają się. Podpytują nas o Polskę i opowiadają o swojej sytuacji. Bardzo dużo płacimy za prąd. Nie powinno tak być! – słyszymy od kilku osób. Niektórzy mówią nam jednak, że protesty są ustawione, a mieszkańcy wiosek otrzymują wynagrodzenie za blokowanie dróg. Za to my tracimy przez nich pieniądze, bo nie dowieziemy towarów na czas – narzeka jeden z mężczyzn.

Po 14.00 droga zostaje w końcu odblokowana. Ruszamy dalej. Krajobrazy wokół nas stają się coraz bardziej imponujące. Przejeżdżamy przez porośnięte gęstą zielenią góry. Zabudowań jest znacznie mniej. Z oddali dociera do nas huk rzeki Cahabón. Przepływa przez okoliczne doliny, aż nagle znika pod naturalnym wapiennym mostem. Na jego powierzchni powstały baseny wypełnione krystalicznie czystą wodą, która przelewa się między nimi, tworząc dziesiątki strumieni i wodospadów. Tak właśnie wygląda Semuc Champey. Najładniej prezentuje się z góry. Wchodzimy w głąb tropikalnego lasu i wspinamy się stromą ścieżką na punkt widokowy. W powietrzu unosi się wilgoć. Choć trasa nie jest ani specjalnie trudna, ani długa, pot leje się z nas strumieniami. Nie możemy się już doczekać chwili, gdy zanurzymy się w przejrzystej wodzie. W basenach można spędzić cały dzień na przepływaniu z jednego do drugiego, korzystaniu z naturalnych zjeżdżalni i skakaniu z wysokich półek skalnych. To prawdziwa oaza i idealne miejsce na odpoczynek.

 

Świątynia II (Świątynia Masek) w dawnym majańskim mieście Tikal

©© JACEK ŚLEDZIŃSKI/WWW.SLEDZNAS.PL

 

ŚLADAMI MAJÓW

Gwatemala to dawne serce imperium Majów. Porośnięta gęstym lasem nizina Petén położona na północy kraju zajmuje mniej więcej 33 proc. jego powierzchni. Jednocześnie stanowi najrzadziej zaludniony gwatemalski region. To właśnie tutaj ukryte są ruiny dawnych miast. Najsłynniejszym z nich jest Tikal. Turystów wpuszcza się na jego teren od godziny 6.00. Wstajemy jeszcze przed wschodem słońca, żeby zdążyć przed większymi grupami odwiedzających. Gęsty las powoli budzi się do życia. Ciszę rozdzierają głośne wołania wyjców. Najpierw kierujemy się do Świątyni IV (Świątyni Dwugłowego Węża) – najwyższej, na którą można się wspiąć (prawie 70 m). Wpatrujemy się w kolejne piramidy wyłaniające się pomiędzy koronami drzew. Wciąż spowite są poranną mgłą, która jeszcze nie zdążyła opaść.

Tikal uważany jest za ważny ośrodek dawnego państwa Majów. Okres jego największego rozkwitu przypadł na VII–VIII w. Co ciekawe, już niecałe 200 lat później z nieznanych przyczyn miasto zostało opuszczone i zapomniane. Dopiero w XVII stuleciu odkryli je hiszpańscy misjonarze. Jego centrum zajmuje Wielki Plac (Gran Plaza) ze słynną Świątynią Wielkiego Jaguara (Świątynią I) i zabudowaniami Akropolu. Kontynuujemy spacer między ruinami i docieramy do placu o wymownej nazwie Zaginiony Świat (Mundo Perdido). Kompleks obejmuje kilka świątyń. Dawniej prowadzono tu także obserwacje astronomiczne. Przysiadamy na kamiennych stopniach i wsłuchujemy się w szept historii. Choć Tikal to niewątpliwie jedna z największych atrakcji turystycznych Gwatemali, w niektórych miejscach jesteśmy sami. Towarzyszą nam jedynie dzikie zwierzęta takie jak zabawne ostronosy, małpy czepiaki i różne gatunki egzotycznych ptaków.

 

Wydanie Wiosna 2018

 

Gorąca zima na Węgrzech

NOÉMI PETNEKI

                                                                                  FOT. MAGYAR TURIZMUS ZRT FOTOTAR

<< Gdy za oknem robi się szaro i smutno, a dzień szybko przemienia się w wieczór, nic tak nie poprawia nastroju, jak ucieczka myślami od zimowej aury i… zaplanowanie bliższej lub dalszej podróży do jakiegoś interesującego zakątka Europy i świata. Doskonałym kierunkiem na niedaleką wyprawę będą z pewnością Węgry, gdzie zimą słońce świeci nieco częściej i mocniej niż w Polsce, a w dodatku można rozgrzać się w licznych kąpieliskach i basenach termalnych albo wyśmienitych winiarniach. A jeśli do tego wszystkiego wspomnimy jeszcze o wspaniałych zabytkach Budapesztu, Wyszegradu czy Ostrzyhomia, to sami musicie przyznać, że kraj naszych bratanków jest niezmiernie atrakcyjny również i zimą! >>

Oprócz Mostu Łańcuchowego, Placu Bohaterów, Zamku Królewskiego, gmachu parlamentu, Parku Miejskiego i basenów termalnych stolica Węgier oferuje wiele innych, mniej znanych czy też nowo powstałych atrakcji. Stanowi też wygodną bazę wypadową do organizacji wycieczek po okolicy ze względu na doskonałe połączenia drogowe, a także szerokie możliwości komunikacji publicznej. Wyprawa do Budapesztu i nad Zakole Dunaju to propozycja zarówno dla wielbicieli leniwych spacerów śladami historii, jak i amatorów aktywnego odpoczynku w każdym wieku.

Więcej…