„W potężnych wyrzeźbione kopalniach pod Krakowem

lśni cudne miasto; jego mury kryształowe

skąpane w soli, wiodą białym jak śnieg tropem

korytarzy – pod komnat migotliwe stropy;

jasnymi schodami w dół, gdzie struga wód podziemnych

wytryskuje ze skały z impetem niezmiennym,

żłobiąc białe doliny, po powierzchni krąży

                                                                                             i do swych źródeł ukrytych niestrudzenie dąży.” (E.Darwin)

 

Muzeum Żup Krakowskich Wieliczka zaprasza pasjonatów historii kopalni wielickiej i gości podziemi na wykład Małgorzaty Piera pt. Dyliżansem do Wieliczki– relacje anglojęzycznych podróżników z pobytu w Wieliczcewdniu 18.04. br. o godz. 17.00 w Zamku Żupnym w Wieliczce. Spotkanie związane jest z – wydaną niedawno - muzealną publikacją pt. ,,Dyliżansem do Wieliczki czyli ze wspomnień angielskojęzycznych podróżników (XVIII/XIX w.)”.

Książka ma głównie na celu przybliżyć, mało bądź w ogóle nieznane w j. polskim, angielskojęzyczne opisy wielickich podziemi z XVIII i XIX wieku. Od stuleci kopalnia soli w Wieliczce stanowiła niezwykle silny magnes przyciągający różnorodnych podróżników - pisarzy, naukowców, arystokratów oraz przedstawicieli intelektualnych elit. Jako światowa atrakcja, owiana legendami, tajemnicza i mało przystępna stanowiła miejsce szczególne. Wizja podziemnej krainy jaka wyłania się z pożółkłych kart opisów dawnych podróżników zaciekawia, fascynuje… czasem - rozbawia - a zarazem jest źródłem wiedzy o dawnym świecie, obyczajach, kulturze, a także o wielu zapomnianych, historycznych szczegółach górniczego pejzażu. Stanowi także okazję do przyjrzenia się kopalni z perspektywy rozmaitych, ciekawych osobowości z innego obszaru kulturowego i epoki.

Relacje z pobytu w wielickiej kopalni są bardzo zróżnicowane, zarówno w formie jak treści wypowiedzi - od bajki – przypowieści (E. S. Craven Green) po naukowe opisy (np. J. R. Kohl czy G. Townson). Czasem autor sucho i rzeczowo opisuje swe przeżycia (jak dr Peschier), a nieraz wnikliwie i głęboko, w szerszej perspektywie - sięga do innych nauk (jak E. Darwin, B. Taylor czy L.Stephens). Książka, opatrzona wstępem, bogato ilustrowana - jest przygotowana w wersji polsko-angielskiej. Warto też zaznaczyć, że biogramy podróżników poprzedzają każdą relację, objaśniając kontekst kulturowy tekstów.

Publikacja ,,Dyliżansem do Wieliczki czyli ze wspomnień angielskojęzycznych podróżników (XVIII/XIX w.)” jest do nabycia w punktach sprzedaży muzeum i w sklepie internetowym.

Wykład odbędzie się w ramach spotkań Towarzystwa Przyjaciół Muzeum Żup Krakowskich Wieliczka.

www.muzeum.wieliczka.pl

 

 

Nie trzeba już będzie wychodzić z hotelu, aby obejrzeć najnowszy hollywoodzkim hit - Rove Downtown jeden z najbardziej popularnych hoteli położonych w wielkomiejskim centrum Dubaju, otwiera swoje własne kino.

Rove Downtown, doskonale zlokalizowany w pobliżu topowych atrakcji miasta - Burj Khalifa i centrum handlowego Dubai Mall, będzie pierwszym hotelem kinowym w mieście, jak twierdzi deweloper Emaar.

Sala kinowa licząca 49-miejsc zostanie otwarta jeszcze w tym roku. Kino będzie otwarte zarówno gości hotelowych jak i dla osób z zewnątrz, obsłuży je butikowa sieć kinowa Reel Cinema.

Hotelowa sala kinowa zostanie wyposażona w wygodne modne fotele, podkreślające miejski charakter Downtown Rove.

W cenie biletu do hotelowego kina będzie popcorn oraz napój bezalkoholowy. Wyświetlany będzie pełen przekrój filmowy - od hitów po kino regionalne , a od czasu także topowe mecze piłki nożnej.

W kinie będzie również można dokonać rezerwacji sali na imprezy oraz spotkania firmowe.

Reel Cinemas Rove Downtown zostanie otwarte jeszcze w pierwszej połowie2018 roku.

Nie będzie to jedyny obiekt noclegowy w Dubaju inspirowany tematyką filmową, w niedalekiej przyszłości palnowane jest otwarcie Aloft Dubai City Centre w dzielnicy Deira.

W tym hotelu znajdzie się 25 pokoi dedykowanych miłośnikom kina.

Pokoje będą wyposażone w filmy, duże ekranami telewizyjnymi, projektory i ulepszone systemy dźwiękowe.

Cóż, wiadomo, gdzie można skryć się przed dubajskim letnim upałem...

 

DRODZY CZYTELNICY, ODKRYWCY

I PODRÓŻNICY,   

             

               W Waszych rękach znajduje się nowe wydanie magazynu „All Inclusive”. Dużo uwagi poświęcamy w nim pełnym magii wyspom Italii. Każda z nich jest gościnna, urokliwa, klimatyczna, słoneczna, pachnąca gajami i sadami, wyśmienitą kawą, aromatycznym winem, lokalnymi specjałami, zachwycająca widokami, inspirująca fotografów, malarzy, muzyków, dziennikarzy, poetów i pisarzy, a zarazem zróżnicowana, inna i niepowtarzalna. Zakochana we Włoszech Urszula Krajewska prezentuje nam 12 najpiękniejszych według niej włoskich wysp i jednocześnie zachęca do wyprawy w te czarujące strony, aby stworzyć własny subiektywny ranking. W jej interesującym zestawieniu pojawiły się Sycylia, Lipari, Sardynia, La Maddalena, Elba, Giglio, Capri, Ischia, Procida, Murano, Burano i Favignana, które poznaje się pełnią zmysłów, jak zresztą całą Italię. Te pocztówkowe, rajskie lądy w basenie Morza Śródziemnego łatwo zdobywają serca turystów i pochłaniają ich uwagę w takim stopniu, że zapominają o bożym świecie, a w zamian dają im tyle, iż wciąż chcą na nie wracać. Zresztą sam coś wiem na ten temat, gdyż na Sardynii, nazywanej wyspą siedmiu kontynentów, bo znajdziemy na niej wszystko, czego dusza zapragnie, i Elbie, noszącej słusznie zaszczytne miano „Królowej Archipelagu Toskańskiego” („La Regina dell’Arcipelago Toscano”), poznałem nie tylko prawdziwych przyjaciół, ale i odkryłem cudowne miejsca, wymarzone na błogi wypoczynek wśród sielskich pejzaży, niespieszne oddawanie się przyjemnościom słodkiego życia (słynnego włoskiego „dolce vita”) i szybką regenerację sił witalnych, żeby z nową, pozytywną energią wrócić do pracy w Polsce. Dlatego też staram się je odwiedzać jak najczęściej. 

                Kolejnym klejnotem na Morzu Śródziemnym jest oferująca mnóstwo atrakcji niewielka wyspiarska Republika Malty. To jeden z najlepszych kierunków podróży dla miłośników historii, architektury i sztuki, sportów wodnych, kąpieli słonecznych i wodnych, zakochanych par i spragnionych wrażeń imprezowiczów. Nikogo nie dziwi fakt, że maltańska stolica Valletta, olbrzymie muzeum pod gołym niebem, otrzymała prestiżowy tytuł Europejskiej Stolicy Kultury 2018. W Malcie, Gozo i Comino można się tylko zakochać. 

              W tym wiosennym numerze „All Inclusive” składamy również wizytę na Karaibach, w centrum archipelagu Wielkich Antyli, na fascynującej wyspie, za którą uchodzi wśród podróżników Jamajka. Poza tym zaglądamy także m.in. na pachnący goździkami tanzański Zanzibar oraz na wpisany w 1978 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO bezsprzeczny skarb Ekwadoru – Galapagos. 

                Zapraszamy gorąco do lektury i życzymy Wam z całego serca licznych wspaniałych wojaży z magazynem „All Inclusive” w dłoni!

                                                                                                                                                                                                                                                                                    MICHAŁ DOMAŃSKI

12 kwietnia obchodziliśmy Global Industry Meetings Day (GMID 2018). Polska była jednym z krajów celebrujących ten dzień pod ogólnoświatowym hasłem „Namacalne rezultaty, namacalne oddziaływanie na całym świecie” ("Real results, real impact, all around the world"). SITE Poland było partnerem i patronem dwóch wydarzeń odbywających się tego dnia – Student Event Day, organizowanego przez studentów i wykładowców AWF, oraz Global Meetings Industry Day, organizowanego we współpracy z MPI Poland Chapter oraz Kołem Naukowym Turystyki Biznesowej „2B” Grupy Uczelni Vistula.


Studenci specjalizacji ORT (obsługa ruchu turystycznego) Wydziału Turystyki i Rekreacji Akademii Wychowania Fizycznego Józefa Piłsudskiego w Warszawie już po raz drugi zorganizowali Student Event Day - wydarzenie, na które zaprosili praktyków branży spotkań, by podzielili się z nimi swoją wiedzą i doświadczeniem. Zainspirowani tematyką zajęć, żacy postanowili umożliwić zgłębienie wiedzy innym osobom zainteresowanym planowaniem i realizacją imprez. Student Event Day wyróżniało wdrożenie formuły “green and health meeting”, będącej odpowiedzią na potrzebę organizacji spotkań z troską o komfort i zdrowie uczestników.


Podczas tegorocznej edycji uczestnicy mieli okazję zapoznać się z szerokim spektrum tematów, przedstawionych przez cenionych ekspertów branżowych. Na liście gości znaleźli się m.in. Renata Razmuk (SAR Stowarzyszenie Komunikacji Marketingowej, Social Connect), Anna Nowakowska (strefamice.pl), Małgorzata Szpigiel (Colors of Design), Victoria Iwanowska (Agencja Vi), Aleksander Turowicz (B.T. Kliwer), Anna Maria Ryll (El Padre), Agnieszka Michlewicz (WTiR AWF), Wioleta Maleszka (FSWO), Maciej Gruczyński (ICP Group) oraz Kajetan Broniewski (Polski Komitet Olimpijski). Konferencję otworzyła Aneta Książek (Poland Convention Bureau POT).


Tego samego dnia, w godzinach wieczornych Zarząd i członkowie SITE Poland – wraz z MPI Poland Chapter oraz Kołem Naukowym Turystyki Biznesowej „2B” Grupy Uczelni Vistula – świętowali GMID w hotelu Sound Garden w Warszawie. Była to okazja do networkingu oraz rozmów na temat nowych trendów w branży spotkań. Swoją prelekcję pt. “Wiedza, Trendy, Motywacja, Wpływ – Trendy 2018” wygłosił dr Krzysztof Celuch, podkreślając dużą rolę wzmocnienia zaangażowania uczestnika w wydarzenie, określenie konkretnych i realnych celów spotkania, związek jego doświadczeń z docelowym miejscem podróży i dawanie możliwości poznania danej kultury poprzez wsparcie lokalnych społeczności. Dr Celuch uwypuklił również wielką rolę nowych technologii – zarówno na etapie organizacji różnego typu przedsięwzięć, jak i podczas ich realizacji.

 

 

Jednym z partnerów wydarzenia było Muzeum Polskiej Wódki. Kulisy powstania muzeum, jego koncepcji i idei przyświecających jego powstawaniu (muzeum ma być dostępne dla turystów we wrześniu bieżącego roku) przybliżył swoją prezentacją Andrzej Szumowski - Vice President Wyborowa Pernod Ricard. Niewątpliwie będzie to niezwykłe miejsce na mapie Warszawy, które w przyszłości ma się stać chlubą miasta, a liczbą turystów przyciąganych w swoje progi ma zbliżyć się do słynnego irlandzkiego muzeum Guinnessa.

 

Miłosz Stanisławski, General Manager warszawskiego hotelu Sound Garden - w którym gościli tego wieczoru członkowie SITE Poland i MPI Poland Chapter - przedstawił zgromadzonym gościom możliwości hotelu, skupiając przy tym uwagę na ogromnej wartości dodawanej przez pracowników tego obiektu. W tym roku hotel Sound Garden - posiadający jedną z najbardziej estetycznych przestrzeni konferencyjnych w mieście - będzie obchodził swoje pięciolecie.
Partnerami tego wydarzenia byli także: Grupa Uczelni Vistula, Ketti.pl i Sound Garden Hotel.

 

  • Przewoźnicy Lufthansa Group przewieźli 2 573 058 pasażerów z i do Polski w 2017 roku
  • 399 rejsów tygodniowo w letnim rozkładzie połączeń
  • Nowe kierunki z Monachium do Katowic i Łodzi oraz dodatkowe połączenia z lotnisk regionalnych
  • Większa liczba miejsc i więcej przewiezionych pasażerów w Europie Centralnej, Wschodniej i Południowo-Wschodniej

 

Lufthansa Group odnotowuje stale rosnącą liczbę pasażerów przewożonych z i do Polski. Lufthansa, Swiss, Austrian oraz Brussels Airlines przewiozły łącznie 2 573 058 pasażerów w 2017 r., więcej niż rok wcześniej. W tym samym okresie sama Lufthansa przewiozła 1 973 776 pasażerów z polskich lotnisk. Lufthansa pozostaje najpopularniejszym przewoźnikiem tradycyjnym w regionie Europy Środkowej, Wschodniej i Południowo-Wschodniej.

„Rekordowa liczba ponad 2,5 miliona pasażerów potwierdza nasze długoletnie zaangażowanie w Polsce z ciągle rozwijającą się ofertą. W tym sezonie linie Lufthansa Group zaoferują rekordowe 399 połączeń z i do Polski. Nasza oferta jest wysoko ceniona zarówno przez pasażerów turystycznych, jak i podróżujących w celach służbowych, którym ułatwiamy dostęp do ponad 340 kierunków na całym świecie z 9 lotnisk w Polsce” – powiedział Frank Wagner, Country Manager Lufthansa Group w Polsce.

 

Nowości z Polski

Głównymi nowościami w letnim rozkładzie połączeń do Polski są połączenia z Monachium do Łodzi i Katowic. Lufthansa obsługuje teraz 5 połączeń tygodniowo do Portu Lotniczego w Łodzi i codzienne połączenie ze Śląska do stolicy Bawarii. Otwarcie nowego połączenia w Porcie Lotniczym w Katowicach zbiega się z 25. rocznicą obecności Lufthansy na tym lotnisku i w polskich portach regionalnych. W tym czasie obecność linii w kraju stale się zwiększała i obejmuje już 9 lotnisk w Polsce.

Oprócz nowych kierunków, w letnim rozkładzie połączeń Lufthansa zwiększyła także liczbę rejsów między trzema polskimi miastami a swoimi lotniskami przesiadkowymi. Port Lotniczy w Gdańsku zyskał dodatkowe codzienne połączenie do Monachium oraz cztery połączenia w tygodniu do Frankfurtu. Pasażerowie podróżujący z Krakowa od teraz będą mogli wybierać spośród 5 rejsów dziennie do Frankfurtu, dzięki dodatkowym 6 rejsom w tygodniu. Po dwóch latach od otwarcia trasy Rzeszów – Monachium, przewoźnik zdecydował od maja dołączyć do siatki połączeń 4 rejsy tygodniowo. Ponadto, w letnim rozkładzie połączeń Eurowings otworzyło nowa trasę z Wrocławia do Stuttgartu 4 razy w tygodniu.

Wśród kierunków najczęściej wybieranych przez polskich pasażerów podróżujących liniami Lufthansa Group z kierunków europejskich znalazły się Lizbona, Barcelona i Paryż, a także rejsy międzykontynentalne do Nowego Jorku, Szanghaju i Meksyku.

 

Wzrost w ruchu regionalnym

Tempo wzrostu czterech linii lotniczych Lufthansa Group w Europie Środkowej, Wschodniej i Południowo-Wschodniej było podobne do tego w Polsce. Liczba miejsc oraz przewiezionych pasażerów w 2017 r. zwiększyły się odpowiednio o 2,5% i 5,7% w porównaniu do roku poprzedniego. Wzrósł także współczynnik wypełnienia samolotów.

„Jesteśmy bardzo zadowoleni z rozwoju w Polsce, który jest jednym z największych rynków w regonie dla Lufthansy. Oferujemy 1 537 połączeń tygodniowo z 59 lotnisk w 16 krajach, a tegoroczna przepustowość roczna wyniesie 18 milionów miejsc” – powiedział Peter Pullem, Starszy Dyrektor ds. Sprzedaży w Europie Środkowej, Wschodniej i Południowo-Wschodniej.

 

Udany biznes korporacyjny w Polsce

Lufthansa mocno koncentruje się na potencjale biznesowym w Polsce. Jeden na dwóch pasażerów podróżuje w celach służbowych, co znacznie przekracza średnią w regionie wynoszącą 33%. Około 8 200 firm już rezerwuje podróże u przewoźników z grupy, uczestnicząc w Partner Plus Benefit, programie lojalnościowym dla firm i narzędziu do zarządzania podróżami służbowymi.

 

Najciekawsze pomysły na Majówkę

Już w marcu zaczynamy zastanawiać się, jak, a przede wszystkim, gdzie spędzimy Majówkę. W tym roku 1 maja wypada we wtorek, dodając do tego dwa weekendy plus 3 dni urlopu – szykuje się aż niemal 10 dni wypoczynku!  Czytaj więcej >

Najlepsze wiosenne wyjazdy typu city break

City break to alternatywna opcja dla tych wszystkich, którzy nie mają czasu wybrać się na dłuższy wypoczynek. Obejmuje ona wyjazdy weekendowe do najciekawszych miejsc w Europie. Krótkoterminowa wycieczka pozwala na wypoczynek oraz zapoznanie się z kulturą i kuchnią danego regionu.  Czytaj więcej >

Najlepsze miejsca na wielkanocne wyjazdy

Budapest Vajdahunyad-Burg

Coraz więcej osób rezygnuje z tradycyjnej formy spędzania świąt Wielkiej Nocy, decydując się spędzić je poza domem – to dobry czas, aby pobyć z najbliższymi w miłej scenerii.

Czytaj Więcej >>

Najlepsze miejsca na wiosenne wycieczki

toskaniaWiosna to doskonała pora, aby spędzić urlop za granicą. Przemęczeni pracą i niekończącą się zimą marzymy o nastaniu słonecznej wiosny. Warto więc wyjść jej naprzeciw.

Czytaj Więcej >>

Artykuły wybrane losowo

Gwatemala – serce świata Majów

HANNA BORA

www.sledznas.pl

<< Gwatemala to z pewnością jeden z najciekawszych krajów Ameryki Centralnej. Zachwyca wielką różnorodnością. Można tu zagubić się w bujnym tropikalnym lesie podczas odkrywania pozostałości cywilizacji Majów, wspinać się na majestatyczne wulkany, kąpać się w turkusowych wodospadach, odwiedzać kolonialne miasta i kolorowe targi. Nic dziwnego, że to miejsce staje się coraz bardziej popularnym celem podróży dla turystów z całego świata. Zdecydowanie warto wybrać się do Gwatemali. >>

 

Wzniesiony pod koniec XVII stulecia Łuk Świętej Katarzyny w mieście Antigua

© JACEK ŚLEDZIŃSKI/WWW.SLEDZNAS.PL

 

Ten kraj graniczy z Meksykiem, Belize, Hondurasem i Salwadorem. Ma wybrzeże zarówno nad Morzem Karaibskim, jak i nad Pacyfikiem. Przez terytorium Gwatemali przebiega łańcuch Kordylierów Południowych z licznymi wulkanami.

Nasza wyprawa do tej części Ameryki Centralnej była niezapomnianym przeżyciem. Czas spędzaliśmy na trekkingach i wycieczkach do gwatemalskich cudów natury. Z zainteresowaniem poznawaliśmy też miejscową kulturę – podziwialiśmy pozostałości cywilizacji Majów i odkrywaliśmy zwyczaje ich potomków.

 

WYBUCHOWA NOC

Jest chłodna noc. Kulimy się w naszych śpiworach w namiocie. Na szczęście mamy ze sobą jeszcze koc. Po zachodzie słońca temperatura znacząco spadła. Zerkam na zegarek. Jest dopiero 21.00, do pobudki pozostało ponad 7 godz. Staram się zasnąć. Jednak kiedy tylko zapadam w sen, wyrywa mnie z niego potężny huk. Potem jeszcze przez dłuższą chwilę słychać spadające kamienie. Tej nocy powtórzy się to kilka razy.

Przed naszym namiotem co kilkadziesiąt minut rozgrywa się niesamowite widowisko. Mamy świetny widok na szalejący Wulkan Ognia (Volcán de Fuego, 3763 m n.p.m.) – najbardziej aktywny w Ameryce Centralnej i jeden z niemal 40 znajdujących się w Gwatemali. To niezwykłe doświadczenie. Zanim położyliśmy się spać, wpatrywaliśmy się zahipnotyzowani w gęste obłoki dymu i rozżarzone strumienie lawy spływające po zboczach. Potęga natury jednocześnie przeraża i zachwyca. Trudno od tego spektaklu oderwać wzrok.

Budzimy się o 4.00. Zziębnięci próbujemy ogrzać się kawą przy ognisku. Przed nami ostatni odcinek szlaku na wulkan Acatenango. Spieszymy się, żeby zobaczyć z jego szczytu wschód słońca. Drogę już znamy. Poprzedniego dnia dotarliśmy do naszego obozowiska wczesnym popołudniem i postanowiliśmy wejść na wierzchołek na zachód słońca. Tym razem jednak idzie się trudniej. Panuje zupełny zmrok rozświetlany jedynie światłem naszych czołówek. Przystajemy, kiedy słyszymy głośniejsze pomruki wulkanu, żeby nie ominąć kolejnego wybuchu. Po nieprzespanej nocy bardziej dokucza nam wysokość. Wspinamy się na 3976 m n.p.m.

Gwiazdy powoli bledną i robi się coraz jaśniej. Niebo zaczyna się mienić kolorami. Pomiędzy chmurami przebłyskują światła okolicznych miast. Do wierzchołka niewiele nam już brakuje. Na szczycie spotykamy inne grupy turystów. Poprzedniego wieczoru byliśmy tu sami. Teraz jednak chętnych do podziwiania tego niezwykłego spektaklu jest znacznie więcej. Obecnie dla wielu osób ta nocna wędrówka to największa atrakcja Gwatemali, a w pobliskiej Antigui działa kilkanaście agencji organizujących grupowe trekkingi. Można też dojechać do wioski La Soledad i w niej znaleźć lokalnego przewodnika lub wybrać się w góry samemu, o ile ma się odpowiednie doświadczenie w wyprawach wysokogórskich.

Wschód rzeczywiście jest spektakularny. Słońce wstaje nad kolejnym szczytem – Wulkanem Wody (Volcán de Agua, 3760 m n.p.m.). Jego promienie tańczą pomiędzy chmurami i dodają kolorom ciepła. Fuego wciąż wykazuje aktywność i wypuszcza spore kłęby dymu. Nie musimy się nigdzie spieszyć, więc spokojnie obchodzimy krawędź krateru, podziwiając widoki. Przed nami rozciągają się łańcuchy górskie, leżą jeziora, miasta i mniejsze wioski. W pewnym momencie możemy nawet dostrzec imponujący cień wulkanu. Poza nami nie ma już prawie nikogo. Jest naprawdę magicznie.

Schodzimy też do środka krateru, gdzie znajduje się nieduża, prosta chata. Niewielkie refugio („schronisko”) imienia doktora Axela Carranzy zbudowano tutaj w 2017 r. po tym, jak sześcioro turystów (w tym wspomniany gwatemalski chirurg) zginęło na wulkanie z powodu nagłego załamania pogody. Warunki tego dnia były fatalne – opowiada nam Alberto, spotkany na górze lokalny przewodnik. Radziliśmy im, żeby zawrócili, ale nie chcieli zrezygnować. Wieczorem zerwał się silny wiatr, który porwał ich namioty. Temperatura spadła poniżej zera i większość z nich zmarła z wyziębienia. Mamy nadzieję, że nigdy więcej nie dojdzie do takiej tragedii. Słuchamy jego słów w milczeniu i przyglądamy się tablicom pamiątkowym. Góry są nieprzewidywalne i uczą człowieka pokory.

W drodze powrotnej z wulkanu ekscytacja powoli ustępuje w nas miejsca zmęczeniu. Napakowane ciepłymi ubraniami plecaki ciążą, mięśnie zaczynają się buntować. Zejście zawsze wydaje nam się bardziej monotonne i mozolne, nawet jeśli trwa krócej. Mijamy liczne grupy turystów wdrapujących się na szczyt. Niektórzy wypytują nas o wrażenia. Potwierdzamy, że Wulkan Ognia jest bardzo aktywny i można liczyć na pokaz naturalnych fajerwerków. Sami marzymy już tylko o tym, żeby się położyć i odpocząć.

 

MIASTO W CIENIU WULKANÓW

Na odpoczynek ruszamy do dawnej stolicy hiszpańskiej kolonii Capitanía General de Guatemala (z lat 1540–1776). Antigua (Antigua Guatemala) sprawia wrażenie, jakby czas się w niej zatrzymał. Niska zabudowa, brukowane uliczki, kolonialne budynki w różnych kolorach i dachy pokryte czerwoną dachówką zachwycają turystów. Poza tym rozpościerają się stąd wspaniałe widoki na trzy wulkany: Ognia, Wody i Acatenango. To malownicze położenie dodaje miastu uroku, ale bywało też źródłem nieszczęść. Antigua była wielokrotnie nękana przez trzęsienia ziemi. W 1773 r. została zniszczona niemal doszczętnie, a trzy lata później zarządzający kolonią zadecydowali o przeniesieniu stolicy. Śladami po tym dramatycznym wydarzeniu są liczne ruiny barokowych kościołów. Ich popękane mury przypominają o nieustannym zagrożeniu.

Na spacer po mieście najlepiej wybrać się rano, kiedy ulice wciąż pozostają puste i dopiero budzą się do życia. Łatwiej wtedy wypatrzyć najbardziej klimatyczne zaułki i detale, które składają się na wyjątkowy charakter tego miejsca. Dzień zaczynamy od typowego gwatemalskiego śniadania – desayuno chapín („śniadania mistrzów”). Na stole pojawiają się: jajecznica, pasta z czerwonej fasoli, smażone banany, plasterki awokado, kawałek białego sera i oczywiście tortille – bez nich w Gwatemali nie ma posiłku. Nie sposób się nie najeść. Do tego wypijamy czarną kawę. W końcu to główny towar eksportowy kraju. Niestety, ta podawana w ulicznych jadłodajniach lub na targu zazwyczaj nie jest zbyt mocna.

Po dodającym mnóstwa energii posiłku włóczymy się wąskimi uliczkami i obserwujemy życie mieszkańców, którzy powoli gromadzą się na licznych placach. Z zachwytem patrzymy na tradycyjne, niezwykle kolorowe stroje kobiet. Kierujemy się w stronę żółtego Łuku Świętej Katarzyny (Arco de Santa Catalina). To najbardziej charakterystyczny punkt miasta i jedna z wizytówek Gwatemali. Kawałek za nim znajduje się piękny barokowy Kościół Miłosierdzia (Iglesia de la Merced) ukończony w 1767 r. Siadamy na ławce i przypatrujemy się misternym, białym zdobieniom. Zaraz obskakuje nas grupka dzieciaków próbujących sprzedać nam plecione bransoletki, kolorowe torebki i zabawki. Grzecznie odmawiamy, ale młodzi handlarze nie dają za wygraną i wpatrują się w nas dużymi, ciemnymi oczami. Trudno się nie złamać.

Obowiązkowym punktem na trasie zwiedzania Antigui jest Wzgórze Krzyża (Cerro de la Cruz). Prowadzi na nie rząd schodów, ale na górę można wjechać też taksówką lub samochodem. Kilka lat temu to miejsce nie cieszyło się najlepszą sławą. Podobno zdarzały się tu napady na turystów. Obecnie od rana do zmierzchu patrole policyjne pilnują porządku w okolicy. Na wzgórzu jest spokojnie, spotyka się na nim sporo zakochanych par wymieniających czułości i rodzin z dziećmi. Z Cerro de la Cruz rozciąga się imponująca panorama miasta z Wulkanem Wody w tle. Dopiero stąd widać idealny plan ulic układających się w szachownicę. W środkowym punkcie znajduje się Park Centralny (Parque Central) otoczony najważniejszymi budynkami i przytulnymi kawiarniami. Oglądanie Antigui ze wzgórza to idealne uzupełnienie zwiedzania. Rozpoznajemy odwiedzone wcześniej miejsca i odnajdujemy te, które przez przypadek ominęliśmy.

Pomimo zniszczeń miasto zdołało zachować swój unikatowy, kolonialny charakter. W 1979 r. zostało wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Obecnie Antigua jest jednym z najchętniej odwiedzanych miejsc nie tylko w Gwatemali, ale i całej Ameryce Centralnej. Wielu turystów postanawia zatrzymać się w niej na dłużej. Nie brakuje tu eleganckich hoteli z pięknymi dziedzińcami, budżetowych hosteli, szkół językowych, sklepów z pamiątkami i organiczną żywnością. Mamy wrażenie, że wymyślnych restauracji działa w mieście znacznie więcej niż tanich jadłodajni. Osobom zainteresowanym lokalnym kolorytem polecamy wizytę na głównym targowisku. Tuż za nim znajduje się dworzec, gdzie możemy zobaczyć swoistą wystawę kolejnego symbolu Gwatemali. Lśniące i jaskrawo pomalowane chicken busy są nieodłącznym elementem krajobrazu tego kraju. To stare szkolne autobusy z USA, które otrzymały szansę na nowe życie i sprawdzają się na najtrudniejszych drogach Ameryki Centralnej. Nie sposób ich nie zauważyć. Mienią się wszystkimi kolorami tęczy. Kierowcy wykazują się dużą kreatywnością przy dekorowaniu swoich wehikułów. Często też nadają im imiona, polecają opiece świętych i opatrzności Bożej.

Przejażdżka takim pojazdem to prawdziwa przygoda. Pasażerowie upychani są do granic możliwości, nie zdarza się, żeby dla kogoś zabrakło miejsca. Bagaże i wszelkiego rodzaju pakunki lądują na dachu. Niektórzy przewożą też zwierzęta, głównie kury. Właśnie stąd najprawdopodobniej wzięła się popularna, angielska nazwa. Kiedy nieustraszony kierowca mknie po górskich serpentynach, jego pomocnik wykrzykuje nazwę docelowego miasta, aby wyłapać kolejnych podróżnych. Wtóruje mu donośnie klakson. Czas przejazdu umilają pasażerom ulubione piosenki kierowcy (puszczane z głośników najgłośniej jak się da) oraz niekończące się korowody sprzedawców oferujących przekąski, napoje i masę niepotrzebnych przedmiotów wszelkiej maści.

 

Stożek aktywnego wulkanu Acatenango nocą

©© JACEK ŚLEDZIŃSKI/WWW.SLEDZNAS.PL

 

NAJPIĘKNIEJSZE JEZIORO ŚWIATA

Jeszcze zanim wyjechaliśmy z Antigui nad jezioro Atitlán, zdążyliśmy wiele o tym miejscu usłyszeć. Na cały świat rozsławił je angielski pisarz Aldous Huxley, autor wydanej w 1932 r. powieści Nowy wspaniały świat. To właśnie on stwierdził, że jest najpiękniejszym jeziorem na ziemi i tę opinię do dziś powtarzają niemal wszystkie przewodniki i foldery turystyczne. Od wielu osób słyszeliśmy o malowniczym położeniu, kolorowych majańskich wioskach rozsianych wzdłuż brzegów i niezwykłej energii, która nie pozwala szybko stąd wyjechać. Zazwyczaj podchodzimy do takich zachwytów sceptycznie. Pozwala nam to uniknąć zbędnych rozczarowań. Jednak już na krętej, prowadzącej stromo w dół drodze zaczęliśmy rozumieć, skąd wzięły się te entuzjastyczne oceny. Chcąc nie chcąc, sami ulegliśmy w końcu magii tego miejsca.

Na czym polega urok tej okolicy? Na ten temat krąży wiele legend. Według jednej z nich w czasach konkwisty hiszpański żołnierz zakochał się w pięknej majańskiej dziewczynie, którą ujrzał nad brzegiem jeziora. Niestety, jego wybranka nie zwracała na niego uwagi. Wybrał się więc do lokalnej szamanki z prośbą o pomoc. Otrzymał od niej pierścień i zapewnienie, że jeśli dziewczyna go założy, jej serce będzie należało do niego. Tak rzeczywiście się stało. Choć zakochana para spotykała się potajemnie, wkrótce o związku dowiedział się dowódca oddziału i wpadł w szał. Swojego podwładnego wtrącił do więzienia, a dziewczynę skazał na śmierć. Tuż przed egzekucją zauważył na jej dłoni pierścień. Postanowił go zatrzymać. Po kilku dniach zaczął jednak odczuwać niepokojące przywiązanie do niepokornego żołnierza. Nie potrafił nad nim zapanować. Którejś nocy wypłynął łódką na środek jeziora i wyrzucił pierścień do wody. Od tej pory Atitlán rzuca czar na każdego, kto na nie spojrzy.

Jezioro leży na wysokości ponad 1500 m n.p.m. i wypełnia rozległą kalderę, która powstała w wyniku wybuchu wulkanu ok. 85 tys. lat temu. Ma powierzchnię 130 km2. Otaczają je góry i trzy wulkaniczne szczyty: Atitlán (3537 m n.p.m.), Tolimán (3158 m n.p.m.) i San Pedro (3020 m n.p.m.). Głównym miasteczkiem w okolicy jest Panajachel (w skrócie Pana). W latach 60. XX w. upodobali je sobie hippisi. To najłatwiej dostępne, ale też najbardziej turystyczne miejsce w tym rejonie. Wystarczy jednak wsiąść w wodną taksówkę, aby przenieść się do jednej ze spokojniejszych miejscowości. San Pedro La Laguna cieszy się popularnością wśród osób młodych. Można znaleźć tutaj najtańsze noclegi, szkoły języka hiszpańskiego oraz wiele restauracji i barów czynnych do późna. San Juan La Laguna przyciąga artystów, a San Marcos La Laguna – praktykujących jogę i medytację. Warto wybrać się też do miasta Santiago Atitlán, gdzie można odwiedzić lokalny targ, a także majańskiego boga Maximóna. To nieoficjalny gwatemalski święty, którego drewnianą figurę przyozdabia bandana i kapelusz. Wiele osób zwraca się do niego z prośbami, a w zamian za ich spełnienie zostawia mu pieniądze, alkohol lub papierosy. Atitlán to świetne miejsce na spotkanie z kulturą i tradycjami współczesnych Majów.

Osoby zafascynowane dawnym majańskim imperium powinny zajrzeć pod wodę. W 1996 r. biznesman i nurek Roberto Samayoa natknął się w jeziorze na nietypowe znalezisko. Odkrył podwodne miasto – prawdziwą Atlantydę Majów. Nazwał je Samabaj. Początkowo nikt mu nie wierzył. Po pewnym czasie jednak okazało się, że jego odkrycie jest unikatowe na skalę całej Mezoameryki. Rozpoczęto więc prace archeologiczne. Na ich podstawie badacze doszli do wniosku, że wcześniej była tu niewielka wyspa, która została zatopiona ok. 2 tys. lat temu w wyniku naturalnej katastrofy, takiej jak wybuch wulkanu.

 

TARGOWISKO RÓŻNOŚCI

W niedzielę wybieramy się do Chichicastenango. Leży zaledwie godzinę drogi od jeziora. Na pierwszy rzut oka miasto nie wyróżnia się niczym szczególnym. Jednak dwa razy w tygodniu – w czwartki i niedziele – jego ulice wypełniają się gwarem, kolorami i zapachami, gdy zamieniają się w ogromne targowisko. Można tutaj kupić wszystko. Stragany uginają się od towarów, na wieszakach powiewają pięknie haftowane bluzki (huipiles). Do tego aż roi się od barwnych chust, pasów, toreb i plecaków, wszelkiego rodzaju figurek, obrazków… Łatwo dostać oczopląsu od tych wszystkich kolorów. Targ w Chichi przyciąga jak magnes turystów poszukujących pamiątek z podróży. Z tego względu ceny często są na nim dość mocno zawyżone i trzeba się targować. Targowisko ma jednak też swoją mniej turystyczną stronę – pojawiają się na nim liczne stoiska z warzywami, owocami, ziołami i przyprawami, na których zaopatrują się mieszkańcy okolicznych wiosek.

W samym sercu miasteczka znajduje się Kościół św. Tomasza z Akwinu (Iglesia de Santo Tomás de Aquino). Prowadzi do niego 18 stopni. Zanim na te tereny przybyli Hiszpanie, były to schody majańskiej świątyni. Każdy stopień symbolizuje jeden miesiąc z kalendarza Majów. Nawet dziś można na nich spotkać lokalnych szamanów odprawiających tradycyjne rytuały. Schody okupują również kobiety sprzedające kwiaty, które wierni składają w ofierze. Wszędzie unosi się zapach kadzidła. Choć z zewnątrz kościół nie różni się specjalnie od innych katolickich świątyń, obrzędy odprawiane w środku zupełnie nie przypominają tych powszechnie znanych. Wnętrze jest ciemne, oświetlone jedynie wątłymi płomieniami świeczek. Słyszymy ludzi mruczących modlitwy. Przyglądamy się z zafascynowaniem. Turyści są w kościele mile widziani. Pod żadnym pozorem jednak nie można w nim robić zdjęć.

 

Naturalne turkusowe baseny tworzące niezwykły wodospad Semuc Champey

©© JACEK ŚLEDZIŃSKI/WWW.SLEDZNAS.PL

 

DACH AMERYKI CENTRALNEJ

Kolejnym przystankiem na naszej trasie jest drugie największe miasto Gwatemali – Quetzaltenango, znane też jako Xelajú lub Xela. Nie wygląda ono tak ładnie i fotogenicznie jak Antigua. Spotyka się też w nim zdecydowanie mniej turystów. Nam jednak się tutaj podoba. Włóczymy się bez celu ulicami i zaglądamy na miejscowy targ. Na obiad wstępujemy do gwarnej jadłodajni, gdzie podaje się głównie kurczaka w przeróżnej postaci. Między stołami biegają psy czyhające na smaczne kąski. Najwięcej czasu spędzamy na… cmentarzu. Jest ogromny – przypomina miasto w mieście, barwne i malowniczo otoczone wulkanami. Nie brakuje na nim dostojnych, marmurowych grobowców, w których spoczywają najważniejsze lokalne osobistości. Najwięcej tu jednak wielopiętrowych, kolorowych krypt.

W mieście nie zostajemy długo. Wyruszamy na kolejny wulkan. Wznoszący się na 4220 m n.p.m. Tajumulco to najwyższy szczyt nie tylko Gwatemali, ale i całej Ameryki Centralnej. Trasa nie jest trudna i spokojnie można ją pokonać w obie strony w jeden dzień. Postanawiamy jednak spędzić noc na szczycie, żeby obejrzeć z niego zachód i wschód słońca. Mamy namiot, karimaty, śpiwory i sporo ciepłych ubrań. Początkowy odcinek stanowi monotonna, brukowana droga. Jesteśmy na trasie sami. Gdy przechodzimy wzdłuż pól kukurydzy, spotykamy miejscową rodzinę. Pozdrawiają nas życzliwie i życzą powodzenia. Ścieżka powoli zaczyna się piąć w górę. Szlak nie jest oznaczony. Kilka razy z niego zbaczamy i przedzieramy się przez krzaki. Trudno jednak byłoby się tutaj zgubić. Cały czas widzimy wyraźnie przed sobą wierzchołek wulkanu.

Na szczyt docieramy po 5 godz. Jesteśmy zmęczeni i lekko rozczarowani, bo wręcz toniemy w chmurach. Z pięknych widoków nici. Rozstawiamy namiot i przez chwilę walczymy z pokusą, żeby zaszyć się w środku i odpocząć. Na szczęście zwycięża nasza silna wola. Tuż przed zachodem słońca część chmur się rozchodzi i możemy podziwiać cały łańcuch wulkaniczny Gwatemali. Po chwili słońce zaczyna opadać coraz niżej, a niebo rozpalają odcienie czerwieni. Jak zauroczeni wpatrujemy się w magiczny spektakl natury.

Kryzys przychodzi nocą, kiedy zaczynamy odczuwać skutki braku aklimatyzacji. Organizm się buntuje. Głowa pulsuje i nie daje zasnąć. Po kilku godzinach przerywanego snu budzą nas głosy przed namiotem. Okazuje się, że tego dnia na wulkan wybrała się też spora grupa prowadzona przez organizację Quetzaltrekkers. Trzęsąc się z zimna, zbieramy się na wschód słońca. Niestety, nie jest już tak spektakularny jak zachód.

 

OAZA W ŚRODKU TROPIKALNEGO LASU

Po zdobyciu dachu Ameryki Centralnej należy nam się odpoczynek. Możemy wybrać się na wybrzeże Pacyfiku, wyruszamy jednak nad wodospad Semuc Champey. Turkusowe kaskady otoczone gęstym lasem tropikalnym wydają nam się bardziej atrakcyjne niż plaża i palmy. Jedynym wyzwaniem jest dojazd. Ten cud natury znajduje się w odległym rejonie (w departamencie Alta Verapaz), a prowadząca do niego kręta, wyboista droga przecina serpentynami góry. Dla nas brzmi to zachęcająco. Ruszamy w stronę miasta Cobán. Po godzinie jazdy utykamy w sznurze samochodów. Dalej nie dojedziecie – informuje nas jeden z czekających kierowców. Droga jest zamknięta przez protesty. Otworzą ją dopiero po południu. Tego nie przewidzieliśmy. Staramy się rozeznać w sytuacji – może znajdziemy jakiś objazd? Miejscowi kręcą głowami. Nie mamy szans przejechać, wszystko jest poblokowane. Pozostaje nam czekać. W centrum wydarzeń znajduje się kilkunastoosobowa grupa z megafonem. Wytykają władzom pazerność i korupcję. Przyglądamy się protestującym i czytamy hasła z ich żądaniami. Są przyjaźnie nastawieni, uśmiechają się. Podpytują nas o Polskę i opowiadają o swojej sytuacji. Bardzo dużo płacimy za prąd. Nie powinno tak być! – słyszymy od kilku osób. Niektórzy mówią nam jednak, że protesty są ustawione, a mieszkańcy wiosek otrzymują wynagrodzenie za blokowanie dróg. Za to my tracimy przez nich pieniądze, bo nie dowieziemy towarów na czas – narzeka jeden z mężczyzn.

Po 14.00 droga zostaje w końcu odblokowana. Ruszamy dalej. Krajobrazy wokół nas stają się coraz bardziej imponujące. Przejeżdżamy przez porośnięte gęstą zielenią góry. Zabudowań jest znacznie mniej. Z oddali dociera do nas huk rzeki Cahabón. Przepływa przez okoliczne doliny, aż nagle znika pod naturalnym wapiennym mostem. Na jego powierzchni powstały baseny wypełnione krystalicznie czystą wodą, która przelewa się między nimi, tworząc dziesiątki strumieni i wodospadów. Tak właśnie wygląda Semuc Champey. Najładniej prezentuje się z góry. Wchodzimy w głąb tropikalnego lasu i wspinamy się stromą ścieżką na punkt widokowy. W powietrzu unosi się wilgoć. Choć trasa nie jest ani specjalnie trudna, ani długa, pot leje się z nas strumieniami. Nie możemy się już doczekać chwili, gdy zanurzymy się w przejrzystej wodzie. W basenach można spędzić cały dzień na przepływaniu z jednego do drugiego, korzystaniu z naturalnych zjeżdżalni i skakaniu z wysokich półek skalnych. To prawdziwa oaza i idealne miejsce na odpoczynek.

 

Świątynia II (Świątynia Masek) w dawnym majańskim mieście Tikal

©© JACEK ŚLEDZIŃSKI/WWW.SLEDZNAS.PL

 

ŚLADAMI MAJÓW

Gwatemala to dawne serce imperium Majów. Porośnięta gęstym lasem nizina Petén położona na północy kraju zajmuje mniej więcej 33 proc. jego powierzchni. Jednocześnie stanowi najrzadziej zaludniony gwatemalski region. To właśnie tutaj ukryte są ruiny dawnych miast. Najsłynniejszym z nich jest Tikal. Turystów wpuszcza się na jego teren od godziny 6.00. Wstajemy jeszcze przed wschodem słońca, żeby zdążyć przed większymi grupami odwiedzających. Gęsty las powoli budzi się do życia. Ciszę rozdzierają głośne wołania wyjców. Najpierw kierujemy się do Świątyni IV (Świątyni Dwugłowego Węża) – najwyższej, na którą można się wspiąć (prawie 70 m). Wpatrujemy się w kolejne piramidy wyłaniające się pomiędzy koronami drzew. Wciąż spowite są poranną mgłą, która jeszcze nie zdążyła opaść.

Tikal uważany jest za ważny ośrodek dawnego państwa Majów. Okres jego największego rozkwitu przypadł na VII–VIII w. Co ciekawe, już niecałe 200 lat później z nieznanych przyczyn miasto zostało opuszczone i zapomniane. Dopiero w XVII stuleciu odkryli je hiszpańscy misjonarze. Jego centrum zajmuje Wielki Plac (Gran Plaza) ze słynną Świątynią Wielkiego Jaguara (Świątynią I) i zabudowaniami Akropolu. Kontynuujemy spacer między ruinami i docieramy do placu o wymownej nazwie Zaginiony Świat (Mundo Perdido). Kompleks obejmuje kilka świątyń. Dawniej prowadzono tu także obserwacje astronomiczne. Przysiadamy na kamiennych stopniach i wsłuchujemy się w szept historii. Choć Tikal to niewątpliwie jedna z największych atrakcji turystycznych Gwatemali, w niektórych miejscach jesteśmy sami. Towarzyszą nam jedynie dzikie zwierzęta takie jak zabawne ostronosy, małpy czepiaki i różne gatunki egzotycznych ptaków.

 

Wydanie Wiosna 2018

 

Fuerteventura – podmuch słońca

BARTEK JANKOWSKI

www.TropiKey.com

 

Do szerokiej, jasnej plaży zbliża się fala. Jej czoło przecina energicznie deska surfera. Lazurowy ocean zmienia się przy brzegu w przypominającą spienione mleko kipiel, w której beztrosko baraszkują dzieci. Trochę dalej przechadzają się niczym nieskrępowani nadzy ludzie w różnym wieku. Na horyzoncie majaczą barwne latawce kitesurferów niesionych wiatrem po gładkiej tafli płytkiej laguny... Tak oto wygląda pełna magii Fuerteventura w archipelagu Wysp Kanaryjskich. 

Więcej…

Off-road – ekscytujące podróże po bezdrożach

WOJCIECH KUDER

 

                                                                                                             FOT. TOURISM QEENSLAND

<< Zawrotna prędkość, zwiększony poziom adrenaliny i chęć zmierzenia się z własnymi ograniczeniami to główne powody, dla których wielu Polaków coraz częściej zamienia ekskluzywne hotele w formule all inclusive na wypełnione mułem koryta rzek, niedostępne grzęzawiska, bezkresne piaski pustyni, mroźne lodowce czy kamienne bezdroża. Moda na pełne wrażeń wyprawy off-roadowe ma się znakomicie! Oczarowani ekstremalną jazdą pasjonaci samochodów z napędem na cztery koła odnajdują w nich poczucie wolności oraz okazję do wygrania z samym sobą i odwiecznymi siłami dzikiej przyrody. A wszystko to w tumanach kurzu i przy akompaniamencie warczących silników… Ubłoceni, pogryzieni przez komary, skrajnie wyczerpani, lecz niewiarygodnie dowartościowani i szczęśliwi uczestnicy wypraw off-roadowych tworzą nowy, ekscytujący kierunek z pogranicza sportów ekstremalnych, motoryzacji i turystyki. Jeżdżą zdobywać bezdroża oraz poznawać piękne zakątki Europy, Afryki, Azji, Australii czy Ameryki Południowej. >>

Off-road, czyli w największym skrócie sport motorowy, który polega na pokonywaniu specjalnie przygotowanym samochodem terenowym nieutwardzonych dróg i trudno przejezdnych terenów, pozwala naprawdę uwierzyć w siebie. Docierając tam, gdzie nie zapuszczają się zwykli turyści, przeprawiając się przez rwące potoki, pokonując strome polodowcowe wąwozy i wspinając się przeciążonym do granic fabrycznych możliwości jeepem na nieprzyjazne kamieniste zbocza czy wysokie piaszczyste wydmy, każdy może poczuć się jak nieustraszony podróżnik i odkrywca.

Więcej…